Popieram Gadzinowskiego

Do wyborów już krócej niż dłużej, znajomi wokół zastanawiają się, na kogo oddać głos.

Ja nie muszę: w tych wyborach poprę Piotra Gadzinowskiego. Dlaczego…? Ponieważ go znam. Pamiętam moment, kiedy pojawił się wśród nas jako przedstawiciel ruchu NIE, dołączył w Sejmie do tych, którzy ostro, ale dowcipnie polemizowali z obskuranckimi pomysłami prawicy, wyłączającej z codziennego użytku coraz większe przestrzenie osobistej wolności „osoby ludzkiej”. Jednakże w szczególności jestem mu wdzięczna za to, że w momencie trudnym dla „Trybuny” postanowił, wraz ze skromnym zespołem, zadbać o to, aby nasza gazeta nadal wychodziła. Pod jego kierownictwem linia redakcyjna Trybuny pozwala przedstawiać lewicowy punkt widzenia zarówno w odniesieniu do historii Polski Ludowej, jak i tworzy forum wymiany poglądów na tematy bieżące. Dzięki niej- my, ludzie lewicy- porozumiewamy się ze sobą. Piotr Gadzinowski – jak zwykle- upatrzył sobie ostatnie miejsce na liście, łatwo więc go znaleźć! Zachęcam do głosowania na kandydaturę Piotra Gadzinowskiego!

Miejsce na liście to propozycja

Media pokazują jak politycy poszczególnych ugrupowań walczą o „jedynki” na listach. Zapominają, że takie miejsce, to ledwie sugestia dla wyborców.

Ordynacja wyborcza jest jednoznaczna, wybory wygrywa ta osoba z listy, która otrzymała największą liczbę ważnych głosów. Oczywiście wygrywa, ale, o tym czy wchodzi do Sejmu decyduje to, czy dana lista uzyskała w skali kraju poparcie przekraczające próg wyborczy.
Na pierwszych miejscach list komitety wyborcze umieszczają z reguły osoby, o których sądzą, że będą „lokomotywami”. To się sprawdza, ale nie zawsze.
Czasem ‚jedynki”, czy „dwójki” przegrywają z kimś z zupełnie innym numerem. Nader często zdarza się też, że wybierane są osoby z ostatniego miejsca na listach.
Wielokrotnie z dobrym skutkiem ten zabieg przetestował Piotr Gadzinowski. I dowiódł, że można.
Nie ma się zatem co sugerować miejscem na liście, i jeśli jest na niej ktoś, kogo znamy, lubimy i uważamy, że będzie dobrym posłem, to trzeba na niego głosować.
Taki głos nie będzie zmarnowany. I jeśli na Podlasiu, ktoś uzna, że powinien postawić „krzyżyk” przy tamtejszej „dwójce”, czyli Piotrze Kusznieruku, to niech nie martwi się, że robi coś przeciwko Lewicy. Nawet pojedyncze głosy oddane na poszczególnych kandydatów i tak się sumują. A potem skutkują tym, że w Sejmie możemy oglądać „naszych”.

Popierają!

Koleżanki i Koledzy,

Uprzejmie informuję, że kandydat na Posła z Listy Komitetu Wyborczego SLD .w Mieście Stołecznym Warszawa, poz. 40 – Redaktor Naczelny Dziennika TRYBUNA Pan Piotr Gadzinowski, zwrócił się do prof. Pawła Bożyka z prośbą o udzielenie poparcia w nadchodzących wyborach parlamentarnych.
Oto krótka informacja o kandydacie na Posła RP:
„Piotr Gadzinowski poseł na Sejm RP w latach 1997- 2000 z listy SLD. W Sejmie wielokrotnie występował w obronie dorobku Polski Ludowej i blokował szkalujące nas sejmowe uchwały.
W czasie swej pracy w Sejmie został trzykrotnie uznany za najbardziej pracowitego posła z okręgu warszawskiego przez stołeczne media. W Sejmie wpierał budowę warszawskiego metra. Przeforsował dwukrotnie dotacje dla metra z budżetu państwa.
Współtworzył ustawę o reformie polskiej kinematografii blokując projekty jej prywatyzacji.
Redaktor i publicysta w „itd.”, „Trybunie”, „Nie”, „Sztandarze Młodych”, „Przeglądzie”, „Dziś”, „Lewica24”, „Faktach i Mitach”.
Obecnie redaktor naczelny dziennika „Trybuna” – jedynej lewicowej gazety. „Trybuna” jest też jedyną ogólnopolską gazetą, która odkłamuje prawicową historię. „
Wspólnie uznaliśmy, że należy udzielić jak najdalej idącego wsparcia, zważywszy że dorobek oraz kierowany przez Pana Piotra Gadzinowskiego dziennik TRYBUNA jest, oprócz Tygodnika PRZEGLĄD jedynym lewicowym dziennikiem o zasięgu krajowym.
Stąd też, uprzejmie prosimy członków i sympatyków Ruchu Odrodzenia Gospodarczego z Miasta Stołecznego Warszawa o propagowanie kandydatury Pana Piotra Gadzinowskiego, a w dniu wyborów – 13 października 2019 roku – o oddanie głosu na poz. 40 Listy Komitetu Wyborczego SLD.

Z lewicowym pozdrowieniem

Prof. Paweł Bożyk
Zbigniew Sowa

Nie ma wyboru?

Jeśli mieliście nieszczęście wpaść w banksterskie sidła i zaciągnąć kredyt we frankach szwajcarskich, pewnie teraz zgrzytacie zębami. Bo kurs szwajcarskiej waluty radykalnie wzrósł. Jeśli chcielibyście podziękować winnemu waszej straty, to niebawem będziecie mieli okazję to uczynić. Dnia pierwszego września odwiedzi nasz kraj prezydent USA Donald Trump z okazji rocznicy wywołania II wojny światowej.
Wielce oczekiwany w Warszawie gość właśnie wywołał kolejną wojnę handlową z Chinami. Aby utrudnić sprzedaż chińskich towarów na amerykańskim rynku nakazał podwyższyć cła na chińskie produkty. Ale „Chińcyki trzymają się mocno”. Poszli na wojnę ekonomiczną i obniżyli kurs swej waluty aby osłabić skutki ceł. Efektem polityki „taniego juana” jest coraz droższy dolar amerykański.
Niestety droższy dolar to także słabszy polski złoty. Droższe euro i frank szwajcarski. Na obecnym osłabieniu wartości złotego zyskają Polacy pracujący za granicą i polscy eksporterzy. Stracą polscy importerzy, amatorzy wyjazdów zagranicznych i pracujący w Polsce Ukraińcy. Najwięcej mogą stracić Ukraińcy z frankowymi kredytami.
Ale to nie koniec skutków wojny trumpo- chińskiej jakie rykoszetem uderzają w Polaków.
„Nie chcę być niepotrzebnie prowokacyjna” – powiedziała dla prorządowego tygodnika „Do Rzeczy” Jej Ekscelencja ambasador USA w Polsce Georgetta Mosbacher. Po czym dodała dobitnie: „Dzisiaj kwestia bezpieczeństwa jest wyjątkowo istotna, bo zagrożenia płynie jednocześnie ze strony dwóch rosnących potęg”. I jednoznacznie wskazała te grożące nam „rosnące potęgi”.

Rosję i Chiny

Oczywiście zagrożenie rosyjskie nie zostało zakwestionowane ze strony prawicowego, prorządowego dziennikarza. Ale zagrożenie chińskie wzbudziło zdumienie.
„Chiny chcą w Polsce inwestować” – zauważył przytomnie redaktor Marcin Makowski – „budować nowy jedwabny szlak, pomagać przy Centralnym Porcie Komunikacyjnym oraz infrastrukturze 5G. Czy będziemy musieli wybierać między Ameryką a Państwem Środka?”
„Nie wiem czy to uczciwie tak stawiać sprawę”- skarciła redaktora amerykańska Ekscelencja – „Proszę spojrzeć na sprawę chłodno: w chińskim prawie widnieje zapis, że każda chińska firma jest zobowiązana do dzielenia się wszelkimi dostępnymi technologiami oraz informacjami z rządem. Oczywiście Ameryka niepokoi się o rozwój chińskiej technologii 5G w Polsce, ale ze względów bezpieczeństwa, a nie biznesowych. Jeśli chodzi o inwestycje chińskich firm, które nie zagrażają bezpieczeństwu Polski, to nie widzę problemu”.
Jednak nawet prorządowy, czyli dzisiaj też proamerykański, dziennikarz musiał dostrzec w tej wypowiedzi fałsz.
„Chciałbym jednak, aby odpowiedziała pani wprost: czy Polska będzie musiała wybierać?”- odważnie zapytał.
„Ujmę to tak” – odpowiedziała Ekscelencja Mosbacher – „Ameryka już wybrała. Wybraliśmy wolność i demokrację zamiast centralistycznego rządu, który funkcjonuje Chinach. Jesteśmy w stanie walczyć i bronić swobód, których tam nie mają. Polska również musiała stanąć przed tym dylematem. Po roku mieszkania w Warszawie ma przeczucie, że będzie to prosty wybór. Polacy czują instynktownie, bo żyli w państwie komunistycznym, czym kończy się ucieczka od wolności. Nie mogę sobie wyobrazić, aby ponownie skręcili w tym kierunku, a właśnie taki „pakiet” otrzymuje się od Chin.”
Ale ten narzucany przez władze USA „wolny” wybór nie okazuje się aż tak prosty, skoro prorządowy dziennikarz zauważa: „Tyle, że pieniądze, które popłynęły do Polski szerokim strumieniem, nie mają żadnej ideologii”.
I to wielce rozłościło amerykańską Ekscelencję. ”Pieniądze mają swój wymiar ideologiczny, w zależności od tego skąd pochodzą” – pouczyła dziennikarza i wszystkich Polaków.
A potem przypomniała amerykański plan bezpieczeństwa dla Polski. Rząd PiS kupi od USA drogie myśliwce F-35 i będzie cieszyć się, że USA sprzedają peryferyjnej Polsce aż tak nowoczesną technologię. W zamian rząd PiS wybuduje na terenie Polski bazę z instalacjami amerykańskiej tarczy antyrakietowej. A także inne bazy dla amerykańskiego wojska. I będzie cieszyć się z każdego przybyłego tam amerykańskiego żołnierza. Bo to zagwarantuje bezpieczeństwo przed rosyjską agresją.
Aby wzmocnić poczucie tego bezpieczeństwa polskie firmy będą kupować amerykański gaz i cieszyć się, że nie jest to gaz rosyjski. Bo „Moskwa używa gazu jako broni politycznej”- co potwierdziła amerykańska Ekscelencja.
Aby potwierdzić wierność wobec USA Polska nie kupi od chińskiego koncernu Huawei nowoczesnej technologii 5G, bo to komunistyczna, czyli zniewolona technologia. Niezgodna z amerykańskimi wartościami.

Bądźmy kolonią

Zapewne nieprzypadkowo amerykańska Ekscelencja nie wspomniała, że niedawno prezydent Trump wypowiedział traktat o całkowitej likwidacji pocisków rakietowych średniego zasięgu. Pretekstem było testowanie przez Rosję zabronionych układem pocisków. Tak naprawdę chodziło o Chiny. Ich ograniczenia nie obowiązują, bo w 1987 roku, kiedy Moskwa i Waszyngton wynegocjowały traktat INF, chińska armia rakiet średniego zasięgu jeszcze nie miała. I dlatego w tym stuleciu uzbrajała nimi swoją armię bez traktatowych ograniczeń. Podpisany wtedy traktat przyczynił się do zakończenia „zimnej wojny” między USA i ZSRR. Teraz Europie grozi nowy wyścig zbrojeń. Nowa „zimna wojna” i wzrost zagrożenia nowym konfliktem zbrojnym. Bo przecież taki pocisk rakietowy wyposażony w megatonową głowicą jądrową odpalony z Rosji lub poligonu na Białorusi może w ciągu 10 minut dotrzeć nad Belgię i Holandię. Podobny amerykański pocisk odpalony z Niemiec potrzebuje również około dziesięciu minut aby dotrzeć do Petersburga lub Moskwy. Rakiety odpalane są z samobieżnych, mobilnych wyrzutni. Błyskawiczny atak nie daje wielu szans na reakcję. Ryzyko, że do atomowego starcia dojdzie przez przypadek, w wyniku błędu obsługi albo nieporozumienia na linii politycy- wojskowi znów staje się wysokie.
Wyścig zbrojeń już ruszył, bo Amerykanie właśnie przetestowali taki pocisk nowej generacji. Chiny i Rosja zwróciły się do Rady Bezpieczeństwa o zwołanie jej nadzwyczajnego posiedzenia w sprawie nowych amerykańskich zbrojeń.
Prezydent Trump, wypowiadając traktat INF, zapewniał, że chce jedynie stworzyć nowe mechanizmy kontroli zbrojeń, które będą pasować do realiów XXI wieku. Na razie zamiast konflikty rozwiązywać, albo przynajmniej łagodzić, stale podsyca je. I tworzy nowe.
W reakcji na amerykańskie testy rakietowe prezydent Rosji Władimir Putin stwierdził, że USA chcą zainstalować nowe rakiety w Europie. Przede wszystkim w Rumunii i w Polsce, co uznał za zagrożenie dla Rosji. Zapowiedział też, że Moskwa odpowie w adekwatny sposób.
W efekcie narzucanego nam przez Waszyngton „wyboru” Polska, zostanie pozbawiona chińskich nowoczesnych technologii. Skłócona z najbogatszymi państwami Unii Europejskiej stanie się krajem zapóźnionym cywilizacyjnie. Peryferią technologiczną Europy.
Będzie za to najbardziej zdeklarowanym proamerykańskim państwem na wschodzie Europy. Łatwym celem w przyszłych, hybrydowych konfliktach, w których kosztowne myśliwce F-35 będą nieprzydatne. Narzucany Polsce wybór to rola przyszłego chłopca do bicia. Miejsca zastępczych starć pomiędzy USA i „rosnących potęg”.

Nie tylko Jedynki!

Czytajcie listy wyborcze do końca!

Jeszcze się oficjalnie kampania wyborcza nie zaczęła, a już mamy spory o miejsca na listach wyborczych. Zwłaszcza o „Jedynki”.
Polski system demokracji parlamentarnej jest systematycznie psuty przez ingerencje mediów. Manipulujących opinią publiczną, czyli wyborcami. Traktowanymi jak przysłowiowy „ciemny lud” przez sprzedajnych dziennikarzy i komercyjne firmy „pijarowskie”. Doradzających politykom jak zmienić kampanię wyborczą w medialne igrzyska. W wyścigi szczurów do politycznego koryta.
Dziennikarze i „pijarowcy” od lat przekonują polskich wyborców, że o sukcesie wyborczym kandydatów decydują ich miejsca na listach wyborczych. Zwłaszcza pierwsze, zwane „Jedynką”.
Argumentują, że przynajmniej 30- 40 procent wyborców głosuje jak psy Pawłowa. Reagują na logo komitetu wyborczego i potem odruchowo, często bezmyślnie, stawiają krzyżyk przy pierwszym nazwisku kandydata umieszczonym na liście wybranego komitetu.
W Polsce każdy wyborca podczas wyborów do Sejmu RP oddaje jeden głos. Jednocześnie na komitet wyborczy i na kandydata. Dzięki temu wyborcy mogą decydować nie tylko o tym które ugrupowania wejdą do Sejmu, ale też którzy kandydaci będą tam pracować.
Niestety polscy dziennikarze i „pijarowcy” robią wszystko aby wybór polskim obywatelom taki ograniczyć. Relacjonując kampanię wyborczą, prezentując kandydujących do parlamentu skupiają się jedynie na Jedynkach z list wyborczych.
Czasem wspominają też o miejscach drugich i trzecich. Ale dalej wzrok ich już nie sięga. Jakby polscy dziennikarze nie byli w stanie doczytać list wyborczych do końca.
Redukowanie kandydatów do Jedynek bez wątpienia ułatwia pracę mediów. I napędza im zyski. Zwłaszcza kiedy robią one kolejne oszustwo wyborcze – debaty „liderów list”. Czyli tychże Jedynek.
Zauważcie, że nie ma Polsce w czasie kampanii wyborczej debat merytorycznych. Tematycznych. W czasie których moglibyście się dowiedzieć o programach naprawy służby zdrowia, budownictwa mieszkaniowego, o polskiej polityce zagranicznej konkurujących w wyborach partii.
Bo zamiast merytorycznych debat media podsuwają wam jedynie starcia personalne kandydujących. Odwołując się do ich wyglądu, szybkości wysławiania się, umiejętności robienia dobrego wrażenia. Do waszych emocji, odczuć, ale nie do waszej wiedzy.
Przygotują wam mecze medialne. Podzielone na krótkie starcia. W czasie tych rund każda z Jedynek będzie miała aż 10 sekund na zaprezentowanie naprawy służby zdrowia, budownictwa mieszkaniowego, polityki zagranicznej, obrony narodowej. Najlepiej w trzech pięciosekundowych hasłach.
Dłużej już nie, bo zdaniem polskich dziennikarzy i pijarowców polski wyborca nie jest w stanie więcej informacji na jeden raz przyjąć. Bo polski wyborca to miś „o bardzo małym rozumku”.
Taki styl prowadzenia kampanii wyborczej jedynie ogłupia i oszukuje potencjalnych wyborców. Ale znakomicie rozkręca ich emocje. Potem emocje napędzają frekwencję wyborczą. Ale też widzów medialnych pojedynków. Klikających, komentujących, bluzgających. Im więcej emocji, zwłaszcza złych, tym zyski mediów i pijarowców będą większe.

Inna polityka możliwa?

Nakręcana emocjami kampania wyborcza opiera się też na wciskaniu przekonania, że są na listach wyborczych elitarne „miejsca biorące” i pozostałe, te pospolite, te „niebiorące”.
Biorące to oczywiście Jedynki, ale też Dwójki i Trójki. W ten sposób skupia się uwagę i zainteresowanie wyborców jedynie tymi pierwszymi miejscami. Pozostali kandydaci traktowani są jak „mięso wyborcze”. Frajerzy, którzy jedynie pracują na czołówkę listy.
Nakręcając tak emocje wyborców, media i pijarowcy, podgrzewają też emocje kandydatów do parlamentu. Wszyscy oni chcieliby mieć właśnie te „miejsca biorące”. Tak nakręcane są spory personalne, kłótnie wewnątrz partyjne w czasie układania list.
Zauważcie, że media chętnie informują o nich, podobnie jak o lokalnych intrygach, transferach międzypartyjnych. Bo to też budzi emocje, nabija popularność, czyli zyski.
W najbliższej kampanii wyborczej polskie media zapewne zechcą ponownie zamienić kampanię wyborczą w polityczny plebiscyt. Pojedynek pomiędzy rządzącym PiS i opozycyjnym anty PiS- em.
Do roli anty PiS- u została już wyznaczona Koalicja Obywatelska Grzegorza Schetyny. Jej lider już teraz stara się osłabić polityczną konkurencję, czyli PSL i blok lewicowy. Bo obowiązujący w wyborach do Sejmu RP system D’Hondta preferuje najbardziej popularne ugrupowania. W wielomandatowych okręgach wyborczych, przy poparciu powyżej 10 procent, czasem kolejne 1-2 procenta dają przynajmniej jeden dodatkowy mandat poselski.
Liderzy polskich, lewicowych ugrupowań jeszcze przed wyborami zapowiadali „inną politykę”. Rozbicie prawicowego duopolu politycznego. Odtwarzanego właśnie przy wielkim wsparciu polskich mediów i pijarowców.
Zapowiadali merytoryczną, a nie opartą na negatywnych emocjach kampanię wyborczą.
Aby mogli oni uprawiać taką „inną politykę”, teraz apeluje do polskich wyborców, zwłaszcza tych lewicowych.
Nie dajcie się manipulować przez polską „mediokrację”.
Przeczytajcie listy wyborcze do końca. Zwłaszcza te lewicowe. Abyście przy urnach wyborczych kierowali się rozumem, a nie zaszczepianymi przez media emocjami.
Wybierajcie kandydatów kompetentnych, a nie kolejnych, sezonowych, medialnych „charyzmatycznych” cudotwórców.
Nie dajcie się traktować jak ten „ciemny lud”.
„Trybuna” postara się pomóc wam w takich merytorycznych wyborach.

PS. Informuję, że zamierzam kandydować do Sejmu RP z listy lewicy w okręgu warszawskim. Poprosiłem o ostatnie miejsce na liście wyborczej.
Tak jak w poprzednich wyborach nie będę miał billboardów, bo uważam je za niepotrzebną część „mediokracji”.

Flaczki tygodnia

Duży strach przed utratą władzy musiał zapanować w PiS, skoro postanowili rozdać tak wiele pieniędzy z deficytowego budżetu państwowego. I tak szybko. Aby zdążyć zanim Obywatele ruszą do urn.

Takie rozdawnictwo pieniędzy z budżetu państwa nie jest efektywną polityką społeczna, tylko doraźnym, politycznym kupowaniem społecznego poparcia. Trzynasta emerytura sporej grupie zamożnych polskich emerytów nie jest potrzebna. Nie polepszy im życia. Nie jest też potrzebna panu prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu i wielu innym parlamentarzystom pobierającym jednocześnie emerytury i parlamentarne uposażenia. Oczywiście w skali rocznego deficytu budżetowego są to sumy niewiele znaczące. Choć gdyby je zaoszczędzić to kilko rodziców nie musiałoby organizować publicznych zbiorek pieniędzy na operację swych dzieci.

Te sobotnie obietnice sypnięcia pieniędzmi to kolejny przykład pro-wyborczego, a nie pro-społecznego podejścia ekipy PiS do wydatków z deficytowego budżetu polskiego państwa. Rządzący ponad trzy lata PiS dowiódł, że znakomicie potrafi rozdawać budżetowe pieniądze. Zrealizował program 500+, obniżył wyśrubowany przez poprzednią koalicję PO-PSL wiek emerytalny.
Ale już nie potrafił wybudować mieszkania w obiecanym programie Mieszkanie+. Potrafił, chwaląc się wszem i wobec, przeforsować wzrost wydatków na wojsko w ustawach budżetowych, ale przez lata swych rządów nie potrafił wojska polskiego zmodernizować. Nawet pogorszył stan jego uzbrojenia.
Obiecał stworzyć innowacyjną polska gospodarkę, której symbolem miał być powszechny polski samochód napędzany energią elektryczną. Słowa nie dotrzymał. Nie wykorzystał też polskiego patentu na grafen, chociaż ten wynalazek miał być priorytetem rządu głoszącego „repolonizację gospodarki”.

Zauważcie, że ekipa PiS bezustannie chwali się swoja skutecznością w ściąganiu podatków, zwłaszcza VAT-u. A jednocześnie przez ponad trzy lata PiS nie potrafił unormować systemu finansowania mediów publicznych. Zlikwidować stary, nieefektywny już abonament radiowo-telewizyjny i zastąpić go nowym, sprawiedliwym podatkiem. Niedawno, aby załatać deficyt wydatków TVP SA, ekipa PiS przeforsowała w Sejmie dotację dla swych mediów narodowo-katolickich. Ponad miliard złotych, czyli jedną trzydziestą tegorocznych wydatków na ich nowe obietnice wyborcze.

Ostatnie wyborcze obietnice pana prezesa Kaczyńskiego będą kosztować nasz deficytowy budżet, czyli nas wszystkich, corocznie ponad 30 miliardów złotych. Co oznacza, że w tym roku i pewnie następnych nie wystarczy na potrzebne podwyżki dla nauczycieli i modernizację służby zdrowia. Brak tych pieniędzy będzie szczególnie bolesne dla oświaty i przyszłości polskiej edukacji. Oświata to nie sektor budowlany czy firma kurierska Uber. Braków kadrowych w oświacie nie załatamy nisko opłacanymi importowanymi Ukraińcami czy hinduskimi studentami.

Wyborcze obietnice pana prezesa Kaczyńskiego zwiększą indywidualną konsumpcję. Wzbogacą się na niej duże, zagraniczne sieci handlowe. Polscy kupcy już mniej, bo przeforsowana z religijnych powodów przez NSZZ „Solidarności”, ustawa o zakazie handlu w niedzielę jednie wzmocniła dodatkowo zagraniczny kapitał handlowy, a osłabiła polski rodzinny, drobny handel. W ten sposób pan prezes Kaczyński zrobi trochę konsumpcyjnej radości w polskich domach i długofalowo wzbogaci zagranicznych kapitalistów. I swoich ziomków z PiS też, jeśli wyborcy dadzą się kupić.

Aktywiści NSZZ „Solidarności” z Gdańska dokonali heroicznego czynu – postawili pomnik księdza-pedofila Jankowskiego na nogi. Stawiając tym etos „Solidarności” na głowie. Bronią bowiem nie tylko powszechnie znanego pedofila, ale jeszcze agenta Służby Bezpieczeństwa z czasów Polski Ludowej.

„Solidarność” zaczynała jako ruch społeczny walczący o poprawę bytu robotników w Polsce Ludowej. O upodmiotowienie klasy robotniczej. O to, aby robotnicy poczuli się w pełni właścicielami i współgospodarzami swoich zakładów pracy oraz obywatelami swego państwa. Walczący wtedy o zreformowanie ustroju państwa, stworzenie „socjalizmu z ludzką twarzą”. Potem powstał związek zawodowy NSZZ „Solidarność”, który upartyjniał się. W 1981 roku „Solidarność” była już konfederacją mieszczącą przeróżne ruchy polityczne. Od trockistów po endeków. Żywiołową, sprzeczną wewnętrznie. Spychającą się – i spychaną – ku konfrontacji.
Spacyfikowana w czasie stanu wojennego „Solidarność” nie wróciła już do dawnej liczebności i robotniczego etosu z jesieni 1980 roku. Po ponownej legalizacji w III Rzeczpospolitej ewoluowała w kierunku związku zawodowego o zabarwieniu narodowo-katolickim. Taka NSZZ „Solidarność” współrządziła Polską w latach 1997-2001. Wspierała potem rządy Prawa i Sprawiedliwości. Praw pracowniczych broniła coraz rzadziej, zwykle kiedy Polską rządziły koalicje PO-PSL. W czasach rządów PiS coraz mniej liczna NSZZ „Solidarność” stawała się klakierem elit PiS i zbiorowym ministrantem hierarchów kościoła katolickiego. Teraz, wchodząc w batalię o pomnik księdza Jankowskiego, kompromituje się ostatecznie i trwoni resztki dawnej, jakże pięknej legendy.

Tylko zaślepieniem politycznym, zacietrzewieniem towarzyskim i środowiskowym można wytłumaczyć obronę pomnika pedofila i agenta SB przez aktyw gdańskiej „Solidarności”. Ludzi, którzy na co dzień mają pełne gęby lustracyjnych postulatów i dekalogu katolickiej moralności. Zwłaszcza, że Polski kościół katolicki w sporze o pomnik księdza-pedofila zachował się zgodnie ze swą tradycyjną pragmatyką. Ogłosił, ustami arcybiskupa Leszka Sławoja Głódzia, że nie jest stroną w tym sporze i zachowuje „neutralność”. Może sobie pozwolić na taką, bo do ulicznych przepychanek ma parobków z „Solidarności”.

Przy okazji, jeśli chcecie poznać pijackie ekscesy tego hierarchy, a także tajemnice pana prezesa Kaczyńskiego, Wojciecha Cejrowskiego, Antoniego Macierewicza i innych reprezentantów prawicowych elit – polecamy książkę byłego posła, redaktora Piotra Gadzinowskiego „W Hongkongu. Za kulisami polskiego parlamentu”. Nakład wyczerpany, ale można poszukać jeszcze w dobrych księgarniach i Internecie.

„W najnowszym badaniu IBRIS Platforma Obywatelska, Nowoczesna, Sojusz Lewicy Demokratycznej, Polskie Stronnictwo Ludowe, Zieloni i Inicjatywa Polska, czyli Koalicja Europejska mają 38,5 procent poparcia. PiS plasuje się na drugim miejscu z poparciem 34,7 procent, Wiosna Roberta Biedronia uzyskuje 8,9 procenta, a Kukiz’15 – 6,6 procenta.

Flaczki tygodnia

Pierwszą ofiarą mowy nienawiści w III RP był generał Wojciech Jaruzelski. Jedenastego października 1994 roku został zaatakowany przez Stanisława Helskiego podczas wieczoru autorskiego. Helski uderzył generała Jaruzelskiego zwiniętym w gazetę kamieniem. Chciał w taki sposób wymierzyć mu sprawiedliwość za swe doznane krzywdy i niesprawiedliwość w czasie stanu wojennego.

Generał Jaruzelski przeżył ten atak, nie został ofiarą Helskiego. Wielokrotnie nawoływał aby odstąpić od karania napastnika, wybaczał mu publicznie. Helski został skazany na dwa lata więzienia w zawieszeniu. Za kraty nie trafił. Zmarł w 2004 roku.

Mowę nienawiści zachęcającą do fizycznej rozprawy z wrogami i pierwsze akty przemocy wprowadzili w III RP do polskiej polityki młodzi, prawicowi radykałowie z Ligii Republikańskiej. Potem ich epigoni z poznańskiej „Naszości”. To aktywiści Ligii ku uciesze ówczesnych mediów pokrzykiwali „Znajdzie się kij na Kwaśniew3skiego ryj”. To oni w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych regularnie atakowali warszawskie pochody pierwszomajowe. Obrzucali jajkami lewicowych polityków. Trafiły one prezydenta Kwaśniewskiego, premiera Millera, ministra Wiatra. Wiele razy oberwało też od „jajomiotów” otoczenie lewicowych polityków.

Ponieważ rzucane jajka nie zabijają, nawet nie bolą, i zwykle nie śmierdzą, bo trudno w naszym kraju o prawdziwe „zbuki”, to prawicowi radykałowie rychło sięgnęli po mocniejsze środki. Po kwas żrący i kamienie.
Kwasem oblewali płaszcze uczestników pierwszomajowych pochodów. Kamień, jeden z wielu, wyrzucony z ich szeregów zranił nestora PPS, zasłużonego działacza ruchu socjalistycznego, profesora Krzysztofa Dunina- Wąsowicza.

Ówczesne media, nawet te liberalne, nawet ta „wolnościowa” i propagująca demokratyczne wartości „Gazeta Wyborcza”, totalnie lekceważyły tamtą mowę nienawiści i akty fizycznej agresji. Wówczas w krajowych mediach panował powszechny pogląd, że „komuchom to się zwyczajnie należy”.

W czerwcu 1997 roku bojówka prawicowych radykałów, związana z ówczesną Liga Republikańską zaatakowała zebranie ruchu „NIE” w lokalu krajowskiej „Kuźnicy”. Najpierw obrzucili prowadzącego zebranie redaktora Piotra Gadzinowskiego jajkami, potem odpalili świecę dymną. Uciekając zablokowali drzwi. Aby zebrani podusili się. Taką komorę gazową urządzili „komuchom”.

Ponaglana policja zatrzymała powszechnie znanych w Krakowie sprawców, a tamtejsza prokuratura rozpoczęła postępowanie. Okazało się jednak, że zebrane dowody napadu tajemniczo „zginęły” na policji. A prokuratura tak prowadziła postępowanie żeby je w końcu umorzyć. Działo się to w czasach, kiedy formalnie rządził rząd SLD-PSL. Ale politycy SLD dali sobie wtedy wmówić, że SLD „mniej wolno”.

Ataki na lewicowe pochody osłabły za rządów AWS- Unia Wolności. Kiedy ówczesny wódź Ligii Republikańskiej pan Mariusz Kamiński został posłem na Sejm RP i rozpoczął karierę polityczną. Inni, liczni prawicowi radykałowie też rozpoczęli wtedy kariery w administracji państwowej. Dzisiaj znajdziemy ich w Centralnym Biurze Antykorupcyjnym, spec służbach i ministerstwie spraw zagranicznych.

Wczoraj przeżyliśmy niezwykle uroczysty pogrzeb zamordowanego prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Ceremonię z oprawą godną pogrzebu prezydenta Polski. Zabójstwo prezydenta Adamowicza stało się powodem licznych apeli o zakończenie wyniszczającej Polskę wojny polskich prawic. Prawicy PiS z prawicą PO, zwanej nieprecyzyjnie wojną polsko- polską. Apele takie padały z licznych, zwykle znanych medialnie ust.

Niestety już sama oprawa pogrzebu dowodzi, że zabójstwo prezydenta Adamowicza nie zakończy, tylko rozpali trwającą wojnę. Każdy z obserwujących ceremonię bez trudu zauważył brak pana prezydenta Dudy i pana premiera Morawickiego na honorowych, widocznych miejscach.
Można nie akceptować politycznie pana prezydenta i pana premiera, ale trzeba szanować ich jako instytucje państwowe. I zgodnie z protokołem należało obu ich posadzić w pierwszych rzędach. A nie pozwalać na to by pan prezydent pałętał się w piątym szeregu, a pan premier jeszcze dalej. Takiego braku respektu dla obu liderów PiS ich zwolennicy nigdy nie zapomną.

W Polsce nie dba się o obowiązujące procedury, protokoły dyplomatyczne, przyjęte reguły. Na oficjalnych imprezach organizatorzy honorują zaroszonych gości wedle swego uważania. Zwykle najpierw wita się biskupa, potem władzę świecką. Na pewno odesłanie prezydenta i premiera na gorsze honorowo miejsca szybko zostanie „pomszczona” przez ultrasów z PiS.
Zwłaszcza, że PiS stworzył swą wspólnotę polityczną na fundamencie patriotyzmu kibolskiego. Na podziale obywateli RP na patriotów i zdrajców. Na nienawiści do „komuny” i teraz do „Postkomuny”. Bohaterami PiS są bandyci zwani przez nich „żołnierzami wyklętymi”. Nie znający litości i przebaczenia.

W Polsce nie dba się o procedury, zasady i obowiązujące prawo, bo polskimi elitami rządzi „tupolewizm”. Czyli „skłonność do robienia rzeczy bez należytego przygotowania i bez odpowiedniego zapasu czasu”. Taką szeroką definicję tego pojęcia podał jego autor, Piotr Stankiewicz w książce „21 polskich grzechów głównych”.

Ofiarami „tupolewizmu” byli generałowie lotnictwa zabici w wypadku transportowej CASy. To „tupolewizm” doprowadził do katastrofy smoleńskiej w 2010 roku i do niedawnej śmierci pięciu nastolatek w koszalińskim „escape – roomie”.

Czy prezydent Adamowicz też jest ofiarą polskiego „tupolewizmu”? Przecież gdyby służby więzienne, policja poważnie potraktowały sygnały o patologicznym charakterze Stefana W., może nie doszłoby do morderstwa?

Kolejnym przykładem „tupolewizmu” była ochrona, a raczej jej brak, podczas gdańskiego koncertu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Ochrony policyjnej nie było, bo rządząca ekipa uznaje imprezy WOŚP za skupiska opozycji politycznej. Profesjonalnej ochrony z prywatnej firmy też tam nie było, bo organizatorzy zapewne chcieli zminimalizować koszty imprezy.

Już od dzisiaj mają ruszyć w szkołach lekcje o mowie nienawiści. Zapewne prorządowi nauczyciele będą eksponować przykłady pochodzące z ust opozycji, a opozycyjni nauczyciele z ust elit obecnie rządzących. Wojna PiS – PO wybuchnie na nowym froncie.

Ożyje też spór kto jest winny ostatnim zabójstwom politycznym. Kto skierował Ryszarda Cybę aby zamordował Marka Rosiaka, a kto Stefana W. aby zabił Pawła Adamowicza. Niebawem będziemy mieli wybory do Parlamentu Europejskiego i do Sejmu i Senatu. „Czary nienawiści” już się napełniają.

Co zrobi milion?

Milion wyborców głosowało w wyborach samorządowych na kandydatów SLD – Lewica Razem. Można rzec, że już tylko milion, albo, że jeszcze aż milion.

Ten milion głosów to podstawowy kapitał polityczny jakim Sojusz Lewicy Demokratycznej jeszcze dysponuje. Niezwykle ważny w przyszłym roku. W czasie wyborów do Parlamentu Europejskiego oraz Sejmu i Senatu.

Parlamentarzyści SLD i Unii Pracy to jedyny głos polskiej lewicy w Parlamencie Europejskim. Innych lewicowych parlamentarzystów tam nie było. I zapewne tylko lewicowy blok wyborczy stworzony z udziałem SLD zapewni tam przyszła, polską lewicową reprezentację.

Nie dajcie się zwieść podsuwanymi wam przez prawicowe i liberalne media prognozami. Przewidującymi, że nowa partia Roberta Biedronia będzie reprezentacją lewicy w Parlamencie Europejskim. Programowe zapowiedzi jej lidera oraz jego współpracowników świadczą o odchodzeniu ich od programu europejskich socjalistów. Biedroń i jego współpracownicy jawią się zwolennikami liberalizmu w sferze obyczajowej i w gospodarce. Sojusznikami politycznymi polskich socjalistów.

Ale jeśli uda im się wejść do Parlamentu Europejskiego, to zapewne zasilą oni obecną tam frakcję liberałów. Nie będą u chrześcijańskich demokratów, bo tam znajdą się kandydaci PO i PSL. Ani we frakcji socjalistów i demokratów, którą zasilą kandydaci bloku lewicowego współtworzonego przez SLD.

Ordynacja wyborcza do Parlamentu Europejskiego nie jest tak radykalnie większościowa, jak te obowiązujące w wyborach samorządowych i do Sejmu i Senatu. Nawet gdyby przyszłoroczne wyborcy zamieniłyby się w plebiscyt pro i antyeuropejski, to milion wyborców daje szanse polskiej lewicy na jej reprezentację w Brukseli.

Zatem najrozsądniejszym wyborem w wyborach do Parlamentu Europejskiego byłaby wspólna lista partii lewicowych. Tworzona z SLD – Lewica Razem, Zielonych, Partii Razem.
Udział w wspólnym bloku z PO-PSL, na który naciskają związane z PO media, któremu patronuje Włodzimierz Cimoszewicz, grozi rozmydleniem programowym. Sam „antyPiSizm”, sama „proeuropejskość” jako jego spoiwo może nie wystarczyć.

Poza tym, taka, zdominowana przez Grzegorza Schetynę koalicja grozi, że to ten polityk będzie miał największy wpływ na pozycjonowanie kandydatów lewicowych na wspólnych listach wyborczych. Czyli to prawicowy polityk będzie decydował o przyszłym składzie lewicowej frakcji w PE.

Grzegorz Schetyna już zasygnalizował, że chętnie udostępni „miejsca biorące” na wspólnej liście byłym premierom Markowi Belce i Włodzimierzowi Cimoszewiczowi. Bardzo cenię ich kompetencje, ale reprezentacja obecnej polskiej lewicy w Parlamencie Europejskim nie może być zdominowana przez byłych polityków. W tym Marka Belki, który socjalistą nie był i nie jest.

Milion Wyborców to spory kapitał. Gdyby wszyscy, którzy zagłosowali w tym roku na kandydatów SLD – Lewica Razem do samorządów, poparli w 2019 roku kandydatów lewicy w wyborach do Sejmu RP i Senatu RP, to w polskim parlamencie znów zabrzmi lewicowy głos.

Pozostaje pytanie jak liczna i skuteczna może być taka przyszła reprezentacja wyłaniana w większościowej ordynacji. A ta premiuje wspólne listy wyborcze.

Ale taka wspólna lista wyborcza z całą anyPiSowską opozycją wymaga od lewicy bardzo silnie zaznaczonej podmiotowości programowej. I bardzo wyrazistych kandydatów. Gwarantujących swym dotychczasowym politycznym dorobkiem, że po zdobyciu mandatu parlamentarnego nie powędrują do konkurencyjnych ugrupowań. Taka wspólna lista wyborcza do Sejmu i Senatu wymaga też wielkiej aktywności wyborców i zrozumienia tak wyjątkowej sytuacji. Jeśli liderzy lewicy nie wyjaśnią, nie wytłumaczą wyborcom swych taktycznych wyborów, to mogą ten milionowy kapitał polityczny roztrwonić.

Czeka nas pracowity, przełomowy polityczny rok.

 

Wesołych Świat
Od całej Redakcji „Trybuny”

Flaczki tygodnia

Czy pan prezes Narodowego Banku Polskiego Adam Glapiński powinien podać się do dymisji?
Bo, zdaniem opozycji, mógł patronować zorganizowanej grupie przestępczej działającej w najważniejszych finansowych instytucjach państwowych.

***

Uwaga Czytelnicy! Nasza rozmowa nie jest przez „Flaczki” podstępnie nagrywana. Nie musicie zatem uruchamiać przeróżnych „szumideł”, czyli zagłuszarek wszelkiej maści. Nie musicie też uruchamiać najpowszechniejszego w Polsce „szumidła”, czyli autocenzury.

***

Z zaprezentowanych już przez mecenasa Giertycha i z zapowiadanych przez niego kolejnych informacji wynika, że w polskich, państwowych instytucjach finansowych istniała grupa przestępcza, która zajmowała się wymuszaniem pieniędzy od prywatnych przedsiębiorców. I to tych z najwyższej finansowej półki.

***

W zamian za przychylność najwyższych władz partyjno – państwowych krajowi biznesmeni opłacali się przedstawicielom grupy trzymającej finansową władzę. Zatrudniali jako doradców, konsultantów, prawników, członków rad nadzorczych i zarządów zaproponowane im osoby. Wyznaczając im wysokie wynagrodzenie. Zatrudnieni mogli być wysoko opłacanymi „słupami”. Piszemy mogli, bo nie zostało im jeszcze udowodnione, że większą część swych wysokich wynagrodzeń przekazywali szefom grupy przestępczej.

***

Z nagranych podstępnie rozmów oraz zeznań biznesmana Leszka Czarneckiego wynika, że otrzymał on od pana przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego Marka Chrzanowskiego propozycję zatrudnienia związanego z KNF prawnika za jeden procent wartości aktywów banku. W zamian biznesmen Czarnecki uzyskałby przychylność władz państwowego nadzoru finansowego, co pomogłoby mu wyprowadzić posiadane przez niego banki z finansowych tarapatów.
Gdyby jednak biznesmen Czarnecki nie zechciał skorzystać z propozycji pana przewodniczącego Chrzanowskiego, to najwyższe władze finansowe przystąpiłyby do realizacji „planu Zdzisława”.
Planu doprowadzającego do upadki finansowego banki biznesmena Czarneckiego i przejęcia je przez państwo polskie za przysłowiową złotówkę.

***

Pomimo tak kuszącej propozycji biznesmen Czarnecki oferty Komisji Nadzoru Finansowego nie przyjął. Tylko dokumentował ją na podstępnie dokonywanych nagraniach.
A kiedy Sejm RP w trybie pilnym zechciał przyjąć rozwiązania prawne pozwalające na szybkie przejęcie tych banków, to biznesmen Czarnecki rozpoczął obronę przez atak. Wykorzystując płatne usługi mecenasa Romana Giertycha, byłego wicepremiera w rządzie pana premiera Jarosława Kaczyńskiego, upubliczniać zaczął korupcyjne propozycje pana przewodniczącego Chrzanowskiego.

***

Jeśli fakty ujawniane przez Czarneckiego i Giertycha są prawdziwe, to mamy do czynienia z powstaniem w Polsce systemu oligarchii podobnego do istniejącego już na Ukrainie. W panującym tam systemie oligarchii politycznej i finansowej bardzo często, zwłaszcza za prezydentury Wiktora Janukowicza, dochodziło do podobnych przejęć prywatnych przedsiębiorstw przez grupy finansowe związane z panującą władzą.
Mechanizm okradania był podobny. Najpierw właściciel firmy dostawał propozycję zatrudnienia wskazanych mu osób. Te systematycznie przejmowały firmę wyrzucając w końcu jej dotychczasowego właściciela lub pozostawiając go na pozbawionym wpływów stanowisku. Jeśli opierał się takiemu „reketowi”, to władze państwowe od razu przejmowały niepokorną firmę wykorzystując istniejące prawo lub tworząc je na potrzeby takiego przejęcia.

***

Jeśli wierzyć mecenasowi Giertychowi plan przejęcia banków biznesmana Czarneckiego przez państwo polskie reprezentowane przez grupę przestępczą reprezentowaną przez pana przewodniczącego Chrzanowskiego, zwany „Planem Zdzisława”, powstał w głowie pana Zdzisława Sokala. Polskiego ekonomisty. Członka zarządu Narodowego Banku Polskiego za pierwszych rządów pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Od 2015 roku doradcy finansowego pana prezydenta Andrzeja Dudy. Od 2016 roku prezesa Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Obecnego przedstawiciela pana prezydenta Dudy w Komisji Nadzoru Finansowego. Znającego się z panem prezesem Narodowego Banku Polskiego Adamem Glapińskim.

***

Co ciekawe, pan Zdzisław Sokal był powołany w 2007 roku przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego na stanowisko członka zarządu Narodowego Banku Polskiego. Wchodził też w skład rady Międzynarodowego Banku Współpracy w Moskwie a w latach 2006-2007 przewodniczył radzie nadzorczej Kredobank S.A Ukraina. Jest zatem znawcą nie tylko zachodnio europejskich bankowych standardów, ale też rosyjskich i ukraińskich rozwiązań w sferze bankowości.

***

Aby zdyskredytować biznesmana Leszka Czarneckiego związane z PiS narodowo – katolickie media przypomniały, że Leszek Czarnecki był współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa w Polsce Ludowej.
Taka informacja ma doprowadzić do automatycznego włączenia „szumideł” wśród wyborców PiS. Aby nie słuchali oni o ujawnianych aferach finansowych na szczytach władzy Prawa i Sprawiedliwości. Aby nie dotarła do nich informacja, że tworzy się u nas oligarchiczny, podobny ukraińskiemu, system sprawowania władzy.

***

Leszek Czarnecki rzeczywiście podpisał zgodę na współpracę z SB w 1980 roku. Miał wtedy 18 lat, był licealistą. SB miała obiecać mu wyjazd na zagraniczne studia. Z zachowanych materiałów i relacji jego kolegów ze studiów wynika, że aktywnym współpracownikiem jednak nie był.

***

Nie wiemy jeszcze czy ten „reket”, te plany rujnowania prywatnych polskich firm i przejmowania ich za złotówkę przez państwo PiS były częścią wielkiego planu budowy narodowo-katolickiej IV RP przez elity „Dobrej Zmiany”. Czy były pod patronatem pana prezesa NBP? Czy były akceptowane przez samego pana prezesa – sułtana Jarosława Kaczyńskiego?
Ale intuicja podpowiada „Flaczkom”, że okradanie byłego współpracownika SB, mogło być uważane przez środowiska PiS, za wielce patriotyczny czyn. Za słuszną i zbawienną walkę z „komuną”.
A w tej walce, taki szlachetny, patriotyczny wręcz, czyn, uświęca wszelkie podjęte środki.

Flaczki tygodnia

Kampania wyborcza skończyła się. Ściślej plebiscyt wyborczy. A ściślej jego pierwsza runda. Nietrudno przewidzieć, że druga runda rozpocznie się przed 11 listopada. Plebiscytem na największego patriotę.

***

Tylko Święto Zmarłych może jeszcze być wolne od wojny polsko-polskiej toczonej przez PiS z koalicją PO+. W Polsce nie wypada robić polityki na cmentarzach. Jeszcze nie wpada.

***

Hitler straszył użyciem Wunderwaffe, która miała zmienić wynik przegrywanej wojny. Japończycy rzucili do boju samobójczych kamikadze. Amerykanie bomby atomowe. To one ich zwycięstwo przypieczętowało. Nie wiem kogo naśladowali sztabowcy PiS rzucając w końcówce kampanii wyborczej swoją bombę. Telewizyjny spot znowu straszący Polaków uchodźcami. Robiący politykę na grobach. Tyle, że cudzych. Na razie.

***

Straszenie hordami uchodźców na zdrowy chłopski rozum jest w Polsce nieproduktywne. Zwłaszcza teraz. Zwłaszcza kiedy zewsząd słyszymy coraz głośniejsze postulaty, gniewne pomruki nawet, polskich przedsiębiorców żądających kontyngentów złożonych z migrantów. Bo polscy przedsiębiorcy odczuwają strach przed brakiem rąk do pracy.

***

Słyszymy zewsząd, nawet w mediach narodowo-katolickich, że bez importu siły roboczej, najlepiej z Azji, polska gospodarka nie utrzyma zaplanowanego, ambitnego tempa wzrostu gospodarczego. Bez azjatyckich rąk do pracy nie wybuduje się obiecanych przez pana premiera-milionera Mateusza Morawieckiego setek tysięcy mieszkań z programu Mieszkanie +.
Bez ludów z Azji jutro nie wybuduje się dziesiątków tysięcy mostów obiecanych przez pana premiera-milionera w czasie wczorajszej kampanii wyborczej. Nie wybuduje się też Centralnego Portu Komunikacyjnego imienia Lecha Kaczyńskiego, ani żadnej z Wielkich Budów Kaczyzmu obiecywanych przez pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego.
No może Mierzeję Wiślaną uda się bez emigrantów przekopać. Jeśli tylko PiS wygra przyszłoroczne wybory parlamentarne i zagoni do kopania przegraną opozycję.

***

Jeśli wierzyć elitom intelektualnym PiS, prawdziwi Polacy nie akceptują uchodźców, ale gotowi są zaakceptować ekonomicznych migrantów. Czyli nie chcą przyjąć, pomoc, podzielić się chlebem z osobami pokrzywdzonymi przez los. Ofiarami wojny. Nie chcą podzielić się z nimi swoim dostatkiem.
Zaakceptują zaś pobyt w Polsce osób, które zgodzą się pracować dla dalszego pomnożenia dostatku Polaków. Zaakceptują ludzi, którzy zgodzą się być ofiarami polskiego wyzysku ekonomicznego. Gotowych pracować za przysłowiową „miskę ryżu”. Za minimalną płace ustanowioną im przez pana premiera-milionera.

***

Przy okazji. Określenie „za miskę ryżu” to echo chińskiego „tie fan wan”, czyli „żelaznej miski ryżu”.
Tak w maoistowskich Chinach nazywano niskie robotnicze płace w państwowych przedsiębiorstwach. Ale gwarantujące też dożywotnie zatrudnianie oraz bezpłatne mieszkanie, opiekę zdrowotną, edukację, czasem posiłki w zakładowych stołówkach. Zapoczątkowany w 1978 rok przez Deng Xiaopinga marsz ku gospodarce wolnorynkowej łączył się z likwidacją systemu „żelaznych misek ryżu” i masowymi zwolnieniami robotników z pracy w państwowych przedsiębiorstwach. Po to aby rozbić ich solidarność klasową i zatrudniać w skomercjalizowanych przedsiębiorstwach państwowo-prywatnych. Za ryż bez gwarancji dożywotniego zatrudnienia i bez świadczeń socjalnych.
Teraz pan premier-milioner proponuje polskie wizy w zamian za pobyt w polskim obozie pracy.

***

W czasie kiedy elit PiS straszyły obywateli IV RP hordami uchodźców, te same elity PiS celebrowały rocznicę pontyfikatu papieża-Polaka. Celebrowano na kolanach, bo dla ludzi związanych z polskim kościołem katolickim Karol Wojtyła jest nie tylko papieżem, ale też świętym ich kościoła. W Polsce zasług świętego nie można kwestionować. Czynów jego, nawet tych dokonanych w stanie nie-świętości, też krytykować nie wolno.

***

Dlatego trudna jest w Polsce dyskusja o pedofilii w kościele katolickim, zwłaszcza w polskim kościele. Bo choć wiele faktów wskazuje, że papież z Polski nie zwalczał pedofilskiej plagi w swym kościele, to polskie media wspominać o tym nie chcą. W Polsce mamy kosztowne, utrzymywane przez wszystkich podatników instytucje kreujące się na instytuty naukowe. Zajmujące się badaniem, propagowaniem myśli Jana Pawła II-go. Redukujące nauczanie papieskie do kilku formułek w rodzaju „Prawda nas wyzwoli” i konserwatywnej, obskuranckiej wizji ludzkiego życia seksualnego.

***

Nie spotkałem żadnej publikacji dotyczącej problemów uchodźców i emigracji w myśli papieża Jana Pawła II-go. Choć był to papież często podróżujący po świecie i z uchodźcami, emigrantami często obcujący. Nie liczę, że taka publikacja zostanie w IV Rzeczpospolitej upubliczniona, bo tamten papież miał zupełnie inny pogląd na przyjmowanie uchodźców niż pan prezes Kaczyński.

***

Papież Jan Paweł II jest w Polsce martwy jako humanista. I zapomniany w mediach. Istnieje w zbiorowej przestrzeni jako popularny model. Wyrzeźbiony i odlany w setkach pomników. Zwykle niezwykle kiczowatych i zwyczajnie brzydkich. Służy też jako patron wspomnianych już instytucji. Dających zatrudnienie licznym osobom pragnących bezpiecznej pracy w dobrych warunkach. Za więcej niż „miska ryżu”.

 

PS. Piotr Gadzinowski dziękuje wszystkim, którzy oddali na niego głos w wyborach do Rady Miasta Warszawy.