
Prasa lokalna w Polsce – Andrzej Rogiński w wywiadzie o historii i przyszłości mediów lokalnych
Wywiad z redaktorem Andrzejem Rogińskim – członkiem Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej, przewodniczącym Sądu Dziennikarskiego Oddziału Warszawskiego SDRP, członkiem Zespołu ds. Mediów Publicznych, sekretarzem Zarządu Warszawskiego Towarzystwa Prasy Lokalnej, wieloletnim dziennikarzem i wydawcą, działaczem społecznym i samorządowym oraz pionierem prasy lokalnej w Polsce po 1989 roku. Rozmowa dotyczy historii, kondycji i przyszłości prasy lokalnej.
Jak wyglądały początki prasy lokalnej w Polsce?
Początki prasy lokalnej w Polsce sięgają XIX wieku, choć za protoplastów prasy ogólnej uważa się „Merkuriusz Polski” z 1661 roku. Z historii XX wiecznej należy szczególnie wspomnieć rok 1931, gdy ukazało się pierwsze wydanie „Życia WSM”. Ta warszawska gazeta z przerwami ukazuje się do dziś. Tytuły wydawane przez spółdzielnie mieszkaniowe zaliczam do prasy lokalnej, gdyż ich treści adresowane są do społeczności, które zrzeszają tysiące członków skupionych na określonym terenie.
Należy także odnotować przejawy dziennikarstwa związanego z warszawskim środowiskiem harcerskim w latach 70. Przykładem jest wydawnictwo „Nam nie jest wszystko jedno” (red. nacz. Jan Krzysztof Orgelbrand) Hufca ZHP Warszawa-Ochota. Co miesiąc ukazywało się kilkadziesiąt egzemplarzy odbijanych na powielaczu spirytusowym. Komenda Chorągwi Mazowieckiej ZHP wydawała pismo „Krąg”, a Komenda Chorągwi Stołecznej ZHP od kwietnia 1974 zaczęła wydawać „Węzły”. Tytuły prasy środowiskowej traktowane były jako biuletyny wewnętrzne z wewnętrzną cenzurą. Jednak pierwszym tytułem, który nosił wszelkie cechy współczesnej prasy lokalnej w Warszawie, był wydawany przez Ursynowsko-Natolińskie Towarzystwo Prasy Lokalnej tygodnik „Pasmo”. 31 października 1987 r. za 20 zł mieszkańcy Ursynowa mogli kupić pierwszy numer. To było niezwykłe osiągnięcie w tamtej rzeczywistości politycznej. Pojawił się silny rozwój wydawnictw podziemnych u schyłku PRL, które były kuźnią talentów, twórców, grafików, felietonistów. To oni po transformacji zasilili szeregi powstających tytułów prasowych, także w ramach prasy lokalnej.
A jakie są Pana osobiste doświadczenia jako wydawcy z tego ustrojowego przełomu?
Po upadku komuny, w nowych realiach rynkowych, powołałem spółkę wydającą tygodnik „Południe”. Niestety wspólnicy zawiedli, ponieważ nie dokonali przewidzianych w umowie dopłat ani nie wykonali żadnych czynności na rzecz wydawnictwa. Wykupiłem udziały i przeniosłem gazetę do własnej działalności gospodarczej. Początkowo byłem jednoosobową redakcją i jednoosobowym przedsiębiorstwem. I tak się zaczęło.
Jakie były największe trudności w tej działalności?
Pierwszą przeszkodą dla założenia gazety był brak kapitału. Zresztą jak w prawie każdym wówczas przedsięwzięciu gospodarczym. Ten niedostatek oznaczał, że jedynymi przerwami w mojej aktywności był czas posiłków i sen. Ale dałem radę. Drugą przeszkodą było pozyskanie autorów i handlowców. Z czasem na rynku przetrwały wydawnictwa, które pozyskały zainteresowanie czytelników i których wydawcy zdobyli doświadczenie w ramach przyspieszonego kursu przedsiębiorczości. Art. 42 ustawy o samorządzie terytorialnym z 8 marca 1990 r. przewidywał, że uchwały gminne ogłasza się poprzez rozplakatowanie obwieszczeń, a także – i to ważne w tej opowieści – poprzez publikacje w lokalnej prasie. Stołeczne gminy wolały zamieszczać ogłoszenia w prasie centralnej.
Mało tego. Stołeczne urzędy nigdzie nie publikowały dokumentów związanych z procedurą uchwalania miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego. Nie chciały bowiem wzmacniać prasy lokalnej a koszty publikacji w prasie centralnej, biorąc pod uwagę niskie nakłady tych tytułów na terytorium dzielnic, naraziłyby burmistrzów na zarzut niegospodarności. Samorząd warszawski, całkowicie zdominowany przez partie, nie chciał dopuścić do powszechnego wpływu obywateli na stanowienie prawa lokalnego. Wpływ miał pozostać przy partiach.
Jak zatem wyglądała ta batalia o własne miejsce na rynku stołecznym?
W Warszawie znajduje się największy tort reklamowy, a więc musiałem znaleźć sposób konkurowania z dziennikami i tytułami wydawanymi przez silne ekonomicznie podmioty. Dużych przedsiębiorstw nie interesowała prasa lokalna, a większości firm jednoosobowych albo nie było stać na zamieszczenie reklam, albo jeszcze nie przywiązywano wagi do ich skuteczności. Postanowiłem rozdawać nakład, co pozwoliło zaoferować konkurencyjny koszt dotarcia reklamy. Zorganizowałem własną sieć kolporterską. Nikt nie miał większej w mieście. Dość szybko osiągnąłem oczekiwany efekt: czas znikania egzemplarzy liczony był w godzinach. To był złoty czas, ale okupiony niesamowitym wysiłkiem i ciągłą niepewnością jutra.
A jak nowi włodarze podchodzili do funkcji roli kontrolnej prasy?
Burmistrzowie stosowali odmienne taktyki postępowania wobec nas. Jedni nie widzieli potrzeby współpracy w zakresie udzielania informacji, a tym bardziej zamieszczania ogłoszeń. Inni zaś, gdy na terenie danej dzielnicy ukazywały się dwa lub więcej tytułów, badali, który z nich będzie bardziej spolegliwy. Tytuł, który chwalił, otrzymywał masę płatnych ogłoszeń, a krytyczny – nic bądź prawie nic. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Postawiłem na podmioty gospodarcze. Organizowałem wydarzenia publiczne, podczas których przyznawałem tym przedsiębiorstwom tytuły Firmy Godnej Zaufania. Moi konkurenci w dzielnicy Ursynów coraz bardziej uzależniali się od władzy, a mimo to tracili czytelników. Trzy tytuły po kilku latach upadły. Nakład „Południa” sukcesywnie powiększał się, a wraz z nim zasięg terytorialny. Opłaciło się trzymanie standardów dziennikarskich, niezależność od władzy i cierpliwość.
Czy prasa lokalna spełniła swoją rolę i nadzieję, jakie z nią wiązano?
Samorząd terytorialny okazał się największym sukcesem Trzeciej Rzeczypospolitej. Ale to rozwiązanie ustrojowe bez prasy lokalnej nie miałoby takiego powodzenia. Urzędy nie zajmowały się edukacją obywatelską. Prasa lokalna pomagała czytelnikom zrozumieć przepisy, które wprowadzał ustawodawca w procesie budowania nowej Polski. Publikacje „Południa” oddziaływały na decyzje organów stanowiących i wykonawczych stołecznych dzielnic. Rzeczowe argumenty, odwoływanie się do opinii czytelników i spory nakład pisma miały znaczenie. Interes obywateli nieraz wygrywał z interesem partii czy grup lobbystycznych.
Jakieś konkretne przykłady skuteczności działania „Południa”?
Bardzo proszę – opublikowaliśmy np. poradniki o tym, co i jak załatwić w urzędzie dzielnicy, wyprzedzając myślą współczesne wydziały obsługi mieszkańców. Dziś wydaje to się śmieszne, gdy wszystko mamy w zasięgu klawiatury i dostępu do Internetu. Podobne informatory dotyczyły procedur w ZUS i urzędach skarbowych. Urzędnicy na swoich biurkach trzymali wycinki z gazety skąd czerpali szczegółową wiedzę. „Południe” nie tylko objaśniło w cyklu publikacji Ustawę o własności lokali, ale pięciokrotnie przeprowadziło konkurs na najlepszą wspólnotę mieszkaniową na Mokotowie. Prezydent miasta zwrócił się o rozszerzenie konkursu na inne dzielnice. Tam, gdzie samorząd nie mógł sobie poradzić, „Południe” przeprowadziło kampanię na rzecz zorganizowania urzędów pocztowych. W rezultacie Poczta Polska zmieniła front i zwróciła się do redakcji o radę we wskazaniu lokalizacji oraz pomoc dla sfinansowania przystosowania obiektów do wymagań pocztowych. I to też się udało. Uważam, że prasa lokalna najpełniej przyczyniła się do edukowania obywateli do funkcjonowania w zmieniającej się rzeczywistości.
Jak ocenia Pan ze swojej perspektywy relacje lokalnych władz z prasą niezależną?
To gorzka ocena. Prasa lokalna przestała być potrzebna i wygodna dla partii, a więc i dla samorządu. Urzędy dzielnic stopniowo ograniczały wykupywanie anonsów oraz ograniczały dostęp do informacji. „Południe” należało do tych tytułów, które potrafiły je pozyskiwać. Warsztat dziennikarski to nie tylko umiejętność wchodzenia przez okno, gdy drzwi zamknięte, ale także posiadana wiedza z zakresu, o którym się pisze. Niestety w Prawie prasowym nastąpiła istotna zmiana. Mam na myśli art. 4 – organy państwowe, przedsiębiorstwa państwowe i inne państwowe jednostki organizacyjne były obowiązane do udzielania informacji mediom. Ustawodawca dokonał nowelizacji w ten sposób, że dziennikarz otrzymuje informacje w trybie dostępu do informacji publicznej, czyli wyłącznie do dokumentów wytworzonych. Urzędy dzielnic wydają w niektórych sprawach opinie wiążące pytający podmiot. Opinia urzędu nie jest decyzją, więc nie można dostać tego, czego nie ma. Opinii nie trzeba uzasadniać. Urzędy są bezkarne. Ten przepis istotnie ogranicza możliwość ewentualnej krytyki prasowej. Wiele spraw można ukryć. Ustawodawca powinien dostrzec potrzebę przyjęcia prawnych regulacji poprawiających relacje prasy lokalnej z władzą samorządową.
Czy z biegiem lat zmieniło się coś w relacjach z mediami na poziomie samorządów?
W trakcie pierwszych kilku kadencji radni odpowiadali na pytania dziennikarzy i w ten sposób zdobywali albo poklask czytelników, albo niechęć. Dzisiaj o umieszczeniu na liście wyborczej do rady decydują kierownictwa partii. Prasa lokalna nie jest im potrzebna, a resztę załatwiają poprzez profile mediów społecznościowych. Ale to się dzieje na każdym poziomie władzy. Dzisiaj, gdy wszystkie mandaty radnych Warszawy i większość mandatów w dzielnicach przypada partiom politycznym, wielu obywateli myśli, że nic od nich nie zależy, więc po co wykazywać zaangażowanie obywatelskie pomiędzy wyborami. Tak długo, jak długo partie polityczne nie zrozumieją, że w interesie państwa, w interesie samorządowych społeczności jest wzmocnienie prasy lokalnej, nie ma co liczyć na kreatywne funkcjonowanie tych wspólnot.
Co Pan sądzi o prasie samorządowej wydawanej przez organy administracji publicznej?
Większość urzędów dzielnic, nie tylko w Warszawie, uruchomiła własne wydawnictwa, nazywając je tytułami prasowymi. Chociaż nie wykazują cech gazet, prawie wszystkie zostały wpisane do rejestru prasy, o czym świadczą numery ISSN. W stopkach redakcyjnych zazwyczaj zamiast nazwiska redaktora naczelnego widnieje nazwa wydziału urzędu. Bywało, że tego typu wydawnictwa zamieszczały tam reklamy – i bynajmniej nie własne ogłoszenia. Urzędy kierują do tego typu gazet informacje o koncertach pod patronatem burmistrza, życzenia świąteczne, nekrologi oraz ogólne dane o budżetach obywatelskich. Dyskusji o sposobach rozwiązania problemów tam brak, a tym bardziej cienia krytyki decyzji burmistrza czy rady dzielnicy. Urzędnik wcielający się w rolę dziennikarza nigdy nie będzie przecież recenzował przełożonych ani komentował ich decyzji. Często jest też tak, że niezależne redakcje muszą usilnie zabiegać o pozyskanie jakiejkolwiek informacji, gdyż rzecznicy prasowi trzymają je dla swoich periodyków. Mechanizm w tym przypadku jest prosty – nie masz zleceń reklamowych, nie masz dostępu do informacji, przestają cię czytać i upadasz. Doliczyłem się obecnie w Warszawie czterech tytułów lokalnych obejmujących swym zasięgiem jedną bądź kilka dzielnic. Na początku lat 90. było ich kilkadziesiąt. Znam przypadki, gdy urząd współpracuje tylko z jedną gazetą prywatną, która poprzez zależności finansowo-reklamowe staje się propagandową tubą lokalnej władzy.
Jak w praktyce wygląda konkurencja niezależnej prasy lokalnej z publikatorami finansowanymi z budżetów samorządowych?
Samorząd dysponuje gigantyczną przewagą finansową i nie musi pozyskiwać środków z rynku. Dysponuje tym, co obywatele muszą płacić w podatkach. Zatrudnianie urzędników do produkowania materiałów promocyjnych w prasie samorządowej oznacza, że koszty ich pracy są niewłaściwie lokowane wobec niedostatku pracowników zajmujących się m.in. regulowaniem stanów prawnych nieruchomości.
W Oświadczeniu Stowarzyszenia Dziennikarzy RP ws. nowelizacji ustawy medialnej podkreśla się, że bez wolnej prasy lokalnej demokracja samorządowa traci mechanizm kontroli władzy. Co Pan o tym sądzi?
Podzielam tę opinię. Kontrola polega na nieustannym przyglądaniu się działaniom organów stanowiących i wykonawczych władzy publicznej. Podstawowym kryterium oceny jest, czy dana aktywność dobrze będzie służyć mieszkańcom oraz czy dana decyzja w istocie napycha komuś kieszenie kosztem obywateli. Istnieją różne poziomy partycypacji społecznej. Im mniej szans na uzyskanie informacji przez obywateli, tym mniejsza jest możliwość oceny proponowanych rozwiązań. Dostęp obywateli do źródeł niezależnych od władzy jest zatem kluczowy dla funkcjonowania systemu zwanego demokracją. Jeśli obywatele będą mieli poczucie, że ich głos, publikowany na łamach prasy lokalnej, ma wpływ na decyzje, tym lepiej dla osiągnięcia zgody społecznej, poczucia wspólnotowości.
Jak Pan ocenia pojawiający się i znikający z projektu nowelizacji ustawy medialnej zapis o ograniczeniu wydawania tytułów prasowych przez jednostki samorządu terytorialnego?
Rzeczywiście interesujące zjawisko, prawie jak w przypadku kazusu „lub czasopisma”, tyle że w świetle reflektorów. Raz zapis jest, raz go nie ma. Jedno jest pewne – brak paragrafu ograniczającego wydawanie prasy przez samorząd traktuję jako działanie na szkodę państwa i obywateli. Czytelnik musi mieć jasno zakomunikowane, co trzyma w ręce. Czy jest to stricte prasa, czy produkt prasopodobny, a więc nacechowany narracją miejscowej władzy lub danej partii politycznej. To powinno być jeśli nie zakazane to jasno oznakowane, jak informacja o szkodliwości palenia umieszczana na paczkach papierosów.
W Oświadczeniu SDRP pojawia się postulat jednoznacznego oddzielenia informacji urzędowej od działalności prasowej. Jak taki podział powinien wyglądać w praktyce, by nie ograniczać dostępu obywateli do informacji?
Informacja urzędowa powinna dalej pojawiać się w biuletynach informacji publicznej, w internetowych relacjach z przebiegu sesji oraz na portalach w formie aktualności. Ponadto zachęcam urzędy do wydawania biuletynów rekomendujących np. książki oferowane przez biblioteki komunalne, etc. Pozostałe informacje powinny być udostępniane prasie lokalnej. Jeśli burmistrzowie i radni chcą przedstawiać swoje racje, to niech się poddają pytaniom i ocenom dziennikarzy. Obywatele – nie tylko poprzez dziennikarza, ale i osobiście, na zaproszenie redakcji – powinni mieć możliwość odniesienia się do wypowiedzi polityków.
Jak ocenia Pan przejęcie w swoim czasie dużego segmentu prasy lokalnej przez wielkich graczy rynkowych, w tym państwową spółkę Orlen?
Pamiętam rozmowę z przedstawicielem niemieckiej grupy medialnej, gdy ta postanowiła wejść na polski rynek prasy lokalnej i regionalnej. Badał, czy – a jeśli tak, to na jakich warunkach – mógłby przejąć udziały w moim tygodniku. Odrzuciłem propozycję. Wydawcy prasy w Wielkopolsce i na Pomorzu dali się kupić. Powstała grupa, dzięki czemu zyskała przewagę w pozyskiwaniu reklam, które już oczywiście nie docierały do niewykupionych tytułów. Niepostrzeżenie powstał rodzaj monopolu. Drugi akt przeciwko prasie lokalnej wymierzył polski państwowy koncern paliwowy w wyniku czego powstał Orlen Press.
Niewątpliwie była to decyzja polityczna, by mieć wpływ na treści, czyli jak to się mówi – rząd dusz. Po zmianie władzy Orlen prawdopodobnie chciałby się pozbyć podmiotu, którego działalność odbiega od głównych zadań koncernu. Powstał jednak problem. Nie można sprzedać wydawnictwa bez satysfakcjonującego zysku. Jednym z możliwych rozwiązań byłaby sprzedaż poszczególnych gazet lokalnym spółdzielniom dziennikarskim, które razem przejęłyby udziały w spółce zawiadującej reklamą i serwisami internetowymi. Powstaje pytanie, czy dziennikarze będą chcieli się tego podjąć. Udział kapitału Skarbu Państwa w prasie lokalnej oznacza, że będzie ona wcześniej czy później podporządkowana politykom, a wówczas nie będzie w stanie sprawować funkcji kontrolnej, czego mieliśmy już liczne przykłady, nie tylko w odległej historii.
Czy widzi Pan realną szansę na poprawienie kondycji prasy lokalnej, czy raczej czeka nas jej dalsza marginalizacja?
To zależy. Kiedyś wieszczono zanik książki, teatru, kina. A jednak klasyczne formy komunikacji i rozrywki wciąż trwają. Prasa też się obroni, jeśli ustawodawca nie będzie jej przeciwny. Niewątpliwie dziennikarstwo lokalne ma lepszą przyszłość niż pozostałe. Coraz częściej odbiorca chce wiedzieć, co słychać za rogiem niż za daleką granicą, stąd taka popularność lokalnych forów internetowych. Jestem optymistą, wierzę w renesans mediów lokalnych i trzymam za nie kciuki.
Jakie przesłanie skierowałby Pan dziś do młodych dziennikarzy czy wydawców, którzy chcą działać niezależnie w warunkach presji ekonomicznej czy politycznej?
Dbajcie o prawdę. Bądźcie odważni. Kochajcie ludzi!
Bardzo dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Jan Kot









