Komuniści a niepodległość Polski

Uwagi na marginesie książki Andrzeja Friszke

Na stanowisku komunistów polskich w kwestii niepodległości polski na przełomie XIX i XX wieku ciążył błąd Róży Luksemburg, która uważała, że ziemie polskie w wyniku przemian kapitalistycznych tak już zrosły się z gospodarkami zaborców, że odbudowanie państwa narodowego jest niemożliwe. Poglądy Róży Luksemburg w kwestii narodowej były sprzeczne z wyrażanymi wcześniej poglądami Marksa i Engelsa, a nawet Jerzego Plechanowa. Stały się też obiektem krytyki ze strony Lenina. Można powiedzieć, że sprawa polska przypominała dylemat współczesnego narodu kurdyjskiego, który zamieszkuje głównie tereny Turcji, Iraku, Iranu i Syrii i nie posiada własnego państwa.

Pod koniec opisywanego przez Andrzeja Friszke okresu, komuniści polscy o istniejącym państwie polskim wyrażali się „w kategoriach ideologicznych, klasowych, negując sam fakt niepodległości jako kategorię polityczną mijającego świata burżuazyjnego” (s. 442). W ich ocenie państwo polskie realizowało klasowe interesy burżuazji i kapitału międzynarodowego. Uważali, że endecja obiecująca niepodległość, dostosowuje się do żądań ententy, czyli głównie Francji, Anglii i Stanów Zjednoczonych. Komuniści zarzucali socjalistom, że zdradzili interesy polskiej i międzynarodowej klasy robotniczej. Wydaje się dziś, że mieli rację zarzucając socjalistom obronę państwa „burżuazyjnego”. Komuniści na cały świecie traktowali rewolucję w Rosji jako konflikt klasowy, jako rewolucję międzynarodową, jako swoją rewolucję, którą należy wspierać wszelkimi sposobami. Polacy walczący po stronie bolszewików traktowali rewolucję październikową jako wspólne zwycięstwo nad caratem, jako początek rewolucji światowej. Przecież po stronie rewolucji październikowej walczyli przedstawiciele wielu narodów i narodowości. W szeregach Armii Czerwonej walczyło ponad 100 tysięcy Polaków, tworzyli całe pułki, piastowali najwyższe stanowiska partyjne i państwowe. Józef Stalin był Gruzinem. Bunt lewicowych eserowców przeciwko polityce bolszewików został stłumiony głównie przez odziały łotewskie. Komisarzem w Armii Czerwonej był Czech Jaroslaw Hašek, autor Przygód dzielnego wojaka Szwejka podczas wojny światowej. Rewolucyjne wrzenie ogarnęło w ówczesnym okresie setki milionów ludzi na całym świecie.

Ujawniane dokumenty pokazują, że alternatywa dla rewolucyjnego rozwiązania kwestii narodowej i socjalnej, wbrew temu co pisze Andrzej Friszke, była. Fakt, że nie powiodły się rewolucje w Niemczech, na Węgrzech czy w innych krajach nie przeczył możliwości rewolucji w Polsce. Tylko bowiem zbieg różnych okoliczności sprawił, że ta alternatywa się nie ziściła. Sprawy te rozstrzygano wszak przy huku armat, z karabinem i ulotką agitacyjną w ręku. Gdybyśmy takiej alternatywy nie dopuszczali, uznalibyśmy ówczesnych ludzi, za istoty bezmyślne, skazane na wykonywanie „wyroków historii” nie wiadomo przez kogo wydanych. Wszak historia pokazała, że to, co nie stało się w 1920, ziściło się w 1945 i trwało przez dwa pokolenia. Jednak Andrzej Friszke poprzez ukazanie niektórych sprzeczności, dostarcza współczesnemu czytelnikowi dowodów, jak złożona była sytuacja i że różne kierunki jej rozwoju były możliwe. W książce swojej prezentuje nie tylko świetny warsztat naukowy, ale także określone sympatie polityczne.

W wypowiedziach o wojnie polsko-radzieckiej dominuje od lat na poły hagiograficzna narracja. Pokpiwa się z Komunistycznej Partii Robotniczej Polski, kiedy w swych ulotkach i materiałach propagandowych określała wojnę ze strony polskiej, jako toczonej w interesie imperializmu i polskiego ziemiaństwa. Komunistom zarzuca się, że byli właściwie agentami i szpiegami bolszewików, działali na szkodę armii polskiej. Opowiada się legendy o tym, że poza komunistami społeczeństwo polskie jak jeden mąż popierało wojnę i stawiało się do armii w obronie ojczyzny. W momencie szczególnego zagrożenia wszyscy byli za powołaniem Rządu Obrony Narodowej i udzielili mu bezwarunkowego poparcia, nawet Polska Partia Socjalistyczna, z której wywodził się Józef Piłsudski. W takiej uproszczonej narracji ówczesne społeczeństwo wydaje się działać jak dobrze naoliwiona maszyna historii, bez żadnych wątpliwości i rozterek.

Andrzej Friszke, zachowując antykomunistyczne oceny ówczesnej sytuacji i działań, ukazuje szereg sprzeczności, które wzbogacają obraz społeczeństwa polskiego.

Sprzeczności wśród samych komunistów

Komuniści byli generalnie zgodni w ocenie ówczesnej polityki rządu polskiego, jego burżuazyjno-imperialistycznego charakteru. Uważali zatem, że powinni działać na rzecz Armii Czerwonej i osłabiać ducha walki w armii polskiej. Nie uważali za dyskwalifikujące ich ewentualne objęcie władzy dzięki radzieckim bagnetom.

Na tym tle interesujące wydają się poglądy i działania Juliana Marchlewskiego, który rozważał różne możliwe warianty rozwoju sytuacji. Uważał, że polskie terytorium narodowe rozciąga się od Karpat po ujście Wisły oraz od Odry po Bug. Przewidywał, że Śląsk stanie się przedmiotem rywalizacji polsko-niemieckiej. Opanowanie jego etnograficznie polskiej części mogło stać się warunkiem rozwoju przemysłu polskiego. Jego zdaniem, przemysł polski nie mógł się też odrodzić bez rosyjskich surowców i rynków zbytu. A przemysł rosyjski potrzebował więzi z polskim. Relacjonując poglądy Marchlewskiego Friszke pisał: „Zniesienie granic w wyniku rewolucji dałoby ogromne możliwości rozwoju przemysłu Górnego Śląska – mógłby zaopatrywać w węgiel, żelazo, cynk, artykuły chemiczne Polskę, wschodnią część Niemiec, Litwę, Ukrainę, Białoruś, Węgry. Natomiast kapitalistyczna Polska stałaby się rywalką Niemiec i Czech, a jednocześnie dążyłaby do ekspansji na wschód – na ziemie Litwy, Białorusi, Ukrainy. »Odrodzona kapitalistyczna Polska może stać się jednym z najbardziej niebezpiecznych dla pokoju elementów Europy«” (s. 449).
Marchlewski po powrocie z Niemiec do Polski wystąpił z inicjatywą zabezpieczenia tyłów Armii Czerwonej na froncie zachodnim, aby mogła rozwinąć ofensywę w walce z Denikinem i Kołczakiem. Nie wszyscy polscy komuniści taką taktykę popierali, gdyż, przynajmniej przejściowo, skazywało to ich na własne siły.

Tajne rokowania jakie prowadził Marchlewski w imieniu bolszewików z Piłsudskim, pozwoliły im przerzucić część oddziałów wojskowych do pokonania Kołczaka i Denikina, by następnie powrócić do zmagań z Polską.
Powstaje pytanie, dlaczego Piłsudski wstrzymał ofensywę przeciwko Armii Czerwonej, aby pokonała ona oddziały białych? Wolał bowiem, aby zwycięstwo odnieśli bolszewicy, bo przynajmniej formalnie opowiadali się za prawem narodów do samostanowienia. Natomiast uważał, że ich przeciwnicy dążyli do zapewnienia odrodzenia Rosji w dawnych carskich granicach. Piłsudski wolał przejściowy sojusz z bolszewikami, gdyż nie wierzył w gwarancje dawane przez ententę, że Denikin zgodzi się na odrodzenie państwa polskiego. Negocjacje były podjęte wbrew stanowisku ententy, która zabraniała jakichkolwiek rozmów z Rosją Radziecką. Historia nieraz lubi zaskakiwać jej uczestników. Niezależnie od tego jakie intencje miał Marchlewski przyczynił się do odzyskania przez Polskę niepodległości.

Imperialistyczny charakter wojny

Taka ocena wojny przez polskich komunistów spotyka się z największą ironią publicystów i historyków, których niesie fala polskiego nacjonalizmu. Ale, jak pisze Andrzej Friszke, kiedy Armia Czerwona zbliżała się do ziem etnicznie polskich, premier Władysław Grabski szukał ratunku podczas konferencji w Spa 9-10 lipca 1920 roku. Od przedstawicieli Wielkiej Brytanii, Francji, Włoch „Usłyszał, że pomoc Polsce może być udzielona tylko pod warunkiem, że zrezygnuje ona ze swojej imperialistycznej i aneksjonistycznej polityki oraz zgodzi się pozostawić decyzję o jej granicach w rękach państw ententy” (s. 489). Ponadto, Grabski zgodził się na granicę państwa polskiego wzdłuż linii Curzona, oddanie Wilna Litwie, a także na rezygnację z plebiscytów na Śląsku Cieszyńskim, Orawie i Spiszu.
W tym czasie socjaliści na zachodzie Europy występowali w obronie Rosji Radzieckiej, dokerzy portowi odmawiali załadowywania na statki broni przeznaczonej dla Polski i zastępować ich musieli żołnierze. A socjaliści polscy weszli w skład Rządu Obrony Narodowej. Ale nie była to decyzja tak oczywista, jak się niektórym wydaje, gdyż naruszała zasady wcześniej głoszone przez PPS. Decyzja o wejściu w skład rządu zapadła na posiedzeniu Centralnego Komitetu Wykonawczego PPS stosunkiem głosów 37 do 14. „Wielu działaczy […] uważało wejście do rządu wraz z endekami za błąd, odstąpienie od pryncypialnego stanowiska i pośrednio rozgrzeszanie prawicy. Wielu działaczy oceniało, że taki kompromis będzie niezrozumiany przez robotników. Pamięć represji, uciekanie się do sił porządkowych przeciw strajkującym, nierozliczone zajścia kończące się śmiercią lub ranami, złośliwe działania w walce ze strajkującymi, jak choćby w czasie strajku robotników miejskich Warszawy, wszystko to budowało mur niechęci i głęboką nieufność do endecji, ale też innych ugrupowań prawicowych. Istniała zarazem na lewicy pokusa, by w dramatycznej sytuacji wrócić do koncepcji rządu ludowego, połączyć obronę kraju z jednoznacznie lewicowym programem” (s. 496-497).

We współczesnych publikacjach pisze się o masowym napływie ochotników do polskiej armii. Ale w rzeczywistości proces ten nie przebiegał tak bezboleśnie. Wielu mężczyzn w wieku poborowym ukrywało się w domach, a po ulicach krążyły patrole wojskowe wyłapujące dekowników. „W lutym 1920 roku w powiecie łomżyńskim stawiło się do wojska 60 procent powołanych, w ostrołęckim zaledwie 40 procent. W następnych miesiącach sytuacja jeszcze się pogorszyła”. Do Armii Ochotniczej generała Józefa Hallera zgłaszali się głównie inteligenci, urzędnicy, nauczyciele, studenci, młodzież gimnazjalna i harcerze. Andrzej Friszke powołując się na raporty Oddziału II Ministerstwa Spraw Wojskowych pisze, że wiadomości o porażkach wojska polskiego większość ludności chłopskiej przyjmowała z obojętnością, ukrywała dezerterów. Hasło zaciągu ochotniczego natrafiło na wsi na niepodatny grunt. „W powiecie zamojskim zgłosiło się zaledwie 30 procent poborowych, w dodatku 90 procent z nich poprosiło o odroczenie służby. O niektórych wsiach pisano, że są wręcz »zbolszewizowane«. W Krośnie do poboru miało się stawić 28 gmin, stawiła się jedna” (s. 502). Podobne opory przed wstąpieniem do armii polskiej występowały w środowisku robotników. „W obliczu zagrożenia działania władz lokalnych w wielu miejscowościach kierowały się przeciw wszelkim potencjalnym elementom »wywrotowym«, zamykano lokale związkowe, partyjne, zawieszano pisma, następowały aresztowania podejrzanych. Wśród tak represjonowanych byli działacze PPS, związków zawodowych, zwłaszcza robotników rolnych” (s. 499). Robotników z różnym powodzeniem rekrutowano na masowych wiecach, strasząc ich bolszewickim terrorem, odebraniem ośmiogodzinnego dnia pracy. Identyfikacja chłopów i robotników z państwem polskim nie przebiegała więc bezproblemowo, ich postawy zmieniały się stopniowo.

97 procent ochotników deklarowało się jako „chrześcijanie”. Było jednak tysiące ochotników wyznania mojżeszowego. Nacjonalistyczna propaganda endecji doprowadziła jednak do zaostrzenia stosunków społecznych. Endecka propaganda tworzyła antylewicową histerię, utożsamiała bowiem socjalistów z komunistami, a tych z Żydami. Efektem tego były pogromy, w których zamordowano wielu Żydów. Minister spraw wojskowych generał Antoni Listowski musiał wydać dowódcom okręgów generalnych rozkaz piętnujący ustawiczne ekscesy antyżydowskie i nakładający na dowódców wojskowych obowiązek dbania o dyscyplinę i karania takich występków nawet sądem polowym. Ale w armii też miały miejsce działania nie przynoszące chluby: „Internowano około tysiąca wojskowych, głównie pochodzenia żydowskiego, a młodzież ochotniczą skierowano do kompanii karnych. Około 10 tysięcy Żydów ochotników i poborowych osadzono w obozie w Jabłonnie” (s. 502). Do obozu trafiali nawet Żydzi służący wcześniej w Legionach. Po bitwie warszawskiej istnienie takiego obozu uznano za skandal i przejaw segregowanie obywateli ze względu na wyznawaną religię. Likwidacji obozu i rehabilitacji przetrzymywanych w nim żołnierzy domagali się między innymi Stefan Żeromski i Ludwik Krzywicki.

Rola komunistów polskich

Komuniści polscy byli inwigilowani już przez policje państw zaborczych. Andrzej Friszke pisze, że jeszcze przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości, żandarmeria podległa Radzie Regencyjnej opracowała listę „działaczy bolszewickich” w Warszawie obejmującą 129 osób. „W kwietniu 1919 roku Biuro Wywiadowcze dysponowało listą 856 osób” (s. 460). Postępowania przeciwko polskim komunistom prowadził także Oddział II (wywiad wojskowy), Oddział Śledczy Żandarmerii Wojskowej, Oddział Wywiadowczy Milicji Ludowej, a także policja komunalna. Widzimy więc, że stosunkowo duża liczba instytucji i osób, jak na odradzające się państwo polskie, zajmowała się śledzeniem działań „nic nie znaczących” komunistów. Działania przeciwko komunistom zostały „skoncentrowane w utworzonym w październiku 1919 roku Inspektoracie Defensywy Politycznej. Odrębnie działał nadal Oddział II Sztabu Generalnego, czyli wywiad, zbierający także informacje za granicą, w tym od partnerskich wywiadów Francji i Anglii” (s. 460). Widzimy więc, że komuniści byli „wrogiem publicznym” numer jeden – inwigilowani byli przez wszystkie państwa, niezależnie od tego, czy prowadziły ze sobą wojnę.
Represje, aresztowania, przetrzymywanie w więzieniach bez sądu i morderstwa pozwoliły stosunkowo szybko sparaliżować działania komunistów. Jednak osądzić ich za głoszenie poglądów i działalność polityczną było trudno, zwłaszcza w „młodej demokracji”. Oskarżano więc ich w związku z tym o dążenie do obalenia istniejącego w państwie ustroju. Andrzej Friszke przytacza interesujące uzasadnienie wyroku sędziego Michała Gumińskiego przeciwko Kazimierzowi Stein-Kamińskiemu (Domski).

Sędzia ten z jednej strony uznał, że dążenie do zniesienia istniejących nierówności i przywilejów w drodze dyktatury jednej warstwy nie może mieć ochrony prawnej, a z drugiej uznał, że „Taka walka musi być zabroniona w interesie ogólnym, w interesie całkowitej równości”. Z jednej strony uznał, że „w ogóle walka z ustrojem tzw. burżuazyjno-kapitalistycznym obecnych społeczeństw ma pod wielu względami całkowitą słuszność”, a z drugiej widział niesłusznym skoro chciano „na jego zwaliskach zbudować gmach nowych przywilejów […] tylko z korzyścią innych grup”. Z jednej strony uznał, że „nie można zgodzić się na to, aby wolność jednostki stawiono ponad interes ogólnospołeczny i państwowy”, a z drugiej – „Państwo polskie musi atoli pamiętać o tym, że winno być na wskroś demokratyczne tj. nie może krępować jednostki w granicach jej czynów, nie może atoli krępować niczyich przekonań jako symbolu interesu ogólnego”. Sędzia uważał, że komuniści z jednej strony poprzez organizowanie strajków i podburzanie tłumów osłabiają państwo polskie, z drugiej kończył uzasadnienie, że państwo „Na krytykę ustroju i jego zbawienne leczenie zgodzić się musi” (s. 463-464). Sędzia uznał przynależność do partii komunistycznej za przestępstwo, a ponieważ prokurator nie był w stanie udowodnić członkostwa w partii, więc za samą działalność dziennikarską obywatela nie skazał.

Uzasadnienie wyroku jest pełne sprzeczności. Są one typowe dla demokracji liberalnej. Nie wiemy czy sędzia odczuwał sympatie do komunizmu, czy lęk przed opinią publiczną. Inne sądy w ferowaniu wyroków przeciwko komunistom nie miały tych wątpliwości.

Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski

W miarę stabilizowania się sytuacji w Rosji Radzieckiej komuniści polscy byli zmuszani do działania w ramach Rosyjskiej Komunistycznej Partii Bolszewików [RKP(b)]. Przy KC RKP(b) działało Biuro Polskie, którego kierownicy byli mianowani. Ta reorganizacja, zdaniem Andrzeja Friszke, oznaczała likwidację nawet pozorów autonomii komunistów polskich. Zlikwidowano także polskie biura werbunkowe do Dywizji Strzelców w Rosji. Z nazw pułków usunięto odwołania do nazw miast polskich.

Okazuje się, że na powołanie 23 lipca 1920 roku Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski w Smoleńsku, komuniści działający na terenie kraju nie mieli żadnego wpływu. Nie mieli też wpływu na ogłoszenie odezwy 30 lipca 1920 roku w Wilnie (Białymstoku). Przynależność Białegostoku do Polski była przez wielu mieszkańców kwestionowana. Kadry do obsadzania różnych stanowisk miały przybyć z Rosji Radzieckiej. Zdaniem Andrzeja Friszke Julian Marchlewski dążył do ograniczenia represji na zajętym przez bolszewików terytorium i liczył na „zachowanie odrębności przez komunistyczną Polskę” (s. 509). Komitet działał właściwie tylko przez kilka tygodni – 22 sierpnia Komitet już opuścił Białystok. A komuniści polscy na terenach nie zajętych przez Armię Czerwoną żadnych istotnych działań nie podjęli, nie wywołali żadnego powstania, czy nawet manifestacji ulicznej, gdyż działalność ich była praktycznie sparaliżowana. Propaganda oficjalna miała jednak tendencję do wyolbrzymiania ich działań i wpływów. W świadomość społeczeństwa polskiego wtłoczono stereotyp, że komunizm związany jest z Rosją i dążeniem do odebrania niepodległości, komuniści zaś są zdrajcami narodu i obcymi dywersantami. Zrobiono tak, chociaż doskonale wiedziano, że idea komunizmu zrodziła się na Zachodzie przed pojawieniem się Marksa i Engelsa na scenie politycznej, że Marks i Engels byli za przyznaniem Polsce niepodległości. Organizująca się nowa władza państwowa potrzebowała jednak swego wroga, aby legitymizować swoje panowanie, i budować tożsamość swoich zwolenników. To urabianie świadomości społecznej miało miejsce dawniej, i ma miejsce dzisiaj.
Odwet na komunistach, rzekomych komunistach i Żydach
W 1919 i 1920 roku mogło dojść do aresztowania około 2 tysięcy komunistów i osób podejrzanych o sympatyzowanie komunizmowi lub kolaborację. Wiele osób więziono na podstawie decyzji administracyjnych, bez postawienia przed sądem. Dochodziło do samosądów i fałszywych oskarżeń szczególnie przeciwko ludności żydowskiej. Utrwalano fałszywe wyobrażenie o tożsamości Żyda i komunisty, które w wielu środowiskach funkcjonuje do dzisiaj. W wyniku działalności sądów doraźnych rozstrzeliwano około 150-osób, a ponadto dezerterów i kryminalistów. Robotników rolnych i służbę folwarczną często poddawano chłoście. Robotnikom rolnym zarzucano popełnienie przestępstw przeciwko władzy państwowej, podczas, gdy mogły to być jedynie wystąpienia przeciwko pracodawcom, nie podlegające zatem wysokim karom. Prasa endecka wzywała do sporządzania list osób sympatyzujących z „bolszewizmem”, co przypomina współczesne listy osób podejrzanych o terroryzm. Rozpoczęła się endecka narracja o „cudzie nad Wisłą” oraz krytyka Piłsudskiego i jego otoczenia. Aresztowanych komunistów wymieniano na zakładników wziętych przez wycofującą się Armię Czerwoną, ale los komunistów w ZSRR nie stał się bezpieczniejszy.

Można powiedzieć, że Piłsudski dzięki pomocy państw ententy, jak na ironię, zrealizował koncepcję Dmowskiego. W granicach państwa polskiego znalazło się od 30-40 procent mniejszości narodowych, z właściwymi dla takiego państwa ograniczeniami narodowościowymi, sprzecznościami i nacjonalizmami.

Ramy chronologiczne książki

Książka Andrzeja Friszke jest bardzo ważną, obejmującą ponad 500 stron tekstu pracą, obfitującą w wiele wątków i problemów politycznych, ale wbrew sugestii zawartej w tytule, nie jest historią tylko komunistów polskich. Powstaje jednak pytanie: dlaczego autor sięgając w przeszłość i pisząc o komunistach polskich, ograniczył się tylko do 1892 roku, kiedy powstała Polska Partia Socjalistyczna, a nie do roku 1882, kiedy powstała pierwsza odwołująca się do marksizmu partia – Międzynarodowa Socjalno-Rewolucyjna Partia Proletariat? Można uznać racje Andrzeja Friszke, że to socjaliści jako pierwsi sformułowali program niepodległościowy. Ale to w Wielkim Proletariacie zawiązały się już podstawowe spory ideologiczne, typowe dla komunistów i socjalistów. Czy fakt powstania jako pierwszej partii wyraźnie klasowej, nie świadczył o tym, że ucisk klasowy był wówczas bardziej odczuwany niż narodowościowy?

Można przypomnieć, że w sierpniu 1885 rozpoczął się w Warszawie proces 29 „proletariatczyków”. W grudniu ogłoszono wyrok skazujący sześciu z nich na karę śmierci, osiemnastu na 16 lat katorgi, dwóch na 8 lat katorgi, zaś dwóch na osiedlenie na Syberii. Po odwołaniach karę śmierci utrzymano dla Piotra Bardowskiego, Jana Pietrusińskiego, Stanisława Kunickiego i Michała Ossowskiego, a wyrok wykonano 28 stycznia 1886, na stokach Cytadeli w Warszawie. Były to pierwsze po powstaniu styczniowym wyroki śmierci, wydane z przyczyn politycznych w zaborze rosyjskim. Można jednak zrozumieć, że partia ta wyłamuje się pewnym wygodnym schematom…

Edward Karolczuk – doktor nauk humanistycznych.

Dlaczego można, jak nie można?

Wszędzie, w polityce, w nauce, w codziennych międzyludzkich kontaktach i na ulicy można, mimo tego, że nie można, już nie mówiąc, że nie należy.

Ten szczególnego rodzaju dylemat, przed którym stanęła Lucy Wilska z serialowego „Rancza”, wyjaśnił jeden z bywalców ławeczki Jan Japycz : „Proszę pani bo jak przepis jest nieżyciowy, to można”. Tym razem chodziło o picie Mamrota w miejscu publicznym i choć to oczywiście zakazane, a dla wielu nadto z różnych względów uciążliwe, to w sumie zupełny drobiazg. Powszechne nieprzestrzeganie prawa, zakłamywanie historii, matactwo i pseudointerpretacja, kłamstwo na różny użytek i brak elementarnej przyzwoitości stanowią dziś immanentne cechy naszych nie tylko politycznych elit i partyjnych przywódców, ale również podążającej za nimi licznej części wielkiego (???), naszego narodu. Bo mimo tego, że nie można, to jednak można.

Kolejne informacje nie z serialowej ławeczki, a z naszych różnych miejsc siedzących:

Ławy rządowe

Szef sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych profesor Zbigniew Rau został ministrem spraw zagranicznych, a przed nominacją m. in. powiedział :„na pewno będzie to kontynuacja dotychczasowej polityki….Nasza polityka zagraniczna jest na właściwym kursie, potwierdza to nasza dynamiczna reakcja na wydarzenia na Białorusi, zdolność mobilizacji najważniejszych podmiotów UE – nasze geopolityczne know-how zostało raz jeszcze raz potwierdzone w kwestii Białorusi.” Nic tak naprawdę, poza apelem Morawieckiego, nie zostało potwierdzone, Polska od lat nie tylko nie realizuje żadnej spójnej koncepcji polityki wschodniej, ale nadto w międzynarodowych stosunkach w ogóle się nie liczy. Można opowiadać bajki dorosłym ludziom, można choć co najmniej nie wypada.

Fotele w prezydenckim pałacu

Projekt PiS przewidujący miesięczne wynagrodzenie dla współmałżonka prezydenta wynoszące ok. 13 212 zł. został wycofany, ale i tak sprawa wywołała liczący się społeczny odzew. Jedni zwracali uwagę na wysokość kwoty i, że nic się nie należy z uwagi na wyjątkową absencję w życiu publicznym aktualnej Pierwszej Damy. Środowiska kobiece broniły projektu podkreślając, że żona prezydenta nie może być wręcz ubezwłasnowolniona, nie mieć ubezpieczenia i żadnych własnych pieniędzy. W tej sprawie wypowiedział się nawet Aleksander Kwaśniewski, który uważa, że żona głowy państwa powinna otrzymywać dwukrotność średniej krajowej pensji za wykonywanie swoich obowiązków państwowych.

W tych rozważaniach nie pojawiła się jednak informacja, że wszystkie życiowe potrzeby przez pięć lat prezydenckiemu małżeństwu pokrywa skarb państwa. Nie zmienia to położenia małżonki prezydenta i byłoby sprawiedliwe, a nadto naturalnie, aby w tym czasie otrzymywała wynagrodzenie w wysokości poprzedniego, otrzymywanego na ostatnim wykonywanym stanowisku. Oczywiście wraz z odpisem na ZUS i podatkiem, ale również z ewentualnymi podwyżkami, które by dla tej grupy zatrudnionych miały miejsce. Czasem propozycja jest życiowa i prosta, ale u nas i tak nie można.

Ławy poselskie

Posłowie i senatorzy Platformy Obywatelskiej – partii wyjątkowo odpornej na krytyczną reakcję obywateli i kolejne blamaże – tym razem postanowili odbyć posiedzenie parlamentarnego klubu w odległym od Warszawy o prawie 300 km luksusowym hotelu „Krasicki” w Lidzbarku Warmińskim. W programie spotkania: 14.00 lunch. 15.30-20.30 posiedzenie klubu, o 21.00 kolacja. Dzień później o 10.00 powrót do stolicy. Kolacja przedłuży się zapewne w wieczór integracyjny, którego niewątpliwym celem będzie, przy odpowiednim wspomożeniu, zażegnanie podziałów po niedawnej wpadce z ukrywanymi porozumieniami z PiS w sprawie podwyżek dla funkcjonariuszy państwowych, a nadto umocnienie dotychczasowego, poważnie zachwianego kierownictwa PO i jej parlamentarnego klubu.
Nie bardzo wiadomo jak wiceprzewodniczący PO Rafał Trzaskowski odnajduje się – po tej kompromitacji swojej partii i planowanych, wielkopańskich wojażach – z wezwaniami o koniecznej zmianie działania dotychczasowych partii i z zamiarem tworzenia nowego społecznego ruchu. Co prawda wiarygodność całego tego towarzystwa poleciała na łeb, na szyję, ale „Nową Solidarność” można tworzyć choć tym razem jest raczej nieżyciowym pomysłem.

Katedry uniwersyteckie

Do wojny z 1920 roku nawiązał Tomasz Nałęcz („GW”, 20.01.2020) pisząc m. in. „Uprzedzając natarcie wroga chcącego „po trupie Polski” szerzyć komunizm w Europie, ruszyła wielka polsko-ukraińska ofensywa”. Nikt co prawda dotąd nie słyszał o planowanym bolszewickim natarciu na zachód Europy gdyż w tym czasie już zgasł płomień rewolucji w Niemczech, ale dużo ważniejsza jest kolejna wypowiedź profesora (”GW”, 14.08.2020) pod tytułem „W Polskiej Republice Rad”, Dowodzi w niej m.in. na różne sposoby, że bardzo wątpliwe jest przypuszczenie aby Armia Czerwona, po ewentualnym zwycięstwie nad Polską pomaszerowała dalej za zachód Europy. Powyższa, wręcz obrazoburcza teza nie tylko odbiega od poprzedniej wypowiedzi, ale przede wszystkim sprzeczna z upowszechnionymi hasłami-opiniami i licznymi wypowiedziami nie tylko polityków władzy, że ocaliliśmy w tamtym czasie Europę od komunizmu, stając się jedyną i jakże skuteczną opoką zachodniej cywilizacji.

Okazuje się, że jak wydarzenia historyczne i ich interpretacja są nieżyciowe dla współczesnej władzy, to w historii też można.

Salony intelektualistów i redakcje

Ileż to było artykułów i ekspertyz zamieszczonych w mediach, ile na różnych salonach wyjątkowo mądrych wypowiedzi o pazerności naszego społeczeństwa, które za 500+ i inną pisowską daninę sprzedaje najwyższe wartości: wolność, demokrację i trójpodział władzy, nie wspominając już o zgodzie na szarganie Konstytucji. Skryte ponadpartyjne porozumienia w sprawie podwyżek dla polityków i partii w powszechnym odczuciu zrównały się z tą pono wyjątkową pazernością obywateli na pieniądze. Salony z wrażenia na ogół zamilkły, redakcje okazały święte oburzenie, a jakieś nieudolne tłumaczenia obywatele puścili mimo uszu.

Jedynie Jacek Żakowski („GW”, 20.08. 2020) racjonalnie uzasadnił konieczność podwyżki dla polityków, jednocześnie określając tryb jej przeprowadzenia za wyjątkowo głupi. Widać z tego, że nawet gdy można, to u nas na odmianę nie można.

Szpitalne łóżka

zajmują gremialnie pacjenci chorzy na COVID-19 dzięki m. in. takim, jak zakażony piłkarz klubu Kmita Zabierzów, który wybiegł na boisko znając stan swojego zdrowia i wszystkim innym, którym prawo do nieograniczonej wolności zabrały zalecenia sanitarne. W ich przekonaniu są nieżyciowe, także dzięki powszechnie znanej argumentacji „bo nie”, a więc można, choć nie można.

Kościelne ławy

W programie „Fakty po faktach” (TVN 24, 23.08.2020) Piotr Kraśko przeprowadził interesującą rozmowę z prof. KUL księdzem Alfredem Wierzbickim i naczelnym rabinem Polski Michaelem Schudrichem. Tematem były prohitlerowskie zachowania, awantury wkoło Margot, wybiórcza reakcja policji i nietolerancja wobec innych. Ale najbardziej charakterystyczną cechą telewizyjnego spotkania była nieobecność katolickiego hierarchy, Za trudne i zbyt dociekliwe pytania, bo chyba nie fakt obecności starszego w tej wierze. A może obawa przed konfrontacją z poglądami i ocenami rabina. Nadto wredna stacja w odróżnieniu od Trwam, gdzie często i z ochotą biskupi występują. 28 sierpnia Konferencja Episkopatu przyjęła stanowisko, że obowiązek szacunku dla osób związanych z ruchem LGBT+ nie oznacza bezkrytycznego akceptowania ich poglądów. Z powyższego wynika, że coś się biskupom pomyliło i przy okazji, jak zawsze, zamotali bowiem nie idzie tu o poglądy, a społeczną akceptację odmiennej, naturalnej orientacji seksualnej, której tak bardzo brak w naszym kraju. Dużo jaśniej to wyraził papież Franciszek do geja Amosa: „Nie ma znaczenia, kim jesteś i jak żyjesz – nie tracisz swojej godności” Można, można.

Cokoły pomników

z aktywistami na nich, a przede wszystkim posągi oplecione wielobarwną flagą stały się ulubionym miejscem interwencji policji, przeciwdziałającej zakłóceniu porządku publicznego. Ale nie zawsze, bo owinięcie taką flagą pomnika Czynu Rewolucyjnego w alei Daszyńskiego w Krakowie nie zbezcześciło tego monumentu, w odróżnieniu od Smoka Wawelskiego, w oczach stojących w pobliżu policjantów. Poczekali aż kilku bezmózgowców zedrze flagę z aktualnie niekochanego pomnika, a później zapewne złożyli meldunek do centrum walki z obcą ideologią. Szczególny paradoks tej rozlicznej, bezmyślnej walki z LGBT polega na tym, że czym jej więcej i bardziej bezwzględnej, tym szerzej otwierają się przysłowiowe szafy, z których wpada wreszcie do świadomości Polaków informacja, że jest wśród nich wielu rodaków inaczej kochających i to nie z racji jakiegoś widzimisię, i że walcząc o swoją swobodę w gruncie rzeczy reprezentują nas wszystkich w dążeniu do rzeczywistej wolności. Tym razem wyjątkowo, jak nie można to nie tylko można, ale i należy.

Rowerowe siodełka

W ohydnym PRL-u ograniczającym wolności obywatelskie obowiązywała zasada, że użytkownik roweru musiał posiadać tzw. kartę rowerową, która podobno teraz też obowiązuje dla osób, które nie ukończyły 18 lat. Po kilku latach smutnych doświadczeń i licznych, także śmiertelnych wypadkach rowerzystów, ożywiła się dyskusja na temat powszechności kart rowerowych. Posłowie deliberują na temat tego, czy np. dorosłe osoby nieposiadające prawa jazdy, powinny uzyskiwać kartę rowerową, by legalnie korzystać z dróg publicznych podczas jazdy rowerem. Tamten totalitarny system tak zniewalał rowerzystów, że nadto obowiązywały tabliczki rejestracyjne na rowerach, nie koniecznie służące do identyfikacji politycznych opozycjonistów. Wreszcie wyzwoliliśmy się z tego i hulaj dusza, wszystko wolno. O szaleństwach rowerzystów nie ma nawet co wspominać, ale pod wpływem rowerowego lobby narodziły się szczególne przepisy łamiące dotychczasowe zasady ruchu drogowego. Pierwszym są tzw. kontrpasy, umożliwiające rowerzystom jeździć „pod prąd”, zapewne dlatego, że im się zawsze gdzieś spieszy i muszą, w odróżnieniu od samochodów czy motocykli, jechać najkrótsza drogą, a jeśli takowej oficjalnej nie ma, to jest przecież chodnik, na którym nie wiedzieć czemu przeszkadzają im jacyś piesi. Śpieszącym się rowerzystom umożliwiono nawet zajmowanie miejsca przed samochodami na wydzielonych miejscach przed skrzyżowaniami. Widok prowadzącego rower przez pasy dla pieszych jest tak częsty jak zaćmienie słońca, natomiast przepisy powalają jechać po tych pasach, gdy ścieżka rowerowa je przecina. W tej sytuacji wyprzedzanie z prawej strony to zupełny drobiazg. Dodać jeszcze wypada, że te wszystkie wyczyny wcale nie przeszkadzają policji i strażom miejskim (poza poważnymi wypadkami i tymi, gdy się uda zidentyfikować rowerowego sprawcę) bo widocznie nie zakłócają porządku publicznego.
W swoim czasie sam byłem częstym rowerowym uczestnikiem ruchu drogowego, ale wtedy wiedziałem co można, a co nie. Obecnie zbyt wiele rowerzystom można, a i tak uważają, że jak nie można, to można.

Siedzą Polacy

w różnych miejscach, także na ławeczkach, ale wielu z nich łączy powszechne przekonanie, że jak można to nie można, a jak nie można, to można. I ta niemoc bądź głupota charakteryzuje nasze podobno państwo prawa.

Szczyty absurdów

Za czasów mojej młodości mawiano, że szczytem absurdu jest tartak. Nie napiszę dlaczego, bo mogą mi zarzucić deprawowanie niewinnej młodzieży. Ale ostatnio mamy powyborczy sezon podejmowania absurdalnych działań i decyzji, z których każda mogłaby się ubiegać o palmę pierwszeństwa.

Szatańskie kuszenie władzy

Najbardziej zabawna wśród tych decyzji dotyczyła wysokich podwyżek uposażenia niemal wszystkich ogniw władzy – poczynając od prezydenta, przez rząd, posłów, senatorów, a kończąc na samorządach. Te podwyżki miały wynikać z „naprawy systemu”, który nie był dostatecznie przejrzysty. Teraz miał być jasny jak słońce i obejmować dodatkowo małżonkę prezydenta, która przecież nie może normalnie pracować w swoim zawodzie. Teraz miało być jasne, że pani X jest „na etacie żony prezydenta” z wysokim uposażeniem i określonymi obowiązkami.

Po odrzuceniu projektu przez senat i zmasowanym ataku opinii publicznej sprawa ucichła. Wszyscy w sejmie biją się w piersi (głównie cudze), w ewentualnym ponownym głosowaniu projekt zostanie definitywnie odrzucony i na razie nikt się nie będzie kwapił z jego ponownym ożywieniem.

Absurd tej historii ma – moim zdaniem – dwa podłoża. Po pierwsze – bezkrytycznie uchwalone przez sejm podwyżki były tak wysokie, że wprawiały w osłupienie te grupy zawodowe, które w ostatnich latach nie mogły się doprosić o zwiększenie uposażeń zaledwie o kilka, lub kilkanaście procent. Po drugie – budziły też uczucia wściekłości wielu obywateli na władzę, która sama sobie zwiększa radykalnie uposażenia na początku spodziewanego kryzysu ekonomicznego, niemal dosłownie w chwili ogłoszenia przez GUS wyraźnego spadku PKB już w II kwartale tego roku. A ludzie interesujący się ekonomiczną sytuacją kraju wierzą GUSowi, uznając go za jedną z nielicznych już instytucji, która jeszcze nie kłamie.

Czas (nie)wątpliwej zarazy

Drugim absurdem – już dość długotrwałym – są ciągłe zmiany oficjalnych opinii władzy na temat pandemii koronawirusa. Raz się dowiadujemy, że już „nie ma się czego bać”, że w pełni kontrolujemy sytuację i – jak zwykle – jesteśmy „najlepsi w klasie”. Potem rośnie nam gwałtownie liczba zakażeń i w niektórych regionach zaostrzamy ograniczenia. Rząd nic konkretnego nie mówi o szczepionkach zapobiegających zakażeniu, udaje, że nie widzi utrudnień w zajmowaniu się przez służbę zdrowia osobami chorymi na inne choroby – zwłaszcza tzw. przewlekłe. Nie interesuje się – a przynajmniej tak to wygląda – szczepionką stosowaną już w Rosji, bo nie lubi tego kraju, nie utrzymuje z nim kontaktów na wyższych szczeblach i też udaje, że nie wierzy w jego naukowe osiągnięcia. W przeciwieństwie do mego kilkunastoletniego sąsiada, który śmiał się z amerykańskiej propagandy sukcesu związanej z pomyślnym lotem do stacji kosmicznej, dokowaniem i powrotem nowej kapsuły. Śmiał się, dlatego, że przez ostatnie 10 lat Amerykanie latali na stację rosyjskimi kapsułami o bardzo podobnej konstrukcji, pochodzącej jeszcze z ubiegłego wieku. Tylko rakieta nośna była inna, dużo bardziej nowoczesna, ale skonstruowana i wykonana przez prywatne przedsiębiorstwo.. Ten „małolat”, który ma niezdrowy zwyczaj oglądania rosyjskiej telewizji, poinformował mnie także, że ich szczepionka ma 90% skuteczność i jest już kolejka państw, które ją zamówiły, albo są w trakcie negocjacji.

Budzenie Białorusi

Absurdem nie jest zainteresowanie sytuacją na Białorusi. Jest natomiast sposób interpretacji przyczyn masowych demonstracji i zastanawianie się, czy nie powinniśmy bardziej wyraźnie oddziaływać na to, co tam się dzieje. Oczywiście razem z UE. To zastanawianie przypomina filozofię Kalego – jak ktoś się wtrąca w nasze sprawy, to źle, bo podważa naszą suwerenność. Jak my chcemy się wtrącać w to, co dzieje się u sąsiada – to dobrze, bo przecież walczymy za „naszą i waszą” demokrację, wspieramy dążenia do wolności..
Problem Białorusi wcale nie jest – moim zdaniem – tak prosty, jak wydaje się niektórym naszym i europejskim politykom i mediom. Przyczynami masowych protestów są niewątpliwie nieuczciwe wybory prezydenckie i wieloletni brak poczucia wolności słowa i przekonań. Białorusini nie mają wprawdzie istotnych trudności z wyjazdami zagranicę, ale mają w większości kontrolowane przez państwo media i w różny sposób realizowaną cenzurę. Nota bene – to chyba przykład dla naszej partii rządzącej, której też wolne media nie odpowiadają.

Ale jest i druga strona wewnętrznej sytuacji na Białorusi. Z tej drugiej strony trzeba pamiętać, że prezydent Alaksandr Łukaszenka przez 26 lat sprawowania władzy zarządzał krajem dość sprawnie. Stopa życiowa nie jest gorsza niż w Rosji, choć rynek jest asortymentowo uboższy. Jest porządek, są czyste miasta i dobre drogi, bardziej sprawna niż u nas służba zdrowia i dobrze zorganizowane szkolnictwo. Korupcja jest jak wszędzie, ale nie stanowi problemu, jak na Ukrainie. Stosunki z Rosją są gospodarczo i politycznie bliskie, ale Białoruś nie stała się ponownie jedną z republik Federacji. Represje w stosunku do słabej opozycji były stopniowo ograniczane i ostatnio nie stanowiły podstawy pretensji Europy.

Mieszkańcy wsi lubią Łukaszenkę i nie sądzę, aby licznie uczestniczyli w ostatnich demonstracjach. Ale o nastrojach jednak decydują miasta. Z 9,4 miliona mieszkańców Białorusi 77% mieszka w miastach, w tym ok. 2 milionów w Mińsku. Mam niemodny pogląd, że całkowite i raptowne odejście całej ekipy Łukaszenki może być dla Białorusi początkiem takiego bałaganu, jaki powstał na Ukrainie po Majdanie, odejściu Janukowicza i kolejnych zmianach władzy. Znam kilku inteligentnych Białorusinów i większość z nich ten pogląd podziela. Sądzę, że znacznie lepszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie zmian demokratycznych właśnie przez Łukaszenkę. Powtórzenie wyborów pod kontrolą międzynarodową, które może przegrać, ale może też wygrać niewielką przewagą głosów np. zbliżoną do „liczby mieszkańców Radomia”. i potem od razu, (jeśli przegra), albo po krótkiej kadencji, (jeśli jednak wygra), jego spokojne przejście na zasłużoną emeryturę. Tak sądzę, ale mam obawy, że to się skończy inaczej.

Zwycięska wojna

Powtarzalnym szczytem absurdu było ostatnio zawiłe, ale hurrapatriotyczne, tłumaczenie politycznych przyczyn wojny z Rosjanami w 1920 roku. Wojny rzeczywiście wygranej w tym sensie, że militarnie i ideologicznie ówczesna wersja komunizmu nie zajęła nam całego kraju. Wojny wygranej nie z pomocą cudów, tylko dzięki zaangażowaniu wszystkich warstw społecznych, masowej mobilizacji ochotników, talentowi strategicznemu Piłsudskiego i kilku generałów oraz radiowcom naszego wywiadu.

Ale tłumaczenie ataku Rosjan tylko chęcią skomunizowania Polski i Europy oraz irracjonalną nienawiścią do naszych ziemian, burżujów i arystokratów, jest rażąco uproszczone.. Nasza państwowa propaganda jak diabeł święconej wody unika bardziej precyzyjnych informacji i tym, że przecież wcześniej postanowiliśmy pomóc „białym” Rosjanom z ugrupowania Atamana Petlury. W ramach tej pomocy nasze oddziały doszły razem z oddziałami Petlury do Kijowa i nawet zdążyły tam zorganizować defiladę. Rosjanie doszli więc pod Warszawę, głównie w ramach długotrwałej kontrofensywy. I bądźmy szczerzy – gdyby nie nasza wycieczka do Kijowa, to może tego ataku w ogóle by nie było. Ale to się nie mieści w naszym absurdalnym wychowywaniu młodzieży w przekonaniu, że Polska nigdy nikogo nie atakowała, zawsze była tylko broniącą się „ofiarą”, nigdy nie miała ambicji, aby sięgać „od morza do morza”, czyli – przykładowo – od Gdańska do Odessy.

Absurdów w naszej polityce i działaniach jest oczywiście więcej. Zdarzają się niemal codziennie, jak skutki absurdalnie bezsensownej nienawiści władzy do ludzi „nienormatywnych” seksualnie” czyli LGBT. Albo, – co historycznie może się okazać jeszcze bardziej szkodliwe – jak gloryfikowanie skrajnie prawicowych organizacji i grup oporu wobec nienieckiego okupanta w czasie II wojny, przy jednoczesnym „wymazywaniu” znacznie większych osiągnięć organizacji lewicowych. To – niestety – zostawia trwały ślad w umysłach naszej młodzieży.

Nie podejmuję się jednak wybrać przodującego szczytu absurdu. Wierzę w pomysłowość naszych władz. Liczę na to, że nowe absurdy będą także dotyczyły polityki zagranicznej. Wtedy przyjdzie czas, aby podsumować ten konkurs.

Starałem się włączyć w nadchodzące obchody…

i stąd zawczasu rozpocząłem współpracę z „Dziennikiem Trybuna”, co zaowocowało właśnie setnym tekstem, tym razem z okazji / dla uczczenia 100-lecia. Powrotu Józefa Piłsudskiego z Magdeburga do Warszawy, odzyskania niepodległości, zaślubin Polski z morzem, niedługo Bitwy Warszawskiej.

Wszelkich dalszych okazji do świętowania też będzie sporo, acz niektóre co nie co kłopotliwe z różnych powodów.

Nie wiedzieć czemu

historyczny akt nadania praw wyborczych Polkom umknął powszechnej uwadze. Kobiety uzyskały prawa wyborcze decyzją rządu Ignacego Daszyńskiego już 7 listopada 1918 roku, co potwierdzone zostało 28 listopada dekretem Tymczasowego Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego.
Był to kolejny, okupiony wieloma staraniami i aktywnością, sukces kobiet na emancypacyjnej drodze ku powszechnemu dostępowi do wszelkich form edukacji, usamodzielnienia ekonomicznego, a w konsekwencji ku pełnej wolności. Ten proces trwa jednak dalej, bo w wielu przypadkach prawa kobiet są nadal ograniczane, ich opinie pomijane, a zarobki mniejsze niż mężczyzn. Nie wspominam już o godności i nienaruszalności ich ciała.
Panujące przekonanie o podległości mężowi, wywodzące się z patriarchalnej tradycji i religijnych nakazów, mniemanie, że miejsce kobiety jest w kuchni, tylko w domu i przy wychowaniu dzieci, nie jest niestety rzadkie w naszych, współczesnych czasach. Jeśli jeszcze podejmują walkę o swoje niezbywalne prawa otwierając czarne parasolki, bądź na równi z mężczyznami odgrywają ważne role w życiu publicznym i polityce, to konserwatyzm społeczny podbudowany męskim ego stawia im odpór.
A jak do tego jeszcze dodać, że wspomniane prawa wyborcze nadal Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej (określany również jako „rząd lubelski” oraz „rząd ludowy”) na czele z socjalistą, to cisza wkoło tej rocznicy wydaje się wyjaśniona. A przy okazji refleksja: ale ten Lublin miał szczęście (!) lub nieszczęście (?) do lewicowych rządów.

Konstytucja z 17 marca 1921

wprowadzała ustrój republiki demokratycznej, a władzę zwierzchnią przyznawała Narodowi czyli wszystkim obywatelom państwa, bez względu na ich przynależność etniczną, sprawowaną poprzez organy wg trójpodziału władzy. Dodać należy, że ten egalitarny i bardzo postępowy, jak na tamte czasy, charakter ustawy zasadniczej odzwierciedlał nastroje i oczekiwania społeczne, będące także pod wpływem buzujących wkoło Polski rewolucyjnych płomieni.

Do najistotniejszych punktów Konstytucji należały powszechne prawo wyborcze i likwidacja jakichkolwiek przywilejów stanowych, a jej przepisy Manifest PKWN z 22 lipca 1944 roku przyjął jako obowiązujące, do czasu zwołania Sejmu Ustawodawczego.

Nie wiem jak z tą kłopotliwą rocznicą poradzi sobie aktualnie rządzący obóz polityczny, bowiem samo słowo konstytucja wzbudza tyle emocji. Może, uprawianą od lat w Polsce metodą zamilczy się o niej, może swoim zwyczajem zamotają twierdząc, że są jej najlepszym kontynuatorem, a może już ich nie będzie? I to by było najlepsze uczczenie tej rocznicy.

23 września 1922 roku

Sejm Ustawodawczy przyjął ustawę o budowie portu w Gdyni, a niecały rok później zawinął do niego pierwszy oceaniczny statek. Odradzająca się Polska nie tylko otwierała okno na świat, ale jako swą dewizę przyjmowała tworzenie polskich, państwowych organizacji gospodarczych, widząc w tym podstawę niezależności i suwerenności. Z jaką duma, po stuleciu obcych na tych ziemiach, przyjmowano narodziny w 1924 roku Banku Polskiego SA, Państwowych Zakładów Lotniczych, a nawet Polskiego Monopolu Tytoniowego.

Taka polityka kontynuowana przez lata powojenne, nie wiedzieć czemu bo rządzili przecież komuniści, wreszcie została zarzucona decyzjami solidarnościowych rządów. Polska państwowa telekomunikacja okazała się niewydolna, a francuska państwowa, która tę naszą kupiła, nadzwyczaj ekonomicznie sprawna. To tylko jeden z tysięcy przykładów, bo staliśmy się dla obcego kapitału wielkim lumpeksem, w którym, o dziwo warto było buszować latami.

2 maja 1923 roku

przybył do Polski z oficjalną wizytą marszałek Francji Ferdynand Foch, jako, że z tym ówczesnym światowym mocarstwem bardzo się wtedy przyjaźniliśmy. Podobnie zresztą i dziś, ale z innym i dlatego zapewne odwołując się do polskiej racji stanu – jak na byłego ministra obrony RP przystało – Janusz Onyszkiewicz pisze („GW”, 14.02.2020) z wielką troską o Rosji i Chinach zagrażających interesom USA, naszego ukochanego obecnie przyjaciela.

Wszystkim przecież wiadomo, że Stany Zjednoczone mają swoje interesy na całym świecie, a w niedługim zapewne czasie i w kosmosie. I tylko przyszłość dowiedzie czy podobnie, jak te żabojady nie chcące umierać za Gdańsk, boys z Teksasu zechcą za wydumany przesmyk suwalski, będący pono kluczem dla bezpieczeństwa Rzeczpospolitej.

Rosja, gdyby chciała, to wykorzysta, za wiedzą władz Białorusi lub bez niej, terytorium tego państwa z 418 kilometrami naszej granicy, Amerykanie zajęci interesami w Azji dopuścili do skandalicznych opóźnień w budowie tarczy rakietowej w Radzikowie, a cała prowojenna propaganda służy tylko biznesowi i straszącym od lat Polaków, rządom PO i PiS.

Do wojny, ale tej z 1920 roku nawiązał Tomasz Nałęcz („GW”, 20.01.2020) martwiąc się, że prezydent, w związku ze zbliżającymi się obchodami Bitwy Warszawskiej zapomniał o Ukraińcach, wtedy naszych militarnych sojusznikach – strzelcach siczowych na czele z atamanem Symonem Petlurą. Abstrahując od toczącego się obecnie polsko-ukraińskiego historycznego sporu dopełnić należy, że i sami Ukraińcy zapomnieli o tamtym czasie, i o pierwszym prezydencie Ukraińskiej Republiki Ludowej. Jakoś tak się porobiło nad Dnieprem, że woleli przede wszystkim wybrać za swoich ważniejszych bohaterów Stepana Banderę i UPA.

A przy tej okazji Nałęcz napisał: „Uprzedzając natarcie wroga chcącego „po trupie Polski” szerzyć komunizm w Europie, ruszyła wielka polsko-ukraińska ofensywa”. Nikt dotąd nie słyszał o planowanym bolszewickim natarciu, zwrot o trupie Polski narodził się później, a więc chyba już najwyższy czas aby autor zamiast historią zajął się tylko propagandą.

I tak by można było

kontynuować ten rocznicowy kalendarz przez kolejne lata, gdyby nie codzienność, kierująca tym razem pamięć do znanych z przeszłości hołdowniczych pokłonów, gestów, ale i wymogów prawa. Nie zaprzeczając oczywiście istotnej roli jaką odegrał Józef Piłsudski w historii Polski, jego kult polegał na przypisywaniu mu cech genialnego dowódcy, wybitnego stratega i polityka, jedynego wizjonera odrodzenia niepodległości.
7 kwietnia 1938 Sejm uchwalił jednogłośnie Ustawę o ochronie imienia Józefa Piłsudskiego, Pierwszego Marszałka Polski, która głosiła: „Art. 1. Pamięć czynu i zasługi JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO, Wskrzesiciela Niepodległości Ojczyzny i Wychowawcy Narodu, po wsze czasy należy do skarbnicy ducha narodowego i pozostaje pod szczególną ochroną prawa. Art. 2. Kto uwłacza imieniu JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO, podlega karze więzienia do lat 5.”.

Ustawa była jedynym w historii Polski aktem prawnym chroniącym cześć i godność wymienionej z nazwiska osoby. Z podobnym kultem, acz wymuszonym równie skutecznymi pozaprawnymi działaniami, mieliśmy do czynienia z generalissimusem Józefem Stalinem, wielkim przecież przyjacielem Polaków (!) i Polski (!). A wcześniej i później nikt inny tego zaszczytu nie doświadczył, ale do czasu.

Kandydat marzeń

Na niedawnej konwencji wyborczej Prawa i Sprawiedliwości o Andrzeju Dudzie jako kandydacie marzeń na prezydenta mówił prezes PiS Jarosław Kaczyński. I jeszcze: „Przed pięcioma laty Andrzej Duda podjął decyzję o kandydowaniu, związaną z ryzykiem bardzo dotkliwej porażki; to był akt odwagi, determinacji i w związku z naszą ideą przebudowy Polski. „ A premier Morawiecki dodał: „Dzięki któremu Polska będzie jeszcze bardziej sprawiedliwa, dostatnia i bezpieczna…prezydent poszedł w ślady Lecha Kaczyńskiego…Dzięki tej wielkiej zmianie, którą zapoczątkował Andrzej Duda, Polska poszła naprzód, Polska ruszyła naprzód.”

Po tonach wazeliny i kłamstwa wspartych kolejnymi +++ gładko mają jechać Polacy do lokali wyborczych głosując na tego geniusza Tatr.
Nadto, po wydarzeniach w Pucku i Władysławowie narodził się nadzwyczaj celny pomysł ustawy chroniącej PAD przed obrażającym go gorszym sortem, przeszkadzającym wypełniać ważne państwowe obowiązki w ramach wyborczej kampanii. Idąc tym tropem widzę pilną konieczność przyjęcia takiej ustawy, ale dotyczącej nie prezydenta RP, a rzeczywistego demiurga naszej codzienności. Będzie tak długo obowiązywać, jak ten kult ze wschodu.

Z porównaniami z przeszłością

bywa jednak różnie, o czym może się przekonać Jarosław Ważny po publikacji na łamach „Dziennika Trybuna” tekstu „Nowa twarz tow. Wiesława” (14.02.2020), w którym niejako zrównał ostatnie wystąpienie Beaty Kempy z pewnym zachowaniem Władysława Gomułki.
Tekst wywołał reakcje internautów, pisali m. in. „sprawa jest ważniejsza niż jeden chamski i politycznie szkodliwy tekst, który…jest kolejnym sygnałem stosunku sojuszników lewicy z różnych półek do Polski Ludowej…łykamy bez protestu nawet obrażające nas odzywki tylko dlatego, że uderzają jakoś w aktualnych , bo groźnych przeciwników (PiS). Zarażają oni całe młode pokolenie, w tym młodych lewicowców, którzy – często przez brak wiedzy – krytykując jakieś draństwa PiS-u mówią np.: “jak za Gomułki” czy temu podobnie. Myślę, że ten stan rzeczy nie ulegnie zmianie jeśli partia lewicy nie określi zgodnego z prawdą historyczną swego stosunku do Polski Ludowej.”

Warto do tej opinii dodać jeszcze słów kilka.

Każdemu, nawet wielkiemu mężowi stanu, nie raz przydarzył się jakiś lapsus, ale nie według jednostkowego zachowania dokonuje się jego ocena. W tym przypadku tak się stało, a nadto jakiekolwiek porównanie do Kempy wykracza poza normy przyzwoitości w stosunku do Gomułki, który, co by nie powiedzieć, odegrał kilkukrotnie wielką historyczną rolę w XX-wiecznej Polsce. Podobnie jest z porównaniem okresu Polski Ludowej do obecnych PiS-owskich „porządków”. Inne wtedy były czasy i warunki polityczne, odmienne możliwości postępowania, różne priorytety nie zawsze od rządzących Polską zależne, ale z idei licząca się część, w co nieco odmiennym sformułowaniu, jest i dziś bardzo pożądana.
Warto więc aby autor przemyślał zawarte w Wikipedii hasło prezentyzm, którym jest „kierunek analizy historycznej polegający na ocenie zdarzeń, faktów, poglądów i ocen z przeszłości ze współczesnej perspektywy.” Dotyczy to także tekstów publikowanych nie tylko na łamach „Dziennika Trybuna”. Nadto zalecam lekturę: Andrzeja Werblana „Polska Ludowa. Postscriptum” ponieważ na naukę nigdy nie jest za późno.
Adresuję to wszystko również do Roberta Biedronia w związku z jego słowami o komunizmie w Polsce, wypowiedzianymi ostatnio w Parlamencie Europejskim.