Kto, jak nie on? Kto, jak nie Gadzinowski?

Pytają mnie, na kogo głosować. Znaczy – pytają także i mnie. Lista warszawska jest długa. Wielgachna nawet. Tylko, że mam kłopot – nie znam nikogo. Żadne nazwisko mi nic nie mówi. No, nie – niektóre tak, niektóre mówią. Nieliczne. Nie powiem, co mówią. W końcu jestem starym zgredem i najczęściej w niczym nie mam już racji. Zresztą nie ma sensu czepiać się młodych, zwycięstwo i tak będzie po ich stronie. Metryka nie zna litości. Przeczekają mnie.

Jedno nazwisko jest mi jednak bliskie. Nawet szczególnie bliskie. PIOTR GADZINOWSKI.
Jeśli warszawiacy mogą czerpać jakąś radość z tego, że dla wielu współrodaków ich miasto jest Mekką i Medyną, Rzymem i Krymem, to właśnie z tego, że w morzu przeciętniaków, cwaniaków, uzurpatorów warszawskości, szemranych inteligentów po znanych powiatowych uczelniach, pośród licznych modeli sejmowych, senackich, wyawansowanych na centralne posady głupków i półgłówków, znajdują się perły takie jak Gadzinowski. Inteligencja, talent, poczucie humoru, dystans do samego siebie, odwaga cywilna, stałość i jednoznaczność poglądów. To nie jakiś dupek, który zawsze ustawi się z wiatrem, ani nie klajster, który przyklei się do tyłka każdej władzy. Nawet, jeśli jakaś władza jest przypadkiem jemu miła, to też nie na tyle, żeby mu się w głowie zakręciło, żeby zabiegał o jakieś frukta, a choćby nawet i spady z pańskiego stołu.
Kiedy i gdzie go poznałem? W tygodniku, którego nazwy nie śmiem wymieniać. W tygodniku, którego właściciel przyznał niechętnie, że kiedyś tam „pisywałem”. I rzeczywiście – z redakcyjnego archiwum nie wygugla się żadnego mojego tekstu. Nie ma tam po mnie śladu. Nie mogę więc uzurpować sobie prawa choćby do wymienienia imienia jego nadaremno. Tego tygodnika znaczy się. Ale Gadzinowskiego wymieniać mogę. Gadzinowski nigdy nie wyparł się naszej znajomości.
Otóż poznałem go tam właśnie, kiedy „pisując” spotykaliśmy się na redakcyjnych kolegiach. Zapamiętałem, bo w żartach, ale jednak wymusił na właścicielu, żeby w redakcji był barek, żeby był zapełniony na koszt właściciela i żeby nie był na klucz. Właściciel sam smakosz – długo się nie opierał. Właściwie nie opierał się wcale. W miłej atmosferze rodziły się więc pomysły, z których śmiała się wówczas cała Polska, dowodnie świadcząc o istniejącym jednak związku między procentami a talentem. Wiadomo to od wieków, zaświadczają o tym życiorysy i dzieła tysięcy artystów, ale wciąż znajdują się niedowiarki, czcze umysły i cmokierzy ze spiżu, którzy takiego związku nie widzą, a nawet podważają. Otóż on jest, a Gadzinowski jest bohaterem walki z anty-artystycznym i anty-twórczym kołtuństwem.
Zresztą on sam mógłby służyć za wzór anty-kołtuna niczym metr z Sevres. Zapytano go kiedyś, jak się żyje w jego rodzinnej Częstochowie?
– Jak zawsze, odpowiedział.
I jako syn piekarza dodał na dowód:
– Częstochowianie zawsze z nabożnym szacunkiem podniosą z ziemi każdą kruszynę chleba, by ją następnie sprzedać strudzonym pielgrzymom…
Gadzinowski nie zamykał się nigdy w polskim zaścianku. Z polskiego zadupia zawsze wyfruwał w świat szukając tam nowych podniet twórczych i nowym wyzwań grubszego kalibru.
W pierwszym okresie zamrożenia stosunków polsko-rosyjskich, próbował ocieplić wizerunek Polaków w Rosji i Rosjan w Polsce, doprowadzając samodzielnie, bez udziału MSZ, do pierwszej warszawskiej konferencji prostytutek polskich i rosyjskich. Podjął rosyjską delegację na Dworcu Wschodnim i osobiście prowadził obrady poświęcone wymianie doświadczeń zawodowych między Rosjankami i Polkami i wzajemnej ochronie praw pracowniczych.
On także – do spółki ze mną i naszym przyjacielem z Kopenhagi – przeprowadził udane wykupienie figury Lecha Wałęsy z tamtejszego Muzeum Figur Woskowych. Pan prezydent przyleciał razem z nami do Polski i w uroczystej kawalkadzie, w odkrytej amerykańskiej limuzynie, w asyście motocyklistów, został przewieziony pod gmach b. Komitetu Centralnego PZPR i tam ustawiony na przygotowanym cokole. Następnie wylądował w redakcyjnym przedpokoju, gdzie witał przychodzących gości.
I to jeszcze koniecznie należy pamiętać Piotrowi Gadzinowskiemu, że przez całe lata, kiedy polskie czynniki oficjalne nie Pekin, tylko tybetańską Lhasę, traktowały niemalże jako stolicę i centrum administracyjno-polityczne Chińskiej Republiki Ludowej, sam jeden podtrzymywał normalne, ludzkie stosunki z miliardowym narodem chińskim i jego legalnymi przedstawicielami. W końcu nawet pan prezydent Komorowski uznał jego racje i osobiście przekonał się, że ChRL, to jednak mocarstwo światowe zaś dalajlama, to autorytet moralny, na dodatek o malejącym znaczeniu. Im zresztą udział Chin w światowym handlu i ekonomii bardziej rośnie, tym ów autorytet się kurczy, To znaczy nadal jest ważny, ale i pieniądze zdaje się na tyle też są ważne, iż ten problem jest coraz bardziej wewnętrznym problemem CHRL. Gadzinowski trzymał się tego od początku i Polska na tym dobrze wyszła. Podobnie jak na podtrzymywaniu przyjaznych kontaktów z Socjalistyczną Republiką Wietnamu, a zwłaszcza z byłymi studentami polskich uczelni, dziś znaczącymi postaciami tego kraju.
Gadzinowski jest postacią pełnowymiarową, człowiekiem inteligentnym, dowcipnym, serdecznym, otwartym na świat i ludzi nieponurakiem. Jak tak dobrze rozejrzeć się dokoła, zbyt wielu takich nie mamy. Nawet na liście SLD. Moim zdaniem w tej sytuacji wybór jest oczywisty.