Władzy energetyczne mrzonki

Rząd nagle przyspieszył i ogłosił długo oczekiwaną „Politykę energetyczną Polski do 2040 roku”. To, co publicznie pokazano, to tylko streszczenie strategicznego dokumentu, ale i tak zawiera bardzo ambitne zapisy, uwzględniające plany europejskie oraz fantazje własne.

Najbardziej bajkowym celem jest zeroemisyjny system energetyczny, ale z zastrzeżeniem, że jest to cel długoterminowy, bez określenia horyzontu czasowego, a więc trudny do zweryfikowania.

Inne cele są bardziej skonkretyzowane.Efektywność energetyczna w obecnej dekadzie ma wzrosnąć o 23 proc., a więc o tyle ma spaść zużycie energii pierwotnej, co w sytuacji zapóźnienia energetycznego Polski w stosunku do „starej” Europy jest celem równie ambitnym co mało racjonalnym, zwłaszcza jeśli będziemy pamiętać o milionie elektrycznych samochodów Morawieckiego i całym planie rozwoju elektromobilności.
Energetyka wiatrowa na morzu ma uzyskać 5,9 GW mocy zainstalowanej w 2030 roku i 11 GW w perspektywie 2040 roku ( przypominam, że na razie żadnych mocy na morzu nie mamy )…

Fotowoltaika odpowiednio: 5-7 GW i 10-16 GW. Gdyby ten cel zrealizowano w praktyce, biorąc pod uwagę zakładany spadek zużycia energii pierwotnej i planową budowę 6 bloków jądrowych po 1-1,6 GW mocy ( z których pierwszy ma być oddany do użytku w 2033 roku ) inne źródła energii w 2040 roku nie byłyby potrzebne… A przecież mowa również o wzroście znaczenia biomasy, biogazu, geotermii i pomp ciepła… Ale jeszcze w 2030 roku udział OZE, uwzględniając obok energetyki również ciepłownictwo i transport ma wynosić jedynie 23 proc….

A co z podstawą obecnej energetyki i ciepłownictwa czyli węglem kamiennym i brunatnym? Tutaj konkretów jakby mniej, trudno powiedzieć dlaczego. Można tylko podejrzewać, że chodzi o trwające rozmowy ze środowiskiem górniczym. Znalazłem tylko zapis procentowy w kontekście roku 2030 – udział węgla w wytwarzaniu energii elektrycznej ma nie przekraczać 56 proc., ale przy podwyższonych cenach uprawnień do emisji CO2 może spaść nawet do 37,5 proc.! Przypominam, że obecnie, pomimo kryzysowego spadku, nadal przekracza 70 proc…. O udziale węgla w miksie energetycznym w 2040 roku nie ma ani słowa, ale sformułowano tezę, że do tego czasu zostanie zbudowany niemal nowy system elektroenergetyczny, którego podstawą będą źródła nisko i zero-emisyjne.

A więc jednak rewolucja!

Powstaje tylko pytanie: kto i za jakie pieniądze te nowe moce zbuduje?
Rząd szacuje koszty transformacji energetycznej do 2040 roku na 1,6 bln zł.
Ale transformacja nie zostanie wtedy zakończona; przecież nawet w dokumentach europejskich jest mowa o perspektywie 2050 roku… Śmiem twierdzić, że koszty transformacji energetycznej Kraju, liczone łącznie z ciepłownictwem i transportem znacząco przekroczą 2 bln zł, a więc poziom obecnego rocznego PKB Polski!

Skąd te pieniądze wziąć – rząd nie mówi.

W perspektywie 2030 roku, a więc połowy okresu planistycznego omawianej strategii wymienia skromną, w kontekście szacowanych kosztów, kwotę 260 mld zł ze środków unijnych i krajowych, w tym 60 mld zł na tzw. sprawiedliwą transformację 6 regionów górniczych, za które chce m.in. stworzyć 300 tysięcy nowych miejsc pracy.

Czyli wychodzi na to, że w latach 2021-2030 – 260 mld zł, a w latach 2031-2040 – 1bilion 340 mld zł! Skąd się ma wziąć to przyspieszenie w drugiej dekadzie Wielkiego Planu i te pieniądze?

Czy nie lepiej byłoby gdyby zamiast karmić społeczeństwo fantasmagoriami z nieograniczonych zasobów Pinokia z coraz dłuższym nosem, skoncentrować siły i środki na tym w pierwszej kolejności co naprawdę truje ludzi, a więc niskiej emisji, zwłaszcza w starych centrach naszych miast; wyeliminować wszystkie „kopciuchy”, płacąc ludziom 90% za wymianę źródeł ogrzewania i pokrywając niezamożnym obywatelom część kosztów energii i ogrzewania, likwidując ubóstwo energetyczne.
Zapatrzeni w projekt polskiego elektrycznego samochodu zapominamy, że trują nas głównie stare diesle, sprowadzane z Niemiec czy Holandii, a z transportu publicznego korzysta zaledwie 15% społeczeństwa.
Odnawialne źródła energii trzeba rozwijać, i w energetyce i w ciepłownictwie i w indywidualnym budownictwie, ale wydawanie ogromnych pieniędzy, których zresztą nie ma, na budowanie nowych piramid – na zawsze potencjalnie groźne elektrownie jądrowe – to w XXI wieku ekstrawagancja i anachronizm.

Oczywiście, że obok OZE potrzebny jest stabilizator systemu energetycznego. W Polsce, zanim nowe projekty stabilnego pozyskiwania energii wypalą – mamy węgiel – własny zasób energetyczny, decydujący o naszym bezpieczeństwie energetycznym i jak się okazuje, w warunkach zimowych – nawet Szwecji.

Trzeba też pamiętać, że bez węgla koksowego nadal trudno wytapiać stal, potrzebną choćby do budowy wiatraków czy jakichkolwiek samochodów, również elektrycznych. A odrobiny węgla potrzebuje również przemysł karbochemiczny, a nawet farmaceutyczny.

Zastosowanie, jako surowca pomostowego w transformacji energetycznej, gazu, którego zresztą mamy tyle co kot napłakał, zwiększy jeszcze astronomiczne koszty tej transformacji ( czeka nas dwukrotna transformacja).

Polski nie stać na faraońskie pomysły obecnej władzy.
Nie jest też racjonalne mydlenie oczu przez rząd Morawieckiego europejskim politykom.

Bezrefleksyjne akceptowanie nowego celu europejskiego zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych w perspektywie 2030 roku o 55% zamiast dotychczasowych 40%, bez zabezpieczenia środków finansowych na ten cel, to kolejne bajki dla grzecznych dzieci.

Gdyby jednak traktować je poważnie, to bez porozumienia ogólnoświatowego tylko obniżymy konkurencyjność polskiej i europejskiej gospodarki i przyspieszymy ucieczkę energochłonnego i nie tylko energochłonnego przemysłu do Azji.

Światowa pandemia pokazała natomiast, że posiadanie własnego przemysłu to kwestia nie tylko ekonomii ale i bezpieczeństwa.
Polityka Energetyczna Polski do 2040 to dokument życzeniowy.
Dla części obserwatorów jest świadomą zasłoną dymną gabinetu M. Morawieckiego, a dla innych – dowodem na kierowanie się przez ten rząd biblijną zasadą, że „wiara góry przenosi”…