26 stycznia 2023

loader

Woke-lewica nie istnieje

fpt. unsplash

Felieton Przemysława Witkowskiego „Woke-lewicą w lewicę” dawał nadzieję na rzetelną krytykę („Trybuna” nr 236 28.11.2022). Zaczyna się dobrze (Woke lewicowiec przypomina ultrakatolika – zgoda), dalej kilka słusznych truizmów (wszelki radykalizm jest mało skuteczny) oraz niewygodnych prawd (ludzie mają prawo do własnego zdania, nawet jeśli jest nam nieprzychylne). Potem Witkowski porzuca pozory dialogu, oskarżając Pokolenie Z (urodzeni w latach 1995-2012) o całość problemów trapiących współczesną lewicę.

A poza tym młodzi ludzie są dziwni (wiele z nich cierpi na narcystyczne zaburzenia osobowości), do tego z chorobami układu pokarmowego (zespół jelita wrażliwego – rzekoma fanaberia pokolenia Tik-Toka). Różne generacje mają różne doświadczenia, poglądy i perspektywy, co rodzi konflikty – cóż za oryginalna teza. Gratulacje, Przemysław Witkowski przekonał siebie samego do własnych projekcji (nasuwa się pytanie – czy te wieczne lekcje nie szkodzą sprawie bardziej niż radykałowie?). Tymczasem zjawisko woke-przesady istnieje i nie pomaga – choć głównie w Ameryce i w przede wszystkim jako pałka prawicy do okładania lewicy. Ale o co właściwie chodzi?

Według słownika Merriam-Webster: woker, wokest – świadomy i aktywnie zwracający uwagę na ważne fakty i problemy społeczne (zwłaszcza kwestie sprawiedliwości rasowej i społecznej). Termin wypłynął po protestach Black Lives Matter (antyrasizm), zespolił z Me Too (feminizm), obejmując walkę z dyskryminacją na wszelkich płaszczyznach – od języka, przez historię, płeć i seksualność. W sensie praktycznym – dające się bronić obalanie pomników sławnych rasistów, ale również tzw. cancelowanie (kiedyś – ostracyzm) wszystkich tych, którzy realnie lub rzekomo nie spełniają oczekiwań progresywnej społeczności. Kto miałby decydować o tym wyłączeniu z prawa do udziału w debacie publicznej? Nie wiadomo. W rezultacie kasowano zarówno jawnych nazistów jak Richard Spencer, jak i Jordana Petersona (konserwatysta-reakcjonista), aż po JK Rowling (bez politycznej afiliacji – krytykowana za transfobię). W ostatnich latach amerykański liberalizm popadł w coś w rodzaju moralnej paniki związanej z tożsamością rasową, płciową i seksualną, która zniekształciła przesłanie liberalizmu – pisał kilka lat temu Mark Lilla z New York Times. Jeśli chcesz dzielić ludzi na grupy, lepiej wymieniaj wszystkie na jednym wydechu. Inaczej te wykluczone, pójdą swoją drogą. To było chwilę po zaskakującym zwycięstwie Donalda Trumpa. Wygnanie bluźnierców działa przede wszystkim w świecie samych wyganiających. W tym realnym bywa różnie (Peterson wyleciał z Twittera, ale sprzedaż książek kwitnie; Rowling ma spore grono obrońców).

Prawica zastawia sidła

Konserwatywni komentatorzy lubią wyciągać co dziwniejsze wypowiedzi aktywistów (czy zawsze lewicowych – tu należy dyskutować), kreśląc sylwetkę typowego woke-warrior: histerycznego, płaczliwego, skrajnie „lewicowego”, nietolerancyjnego, autokratycznego dziwaka. Straszenie rewolucją kulturową to solidne paliwo polityczne, z którego korzystają demagodzy na całym świecie. Czasem złoczyńcą jest żydowski miliarder (Węgry), innym razem geje rzekomo deprawujący dzieci (Polska). Jeśli historia jest głupawa a atakowana grupa dostatecznie akceptowana, taktyka prawicy zawodzi (czy ktoś jeszcze pamięta strefy wolne od LGBT?). Problem zaczyna się wtedy, gdy mitologia trafia w głębokie, podskórne obawy społeczne, a sami wojownicy woke dostarczają paliwa mitomanom. Ostatnimi czasy w Stanach krąży modna historia o szkołach tworzących oddzielne toalety dla uczniów utożsamiających się jako… koty. Oczywiście znaleźli się działacze gotowi bronić praw ludzi-kotów. Młodzi idealiści lubią wpadać w pułapkę polaryzacji – skoro krytykuje coś prawica, to my tego musimy bronić. W tym sensie istnieje ziarnko prawdy w opowieściach prawicy. Ekstremalni progresywiści (słowo to pasuje bardziej – gdzie im tam do dawnych lewackich radykałów z kałachem w ręku) istnieją, ale zakres ich politycznego oddziaływania jest nader skąpy a ich ideologia nie niesie groźby fizycznej przemocy. W przeciwieństwie do radykałów z prawicy. 

Walka klasowa, nie tożsamościowa 

Oddzielny temat to wokizm-korporacyjny, Jak nauczał nieżyjący Mark Fisher (jeden z wcześniejszych krytyków lewicowej poprawności politycznej i cancel culture): kaptalizm metabolizuje i wchłania wszystko, z czym się zetknie. O korporacyjnym przejęciu lewicowych ideałów mówi i pisze konserwatywny eks CEO Vivek Ramaswamy (jego określenie to neo-progresywna ortodoksja, w opozycji to klasycznego progresywizmu) wskazując na pierwszą kadencję Obamy jako momentu przełomowego (warto przesłuchać jego wystąpienia w podcaście Capitalisn’t). To właśnie wtedy rząd federalny zaczął lobbować korporacje w sprawie tworzenia zasad chroniących mniejszości przed różnymi formami opresji. Słusznie, prawda? Według Ramswamiego tylko pozornie – ten outsourcing polityki równościowej miał posłużyć zahamowaniu reform na poziomie federalnym. Politycy umyli ręce. Tymczasem realne zmiany muszą pochodzić od rządu wyposażonego w solidną demokratyczną legitymację. Barack Obama zawsze lubił grać kartą tożsamościową, ostatnio jednak twierdzi, że należy stawiać na to, co łączy, nie dzieli.

Duże marki chcą zarabiać a super-świadomy segment młodych ludzi to idealny target dla ich postępowych/inkluzywnych/ekologicznych towarów i usług. Często także – dobrze sytuowany i wyznaczający trendy. Korporacje lubią podkręcać różnice na tle tożsamościowym i ideologicznym, ale naturalnie w wersji soft – droga do wyzwolenia nie wiedzie przez politykę a przez ich linię produktów. W świecie najbardziej ekstremalnych woke-warriors mityczny, biały, heteroseksualny robotnik z przyczepy w Alabamie urósł do symbolu regresu. W oczach korporacji – obciachu. Nie to, co modny miliarder – pod warunkiem, że żyje w sposób „zielony”. Wojna wszystkich ze wszystkimi po linii rasy, tożsamości psychoseksualnej, religii czy płci, to również woda na młyn dla właścicieli mediów społecznościowych. Konflikt napędza ruch – ruch generuje pieniądze. Dbają o to pro-konfliktowe algorytmy – jedna z ważniejszych przyczyn gnicia demokracji. Polityka tożsamościowa wypiera klasową (podobną taktykę stosują prawicowcy pokroju Elona Muska, ale o prawicowym wokizmie nieco niżej). Walka o poprawę codziennego bytu, która winna łączyć niebinarną, czarną biedaczkę z Kalifornii z heteroseksualnym, białym biedakiem z Alabamy, to ostatnie czego pragnie prawica pod wszelkimi postaciami. Im więcej równości ekonomicznej, tym mniej konfliktów na polu społeczno-kulturowym. Wiedzą o tym państwa skandynawskie.

Polski Woke nie istnieje 

Woke nie ma sensu, bo ignoruje prostą rzeczywistość – polityka to nierozwiązalny konflikt, w którym rzadko kiedy osiągamy pełną satysfakcję. Nie wystarczy święte oburzenie i zasada no-platform – trzeba przekonać większość. Zwłaszcza tę, która trzyma dystans do bieżących trendów (typowo złośliwy żart pt. „to ile teraz właściwie jest płci” to nie mowa nienawiści a ironia maskująca zakłopotanie wobec zmieniającego się świata). A zatem konflikt, ale zakończony kompromisem. Tego nałogowi oburzeni nie łapią. Ale to problemy Ameryki. Polski wokizm to nisza – jesteśmy na etapie zabiegania o związki partnerskie. Nie istnieje również u nas radykalizm lewicy głównego nurtu. Jest radykalizm Twittera. Na każdego fana inb (internetowych konfliktów, bardzo często opartych na czystych emocjach), przypada kilka osób, które pragną działać tak, by osiągać realny rezultat. Gdyby nie istnieli wyznawcy progresywnej ortodoksji, ci z prawicy musieliby ich wymyślić. 

Przemysław Witkowski wypomina pokoleniu Z „naiwny idealizm”. Ale przecież młodym ludziom nie chodzi o dziwne fanaberie. To elementarz – sprawiedliwość społeczna, równość wobec prawa, zwyczajny szacunek wobec ludzi i ich życiowych wyborów, ochrona przed przemocą, osobiste bezpieczeństwo. To wartości socjaldemokratyczne, czasem wręcz konserwatywne. 

Co ciekawe, internetowi prawicowcy zaczynają przypominać to, z czym rzekomo walczą. Polska prawica to moralna panika, odjechany neoliberalizm, seksualne fantazje i obrona spraw nie do obrony. To pruderia, histeria i strach przed dyskusją. Gdyby decydował polski internet – to właśnie prawica byłaby Woke. 

Jędrzej Włodarczyk

Poprzedni

Król Cyganów znów rozbił Chisorę

Następny

Zajęłam się słabo zbadanym tematem