Koronawirus w chińskiej mgle

Powrót komisji śledczej Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) z Wuhan w Chinach, gdzie miała narodzić się nieszczęsna pandemia, był tak rozczarowujący, tak mało przyniósł, że skutek uboczny jej poszukiwań – uniewinnienie nietoperza i łuskowca można uznać za sukces. Komisja wysuwa hipotezę, że koronawirus był odzwierzęcy i że możliwe, że wziął się z targu, może nawet z jakiegoś zamrożonego dzikiego zwierzęcia, ale nie wiadomo jakiego. Może to był wiewiór z Epoki Lodowcowej, który zgubił orzeszek?

Mgła otaczająca początki obecności koronawirusa na naszej planecie jest niemal smoleńska, nic nie widać i nauka pozostaje zaskakująco zdezorientowana, jeśli chodzi o wyjaśnienie, skąd on się wziął. Komisja śledcza WHO wybierała się do Chin jak sójka za morze. Do tego Pekin kilkakrotnie odwoływał swą gotowość na jej przyjęcie, raz nawet, gdy eksperci siedzieli już w samolotach. Kiedy już w końcu przylecieli, kazano im jeszcze siedzieć w hotelach przez dwa tygodnie kwarantanny, dwa kolejne zostały na śledztwo.
Można odnieść wrażenie, że wyjazd komisji był zbyt długo i szczegółowo negocjowany. Chiny mają duże wpływy w WHO, bo ją finansują nie mniej niż Bill Gates, więc to się odbyło stosunkowo bezboleśnie, ale ich niechęć do międzynarodowego węszenia na miejscu była widoczna. Komisja szybko, zgodnie z oczekiwaniami Chińczyków, niemal wykluczyła słynne laboratorium w Wuhan z prawdopodobnych źródeł koronawirusa, co podejrzewała administracja amerykańska za Trumpa.
Są eksperci, w tym wielcy naukowcy, którzy utrzymują lub wykazują, że koronawirus jest tworem inżynierii genetycznej, lecz nie jest to przekonanie większościowe i rzadko trafia do mediów. Ta sprawa pozostaje niejasna tak samo jak inne, bo poza tym śledczy przywieźli z Wuhan same hipotezy. Na krytykę odpowiadali, że mieli zbyt mały dostęp do danych, a dziś Stany Zjednoczone i WHO oficjalnie nacisnęły na Pekin, by był bardziej otwarty.
Peter Ben Embarek, który brał udział w misji WHO w Wuhan, narzekał dziś oficjalnie, że było mało czasu, a zamiast surowych danych z początku epidemii, eksperci dostali ich omówienia i interpretacje. Odezwał się też Biały Dom, który zerwał z WHO za Trumpa, wyrażając swój „silny niepokój” w kwestii braku informacji ze strony chińskiej. Szef WHO o niemożliwym nazwisku Tedros Adhanom Ghebreyesus zapewnił zaraz, że „wszystkie hipotezy pozostają na stole”. Znaczy to tyle, że nic nie wiadomo.
Tyle wiemy. Koronawirus wyłonił się z mgły, pozostaje polem podziemnych bitew politycznych na najwyższym szczeblu, a przed nami znowu mamy mgłę: różne mutacje. Wiadomo już, że można ciężko zachorować z powodu wariantu południowoafrykańskiego, nawet gdy się już przeszło „zwykły”, łagodny kowid kilka miesięcy wcześniej. Odporność, która powinna była się pojawić, nie wystarcza. Nie wiemy skąd idziemy i dokąd zmierzamy. W prasie specjalistycznej ukazują się badania, które wskazują, że koronawirus był obecny w Europie, zanim pojawił się na bazarze w Wuhan. Ba, są hipotezy, że grasuje po świecie już od 10 lat, tyle, że chorobę, którą wywoływał, brano za grypę.
Bez wątpienia Chińczycy ukrywają to, czy tamto. W ostatnich miesiącach przebijają się jednak z Chin filmiki o kwarantannach zarządzanych nagle w niektórych miastach. Nikt nie może się z takiej wydostać, spawa się nawet drzwi do domów i bloków. Psy do sikania ludzie spuszczają z pięter na linach i sznurkach. Muszą dzielić się jedzeniem z sąsiadami, bo jedzenia się już nie dostarcza. Jest dużo tragedii, podzielonych rodzin i nieskończone, przymusowe kolejki do testów PCR, w tym analnych. Np. zamknięto prawie cały Pekin, gdy pojawiły się cztery, „importowane” przypadki, jakby to były jakieś ćwiczenia wojskowe. Boksowanie we mgle przeciw niewidzialnemu wrogowi zostanie symbolem pandemii, choćbyśmy znali prawdę.