
Rzecznik Departamentu Stanu ogłosił, że Stany Zjednoczone po raz kolejny opuszczą UNESCO. Tym razem decyzja ma wejść w życie z końcem 2026 roku. Administracja Donalda Trumpa tłumaczy ten krok jej poparciem dla postępowych inicjatyw społecznych i „antyizraelskimi” uprzedzeniami organizacji. To kolejny przypadek, gdy Waszyngton używa organizacji międzynarodowej jako narzędzia w swojej polityce ideologicznej.
UNESCO, czyli Organizacja Narodów Zjednoczonych do spraw Oświaty, Nauki i Kultury, to jedna z najważniejszych agend ONZ. Zajmuje się promowaniem edukacji, współpracy naukowej, ochrony dziedzictwa kulturowego i wspieraniem różnorodności kulturowej. To właśnie ta instytucja wyznacza listy światowego dziedzictwa, prowadzi działania edukacyjne w rejonach konfliktów zbrojnych, a także promuje standardy etyczne w nowych technologiach. Dla wielu krajów Globalnego Południa UNESCO jest symbolem globalnej solidarności i równego dostępu do wiedzy i kultury.
To nie pierwszy raz, gdy USA opuszczają tę organizację. W 1984 roku administracja Ronalda Reagana wycofała się z UNESCO, zarzucając jej „antyzachodnią stronniczość”. W 2003 roku USA wróciły, by w 2011 roku ponownie zawiesić współpracę po tym, jak UNESCO przyjęło Palestynę jako państwo członkowskie – w ślad za Izraelem, który wtedy przestał wpłacać składki. W 2017 roku administracja Trumpa ogłosiła wyjście z organizacji, które sfinalizowano w 2018 roku. Za prezydentury Joe Bidena Stany Zjednoczone powróciły do UNESCO w 2023 roku. Jak widać, amerykańska relacja z instytucją przypomina sinusoidę – raz blisko, raz na dystans – zawsze w rytm politycznych interesów.
Tym razem to uznanie Palestyny za państwo członkowskie było punktem zapalnym – dla administracji Trumpa to wystarczający powód, by się wycofać i ukarać UNESCO symbolicznie oraz finansowo. W tym geście bardziej niż troskę o sprawiedliwość widać kontynuację polityki „America First” – niechętnej wszystkiemu, co wymyka się spod kontroli Waszyngtonu.
Decyzja o wycofaniu była poprzedzona podpisanym przez Donalda Trumpa dekretem wykonawczym, który nakazywał przegląd zaangażowania USA w UNESCO. Kierowali nim sekretarz stanu Marco Rubio i ambasadorka przy ONZ Dorothy Shea. Dokument przewidywał analizę tego, czy UNESCO wspiera interesy USA, oraz badanie przypadków rzekomego „antysemityzmu” w działalności organizacji.
Izrael First
Tammy Bruce, rzeczniczka Departamentu Stanu, przekonuje, że UNESCO promuje „dzielące inicjatywy kulturowe” i nie wpisuje się w linię polityki „America First”. Jej zdaniem agencja wspiera „ideologiczną i globalistyczną mapę drogową” dla międzynarodowego rozwoju. UNESCO oskarżane jest też o rozpowszechnianie antyizraelskiej retoryki.
Na to nakłada się długotrwały spór o narrację historyczną i kulturową w Jerozolimie i Hebronie. Od 2010 roku UNESCO regularnie przyjmowało rezolucje, w których Izrael przedstawiano jako siłę okupacyjną, ignorując — zdaniem izraelskich władz — żydowskie dziedzictwo religijne. Najgłośniejszym przypadkiem była rezolucja z 2016 roku, w której Wzgórze Świątynne określono wyłącznie arabską nazwą Al-Haram al-Sharif.
UNESCO tłumaczyło wówczas, że użycie tej nazwy miało charakter techniczny i wynikało z tematycznego zakresu rezolucji, która dotyczyła ochrony palestyńskiego dziedzictwa kulturowego. Organizacja podkreślała, że taki wybór terminologii nie stanowi zaprzeczenia historycznego związku Żydów z tym miejscem ani nie oznacza ignorowania ich religijnej obecności w Jerozolimie, lecz był zgodny z wcześniejszymi praktykami i terminologią stosowaną w dokumentach UNESCO.
Podobna logika przyświecała kolejnej decyzji, która również wywołała oburzenie w Izraelu.
W 2017 roku Hebron – miasto biblijnych patriarchów, w tym Jaskinię Patriarchów – wpisano na listę światowego dziedzictwa jako „zagrożony obiekt palestyński”. Rezolucję przegłosowano zdecydowaną większością (12:3 przy 6 wstrzymaniach), co wielu w Izraelu uznało za akt kulturowego wymazania. Jak wskazano w dokumentach UNESCO, decyzja miała charakter ochronny – chodziło nie o historyczne roszczenia, lecz o zabezpieczenie palestyńskiego dziedzictwa przed degradacją w wyniku izraelskich blokad, ograniczeń i przemocy wobec lokalnej społeczności. Organizacja zaznaczała, że wpis ten nie neguje żydowskich związków z Hebronem, lecz wynika z potrzeby ochrony zagrożonych tradycji i miejsc kultu – w tym tych, które funkcjonują równolegle, ale są marginalizowane przez konflikty.
UNESCO podkreśla, że jego działania mają charakter dokumentacyjny i edukacyjny, a nie ideologiczny. Organizacja zwraca uwagę, że jej obowiązkiem jest ochrona zagrożonego dziedzictwa kulturowego bez względu na przynależność etniczną czy religijną oraz że nie może ignorować faktów na rzecz politycznej poprawności. Decyzje podejmowane są na podstawie ocen ekspertów i analiz sytuacji w terenie, a nie pod wpływem presji politycznej.
Choć rezolucje UNESCO nie mają mocy prawnej, ich wymiar symboliczny wpływa na postrzeganie konfliktów i może być wykorzystywany w sądach międzynarodowych jako wyraz woli społeczności globalnej. W praktyce stanowią one formę moralno-politycznych oświadczeń, które oddziałują na język dyplomacji i legitymizację. Izraelscy prawnicy, w tym były prezes Sądu Najwyższego Aaron Barak, podkreślają, że takie rezolucje mogą naruszać zasadę neutralności organizacji międzynarodowych i ograniczać prawo Izraela do ochrony sądowej. Barak od lat znany jest z prób reinterpretacji prawa międzynarodowego na korzyść swojego państwa – także i tutaj jego argumentacja służy raczej interesom politycznym niż faktom. UNESCO nie odbiera prawa do sądu, lecz przypomina, że nawet państwa demokratyczne nie stoją ponad prawem, zwłaszcza gdy okupują cudze terytoria i niszczą dziedzictwo kulturowe.
Równolegle z argumentami prawnymi pojawiają się oskarżenia o brak neutralności wynikający z układu sił głosujących państw. Argument o politycznej arytmetyce głosowań, często przywoływany przez krytyków UNESCO, również nie wytrzymuje konfrontacji z faktami. Większość państw członkowskich rzeczywiście pochodzi z Globalnego Południa, ale solidarność z Palestyńczykami wynika nie z „dyktatu ideologii”, lecz z realiów trwającej od dekad okupacji. Blokowe głosowanie to nie zmowa – to reakcja na systemowe łamanie prawa, które dokumentują niezależni eksperci i organizacje międzynarodowe. Jeśli w latach 2009–2019 UNESCO przyjęło ponad 25 rezolucji krytycznych wobec Izraela, to dlatego, że Izrael w tym czasie nie przestał burzyć szkół, blokować dostępu do edukacji i marginalizować lokalnego dziedzictwa kulturowego. To nie liczba rezolucji świadczy o stronniczości, ale skala naruszeń, na które świat nie chce już patrzeć obojętnie. Zarzuty o bezlitosnej arytmetyce głosowań są w gruncie rzeczy próbą odwrócenia uwagi od meritum – a tym jest okupacja i wynikające z niej konsekwencje.
Strona izraelsko-amerykańska podnosi też zarzut, że UNESCO nie krytykuje Hamasu, co jest nieuczciwe z kilku powodów. Po pierwsze, organizacja ta zajmuje się dziedzictwem kulturowym, edukacją i ochroną obiektów cywilnych – nie jest agencją bezpieczeństwa ani instytucją od oceniania polityki wojskowej ugrupowań zbrojnych. Po drugie, Hamas nie jest członkiem ONZ ani sygnatariuszem konwencji, które tworzą podstawy prawne działania UNESCO. Choć sprawuje władzę w Strefie Gazy, nie reprezentuje Palestyny w tej organizacji. Członkiem UNESCO jest Państwo Palestyna, którego przedstawicielem jest uznany na arenie międzynarodowej rząd Autonomii Palestyńskiej z Ramallah. To z nim współpracuje UNESCO, prowadząc działania z zakresu kultury i edukacji – nie z władzami Hamasu. Po trzecie – i najważniejsze – to nie Hamas bombarduje szkoły, biblioteki i stanowiska archeologiczne w strefach objętych ochroną, tylko izraelskie siły zbrojne, które jako strona okupująca mają obowiązek ich ochrony.
UNESCO bez Ameryki – i co z tego?
Dyrektorka generalna UNESCO, Audrey Azoulay, przyjęła decyzję USA bez większych emocji. Organizacja była przygotowana na taki scenariusz i zapowiedziała, że mimo utraty 8% budżetu nie planuje ograniczania swojej działalności. Przetrwała już podobne sytuacje – także w latach, gdy Stany Zjednoczone były nieobecne. Odbudowa Mosulu, edukacja w strefach konfliktów, ochrona bioróżnorodności czy promocja etyki w technologii – wszystko to działo się bez amerykańskiego wsparcia.
UNESCO pozostaje jedyną agencją ONZ odpowiedzialną za globalną edukację o Holokauście i przeciwdziałanie antysemityzmowi. Gdy to robi – Waszyngton zarzuca jej uprzedzenia. Gdy chroni dziedzictwo w Strefie Gazy – oskarża o stronniczość. Tymczasem to nie są działania polityczne, lecz odpowiedź na udokumentowane naruszenia prawa humanitarnego.
Izraelski minister Gideon Sa’ar nazwał decyzję USA „krokiem w stronę sprawiedliwości” – co tylko pokazuje, że dla Tel Awiwu sprawiedliwość to brak sprzeciwu. A UNESCO sprzeciwia się – nie polityce, lecz bezkarności.
Dla administracji Trumpa problemem nie jest więc UNESCO, lecz świat, który nie godzi się na podwójne standardy. Organizacja, która uznaje Palestyńczyków za ludzi z prawem do kultury, edukacji i pamięci, nie pasuje do tej wizji. A skoro nie da się jej uciszyć ani przekształcić według własnych zasad – trzeba się obrazić i wyjść, licząc, że może kogoś to zaboli.
Ale wcześniej czy później wrócą – ale kiedy foch tym razem dobiegnie końca? Nie wiadomo. Bush przywrócił członkostwo USA po niemal dwóch dekadach nieobecności. Biden od razu, 5 lat po pierwszym trumpowym eksodusie. Teraz sytuacja się powtarza, lecz przewidzieć trajektorię tego focha to jak próbować zrozumieć emocje supermocarstwa: kapryśne, chaotyczne, z pozoru przemyślane. Jeśli historia czegoś uczy, to tego, że z UNESCO nie żegnają się na zawsze – tylko na chwilę, żeby zrobić wrażenie. Bo Ameryka nie tyle rezygnuje, co się chwilowo obraża.









