Andrzej, który się waha

Jak mnie gdzieś nie chcą, to się nie napraszam. Czasami jednak bardzo mi na czymś zależy. Wtedy wyglądam, a listonosza wciąż nie ma, spoglądam na telefon, a SMS przychodzi albo nie. Walczę sam ze sobą, że może to ja wykonam pierwszy krok, ale w końcu odpuszczam. Trzeba mieć choć odrobinę godności. Chociaż, oczywiście, nie należy z nią przesadzać.

Kiedy dowiedziałem się tydzień temu, że prezydent Andrzej Duda waha się, czy pojechać na obchody rocznicowe do Jerozolimy, osłupiałem. Mają być tam najwięksi z Europy, no i sam rosyjski prezydent, a nasz prezydent się waha. Jak Nike z wiersza Herberta. Andrzej, który się waha. Nad czym tu się zastanawiać, pomyślałem. Kiedy na wschód od Polski trwa w najlepsze festiwal półprawd i nieprawd względem prawd historycznych na temat tego, kto podczas II wojny światowej był okupantem, a kto okupowanym, lepszej okazji do spojrzenia w oczy Władimira Putina nie będzie. Nie nadarzy się lepsza okazja, żeby pośród największych graczy starej Europy, upomnieć się o swoje i powiedzieć, jak było naprawdę, w czym zgodzili się wszyscy w Sejmie, no, może oprócz jednego, smutnego pana w muszce. Wszyscy się zgodzili i poprali odezwę, a prezydent wciąż się waha.
Dopiero później doszły do uszu opinii publicznej dodatkowe informacje, na temat izraelskich obchodów i zaproszenia dla Polski. Zaproszenie, owszem, wystosowano, ale nie przewidziano w oficjalnej części imprezy czasu na zabranie głosu przez polskiego prezydenta. Ktokolwiek by nim nie był. Rosja owszem, bo zwycięstwo nad faszyzmem, Francja, Anglia, Ameryka, tak, bo alianci, ale Polska już niekoniecznie. Bo żaden z niej był aliant, a że obozy i piece krematoryjne hitlerowcy postawili na jej terenach? Bad luck guys. Innymi słowy: możecie sobie dzieci popatrzeć, jak dorośli rozmawiają, ale w sprawy dorosłych się nie mieszajcie, boście za smarkaci i za głupi. Jak się uda wygospodarować pięć minut dzień przed, kiedy akurat będą ustawiać zastawę i rozwijać dywany, to może sobie coś Wasz prezydent przeczytać z kartki do pustej sali, ale jak zaczniemy na poważnie imprezę, to lepiej, żeby Was tu jednak nie było. To znaczy, być sobie możecie, ale się nie odzywajcie, bo nic tu po Was i nie taka wasza rola. No i prezydent Polski na obchody nie pojechał. Nie wiem, czy kiedykolwiek zdarzyło mi się napisać coś podobnego w przypadku Andrzeja Dudy, ale dziś wiem, że dobrze zrobił.

Jestem ostatnim, który by bardziej cenił dyplomatyczne protokoły i pustosłowie wypchane honorem, narodem, dumą i godnością, niźli realną politykę i siłę miękkiej dyplomacji. Uważam, że dużo więcej można dla siebie ugrać w świecie, jeśli ocenia się swoje aktywa i pasywa w sposób do bólu politycznie merkantylny, a nie symboliczno-historyczny, jak to my lubimy i potrafimy; jesteśmy dumnym jak paw narodem, ale paw oskubany do ostatniego pawiego piórka. Należy więc jeździć tam, gdzie nas nie chcą. Rozmawiać z tymi, którzy nas nie lubią. Zaprzestać czapkowania tym, którzy mają nas gdzieś. Trzymać się blisko wrogów. Realnie oceniać przyjaciół. Tak właśnie należy czynić. Jednakowoż wszystko ma swoje granice. I w Jerozolimie tą granicę wyznaczono bardzo daleko od polskiej racji stanu.

Prezydent Polski miałby pełnić na obchodach wyzwolenia Auschwitz, wymowną funkcję niewymownego klakiera, bijącego brawo podczas toastów w imię współpracy międzynarodowej i pokoju między państwami i nacjami. Milcząco dałby do zrozumienia, że akceptuje taki stan i to, jaką wizję powojennego świata przedstawia się narodom za pomocą kremlowskiego dyskursu. Mało to komfortowa rola i nie dziwię się, że Andrzej Duda grać jej nie chcę. Sam bym nie chciał. Siedzenia cichcem na imprezie w przyciasnych butach uszytych przez administrację putinowską, może wywołać na licu, nawet tak gładkim, jak andrzejowowdudowe, grymas bólu i zażenowania, co zapewne nie byłoby fajne ani dla niego, ani dla nas, współobywateli, którzy byśmy na ten przykry spektakl spoglądali.