Kto tu jest szalony?

Jarosław Kaczyński nie jest szaleńcem – muszę zacząć od zaprzeczenia popularnej tezie polskich opozycjonistów dziwujących się, że ktoś znów miał czelność ich ograć w grze politycznej.

Jeszcze kilka tygodni temu, gdy wprowadzano pierwsze różnorakie obostrzenia, zamykano granice i władza mówiła frazesy o kierowaniu się troską o obywateli, znakomita część opozycji (szczególnie lewicy z naszej bańki, co zauważył na portalu Strajk.eu Bojan Stanisławski) chwaliła PiS za rozsądek, umiejętność przewidywania i dobre serduszka. Opozycja parlamentarna na gwałt przyklepywała specjalne uprawnienia związane z epidemią. No cóż – za tchórzostwo się płaci; gdyby tego nie robiła, PiS dzisiaj, chcą walczyć wirusem, musiałby wprowadzić któryś ze stanów nadzwyczajnych, co z automatu oznacza przeniesienie wyborów na inny termin. Jeśli więc komuś zawdzięczamy możliwość farsy wyborczej, na którą się zanosi, to nie zapominajmy o naszych sejmowych patałachach.


Powtarzam, Kaczor nie jest szaleńcem. Ta niekoronowana głowa państwa rozumuje w kategorii walki o władzę, co wielokrotnie udowodnił, a zostało pięknie opisane w historii politycznej III Rzeczpospolitej. Nietrudno więc się domyślić, że wprowadzanie jakiegoś rodzaju ‘’stanu nadzwyczajnego’’ jako ‘’pierwsi w Europie’’ (co było propagandowo podkreślane) – nawet jeśli słuszne – wynikało przede wszystkim z przyczyn politycznych. Stan kryzysu i niepewności zawsze, przynajmniej na jakiś czas, wzmacnia aktualną władzę. Tego czasu starczy do obsadzenia Andrzejka pod żyrandolem, a potem się zobaczy.


Przeciętny oglądacz mediów ma wrażenie, że gdy ludzie zaczynają tracić pracę i dochody, a przyszłość staje się niepewna, zamknięci w swoim świecie politycy odprawiają jakieś szopki. W takim chaosie również zyskuje władza, bo to personalne rozgrywki i medialne pyskówki przyciągają uwagę mediów, a nie np. różne projekty składane przez opozycję. Ta ostatnia zaś nie wycofała kandydatów w wyborach (Kidawa-Błońska ‘’zawiesiła’’ kampanie, ale to raczej ze względu na fatalną kampanię i spadające sondaże), ani np. nie dogadała się, że zostaje jeden (w razie, gdyby PiS jednak chciał wybory przeprowadzić) więc można mieć wrażenie, że przecież oprócz spotkań ulicznych (na które rzadko kto przychodzi) kampania toczy się normalnie. Krótko mówiąc, znów zachowała się bojaźliwie.


W ramach owej szopki Jarosław Gowin nie ciesząc się na wybory zgłosił pomysł zmiany Konstytucji wydłużający urzędowanie Prezydenta o 2 lata i wprowadzając jednokadencyjność. Taka zmiana wymagałaby poparcia opozycji. W Konstytucji jednak czytamy, że Pierwsze czytanie projektu ustawy o zmianie Konstytucji może odbyć się nie wcześniej niż trzydziestego dnia od dnia przedłożenia Sejmowi projektu ustawy. Czyli jeśli w poniedziałek projekt wpłynie, Sejm będzie mógł za nim zagłosować dopiero za miesiąc, kilka dni przed wyborami. Potem Senat i podpis Prezydenta. Teoretycznie można zdążyć. Zarazem PiS szykuje nowelizację kodeksu wyborczego, która umożliwi wybory korespondencyjne. Tutaj też zdąży, nawet jeśli Senat przetrzyma ustawę. Opozycja ma więc chwilową władzę – może rozstrzygnąć czy Andrzej Duda będzie Prezydentem przez 5 (wybory) czy przez 2 lata (zmiana Konstytucji). PO i Lewica już jednak zadeklarowały, że zmian w Konstytucji nie poprą.