Początek drogi

Jeśli będziemy szli na zwady, bez przerwy do konfrontacji, jeżeli będziemy atakować – nie tak, jak powinniśmy – to znaczy frontalnie milicję, SB, urzędy, to przecież ktoś nie wytrzyma. I zacznie się chaos, bałagan, bijatyka między nami. I wtedy ktoś trzeci będzie błogosławiony, jeśli nas rozbroi.

Lech Wałęsa, maj 1981 r.

Stan wojenny skłonił obie strony do refleksji – takiej refleksji, która w końcu przyczyniła się do rozmów przy Okrągłym Stole.

Wojciech Jaruzelski, czerwiec 1990 r.

 

Mija 30 rocznica obrad Okrągłego Stołu. Polacy pamiętający tamten czas, być może zechcą przypomnieć sobie i bliskim ówczesną atmosferę, pytania o wiarygodność przedstawicieli władzy i Solidarności, mających usiąść przy stole obrad. Warto odświeżyć pamięć, szczególnie o pokładane nadzieje i obawy, o spełnione czy chybione oczekiwania, zaniechane ustalenia. Dystans 30 lat na to pozwala. Czytelnikom sugeruję rozpoczęcie rozważań od zadawałoby się banalnego pytania o początek drogi do Okrągłego Stołu?

Początek drogi…

Spodziewam się, iż wielu spośród Państwa, odpowiedź będzie lokować, krótko przed rozpoczęciem obrad, czyli 6 lutego 1989 r. Niektórzy wspominając – tak ochoczo wyszydzaną po latach Magdalenkę (miejsce spotkań grupy inicjatywnej władzy i Solidarności, która przygotowała stronę merytoryczną obrad), będą nadal przekonani, że właśnie w Magdalence zapadły zasadnicze ustalenia, a oficjalne obrady były formalnością, o czym m.in. miałyby świadczyć znane zdjęcia „wesołego” Adama Michnika z kieliszkiem wódki w ręku, w towarzystwie gen. Czesława Kiszczaka i innych osób. Rozumiem, iż wielu spośród Państwa może mieć trudności z zapoznaniem się z wieloma opracowaniami i publikacjami, choćby np. Andrzeja Garlickiego „Karuzela” czy „Rycerze Okrągłego Stołu” (obie wydał Czytelnik w 2003 i 2004 r.) oraz „Okrągły Stół, dokumenty i materiały”(pięć tomów), wyd. na zlecenie Kancelarii Prezydenta RP, Aleksandra Kwaśniewskiego w 2004 r. (było to na 15-lecie obrad). Niektórzy mogą zapytać – a książka „Rewolucja Solidarności”, prof. Andrzeja Friszke (Wyd. Znak, 2014)? Na prawie 1000 stronach, Autor prezentuje i analizuje fakty zaistniałe w latach 1980-1981. Szanując ogrom pracy nad tym – dosłownie dziełem – wprost dostrzegam subtelne unikanie ukazania współodpowiedzialności Solidarności za wydarzenia, odpowiedzialności za jej decyzje, słowa i czyny, które wprost prowadziły do katastrofy, choćby bydgoska awantura. Ponadto, Autor głównego winowajcę widzi na Wschodzie. Ja, kładę akcent na nas samych, na Polaków. Po co sąsiedzi mieliby interweniować zbrojnie, skoro w Polsce panuje spokój? Nie brak i takich, którzy uważają, że żadna interwencja nam nie groziła. Te wierutne bzdury już dawno odrzuciła przeważająca część społeczeństwa. Jeśli ktoś upiera się przy swoim – wolno mu, jego „zbójeckie prawo”. Niech sięgnie po tekst „Sierpniowe porozumienia” (T, 31.08-2.09.18) i przypomni co zamierzano w Moskwie, widząc sytuację strajkową i przedłużające się rozmowy w Gdańsku.

Przecież realizacja powszechnie znanych 21 postulatów wymagała pracy i spokoju, a nie strajków? Kto pamięta zawołanie Lecha Wałęsy po podpisaniu tych porozumień – „Do roboty”! Czy to miałoby oznaczać rezygnację z ideałów Solidarności? Mówię stanowczo-NIE! Podzielam i wyraźnie podkreślam, że cel nie zawsze uświęca wszystkie środki. A tym „uświęcanym środkiem” były nieustające strajki. Powtarzam, praca dla dobra nas wszystkich, nas Polaków, a nie dla „ruskich” czy innych nacji. Od lat wiemy – walka Solidarności z władzą i o władzę! Przecież ta walka to inaczej bratobójcza walka, wojna domowa! To krew i łzy – ilu stek, tysięcy Polaków? Kto dziś, po prawie 40 latach od stanu wojennego i po 30 latach od Okrągłego Stołu – autorytatywnie weźmie odpowiedzialność? Właśnie ta walka skrzętnie jest skrywana, poprzez różne „narracje” usprawiedliwiana. Temu się sprzeciwiam. Zamiast pracy i wówczas możliwego porozumienia i współpracy Solidarności z władzą, to Solidarność porozumienie zastąpiła walką – słowem i czynem! Jeśli ktoś z Państwa ma odmienną ocenę od prezentowanej – proszę niech zechce sobie odpowiedzieć na te pytania. Czy realizacja 21 postulatów miała spoczywać tylko i wyłącznie na władzy? A Solidarność – licząca 8-10 mln. członków – czytaj głównie robotników, miała tę „realizację”, a zatem i władzę kontrolować i rozliczać metodą nieustannych strajków, żądań, okupacji budynków, wywózek na taczkach, itp. Co więcej – to władza miała obowiązek tym strajkującym i ich rodzinom dać jeść? I drugie – tu fundamentalne pytanie – czy Polska lat 70. 80, a także wcześniejszych, po 1945 r. była krajem, państwem Polaków, podkreślam wszystkich Polaków mieszkających między Odrą i Bugiem, Karpatami i Bałtykiem? Czy tylko państwem „ich, komunistów”, więc można ją było w dowolnie wybrany sposób niszczyć nie tylko strajkami, paraliżować system władzy administracyjnej, gospodarczej? Zwracam uwagę, w „tamtej Polsce” nie było „komuny”, zaś socjalizm warto odróżnić i rozumieć jako teorię ale i praktyce. Jeśli ktoś chce „zamądrzyć” odpowiedzią „na odczep”, iż demokracja powinna uwzględniać prawa mniejszości, to niech zechce zauważyć, że trzeba je widzieć, rozumieć i realizować. Ale ta mniejszość w żaden sposób nie może burzyć państwa, nawet jeśli nie było ono w pełni suwerenne. Tu dopowiem-co znaczy „burzyć państwo”? To przecież nie tylko obracać w ruinę domy, zakłady pracy. Czy to oznaczałoby tylko zabijanie członków władzy, centralnej i terenowej z działaczami, członkami PZPR na czele, może jeszcze ZSL? Czy oni wszyscy, dysponujący resortami siłowymi – MSW oraz MON – mieliby potulnie poddać się takiemu „hasaniu Solidarności”, realizującej – kto pamięta zawołanie – „a na drzewach zamiast liści, będą wisieć komuniści”. Czy po stronie Solidarności, a konkretnie jej Kierownictwa, doradców, działaczy terenowych, zakładowych i ich rodzin nie byłoby ofiar? Zapytam – kto i kiedy wystawiłby im pomniki chwały po takiej, krwawej bratobójczej wojnie, jeśli uznałby ją za godną „chwały”. A czy możliwy byłby Okrągły Stół w 1989 r. i pokojowa zmiana, demontaż ustroju, jak Państwo sobie wyobrażają? Może ktoś – jak swego czasu pan Jan Rokita uważa, że „jednak warto było spróbować”? Proszę bardzo, niech próbuje, tylko i wyłącznie na własnym grzbiecie! Wiem, że cierpienie, żałoba, jest naszą swoistą specjalnością, nauczyła nas tego Matka-Historia.

Treść powyższych publikacji skłania mnie, by zachęcić Państwa do zastanowienia się nad „początkiem drogi” – już w 1980 roku. Dlaczego wtedy? Bo przecież „porozumienia sierpniowe”, właśnie w słowie „porozumienia” zawierały główną, dalekosiężną ideę. Stały się „praktyczną treścią” dekady lat 80. zakończonej kontraktowym Sejmem, zmianą nazwy państwa i dotychczasowego ustroju, znanego jako transformacja ustrojowa, realizowana w dekadzie lat 90. Ktoś – pamiętając wizytę Edwarda Gierka w Stoczni Gdańskiej 27 stycznia 1971 r. przypomni słowo – pytanie kończące jego wystąpienie: „Pomożecie”? Wówczas padła odpowiedź – nie od wszystkich stoczniowców – „Pomożemy”! I tę datę i fakt zechce uznać za początek drogi ku narodowemu porozumieniu. Nie zaprzeczę, też racja. Jak było z realizacją w dekadzie lat 70. to oddzielny i wielce frapujący temat, godny nie tylko uwagi ale i głębokich studiów, np. publikacji i opracowań prof. Pawła Bożyka.

Fundamentalne ustalenia

Protokół „Porozumienia”… z 31 sierpnia 1980 r. w Stoczni Gdańskiej, zawierał m.in. takie ustalenia – „Tworząc niezależne samorządne związki zawodowe. MKS stwierdza, że będą one przestrzegać zasad określonych w Konstytucji PRL… bronić społecznych i materialnych interesów pracowników i nie zamierzają pełnić roli partii politycznej…Uznając, iż PZPR sprawuje kierowniczą rolę w państwie, ani nie podważając ustalonego sytemu sojuszów międzynarodowych”…Proszę raz jeszcze przeczytać ten zapis oraz zwrócić uwagę na zobowiązanie Kierownictwa Solidarności (MKS) do przestrzegania Konstytucji. Wydawać by się mogło, że „wszystko jest w porządku”, tylko realizować zapisy tych porozumień.
Kilka dni po podpisaniu tych porozumień, na łamach „Biuletynu Informacyjnego” KOR (wrzesień 1980), Adam Michnik opublikował artykuł pt. „Czas nadziei”, w którym m.in. pisze: „Prawda jest taka, że bez umowy władzy ze społeczeństwem, tym państwem nie da się rządzić. I taka, że wbrew przemówieniom wygłaszanym na akademiach, nie jest to państwo suwerenne. I taka również, że z faktem ograniczenia suwerenności przez interesy państwowe i ideologiczne ZSRR, Polacy muszą się liczyć. I taka wreszcie, że jedynym rządcą Polski, akceptowanym przez ZSRR, są komuniści i nic nie wskazuje na to, by ten stan rzeczy miał jutro ulec zmianie. Co z tego wszystkiego wynika? Wynika z tego, że każda próba rządzenia wbrew społeczeństwu musi wieść do katastrofy; wynika z tego również, że każda próba obalenia komunistycznej władzy w Polsce jest zamachem na interesy ZSRR. Taka jest rzeczywistość. Można jej nie lubić, ale trzeba przyjąć do wiadomości. Wiem, że niejeden z kolegów zarzuci mi faktyczną rezygnację z dążeń do niepodległości i demokracji. Tym odpowiem z całą szczerością: nie wierzę, aby w obecnej sytuacji geopolitycznej realne było wybicie się na niepodległość i parlamentaryzm. Wierzę, że możemy organizować naszą niepodległość od wewnątrz, że stając się społeczeństwem coraz lepiej zorganizowanym, sprawniejszym, zamożniejszym, wzbogacającym Europę i świat o nowe wartości, pielęgnującym tolerancję i humanizm – pracujemy dla niepodległości i demokracji… Musimy to wszystko od władz wydzierać i wymuszać, bo nigdy żaden naród nie dostał swoich praw w prezencie. Wszakże, wydzierając i wymuszając pamiętajmy, by nie rozedrzeć na strzępy tego, co jest państwem polskim, państwem nie suwerennym, ale państwem, bez którego nasz los byłby nieporównanie bardziej uciążliwy”.

Co Państwo myślicie o tych ocenach z dystansu prawie 40 lat? Czy postępowanie Solidarności w 1980-1981 r. nie groziło „rozdarciem na strzępy tego, co jest państwem polskim …, bez którego nasz los byłby nieporównanie bardziej uciążliwy”? Czy Solidarność z tytułu „umowy z władzą” nie uznała się „społeczeństwem”, a stąd uzurpowała sobie prawa do wypowiadania się i decydowania za wszystkich Polaków – powtórzę – bez ponoszenia odpowiedzialności ze swoje działania? (trwa to już 30 lat). Przypomnę, w 1981 r. Polska liczyła 36 mln. obywateli, Solidarność – nikt tego nie sprawdził, 8-10 mln. członków, PZPR 3-3,5 mln. Proszę – z tej perspektywy, odpowiedzialności za „społeczeństwo”, spojrzeć na fakty.

Minęło zaledwie 2 miesiące i 10 listopada podczas rejestracji NSZZ Solidarność, nastąpił pierwszy zgrzyt. Poszło o Statut Związku, pomijający odniesienie do przestrzegania Konstytucji. Faktycznie szło o kierowniczą rolę Partii. Dziś dla wielu jest to może śmieszne, niedorzeczne Wielu może zdziwić taka postawa, gdyż Sąd Najwyższy odebrał to jako niedopuszczalne, wręcz pewną zapowiedź lekceważenia prawa. Pytany o ten stan rzeczy Lech Wałęsa, dziennikarzom m.in. powiedział – „Nie kwestionujemy socjalizmu. Na pewno nie wrócimy do kapitalizmu, ani nie skopiujemy żadnego wzorca zachodniego, bo tu jest Polska i chcemy mieć rozwiązania polskie. Socjalizm to jest system niezły i niech będzie, ale kontrolowany. Współudział związków powinien być pełniejszy. Niech panowie zapiszą, że nie będziemy wysuwać programów politycznych, a w żadnym wypadku ich realizować”. Co zostało z tego po roku – jesienią 1981? Czy Solidarność była tym związkiem, z którym porozumienia zostały zawarte? Czy postępowanie Solidarności, choćby tylko w 1981 roku, daje podstawy do stwierdzenia, że dążyła do porozumienia z władzą? Co konkretnie uczyniła, abyśmy byli „społeczeństwem coraz lepiej zorganizowanym, sprawniejszym, zamożniejszym, wzbogacającym Europę i świat o nowe wartości, pielęgnującym tolerancję i humanizm – pracującym dla niepodległości i demokracji”?, jak głosił i wyjaśniał Adam Michnik. Proszę, niech Państwo wskażą fakty, dowody.

W tym kontekście powinienem tu zacytować obszerne fragmenty tekstu „Sierpniowe porozumienia” (T, 31.08-2.09.18). Proszę, by Państwo po niego sięgnęli, wówczas łatwiej będzie oceniać ówczesną sytuację i odpowiedzieć na nasuwające się pytania. Na pierwszym miejscu przywołuję 12 lutego 1981 r. kiedy nowy Premier rządu, gen. Wojciech Jaruzelski, wygłaszając w Sejmie ekspose, przedstawił 10 – punktowy plan reformy gospodarki i apelował o 90 dni spokoju. Akcentował – „Normalizacja życia – oto najpilniejsze zadanie. Jest to krok absolutnie warunkujący odzyskanie równowagi gospodarczej, urzeczywistnienie reform społeczno-gospodarczych, wprowadzenie kraju na drogę rozwoju. Musimy ten krok uczynić. Nie będzie to możliwe bez atmosfery spokoju społecznego, bez konstruktywnego współdziałania wszystkich, świadomych swej patriotycznej odpowiedzialności sił”. Należy podkreślić: atmosfera spokoju społecznego i konstruktywne współdziałanie są niezbędne! Jak odpowiedziała Solidarność? Temu celowi m.in. służył Komitet ds. współpracy ze związkami zawodowymi pod przewodnictwem wicepremiera Mieczysława Rakowskiego, ze Stanisławem Cioskiem, jako ministrem ds. związków zawodowych oraz Komitet gospodarczy pod przewodnictwem wicepremiera Mieczysława Jagielskiego, I Zastępcy Prezesa Rady Ministrów, Komitet ds. rolnictwa pod przewodnictwem Romana Malinowskiego, powołane po utworzeniu nowego rządu. Wszystko to, za pośrednictwem prasy, radia i telewizji było znane polskiemu społeczeństwu. Wiedzę tę wzbogacały tzw. listy kierownictwa partii do członków, do robotników we wszystkich kluczowych zakładach pracy, do uczelni, Wojska i organów MSW. Także w ten sposób, z trudem, z oporami, rząd Generała skłaniał Polaków do refleksji, do myślenia o sobie i chyba powoli zyskiwał ich zrozumienie. Uprawnione jest więc powtórzenie kilka razy stawianego pytania – co kierownictwo Solidarności, działacze terenowi Związku uczynili, jakie konkretne wnioski zgłosili i realizowali w ramach tych „Komitetów”, na rzecz realizacji choćby wspomnianego apelu o 90 dni. Policzcie sobie Państwo, ile dni upłynęło od jego ogłoszenia do awantury bydgoskiej 19 marca. Warto zapytać pana senatora Jana Rulewskiego, który nie tak dawno paradował w więziennym uniformie w Senacie, co takiego-oczywiście dobrego „zrobił” dla Związku i Polski, doprowadzając niemal do strajku generalnego. Jan Olszewski, znany obrońca w procesach opozycyjnych działaczy stwierdza wprost – „Prowokacja w Bydgoszczy miała doprowadzić do strajku generalnego, a co za tym idzie do interwencji. Taka sytuacja nie może się powtórzyć i dlatego trzeba znaleźć inne metody nacisku na rząd niż strajk”. Jaką, czyją „interwencję” mecenas miał na myśli – kto z Państwa zgadnie? Może pan Rulewski ujawni treść telefonicznej rozmowy z Lechem Wałęsą (nie chciał nawet podejść do telefonu), przebieg rozmowy z władzami wojewódzkimi, z funkcjonariuszami MO, nie pomijając oczywiście soczystych słów pod ich adresem. Niech naród, społeczeństwo wreszcie z tak wiarygodnych ust pozna sens wysiłku i światłych myśli, którymi „bronił społecznych i materialnych interesów pracowników”, czytaj – robotników. Może Senator wyjawi narodowi ocenę swojego postępowania z dystansu 30 lat. Byłaby to zapewne pożyteczna lekcja patriotyzmu, myślenia w kategoriach państwa i narodu. Zapewne czas nie pozwolił Senatorowi odpowiedzieć na zachętę zawartą w tekście „Sierpniowe”, teraz jest okazja! Zbliża się czas wyborów parlamentarnych, więc motywacja też godna!
Władysław Frasyniuk na jednym z posiedzeń KKS ironizował – „Marzą się nam zaszczyty poselskie. Rulewski zostawia władzom alternatywę – albo staniecie do walki i wam przypieprzymy, a jak stchórzycie i nie staniecie, to i tak wam dopieprzymy”. To pierwsze udało się, przed drugim – społeczeństwo, z jego zrozumieniem sytuacji-uchronił stan wojenny.

Kolejne przykłady

Łódź – w maju Solidarność wyprowadza kobiety z maleńkimi dziećmi na ulice, jako „marsz głodowy”. Może Szanowne Panie, dziś zapewne dostojne babcie zechcą odświeżyć pamięć i wzbogacić wiedzę Polaków o to doświadczenie, refleksje po latach. Może działaczki Solidarności zabiorą głos jakimi czynami „wspierały” apel Generała. Panie-nie wstydźcie się!

Lech Wałęsa – też w maju, w wywiadzie opublikowanym w „Sztandarze Młodych” z 1-3maja 1981 roku mówi: „Jeśli będziemy szli na zwady, bez przerwy do konfrontacji, jeżeli będziemy atakować – nie tak, jak powinniśmy – to znaczy frontalnie milicję, SB, urzędy, to przecież ktoś nie wytrzyma. I zacznie się chaos, bałagan, bijatyka między nami. I wtedy ktoś trzeci będzie błogosławiony, jeśli nas rozbroi, to jest największe niebezpieczeństwo – nie interwencja. Interwencja, to będzie wtedy nawet wybawienie. I tego się boję”. Koniecznie, Państwo Czytelnicy przeczytajcie powyższe myśli noblisty, co najmniej trzy razy. Zechciejcie przypomnieć sobie, a młodsze pokolenie Polaków wyobrazić, jakie wówczas musiało być napięcie, skoro jest mowa o konfrontacji bez przerwy, o „bijatyce między nami”. Wreszcie rzecz niebywała. Lech Wałęsa widzi – podkreślam – maj, że „ktoś trzeci będzie błogosławiony, jeśli nas rozbroi… Interwencja, to będzie wtedy nawet wybawienie”. To ocena sugestywna, celna. Z jednym wyjątkiem. Nie byłoby „wybawienia”, ale niewyobrażalna, wychodząca poza wewnętrzny konflikt – konfrontacja. Proszę nie poczytać mi za zgryźliwość, jeśli zapytam – jak dziś oceniany jest stan wojenny? Czy nie był – w myśl cytowanych słów ratunkiem – podkreślę – by „ktoś trzeci (właśnie nie był) błogosławiony, jeśli nas rozbroi”? Ile i czyjej polałoby się wtedy krwi, łez, kto powie? Kto wreszcie spośród Kierownictwa Solidarności przyjmie odpowiedzialność za takie zagrożenie? Dlaczego więc Generał został postawiony przed Sądem za stan wojenny? Gdzie byli eksperci, doradcy Solidarności, także prawnicy na czele z Janem Olszewskim? Gwoli prawdy – Lech Wałęsa proces nazwał „porachunkami z własną przeszłością…Przeciwny jestem wszelkiej wendecie i doraźnej sprawiedliwości … Sowieci dla Polaków byli z całą pewnością gorsi od Jaruzelskiego…obecne władze nie powinny dopuścić do procesu Generała… Tylko dzięki Jaruzelskiemu Solidarność dogadała się z władzą i nie było krwawej rewolucji…Do tego połowa Polaków wciąż twierdzi, że Generał postąpił słusznie, wprowadzając stan wojenny”. W książce „Droga nadziei”(wyd. 1988r.), Wałęsa mówi – „proponuję więc nowy zjazd i wybranie nowego przewodniczącego. Po chwili do Rulewskiego: moja głowa spadnie od ich ciosu, albo od twojego, Jasiu”.

Bogdan Borusewicz w książce „Konspira” (zapis z 11 października 1983 roku) m.in. mówi: „Kwitł kult wodzostwa. Najpierw wódz najwyższy – Wałęsa, którego nie można było krytykować, potem wodzowie w każdym województwie, niemal w każdym zakładzie… Powstało w «Solidarności» skrzydło porównywalne tylko z «Grunwaldem» czy «Rzeczywistością». Różnicę widziałem tylko jedną – stosunek do komunizmu. «Prawdziwi Polacy»z «Solidarności» też reprezentowali ideologię totalitarną,, tylko w kolorze innym niż czerwony. Co dziwniejsze – skrzydło to wywarło duże wpływy wśród robotników… Nastąpił amok. Przestano myśleć kategoriami politycznymi, a zaczęto mistycznymi – że jak się powie słowo, to stanie się ono ciałem, czyli jak powiemy «oddajcie władzę», to władza znajdzie się w naszych rękach”.

Redakcja „Robotnika” zorganizowała dyskusję, której fragmenty opublikowała w nr. 78 z 27 sierpnia 1981 r. Mówią m.in.:

– Jan Lityński: „obserwujemy rozpad gospodarki i rozpad państwa. Solidarność ten rozkład przyspieszyła, paraliżując niejako organy władzy. W tej sytuacji powstają wielorakie niebezpieczeństwa. Jednym z nich jest radykalizm typu KPN-owskiego. Drugie niebezpieczeństwo, któremu Związek już uległ, to rozprzestrzenienie się ruchu walki o żywność”;

– Bronisław Geremek: „kraj znajduje się w sytuacji zagrożenia narodowego, jakich było niewiele w historii Polski. Grozi nie tylko interwencja, ale i upadek z przyczyn wewnętrznych… Katastrofa jest faktem oczywistym. Jest to katastrofa wciągająca. Nikt, z siedzących przy tym stole nie wie jak wyjść z kryzysu”;

– Jacek Kuroń: „po raz pierwszy zaczynam myśleć, że mogła by nam grozić wojna domowa”.

Prof. Wacław Wilczyński, w liście otwartym do doradców i ekspertów Solidarności („Polityka”, 11 lipca 1981), pisze: „Wypada stwierdzić, że Wasza działalność prowadzi obiektywnie do wyobcowania społeczeństwa. Jest to jednocześnie działanie stwarzające sztuczne zapotrzebowanie na centralne decyzje, na które rząd – w trosce o uspokojenie umysłów – daje się niestety «nabierać», nie wykorzystując możliwości przesuwania na niższe szczeble i inne organizacje – załatwiania konkretnych spraw. Tak więc wypada postawić Wam pytanie zasadnicze: dokąd idziecie, dokąd zmierzacie? Czy do przezwyciężenia zbiorowym wysiłkiem wielkiego kryzysu społeczno-gospodarczego, w oparciu o socjalistyczne podstawy ustrojowe i istniejący układ stosunków politycznych w świecie? Czy też może do porażki socjalistycznego państwa na rzecz systemu, w którym Polsce na pewno nikt nie zagwarantuje niczego? Nie chcę dopuścić myśli, że o to Wam właśnie chodzi”

Profesor Jan Szczepański, jako Przewodniczący Nadzwyczajnej Komisji Sejmu do spraw kontroli realizacji porozumień sierpniowo-wrześniowych, jeszcze w lipcu 1981 roku informował, że wartość około 700 lokalnych, głównie wystrajkowanych umów przekroczyła dwukrotnie poziom dochodu narodowego kraju. Lawina pieniądza pustoszyła rynek. Stąd panika, wykupywanie„nazapas” pojawiających się niektórych towarów, pogłębiała niedobory. Szalała spekulacja. W konsekwencji nie kończące się kolejki, puste półki, brak elementarnych artykułów, zakłócenia nawet w zaopatrzeniu kartkowym. W tym miejscu trzeba przypomnieć długotrwałe protesty i strajki, żądające niezwłocznego wprowadzenia wszystkich wolnych sobót. Może zechcą Państwo sami policzyć, albo zachęcić ekspertów by wskazali kiedy, po ilu latach wyrzeczeń realnie możliwe było spełnienie tych „700 lokalnych umów”.

Na 28 października, Kierownictwo Solidarności zapowiedziało, że we wszystkich zakładach pracy w Polsce zostanie przerwana praca na jedną godzinę. „Sytuacja wymaga, by społeczeństwo ostrzegło grupy awanturnicze w aparacie władzy przy pomocy powszechnej i jednolitej akcji protestacyjnej na terenie całego kraju” („Tygodnik Solidarność” nr 31 z 30.10.1981). Jednakże ogólnopolska akcja strajkowa nie miała charakteru tak powszechnego, jak zakładano, poparła ją tylko część załóg. W porównaniu z poprzednimi, ten strajk miał o wiele mniejszy zasięg i przebiegał w całkiem innej atmosferze. Wyraźnie zmieniał się stosunek opinii społecznej do strajków. Wśród samych członków i działaczy Solidarności, zdecydowanie spadło poparcie dla rozstrzygania spraw spornych w ten sposób. Potwierdził to sondaż Ośrodka Badań Społecznych przy Regionie Mazowsze. Wśród około 900 losowo wybranych członków Solidarności (co piąty był działaczem, pełnił jakąś funkcję w Związku), tylko 13 proc. uznało, że ostatnio (w październiku) wszystkie strajki były konieczne, 42 proc., że większość była konieczna, 27 proc., że większości strajków można było uniknąć, a 7 proc., że wszystkich można było uniknąć („Tygodnik Solidarność” nr 34 z 20.11.1981). Strajki przestały już być manifestacją jedności i determinacji Związku, zwłaszcza regionalne protesty świadczyły, iż sytuacja zaczyna się stopniowo wymykać kierownictwu spod kontroli.

29 października Prezydium Komisji Krajowej w specjalnym „wezwaniu” zwróciło się do członków Solidarności o natychmiastowe zaprzestanie akcji strajkowych, pisząc: „akcje strajkowe przybrały charakter żywiołowy i niezorganizowany. Grozi to rozbiciem związku i utratą poparcia społeczeństwa. Ustalenia Krajowego Zjazdu i apele Komisji Krajowej nie znajdują zrozumienia. W tej sytuacji realizowanie ustalonej polityki związku staje się niemożliwe a nazwa „Solidarność” zaczyna być pustym terminem” („Tygodnik Solidarność” nr 32, 6.11.1981). Zwróćcie Państwo uwagę – członkowie „S” zaczynają myśleć!

31 października 1981, Uchwała Sejmu – „W obliczu zagrożenia bytu narodowego oraz w celu zabezpieczenia podstawowych potrzeb obywateli, Sejm wzywa do zaniechania wszystkich wyniszczających kraj akcji strajkowych. Sejm domaga się położenia kresu niepokojom i wszelkim działaniom naruszającym ład i porządek prawny. Nie czas na przerywanie pracy i manifestacje, gdy kraj jest w najwyższej potrzebie. Zobowiązuje się rząd do wydania zdecydowanej walki wszelkiej anarchii i wszelkim przejawom łamania prawa. Jeśli wezwanie Sejmu nie odniesie skutku, jeśli powstanie stan wyższej konieczności, Sejm rozpatrzy propozycje w sprawie wyposażenia rządu w takie ustawowe środki, jakich wymagać będzie sytuacja”.

4 listopada 1981 r. – Spotkanie Trzech, jego waga, powaga, wymaga odrębnej publikacji.

25-26 listopada 1981 r. – fragment komunikatu na zakończenie 181 Konferencji Episkopatu Polski: „Kraj nasz znajduje się w obliczu wielu niebezpieczeństw, przemieszczają się nad nim ciemne chmury, grożące bratobójczą walką”. Kto wówczas zakładał i dziś myśli, że ocena Episkopatu była „na wyrost”, by kogoś „postraszyć”, czy nie daj Boże wprowadzić w błąd. Jakie jest Państwa zdanie?

Generał Wojciech Jaruzelski – „Staram się rozumieć różne obawy, opory, nieufność, Solidarności co do intencji władz. Paradoksalnie, ale skrajne skrzydła – konserwatywne, tzn. beton w obszarze władzy oraz radykalny nurt ekstremalny w Solidarności: «żywiły się» nawzajem, tworzyły i upowszechniały atmosferę obustronnej podejrzliwości. Obiektywnie rzecz biorąc, wspólnie budowali mur antagonizmu. Trudno jednak nie zauważyć, że to władze wysuwały różnego rodzaju propozycje, inicjatywy, zmierzające do znalezienia jakiegoś modus vivendi, a więc chociażby tymczasowego, ograniczonego kompromisu”.

Ogłaszając decyzję Rady Państwa o wprowadzeniu stanu wojennego, m.in. mówił – „Przez każdy zakład pracy, przez wiele polskich domów, przebiegają linie bolesnych podziałów. Atmosfera niekończących się konfliktów, nieporozumień, nienawiści – sieje spustoszenie psychiczne, kaleczy tradycje tolerancji. Strajki, gotowość strajkowa, akcje protestacyjne stały się normą. Wciąga się do nich nawet szkolną młodzież… Padają wezwania do fizycznej rozprawy z «czerwonymi», z ludźmi o odmiennych poglądach. Mnożą się wypadki terroru, pogróżek i samosądów moralnych, a także bezpośredniej przemocy… Jak długo można czekać na otrzeźwienie? Jak długo ręka wyciągnięta do zgody ma się spotykać z zaciśniętą pięścią?” Kto, po prawie 40 latach ma dowody, by temu

zaprzeczyć, proszę podać.
Profesor Jan Widacki ocenił tak – „Nie wdając się w szczegóły, najkrócej można powiedzieć tak: w 1981 r. nie było szans na Okrągły Stół i zmianę władzy. Nie tylko dlatego, że do takiego okrągłego stołu nie były gotowe ani Solidarność, ani kierownictwo PZPR. Przede wszystkim dlatego, że nie dopuściłby do tego Związek Radziecki nie tylko z żywą «doktryną Breżniewa». Okrągły Stół stał się możliwy dopiero wtedy, gdy w Polsce obie przeciwne strony zrozumiały, że znalazły się w sytuacji patowej, za wschodnią granicą zaś rozpoczęła się gorbaczowska pieriestrojka. I ta okazja nie została zmarnowana, za co należy się cześć i chwała Lechowi Wałęsie i jego «drużynie», ale też reformatorskim siłom w PZPR, skupionym wokół Generała”.

Może ktoś z Państwa Czytelników, po przeczytaniu tego tekstu odniósł wrażenie, nawet utwierdził się w przekonaniu, że współczesna nam, Polakom nienawiść, wręcz wrogość wzajemna ma korzenie, źródła w Solidarności lat 1980-1981. Proszę się głęboko zastanowić wypowiadając tak jednoznaczne oceny i sądy. Dlaczego? Bo generalne stwierdzenia zawsze kryją, z natury rzeczy – uproszczenia, uogólnienia i zwyczajnie dla wielu ludzi są krzywdzące. Akcentując współodpowiedzialność Solidarności za stan realizacji 21 postulatów i dojście do stanu wojennego, należy widzieć głównie Kierownictwo – centralne, terenowe i zakładowe. A członkowie – przytłaczająca większość „sięgnęła po rozum do głowy”, świadczą sondaże. Dotyczy to uogólnianej oceny faktów. Słowa o. Ludwika Wiśniewskiego – „udomowiliśmy nienawiść i pogardę”, podczas mszy żałobnej za Pawła Adamowicza – mają swą moc i odniesienia do Historii, do imiennych źródeł – osób sprawujących władzę w państwie (Polsce), Episkopacie, partiach, związkach zawodowych. Jak przebiegała droga do Okrągłego Stołu w dekadzie lat 80., napiszę niebawem.

Stół z wyłamywanymi nogami

Zapraszamy do debety o „Okrągłym Stole”.

Bólu głowy dostaje polska prawica już na sam widok „Okrągłego stołu”. Zwłaszcza, że w tym roku nie można tego politycznego mebla nie zauważać, ani ignorować. Bo okrągła, trzydziestoletnia, rocznica rozmów i porozumienia ówczesnej władzy i opozycji zbiega się z wyborami do parlamentów europejskiego i krajowego. Z już rozpoczętymi kampaniami wyborczymi. Eskalującą wojną plemienną dwóch prawicy wyrosłych z „etosu „Solidarności”. Wojną różnych interpretacji naszej najnowszej historii toczoną na wszystkich frontach medialnych.

Druga noga

Widać to już w niezdecydowanej postawie pana prezydenta Andrzeja Dudy. W przeddzień rocznicy rozpoczęcia obrad „Okrągłego Stołu” jego rzecznik prasowy nie potrafił powiedzieć co pan prezydent i jego środowisko polityczne będą świętować.
Na pewno pan prezydent nie będzie fetować rocznicy inauguracji „Okrągłego Stołu”. Faktu wyjątkowego w naszej historii, kiedy ówczesna władza zasiadła do rozmów z ówczesną opozycją. Do dyskusji jak wyjść z politycznego klinczu.
Negocjacji o tym na ile władza podzieli się posiadaną władzą z opozycją, a opozycja ulży władzy w dźwiganiu brzemienia odpowiedzialności za przyszłe, bolesne reformy gospodarcze.
Tego pan prezydent świętować nie będzie, bo musiałby uznać, że jest prezydentem wszystkich Polaków. Nawet tych postkomunistów.
Zapewne pan prezydent Duda przyłączy się do świętowania trzydziestej rocznicy wyborów 4 czerwca 1989 roku. Choć tu tez pewnie waha się, bo wtedy będzie musiał stanąć tam gdzie ustawi się Grzegorz Schetyna, Adam Michnik i Lech Wałęsa.
Oni bowiem przygotują obchody tamtych wyborów jako wielkie zwycięstwo „polskiej demokracji”, czyli tej reprezentowanej obecnie przez Platformę Obywatelską i jej zaplecze polityczno-intelektualne.
Ponieważ mamy rok wyborczy, to do uroczystych obchodów zostanie zaproszona jakaś reprezentacja „pokonanych”, czyli osób z ówczesnej „strony partyjno-rządowej”. Aby zademonstrować rycerskość obecnej opozycyjnej „koalicji demokratycznej”, która nie chce wieszać pokonanej „komuny”, jak ci barbarzyńscy z PiS.
Najchętniej pan prezydent uczciłby rocznicę powstania „pierwszego, niekomunistycznego rządu Tadeusza Mazowieckiego”. Bo przecież akuszerem tego rządu był Jarosław Kaczyński, który przeciągnął wtedy na stronę solidarnościową ówczesnych sojuszników PZPR ze Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego i Stronnictwa Demokratycznego. A potem premier Tadeusz Mazowiecki musiał ustąpić po kłótniach z Lechem Wałęsą. Czyli „Bolkiem”.
Na pewno pan prezydent uczciłby niezwykle uroczyście trzydziestą rocznice powstania „pierwszego niepodległego rządu Jana Olszewskiego”. Bo to do jego tradycji, nie do rządu Mazowieckiego z Kiszczakiem i Siwickim, i nie do prezydentury Wałęsy, odwołują się teraz elity PiS. Ale pewnie tej rocznicy Andrzej Duda jako pan prezydent już nie doczeka.
My zaś możemy oczekiwać w tym roku burzliwych obchodów rocznicy wyborów 4 czerwca 1989 roku. Już zapowiedzianych przez pana premiera Morawieckiego, co tylko podgrzało wojnę polskich prawic o dziedzictw tamtych wyborów.
Za to rocznic rozpoczęcia i zakończenia „Okrągłego Stołu” elity PiS i radykalnej prawic uroczyście obchodzić nie będą. Dla nich tamte porozumienia to „zmowa elit komunistycznych i zdradzieckich solidarnościowych”, która zrodziła patologiczną III RP”. Ta zmowa, która „przyniosła uwłaszczenie się komunistycznej nomenklatury”, „bezkarność zbrodniarzy stanu wojennego” i panowanie „resortowych dzieci” w sferze mediów i kultury.
Zatem Wersalu na prawicowych obchodach rocznicowych nie będzie.

Trzecia noga

Bólu głowy, a raczej amnezji dostają hierarchowie polskiego kościoła katolickiego na wieść o planowanych obchodach rocznicy obrad „Okrągłego Stołu”. Dzisiejsi hierarchowie kościelni i bliscy im publicyści historyczni nie chcą pamiętać, że tamten Stół, tamte negocjacje i umowy oparte były na trzech nogach.
Partyjno-rządowej, opozycyjnej- solidarnościowej i kościelnej. Na dwóch pierwszych nogach stał tamten stół, ale trzecia noga, ta kościelna go znacząco podpierała.
Ówczesny kościół katolicki podjął się wówczas roli gwaranta tamtych negocjacji i notariusza jego porozumień. To hierarchowie kościelni gwarantowali swym autorytetem, że zasiadające do negocjacji i zawarcia kontraktu strony mogą sobie ufać. Że nie dojdzie do sytuacji, jak ostatnio przy negocjacjach umowy o budowie wieżowców przy ulicy Srebrnej.
I dlatego zawsze, kiedy w czasie rozmów okrągłostołowych dochodziło do impasu, konfliktu, to do mediacji ruszali biskupi.
Za swe „notarialne” usługi hierarchia kościelna otrzymała wielkie korzyści materialne. Przede wszystkim ustawę z dania 17 maja 1989 roku o stosunku Państwa do Kościoła Katolickiego w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej dając temu kościołowi uprzywilejowaną pozycję. Czasem czyniąc jego funkcjonariuszy bezkarnymi.
Dzisiaj hierarchowie kościoła katolickiego nie chcą wspominać o tamtej roli swego kościoła. Bez cienia wdzięczności przyłączają się do grona krytyków ostatnich rządów PRL, choć dzięki nim mają zapewniony dostatek materialny.
I chociaż Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej od dawna już nie ma, chociaż przez ostatnie trzydzieści lat w III Rzeczpospolitej skutecznie usuwano wszelkie ślady po prawodawstwie Polski Ludowej, to ta ustawa została niezmieniona. Bo tej politycznej łapówki danej hierarchom przez rząd Mieczysława Rakowskiego i przegłosowanej jeszcze przez „komunistyczny” Sejm obecna hierarchia kościoła katolickiego zwrócić nie zamierza.

Pierwsza noga

Gdyby nie ówczesna „Strona partyjno-rządowa”, przedstawiana w mediach wtedy jako ta pierwsza noga podtrzymująca „Okrągły Stół”, nie zdecydowała się na negocjacje z opozycją, to nie mielibyśmy tej historycznej „pokojowej transformacji”.
Ale już 4 czerwca 1989 roku strona partyjno-rządowa przegrała wolne wybory do Senatu. Choć w wyborach kontraktowych, tych do Sejmu, utrzymała niezbędną większość. Przeforsowała też, z pomocą ambasady USA i hierarchii kościoła katolickiego, dotrzymanie przez opozycję porozumienia o wyborze generała Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta Polski.
Ale po tym wyborze w „pierwszej nodze” nastąpił rozłam. Po zdradzie politycznej ze strony ZSL i SD, ówczesna PZPR straciła większość w Sejmie i musiała przejść do opozycji.
Już w III Rzeczpospolitej ta „pierwsza noga” przegrała swą bitwę o pamięć. Jej zasługi w historycznej, pokojowej transformacji ustrojowej zostały przez zwycięską prawicę zmarginalizowane i skarykaturyzowane. Stało się tak przez jej lenistwo intelektualne, na jej własne życzenie.
W tym roku Społeczny Komitet Lewicy zamierza przypomnieć i odkłamać zasługi ludzi lewicy w tamtej transformacji.
Redakcja „Trybuny” będzie patronowała działaniom SKL.
Zapraszamy też wszystkich chętnych do dyskusji o znaczeniu i skutkach porozumień „Okrągłego Stołu”. Nasze łamy są dla was otwarte.

Wałęsa pod ostrzałem

Samobójczy politycznie wywiad byłego prezydenta ma swój ciąg dalszy. „Rzeczpospolita” zamówiła sondaż, w którym zapytała o to, czy Wałęsa zaszkodził polskiej racji stanu, chwaląc w rozmowie ze Sputnikiem politykę Władimira Putina. Okazuje się, że naród, jak zwykle, jest podzielony – i to zaskakująco symetrycznie.

 

35 proc. uważa, że przywódca „Solidarności” nie powinien wypowiadać się ciepło na temat przywódcy Rosji, 34 proc nie ma zdania, a 31 podziela zdanie byłego prezydenta. Badanie zamówiła SW Research na zlecenie „Rzepy”.
– Częściej to mężczyźni uważają, że wywiad Wałęsy dla rosyjskiego portalu zaszkodził polskiej racji stanu (36 proc. vs 34 proc. kobiet). Tego zdania są też częściej osoby w wieku 35-49 lat (39 proc.), badani o wykształceniu zasadniczym zawodowym (46 proc.), dochodzie netto od 2001 do 3000 zł (40 proc.) oraz ankietowani z miast od 100 do 199 tys. mieszkańców (41 proc.) – skomentował wyniki Piotr Zimolzak z agencji badawczej, która przeprowadziła sondaż.
Czy Wałęsa faktycznie, jak chcieliby panikarze (np. Jerzy Haszczyński) podważył „mityczny sojusz z zachodem”? „Postulowałem, by premier Mateusz Morawiecki odciął się od kremlowskich tez swojego ojca, który zachowuje się jak zafascynowany geopolityką wujek próbujący szokować u cioci na imieninach. Nie wiem, do kogo skierować podobny apel w sprawie też Wałęsy. Jest pilny” – bije pianę do niemożliwości redaktor „Rzepy”, dzwoniąc na alarm zupełnie jakby Wałęsa nagle podważył teorię Kopernika albo fakt, że woda wrze w stu stopniach. Retoryka antyrosyjska stała się dziś bezpiecznym centrum, odejście od którego karane jest polityczną i medialną śmiercią. Doświadczyłam tego na własnej skórze w 2016, kiedy jako kandydatka na członkinię Partii Razem napisałam krytyczny tekst o mało kryształowym życiorysie Nadii Sawczenko (jej „polityczny geniusz” zweryfikowało zresztą życie już niecałe dwa lata później). Okazało się, że nie mam szans na polityczną legitymację, jeśli nie mam zamiaru powielać tezy o tym, że jeśli Putin wsadzi kogoś do więzienia, to oznacza, że ten ktoś z automatu jest aniołem godnym międzynarodowego poparcia.
Bandytka z batalionu Ajdar, czyli czegoś na kształt naszych oddziałów obrony terytorialnej, tylko na sterydach, stała się w więzieniu Joanną d’Arc. Nikt nie zastanawiał się, czy rzeczywiście postać ta zasługuje na wsparcie. Dziś żyje obsesją, że służby ukraińskie w porozumieniu z rosyjskimi czyhają na jej życie. Jej wypowiedzi i działania od momentu wyjścia na wolność noszą znamiona coraz większej paranoi.
Ale nie o tym jest ten tekst. Wywiad Wałęsy, co widac po wynikach sondażu, dał Polakom do myślenia. I choć prawicowe media (Republika, wPolityce) najchętniej widziałyby w 35 procentach niezgody ostateczny upadek Wałęsy, to jednak daleka byłabym od takiej diagnozy. Faktem jest, że Polacy pamiętają negocjacje Wałęsy z Jelcynem i uważają, że dobrze wywiązał się wtedy ze swojej roli. Wyłącznie pustym publicytsycznym zabiegiem zdaje się również lament red. Haszczyńskiego, bo (niestety!) nasze przyssanie się do amerykańskiego cycka nie osłabło nawet na minutę (dopiero co otrzymaliśmy gigantyczny rachunek za tarczę antyrakietową – Redzikowo pochłonie około 5,5 mld złotych – z budżetu naturalnie. Według dziennikarzy „Dziennika Gazety Prawnej” (pisze o tym równie rosyjski Sputnik!) ta suma nawet w połowie nie pokryje ceny zakupu systemu obronnego.
W dodatku na tarczę zarezerwowano w tegorocznym budżecie dla MON dodatkowe pieniądze – 1,6 miliardów złotych. Ale jak przewiduje redakcja, ucierpią inne rodzaje sił zbrojnych, chronicznie niedofinansowane lotnictwo i marynarka. Nie będzie okrętów podwodnych, obiecywanych lata temu. „Caracale” też spaliły na panewce.
Jak na razie więc „amerykański sen” pochłania miliony, a media chuchają i dmuchają, aby tylko ktoś nie poczuł się urażony słowami Walęsy i nie pozwolił dalej i głębiej robić Amerykanom tego, co trafnie określił niegdyś Radosław Sikorski.
A jak odnosi się do sprawy obecny prezydent Polski? Andrzej Duda oczywiście jest zniesmaczony. – Jest mi przykro, że pan prezydent Lech Wałęsa jako były, ale jednak prezydent Rzeczypospolitej, takie poglądy prezentuje. Nie są to poglądy, z którymi dzisiaj można by się zgodzić, jeśli ktoś zna historię Europy i jeżeli ktoś zna historię naszej części Europy, jeżeli ktoś w naszej części Europy żyje. Ale przede wszystkim, jeśli ktoś jest uczciwym politykiem – powiedział.
Ale prawda jest taka, że zgadza się z nim 35 procent ankietowanych Polaków. Większość jednak do tez stawianych przez Wałęsę ma stosunek neutralny lub pozytywny. Są zatem gdzieś w połowie drogi między Moskwą i Nowym Jorkiem, ale na pewno nie rzucają się też gremialnie w objęcia Statuy Wolności.

W krainie rusofobii

Lech Wałęsa znowu błysną – tym razem udzielając wywiadu rosyjskiemu „Sputnikowi”.

 

Polskie media ograniczają się do cytowania wybranych fragmentów wywiadu, komentatorzy, niezależnie czy z lewa czy z prawa są na ogół zgodni: „Wałęsa chciał zaistnieć”, „Wałęsa przegrał” itp. Niezawodni trolle i w tej sytuacji potwierdzili swoją czujność nie szczędząc byłemu prezydentowi inwektyw i innych internetowych ekskrementów. Tymczasem Lech Wałęsa, oczywiście na swój sposób, nie bez zbędnego egocentryzmu, podniósł jeden z najważniejszych współcześnie dla Polski problemów: problem relacji z Rosją.
Publiczne podpisywanie się w dzisiejszych czasach pod tezą Wałęsy, że Polsce bliżej jest do Moskwy niż do Nowego Jorku graniczy z politycznym samobójstwem, albo też tą granicę już przekracza. Polski mainstream zdominowany jest bez reszty przez tezę o śmiertelnym zagrożeniu dla Polski, jakie płynie ze wschodu i każda inna optyka nieuchronnie spotka się z zarzutem zdrady polskiej racji stanu.
Czy jednak ten mainstream zgodny jest z poglądem większości Polaków? Co ważniejsze: czy jest zgodny z polskim interesem narodowym? Na te właśnie pytania próbuje odpowiedzieć Wałęsa – i chwała mu za to.
Żyjemy w czasach, w których odwoływanie się do opinii publicznej w ważnych sprawach ma miejsce wcale, albo dopiero po tym, jak tą opinię się odpowiednio ukształtuje. Jeszcze w 2011 r. 44 % Polaków, wbrew 12 lat zmasowanej agitacji publicystów, polityków, mediów, pozytywnie oceniało wprowadzenie w Polsce stanu wojennego, przy 34% ocen negatywnych. Szermujący hasłami polskiego interesu narodowego za nic mieli opinię większości Polaków w tym względzie, uporczywie „młotkując” gdzie tylko popadnie jedynie słuszną tezę. 44% Polaków zostało zlekceważonych. Oczywiście metoda ta, wsparta naturalnymi procesami demograficznymi przyniesie kiedyś tak pożądany efekt, jakim będzie ogłoszenie, że większość Polaków wprowadzenie stanu wojennego ocenia negatywnie. Kiedyś.
Podobnie jest z kwestią relacji polsko–rosyjskich. Nie są to relacje łatwe ani proste, ale patrząc na Europę, nie są też jakimś ewenementem. Z tą różnicą, że Europa postanowiła ze swojej historii wyciągnąć zupełnie inne wnioski niż Polska, a właściwie polskie elity. Europa postanowiła tradycyjny kurs konfrontacyjny w wewnątrzeuropejskich stosunkach zmienić na kurs współpracy, wznosząc się ponad historyczne zaszłości. Polskie elity tą drogą nie poszły.
W 1999 r., w zastępstwie Prezesa NIK, uczestniczyłem w roboczym spotkaniu prezesów najwyższych organów kontrolnych państw aspirujących do członkostwa w Unii Europejskiej w Europejskim Trybunale Obrachunkowym w Luksemburgu. Grono w sumie około 10 osób, język roboczy angielski, bez tłumaczy. Okazało się jednak, że koledzy z niektórych NOK mają trudności w porozumiewaniu się tym językiem i dla nich jedynym wspólnym był język rosyjski. Pomagałem im więc w czasie spotkania jak mogłem. W przerwie podszedł do mnie Prezes ETO, prof. B. Friedmann, znany niemiecki polityk CSU i zagadnął:
– Widzę, że znasz język rosyjski.
– Trochę, – odpowiedziałem.
Friedmann zamyślił się i rzekł:
– Wy, Polacy macie dobrze. Wy znacie język i kulturę Rosji. Wam łatwo się z nimi porozumieć, a my musimy wszystkiego uczyć się od podstaw. Polska może odegrać bardzo ważną rolę w relacjach pomiędzy Unią i Rosją.
Polska miała swoje pięć minut, aby stać się rzeczywistym pomostem pomiędzy Unią i Rosją. Tych pięciu minut nie wykorzystała, stając twardo i zdecydowanie na antyrosyjskich pozycjach. Czy musiał prezydent Polski, Lech Kaczyński, nawoływać do konfrontacji z Rosją na wiecu w Tbilisi w 2008 r. dokładnie w chwili, gdy prezydenci Francji i Niemiec lecieli do Moskwy, aby w imieniu Unii Europejskiej szukać możliwości politycznego rozwiązania konfliktu rosyjsko – gruzińskiego? Miejsce Prezydenta Polski powinno być wówczas w samolocie do Moskwy, a nie w samolocie do Tbilisi.
Zawsze byli w Polsce rusożercy, tak samo jak polakożercy w Rosji. Nigdy jednak nie stanowili większości tych społeczeństw, które nie tylko z uwagi na poczucie słowiańskiej wspólnoty, ale również w imię zdrowego rozsądku, mówiącego, że z sąsiadami należy dobrze żyć, że przyjaciół należy szukać jak najbliżej a nie jak najdalej, pozytywnie odnosiły się i odnoszą do siebie. Należy więc postawić retoryczne pytanie: czyje interesy reprezentują polskie elity nakręcające antyrosyjskie nastroje, histerię wręcz, propagujące wątpliwe tezy o rosyjskim zagrożeniu, deprecjonując wszystko co choć trochę pachnie Rosją. Z pewnością nie interesy Polski i z pewnością nie interesy Unii Europejskiej. Odpowiedź na to pytanie jest oczywista: jedynym beneficjentem polskiej polityki w tym względzie są Stany Zjednoczone.
Jednym z pytań czekających na odpowiedź jest natomiast to, skąd bierze się ten konsekwentny antyrosyjski kurs USA. Reagan wygrał ekonomiczną i polityczną wojnę z ZSRR. Kampanię Reagana uzasadniano walką ideologiczną i odpowiedzialnością USA za światową liberalną demokrację. Dzisiaj po komunistycznej Rosji nie ma śladu, USA same odwróciły się od zasad liberalnego handlu nasilając gospodarczy interwencjonizm i szantaż w stosunkach międzynarodowych a i gwiazda amerykańskiej demokracji ostatnio przyblakła. Dlaczego więc Rosja nadal – jak za czasów Reagana – dekretowana jest jako „imperium zła”? Jakie cele strategiczne kryją się za tak konsekwentną postawą Wielkiego Brata?
Jeżeli Rosja sama w sobie jest wrogiem dla Stanów Zjednoczonych to oczywiście wszelki antyrosyjskie nastroje wokół rosyjskich granic są Białemu Domowi na rękę. A że CIA ma w tym obszarze ogromne doświadczenie i potrafi skutecznie kształtować takie nastroje, to dowiodła już wielokrotnie w przeszłości w różnych częściach świata, w tym i w Polsce. Jeżeli po lekturze „Zwycięstwo. Tajna historia świata lat osiemdziesiątych. CIA i Solidarność” P.Schweizera ktoś miał jeszcze wątpliwości co do agenturalnego charakteru NSZZ „Solidarność”, to powinien się ich ostatecznie wyzbyć po przeczytaniu najnowszego opracowania na ten temat: „A cover action. Reagan, the CIA and cold war struggle in Poland” S.G. Jonesa. Nie są zresztą Stany odkrywcze w takiej polityce. Starorzymska strategia „dziel i rządź”, skłócania „cywilizowanych” plemion afrykańskich czy amerykańskich, wykorzystywania lokalnych waśni dla własnych korzyści, była standardem również nowożytnych państw kolonialnych. Czy Polska nadal jest ślepym narzędziem Stanów Zjednoczonych w ich grze przeciwko Rosji? Polska nie jest formalnie kolonią USA, chociaż brutalna ingerencja ich nowego ambasadora w proces legislacyjny w Polsce, „zapraszanie” do konsultowania w ambasadzie projektów przyszłych ustaw „abyśmy mieli pewność, że przyniosą one wszystkim korzyść”, błaganie niemal polskiego prezydenta o stałe bazy wojskowe USA , przyznanie ponoć armii amerykańskiej prawa do swobodnego poruszania się po Polsce, wszystko to skłania do refleksji nad stopniem naszej realnej suwerenności.
Hasło Trumpa „America first!” nie jest – jak pokazuje każdy dzień – czczym zawołaniem. Znaczy ono dokładnie to, że liczą się tylko interesy Ameryki – tylko Ameryki, nikogo innego. Strategiczny sojusz z takim partnerem jest nazbyt ryzykowny, żeby nie powiedzieć nierozsądny. Polska płaci za niego nie tylko gospodarczym uzależnieniem się od USA, ale również pogorszeniem stosunków ze swoimi najbliższymi sąsiadami: z Unią Europejską i oczywiście z Rosją.
Przed nami ważne, przedwyborcze debaty o naszych sprawach wewnętrznych, ale też i o Unii Europejskiej i o polskiej polityce zagranicznej. Byłoby dobrze, aby wśród spraw, do których odnosić się będą ugrupowania polityczne była również sprawa perspektywy stosunków polsko – rosyjskich. Jeżeli tak się stanie, będzie to wielkim sukcesem Lecha Wałęsy.

 

Tekst ukazał się na blogu „Wołania na puszczy”.

Głos prawicy

Bolek bez szans

Wirtualna Polska donosi:
Cały czas toczy się ostra dyskusja wokół zmian w Sądzie Najwyższym. Głos zabrał też Lech Wałęsa. „Staję na czele fizycznego odsunięcia głównego sprawcy wszystkich nieszczęść” – zapowiedział.
Lech Wałęsa jest ostatnio wyjątkowo zaangażowany w obecną politykę. W Gdańsku powołano do życia Komitet Obywatelski 2018, której jest liderem. – Musimy odzyskać to, co straciliśmy nieroztropnie – przekonywał podczas inauguracji. Teraz odniósł się także do zmian w sądownictwie.
Napisał, że jeśli w jakikolwiek sposób obecna ekipa zaatakuje Sąd Najwyższy, to w środę (4 lipca) po godz. 15 wyruszy z Gdańska do Warszawy. Dość niszczenia Polski! Staję na czele fizycznego odsunięcia głównego sprawcy wszystkich nieszczęść” – zapowiada Wałęsa.
Zaznaczył także, że jest to możliwe tylko wtedy, gdy w środę w Warszawie zgromadzi się ponad 100 tys. „zdecydowanych i zdyscyplinowanych chętnych”.
Na te słowa zareagowała posłanka PiS Krystyna Pawłowicz. Panie Wałęsa, staje pan na czele fizycznego odsunięcia głównych sprawcy wszystkich nieszczęść, ale w Polsce legalne fizyczne odsunięcie przeciwnika politycznego może się odbyć tylko poprzez wybory – pouczyła byłego prezydenta. – Według sondaży nie ma Pan żadnych szans,zero. No,sorry…” – napisała posłanka PiS.

 

Atrakcyjne państwo Mateusza

To jest właśnie Polska moich snów: atrakcyjne państwo, które zatrzymuje i przyciąga talenty, nie wypycha ludzi na emigrację, tworzy bogactwo, naszą polską drogę do trwałego dobrobytu. Ale także zachowuje chrześcijańską tożsamość i kulturę, i tym też przyciąga. O tym mówię Polakom – mówi w wywiadzie dla tygodnika „Sieci” premier Mateusz Morawiecki. W jakim on kraju żyje?

Głos prawicy

Niewinne prześladowanie Żydów?

– Znaleźli się ludzie dobrej woli, którzy zniszczyli mural mjr. Baumana. Otóż źle zrobiliście. Nie niszczcie tych murali, niech one tam wiszą. Niech tam jeszcze będzie pani Wolińska-Brus. Trzeba Polakom przypominać, że Marzec ‚68, to nie było tylko niewinne prześladowanie Żydów, ale wewnętrzna dintojra w partii, dzięki czemu zyskali i uciekli od odpowiedzialności zbrodniarze stalinowscy pokroju mjr. Baumana. Wreszcie muzeum POLIN robi coś dobrego – stwierdził w wideokomentarzu opublikowanym na portalu tygodnika „Do Rzeczy” Rafał Ziemkiewicz.

 

Następca prezesa?

Aleksander Majewski na portalu wPolityce.pl zastanawia się, kto będzie następcą Jarosława Kaczyńskiego: IBRiS opublikował sondaż, z którego wynika, że najwięcej badanych w roli naturalnego następcy Jarosława Kaczyńskiego widzi Mateusza Morawieckiego (14,4 proc.). Kolejne miejsca przypadły Joachimowi Brudzińskiemu (9 proc.) i Beacie Szydło (8,6 proc.). Dopiero czwarte miejsce zajął prezydent Andrzej Duda (7,4 proc.). Oczywiście to tylko sondaż, ale sygnał jest czytelny. I nie jest to bynajmniej sygnał korzystny dla PiS. (…) Kolano prezesa PiS stało się sprawą wagi państwowej. Chwilowe wyautowanie lidera partii rządzącej skłania do dyskusji na temat przywództwa w razie dłuższej absencji polityka. I trudno szukać murowanego kandydata do przejęcia partyjnych sterów. Wyniki sondażu są tego symptomem. Oczywiście kwestia przejęcia schedy po zdecydowanym liderze zawsze jest olbrzymim wyzwaniem, którego podjęcie często kończy się niepowodzeniem. PiS musi zdawać sobie z tego sprawę.

 

Niepełnosprawni szantażyści

Ten protest miał się zacząć tydzień wcześniej – w rocznicę katastrofy smoleńskiej – co pokazuje, że nie chodzi w nim tylko o dobro niepełnosprawnych, lecz także o polityczną awanturę. A twardy upór przy postulacie, którego spełnić się nie da, każe nam twierdzić, że ten spór po prostu ma trwać. Jest to oczywiście na rękę opozycji, która schowana za naprawdę potrzebującymi gorliwie pilnuje, by zapał protestujących nie przygasał – piszą na łamach tygodnika „Sieci” Marek Pyza i Marcin Wikło.
Zajście przy oknie pokazuje, że dziś w tym proteście chodzi już tylko o medialną zadymę. Mają być emocje – najlepiej wymykające się spod kontroli – a właściwie prowokacje. Wszystko obliczone na odpowiednie zrelacjonowanie w niechętnych władzy mediach. – Jaki minister wypadnie dobrze, stojąc naprzeciwko niepełnosprawnego na wózku inwalidzkim? Po czyjej stronie będzie sympatia? Choćby polityk miał do zaproponowania cuda, w tym starciu nie ma szans. To jest coś na pograniczu szantażu, tak skutecznego, że nam nawet nie wolno głośno o tym mówić. A opozycja gra swoją gierkę – mówi nam jeden z polityków PiS. (…) Dla części polityków hucpa w Sejmie jest okazją do perfidnego lansu. Dopiero po miesiącu od początku okupacji losem niepełnosprawnych przejął się Ryszard Petru. Spacerował po parlamentarnym dziedzińcu, pchając wózek z chorą Magdą Milewicz. Oczywiście w asyście licznych fotoreporterów. To rzeczywiście moment wart uchwycenia w obiektywie: zatwardziały liberał domagający się interwencji państwa opiekuńczego. Szczytem autopromocji była wizyta u protestujących Lecha Wałęsy. W czasie ponadgodzinnego spotkania były prezydent nie zaskoczył – mówił głównie o sobie i swoich „zwycięstwach”. Na apel o pozostanie z opiekunkami w Sejmie i skorzystanie z czekającego na niego materaca odparł, że nie może być o tym mowy, bo ma mnóstwo innych obowiązków, „czekają na niego w Puławach” – piszą.