Koronawirus w chińskiej mgle

Powrót komisji śledczej Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) z Wuhan w Chinach, gdzie miała narodzić się nieszczęsna pandemia, był tak rozczarowujący, tak mało przyniósł, że skutek uboczny jej poszukiwań – uniewinnienie nietoperza i łuskowca można uznać za sukces. Komisja wysuwa hipotezę, że koronawirus był odzwierzęcy i że możliwe, że wziął się z targu, może nawet z jakiegoś zamrożonego dzikiego zwierzęcia, ale nie wiadomo jakiego. Może to był wiewiór z Epoki Lodowcowej, który zgubił orzeszek?

Mgła otaczająca początki obecności koronawirusa na naszej planecie jest niemal smoleńska, nic nie widać i nauka pozostaje zaskakująco zdezorientowana, jeśli chodzi o wyjaśnienie, skąd on się wziął. Komisja śledcza WHO wybierała się do Chin jak sójka za morze. Do tego Pekin kilkakrotnie odwoływał swą gotowość na jej przyjęcie, raz nawet, gdy eksperci siedzieli już w samolotach. Kiedy już w końcu przylecieli, kazano im jeszcze siedzieć w hotelach przez dwa tygodnie kwarantanny, dwa kolejne zostały na śledztwo.
Można odnieść wrażenie, że wyjazd komisji był zbyt długo i szczegółowo negocjowany. Chiny mają duże wpływy w WHO, bo ją finansują nie mniej niż Bill Gates, więc to się odbyło stosunkowo bezboleśnie, ale ich niechęć do międzynarodowego węszenia na miejscu była widoczna. Komisja szybko, zgodnie z oczekiwaniami Chińczyków, niemal wykluczyła słynne laboratorium w Wuhan z prawdopodobnych źródeł koronawirusa, co podejrzewała administracja amerykańska za Trumpa.
Są eksperci, w tym wielcy naukowcy, którzy utrzymują lub wykazują, że koronawirus jest tworem inżynierii genetycznej, lecz nie jest to przekonanie większościowe i rzadko trafia do mediów. Ta sprawa pozostaje niejasna tak samo jak inne, bo poza tym śledczy przywieźli z Wuhan same hipotezy. Na krytykę odpowiadali, że mieli zbyt mały dostęp do danych, a dziś Stany Zjednoczone i WHO oficjalnie nacisnęły na Pekin, by był bardziej otwarty.
Peter Ben Embarek, który brał udział w misji WHO w Wuhan, narzekał dziś oficjalnie, że było mało czasu, a zamiast surowych danych z początku epidemii, eksperci dostali ich omówienia i interpretacje. Odezwał się też Biały Dom, który zerwał z WHO za Trumpa, wyrażając swój „silny niepokój” w kwestii braku informacji ze strony chińskiej. Szef WHO o niemożliwym nazwisku Tedros Adhanom Ghebreyesus zapewnił zaraz, że „wszystkie hipotezy pozostają na stole”. Znaczy to tyle, że nic nie wiadomo.
Tyle wiemy. Koronawirus wyłonił się z mgły, pozostaje polem podziemnych bitew politycznych na najwyższym szczeblu, a przed nami znowu mamy mgłę: różne mutacje. Wiadomo już, że można ciężko zachorować z powodu wariantu południowoafrykańskiego, nawet gdy się już przeszło „zwykły”, łagodny kowid kilka miesięcy wcześniej. Odporność, która powinna była się pojawić, nie wystarcza. Nie wiemy skąd idziemy i dokąd zmierzamy. W prasie specjalistycznej ukazują się badania, które wskazują, że koronawirus był obecny w Europie, zanim pojawił się na bazarze w Wuhan. Ba, są hipotezy, że grasuje po świecie już od 10 lat, tyle, że chorobę, którą wywoływał, brano za grypę.
Bez wątpienia Chińczycy ukrywają to, czy tamto. W ostatnich miesiącach przebijają się jednak z Chin filmiki o kwarantannach zarządzanych nagle w niektórych miastach. Nikt nie może się z takiej wydostać, spawa się nawet drzwi do domów i bloków. Psy do sikania ludzie spuszczają z pięter na linach i sznurkach. Muszą dzielić się jedzeniem z sąsiadami, bo jedzenia się już nie dostarcza. Jest dużo tragedii, podzielonych rodzin i nieskończone, przymusowe kolejki do testów PCR, w tym analnych. Np. zamknięto prawie cały Pekin, gdy pojawiły się cztery, „importowane” przypadki, jakby to były jakieś ćwiczenia wojskowe. Boksowanie we mgle przeciw niewidzialnemu wrogowi zostanie symbolem pandemii, choćbyśmy znali prawdę.

Unia Europejska, szczepionki i lewica

Historia zakupu i wdrożenia szczepionek na COVID-19 obnażyła sprzeczności w Unii Europejskiej oraz ograniczenia rynku kapitalistycznego w radzeniu sobie z kryzysem. Zobaczyliśmy tarcia zarówno między UE a Wielką Brytanią, jak i wewnątrz samej Unii. Przypomina się kryzys zadłużenia z 2011 i 2012 roku. Wobec faktu, że dysponujemy już szczepionkami Oxford/AstraZeneca, produktami firm Pfizer/BioNTech, Moderna i innymi, które są już podawane na całym świecie, można by pomyśleć, że zbliżamy się do końca pandemii. Tak nie jest, bo spekulanci farmaceutyczni i polityczni przedstawiciele klasy rządzącej sprzeciwiają się wprowadzaniu produktów na rynek w niektórych z najbardziej dotkniętych wirusem krajów. Aby powrócić do „normalności” i rozruszać gospodarkę, ignorują naukę i idą na skróty, narażając tym samym życie ludzi na całym świecie. Big Pharma działa w szczególnie skandaliczny sposób, pokazując, że jej rolą w społeczeństwie nie jest dostarczanie leków ani żaden inny filantropijny cel, lecz po prostu osiąganie zysków i wypłacanie dywidend swoim akcjonariuszom.

Pod koniec 2020 roku Der Spiegel doniósł, że Pfizer negocjował z Europejską Agencją Leków (EMA) możliwość wyodrębnienia szóstej dawki z każdej wyprodukowanej fiolki preparatu. Mogło to oznaczać zwiększenie tempa wdrażania leku o 20 proc.. W warunkach gospodarki planowej byłaby to doskonała wiadomość. Nie w kapitalizmie – początkowo Pfizer zapowiadał, że zmiana zostanie dokonana w celu zwiększenia możliwości szczepień, tylko po to, by w rzeczywistości zmniejszyć zasięg dostaw, za to zwiększyć swoje zyski o 17 proc. Pfizer „skorygował” swoje dostawy, szacując, że umowa dotyczyła jednej dawki, a nie jednej fiolki preparatu. Tylko na tym zarobił 17 proc. Pfizer ogłosił, że w pierwszej partii wyprodukuje 100 milionów fiolek, a nie 120 milionów, jak uzgodniono. Co stałoby się z 20 milionami dawek po 12 euro za dawkę? Pfizer sprzedałby je najwyżej licytującemu na rynku międzynarodowym. O tajnych porozumieniach między Pfizerem a Komisją Europejską dotyczących cen szczepionek dowiedzieliśmy się dopiero dzięki usuniętemu później tweetowi belgijskiej minister Evy de Bleeker. Są też inne przykłady postawienia interesów wielkich firm przed interesem ludzi: na razie tylko Włochy, pod naciskiem stowarzyszeń konsumenckich, planują pozwać Pfizera do sądu za niedostarczone szczepionki. Belgia, gdzie produkowana jest szczepionka, woli nie wytaczać procesów, prawdopodobnie z obawy, że koncern może zdecydować się na przeniesienie produkcji. Rząd francuski wynegocjował umowę, na mocy której produkować i dystrybuować szczepionkę Pfizera będzie „narodowe konsorcjum” Sanofi, jednak nie o obronę interesów francuskich obywateli tu chodzi, a właśnie o wsparcie rzeczonego koncernu.
AstraZeneca również znalazła się w centrum uwagi. W przeddzień zatwierdzenia szczepionki przez Europejską Agencję Medyczną, jej dyrektor generalny Pascal Soriot udzielił skandalicznego wywiadu dziennikowi La Reppublica. Najpierw zganił UE za to, że „spóźniła się” w negocjacjach, podpisując umowę trzy miesiące później niż Wielka Brytania, a potem stwierdził, że „ludzie stają się zbyt emocjonalni”. Dlaczego? Dlatego, że sugerują, jakoby produkcja szczepionek miała służyć ludzkości, a nie zyskom.
To nie koniec: unijni urzędnicy są już praktycznie przekonani, że AstraZeneca próbowała uniknąć wypełnienia zobowiązań podjętych wobec UE, która dokonała przedpłaty w wysokości setek milionów euro. Innymi słowy, koncern spekulował szczepionką i pieniędzmi zaoferowanymi przez UE. Podczas spotkania w dniu 25 stycznia pomiędzy urzędnikami państw członkowskich i UE oraz przedstawicielami brytyjsko-szwedzkiego konglomeratu farmaceutycznego AstraZeneca delegacja z Brukseli usłyszała zresztą od ludzi koncernu, że produkcja szczepionek będzie daleka od zobowiązań kontraktowych. AstraZeneca prowadzi z UE grę w kotka i myszkę i trzyma się twardo swoich racji, twierdząc, że umowa wymaga od niej jedynie „najlepszych starań”. Jako że wynegocjowane kontrakty pozostają całkowicie lub częściowo tajne, można zakładać, że przedstawiciele firmy mówią prawdę. Dlaczego miałby kłamać, skoro sam ryzykuje co najwyżej tym, że UE opublikuje umowę? W takim wypadku to Komisja Europejska pokaże swoją niezdolność do negocjowania kontraktów z myślą o zdrowiu publicznym i wszyscy będą mogli się przekonać, że zdolna do skutecznego negocjowania jest tylko wtedy, gdy jest to korzystne dla Big Pharmy. To właśnie UE robiła przez ostatnie siedem dekad! Problem polega na tym, że interesy niektórych firm farmaceutycznych stoją w sprzeczności z interesami państw (mieszkańców) UE…
Sytuacja zaczyna rozwija się w myśl hasła „każdy działa na własną rękę”. Węgry już ogłosiły, że będą kupować szczepionki z Rosji i Chin, pomimo braku zgody (lub nawet prośby o zgodę w przypadku Chin) ze strony władz europejskich. Sandra Gallina, negocjatorka umów między UE a Big Pharmą, ogłosiła 12 stycznia, że nie wie o żadnych innych umowach poza tymi wynegocjowanymi przez Komisję, a gdyby takie istniały, to – jak powiedziała – byłyby sprzeczne z Traktatem (TFUE). Węgry jednak nie wydają się tym poruszone. Także niemiecka elita rządząca nie wydaje się zainteresowana jakąkolwiek „europejską solidarnością”. Coraz wyraźniej widać, że tak zwana „jedność europejska” rozpada się, gdy tylko pojawia się kryzys. Nie inaczej będzie w przypadku pandemii COVID-19. Widzieliśmy to zresztą jeszcze zanim doszło do pierwszych szczepień. Przypomnijmy, że Komisja Europejska nie raz proponowała ustanowienie europejskich przepisów dotyczących podróży obywateli UE, w granicach wspólnoty. Jednak do tej pory wszystkie środki były wdrażane na poziomie krajowym, bez żadnej koordynacji między państwami członkowskimi.
A teraz kontrola!
Unia Europejska jest przede wszystkim strefą wolnego handlu i rynkiem. 70 lat integracji europejskiej stworzyło klub, którego członkowie są zmuszeni do zawierania porozumień, aby móc odgrywać rolę na rynkach światowych. Historia jest jednak pełna dziwnych wydarzeń. Obecny kryzys zmusił Unię Europejską do zaproponowania kontroli eksportu w celu zapewnienia, że Pfizer, AstraZeneca i i inni nie będą eksportować części szczepionek za granicę. Spowodowało to natychmiastowy konflikt między Unią Europejską a Wielką Brytanią, zaledwie trzy tygodnie po wystąpieniu tej ostatniej z UE.
Mimo że regulowanie handlu zagranicznego jest antytezą wszystkiego, za czym opowiada się Komisja Europejska, uparta rzeczywistość jest taka, że aby utrzymać pozory kontroli nad sytuacją, musiała ona zaproponować mechanizm kierowania produkcją szczepionek. Mechanizm ten został ogłoszony przez europejską komisarz ds. zdrowia i bezpieczeństwa żywności Stellę Kyriakides w piątek 29 stycznia… i w ciągu 48 godzin musiał zostać wycofany z powodu skarg rządu irlandzkiego, gróźb odwetu ze strony Wielkiej Brytanii i krytyki w Komisji Europejskiej ze strony tych, którzy (logicznie!) postrzegali go jako obciążenie dla wolnego rynku. Irlandzki premier szybko zadzwonił do Ursuali Von der Leyen, aby poskarżyć się na użycie artykułu 16 umowy Brexitowej UE-Wielka Brytania, który miał narzucić kontrolę na granicy brytyjsko-irlandzkiej. Reakcja ta nastąpiła znacznie szybciej niż dziesięć lat temu, gdy irlandzka gospodarka zbankrutowała, co pokazuje, jak wrażliwa będzie kwestia granicy w nadchodzących miesiącach, gdy porozumienie w sprawie Brexitu zostanie w pełni wdrożone. Jak powiedział premier Irlandii, Micheál Marti, kwestia ta ma „wybuchowe implikacje polityczne”.
Komisja Europejska stoi przed nierozwiązywalnym problemem reprezentowania interesów Big Pharmy, łagodzenia różnic pomiędzy poszczególnymi członkami bloku i utrzymywania pozorów troski o miliony Europejczyków zarażonych wirusem COVID-19. To jest niemożliwe; nie można służyć dwóm panom. Albo broni się zysków wielkich wielonarodowych firm farmaceutycznych, albo tworzy się plan masowego wprowadzenia szczepionki na całym kontynencie. Oczywiście wybór został dokonany na samym początku, bo UE jest ciągle rynkiem i nie ma bezpośrednich narzędzi wpływu. Wielkie deklaracje stają się farsą w porównaniu z rzeczywistością.
Lewica i nacjonalizacja
Wydawałoby się, że sytuacja jest skrojona na miarę lewicy. Potrzeba nacjonalizacji przemysłu farmaceutycznego jeszcze nigdy nie została podniesiona tak wyraźnie. Nasi oponenci to zrozumieli: prasa prawicowo-liberalna argumentowała przeciwko takiemu posunięciu, otwierając debatę, zanim padł jakikolwiek mocny głos za upaństwowieniem. Libération, niegdyś lewicowa gazeta we Francji, dziś głos liberalnej burżuazji, kilka dni temu zamieściła artykuł, w którym pytała, czy istnieje potrzeba nacjonalizacji. Brukselski korespondent piszący artykuł broni obecnego sposobu produkcji, a także polityki oszczędności. Pisze: „Jedynym sposobem na zaspokojenie ogromnego zapotrzebowania na szczepionki jest zatem zwiększenie linii produkcyjnych w firmach, które mają taką zdolność. Taką drogę wybrała francuska Sanofi, która od tego lata będzie produkować szczepionkę BioNTech-Pfizer, oraz Recipharm, który zawarł porozumienie z firmą Moderna”.
Jak dotąd brakowało wezwań do nacjonalizacji ze strony wybranych przedstawicieli tak zwanych partii komunistycznych, zarówno na szczeblu krajowym, jak i Parlamentu Europejskiego. Można założyć, że stare kontynentalne partie socjalistyczne dawno zapomniały o takich żądaniach, ale po kryzysie gospodarczym w 2008 roku byliśmy świadkami pewnej radykalizacji i powstania nowych lewicowych partii, których obecne milczenie wiele mówi. Bardzo niewiele z nich wysuwa żądanie nacjonalizacji. Kierownictwo związków zawodowych jest również niezwykle nieśmiałe w wysuwaniu żądań, smutno narzekając na brak przejrzystości i potrzebę innego podejścia, jak gdyby ten system w ogóle na inne podejście pozwalał. We Francji Sanofi ogłosił likwidację 400 miejsc pracy w dziale badawczym w tym samym czasie, kiedy rząd pośredniczy w zawarciu umowy na produkcję szczepionki Pfizer, a mimo to CGT nie wystąpiła z żądaniem nacjonalizacji! Jak dotąd większość lewicy i związków zawodowych wzywała co najwyżej do wywarcia presji na WTO, aby wymusiła zawieszenie TRIPS (porozumienia WTO chroniącego prawo do szczepionek) w odniesieniu do szczepionki i leków COVID-19 oraz do podpisania europejskiej inicjatywy obywatelskiej w celu ustanowienia prawa do szczepionek.
Komunistyczna posłanka do PE Sira Riga i poseł do PE Marc Botenga z Belgijskiej Partii Robotniczej [Portal Strajk rozmawiał z nim o pandemii i dostępie do szczepień – przyp. red.] napisali w ostatni weekend stanowisko, którego główny postulat brzmi następująco: „Wbrew pozorom nie jesteśmy wcale skazani na nadużycia przemysłu farmaceutycznego. Musimy po prostu działać w oparciu o mechanizmy, którymi dysponujemy. Potrzebujemy produkcji m.in. Pfizera i AstraZeneca, a realne koszty tej produkcji można zniwelować. Za szczepionkę zapłaciliśmy już czterokrotnie. Zrywając ich monopol, moglibyśmy szybko zwiększyć produkcję. Oznaczałoby to, owszem, mniejsze dywidendy dla akcjonariuszy firm farmaceutycznych, ale więcej szczepionek dla wszystkich i ratowanie życia w Europie i na całym świecie. Narzędzia techniczne i polityczne są na stole. Nadszedł czas, aby ich użyć”.
Przypomnijmy sobie, na co zwracał uwagę Trocki w Programie Przejściowym:
„Socjalistyczny program wywłaszczenia, tj. politycznego obalenia burżuazji i likwidacji jej dominacji ekonomicznej, nie powinien w żadnym wypadku w obecnym okresie przejściowym przeszkadzać nam w wysunięciu, gdy okazja tego wymaga, żądania wywłaszczenia kilku kluczowych dla bytu narodowego gałęzi przemysłu lub najbardziej pasożytniczej grupy burżuazji.” (…) „Konieczność wysuwania hasła wywłaszczenia w toku codziennej agitacji w formie cząstkowej, a nie tylko w naszej propagandzie w jej bardziej wszechstronnych aspektach, podyktowana jest tym, że różne gałęzie przemysłu znajdują się na różnych szczeblach rozwoju, zajmują różne miejsce w życiu społeczeństwa i przechodzą różne stadia walki klasowej. Tylko ogólny zryw rewolucyjny proletariatu może postawić na porządku dziennym całkowite wywłaszczenie burżuazji. Zadaniem postulatów przejściowych jest przygotowanie proletariatu do rozwiązania tego problemu”.
Obecny kryzys Unii Europejskiej i pandemia COVID-19 powinny być doskonałą okazją do przedstawienia alternatywy dla obecnego systemu gospodarczego, a nie budowania iluzji opierających się na „istniejącym systemie”.
Zamiast tego należy zwrócić uwagę na prawdziwe źródło tego kryzysu: system kapitalistyczny i jego nieszczęsnych przedstawicieli politycznych. I podnieść żądanie nacjonalizacji przemysłu farmaceutycznego bez odszkodowania, aby dać nam prawdziwe rozwiązanie problemu globalnej pandemii.

Tekst oryginalny ukazał się na portalu In Defence of Marxism. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu).

Potrzebujemy alternatywy „zero-covid”

Minął już ponad rok od wybuchu pandemii COVID-19 i niedługo upłynie rok od wprowadzenia pierwszych lockdownów w Europie. Oficjalna liczba ofiar śmiertelnych przekroczyła dwa miliony, a na całym świecie odnotowuje się obecnie około 14tys. zgonów dziennie, czyli dwukrotnie więcej niż podczas pierwszej fali. Uderzającą cechą tej pandemii jest niemal całkowita porażka zachodnich krajów demokratycznych w skutecznym zwalczaniu wirusa.

Świadczy o tym zdumiewający fakt, że obecnie liczba zgonów w Stanach Zjednoczonych, Unii Europejskiej i Wielkiej Brytanii stanowi prawie połowę wszystkich zgonów z powodu COVID-19 tygodniowo na świecie.
Sytuacja na zachodzie różni się od tej w wielu krajach w Azji i Pacyfiku. Łączna liczba zgonów z powodu COVID-19 od wybuchu pandemii w Chinach, Wietnamie, Korei Południowej, Tajlandii, Tajwanie, Singapurze, Nowej Zelandii i Australii wyniosła 7,216, a liczba zgonów w tygodniu poprzedzającym 26 stycznia wyniosła 13. Kraje te mają łączną populację ponad 1,76 mld osób, czyli ponad dwukrotnie więcej niż populacja USA, UE i Wielkiej Brytanii łącznie. W samym Wietnamie, z populacją ponad 97 milionów ludzi i długą granicą z Chinami, odnotowano zaledwie 35 zgonów, bez ofiar COVID-19 od początku września.
Względny sukces tych krajów wynikał z wprowadzonej przez ich rządy strategii ‘zero-covid’, której celem jest całkowite powstrzymanie rozprzestrzeniania się wirusa. Nadano priorytet zdrowiu publicznemu i zdołano ochronić swoje populacje przed najgorszymi skutkami wirusa COVID-19. Te rządy wprowadziły wczesne i twarde lockdowny, aby powstrzymać rozprzestrzenianie się wirusa, a następnie otworzyły swoje gospodarki i społeczeństwa poprzez programy testowania i śledzenia, pozwalając na izolację obszarów w przypadku wybuchu lokalnego ogniska wirusa. Im wcześniej te blokady zostały wprowadzane, tym skuteczniejsze były. Lockdown w Wuhan trwał ok. 2 miesiące, podczas gdy w Wietnamie zaledwie dwa tygodnie. Odkąd rozprzestrzenianie się wirusa zostało stłumione, a osoby wjeżdżające do kraju są poddawane kwarantannie i testowane, życie powróciło prawie do normy. Zdjęcia z przyjęć sylwestrowych w Wuhan, dużych festiwali muzycznych w Nowej Zelandii i z turniejów tenisowych w Australii pokazują skuteczność tej polityki.
Większość rządów na Zachodzie przyjęła odwrotne strategie. Te rządy zazwyczaj zbyt późno wprowadzały lockdowny, ze zbyt luźnymi ograniczeniami i zbyt wcześnie je znosiły. W najgorszych przypadkach rządy otwarcie (np. Szwecja i Zjednoczone Królestwo) lub de facto realizowały strategie tzw. „odporności stadnej”. Postuluje to umożliwienie wirusowi szybkiego rozprzestrzeniania się wśród populacji i po tym, jak pewien odsetek populacji zostanie zarażony, wirus wymrze wraz z osiągnięciem odporności w społeczności. Nie ma dowodów na to, że jakakolwiek choroba kiedyś została wyeliminowana poprzez naturalną odporność stadną (tj. bez szczepionki) i jest coraz więcej dowodów na to, że nie osiąga się tego nawet w tych społecznościach, w których występuje wyjątkowo wysoki poziom zakażeń COVID-19. Na początku pandemii premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson twierdził, że Wielka Brytania nie wprowadzi ostrego lockdown’u i że Brytyjczycy powinni przyjąć wirusa „na klatę” (take it on the chin). Przez kilka tygodni po wprowadzeniu ograniczeń w większości krajów europejskich Wielka Brytania zezwoliła na kontynuowanie masowych spotkań, takich jak imprezy sportowe i muzyczne. Doprowadziło to do tego, że Wielka Brytania ma najwyższy wskaźnik zgonów na osobę ze wszystkich krajów na świecie o populacji powyżej 20 milionów, a ponad 100 tys. ludzi już straciło życie z powodu wirusa.
Nawet te kraje na Zachodzie, które początkowo osiągały lepsze wyniki niż Wielka Brytania, zasadniczo poszły za jej przykładem z dramatycznymi skutkami. Często twierdzono, że należy znaleźć równowagę między potrzebą zapobiegania najgorszym skutkom wirusa a szkodami spowodowanymi przez lockdowny. Argument brzmi, że gospodarka powinna być chroniona i powinniśmy nauczyć się aby „współżyć z wirusem”. Takie argumenty padały głośno pod koniec pierwszej fali pandemii. Lockdowny zostały zakończone przedwcześnie, bez żadnych środków mających na celu powstrzymanie dalszego rozprzestrzeniania się wirusa. Było to szczególnie widoczne w Europie Środkowo-Wschodniej, w tym w Polsce.
W naszym regionie wirus COVID-19 pojawił się stosunkowo późno, a silne lockdowny zostały wprowadzone względnie wcześnie. To dosłownie uratowało dziesiątki tysięcy istnień ludzkich w krajach środkowo-wschodniej Europy i oznaczało, że kraje te nie przeszły katastrof, jakie miały miejsce podczas pierwszej fali w krajach zachodnich europejskich, takich jak Włochy, Hiszpania, Francja i Wielka Brytania. Przed sierpniem dzienna liczba nowych przypadków COVID-19 w Polsce nie przekraczała 400, a łączna liczba zgonów wynosiła około 1,700. Ponadto przypadki były izolowane w kilku regionach kraju, przy czym wiele części Polski zasadniczo było wolnych od COVID-19. Zamiast kontynuować strategię eliminacji COVID-19 (poprzez zamknięcie obszarów, na których rozprzestrzeniał się wirus i ograniczenie przemieszczania się po kraju), rząd zadeklarował, że udało mu się pokonać wirusa i otworzył życie gospodarcze i społeczne. W całym kraju odbywały się wiece masowe wyborcze (organizowane przez wszystkich kandydatów, w tym z lewicy), a rząd przyznawał nawet dotacje na wyjazdy wakacyjne w Polsce , co przyspieszyło rozprzestrzenianie się wirusa po całym kraju. Po otwarciu szkół we wrześniu liczba przypadków i zgonów wzrosła dramatycznie, co spowodowało, że liczba zgonów COVID-19 obecnie przekracza 37tys.
Często argumentuje się, że nie można wprowadzić strategii „zero-covid” w krajach demokratycznych. Jednak kraje, które wprowadziły strategie „zero-covid”, mają różne systemy gospodarcze i polityczne. Podkreśla się ponadto, że nasze społeczeństwa nie zaakceptują surowych ograniczeń, nałożonych w tych krajach i że bardziej cenimy prawa człowieka. Jednak pandemia trwa już ponad rok i przez większość tego czasu nasze wolności i prawa zostały poważnie ograniczone. O wiele bardziej szkodliwe dla naszego prawa i wolności jest życie w permanentnym stanie „semi-lockdownu”. Co więcej, najbardziej podstawowym prawem człowieka jest prawo do zdrowia i życia, a tego naszym rządom najwyraźniej nie udaje się zagwarantować. Również przekonanie, że słabsze lockdowny lepiej chronią gospodarkę i miejsca pracy, nie okazało się znaleźć potwierdzenia w przypadku niektórych z największych regresji gospodarczych z jakimi borykają się obecnie takie kraje jak USA i Wielka Brytania. Tymczasem na przykład PKB w Chinach w czwartym kwartale ubiegłego roku wzrósł o ponad 6 procent; a w trzecim kwartale wzrost PKB w Nowej Zelandii osiągnął imponujący 14 procent.
Jednym z obecnie preferowanych argumentów przeciwko stosowaniu strategii „zero-covid” jest to, że jest już za późno na wyeliminowanie wirusa, który jest obecnie szeroko rozpowszechniony w naszych społeczeństwach. Ten punkt widzenia jest często przedstawiany jako fakt dokonany: ci, którzy początkowo sprzeciwiali się strategiom eliminacji wirusa, teraz ogłaszają, że jest za późno, aby to osiągnąć. Ale, nie jest prawdą, że nie jest możliwe wyeliminowanie rozprzestrzeniania się COVID-19 po pierwszej fazie pandemii. Rząd Australii przyjął strategię „zero-covid” dopiero w sierpniu, to znaczy po dużym wzroście liczby przypadków podczas drugiej fali pandemii w Australii. Od połowy października w tamtym kraju nie odnotowano praktycznie żadnych zgonów z powodu COVIDu.
Kolejnym argumentem przeciwko strategii „zero-covid” jest to, że nowe szczepionki wkrótce wyeliminują wirusa. Opracowanie szczepionki COVID-19 jest wspaniałym osiągnięciem naukowym, które zrodziło się z dziesięcioleci wspólnych prac prowadzonych w połączonych w sieć instytucjach publicznych i prywatnych. Jednak szczepionka jest tylko jedną bronią używaną w wojnie na wyczerpanie przeciw COVIDowi Najskuteczniejszą obroną przed wirusem jest racjonalne zorganizowanie naszych stosunków społecznych na czas dostatecznie długi, by rozprzestrzenianie się wirusa zostało zatrzymane. Jednak neoliberalizm odwraca tę rzeczywistość, przedstawiając produkt (towar) jako podstawowe, albo nawet jedyne, remedium na pandemię. Dlatego paradoksalnie jednym z największych zagrożeń dla radzenia sobie z obecną fazą pandemii jest sama szczepionka. Nie dotyczy to tylko problemu skutecznego i sprawiedliwego dostarczania tych szczepionek przez duże prywatne korporacje. Istnieje również zagrożenie, że rządy uznają teraz, że mogą złagodzić zasady i że życie może toczyć się „normalnie”, zwłaszcza po zaszczepieniu osób najstarszych i najbardziej bezbronnych..
Pogląd ten jest błędny z wielu powodów. Po pierwsze, zaszczepienie wystarczającej części populacji w celu stłumienia wirusa zajmie kilka miesięcy, a nawet lat. Ten proces będzie oczywiście znacznie trudniejszy w biedniejszych krajach, które nie mają środków na zakup i dostarczenie szczepionki. Jeśli teraz rządy wykorzystają szczepionkę jako powód do poluzowania ograniczeń, znacznie więcej ludzi straci życie w ciągu najbliższych kilku miesięcy. Ponadto istnieje coraz więcej dowodów na to, że wiele młodszych i wcześniej zdrowych ludzi cierpi na poważne, długotrwałe skutki zdrowotne po zarażeniu się COVIDem. Najpoważniejsze jest zagrożenie, że jeśli pozwoli się wirusowi na dalsze rozprzestrzenianie się wśród populacji, pojawią się nowe mutacje, przeciwko którym szczepionki nie będą skuteczne. W ostatnich miesiącach pojawiło się już wiele mutacji. Nie jest przypadkiem, że mutacje te pojawiły się w krajach, w których wirus był szczególnie rozpowszechniony podczas pierwszej fali pandemii: w Wielkiej Brytanii, Brazylii i RPA. Brytyjski wariant wirusa przyczynił się do ogromnego wzrostu liczby zachorowań w tym kraju w ciągu ostatnich kilku miesięcy i nie wiadomo jeszcze, w jakim stopniu szczepionki będą skuteczne przeciwko wariantom brazylijskim i południowoafrykańskim oraz czy pojawią się inne nawet groźniejsze mutacje, w sytuacji kiedy liczba przypadków na świecie nadal będzie wysoka.
Ludzie są zmęczeni i wyczerpani prawie rokiem obostrzeń. Wielu pracowników i właścicieli firm zostało pozostawionych przez rządy bez żadnego dochodu. Niektóre rządy wykorzystują pandemię do wprowadzenia nowych drakońskich środków, z których niektóre mogą nigdy nie zostać zniesione nawet po zakończeniu pandemii. Doprowadziło to do wzrostu gniewu społecznego i niepokojów w wielu krajach, które niewątpliwie wzrosną, jeśli nasza obecna sytuacja się utrzyma. Skrajna prawica karmi się tym społecznym niezadowoleniem, oferując libertariańskie i społeczno-darwinowskie rozwiązania kryzysu. Wymaga to stawiania zysków przed ludźmi i pełnego otwarcia gospodarek bez względu na konsekwencje dla zdrowia ludzi, zwłaszcza osób starszych i najbardziej narażonych.
W obliczu tragicznych doświadczeń minionego roku i ogromnych wyzwań, przed którymi wciąż stoimy, lewica musi przedstawić alternatywę dla nieudanej polityki zachodnich rządów. Oznacza to promowanie polityki stawiania zdrowia publicznego na pierwszym miejscu i uświadomienia sobie, że życie gospodarcze, społeczne, edukacyjne i psychologiczne będzie nadal cierpieć, dopóki wirus będzie się rozprzestrzeniał w naszych społeczeństwach. Dlatego lewica powinna zaproponować racjonalną i radykalną alternatywę, która nie polega jedynie na odbieraniu rzeczy społeczeństwu. Istnieje potrzeba całkowitego lockdownu, z zawieszeniem wszystkich zbędnych prac lub realizowaniem jak największej części zadań on-line, dopóki liczba nowych codziennych przypadków nie zbliży się do zera. Ale taki lockdown może zostać utrzymany jedynie pod warunkiem otrzymywania od państwa pełnego wynagrodzenia przez wszystkich, którzy nie pracują (np. poprzez tymczasowy powszechny dochód podstawowy przez kilka miesięcy) i wspieranie przez państwo małych i średnich przedsiębiorstw, aby przetrwały okres, w którym nie mogą działać. Pozwoli to społeczeństwom i gospodarkom na bezpieczne otwarcie, jeśli zostaną wprowadzone takie środki, jak skuteczny system testowania i śledzenia oraz system kwarantanny i testowania osób wjeżdżających do kraju. W połączeniu z szybkim i skutecznym programem szczepień taka polityka oznaczałaby, że moglibyśmy za kilka miesięcy dołączyć do krajów, które już skutecznie poradziły sobie z tym wirusem. Alternatywą jest więcej miesięcy lub lat takich samych albo nawet gorszych kryzysów, jak te, które przeszliśmy przez ostatni rok.

Gdzie te darmowe szczepionki na grypę?

Oto jak warszawski ratusz „troszczy się” o starszych mieszkańców stolicy.
Już od lata tego roku władze Warszawy reklamowały program darmowych szczepień na grypę dla seniorów (powyżej 65 roku życia) mieszkających w stolicy. Miał to być dowód tego, jak włodarze miasta troszczą się o ludzi w jesieni życia. I nie tylko o nich, bo władze Warszawy solennie obiecały też, że zakupią szczepionki na grypę dla ponad 43 tys. pracowników stołecznych placówek oświatowych oraz dla około 7 tys. pracowników pomocy społecznej i miejskich żłobków.
Rozpoczęcie programu darmowych szczepień zaplanowano na jesień. Gdy jednak przyszło co do czego, okazało się, że szczepień na grypę nie ma – ani darmowych, ani odpłatnych. I niemal na pewno nie będzie ich w tym roku, oraz na wiosnę roku przyszłego.
We wrześniu władze stolicy poinformowały, że program darmowych szczepień na grypę zacznie się z początkiem października. Natomiast 6 października prezydent Rafał Trzaskowski ogłosił: „Dbamy o bezpieczeństwo i zdrowie warszawianek i warszawiaków. Mimo trudności z zakupem szczepionek w hurtowniach ruszył program szczepień na grypę dla seniorów. Dostarczyliśmy przychodniom już około 40 proc z ponad 50 tys. szczepionek, a bezpłatnie zaszczepiło się ponad 5 tys. osób”. O pracownikach oświaty prezydent już wtedy nie mówił.
Nie podważając prawdziwości słów prezydenta Warszawy, wypada zauważyć, że program darmowych szczepień na grypę może i ruszył – ale nawet jeśli ruszył, to zakończył się błyskawicznie: zaledwie po paru dniach. Bo w październiku nie było już mowy aby w Warszawie zdobyć szczepionkę na grypę – i nadal jest to niemożliwe.
Po sygnałach od naszych Czytelników, wskazujących na niemożność zaszczepienia się na grypę w stolicy, dziennik „Trybuna” zapytał władze Warszawy, jak można to zrobić?.
13 października otrzymaliśmy uprzejmą odpowiedź od pani Karoliny Gałeckiej, rzecznik prasowej urzędu m. st. Warszawy. Oto jej treść: „Dzień dobry. Ze względu na utrudniony dostęp do szczepionek przeciwko grypie trwają jeszcze postępowania przetargowe. O szczegółach dotyczących procedur zaszczepienia się powiadomimy w późniejszym terminie. Pozdrawiam”.
Zapewne te postępowania przetargowe wciąż trwają, bo do tej pory żadnych takich powiadomień nie było. I chyba już nie będzie, bo brak szczepionek na grypę w stolicy stał się permanentny. Typowa jest tu odpowiedź, jakiej udzieliła na przykład konsultantka w przychodni publicznej przy ul. Szajnochy na Żoliborzu, która poinformowała, iż przychodnia nie ma szczepionek i raczej w sezonie 2020/2021 nie otrzyma już żadnych dostaw. Zasugerowała, by o szczepionki na grypę pytać w aptekach. Oczywiście w stołecznych aptekach też nie można ich zdobyć. Gdy natomiast ktoś zabiera się do systematycznego wyszukiwania przez internet aptek ze szczepionką, to otrzymuje taką odpowiedź: „W tym momencie w żadnej z dostępnych aptek w wybranej lokalizacji nie mamy ofert dla tego produktu”.
Dodajmy, że oczywiście szczepionek odpłatnych także w stolicy nie ma. Konsultantka z prywatnego Luxmedu informuje, że „na chwilę obecną” nie dysponujemy preparatem – i nie będziemy go mieć. Jeżeli zaś go otrzymamy, to być może w przyszłorocznym sezonie jesienno-zimowym.
I tak właśnie wygląda „troska” władz Warszawy o zdrowie seniorów oraz pracowników oświaty. Ciekawe, czy tych darmowych szczepionek na grypę – jeśli w ogóle się pojawiły – starczyło chociaż dla pracowników urzędu miasta? Jakoś trudno przypuścić, aby akurat oni nie mogli się zaszczepić.
Ważną cechą polskiego życia publicznego – oraz działań wszelkich mediów – jest to, że bardzo hucznie reklamuje się wszelkie plany i zapowiedzi. Wstydliwie przemilcza się natomiast znikome lub żadne efekty tych obietnic.
Oczywiście nie jest to tylko przypadłość prezydenta Rafała Trzaskowskiego i władz Warszawy. Tak funkcjonuje – powtórzmy – całe życie publiczne w naszym kraju. Najlepszym przykładem jest propaganda sukcesu uprawiana w PiS-owskiej telewizji „publicznej” oraz wystąpienia premiera Mateusza Morawieckiego. Choć można było mieć nadzieję, że pod tym względem prezydent Trzaskowski będzie się od niego różnić na plus.
Niestety, ta prosta prawda, że jeśli się coś obiecuje, to należy mieć możliwość spełnienia obietnicy, jest wciąż nieobecna – zarówno po stronie obozu władzy, jak i opozycji.