Pobłogosławiony i pochwalony

Źródło: Facebook: Benjamin Netanyahu - בנימין נתניהו

Premier Izraela wraca z Florydy z demonstracyjnym poparciem Donalda Trumpa, mimo trwającej wojny w Strefie Gazy i narastającej izolacji Izraela na arenie międzynarodowej. Publiczne komplementy oraz zapowiedź uhonorowania amerykańskiego prezydenta najwyższym izraelskim odznaczeniem pełnią funkcję zasłony dymnej: w tle pozostaje zasadniczy spór o drugą fazę planu dla Gazy, którą rząd Netanjahu faktycznie zamraża, dążąc do zachowania swobody militarnej i uniknięcia trwałych zobowiązań politycznych.

„Bardzo, bardzo konstruktywne spotkanie” – powtarzał Donald Trump po ponad dwugodzinnej rozmowie z Benjaminem Netanjahu w Mar-a-Lago, swojej florydzkiej rezydencji. Izraelski premier, przytakując z demonstracyjną skromnością podczas wspólnej konferencji prasowej, mógł jedynie potwierdzić ten przekaz. Przyjechał bowiem 29 grudnia z realną obawą, że publicznie usłyszy ostre reprymendy za zwlekanie z wdrożeniem kluczowej, drugiej fazy planu pokojowego dla Gazy, na której realizację od jesieni naciskają amerykańscy sojusznicy.

Zamiast upomnienia nastąpił pokaz lojalności. Polityk, który na światowej scenie stał się pariasem, a dla Białego Domu pozostaje sojusznikiem kłopotliwym, niezdecydowanym, lecz wciąż politycznie „kochanym” przez Donalda Trumpa, wraca do Izraela obficie obsypany pochwałami. Wystarczającymi, by przez jedenaście miesięcy poprzedzających wybory parlamentarne zasilać kampanijne materiały wideo i podtrzymywać narrację o międzynarodowym znaczeniu premiera.

„Bohater. Człowiek, bez którego – jestem tego pewien – Izrael dziś by nie istniał” – mówił Trump o Netanjahu. „Bibi”, doskonale wyczuwający ego gospodarza, nie przyjechał jednak z pustymi rękami. Po nieudanej próbie wsparcia kandydatury Trumpa do Pokojowej Nagrody Nobla, podczas oficjalnego lunchu ogłosił, że „najlepszy przyjaciel, jakiego Izrael kiedykolwiek miał w Białym Domu”, wkrótce otrzyma Nagrodę Izraela – najwyższe cywilne odznaczenie państwowe.

Wraz z deklaracjami o „bezprecedensowym sojuszu” Mar-a-Lago stało się sceną demonstracyjnego spektaklu jedności: pokazem politycznej wymiany przysług, korzystnej dla obu stron, lecz całkowicie oderwanej od realiów wojny w Strefie Gazy i sporów wokół jej dalszego przebiegu.

Moment tego gestu nie jest przypadkowy. W Jerozolimie rusza proces Benjamina Netanjahu w sprawach korupcyjnych. Równocześnie narasta bunt wśród żydowskich ortodoksów, sprzeciwiających się planom objęcia młodych obowiązkową służbą wojskową. Premier pilnie potrzebuje więc przełamania międzynarodowej izolacji i publicznego potwierdzenia, że wciąż ma wsparcie najważniejszego sojusznika Izraela.

Donald Trump również gra o konkretną stawkę. Osobiście zaangażował się w dwa najtrudniejsze tematy swojej drugiej kadencji: wojnę w Ukrainie oraz rozmowy dotyczące Gazy. Prowadzą je jego zięć Jared Kushner i wieloletni współpracownik Steve Witkoff. Trump potrzebuje szybkich, widocznych efektów, by móc ogłosić sukces na arenie międzynarodowej i wrócić do polityki wewnętrznej przed wyborami uzupełniającymi w listopadzie 2026 roku.

Czas działa na jego niekorzyść. W elektoracie MAGA narasta zniecierpliwienie i sprzeciw wobec – jak to określają – „nadmiernego” angażowania się prezydenta w konflikty zagraniczne. Dlatego presja na szybkie domknięcie obu spraw jest coraz silniejsza.

Na tym tle publiczny entuzjazm Trumpa brzmi jak ostrzeżenie bez natychmiastowych konsekwencji – przypomnienie Netanjahu o jego odpowiedzialności za stabilizację regionu. Zaledwie kilkanaście dni wcześniej, w sobotę 14 grudnia, Izrael przeprowadził w Gazie nalot na pojazd Raeda Saada, jednego z wysokich rangą dowódców Hamasu, zaangażowanego w ataki z 7 października. Dla wszystkich stron porozumienia pokojowego, włącznie ze Stanami Zjednoczonymi, był to jednoznaczny przykład naruszenia zawieszenia broni. Poirytowani „niesubordynacją” Jerozolimy sekretarz stanu Marco Rubio oraz negocjatorzy Trumpa – Witkoff i Kushner – przekazali izraelskiemu rządowi klarowny komunikat: jeśli chcecie się zdyskredytować i dowieść, że nie potraficie dotrzymywać umów, to wasza decyzja; Waszyngton nie pozwoli jednak, by podważano reputację prezydenta USA po tym, jak ułatwił zawarcie porozumienia dla Gazy.

Według portalu Axios, dobrze poinformowanego w sprawach Białego Domu, irytacja Witkoffa i Kushnera była wciąż wyraźna w przeddzień przyjazdu Netanjahu na Florydę. W amerykańskich mediach spekulowano, czy Trump poprze twardą linię doradców i publicznie przywoła izraelskiego premiera do porządku, czy – jak wcześniej – zdecyduje się przymknąć oko. Na razie wybrał, przynajmniej przed kamerami, tę drugą drogę, zapewniając – wbrew faktom – że Netanjahu jest „w stu procentach” zgodny z planem pokojowym. W kluczowym punkcie spornym drugiej fazy – żądaniu Izraela natychmiastowego i pełnego rozbrojenia Hamasu zamiast stopniowego procesu pod międzynarodowym nadzorem, preferowanego przez Amerykanów – Trump zastosował świadomą dwuznaczność, mówiąc jedynie, że „będą mieli niewiele czasu, by złożyć broń”.

19 grudnia, w ramach przygotowań do spotkania w Mar-a-Lago, Witkoff i Kushner zebrali w Miami trzech przedstawicieli państw pełniących – obok USA – rolę gwarantów porozumienia pokojowego: premiera Kataru, szefa egipskiego wywiadu oraz ministra spraw zagranicznych Turcji. Wysłuchali ich zastrzeżeń wobec działań Izraela i zapewnili, że kwestia przestrzegania zawieszenia broni zostanie podniesiona bezpośrednio przed Trumpem, podobnie jak postępy w formowaniu „technokratycznego” rządu, który miałby zastąpić Hamas w Gazie, oraz Rady Pokoju Gazy, planowanej do ogłoszenia 1 stycznia. Od tamtej pory Izrael zachowuje wobec tych projektów wyraźny dystans i rezerwę.

Katar, Egipt i Turcja ponownie zwróciły też uwagę na przemoc izraelskich osadników na Zachodnim Brzegu, która – jak obawiają się Amerykanie – może doprowadzić do załamania Autonomii Palestyńskiej. Trump ograniczył się podczas pytań mediów do lakonicznego stwierdzenia, że „nie zgadzamy się w stu procentach w sprawie Zachodniego Brzegu”. Inaczej zabrzmiał wątek Syrii po obaleniu Baszara al-Asada, gdzie Izrael prowadził ataki i incursje: tu Trump wyraźnie podkreślił swoje poparcie dla nowego prezydenta Ahmeda al-Szary oraz zainteresowanie długofalową stabilizacją kraju. W sprawie Iranu ton był już jednoznacznie konfrontacyjny. „Mam nadzieję, że nie odbudują swoich zdolności, bo nie będziemy mieli wyboru i zniszczymy je ponownie” – powiedział Trump, dając do zrozumienia, że tolerowałby również izraelskie uderzenie w irańskie systemy rakietowe.

Do Mar-a-Lago przyjechali także rodzice Rana Gviliego, izraelskiego policjanta zabitego 7 października 2024 roku. Ich obecność została włączona w polityczną choreografię spotkania i posłużyła Benjaminowi Netanjahu do wzmocnienia żądania zamrożenia drugiej fazy planu dla Gazy do czasu zwrotu ciała jednego z zakładników porwanych przez Hamas. Izraelski rząd traktuje ten wątek jako wygodny pretekst do wstrzymania dalszych zobowiązań, mimo że konflikt wciąż pochłania masowe ofiary wśród palestyńskiej ludności cywilnej.

Donald Trump przyjął rodzinę w swojej rezydencji, lecz zadbał, by gest ten pozostał poza oficjalnym przekazem medialnym. Nie wynikało to z wrażliwości, lecz z politycznej kalkulacji: prezydent USA nie chciał otwarcie firmować działań, które mogłyby być odczytane jako przyzwolenie na blokowanie kolejnego etapu porozumienia. Jego plan dla Gazy jest bowiem elementem większej gry wizerunkowej – sukcesu, który ma zostać ogłoszony w Waszyngtonie, niezależnie od tego, jak długo i jakim kosztem konflikt będzie się jeszcze toczył.

Redakcja

Poprzedni

Zakupoholizm

Następny

Europa koordynuje działania ws. Ukrainy