Z potrzeby chwili

To, że amerykański prezydent znajdzie się znów na kolizyjnym kursie ze swoimi sojusznikami wisiało w powietrzu zanim bruselski szczyt Sojuszu Północnoatlantyckiego się rozpoczął. Ale mało kto przypuszczał, że ta kolizja osiągnie aż taki wymiar. A ustalenia, którymi szczyt się zakończył zapewne nie stanowią definitywnego zażegnania sporu wewnątrz NATO.

 

Problemy zapowiadały już wcześniejsze wypowiedzi Donalda Trumpa, sygnalizujące że nie tylko nie zamierza wycofywać się z nacisków na swoich europejskich sojuszników niechętnych do powiększania budżetów wojskowych do uzgodnionego w 2014 r. poziomu 2 proc. Teraz Trump oczekiwał już nie 2, tylko 4 procent.

– Wiele krajów nie płaci, ile powinny – oświadczył Trump już na wstępie szczytu, podczas śniadania z sekretarzem generalnym Sojuszu Jensem Stoltenbergiem. – A mówiąc wprost, wiele krajów winnych jest nam przeogromne pieniądze za wiele lat wstecz, kiedy zalegały z płaceniem, a Stany Zjednoczone musiały za nie zakładać. Pierwszy dzień szczytu zakończył się zatem zwarciem.

W czwartek, na zakończenie niejawnych sesji Trump przed odlotem do Londynu otrąbił sukces, triumfalnie oświadczając, że „wierzy w NATO” oraz że szczyt zakończył się decyzją o natychmiastowym podniesieniu swoich budżetów obronnych do 2 proc.

 

Etap

Jak to będzie – jeszcze się okaże, szczyt, jak to szczyt, musiał się czymś zakończyć. Cokolwiek odbywa się z udziałem prezydenta Trumpa musi być sukcesem. Europejscy przywódcy też zapewne nie chcieli doprowadzać do tego aby szczyt kończył się w atmosferze fiaska. Nie mówiąc o tym, że byłby to poważny cios tak i Sojusz, jak i w samego Trumpa zadany mu na trzy dni przez oczekiwanym spotkaniem z prezydentem Rosji Władimirem Putinem. Cokolwiek by nie było mówione o manifestujących się wewnątrz Sojuszu podziałach i różnicach poglądów na jego funkcjonowania, byłoby i skrajnie nielojalne, i biłoby nie tylko w Trumpa, ale i w samo NATO, osłabiając pozycję wszystkich jego państwa. Przez helsińskim spotkaniem w interesie wszystkich było, żeby Sojusz zachowywał chociaż pozór wewnętrznej spójności. Na to zapewne liczył amerykański prezydent stawiając swoje warunki.

Czym innym jest jednak potrzeba chwili, czym innym długodystansowe działania, a w tej materii brukselski szczyt niewiele przesądził.

 

Konflikt wizji, konflikt interesów

Filozofia, w myśl której Europa za amerykański udział w jej ochronie – według Trumpa stanowiący od 70 do 90 proc. kosztów – musi się zmniejszyć na rzecz znacznie bardziej substancjalnego wkładu Europy, gdyż nie może odbywać się to na koszt amerykańskiego podatnika to zwykły bluff. Faktycznie, USA są pod względem siły militarnej największym komponentem Sojuszu, większym od wszystkich pozostałych razem wziętych, nie określa wcale, kto komu powinien płacić. Przyrównywanie NATO do „międzynarodowej firmy ochroniarskiej”, jak określa amerykańskie podejście niemiecki dziennik „Handelsblatt” jest z gruntu fałszywe, bo to USA mają ambicję być globalnym mocarstwem tak gospodarczym jak i militarnym i nie wynika z tego, że na ten cel Europa musi płacić haracz. Bez trwałych punktów oparcia w Niemczech – jak choćby baza w Rammstein – USA o tej pozycji ani w regionie europejskim, ani w Środkowej Azji nie mogłyby myśleć. A w skali budżetu samej organizacji – dość skromnego, bo liczącego niecałe 5 mld dolarów, Stany Zjednoczone wkładają ok. 22 proc. – tyle, ile wynika z kalkulacji opartej przede wszystkim na PKB państw członkowskich.

Druga obserwacja, której nie sposób się oprzeć, jest taka, że uparte naciski, aby Europa płaciła USA za ich zaangażowanie w jej ochronę, to w gruncie rzeczy element toczącej się już na całego wojny celnej pomiędzy USA a resztą świata, w której na razie jedynym „osiągnięciem” amerykańskiej polityki było właśnie popchnięcie Europy bliżej do Chin, a nawet Rosji. Logika – wojujecie z nami na pieniądze, to płaćcie za ochronę jest tu aż nadto widoczna.

 

Fałszywe opozycje

Postawienie przez Trumpa pytania, jak to jest, że Zachodnia Europa jednocześnie boi się Rosji i chce aby NATO było parasolem ochronnym przed nią, a równocześnie aprobuje budowę gazociągu Nord Stream 2, którym popłynie rosyjski gaz , a i w innych obszarach – nawet pomimo sankcji – podtrzymuje współpracę gospodarczą z rosyjskimi podmiotami, które pojawia się w komentarzach jest zupełnie błędna. Jest to bowiem logiczna antyteza jedynie z perspektywy Waszyngtonu widzącego świat tylko z perspektywy siebie jako samotnego hegemona i jego posłusznych wasali lub wrogów oraz wschodnioeuropejskich pionków w tej rozgrywce, tak zaimpregnowanych rusofobią, że gotowych akceptować wszystko, co Wielki Brat zarządzi – żeby dopłacać mu za obecność amerykańskich dywizji, żeby łożyć na obronę terytorialną, żeby kupować droższy skroplony gaz i niszczyć sektory własnej gospodarki żyjące nie tak dawno jeszcze z eksportu na Wschód.

Z perspektywy centrum Europy takiej opozycji właśnie nie ma. Z Berlina czy Paryż świat i system globalnego bezpieczeństwa to wielka sieć naczyń połączonych, w której takich wykluczających się opcji nie ma, bo być nie może. Bo jest to gra nie na zero-jedynkowe rozstrzygnięcia stawiające każdą sprawę na ostrzu noża, jak najwyraźniej wyobraża sobie politykę globalną Trump (i wielu innych amerykańskich polityków), ale na dążenie do tworzenia całych układów równowag. A jedną z nich jest też równowaga w relacjach z Rosją. To kanclerz Merkel rozumie doskonale – w końcu zęby na tym zjadła.

Że Polska nie wyciągnęła przez wieki wniosku, że skoro ma się na wschód od siebie sąsiada (w stosunku do którego czuje odwieczną zawiść, bo wskutek jakiejś tragicznej pomyłki dziejów zastąpił w XVI w. jej nieodżałowaną rolę „wielkiego państwa na wschodzie”), trzeba nauczyć się z nim żyć, bo z dnia na dzień nie zniknie, ani nie pogrąży się w wiecznej smucie – to oczywistość, z którą nad Wisłą nie da się dyskutować. Ale taki poziom zaufania do merkantylizacji obronności, jaką serwuje Europie Trump uznać za wartą cokolwiek gwarancję – to dowód skrajnej naiwności. Opieranie strategii własnego bezpieczeństwa na sojuszu z państwem, które potrafi swoją doktrynę sojuszniczych zobowiązań zredukować do kwestii zakupu „usługi ochroniarskiej” to skrajna niefrasobliwość. Nietrudno sobie wyobrazić, że sojusz taki z dnia na dzień może przestać istnieć. A co pozostanie – lepiej nie myśleć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *