Kończąc solidarnościowe archeologizmy…

… przyznam szczerze, że swoiście kuriozalne wydają mi się opowieści o zdradzie robotników przez kilkanaście osób z góry.

Tak, miliony zorganizowanych robotników, świadomie walczących o socjalizm bez wypaczeń zostały błyskotliwie oszukane przez geniusza – Lecha Wałęsę – i kilkunastu ludzi, których dałoby się przejechać jedną taczką. Jest to chyba najbardziej infantylna, jednocześnie antyrobotnicza i antyklasowa próba interpretacji tej historii. Zgodnie z tym (jakby rzekł Hegel kamerdynerskim) widzeniem to jednostki tworzą historię, a klasy oszukuje się jak przy grze w domino; jak dzieci w sprawie istnienia Św. Mikołaja i trwa to dosłownie krótką chwilę.

Gdyby Solidarność rzeczywiście była lewicowa, czy socjalistyczna, to żaden z ludzi pokroju Wałęsy, Jurczyka i całej prawicowej świty nie byłby liderem ruchu, bo zostałby wyrzucony przez świadomych robotników w kilka minut po rozpoczęciu bełkotania. Na podobnej zasadzie Krzysztof Bosak raczej nie ma szans na zostanie liderem Razem lub przewodniczącym OPZZ. Za teksty o konieczności prywatyzacji, deregulacji i nie tylko Michnik, Kuroń i inne czołowe postacie „S” nie utrzymałyby się nawet w zbiorowej świadomości jako liderzy takiego ruchu. W prasie i na ulicach nie dominowałyby antykomunistyczne hasła, a prawicowo zorientowany kościół katolicki ze wsparciem finansowym od CIA nie zostałby uznany za ideowego guru ruchu. Mielibyśmy do czynienia ze zorganizowanym oporem związku zawodowego przeciwko chociażby – efektom transformacji i triumfowi dzikiego kapitalizmu. Ale nie, w walce z kapitalizmem nie zatrzymano nawet jednego tramwaju. Istniałyby wyraźne publikacje socjalistyczne i marksistowskie w głównym nurcie publikacji związkowych i rejestry takich wypowiedzi… Robotnicy z „S” nie czytali Marksa, tylko (niestety) prawicowo-kościelną papkę, a lewicowi działacze wewnątrz ruchu stanowili marginalne skrzydło i byli mniej więcej tak samo kluczowi i decyzyjni, jak obecnie prawdziwi socjaliści na Białorusi.

Oczywiście dalej można posługiwać się mitem „S”, jeśli dla kogoś jest to biograficznie/osobiście istotne. Od zawsze jestem za totalnym pluralizmem historycznych korzeni. Natomiast nie róbmy jednego ołtarzyka. Tak samo nie róbmy ołtarzyka z historii PRL-u, no bo po co?