Pięć punktów do przemyślenia

1. Lewica wróciła do Sejmu i Senatu, bo zjednoczyła się. Taką decyzję zaakceptowali i poparli Wyborcy.

2. Skoro Wyborcy zaakceptowali stan zjednoczenia na listach wyborczych to w parlamencie lewica powinna też być zjednoczona.
Pojawiający się, nieoficjalnie tylko w mediach, pomysł aby postał Klub Parlamentarny złożony z parlamentarzystów SLD i Wiosny oraz Koło Poselskie parlamentarzystów Partii Razem jest nieracjonalny i szkodliwy.
Dla lewicy polskiej, i dla Partii Razem też.
Klub Parlamentarny może pracować w Sejmie pełną gębą. Ma więcej czasu przydzielonego na debaty parlamentarne. Ma inicjatywę ustawodawczą. Może zebrać popisy parlamentarzystów pod wnioskiem o skierowanie zarzutów wobec danego polityka do Trybunału Stanu. Ma swoich reprezentantów w prezydiach komisji sejmowych, w Prezydium Sejmu i Senatu, może mieć swojego wicemarszałka Sejmu i Senatu.
Koło Poselskie może jedynie zabierać głos w debatach. Przez trzy, a czasem nawet aż przez pięć minut.

3. Na 51 parlamentarzystów wybranych z listy Lewicy tylko 10 ma doświadczenia parlamentarne. Niektórzy byli w Sejmie tylko przez jedną kadencję. Wielu nadal nie ma ugruntowanej świadomości, że praca w parlamencie to praca drużynowa. Indywidualne popisy mogą być efekciarskie, ale nie efektywne.
Jeśli parlamentarzyści Partii Razem stworzą separatystyczne Koło Poselskie to mają szansę stać się bytem podobnym do Ruchu Palikota. Zostać pieszczochem komercyjnych mediów jako radykalny byt parlamentarny.
Przetrwać w Sejmie jedną kadencję i potem zejść ze sceny politycznej.

4. Już za chwilę czekają nas wybory prezydenta RP. Negocjacje demokratycznej opozycji w sprawie wyboru wspólnego kandydata. Jedność parlamentarna lewicy wzmacnia jej polityczną pozycję wśród demokratycznej opozycji wobec PiS.
Jest też wielce prawdopodobne, że możemy mieć przyśpieszone wybory samorządowe. Wystarczy, że dysponujący większością parlamentarną PiS przeforsuje administracyjny rozwód Warszawy z Mazowszem. I przy okazji zaproponuje program Województwo+. Czyli nowe województwo środkowopomorskie, nowe województwo częstochowskie. Nowy podział administracyjny to przyśpieszone wybory samorządowe.
Nie jest również nieprawdopodobne, że pan prezes Kaczyński może doprowadzić do przyśpieszonych wyborów parlamentarnych.
Parlamentarzyści lewicy muszą być i na taki wariant przygotowani.

5. Lewicowi wyborcy właśnie ufundowali 51 parlamentarzystom startującym z listy wyborczej Lewica czteroletnie stypendia na działalność polityczną.
Głosując na nich przyjęli, że wszyscy wybrani popisali się pod programem wyborczym Lewicy i będą go realizować w parlamencie.
Czy Wyborcy zaakceptują wybór swoich parlamentarzystów, że będą oni realizować wspólny program osobno?
Nowość, młodość nie musi oznaczać nieodpowiedzialności.

Ludzkim głosem

Sejm znów przemówi ludzkim głosem. Głosem lewicy. Przemówi, bo poparcie list wyborczych komitetu Lewica znacznie przekroczą próg wyborczy. Lista numer 3 będzie trzecią siłą polityczną w naszym kraju.

Poparcie dla lewicy rośnie, bo nasi Wyborcy nie lubią waśni i rozłamów. Nie lubią krętaczy i farbowanych lisów. Nie lubią zarozumialstwa okazywanego przez liderów prawicowych formacji.
Poza tym, z lewicą w Polsce jest jak ze zdrowiem i mickiewiczowską Litwą. Ile je cenić trzeba, ten tylko się dowie, kto je stracił.
Czasem trzeba mądrze przegrać, aby potem stworzyć warunki do przyszłej wygranej. Czasem trzeba się cofnąć, ustąpić miejsca partnerom, aby potem mieć lepsze pozycje do działania.
Tak jest teraz. Wreszcie, po latach udało się połączyć trzy pokolenia polskiej lewicy. Trzy różne wrażliwości, style politycznego działania, różne polityczne generacje. Partii Razem, biedroniowskiej Wiosny i Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Ku zdumieniu krajowych mediów taka mieszanka okazała się skuteczną. Przynajmniej w tej kampanii wyborczej.
Jak liczny będzie klub parlamentarny Lewicy w przyszłym polskim parlamencie będziemy wiedzieli 16 października. Do tego czasu powinny być policzone wszystkie głosy oddane w Polsce i zagranicą. Wtedy też będziemy wiedzieć którzy kandydaci z list Lewicy do parlamentu zostali wybrani.
Do wyborów dwa dni. Warto raz jeszcze przypomnieć, że każdy obywatel naszego kraju ma jeden głos. Ale ten jeden głos ma dwa znaczenia. Po pierwsze jest głosem oddanym na komitet wyborczy. Czyli jeśli chcemy zagłosować na Lewicę to zakreślamy krzyżyk przy kandydacie z listy Lewicy.
Po drugie. Zakreślając krzyżyk przy wybranym przez nas kandydacie wskazujemy, że chcemy aby to on nas reprezentował w Sejmie RP.
Nie musimy automatycznie głosować na pierwszego kandydata. Możemy na drugiego, trzeciego, piątego, dwudziestego pierwszego, czy ostatniego.
W największym w kraju okręgu wyborczym, obejmującym całą Warszawę, każdy komitet wyborczy wystawił listę z czterdziestoma kandydatami.
Jestem na warszawskiej liści Lewicy ostatni, czyli mam czterdziesty. Głos na ostatniego, przedostatniego, czy piętnastego jest tak samo ważny jak na trzeciego, drugiego, czy pierwszego.
Przyszyły klub parlamentarny powinien być jak dobra drużyna piłkarska. Mieć w swych zasobach liderów politycznych, czyli linię ataku, ale też drugą linię pomocy, no i silną linię obrony.
Powinien być mieszanką doświadczenia parlamentarnego i debiutanckiej, żarliwej młodości.
Na obecnych listach wyborczych Lewicy przeważają ludzie młodzi, przyszli debiutanci parlamentarnych. Na mojej warszawskiej liście, na czterdzieści osób, tylko ja mam doświadczenia parlamentarne. Warto też o tym pamiętać.
Zatem Wyborcy!
Weźcie udział w niedzielnych wyborach. Nieobecni nie mają racji. Nie mają potem moralnego prawa do krytyki władzy.
Zagłosujcie na kandydatów Lewicy. Oni, jako jedyni, gwarantują zdrową, uśmiechniętą Polskę. Sprawiedliwą społecznie i demokratyczną. Polskę przyjazną dla wszystkich obywateli.
Zagłosujcie rozsądnie na znanych wam, sprawdzony przez was kandydatów. Do zobaczenia w najbliższą niedzielę w lokalach wyborczych!

Nie zapominamy o Lenino

12 października 1943 1 Dywizja Piechoty im. Generała T. Kościuszki przeszła swój krwawy chrzest bojowy.

W 76 rocznicę tych wydarzeń pod pomnikiem na polu bitwy zostały złożone wieńce. Ich fundatorami byli Piotr Gadzinowski i Piotr Kusznieruk. Delegacja odczytała też list, który publikujemy.

Bohaterscy Żołnierze,
Szanowni Zebrani!

Na wzgórzu są Niemcy! Na pewno w tej chwili
Przez szkła wymacują noc mgławą,
A może, chorągwie zwinąwszy, stchórzyli
Przed tą, co poprzedza nas, sławą?
Wybadać, co kryją tumanne rozstaje!
I pierwszy batalion z okopów powstaje.
Ten wiersz Lucjana Szenwalda zapamiętaliśmy ze szkolnych akademii z okazji Dnia Wojska Polskiego. Przypominających pierwszą bitwę wojsk polskich stworzonych w ZSRR . Ich pierwsze, wielkie bohaterstwo, zwycięstwo.
Przypominał nam też ich wcześniejsze, często dramatyczne losy.
To byli ci sami, co żaru odpryski
Na dłoń brali w hutach Uralu,
A czoła opalił im wiatr syberyjski,
A piersi zgorzały od żalu.
Ich ręce, spękane od prac, nie zawiodły.
Ich kark dźwigał cedry śnieżyste i jodły.
Bez znajomości ich dróg do powstającego polskiego wojska, nasza najnowsza historia pozostanie niezrozumiała, niepełna i uboga.
Wstał major Lachowicz o krok przed szeregiem,
Pistolet mu w ręku zabłysnął.
„Na szturm, bracia! Stąd kilometrów o siedem
Jest dom, który był mi kołyską.
Tam żona, tam synek w ramionach jej płacze.
I was czeka dom, o żołnierze-tułacze!
Ten wiersz Lucjana Szenwalda wciąż pamiętamy, nosimy go w sercu, choć ostatnimi laty przestał być dobrze widziany podczas szkolnych akademii i lekcji historii.
Dzisiaj nie musimy już walczyć z okupantem niemieckim.
Dzisiaj musimy dbać o prawdę historyczną.
O honor naszych bohaterów, odbierany im przez cynicznych graczy politycznych i usłużnych im propagandzistów.
Ale prawda o naszym wojsku zwycięży.
Znowu uczcimy bitwę pod Lenino,
i zobaczymy, że
pierwszy batalion podnosi się znowu,
I kruszy, i łamie, i depcze, i wali,
Dopada, szturmuje i bierze!
Jeszcze raz wszystkim w Polsce przypomnimy, że
„W Trigúbowej pod jabłoniami zostali
Ostatni zabici żołnierze.
Zostali ochraniać tu strzechy i progi –
Metr tej, co do kraju prowadzi nas, drogi.

Cześć i chwała bohaterom Pierwszej Dywizji!

Piotr Gadzinowski, Piotr Kusznieruk
Sojusz Lewicy Demokratycznej
Redakcja Dziennika „Trybuna”

Na Gadzinowskiego!

Cieszy mnie udział zasłużonych rzeczywistych działaczy lewicy przez lata prowadzących aktywność polityczną w formach najbliższych lewicowej inteligencji, a więc naukowych, publicystycznych czy artystycznych.

Według mnie na szczególne poparcie zasługuje przedstawiciel tej właśnie grupy lewicowej inteligencji. Jest nim startujący z ostatniego miejsca na warszawskiej liście lewicy redaktor naczelny Trybuny Piotr Gadzinowski. Dzięki niemu gazeta przetrwała najgorszy okres i cały czas zmienia się dostosowując do wyzwań współczesności. Redaktora Gadzinowskiego cenię również za świecka publicystykę w Faktach i Mitach, która jest istotnym wkładem w przeciwstawienie się procesowi klerykalizacji kraju. Czas by swoją aktywnością wspomagał prawość i świeckość. Głosujmy na Gadzinowskiego lista nr 3, poz. ostatnia!

Mirosław Woronecki

Lewica wróci. I co dalej?

O trudnej historii i grzechach SLD, o nowej lewicy i wyzwaniach, jakie przed nią staną w nowym parlamencie Maciej Wiśniowski (strajk.eu) rozmawia z Piotrem Gadzinowskim, posłem z ramienia SLD w latach 1997-2007, obecnie ostatnim na liście Lewicy w Warszawie.

Ile kadencji byłeś posłem?

Piotr Gadzinowski: Niepełne trzy. 10 lat.

Powiedz mi zatem: głosowałeś za lex Blida?

Nie pamiętam*. To nie jest unik, naprawdę nie pamiętam. Mógłbym sprawdzić, ale cóż z tego, że mogłem być wtedy przeciw, skoro większość mojego klubu zagłosowała za. Głosowałem, już za rządów PiS, przeciwko likwidacji podatku od spadku. Z takim samym skutkiem. Podatku od spadku nie ma. Wiem na pewno, że było kilka takich głosowań, kiedy klub SLD- UP, głosował stadnie. Czyli bezmyślnie.

Tak się usprawiedliwiasz?

Nie, próbuję wyjaśnić . Teraz także w interesie przyszłych parlamentarzystów. Każdy sejmowy projekt ustawy pilotuje jeden, dwójka posłów. Oni na posiedzenia klubu parlamentarnego referują treść projektu, jego skutki społeczne i budżetowe. Czasem zgodność projektu z naszym programem wyborczym. Oni też rekomendują członkom klubu parlamentarnego, czy powinniśmy być za, przeciw, czy wstrzymać się.
Wtedy wchodziliśmy do Unii Europejskiej i przerabialiśmy po 600- 700 ustaw w czasie kadencji. Większość parlamentarzystów nie czytała wszystkich przegłosowanych projektów ustaw. Skupiali się na ich uzasadnieniach i rekomendacjach posłów pilotujących ustawy. Ja także wszystkich nie przeczytałem, choć należałem do grona tych więcej czytających, bo jako zawodowy redaktor potrafię czytać szybko i nawet ze zrozumieniem.

Warto pamiętać, że w latach 2001- 2004 jako klub SLD głosowaliśmy stadnie, bo często obowiązywała dyscyplina, bo trzeba było szybko podnieść rękę, bo był przepełniony sejmowy porządek obrad i zwykle każdy projekt ustawy miał bardzo dobre rekomendacje. Czasem było tak, że głosowaliśmy ustawę i dopiero potem okazywało się, jakie są naprawdę jej dodatkowe skutki, o których posłowie pilotujący jedynie wiedzieli, bo mieli w tym swój interes. Bywało też tak, że nikt tych skutków nie przewidział. Bo procedowano za szybko, bo nie zaproszono odpowiednich ekspertów i praktyków. Myślę, że jednak większym błędem SLD było nie to, że przegłosowano na fali neoliberalnego entuzjazmu lex Blida, lecz to, że się z niej szybko nie wycofano.

A można było?

Każdą ustawę można znowelizować. Trzeba być tylko świadomym tego, co wynika z takiego radosnego, stadnego, szybkiego głosowania. Obserwować potem skutki ustawy i umieć przyznawać się do błędu. A to jest w naszym kraju deficytową cechą.

Pamiętam, jak rozmawialiśmy o Twoich poselskich doświadczeniach, kiedy już przestałeś być parlamentarzystą. Powiedziałeś wtedy ważną rzecz – że utrata ideowego dziewictwa w parlamencie trwa około 3 miesięcy. Naładowany ideami poseł wchodzi do Sejmu i wyobraża sobie, jak zmienia świat. A potem przychodzi do niego kolega z opozycyjnego ugrupowania i mówi: „panie pośle, pański projekt ustawy jest szalenie interesujący. I my go możemy poprzeć, tylko mamy prośbę, żeby za trzy tygodnie, kiedy my będziemy głosowali za naszym projektem, żeby pan nie przyszedł do sejmu, albo się choćby wstrzymał”. Krótko mówiąc, nawet nie zauważasz, kiedy z ideowego posła zamieniasz się w politycznego geszefciarza. Teraz też tak będzie?

Zawsze jest grono debiutujących parlamentarzystów, którzy przychodzą naładowani chęcią zmiany rzeczywistości i zderzają się z parlamentarną maszyną, która wymusza grę drużynową. Poseł, który obiecuje wyborcom, że będzie uprawiał politykę indywidualną, jest śmieszny. W parlamencie liczy się większość. Jeżeli masz taką większość jak PiS, i jeszcze swojego prezydenta, który nie wetuje przesyłanych mu ustaw, nawet jeśli jawnie łamią one prawo, to nie musisz się układać i targować. Nie musisz zabiegać o głosy opozycji i niezdecydowanych, dzięki którym możesz to prezydenckie weto obalić. Ale jeżeli Sejm jest bardziej zróżnicowany, a wygląda na to, że ten nowy takim będzie, to z jednej strony musisz zachować pryncypia, a z drugiej trzeba będzie mądrze do gry parlamentarnej wejść. A polega ona na tym, że zwykle jest coś za coś. Nie zawsze trzeba dać coś od razu, na zasadzie wymiany handlowej. Nie zawsze też parlamentarne ustępstwa kończą rozwiązywanie problemu.

Przed naszym wejściem do Unii Europejskiej, w 2002 roku, przedstawiliśmy projekt ustawy o związkach partnerskich. Wzorowany był na francuskich rozwiązaniach, nie wchodził w konflikt z Konstytucją RP. Pilotką projektu była senator Maria Szyszkowska, popierali i propagowali go posłowie związani z tygodnikiem „Nie” i Ruchem NIE. Wycofaliśmy go w końcu 2003 roku, bo otrzymaliśmy mocną ”prośbę” od kierownictwa klubu, żebyśmy go zamrozili.

Dlaczego?!

Kierownictwo przekonywało, że sejmowa debata o nim otworzy nam kolejny front wojny z Kościołem. A wtedy ważyły się losy wyniku referendum decydującym o wejściu Polski do Unii Europejskiej. Poparcie Kościoła, albo przynajmniej nieagresja, było nam bardzo potrzebne.
Tak wtedy sprzedaliśmy politycznie sprawę związków partnerskich za rozszerzenie Unii Europejskiej.

Teraz sprawa związków partnerskich, małżeństw homoseksualnych wraca, i to z większym poparciem. Bo obywatele jeżdżą swobodnie po Europie, mieszkają tam, widzą, jak może być. Kościół katolicki stracił też w Polsce rząd dusz. Nawet „Gazeta Wyborcza”, kiedyś głosząca, że SLD mniej wolno, broniąca „kompromisu” z Kościołem, zradykalizowała się i nie cenzoruje już naszych antyklerykalnych działań. Zresztą czasy, kiedy politycy SLD rozpoczynali swój dzień od lektury „Gazet” i drżeli przed wykluczeniem ich z grona „porządnych ludzi” też już minął. Możemy więc rozważać, czy wtedy trzeba było upierać się i walczyć o ustawę bez szans na wygraną, czy jednak warto było poczekać te kilkanaście lat, kiedy poparcie społeczne i polityczne jest dla związków partnerskich nieporównywalnie większe.

To ciekawy dylemat. Mnie jednak bardziej interesuje, czy dzisiaj równie łatwo znajda się wśród was ludzie, którzy będą oglądali się na Kościół.

Kiedy dzisiaj patrzę na moje koleżanki i kolegów, i tych nowych, i tych przy lewicy wytrwałych, to trudno mi znaleźć kogoś, kto nie byłby przekonany, że trzeba zmienić ustawę antyaborcyjną i znieść przywileje Kościoła katolickiego. To są ludzie, którzy nie zawahają się nie przyjść na mszę poprzedzającą państwową czy samorządową uroczystość. Oni nie pojada na Jasną Górę, by tam klęczeć. To jest już inne pokolenie. Inni ludzie w innych czasach.

Ale przejście SLD na pozycje neoliberalne jest faktem.

Rzeczywiście, wiele z moich koleżanek i kolegów z ówczesnego klubu miało wtedy dużo sentymentu do gospodarki neoliberalnej. A jeśli mieli jakieś dobre wspomnienia o gospodarce państwowej, to je starannie tłumili, ponieważ wtedy każda deklaracja „a może zajęłoby się tym państwo”, wywoływała niesłychany hejt, przede wszystkim mediów głównego nurtu pod hasłem; „o, wraca komuna”. Ale to jest już czas przeszły, dokonany. To przecież było 15 lat temu, a nawet wcześniej.

Ale czy wyście wyciągnęli z historii waszego upadku jakieś wnioski? Czy jak na was zagłosuję, to zagwarantujecie, że żadne z was już nigdy nie będzie rozpoczynało dnia od lektury „Gazety Wyborczej” i czy mogę liczyć na to, że będąc w Sejmie będziecie próbowali zmieniać świat na sprawiedliwszy, a nie będziecie go tylko reperować?

Oczywiście powinniśmy czytać wspomnianą przez Ciebie gazetę, ale nie tylko pod kątem „co oni o nas napisali” i nie z nastawieniem: jeżeli nas skrytykowali, to już drżą nam kolana, jakby nasza pani w szkole nas skrzyczała. Jesteśmy lewicą po przejściach, z „przeszłością”, ale też z wiele obiecującą przyszłością.

Zmieniliście się?

Myśmy się zmienili, ale przede wszystkim rzeczywistość się zmieniła. Zauważ, kto pozostał w SLD, a kogo już nie ma. Wojtek Olejniczak pracuje w banku, Grzesiek Napieralski staruje z listy PO, Bartosz Arłukowicz tak samo, Kasia Piekarska też jest w PO, Darek Joński podobnie, a Piotr Guział sprawdza się w biznesie. Nastąpił proces pewnego, czasem wymuszonego „samooczyszczenia”. Zwłaszcza, że wielu innych , którzy przyszli do SLD jako do partii władzy, jako pierwsi też odeszli. Ci, którzy zostali lub niedawno przyszli, to już nowa jakość. Przyszli w nowych czasach, o czym warto pamiętać.

Jak więc scharakteryzowałbyś obecną lewicę, która startuje pod szyldem Lewicy?

Jest koktajlem złożonym z SLD, zwykle ludzi starszych i bardziej doświadczonych, oraz członków Razem i Wiosny. Częściej młodszych i debiutujących. Nie ma już w „Lewicy” ludzi, jakich kiedyś mogłem dostrzec w SLD, kiedy była to partia władzy. Nie ma na przykład kategorii „polityk – przedsiębiorca”. Jeżeli nawet zdarzy się taki, to zwykle jest właściciel małej firmy, a nie deweloper. Jest to mieszanka programowa trzech partii, ale o dość jednorodnym smaku. To połączenie liberalizmu kulturowego z socjalizmem, socjaldemokracją w gospodarce.

Wszyscy jesteśmy przekonani, że neoliberalizm skończył się w Polsce w 2015 roku i to stawia nowe wyzwania intelektualne i organizacyjne przed politykami lewicy. I naszymi intelektualistami też.

Wtedy PiS zaczął mówić innym językiem, przestał się wstydzić większej roli państwa.

Program PiS ma cechy faszystowskiego, korporacyjnego państwa. To co mówi Kaczyński czy Morawiecki, to jest odnowiony model państwa Salazara, Mussoliniego. Obiecują dbać o robotników, którzy mają mieć należyte uposażenie, dobre warunki mieszkaniowe i prawo do wypoczynku. W zamian mają jednak nie protestować. Kaczyści chętnie zlikwidują związki zawodowe zostawiając jakieś formy stowarzyszeń pracowników działających na zasadzie systemów wczesnego ostrzegania. Mamy być państwem wyznaniowym, narodowokatolickim, paternalistycznym. Autarkią kulturalną, skansenem krzewiącym staropolskość.

Będziemy państwem, w którym łaskawy, ludzki pan Prezes będzie rozdawał nam nasze pieniądze, abyśmy za nie zbudowali sobie w naszym domu nasze, swojskie „państwo dobrobytu”. Za kolejne programy 500+ kupimy sobie pakiety w prywatnych przychodniach, ukraińską pomoc domową, jeśli wyrzeknie się kultu Bandery i ideologii LGBT, korepetycje dla naszych dzieci, no i pojedziemy na wczasy, koniecznie do „stref Polaka”.

A jaką Polskę chcecie zbudować?

Stworzymy instytucje państwa dobrobytu. One będą ułatwiać życie zawodowe i rodzinne obywateli naszego kraju. Dla nas zdrowie, kultura, edukacja nie jest towarem, dlatego instytucje państwowe działające w tych obszarach nie będą nastawione na zysk. Szpitale będą leczyć, szkoły będą uczyć, a nie zarabiać na dodatkowych usługach, kosztem podstawowej działalności. Uważamy, że państwo i samorządy powinni więcej dawać pieniędzy na żłobki i przedszkola. PiS uważa, że lepiej jest kiedy matka sama wychowuje dzieci i za to dostaje państwowe pieniądze. PiS teraz wiele mówi o sprawiedliwości, ale nie bierze się za reformę służby zdrowia, jednego z najważniejszych problemów społecznych, który jest filarem sprawiedliwego państwa.

Polskie społeczeństwo będzie się starzeć. Mimo tego mamy teraz więcej duszpasterzy w szpitalach niż geriatrów. Nie wystarczy obiecać bon lekarski albo kolejne 500 plus. Opieka zdrowotna powinna być państwowa, państwowy też będzie deweloper. Co nie oznacza, że jeśli ktoś zechce prywatnie budować luksusowe domy, to mu tego zabronimy.

Na pewno chcemy zlikwidować przywileje Kościoła i go opodatkować. Jak bardzo, zobaczymy. Bez wahania przyłożymy rękę, by zlikwidować wszelkie dopłaty państwa do nauki religii. Natomiast jeśli chodzi o sama religię w szkołach, to ja bym decyzję oddał rodzicom. Jeżeli są rodzice, którzy chcą posyłać dzieci na religię i akurat jest na to miejsce w szkole, i jest tak im wygodniej niż jeździć z dziećmi do odległych sal katechetycznych, to niech to tak będzie. Nie będziemy ludziom utrudniać życia tylko dlatego, że są katolikami.

Czarzasty wykonał ostatnio jednak pojednawcze gesty pod adresem Kościoła i opozycji. Jaką mam gwarancję, że SLD po wyborach nie skręci ostro w stronę liberalnej opozycji i Kościoła?

Stuprocentowej gwarancji nigdy nie ma. Nigdzie.

Nie odpowiadasz mi na pytanie: czym się różnicie od Koalicji Europejskiej?

Mentalnością i programem. My nie uważany się za Polaków lepszego sortu, podczas gdy koledzy z PO uważają się za jedynych, prawdziwych demokratów, arystokrację demokracji wręcz. Ja zaś jestem tylko tym „postkomuchem”, który teraz jest OK, bo walczy z PiS. Oni to husaria demokracji, my – szara piechota łanowa. Oni są teraz nieco bardziej liberalni obyczajowo i nadal wielce neoliberalni w gospodarce. My, jak już mówiłem, jesteśmy socjalistami i zwolennikami wzmocnienia państwa. Dla PiS jesteśmy Polakami gorszego, choć jak czytam PiS tygodniki, to jeszcze gorsza jest Konfederacja i KO. Książęta kościoła katolickiego nie chcą nawet do nas zagadać. Jesteśmy dla nich gorsi niż islam.

Przyszły klub parlamentarny Lewicy to będzie ciekawy miks radykalnej lewicy z Razem, starszych lewicowców z SLD i liberałów obyczajowych z Wiosny. Ktoś mi niedawno zwrócił uwagę, ze jestem jedynym na czterdziestoosobowej warszawskiej liście Lewicy kandydatem z parlamentarnym stażem. Reszta to potencjalni debiutanci! Zatem niech starsi wniosą swe doświadczenia organizacyjno- zarządzająco- dyscyplinujące, a ci, którzy do tej pory robili lewicę na ulicy i w internecie – świeżość ideową. Ci, którzy znajdą się w Sejmie i Senacie przekonają się szybko, że praca tam wymaga nielimitowanego czasu i przysłowiowej twardej dupy. Romantyzm radykalnej lewicy zderzy się z mozołem czytania ustaw ze zrozumienie, pisaniem poprawek, debatowaniem, poszukiwaniem większości.

O czym posłowie lewicy muszą pamiętać?

Że klub parlamentarny to drużyna, ale nie wszyscy muszą być Lewandowskimi. Są gwiazdy i solidni rzemieślnicy. Wszyscy są jednakowo potrzebni. Mam nadzieję, że ten lewicowy koktajl będzie dobrze wymieszany. Ale nikt spośród nas nie będzie wstydził się swojej lewicowości.
Mamy bowiem dobry program i dobre zaplecze intelektualne do jego realizacji. Mamy grono praktyków, jak ja, i wielkie zaplecze debiutantów. Są wśród nas, ci którzy kiedyś już wybory wygrali. I większość, która je przegrywała. Ale żeby wygrać, warto czasem dobrze przegrać. Czasem warto przegrać razem z mądrymi niż załapać się na zwycięstwo z szalbierzami. My takie lekcje też mamy za sobą.

*  Sprawdziliśmy Piotr Gadzinowski nie głosował nad „lex Blida”, bo wtedy nie był jeszcze posłem.

Redakcja.

Będę patrzył władzy na ręce

Jestem jedynym na warszawskiej liście Lewicy kandydatem do Sejmu RP, który mam doświadczenia w pracy parlamentarnej.

Sejm RP to nie tylko twórca ustaw. I niestety w ostatnich kadencjach także wytwórnia dźwięczących pustosłowiem uchwał.
Sejm to również organ kontrolujący władzę. O czym wyborcy i parlamentarzyści zbyt często zapominają.
Jeśli zostanę wybrany do Sejmu, to wykorzystam maksymalnie posiadane przez posła uprawnienia i instrumenty do kontroli poczynań władzy.
Będzie to konieczne, bo elity PiS zniszczyły już prawie wszystkie instytucje powołane do tego.
Pod pozorem reformy sądownictwa żołnierze pana ministra i prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry zdruzgotały władzę sądowniczą i służby prokuratorskie w naszym kraju. Dzisiaj nie ma w Polsce trybunałów i organów prokuratorskich, które rzetelnie i sprawnie kontrolowałyby nieograniczoną władzę elit PiS.
Z systemu kontroli rządu i elit PiS wypisał się też pan prezydent Duda, który podpisuje wszystkie, nawet te jawnie łamiące Konstytucję RP, nadsyłane mu przez PiS ustawy.
Funkcje kontrolne straciła właśnie Najwyższa Izba Kontroli po mianowaniu jej prezesem pana Mariana Banasia. Kooperującego z krakowskimi sutenerami, unikającego płacenia podatków.
Zdominowany przez PiS polski parlament przestał też kontrolować obecną władze. Parlamentarzystom PiS zakazano tego. Parlamentarzystom opozycji, marszałkowie z PiS oraz ich urzędnicy, jawnie i bezczelnie blokowali wszelkie podejmowane przez nich próby takiej kontroli. Na szczęście nie zawsze skutecznie.
Funkcji kontrolnych dodatkowo wyrzekły się publiczne media. Więcej, narodowo-katolicka TVP i Polskie Radio, stały się bezkrytycznymi tubami popierającymi wszelkie posunięcia władz. Krytykującymi jedynie opozycję i wszelkich krytyków władzy PiS.
Każda niekontrolowana władza degeneruje się.
To dobrze widać teraz w Polsce. Niekontrolowana władza PiS zamienia się w strukturę podobną do mafii. System demokracji parlamentarnej przemienia się w „republikę banasiową”.
Dlatego w przyszłym Sejmie RP bardzo potrzebni będą parlamentarzyści pragnący i potrafiący kontrolować władzę.
Jeśli oddacie na mnie swoje głosy, to będę jednym z nich.
Mam wieloletnie doświadczenia dziennikarskie, w tym osiemnaście lat pracy w tygodniku „Nie”, które predysponują mnie do kontrolowania każdej władzy. Kilkakrotnie usiłowano mnie skorumpować w czasie kiedy byłem posłem, ale nie udało im się to.
Mam wsparcie dziennika „Trybuna” i wielu innych, lewicowych mediów. Dzięki nim moje zapytania, interpelacje, interwencje i wystąpienia poselskie będą lepiej słyszalne.
Będąc posłem będę stale patrzył władzy na ręce. Mam wiedzę i doświadczenia ku temu. Nie dam się zastraszyć ani kupić.
Będę waszym posłem, nie PiS – owskich elit.

Kto, jak nie on? Kto, jak nie Gadzinowski?

Pytają mnie, na kogo głosować. Znaczy – pytają także i mnie. Lista warszawska jest długa. Wielgachna nawet. Tylko, że mam kłopot – nie znam nikogo. Żadne nazwisko mi nic nie mówi. No, nie – niektóre tak, niektóre mówią. Nieliczne. Nie powiem, co mówią. W końcu jestem starym zgredem i najczęściej w niczym nie mam już racji. Zresztą nie ma sensu czepiać się młodych, zwycięstwo i tak będzie po ich stronie. Metryka nie zna litości. Przeczekają mnie.

Jedno nazwisko jest mi jednak bliskie. Nawet szczególnie bliskie. PIOTR GADZINOWSKI.
Jeśli warszawiacy mogą czerpać jakąś radość z tego, że dla wielu współrodaków ich miasto jest Mekką i Medyną, Rzymem i Krymem, to właśnie z tego, że w morzu przeciętniaków, cwaniaków, uzurpatorów warszawskości, szemranych inteligentów po znanych powiatowych uczelniach, pośród licznych modeli sejmowych, senackich, wyawansowanych na centralne posady głupków i półgłówków, znajdują się perły takie jak Gadzinowski. Inteligencja, talent, poczucie humoru, dystans do samego siebie, odwaga cywilna, stałość i jednoznaczność poglądów. To nie jakiś dupek, który zawsze ustawi się z wiatrem, ani nie klajster, który przyklei się do tyłka każdej władzy. Nawet, jeśli jakaś władza jest przypadkiem jemu miła, to też nie na tyle, żeby mu się w głowie zakręciło, żeby zabiegał o jakieś frukta, a choćby nawet i spady z pańskiego stołu.
Kiedy i gdzie go poznałem? W tygodniku, którego nazwy nie śmiem wymieniać. W tygodniku, którego właściciel przyznał niechętnie, że kiedyś tam „pisywałem”. I rzeczywiście – z redakcyjnego archiwum nie wygugla się żadnego mojego tekstu. Nie ma tam po mnie śladu. Nie mogę więc uzurpować sobie prawa choćby do wymienienia imienia jego nadaremno. Tego tygodnika znaczy się. Ale Gadzinowskiego wymieniać mogę. Gadzinowski nigdy nie wyparł się naszej znajomości.
Otóż poznałem go tam właśnie, kiedy „pisując” spotykaliśmy się na redakcyjnych kolegiach. Zapamiętałem, bo w żartach, ale jednak wymusił na właścicielu, żeby w redakcji był barek, żeby był zapełniony na koszt właściciela i żeby nie był na klucz. Właściciel sam smakosz – długo się nie opierał. Właściwie nie opierał się wcale. W miłej atmosferze rodziły się więc pomysły, z których śmiała się wówczas cała Polska, dowodnie świadcząc o istniejącym jednak związku między procentami a talentem. Wiadomo to od wieków, zaświadczają o tym życiorysy i dzieła tysięcy artystów, ale wciąż znajdują się niedowiarki, czcze umysły i cmokierzy ze spiżu, którzy takiego związku nie widzą, a nawet podważają. Otóż on jest, a Gadzinowski jest bohaterem walki z anty-artystycznym i anty-twórczym kołtuństwem.
Zresztą on sam mógłby służyć za wzór anty-kołtuna niczym metr z Sevres. Zapytano go kiedyś, jak się żyje w jego rodzinnej Częstochowie?
– Jak zawsze, odpowiedział.
I jako syn piekarza dodał na dowód:
– Częstochowianie zawsze z nabożnym szacunkiem podniosą z ziemi każdą kruszynę chleba, by ją następnie sprzedać strudzonym pielgrzymom…
Gadzinowski nie zamykał się nigdy w polskim zaścianku. Z polskiego zadupia zawsze wyfruwał w świat szukając tam nowych podniet twórczych i nowym wyzwań grubszego kalibru.
W pierwszym okresie zamrożenia stosunków polsko-rosyjskich, próbował ocieplić wizerunek Polaków w Rosji i Rosjan w Polsce, doprowadzając samodzielnie, bez udziału MSZ, do pierwszej warszawskiej konferencji prostytutek polskich i rosyjskich. Podjął rosyjską delegację na Dworcu Wschodnim i osobiście prowadził obrady poświęcone wymianie doświadczeń zawodowych między Rosjankami i Polkami i wzajemnej ochronie praw pracowniczych.
On także – do spółki ze mną i naszym przyjacielem z Kopenhagi – przeprowadził udane wykupienie figury Lecha Wałęsy z tamtejszego Muzeum Figur Woskowych. Pan prezydent przyleciał razem z nami do Polski i w uroczystej kawalkadzie, w odkrytej amerykańskiej limuzynie, w asyście motocyklistów, został przewieziony pod gmach b. Komitetu Centralnego PZPR i tam ustawiony na przygotowanym cokole. Następnie wylądował w redakcyjnym przedpokoju, gdzie witał przychodzących gości.
I to jeszcze koniecznie należy pamiętać Piotrowi Gadzinowskiemu, że przez całe lata, kiedy polskie czynniki oficjalne nie Pekin, tylko tybetańską Lhasę, traktowały niemalże jako stolicę i centrum administracyjno-polityczne Chińskiej Republiki Ludowej, sam jeden podtrzymywał normalne, ludzkie stosunki z miliardowym narodem chińskim i jego legalnymi przedstawicielami. W końcu nawet pan prezydent Komorowski uznał jego racje i osobiście przekonał się, że ChRL, to jednak mocarstwo światowe zaś dalajlama, to autorytet moralny, na dodatek o malejącym znaczeniu. Im zresztą udział Chin w światowym handlu i ekonomii bardziej rośnie, tym ów autorytet się kurczy, To znaczy nadal jest ważny, ale i pieniądze zdaje się na tyle też są ważne, iż ten problem jest coraz bardziej wewnętrznym problemem CHRL. Gadzinowski trzymał się tego od początku i Polska na tym dobrze wyszła. Podobnie jak na podtrzymywaniu przyjaznych kontaktów z Socjalistyczną Republiką Wietnamu, a zwłaszcza z byłymi studentami polskich uczelni, dziś znaczącymi postaciami tego kraju.
Gadzinowski jest postacią pełnowymiarową, człowiekiem inteligentnym, dowcipnym, serdecznym, otwartym na świat i ludzi nieponurakiem. Jak tak dobrze rozejrzeć się dokoła, zbyt wielu takich nie mamy. Nawet na liście SLD. Moim zdaniem w tej sytuacji wybór jest oczywisty.

POKOLENIA rekomendują Gadzinowskiego

Uchwała Zarządu warszawskiej organizacji Stowarzyszenia POKOLENIA w sprawie wyborów parlamentarnych 2019 roku.

Stowarzyszenia POKOLENIA jako organizacja obywatelska, skupiająca ludzi, którym bliska jest troska o stan spraw naszej Ojczyzny , zawsze aktywnie uczestniczyła w wielkich wydarzeniach politycznych mających miejsce w naszym kraju. Mając to na uwadze Zarząd Krajowy Stowarzyszenia zebrany na posiedzeniu w dniu 28 czerwca 2019 roku postanowił:
1. Uznać, że zbliżające się wybory do Sejmu i Senatu RP są zasadniczym wyzwaniem dla wszystkich sił społecznych i politycznych sprzeciwiających się marszowi od pryncypiów demokracji i wolności. Są okazją odsunięcia od władzy polityków prawicy, którzy fałszywie interpretują historie i niegodnie obchodzą się z dorobkiem wielu pokoleń Polek i Polaków.
2. Uznać, że miejsce POKOLEŃ jest – jak zawsze – po stronie sił postępu i demokracji, zawsze razem z Sojuszem Lewicy Demokratycznej, który jest partią najbliższą przekonaniom członkiń i członków POKOLEŃ.
3. Wezwać wszystkie członkinie i członków POKOLEŃ do aktywnego udziału w kampanii wyborczej razem z naszymi sojusznikami i partnerami politycznymi.
4. Zwrócić się do naszych partnerów w tej kampanii o uwzględnienie na listach wyborczych i udzielenie poparcia kandydatom do Senatu oraz do Sejmu RP zgłoszonym przez Stowarzyszenie POKOLENIA.

W nawiązaniu do powyższej Uchwały Zarząd warszawskiej organizacji Stowarzyszenia POKOLENIA postanawia:

1. Udzielić rekomendacji w wyborach do Sejmu koledze Piotrowi Gadzinowskiemu – redaktorowi naczelnemu dziennika „Trybuna”, byłemu działaczowi organizacji młodzieżowych, sympatykowi naszego Stowarzyszenia.
2. Zwrócić się z apelem do naszych członków i sympatyków o oddanie głosu na Piotra Gadzinowskiego, który na liście nr 3 do sejmu z Komitetu Wyborczego SLD w Warszawie jest umieszczony na ostatnim miejscu.

Zarząd Warszawskiej Organizacji Stowarzyszenia POKOLENIA

Głosy na Gadzinowskiego

W najbliższych wyborach do Sejmu w dniu 13 października oddam swój głos na Piotra Gadzinowskiego, redaktora naczelnego Trybuny.

To dobry, doświadczony parlamentarzysta, autentyczny przedstawiciel lewicy społecznej, człowiek rozumiejący miejsce i znaczenie oraz wartość pracy oraz rolę ludzi pracy w naszej cywilizacji.
Moi współtowarzysze z Polskiej Partii Socjalistycznej z uznaniem przyjmują działalność publicystyczną i redaktorską Piotra w Trybunie. Gazeta wyraża nasze oczekiwania programowe, wspiera budowę państwa, jako obywatelskiego porozumienia wszystkich Polaków, w którym respektowane są, realizowane od lat przez polskich socjalistów, zasady sprawiedliwości społecznej.
Zachęcam wszystkich Warszawiaków do poparcia Piotra Gadzinowskiego na listach wyborczych SLD.

Bogusław Górski
Honorowy Przewodniczący
Polskiej Partii Socjalistycznej

********************************************************************************************************************************

Parlament to miejsce gdzie krzyżują się różne prądy. Interes grupowy, czy wręcz klikowy, mówi często językiem bezinteresowności. Pretenduje do reprezentowania interesu społecznego.

Aby odróżnić zakamuflowany partykularyzm od rzeczywistego interesu społecznego potrzebna jest wiedza, wnikliwość i doświadczenie. Piotr Gadzinowski posiada te trzy cechy. Ten wytrawny dziennikarz z doświadczeniem parlamentarnym jest znakomicie przygotowany do spełniania obowiązków posła na Sejm RP. Zna doskonale krajową scenę polityczną. Ma doświadczenie międzynarodowe na które składają się wizyty w wielu krajach oraz kontakty zawierane w ramach prac grup międzyparlamentarnych.
W ciągu wielu lat Gadzinowski stopniowo stawał się znanym dziennikarzem posiadającym stałych czytelników. Wielu spośród nich to ludzie oczytani i wykształceni będący w swoich środowiskach-mówiąc językiem książkowym- liderami opinii. To oni stwarzają społeczny efekt mnożnikowy oznaczający większy wpływ na czytelników, aniżeli ma to miejsce w przypadku innych ludzi piszących.
Piotra Gadzinowskiego mało znam osobiście. Ale przez wiele lat czytałem jego artykuły i komentarze publikowane w czasopismach lewicowych. Wiem, co jest dla niego ważne, co jest mu bliskie a co jest mu obmierzłe . Stąd moje przeświadczenie, że znam go dobrze. Dlatego będę na niego głosować.

Andrzej Wilk