Dlaczego można, jak nie można?

Wszędzie, w polityce, w nauce, w codziennych międzyludzkich kontaktach i na ulicy można, mimo tego, że nie można, już nie mówiąc, że nie należy.

Ten szczególnego rodzaju dylemat, przed którym stanęła Lucy Wilska z serialowego „Rancza”, wyjaśnił jeden z bywalców ławeczki Jan Japycz : „Proszę pani bo jak przepis jest nieżyciowy, to można”. Tym razem chodziło o picie Mamrota w miejscu publicznym i choć to oczywiście zakazane, a dla wielu nadto z różnych względów uciążliwe, to w sumie zupełny drobiazg. Powszechne nieprzestrzeganie prawa, zakłamywanie historii, matactwo i pseudointerpretacja, kłamstwo na różny użytek i brak elementarnej przyzwoitości stanowią dziś immanentne cechy naszych nie tylko politycznych elit i partyjnych przywódców, ale również podążającej za nimi licznej części wielkiego (???), naszego narodu. Bo mimo tego, że nie można, to jednak można.

Kolejne informacje nie z serialowej ławeczki, a z naszych różnych miejsc siedzących:

Ławy rządowe

Szef sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych profesor Zbigniew Rau został ministrem spraw zagranicznych, a przed nominacją m. in. powiedział :„na pewno będzie to kontynuacja dotychczasowej polityki….Nasza polityka zagraniczna jest na właściwym kursie, potwierdza to nasza dynamiczna reakcja na wydarzenia na Białorusi, zdolność mobilizacji najważniejszych podmiotów UE – nasze geopolityczne know-how zostało raz jeszcze raz potwierdzone w kwestii Białorusi.” Nic tak naprawdę, poza apelem Morawieckiego, nie zostało potwierdzone, Polska od lat nie tylko nie realizuje żadnej spójnej koncepcji polityki wschodniej, ale nadto w międzynarodowych stosunkach w ogóle się nie liczy. Można opowiadać bajki dorosłym ludziom, można choć co najmniej nie wypada.

Fotele w prezydenckim pałacu

Projekt PiS przewidujący miesięczne wynagrodzenie dla współmałżonka prezydenta wynoszące ok. 13 212 zł. został wycofany, ale i tak sprawa wywołała liczący się społeczny odzew. Jedni zwracali uwagę na wysokość kwoty i, że nic się nie należy z uwagi na wyjątkową absencję w życiu publicznym aktualnej Pierwszej Damy. Środowiska kobiece broniły projektu podkreślając, że żona prezydenta nie może być wręcz ubezwłasnowolniona, nie mieć ubezpieczenia i żadnych własnych pieniędzy. W tej sprawie wypowiedział się nawet Aleksander Kwaśniewski, który uważa, że żona głowy państwa powinna otrzymywać dwukrotność średniej krajowej pensji za wykonywanie swoich obowiązków państwowych.

W tych rozważaniach nie pojawiła się jednak informacja, że wszystkie życiowe potrzeby przez pięć lat prezydenckiemu małżeństwu pokrywa skarb państwa. Nie zmienia to położenia małżonki prezydenta i byłoby sprawiedliwe, a nadto naturalnie, aby w tym czasie otrzymywała wynagrodzenie w wysokości poprzedniego, otrzymywanego na ostatnim wykonywanym stanowisku. Oczywiście wraz z odpisem na ZUS i podatkiem, ale również z ewentualnymi podwyżkami, które by dla tej grupy zatrudnionych miały miejsce. Czasem propozycja jest życiowa i prosta, ale u nas i tak nie można.

Ławy poselskie

Posłowie i senatorzy Platformy Obywatelskiej – partii wyjątkowo odpornej na krytyczną reakcję obywateli i kolejne blamaże – tym razem postanowili odbyć posiedzenie parlamentarnego klubu w odległym od Warszawy o prawie 300 km luksusowym hotelu „Krasicki” w Lidzbarku Warmińskim. W programie spotkania: 14.00 lunch. 15.30-20.30 posiedzenie klubu, o 21.00 kolacja. Dzień później o 10.00 powrót do stolicy. Kolacja przedłuży się zapewne w wieczór integracyjny, którego niewątpliwym celem będzie, przy odpowiednim wspomożeniu, zażegnanie podziałów po niedawnej wpadce z ukrywanymi porozumieniami z PiS w sprawie podwyżek dla funkcjonariuszy państwowych, a nadto umocnienie dotychczasowego, poważnie zachwianego kierownictwa PO i jej parlamentarnego klubu.
Nie bardzo wiadomo jak wiceprzewodniczący PO Rafał Trzaskowski odnajduje się – po tej kompromitacji swojej partii i planowanych, wielkopańskich wojażach – z wezwaniami o koniecznej zmianie działania dotychczasowych partii i z zamiarem tworzenia nowego społecznego ruchu. Co prawda wiarygodność całego tego towarzystwa poleciała na łeb, na szyję, ale „Nową Solidarność” można tworzyć choć tym razem jest raczej nieżyciowym pomysłem.

Katedry uniwersyteckie

Do wojny z 1920 roku nawiązał Tomasz Nałęcz („GW”, 20.01.2020) pisząc m. in. „Uprzedzając natarcie wroga chcącego „po trupie Polski” szerzyć komunizm w Europie, ruszyła wielka polsko-ukraińska ofensywa”. Nikt co prawda dotąd nie słyszał o planowanym bolszewickim natarciu na zachód Europy gdyż w tym czasie już zgasł płomień rewolucji w Niemczech, ale dużo ważniejsza jest kolejna wypowiedź profesora (”GW”, 14.08.2020) pod tytułem „W Polskiej Republice Rad”, Dowodzi w niej m.in. na różne sposoby, że bardzo wątpliwe jest przypuszczenie aby Armia Czerwona, po ewentualnym zwycięstwie nad Polską pomaszerowała dalej za zachód Europy. Powyższa, wręcz obrazoburcza teza nie tylko odbiega od poprzedniej wypowiedzi, ale przede wszystkim sprzeczna z upowszechnionymi hasłami-opiniami i licznymi wypowiedziami nie tylko polityków władzy, że ocaliliśmy w tamtym czasie Europę od komunizmu, stając się jedyną i jakże skuteczną opoką zachodniej cywilizacji.

Okazuje się, że jak wydarzenia historyczne i ich interpretacja są nieżyciowe dla współczesnej władzy, to w historii też można.

Salony intelektualistów i redakcje

Ileż to było artykułów i ekspertyz zamieszczonych w mediach, ile na różnych salonach wyjątkowo mądrych wypowiedzi o pazerności naszego społeczeństwa, które za 500+ i inną pisowską daninę sprzedaje najwyższe wartości: wolność, demokrację i trójpodział władzy, nie wspominając już o zgodzie na szarganie Konstytucji. Skryte ponadpartyjne porozumienia w sprawie podwyżek dla polityków i partii w powszechnym odczuciu zrównały się z tą pono wyjątkową pazernością obywateli na pieniądze. Salony z wrażenia na ogół zamilkły, redakcje okazały święte oburzenie, a jakieś nieudolne tłumaczenia obywatele puścili mimo uszu.

Jedynie Jacek Żakowski („GW”, 20.08. 2020) racjonalnie uzasadnił konieczność podwyżki dla polityków, jednocześnie określając tryb jej przeprowadzenia za wyjątkowo głupi. Widać z tego, że nawet gdy można, to u nas na odmianę nie można.

Szpitalne łóżka

zajmują gremialnie pacjenci chorzy na COVID-19 dzięki m. in. takim, jak zakażony piłkarz klubu Kmita Zabierzów, który wybiegł na boisko znając stan swojego zdrowia i wszystkim innym, którym prawo do nieograniczonej wolności zabrały zalecenia sanitarne. W ich przekonaniu są nieżyciowe, także dzięki powszechnie znanej argumentacji „bo nie”, a więc można, choć nie można.

Kościelne ławy

W programie „Fakty po faktach” (TVN 24, 23.08.2020) Piotr Kraśko przeprowadził interesującą rozmowę z prof. KUL księdzem Alfredem Wierzbickim i naczelnym rabinem Polski Michaelem Schudrichem. Tematem były prohitlerowskie zachowania, awantury wkoło Margot, wybiórcza reakcja policji i nietolerancja wobec innych. Ale najbardziej charakterystyczną cechą telewizyjnego spotkania była nieobecność katolickiego hierarchy, Za trudne i zbyt dociekliwe pytania, bo chyba nie fakt obecności starszego w tej wierze. A może obawa przed konfrontacją z poglądami i ocenami rabina. Nadto wredna stacja w odróżnieniu od Trwam, gdzie często i z ochotą biskupi występują. 28 sierpnia Konferencja Episkopatu przyjęła stanowisko, że obowiązek szacunku dla osób związanych z ruchem LGBT+ nie oznacza bezkrytycznego akceptowania ich poglądów. Z powyższego wynika, że coś się biskupom pomyliło i przy okazji, jak zawsze, zamotali bowiem nie idzie tu o poglądy, a społeczną akceptację odmiennej, naturalnej orientacji seksualnej, której tak bardzo brak w naszym kraju. Dużo jaśniej to wyraził papież Franciszek do geja Amosa: „Nie ma znaczenia, kim jesteś i jak żyjesz – nie tracisz swojej godności” Można, można.

Cokoły pomników

z aktywistami na nich, a przede wszystkim posągi oplecione wielobarwną flagą stały się ulubionym miejscem interwencji policji, przeciwdziałającej zakłóceniu porządku publicznego. Ale nie zawsze, bo owinięcie taką flagą pomnika Czynu Rewolucyjnego w alei Daszyńskiego w Krakowie nie zbezcześciło tego monumentu, w odróżnieniu od Smoka Wawelskiego, w oczach stojących w pobliżu policjantów. Poczekali aż kilku bezmózgowców zedrze flagę z aktualnie niekochanego pomnika, a później zapewne złożyli meldunek do centrum walki z obcą ideologią. Szczególny paradoks tej rozlicznej, bezmyślnej walki z LGBT polega na tym, że czym jej więcej i bardziej bezwzględnej, tym szerzej otwierają się przysłowiowe szafy, z których wpada wreszcie do świadomości Polaków informacja, że jest wśród nich wielu rodaków inaczej kochających i to nie z racji jakiegoś widzimisię, i że walcząc o swoją swobodę w gruncie rzeczy reprezentują nas wszystkich w dążeniu do rzeczywistej wolności. Tym razem wyjątkowo, jak nie można to nie tylko można, ale i należy.

Rowerowe siodełka

W ohydnym PRL-u ograniczającym wolności obywatelskie obowiązywała zasada, że użytkownik roweru musiał posiadać tzw. kartę rowerową, która podobno teraz też obowiązuje dla osób, które nie ukończyły 18 lat. Po kilku latach smutnych doświadczeń i licznych, także śmiertelnych wypadkach rowerzystów, ożywiła się dyskusja na temat powszechności kart rowerowych. Posłowie deliberują na temat tego, czy np. dorosłe osoby nieposiadające prawa jazdy, powinny uzyskiwać kartę rowerową, by legalnie korzystać z dróg publicznych podczas jazdy rowerem. Tamten totalitarny system tak zniewalał rowerzystów, że nadto obowiązywały tabliczki rejestracyjne na rowerach, nie koniecznie służące do identyfikacji politycznych opozycjonistów. Wreszcie wyzwoliliśmy się z tego i hulaj dusza, wszystko wolno. O szaleństwach rowerzystów nie ma nawet co wspominać, ale pod wpływem rowerowego lobby narodziły się szczególne przepisy łamiące dotychczasowe zasady ruchu drogowego. Pierwszym są tzw. kontrpasy, umożliwiające rowerzystom jeździć „pod prąd”, zapewne dlatego, że im się zawsze gdzieś spieszy i muszą, w odróżnieniu od samochodów czy motocykli, jechać najkrótsza drogą, a jeśli takowej oficjalnej nie ma, to jest przecież chodnik, na którym nie wiedzieć czemu przeszkadzają im jacyś piesi. Śpieszącym się rowerzystom umożliwiono nawet zajmowanie miejsca przed samochodami na wydzielonych miejscach przed skrzyżowaniami. Widok prowadzącego rower przez pasy dla pieszych jest tak częsty jak zaćmienie słońca, natomiast przepisy powalają jechać po tych pasach, gdy ścieżka rowerowa je przecina. W tej sytuacji wyprzedzanie z prawej strony to zupełny drobiazg. Dodać jeszcze wypada, że te wszystkie wyczyny wcale nie przeszkadzają policji i strażom miejskim (poza poważnymi wypadkami i tymi, gdy się uda zidentyfikować rowerowego sprawcę) bo widocznie nie zakłócają porządku publicznego.
W swoim czasie sam byłem częstym rowerowym uczestnikiem ruchu drogowego, ale wtedy wiedziałem co można, a co nie. Obecnie zbyt wiele rowerzystom można, a i tak uważają, że jak nie można, to można.

Siedzą Polacy

w różnych miejscach, także na ławeczkach, ale wielu z nich łączy powszechne przekonanie, że jak można to nie można, a jak nie można, to można. I ta niemoc bądź głupota charakteryzuje nasze podobno państwo prawa.