To zawsze tak się zaczyna,

niedostrzegalnie, niespodziewanie, nie do uwierzenia, ale wielkie polityczno-społeczne wydarzenia i przemiany mają często swój początek w pozornie mniej znaczących epizodach.

Śmiertelne strzały w Sarajewie do następcy tronu monarchii austro-węgierskiej stały się przyczyną wybuchu I wojny światowej, która pochłonęła 10 milionów ofiar. Z niskonakładowej „Iskry” wybuchł płomień rewolucji ogarniający nie tylko całą ówczesną Rosję. Podwyżka cen w 1970 roku, wg. Andrzeja Werblana, zupełnie zbędna, bo później została cofnięta bez poważniejszych ekonomiczno-społecznych skutków, spowodowała upadek Władysława Gomułki i zasadniczą zmianę polityki PZPR. Podobnie w przypadku niejako rutynowego zwolnienia suwnicowej Anny Walentynowicz, które wywołało strajk, powstanie Solidarności i wszelkie dalsze z tym faktem związane konsekwencje. Drzemiące od lat konflikty interesów, niespełnione oczekiwania i żądania mas, nierozwiązane rozliczne problemy stanowią rzeczywistą przyczynę znaczących wydarzeń, ale to zawsze tak się zaczyna.
Tym razem nieznany doktor Li
w jakimś dalekim Wuhen, gdzieś w Chinach – w mieście o którym mało kto słyszał, choć ma prawie 10 mln mieszkańców, dwadzieścia kilka wyższych uczelni, dwieście wieżowców ponad 150 metrowych i potężny przemysł – ogłosił w grudniu 2019 roku początek choroby COVID-19 i nowej epidemii, w co nie chciały uwierzyć miejscowe władze, a świat tym bardziej. O jej dalszym przebiegu dowiadywali się i doświadczali go, nadal często z niedowierzaniem, mieszkańcy kolejnych krajów, aż objęła cały świat, również zadamawiając się nad Wisłą, także na kwarantannie w naszych mieszkaniach.
Wszystkie epidemie, co dowodzi historia, niosące spustoszenie ludnościowe i szereg innych negatywnych skutków, wcześniej czy później kończyły swe tragiczne żniwo. Tak będzie i z koronawirusem, bo drastyczne acz skuteczne działania ograniczą jego zasięg, wygaśnie w nadchodzących wysokich temperaturach i suchym powietrzu, zatrzyma go w rozprzestrzenianiu, wcześniej czy później, nowa szczepionka. „To koniec świata, jaki znamy, Nowy tworzy się w tych dniach’’ pisze „Newsweek” (16-22.03.2020) i tak zapewne będzie się działo.
Skutki poza zdrowotne pandemii przede wszystkim ekonomiczne, a w konsekwencji społeczne i polityczne, już obserwowane, będące dziś nie tylko nie do przecenienia, ale i wyobrażenia, przybiorą postać procesu poważnych zmian.
Wymusi je recesja. Marek Belka we wspomnianym „Newsweeku” mówi, że z takim kryzysem jak dziś nie mieliśmy do czynienia i dodaje : „tak naprawdę to dokładnie nic nie wiemy. To znaczy wiemy, w jakim kierunku będzie się zmieniać sytuacja. I może trochę wiemy, co powinniśmy robić, ale absolutnie nie znamy jeszcze skali tego zjawiska.”
Bessa, ograniczenie działalności bądź upadek wielu firm, dalsze poważne pogłębienie różnic w poziomie materialnym, zwolnienia i katastrofalny wzrost liczby osób pozbawionych źródeł dochodu, aż do drastycznych sytuacji z częstym zagrożeniem życia. Wpływ odczuje także sektor bankowy, który podejmie z konieczności pewne przekształcenia, ale głównie w swojej obronie. Czekać go jednak będą zasadnicze zmiany, gdyż nie będzie mogła powtórzyć się sytuacja jak po kryzysie 2008 roku kiedy „rządy i banki centralne – tłumaczy ekspert z brytyjskiej komisji nadzoru finansowego Maciej Wróblewski – wpompowały do sektora finansowego mnóstwo pieniędzy w nadziei, że trafią one do realnej gospodarki, będzie więcej pracy, wyższe zarobki, klasa średnia odetchnie i poczuje się bardziej pewnie. Nic takiego nie nastąpiło. Pieniądze prawie w całości zostały zjedzone przez sektor finansowy.”
Ta wirusowa i postwirusowa sytuacja wywoła zwielokrotnione żądania pomocy, ratunku i zmiany, wyrażające się także w bardziej lub mniej zorganizowanych masowych oczekiwaniach, protestach i co za tym, w koniecznej sanacji dotychczasowej polityki finansowej i społecznej szeregu państw. Dominującymi będą gremialne oczekiwania egalitarne, partie i ruchy społeczne występujące pod takimi hasłami zyskają zwiększone poparcie, co wyrazi się także w przejmowaniu przez nie rządów. Można spodziewać się zamieszek, a nawet wystąpień rewolucyjnych. Czas więc najwyższy na lewicową „Doktrynę szoku” – jak pisze Bartosz Rydliński w „Dziennik-Trybuna” (20.03.2020) – „ten okropny kryzys, największej globalnej epidemii od 700 lat może być szansą na zastoso­wanie naszej, socjaldemokratycz­nej „Doktryny szoku”… W polskich warunkach, które są nadzwyczaj neoliberalne w europejskim kontekście, Lewica powinna przedstawić swój program reform, które wychodziłby daleko poza dotychczasowe schematy.”
„Zarażony kapitalizm” – tytuł z „Newsweeka” – będzie musiał przejść nadzwyczaj poważną kurację z wielokrotnym zastosowaniem respiratora i być może znów mu się uda, co zresztą już się zdarzało, i trzeba przyznać, z powodzeniem.
„Nie pytajmy w tych dniach
– pisze we wstępniaku cytowanego tytułu jego redaktor naczelny – tylko o to, jak egzamin z walki z wirusem zdają rządzący. Pytajmy samych siebie, jak my go zdajemy.” Ta sentencja połączona z szeregiem koniecznych zaleceń i zmian w naszych zachowaniach oraz postawach jest oczywiście słuszna. Ale żadną miarą nie wykluczy ocen rządzących, ich poprzednich i aktualnych decyzji, założeń prowadzonej polityki i preferencji dla określonych wydatków, zaniedbań starych i najnowszych. I nie będzie to dotyczyło jedynie służby zdrowia powszechnie niedoinwestowanej i zbyt często niedostępnej, niejednokrotnie skomercjalizowanej do granic absurdu i biznesowego interesu, niewydolnej na co dzień, a więc tym bardziej bezradnej w pandemicznej sytuacji.
Hiszpańska biolog napisała: Dajecie piłkarzom milion miesięcznie, a naukowcom 1800 euro. Szukacie teraz ratunku? Poproście Ronaldo i Messiego, niech oni Wam teraz znajdą lekarstwo. Takich nonsensów odnaleźć można bez liku we wszystkich dziedzinach naszego publicznego, podobno normalnego, życia, a za wszystkimi kryje się paradygmat kapitalizmu, którym był zawsze i jest nadal wszechogarniający zysk. Czy może się to zmienić, przynajmniej ograniczyć, to się dopiero okaże po skutkach dalszego przebiegu pandemii COVID-19. Jedno natomiast jest pewne, że, jak pisze Wojciech Orliński („GW”, 21.03.2020) : „Dziś już widzimy jasno jak nigdy: polityka drobnych kroków i kompromisów, unikania wielkich wyzwań nie działa”.
W nieunikniony sposób
tocząca się światowa zaraza srogo egzaminuje instytucje państwa, ich wydolność i sprawność w sytuacji powszechnego zagrożenia. Witold Jurasz w obszernej publikacji na Onecie (17.03.2020) zastanawia się „Czy koronawirus zabije demokrację i Unię Europejską?” Czytamy: „Chiński cud gospodarczy sprawił, że coraz więcej osób – również w państwach europejskich – zaczęło zadawać sobie pytanie, czy istotnie nadal demokracja jest najbardziej wydajnym systemem rządzenia. Jeśli okaże się, że liberalne demokracje nie dość, że nie gwarantują rozwoju gospodarczego i nie są w stanie zapanować nad narastającymi, drastycznymi nierównościami społecznymi, to jeszcze – co gorsza – w sytuacji zagrożenia życia i zdrowia obywateli są mniej efektywne od państw autorytarnych, popularność demokracji nieuchronnie ucierpi.”
Nie można odmówić autorowi szeregu słusznych obserwacji, pytań i uwag, ale jak to w naszej oficjalno-poprawnej publicystyce bywa, odważnych stwierdzeń brak, podobnie jak twórczych wniosków, Za to przy okazji sporo łatek przypina znienawidzonej, na tę wirusową okoliczność zupełnie bez sensu, jak zawsze Rosji, no i Chinom, bo tak wypada, gdyż wspólnie z USA bardzo ich nie lubimy. Wobec światowego, ekonomicznego sukcesu Państwa Środka autor staje bezbronny, ale w sprawie odpowiedzialności za pandemię wiąże to z jego autorytaryzmem, tak jakby tylko w takim ustroju powstawał wirus, a nadto celowo zamieniło Jedwabny na Koronawirusowy Szlak.
Już pierwsze słowa o niewydolnych liberalnych demokracjach z drastycznymi społecznymi nierównościami powinny kierować Jurasza ku jakimś poważniejszym rozważaniom o konieczności zmian, ale on tylko z żalem uważa, że „ucierpią”, utyskuje także, nota bene słusznie, nad niesprawnością mechanizmów Unii Europejskiej, co zresztą nie prowadzi go do żadnych poważniejszych sugestii.
Podobnie jest z opinią: „Model liberalnej demokracji może być zagrożony jak nigdy dotąd, a partie autorytarne i populistyczne będą zyskiwać nowych zwolenników”, bo Juraszowi nie mogą żadną miarą przejść przez klawiaturę laptopa słowa lewica, partie lewicowe i socjaldemokratyczne z lewicowym programem gdyż wg niego stygmatyzowane populizmem, nie mieszczą się w modelu demokratycznym. Proponowana przez autora korekta liberalnej demokracji to tylko odzyskanie przez państwo siły i zdecydowania, lepsi przywódcy i odważniejsze media. Ostatnie to najlepiej pro domo sua.

Nad rozlanym mlekiem wypłakuje też Mateusz Mazzini w tekście „Koronawirus może dobić liberalne demokracje” („GW”,24.03.2020), tak jakby same wcześniej straceńczą drogą żwawo nie podążały i jakby były warte dyskusji, jak o idealnym państwie Platona.
Dla porządku rzeczy dodać należy, że tym opiniom basuje Janusz Winnicki z „Polityki” w tekście „Zachód walczy z wirusem, a Chiny ruszają z propagandą”, którego początek brzmi: „Chiny ruszają światu na pomoc…niosą pomoc umęczonym Włochom, oferują ją Polsce i innym krajom. Ślą ją też Afryce…Nawet tam, do zamożnej Europy, na pokładzie wielkich samolotów transportowych lecą maseczki i testy. Chińscy lekarze dzielą się wiedzą i doświadczeniem, jak hamować postępy choroby. Stąd wrażenie, że w Państwie Środka, które w rozwoju Covid-19 jest kilka tygodni m.in. przed Europą, leży jedna z niewielu nadziei na szybkie uzyskanie posiłków.” Kolejne, odważne i mądre kiedyś, medium manipuluje tytułem materiału, aby tym komunistom z Azji jednak przywalić.
A w Polsce DPP
(Dobry Pan Prezydent) podjął wreszcie, w odróżnieniu od Czech i Węgier, nie mówiąc już o Włoszech, które to dużo wcześniej uczyniły, decyzję z szybkością szachisty i już (!!!) 24 marca zadzwonił do prezydenta Chin z prośbą o pomoc w sprzęcie ochronny dla personelu medycznego i innych służb. Samoloty z maseczkami, rękawiczkami jednorazowymi, kombinezami i respiratorami (!!!). już lądują na Okęciu, a Polakom przestraszonym i przerażonym epidemią, nieuniknioną ekonomiczną zapaścią i brakiem środków do życia rządowy obóz funduje kolejny spektakl kłamstwa, matactwa i tradycyjnego już łamania prawa z niealegorycznym danse macabre w tle.
Trzej jeźdźcy spełnionej pisowskiej apokalipsy dosiedli koronawirusa i próbują galopować do prezydenckiego zwycięstwa. Szable w dłoń, co prawda telewizyjna troszkę się wyszczerbiła, ale nic to. Naczelnik państwa, po chwilowym powrocie z politycznej kwarantanny, uważa, że dla kraju złe byłoby, gdyby po epidemii prezydent i premier byli z różnych opcji politycznych, że najwięcej z powodu epidemii koronawirusa stracił urzędujący prezydent, a nadto poucza tego ostatniego, że może od czasu do czasu wygłosić orędzie, ale przecież nie może nadużywać tej możliwości. Natomiast PAD w roli Głównego Inspektora Sanitarnego przesadnie nadużywa swych sił na terenie całego kraju, bohatersko narażając się wirusowi i politycznej opozycji. Premier albo kłamie w żywe oczy albo mija się z prawdą opowiadając wszem i wobec m. in. o ponad 200 miliardach rządowej pomocy obywatelom. I tylko giermek Szumowski, na wzór sienkiewiczowskiego Rzędziana zachowuje spokój i trzeźwy obraz tej pandemicznej bitwy , chociaż podległe mu służby chronić i ratować będą dopiero chińskie dostawy.
Wadim Tyszkiewicz: „jak można tak bezczelnie wykorzystywać tą trudną sytuację do umacniania władzy jedynie słusznej partii i lansowanie się prezydenta? Wstyd. Polacy czekają na konkretne działania, na dostępne testy, maseczki, na wyposażone szpitale, a nie na kłamstwa i lans polityków, wykorzystujących dramatyczną sytuację.”
Zdecydowana większość,
bo aż 70 proc. Polaków chce przesunięcia daty wyborów prezydenckich. Dla PiS byłoby najlepiej gdyby odbyły się w najbliższą niedzielę, bo po 10 maja, nawet jak by trochę została opanowana epidemia koronawirusa, to krajobraz po burzy nie będzie sprzyjał zwycięstwu. Tak to się zawsze zaczyna.