Auschwitz i Holokaust jako tło targów politycznych

Andrzej Duda narzeka, że nie dano mu przemówić na wielkim zjeździe głów państw, jakiego Izrael nigdy jeszcze w swej historii nie widział. Jeśli to mogłoby go pocieszyć, to organizatorzy nie przewidzieli też udziału ocalonych z Holokaustu, byłych więźniów Auschwitz i innych hitlerowskich obozów. „To nie jest wydarzenie publiczne, lecz dyplomatyczne” – argumentowali organizatorzy. Po prostu ów światowy szczyt służy raczej załatwianiu spraw bieżących.

Kiedy kilka miesięcy temu wyszło na jaw, że ocaleni będą mogli obejrzeć uroczystości w Jad Waszem najwyżej w telewizji, podniósł się w Izraelu krzyk. Trójka oficjalnych organizatorów szczytu – kancelaria izraelskiego prezydenta Reuvena Rivlina, jerozolimskie Jad Waszem i prywatna Fundacja Światowego Forum Holokaustu rosyjsko-izraelskiego miliardera Mosze Kantora – przyznała w końcu owym ocalonym 30 miejsc. Krzyk nie minął, bo 30 miejsc na 800 wydawało się zbyt symboliczne („to tylko ozdóbka!”), ale protesty i petycje nic nie pomogły. W zamian obiecano, że wszystkie przemówienia będą zaczynać się od witania ocalonych (co nie zostało jednak całkiem dotrzymane).
Gdybyśmy szukali innego pocieszenia, to zawsze możemy powiedzieć, że jednak polski prezydent przemówił na uroczystości: mianowicie w krótkim klipie otwierającym szczyt pokazano m.in. przemawiającego Aleksandra Kwaśniewskiego, jak krytykuje antysemityzm. Cóż, Kwaśniewski niedługo przed zakończeniem swej prezydencji uhonorował Mosze Kantora Orderem Zasługi RP, a potem został mianowany przez Kantora na czele jego Europejskiej Rady na rzecz Tolerancji i Pojednania, która ma walczyć z antysemityzmem (w 2015 r. Kwaśniewskiego zmienił Tony Blair, jednak Mosze Kantor pozostaje właścicielem).
Mosze Kantor należy (według Jerusalem Post) do ścisłej czołówki najbardziej wpływowych Żydów na świecie. Nie trzeba zresztą prasy, by to zauważyć: to m.in. szef Rady Politycznej Światowego Kongresu Żydów, szef Europejskiego Kongresu Żydów, szef Europejskiej Fundacji Żydów i szef Fundacji Światowego Forum Holokaustu, która należy do organizatorów dzisiejszych uroczystości. To również przekonany syjonista oraz dobry znajomy m.in. premiera Benjamina Netanjahu i prezydenta Władimira Putina. Kantor został rosyjskim miliarderem w czasach jelcynowskiego chaosu, kiedy wielu rzutkich i bezwzględnych ludzi błyskawicznie uwłaszczało się na poradzieckiej gospodarce.
Przytaknijmy PO-PiSowi!
W Polsce uważa się, że okazja do milczenia, którą organizatorzy szczytu koronowanych głów, prezydentów i premierów dawali Andrzejowi Dudzie, to spisek Putina. Prawda jest jednak taka, że nikt na świecie nie pragnął go tej okazji pozbawiać, nikt nie protestował. Zatrzymajmy się na oficjalnym wyjaśnieniu, dlaczego Duda ma siedzieć cicho: bo oprócz przywódców izraelskich i prezydenta niemieckiego, przemówią jedynie ci, którzy pokonali hitlerowskie Niemcy – alianci.
W odbiorze międzynarodowym Polska od wielu lat stawia się w rzędzie przegranych, a nie zwycięzców wojny. Jeśli cokolwiek zostało u nas wyzwolone, to najwyżej obóz Auschwitz, a i to – według Schetyny – wyzwolili go jacyś Ukraińcy. Według naszej polityki historycznej, byliśmy przegrani, gdyż po wojnie dalej byliśmy w niewoli. Do tego doszło polskie czczenie kolaborantów Hitlera, jak Brygada Świętokrzyska oraz niszczenie miejsc pamięci żołnierzy radzieckich, którzy zginęli walcząc z hitlerowcami. Tu trzeba powiedzieć, że pomysł, który Kantor podsunął Putinowi, był na swój sposób genialny. Pamiętajmy, że w Rosji krytykowano władze za milczące tolerowanie polskich wyskoków, jakby cokolwiek pijanych.
Pomysł więc, by w końcu przytaknąć naszemu PO-PiSowi: „tak, jesteście przegrani, jak Hitler i nazizm” nie miał problemu z zadziałaniem. Reakcja Putina nie była przecież pierwsza. Zimą zeszłego roku, przy okazji ustawy „pamięciowej” PiSu już premier Netanjahu oskarżał Polaków o kolaborację z hitlerowskimi Niemcami, a minister Katz powtarzał bon-mot o Polakach, którzy wyssali antysemityzm z matczynym mlekiem. Putin dorzucił, że już nasze dawne władze, te przedwojenne, przyklaskiwały Hitlerowi w kwestii żydowskiej. Kilka dni temu prezydent Rivlin przestrzegał „kraje Europy środkowo-wschodniej” przed chwaleniem hitlerowskich kolaborantów i chodziło mu m.in. o zdobycze umysłowe Morawieckiego i spółki. Dla innych podobnie: Polska sama, przez swą niepojętą politykę historyczną wypisała się z grupy aliantów i jeśli przegrała, to „tak, słusznie!”. Niech więc milczy.
Oczywiście nikt się przegranej Polski nie czepiał na jerozolimskich uroczystościach. Ze światowego punktu widzenia polskie kompleksy są nieistotne. Izraelowi bardzo zależy na przyjaźni Putina, bo jego wojsko jest po sąsiedzku, w Syrii. Izrael jest więc niejako w sytuacji Polski, lecz działa inaczej: nie ma np. problemu z postawieniem u siebie pomnika obrońcom Leningradu, który Putin z Netanjahu odsłaniali bezpośrednio przed uroczystością w Jad Waszem. Zresztą stawką szczytu są zupełnie inne sprawy.
Dyplomacja Izraela
Na dwa dni przed szczytem, który obfituje w wielostronne rozmowy bilateralne izraelskiej dyplomacji, Netanjahu ogłosił, że jego kraj anektuje całość żydowskich kolonii na palestyńskich terytoriach okupowanych. Doskonale wiedział, że nikt z zaproszonych nawet nie zapiszczy z jakimś protestem, kiedy jest mowa o Holokauście. Chodzi tu o walkę wyborczą: jego wyborczy rywal gen. Gantz obiecuje jedynie aneksję doliny Jordanu, więc Netanjahu poszedł z licytacją na całość, całość Zachodniego Brzegu Jordanu. Cóż, walczy o zwycięstwo wyborcze, bo inaczej pójdzie do więzienia: ciążą na nim oskarżenia prokuratury generalnej o różne przestępstwa finansowo-polityczne, więc musi ubiegać się o immunitet.
O tych planach się nie mówi. Natomiast Netanjahu z Rivlinem i Katzem rozmawiają seryjnie z delegacjami mocarstw o Iranie, który ich zdaniem należałoby jednak zaatakować. Innym tematem rozmów jest „skandal” związany z Międzynarodowym Trybunałem Karnym (MTK), który zastanawia się, czy nie wszcząć oficjalnego śledztwa przeciw Izraelowi o zbrodnie wojenne. Wtedy Netanjahu nie byłby oskarżony tylko o złodziejstwo i oszustwa, lecz również o masowe zbrodnie, tak samo zresztą jak Gantz i inni izraelscy politycy. Co prawda oskarżona o antysemityzm prokurator, która to prowadzi w MTK, tydzień temu grzecznie ogłosiła, że póki co „zawiesza” procedurę, ale Izraelczycy chcą się upewnić, że z niczym takim już nie wyskoczy.
W związku z nowymi planowanymi aneksjami, o których na razie wszyscy grzecznie milczą, Izrael i organizacje syjonistyczne na świecie ubiegają się o trwałe włączenie antysyjonizmu do definicji antysemityzmu. To był refren dzisiejszych uroczystości. Zdaniem Izraela, krytyka polityki izraelskiej powinna być zakazana i w zasadzie światowi przywódcy są w stanie się z tym zgodzić, w imię tzw. realpolitik. W końcu zależy na tym również Stanom Zjednoczonym. Uznały one w zeszłym roku, że w sumie żydowska kolonizacja terytoriów okupowanych „nie jest niezgodna” z prawem międzynarodowym. Na razie inne państwa zachodnie oficjalnie nie podzielają tego poglądu, ale to raczej kwestia czasu: mogą przełknąć też aneksje.
Izrael i Hitler
Bodaj największą ciekawostką bieżącego szczytu jest zgoda Izraela na inną politykę historyczną w kwestii antysemityzmu. Tuż przed szczytem amerykańscy republikanie podjęli rezolucję na temat jak najszerszego nauczania o Holokauście w USA i przyjęli tam punkt widzenia b. prezydenta Obamy, który 10 lat temu w tzw. przemówieniu kairskim powiązał utworzenie kolonialnego państwa żydowskiego z Holokaustem, co zostało zakwalifikowane jako antysemityzm. Mówienie, że państwo narodu żydowskiego powstało w ostatecznym rozrachunku jako konsekwencja Holokaustu, a więc morderczych myśli i czynów Adolfa Hitlera, było bardzo tępione. Oficjalnie to po prostu determinacja syjonistów doprowadziła do zgody świata na pojawienie się Izraela w Palestynie.
Rozumowanie republikanów zostało jednak bez problemu zaakceptowane, w przeciwieństwie do słów Obamy, gdyż wiąże się z podejściem do tego problemu izraelskiego dobroczyńcy Donalda Trumpa. Trump przekonuje, że czas rozwiązać problem palestyńsko-izraelski, jak to eufemistycznie ujmuje, poprzez ostateczne uznanie, że Palestyńczycy przegrali i już. Owszem, Holokaust wpłynął na powstanie Izraela, a zapłacić za to europejskie wydarzenie muszą Palestyńczycy. Mają stracić swoją ziemię i marzenie o swoim kraju, gdyż są przegranymi.
Ma się rozumieć, żaden Palestyńczyk, jako winny antysemityzmu, nie został zaproszony na dzisiejsze uroczystości. W czasie ich trwania armia izraelskiego reżimu apartheidu rutynowo zabiła kilku następnych w Strefie Gazy. Tak to pojęcie antysemityzmu przekształca się na naszych oczach wraz z polityką bliskowschodnią imperium amerykańskiego. Dzisiejszy zjazd w Jerozolimie jest wzruszającym wstępem do aneksji i wojny.

Andrzej, który się waha

Jak mnie gdzieś nie chcą, to się nie napraszam. Czasami jednak bardzo mi na czymś zależy. Wtedy wyglądam, a listonosza wciąż nie ma, spoglądam na telefon, a SMS przychodzi albo nie. Walczę sam ze sobą, że może to ja wykonam pierwszy krok, ale w końcu odpuszczam. Trzeba mieć choć odrobinę godności. Chociaż, oczywiście, nie należy z nią przesadzać.

Kiedy dowiedziałem się tydzień temu, że prezydent Andrzej Duda waha się, czy pojechać na obchody rocznicowe do Jerozolimy, osłupiałem. Mają być tam najwięksi z Europy, no i sam rosyjski prezydent, a nasz prezydent się waha. Jak Nike z wiersza Herberta. Andrzej, który się waha. Nad czym tu się zastanawiać, pomyślałem. Kiedy na wschód od Polski trwa w najlepsze festiwal półprawd i nieprawd względem prawd historycznych na temat tego, kto podczas II wojny światowej był okupantem, a kto okupowanym, lepszej okazji do spojrzenia w oczy Władimira Putina nie będzie. Nie nadarzy się lepsza okazja, żeby pośród największych graczy starej Europy, upomnieć się o swoje i powiedzieć, jak było naprawdę, w czym zgodzili się wszyscy w Sejmie, no, może oprócz jednego, smutnego pana w muszce. Wszyscy się zgodzili i poprali odezwę, a prezydent wciąż się waha.
Dopiero później doszły do uszu opinii publicznej dodatkowe informacje, na temat izraelskich obchodów i zaproszenia dla Polski. Zaproszenie, owszem, wystosowano, ale nie przewidziano w oficjalnej części imprezy czasu na zabranie głosu przez polskiego prezydenta. Ktokolwiek by nim nie był. Rosja owszem, bo zwycięstwo nad faszyzmem, Francja, Anglia, Ameryka, tak, bo alianci, ale Polska już niekoniecznie. Bo żaden z niej był aliant, a że obozy i piece krematoryjne hitlerowcy postawili na jej terenach? Bad luck guys. Innymi słowy: możecie sobie dzieci popatrzeć, jak dorośli rozmawiają, ale w sprawy dorosłych się nie mieszajcie, boście za smarkaci i za głupi. Jak się uda wygospodarować pięć minut dzień przed, kiedy akurat będą ustawiać zastawę i rozwijać dywany, to może sobie coś Wasz prezydent przeczytać z kartki do pustej sali, ale jak zaczniemy na poważnie imprezę, to lepiej, żeby Was tu jednak nie było. To znaczy, być sobie możecie, ale się nie odzywajcie, bo nic tu po Was i nie taka wasza rola. No i prezydent Polski na obchody nie pojechał. Nie wiem, czy kiedykolwiek zdarzyło mi się napisać coś podobnego w przypadku Andrzeja Dudy, ale dziś wiem, że dobrze zrobił.

Jestem ostatnim, który by bardziej cenił dyplomatyczne protokoły i pustosłowie wypchane honorem, narodem, dumą i godnością, niźli realną politykę i siłę miękkiej dyplomacji. Uważam, że dużo więcej można dla siebie ugrać w świecie, jeśli ocenia się swoje aktywa i pasywa w sposób do bólu politycznie merkantylny, a nie symboliczno-historyczny, jak to my lubimy i potrafimy; jesteśmy dumnym jak paw narodem, ale paw oskubany do ostatniego pawiego piórka. Należy więc jeździć tam, gdzie nas nie chcą. Rozmawiać z tymi, którzy nas nie lubią. Zaprzestać czapkowania tym, którzy mają nas gdzieś. Trzymać się blisko wrogów. Realnie oceniać przyjaciół. Tak właśnie należy czynić. Jednakowoż wszystko ma swoje granice. I w Jerozolimie tą granicę wyznaczono bardzo daleko od polskiej racji stanu.

Prezydent Polski miałby pełnić na obchodach wyzwolenia Auschwitz, wymowną funkcję niewymownego klakiera, bijącego brawo podczas toastów w imię współpracy międzynarodowej i pokoju między państwami i nacjami. Milcząco dałby do zrozumienia, że akceptuje taki stan i to, jaką wizję powojennego świata przedstawia się narodom za pomocą kremlowskiego dyskursu. Mało to komfortowa rola i nie dziwię się, że Andrzej Duda grać jej nie chcę. Sam bym nie chciał. Siedzenia cichcem na imprezie w przyciasnych butach uszytych przez administrację putinowską, może wywołać na licu, nawet tak gładkim, jak andrzejowowdudowe, grymas bólu i zażenowania, co zapewne nie byłoby fajne ani dla niego, ani dla nas, współobywateli, którzy byśmy na ten przykry spektakl spoglądali.

USA dalej dociskają Palestynę

Amerykański Departament Stanu poinformował w niedzielę 9 sierpnia o wycofaniu dotacji na sumę 25 milionów dolarów przeznaczonej na dofinansowanie sieci szpitali w zamieszkałej przez ludność palestyńską wschodniej części Jerozolimy.

 

Prezydent Donald Trump oświadczył, że przesłanką podjęcia tej decyzji jest zmuszenie Palestyńczyków do negocjacji.

– Dostaniecie pieniądze, lecz nie będziemy płacić dopóki nie osiągniemy porozumienia – w swoisty dla siebie sposób komentuje sprawę Trump.

Tego typu poczynania amerykańskiej administracji wywołały ostrą reakcję ze strony palestyńskiej. Jeden z czołowych polityków Organizacji Wyzwolenia Palestyny Hanan Aszraui mówił o politycznym szantażu będącym w sprzeczności z „normami ludzkiej przyzwoitości i moralności”. Zdaniem palestyńskiego MSZ, przekroczona tu została czerwona linia, co można uznać za bezpośrednią agresję przeciwko narodowi palestyńskiemu. Również rzecznik OWP Ahmad Szami określił amerykańskie działania jako „kompletnie niehumanitarne i niemoralne” zmierzające do wymuszenia na Palestyńczykach ustępstw w kwestii prawa do niezawisłości. – To nie jest formuła pokojowych negocjacji – oświadczył rzecznik.

Głos zabrała również Światowa Organizacja Zdrowia WHO wskazując na to, że w pozbawionych amerykańskich dotacjach jerozolimskich szpitalach wykonywane są specjalistyczne zabiegi medyczne takie, jak operacje kardiologiczne, radioterapia czy dializy pediatryczne. WHO zwraca też uwagę, że tego rodzaju świadczenia medyczne są niedostępne dla mieszkańców Zachodniego Brzegu i Gazy z czego wynika, że sieć szpitali w Jerozolimie to jedyne miejsce, gdzie ludność palestyńska może być poddawana tego rodzaju świadczeniom medycznym. Jak stwierdził zarządzający szpitalem Augusta Victoria Hospital, Ualid Nammur, pacjenci nie powinni być wykorzystywani do celów politycznych.

Decyzja o cofnięciu dotacji dla palestyńskich szpitali to już drugie typu posunięcie USA w ostatnim okresie. W sierpniu Stany zjednoczone zredukowały o 250 mln dolarów kwotę przekazywaną na pomoc dla Palestyny w ramach programu UNWRA. Ubytek ten postanowiły częściowo zrekompensować Niemcy. Minister spraw zagranicznych Heiko Maas zapowiedział zwiększenie wkładu do budżetu UNWRA nie podając jednak konkretnej kwoty. Stwierdził jedynie, że nie będzie ona wystarczająca do pokrycia niedoboru na sumę 217 mln USD. Do tej pory wkład RFN nie przekraczał poziomu 100 mln dolarów.

Palestyna liderem 80 proc. świata

Grupa 77, koalicja w ramach Organizacji Narodów Zjednoczonych obejmująca ponad 80 proc. ludności świata, przyznała przedstawicielstwu Palestyny funkcję przewodnictwa całemu blokowi w 2019 r. Obecnie pełni ją Egipt.

 

To kolejny dowód uznania dla Palestyńczyków ze strony społeczności międzynarodowej oraz kolejny cios dla Izraela i bliskowschodniej polityki Stanów Zjednoczonych.
O decyzji Grupy 77 poinformował Riyad Mansour, stały przedstawiciel Palestyny w ONZ, w telefonicznej rozmowie z The New York Times. – Będziemy prowadzić negocjacje w imieniu 135 państw – oświadczył Mansour w wypowiedzi dla dziennika.

Grupa 77 to koalicja krajów rozwijających się, obejmująca głównie regiony Globalnego Południa, lecz również wschodzące potęgi, takie jak Chiny. 77 to liczba krajów, które zawiązały ten sojusz w ONZ w 1964 r. Od tamtego czasu blok rozrósł się prawie dwukrotnie i obecnie liczy sobie 135 członków, w tym Palestynę. Koalicja, posiadająca własne struktury w ONZ, wspierała w minionych dekadach procesy dekolonizacyjne i walkę o globalną sprawiedliwość gospodarczą, próbując równoważyć reguły narzucane przez ekonomicznie najsilniejsze państwa świata. Włączała się również w walkę z apartheidem w RPA i podobne formy ucisku w innych krajach.

Palestyńskie przewodnictwo ma znaczenie głównie symboliczne. Od 2012 r. przedstawicielstwo Ramallah ma w ONZ status państwa-obserwatora, czyli niepełne członkostwo. Może brać udział w sesjach Zgromadzenia Ogólnego i zabierać głos, chociaż nie ma prawa głosu. Ma też wstęp do ważnych instytucji ONZ, m.in. UNESCO i Miedzynarodwego Trybunału Karnego.

Decyzja Grupy 77 jest bez wątpienia świadectwem wzrostu znaczenia Palestyny na arenie międzynarodowej. Mansour dał do zrozumienia oznacza to wzmocnienie pozycji jego kraju wobec Izraela i USA: – Oni twierdzą, że nie jesteśmy państwem – mówił w rozmowie z NYT – Teraz robimy wszystko jak normalne państwa, więc państwem jesteśmy (…) Najwyższy czas, by kraje regionu [Bliskiego Wschodu] wystąpiły otwarcie i okazały rzeczywistą pomoc narodowi Palestyny, zamiast nieustannie przemawiać z oddali.

Międzynarodowa rola Palestyny rośnie w sytuacji, gdy jej relacje dypolatyczne ze Stanami Zjednoczonymi praktycznie ustały. Stało się tak z inicjatywy Ramallah po tym, jak prezydent Donald Trump przeniósł na początku roku ambasadę USA z Tel Awiwu do Jerozolimy, której wschodnia arabska część jest okupowana przez Izrael od 1967 r., tak jak większość ziem palestyńskich.

Uznanie Jerozolimy za stolicę Izraela przez USA zostało potepione przez społeczność międzynarodową.

Trump szczycił się wcześniej ambicjami doprowadzenia do pokoju palesteńsko-izraelskiego, jednak jego jednostronna proizraelska polityka nie sprzyja temu. USA wystąpiły z Rady Bezpieczeństwa na znak protestu wobec potępienia Izraela przez ONZ za majową masakrę Palestyńczyków w Strefie Gazy. Stany Zjednoczone od początku również sprzeciwiały się przyznaniu Palestynie statusu państwa-obserwatora w ONZ.

Podążający śladem Trumpa

W poniedziałek 21 maja ambasada Paragwaju została oficjalnie przeniesiona do Jerozolimy. Paragwaj jest trzecim po USA i Gwatemali krajem, który przeniósł tam swoją ambasadę.

 

W inauguracyjnej ceremonii wziął udział urzędujący prezydent Paragwaju Horacio Cartes (pełni tę funkcję do momentu objęcia urzędu prezydenckiego przez Mario Abdo Beniteza wybranego w wyborach powszechnych 22 kwietnia) oraz premier Izraela Binjamin Netanyahu. Podczas ceremonii obydwaj politycy nie szczędzili sobie pompatycznych duserów. – Jest to historyczny dzień, który umacnia więzi między Paragwajem i Izraelem – perorował paragwajski prezydent dodając, że jest to wielki dzień zarówno dla Izraela, jak i dla Paragwaju oraz dla przyjaźni obu krajów. W równie pompatyczny sposób zrewanżował mu się Netanyahu mówiąc, iż decyzja Paragwaju to „nie tylko poparcie dla naszego rządu, lecz także wyraz głębokiej wdzięczności dla narodu Izraela”. Jak można było oczekiwać, decyzja Paragwaju spotkała się z ostrą krytyką ze strony palestyńskiej. Jak oświadczyła Hanan Aszraui, jedna z czołowych postaci w Organizacji Wyzwolenia Palestyny, „podejmując tak prowokacyjne i nieodpowiedzialne działania będące w wyraźnej sprzeczności z prawem międzynarodowym i konsensusem Paragwaj konspiruje ze Stanami Zjednoczonymi i Gwatemalą aby umocnić wojskową okupację i przypieczętować los okupowanej Jerozolimy”.

Przypomnijmy, że 21 grudnia 2017 Zgromadzenie Ogólne ONZ przyjęło przygniatającą większością głosów rezolucję określającą amerykańską decyzję o uznaniu Jerozolimy za stolicę Izraela za nieważną i nie mającą mocy prawnej. Przeciwko rezolucji głosowało oprócz USA i Izraela jeszcze siedem państw w tym Gwatemala. Paragwaj natomiast wstrzymał się od głosu, podobnie jak jeszcze 34 kraje łącznie z Polską. Za rezolucją zagłosowały za to czołowe państwa europejskie, jak RFN, Francja, Wielka Brytania czy Hiszpania.

Wśród państw, które wstrzymały się od głosu była również Rumunia. Jednak ostatnio w Bukareszcie zapowiedziano podjęcie kroków mających na celu przeniesienie ambasady do Jerozolimy. Publicznie poinformował o tym w końcu kwietnia nie pełniący co prawda żadnych funkcji państwowych, lecz sprawujący faktyczną władzę lider rządzącej Partii Socjaldemokratycznej Liviu Dragnea. Oświadczył za pośrednictwem telewizji, że rząd już wszczął procedurę przemieszczenia ambasady. Uzasadniając taką decyzję Dragnea powoływał się zarówno na „szczególne symboliczne wartości”, jak i na względy praktyczne. Jak podkreślił, Izrael posiada duże wpływy międzynarodowe co „przyniesie Rumunii wielkie korzyści”. Argumentował też, że „podobnie jak wszyscy Izrael ma prawo ustanawiania sobie stolicy gdzie chce” nie dodając, że status Jerozolimy jest przypadkiem szczególnym.

Na decyzję o przeniesieniu ambasady musi jeszcze wyrazić prezydent Klaus Iohannis, który jednak odnosi się do niej sceptycznie. Oświadczył, że w tej kwestii nie był informowany ani konsultowany i wezwał rząd oraz czołowe siły polityczne do „wykazania się odpowiedzialnością i wnikliwym podejściem do najważniejszych decyzji w obszarze polityki zagranicznej mających strategiczne następstwa dotyczące również bezpieczeństwa państwa”.

W Izraelu spekuluje się, że do Stanów Zjednoczonych, Gwatemali i Paragwaju dołączy jeszcze klika innych państw, wśród których wymieniane są Czechy, gdzie prezydent Miloš Zeman znany jest ze swoich proizraelskich sympatii. Już następnego dnia po decyzji Trumpa o przeniesieniu ambasady do Jerozolimy zaproponował, aby „wcześniej czy później” uczyniły to również Czechy dodając, że taki pomysł miał już przed czterema laty. Natrafił jednak na opór ze strony rządu. Premier Andrej Babiš zakomunikował, że rząd nie ma takiego zamiaru argumentując, że amerykański prezydent podjął nietrafną decyzję o czym świadczą światowe reakcje.