Czy w 1981 r. porozumienie było możliwe – wokół Spotkania Trzech. cz. I (wystapienie generała)

Gabriel Zmarzliński
Czy w 1981 r. porozumienie było możliwe – wokół Spotkania Trzech. cz. I (wystapienie generała)

Spotkanie Trzech, Jaruzelski, Glemp, Wałęsa

„Historia powinna być nauką, nie powinna być narzędziem. Takim się staje, kiedy kreśli przeszłość, zwłaszcza swej publicystycznej wykładni wyłącznie w barwach czarne – białe”.
gen. Wojciech Jaruzelski

„Prawda to jest to, czego Polsce najbardziej brakuje”.
Lech Kaczyński

Za kilka dni minie 40 rocznica Spotkania Trzech. Pisałem o tym wydarzeniu kilka razy na łamach Trybuny, m.in. w marcu 2019 r. Wtedy scharakteryzowałem istotę tego Spotkania oraz Konferencję, zorganizowała Akademia Humanistyczna w Pułtusku w 2010 r. Przewodniczył jej nie żyjący już Rektor, prof. Adam Koseski. Wtedy też spośród uczestników Spotkania obecny był tylko Generał. Akademia wydała z niej publikację książkową pt. „Spotkanie Trzech, ostatnia szansa porozumienia”.

Poniżej przedstawiam tylko wystąpienie Generała na wcześniejszej Konferencji 2005 r. Ogniskowała się ona wokół dwóch zasadniczych pytań- czy porozumienie było możliwe oraz czy można było uniknąć wprowadzenia stanu wojennego. Są to problemy spójne faktograficznie.

Wprowadzenie

Instytut Badań Naukowych, jako niezależna placówka naukowo-badawcza, gromadząca ludzi nauki bez względu na poglądy polityczne i partyjne zorganizował Konferencję naukową pod auspicjami PAN, w 24 rocznicę tj. 3 listopada 2005 r. Spotkanie I Sekretarza KC PZPR, gen. Wojciecha Jaruzelskiego, Prymasa Polski abp Józefa Glempa i przewodniczącego NSZZ Solidarność Lecha Wałęsy, które odbyło się 4 listopada 1981 r. w Warszawie. Dyrektor Instytutu, płk rez. dr Zbigniew Kumoś zaprosił jego uczestników, gości ze wszystkich opcji politycznych i naukowców z IPN.

I co się okazało? Spośród uczestników przybył tylko Generał, a Prymas przysłał list, gdzie wyraził życzliwe zainteresowanie podjętą problematyką, że „żywi uczucia bardziej sympatyczne do przedsięwzięcia”, ale „wcześniej uzgodnione spotkania uniemożliwiają przybycie”. Lech Wałęsa nawet nie odpowiedział na zaproszenie. Przy innej okazji pytany przez dziennikarzy o powód nieobecności wspomniał, że „jacyś kombatanci chcieli się spotkać, ale nie miał głowy”. Dyrektor IPN, prof. Leon Kieres nie wyraził chęci udziału w Konferencji. Poinformowany o tym Generał, wysłał list do Profesora, w którym pisał – „Znam wiele wypowiedzi Pana Profesora oraz innych przedstawicieli IPN, którzy podkreślają konieczność dogłębnego dotarcia i obiektywnej oceny, zwłaszcza wydarzeń i problemów szczególnej wagi i kontrowersyjności … Byłoby wielką szkodą dla prawdy historycznej, jeśli ich rozpatrzenie w kompetentnym gronie – a następnie przedstawienie opinii publicznej, nie mogłoby zostać zrealizowane”. Odpowiedzi nie otrzymał. Za to w 7 dni po tym liście, tj. 5 listopada 2004 r., na łamach Rzeczypospolitej oraz w innych mediach ukazała się informacja, że 18 października Prokuratura IPN wszczęła śledztwo – „Czy 13 grudnia 1981 r. została popełniona zbrodnia komunistyczna”. I co Państwo myślicie?

Otwierając tę Konferencję na temat – „Czy w 1981 r. porozumienie było możliwe”, Pan płk Zbigniew Kumoś wskazał na jej zasadniczy cel zawarty w temacie- pytaniu oraz związany z nim niejako drugi cel- czy do stanu wojennego mogło nie dojść. By w miarę możliwości uchylić rąbka dziwnej tajemniczości związanej z tym Spotkaniem i stanem wojennym. Stąd uczestnicy tego Spotkania w świetle jupiterów i przed kamerami mieliby podzielić się ocenami i refleksjami z dystansu czasu. Spełnienie tych celów wymagało obecności uczestników Spotkania i uczonych, głównie z IPN, gdyż stąd od chwili powstania tej Instytucji pojawiały się nie tylko krytyczne wypowiedzi – co zrozumiałe, ale i „oskarżenia badawcze” oraz oparte o kodeks karny.
Dyrektor Instytutu, we wprowadzeniu do dyskusji przypomniał, że intencją spotkania w listopadzie 1981 r. było dokonanie oceny sytuacji, niezwykle trudnej i wielce niebezpiecznej, wskazanie szans i możliwości zbudowania infrastruktury porozumienia narodowego, potrzeby wprowadzenia do polskiego modelu realnego socjalizmu ograniczonego pluralizmu politycznego. Pierwszym krokiem na tej drodze miało być powołanie grupy komisji inicjatywnej, a następnie wyłonienie Rady Porozumienia Narodowego. Przebieg i wyniki spotkania zostały podsumowane wspólnym komunikatem, a w nim w szczególności słowami: „spotkanie uznano za pożyteczne i przygotowawcze do dalszych konsultacji merytorycznych”. Niestety, po takim obiecującym początku, który Episkopat Polski określił w komunikacie z końca listopada 1981 roku mianem „wspólnego stołu” nastąpił niespodziewany impas. Historycy, politycy, publicyści w większości unikają szczegółowego, konkretnego wyjaśnienia przyczyn tego stanu rzeczy. Tworzy to- w kwestii tak przecież doniosłej dla naszej historii- swego rodzaju kolejną białą plamę. Brak jest bowiem rzetelnych, obiektywnych analiz i ocen, dlaczego zapowiedzi sformułowanych w komunikacie nie udało się zmaterializować. Tym bardziej, że niespełna 8 lat później, w podobnej organizacyjno-personalnej formule stało się możliwe dojście do Okrągłego Stołu. Powstaje więc szereg pytań. Co zdecydowało, że w 1981 r. Solidarność uchyliła się od rozmów, a co w 1988 r. spowodowało, że do takich rozmów przystąpiono. Jak wpływała na sytuację w Polsce w 1981 r. sytuacja gospodarcza? Kryzys w stosunkach polskich z ZSRR i NRD? Zmiana przywództwa w Stanach Zjednoczonych? Na ile sytuacja strajkowa w Polsce determinowana była sytuacją gospodarczą, na ile czynnikami politycznymi? Kolejne pytania: czy Generał od 1981 r. skupiając w swym ręku najważniejsze stanowiska w państwie był autonomiczny w podejmowaniu decyzji? Czy różne fora i „betony” sprzyjały rozwojowi porozumienia czy wręcz je utrudniały? Jaka była pozycja przewodniczącego Lecha Wałęsy w kierownictwie Solidarności? Czy był już przywódcą czy też „kapralem w okopach”, jak określił Jacek Kuroń w wywiadzie dla niemieckiego czasopism. Czy Wałęsa chciał się porozumieć z Generałem, ale kto mu to w kierownictwie Solidarności uniemożliwiał, albo – jak sam mówił – „ani nie chciał ani nie mógł”. Moglibyśmy tu dzisiaj wiele ciekawych rzeczy usłyszeć, ale – niestety, nieobecność tych dwóch osób – Prymasa i Przewodniczącego każdy może interpretować dowolnie.

Wystąpienie Generała.

„Szanowni Państwo, 4 listopada 1981 r. odbyło się Spotkanie Trzech. Dziś, w tej sali, jest tylko jeden. Obniża to rangę konferencji, ale nie pozbawia szans przedstawienia szerokiej palety zróżnicowanych poglądów i ocen. Ja z natury rzeczy reprezentuję widzenie jednej z ówczesnych trzech stron. Niemniej, pragnę w tym momencie wyrazić szacunek dla Prymasa Polski abp Józefa Glempa, był gorącym rzecznikiem porozumienia narodowego. W rozmowie, którą odbyliśmy 21 października w pełni poparł ideę Spotkania Trzech. Pragnę też podkreślić z szacunkiem, iż ówczesny przewodniczący Solidarności Lech Wałęsa mimo wielkich oporów we własnym środowisku zaproszenie do udziału w owym spotkaniu przyjął. Jego okoliczności, przebieg, starałem się przedstawić w rozdziale „Spotkanie Trzech” książki pt. „Stan wojenny. Dlaczego?” Nie jest mi wiadome, aby którykolwiek z moich ówczesnych rozmówców prawdziwość tego zapisu zakwestionował.

Pozostaję wciąż w żalu, iż nie udało się zmaterializować wyrażonych w komunikacie ze spotkania zapowiedzi konsultacji merytorycznych. Stało się to naszą wspólną porażką. Porażką Polski. Od tamtego spotkania mija właśnie 24 lata. Niemal ćwierć wieku. W owym momencie było to wydarzenie, które z wielką uwagą i ogromną nadzieją spotkało się w Polsce. Było też z dużym zainteresowaniem odnotowane za granicą. Widziano w nim zapowiedź realnej szansy zahamowania i odwrócenia toczącej się lawiny napięć, konfliktów i wielowymiarowych zagrożeń. Rodzi się pytanie: dlaczego to wydarzenie, ta rocznica, znalazło się w głębokim cieniu? Dlaczego wiedza o nim jest prawie żadna? Przecież jakże wiele w istocie małych faktów, zdarzeń, incydentów czy personalnych obrazków przywoływanych jest – nieraz bardzo hucznie – w nawiązaniu do odnośnych rocznic lub też z innych okazji i powodów. Pamiętają o nich opracowania historyczne, podręczniki szkolne, różne publikacje i audycje. Spotkanie Trzech traktowane jest zdawkowo lub w ogóle przemilczane. Dlatego też inicjatywę Instytutu Badań Naukowych należy uznać za celową i potrzebną. Mam nadzieję, że dzisiejsza dyskusja, że zgromadzone w jej wyniku materiały pozwolą na poszerzenie i pogłębienie oceny ówczesnej sytuacji. Mimo że minęło już tyle lat jest to bardzo na czasie.

Życie polityczne w Polsce wkroczyło bowiem w okres zaostrzonych podziałów i gorączkowych historycznych ocen. Wreszcie- zapowiadanych rozliczeń, oskarżeń, sądów. Każda władza ma do tego formalne prawo. Ale jest jeszcze prawo moralne: prawo prawdy. Tu powołam się na słowa prezydenta elekta, Lecha Kaczyńskiego z 9 października. TVP, godz. 20.30.- „Prawda to jest to, czego Polsce najbardziej brakuje”. Można powiedzieć – święte słowa. Oby wsparły one nadzieję, że prawda w ostatecznym rozrachunku zwycięży. Historia powinna być nauką, nie powinna być narzędziem. Takim się staje, kiedy kreśli przeszłość, zwłaszcza w swej publicystycznej wykładni, wyłącznie w barwach czarne – białe. W tym co mówię niech nikt nie odczytuje próby relatywizowania, chęci unikania krytycznych ocen, powiem skrótowo: wad wrodzonych i grzechów popełnionych w minionej formacji. Tu dodam – także na „ciele Historii”.

… Niech mi wolno będzie podzielić się kilkoma uwagami. Lata 1980 – 1981 to był historycznie doniosły, faktycznie rewolucyjny czas. Rewolucje miewają wzniosłe cele, ale też mniej lub bardziej burzliwy przebieg. Towarzyszą im różne niebezpieczeństwa, zwłaszcza że nie przebiegają w międzynarodowej próżni. Powiedzmy szczerze – jedni chcieli władzę utrzymać, a drudzy chcieli władzę zdobyć. Oczywiście charakter, forma, tempo realizacji tych dążeń były widziane bardzo różnie. Przy tym zarówno jedni, jak i drudzy nie byli monolitem. W obszarze władzy kręgi konserwatywne, zachowawcze rzucały tendencjom reformatorskim kłody pod nogi. Podważały w oczach społeczeństwa wiarygodność naszych intencji. Niemniej jednak w obliczu nadciągającej klęski one również były skłonne do kompromisu, do jakiegoś porozumienia. Oczywiście, na minimalistycznym dla Solidarności gruncie. Siły – jak nazywano wówczas – socjalistycznej odnowy, widziały porozumienie jako krok realistyczny, zakładający trwałe miejsce Solidarności w procesie ewolucyjnych zmian, w istocie sankcjonujący jej polityczne miejsce i rolę. Jest to stwierdzenie kluczowe. Przecież Solidarność, formalnie rzecz biorąc, funkcjonowała jako powstały w wyniku porozumień sierpniowych 1980 r. związek zawodowy, który nie zamierza być partią polityczną i zobowiązuje się do poszanowania konstytucji. Co działo się i stało się później – nie muszę przypominać. Związek stał się potężną siłą społeczno-polityczną, w istocie partią, drugą władzą. Jak wiadomo, dwie władze na dłuższą metę w jednym państwie zmieścić się nie mogą. Tu przypomnę celną myśl Jacka Kuronia: porównanie ówczesnej sytuacji do sieci kolejowej, gdzie jeden pociąg – Solidarność- kursuje poza rozkładem jazdy. A więc – albo ten rozkład będzie zmieniony, albo nastąpi katastrofa. Jednakże aby rozkład zmienić, trzeba najpierw przystąpić przynajmniej do wstępnych, roboczych rozmów, w jakim trybie, czasie i formie można tego dokonać. O takie właśnie rozmowy chodziło. Była to więc nowa jakość. Jeszcze raz podkreślam: faktyczne uznanie Solidarności za siłę polityczną. Tym bardziej więc dziwiło uchylenie się przed nią od rozmów m.in. pod pretekstem, że Zjednoczone Stronnictwo Ludowe, Stronnictwo Demokratyczne już nie mówiąc o branżowych związkach zawodowych, jako odrębne podmioty nie wchodzą w grę. Przypieczętowały to słowa Lecha Wałęsy 4 grudnia w radomskim Radoskórze. „Decyzja jest na nie. Porozumienia nie będzie, bo nie ma się z kim porozumieć”. A przecież to właśnie pełnoprawny udział tych stronnictw w rozmowach dobitnie poświadczałby polityczną platformę ewentualnego porozumienia. Przypomnę, że po latach na takiej właśnie platformie ukształtował się Okrągły Stół. Pod koniec 1981 r., w obliczu najcięższego kryzysu i wielostronnych zagrożeń była to w istocie rzeczy platforma ratunkowa. Przy tym nie tylko dla władz państwa, dla wszystkich. Dla Polski. Polska Ludowa nie była czarną dziurą w historii. Była państwem polskim. Państwem pod wieloma względami ułomnym, uznawanym i respektowanym przez cały cywilizowany świat. Jedynym, jakie w ówczesnych uwarunkowaniach międzynarodowych mogły istnieć. Historyczną zasługą tych, którzy ponosili nieraz bolesne tego konsekwencje była walka o jego demokratyczny kształt. Historyczną powinnością tych, którzy odpowiadali za jego funkcjonowanie było zapobieżenie katastrofalnego dla państwa i społeczeństwa biegowi wydarzeń. Nieraz mówiłem – ci pierwsi mieli rację dalekosiężną, docelową. Ci drudzy – aktualną, pragmatyczną. Jakby to paradoksalnie nie brzmiało – bez zrealizowania racji drugiej, nie wiadomo kiedy i jakim kosztem mogła być zrealizowana racja pierwsza. Warto spojrzeć na miniony czas, w tym na Spotkanie Trzech, również pod tym kątem.

Raz jeszcze powtórzę. Porozumienie traktowaliśmy jako ostatnią szansę przed paraliżem elementarnych funkcji państwa, katastrofą gospodarczą, nawet biologiczną, wreszcie interwencją zagraniczną. Czas najwyższy na dokonanie obiektywnej oceny. Spróbuję podpowiedzieć: Jarosław Kaczyński w książce Teresy Torańskiej pt. „My” na zakończenie krytycznej charakterystyki historycznej Solidarności mówi: „Gdyby Solidarność 1989 r. miała siłę z 1981 r., to w ogóle żadnego mechanizmu demokratycznego w Polsce by się nie zbudowało i dziwię się, że nasi szanowni koledzy sobie tego nie uświadamiają”. To bardzo celna ocena. Prowadzi do istoty sprawy. Stanowi jej klucz. W ostatnich latach osiemdziesiątych Solidarność była jeszcze słaba. Jej kręgi radykalne zostały zmarginalizowane. Dlatego też bez warunków wstępnych przystąpiła do rozmów. W roku 1981 była potęgą, szła jak burza, ton coraz bardziej nadawali radykałowie, a realistycznie myślący Lech Wałęsa i umiarkowani działacze przegrywali. Stan ten w książce „Konspira” trafnie określił Bogdan Borusewicz >Nastąpił amok<. A profesor Holzer w książce „Polska 1980- 81. Cykl dzieje PRL” pisze:>w poszczególnych regionach kraju zaczynało wrzeć. Silna, zwłaszcza na Śląsku, była KPN. Aktywizowały się różne grupy ekstremalne. Na przełomie listopada i grudnia zapanowała wprost epidemia okupowania budynków publicznych – charakterystyczny symptom postępującej w kraju anarchii. W owej sytuacji nie było gotowości zainteresowania nawet roboczymi rozmowami ze słabnącą władzą. Idea Spotkania Trzech została pogrzebana. Bez zrozumienia tego faktu trudno obiektywnie uczciwie odnieść się do dalszego ciągu wydarzeń. Stan wojenny jest wciąż piętnowany i oskarżany. Przez pięć lat 1991 – 1996 trwało postępowanie przed Komisją Odpowiedzialności Konstytucyjnej zakończone umorzeniem sprawy przez Sejm. Obecnie IPN do niej wraca jako do >zbrodni komunistycznej<, zapowiadając postawienie mnie oraz innych osób w stan oskarżenia… Dodam, że w stosunku do nielicznych żyjących jeszcze byłych członków Rady Państwa odnośnie działania już zostały wszczęte. W niezliczonych książkach, publikacjach, audycjach, filmach zdecydowanie dominuje tendencja oskarżycielska. A gdy przychodzi kolejny 13 grudzień króluje niepodzielnie horror. Pałki, gazy łzawiące, internowania, ponura gęba Jaruzelskiego w okienku telewizora itd., itd. Istotnie, to wszystko było. Kiedy mówię o stanie wojennym >ocalenie<, to zawsze dodaję: >i okaleczenie<. To posiew obustronnie nabrzmiałej agresywności i nienawiści. Wszelkie niegodziwości, wszystko co przyniosło ludzką krzywdę przyjmuję z głębokim ubolewaniem. Wciąż wyrażam żal i przepraszam. Ale też zapytuję: czy i kiedy dojrzeje uczciwa publiczna, powszechnie dostępna ocena, jak do stanu wojennego doszło, co się do niego przyczyniło, co o nim przesądziło. Bez pełnego rozliczenia, właśnie rozliczenia okoliczności Spotkania Trzech, nie da się odpowiedzieć na te pytania. Nie można w szczególności spłycać spojrzenia na ówczesną sytuację gospodarczą. Pamiętamy jej katastrofalne społecznie skutki. To był też horror. Z każdym dniem było coraz gorzej. Krach żywnościowy i energetyczny zaglądał bezpośrednio w oczy polskim rodzinom i domom. Znam opinie, że wszystko to wynik systemowych schorzeń, a zwłaszcza kryzysu lat 70 – tych. To prawda, ale tylko częściowa. Istotnie, taka była praprzyczyna ówczesnej sytuacji. Ale mówiąc obrazowo: gdy organizm jest chory, osłabiony, można reagować dwojako – wzmacniać, wspierać, leczyć, co w danym wypadku oznacza reformować, lub też wyszarpywać kolejne kęsy, destabilizować i osłabiać. To drugie stało się skrajnie dramatyczną rzeczywistością. Do tego trzeba dodać zapowiedź drastycznego ograniczenia od 1 stycznia 1982 r. radzieckich dostaw żywotnych surowców, w tym zwłaszcza zakręcenia przysłowiowego kurka, a także niezwykle ważnych deficytowych materiałów i towarów. Nietrudno przewidzieć w jakich społeczno-gospodarczych realiach weszlibyśmy w ów zimowy czas. Gospodarka to fundament bytowania społeczeństwa. Uczestnicy Spotkania Trzech mieli pełną świadomość jej katastrofalnego stanu. Wiedzieliśmy, że tylko na drodze porozumienia, w warunkach elementarnej stabilności państwa i uzgodnionych form współistnienia współpracy i reformowania można temu niebezpieczeństwu zapobiec. Niestety, nasze nadzieje zabuksowały. W rezultacie stan wojenny stał się bolesną, ale ostateczną formą uniknięcia egzystencjalnej narodowej klęski. Nie dziwi, że jego oskarżyciele wolą wstydliwie przemilczeć tę jedną z głównych przyczyn jego wprowadzenia. To też swego rodzaju biała plama…

Wrócę do pytania: dlaczego zapowiedziane w komunikacie ze Spotkania Trzech konsultacje merytoryczne nie nastąpiły? Dlaczego nie udało się usiąść przy wspólnym stole? Co więcej, dlaczego nie udało się jeszcze wcześniej nawet stworzyć wspólnej komisji: rząd – związki zawodowe, zaproponowanej zresztą po raz kolejny 12 października 1981 r. przez wicepremiera Mieczysława Rakowskiego. Wydaje mi się, że odpowiedź na te pytania znaleźć można w opublikowanych w 2001 r. pamiętnikarskich zapisach pt. „Rozmowy Watykańskie” sekretarza Episkopatu Polski ówczesnego biskupa Bronisława Dąbrowskiego. Oto wielce charakterystyczny fragment: >Solidarność, wbrew ostrzeżeniom Kościoła, eskalowała wystąpienia i dążenia do władzy. Odmówiła wejścia do Rady Porozumienia Narodowego, mimo że Wałęsa 4 listopada 1981 r. zgodził się na wejście razem z prymasem u premiera. Po spotkaniu z premierem komisja krajowa zdyskwalifikowała Wałęsę i oświadczyła, że Solidarność nie wejdzie do Rady Porozumienia<. Ten rewelacyjny dokument i świadectwo to relacja złożona 22 grudnia 1981r. Papieżowi Janowi Pawłowi II. Okrywa ją znamienne milczenie. Jak wiadomo utajniać może władza, cenzura, utajniać może swoista, niepisana zmowa polityków, historyków, publicystów. Niewygodne fragmenty zapisów biskupa Dąbrowskiego są tego dobitnym przykładem…

Wiem, że szereg osób nie przybyło na konferencję ze względów obiektywnych. Inni, z różnych względów uznając Instytut Badań Naukowych za zbyt niskie progi. Wreszcie jeszcze inni po prostu z obawy, że udział, a zwłaszcza głos w dyskusji w obliczu oskarżeń o zbrodnię komunistyczną może im, a także osobom bliskim zaszkodzić. Znam kilka przypadków osób, od dawna znanych z odważnej postawy i prostolinijności, że odmówiły przybycia na konferencję motywując to właśnie w ten sposób. Oczywiście są to lęki, strach innego typu niż ten, zwłaszcza z odległej przeszłości. Niemniej jednak przykra staje się konstatacja, że w demokratycznym państwie znajdują się realne powody do obaw przed publicznym przedstawieniem swych racji… Od blisko 15 lat pozostaję obiektem różnych form rozliczania. Z ciężkim zranieniem włącznie. Wiem, że polowanie trwa, niewątpliwie się nasili. Nie mogłem jednak nie przybyć i nie podzielić się swoimi myślami”.

Poprzedni

Wybory minęły, porozumienia brak

Następny

Prof. Krzemiński: Kaczyński naśladuje działania Putina