„Chińskie Marzenie” wyzwanie i szansa dla świata

Za kilka tygodni Chiny wkraczają w nowy rok – rok Tygrysa. Zaczynają kolejny etap wielkiego eksperymentu, nazywanego przez obecnego przewodniczącego CHRL i sekretarza generalnego Komunistycznej Partii Chin Xi Jinpinga „chińskim marzeniem”.

Jest to program „budowania umiarkowanie zamożnego społeczeństwa pod każdym względem oraz nowoczesnego państwa socjalistycznego, które będzie pomyślne, silne, demokratyczne, harmonijne i zaawansowane pod względem kulturalnym” (Xi Jinping, „Zarządzanie Chinami”, Toruń 2029, s. 45). Na tę drogę Chiny weszły w 1978 roku, dwa lata po śmierci Mao Zedonga i po ukształtowaniu się nowego, reformatorskiego kierownictwa pod wodzą Deng Xiaopinga (1904-1997). Ponad czterdziestoletni okres chińskich reform to niezwykle interesujący przykład skutecznej realizacji programu, który dał Chinom radykalną zmianę ich sytuacji wewnętrznej i ich pozycji w świecie.
Reformy gospodarcze i ich efekty
Śmierć pierwszego przywódcy Chin Ludowych Mao Zedonga pociągnęła za sobą zmianę kursu polityki chińskiej – odejście od dogmatycznego marksizmu i zapoczątkowanie pragmatycznej polityki gospodarczej, której efekty przeszły najśmielsze oczekiwania zagranicznych obserwatorów. W latach 1978/2019 ich PKB wzrósł 39-krotnie, a PKB per capita niemal 27-krotnie. Według szacunku podanego przez znakomitego znawcę gospodarki chińskiej Grzegorza Kołodkę chiński PKB na osobę można szacować na około 10,2 tysięcy dolarów, a w ciągu trzech-czterech lat powinien on osiągnąć poziom 12 375 dolarów uważanych przez Bank Światowy za próg, od którego zaliczać się można do grupy krajów rozwiniętych (Grzegorz W. Kołodko, „Od ekonomicznej teorii do politycznej praktyki”, Warszawa 2020, s,101). Takiego tempa wzrostu nie notuje żadna z pozostałych wielkich gospodarek narodowych.
Burzliwy rozwój gospodarczy Chin przynosi z sobą ostry wzrost nierówności w tym narodziny silnej warstwy milionerów. Zarazem jednak udaje się Chinom redukować sferę biedy. Pod koniec ubiegłego roku Bank Światowy ogłosił, że Chiny zlikwidowały strefę skrajnego ubóstwa, co dla kraju jeszcze czterdzieści lat temu cierpiącemu na powtarzające się klęski głodu jest niebagatelnym osiągnięciem.
Chiny mają też niewątpliwe sukcesy w dziedzinie edukacji, której masowy zasięg połączony jest z utworzeniem znakomitych ośrodków naukowych o najwyższym światowym poziomie. Kiedy w 1996 odwiedzałem główne uniwersytety chińskie, uderzyło mnie to, że ich kierownictwo już wówczas znajdowało się w ręku młodych uczonych wykształconych na czołowych uniwersytetach światowych, zwłaszcza amerykańskich.
Jedną z konsekwencji obranej drogi wzrostu ekonomicznego jest stosunkowo znaczna równowaga społeczna wyrażająca się brakiem ostrych i masowych konfliktów ekonomicznych.
Chiński model gospodarczy (nazwany przez Grzegorza Kołodkę „chinizmem”) stanowi oryginalne połączenie mechanizmów rynkowych, silnego sektora prywatnego i aktywnej roli państwa w kierowaniu gospodarką narodową. Model ten jest atrakcyjny dla krajów, które usiłują wydobyć się z ekonomicznego zacofania i z zależności od kapitalistycznych metropolii. Wspomniany autor wymienia w tym kontekście kilkanaście państw, takich jak Brunei, Kambodża, Laos, Mjanma, Singapur i Wietnam w Azji Południowo Wschodniej, Azerbejdżan, Kazachstan, Tadżykistan, Turkmenistan i Uzbekistan w dawnej azjatyckiej części ZSRR, Iran, Oman i Zjednoczone Emiraty Arabskie na Bliskim Wschodzie, Algieria, Erytrea, Namibia, Sudan i Tanzania w Afryce, a także Nikaragua w Ameryce Łacińskiej (Kołodko, cyt.dz. s.120).
Obalone dogmaty
Chiński model państwa i gospodarki prowadzi do zakwestionowania trzech dogmatów, które szczególnie powodzenie zawdzięczają upadkowi państwowego socjalizmu w Europie i doświadczeniom przemian ustrojowych w tej części świata.
Pierwszym jest dogmat rzekomej „niereformowalności” socjalizmu. W czasie istnienia ZSRR i zależnego od tego mocarstwa bloku państw Europy środkowo-wschodniej dogmat ten był pielęgnowany z jednej strony przez komunistycznych doktrynerów traktujących wszelkie koncepcje reformatorskie jako szkodliwy „rewizjonizm”, a z drugiej – przez ideologów opozycji antykomunistycznej, którzy rzekomą niemożliwością zreformowania systemu uzasadniali konieczność jego obalenia. Fiasko odważnych reform Gorbaczowa potraktowane zostało – przez jednych i drugich – jako dowód, że system jest niereformowalny. Nigdy nie podzielałem tego zdania. W 1986 roku na łamach krakowskiego pisma „Zdanie” wyraziłem pogląd, ze system socjalistyczny stoi przed alternatywą: reforma lub upadek „Socjalizm a historyczna konieczność reform”, Zdanie, nr.9). W doświadczeniu owocnych reform chińskich widzę potwierdzenie tego stanowiska. Niepowodzenie ówczesnych reform radzieckich czy polskich nie było historycznie nieuniknione, lecz stanowiło przede wszystkim konsekwencję tego, że reformy te podjęto zbyt późno.
Drugim dogmatem – tym razem pieczołowicie podtrzymywanym przez teoretyków liberalno-demokratycznych – jest przekonanie, że reformy gospodarcze bez zmian demokratycznych nie mogą się powieść. Chiny pokazują, że tak nie jest, z czego nie wynika odrzucenie nadziei na to, że kiedyś i one wejdą na drogę budowy pluralistycznej demokracji. Okazuje się jednak, ze nie jest to warunek niezbędny powodzenia reform ekonomicznych i rozwoju cywilizacyjnego.
Trzecim wreszcie dogmatem zakwestionowanym przez doświadczenie chińskie jest przekonanie, ze wzrost gospodarczy niejako automatycznie rodzi impulsy prowadzące do demokracji. Przynajmniej jak dotąd przekonanie to nie sprawdza się w odniesieniu do Chin. Nie wykluczam, że w jakiejś (bliżej nieokreślonej) przyszłości proces taki może nastąpić, ale jak dotąd nic nie przemawia za automatycznym nadejściu zmian demokratycznych jako konsekwencji imponującego wzrostu gospodarczego.
Przywództwo i legitymizacja systemu politycznego
Po śmierci Mao Zedonga Chiny stanęły w obliczu ostrego kryzysu politycznego, którego istotą nie była zwykła walka o władzę w ramach rządzącej elity politycznej, lecz zasadniczy spór o kierunek rozwoju. Spór ten był pokłosiem niefortunnej „rewolucji kulturalnej” – autorytarnej próby wymienienia elity politycznej (a także naukowej i gospodarczej) i zastąpienia jej fanatykami z szeregów młodych komunistów („hunwejbinów). Chińscy reformatorzy, w tym obecny przywódca Xi Jinping) ciężko ucierpieli w czasie ekscesów tej rzekomej rewolucji i przez ponad czterdzieści lat, gdy są u władzy, dbają o to, by ten fatalny eksperyment już si ę nie powtórzył.
Deng Xiaoping zainicjował praktykę regularnego wymieniania centralnego kierownictwa politycznego, dzięki czemu Chiny unikają – tak szkodliwego dla późnego okresu państwowości radzieckiej – zjawiska utrzymywania się u steru rządów ( i umierania na Kremlu) kolejnych partyjnych przywódców: Breżniewa, Andropowa i Czernienki. Kolejni przywódcy okresu reform (Deng Xiaoping, Jing Ziemin i Hu Jintao) odchodzili ze stanowisk robiąc miejsce swym następcom w sposób gwarantujący ciągłość i stabilność władzy. Okaże się, czy wybrany w 2012 roku obecny przywódca Xi Jinping pójdzie tą samą drogą.
Stabilność systemu politycznego Chin opiera się na sile partii komunistycznej – autentycznie masowej, liczącej dziewięćdziesiąt milionów członków armii politycznej – i na autorytecie jej przywódców. Autorytet ten stanowi ciekawy przykład legitymizacji w oparciu o sukces, a więc inaczej niż w klasycznej typologii Maksa Webera (1864-1920), który wyróżniał trzy podstawowe rodzaju legitymizacji: tradycyjną, charyzmatyczną i prawną. Legitymizacja oparta na sukcesie wymaga stałego jej potwierdzania kolejnymi sukcesami. Jak dotąd, chińskim przywódcom to się udaje. Poza wielkimi (stłumionymi przez wojsko) demonstracjami z czerwca 1989 roku, system chiński funkcjonuje bez konieczności uciekania się do masowej przemocy, przy wyraźnym poparciu zdecydowanej większości obywateli.
Miejsce Chin w polityce światowej
Sukcesom gospodarczym towarzyszy imponujący wzrost pozycji Chin na arenie międzynarodowej. Są one obecnie nie tylko jedną z dwóch największych gospodarek światowych, ale także mocarstwem, wywierającym znaczący wpływ na tok spraw międzynarodowych. Tę pozycję Chiny zawdzięczają nie tylko własnej sile, ale także uformowaniu się bloku pięciu państw mających wspólny interes w przeciwstawieniu się światowej dominacji Stanów Zjednoczonych. Blok ten obejmuje Brazylię, Chiny, Indie, Republikę Południowej Afryki oraz Rosję i skupia ponad połowę ludności świata. Choć Chiny są w tym bloku największe i mają największy potencjał gospodarczy, to jednak nie są hegemonem, gdyż pozostałe państwa mają swe silne atuty, w tym rosyjski potencjał militarny ustępujący obecnie jedynie amerykańskiemu.
Rosnąca rola Chin rodzi pytanie o to, jakie będą ich relacje z innymi mocarstwami, w tym zwłaszcza ze Stanami Zjednoczonymi. Przywódcy chińscy deklarują wolę utrzymywania dobrych stosunków z tym mocarstwem ( a także z Unią Europejską) i nie ma powodu, by wątpić w szczerość tych deklaracji.
Jeden z najwybitniejszych znawców stosunków międzynarodowych Zbigniew Brzeziński (1928-2017) w książce wydanej kilka lat po zakończeniu zimnej wojny („Wielka szachownica”, 1997) przekonująco uzasadniał potrzebę prowadzenia przez USA polityki współpracy z Chinami i przestrzegał przed szkodliwą z amerykańskiego punktu widzenia sinofobią. Autor ten nie doceniał jednak dwóch kwestii. Po pierwsze: nie przewidział tak szybkiego awansu Chin, o których nawet napisał, że „w 2020 roku Chiny nawet w najbardziej sprzyjających okolicznościach prawdopodobnie nie staną się autentycznym – a zatem konkurencyjnym w kluczowych dziedzinach – mocarstwem światowym” (s.166). Po drugie: nie przewidział (jak zresztą wszyscy znawcy polityki amerykańskiej) wyboru Donalda Trumpa i fatalnych skutków jego polityki dla pozycji USA w świecie. Polityka amerykańska, dyktowana fobiami tego prezydenta, doprowadziła – wbrew ostrzeżeniom Brzezińskiego – do takiego stanu stosunków amerykańsko-chińskich, który powoduje, że znany brytyjski uczony i komentator stosunków międzynarodowych Timothy Garton Ash deklaruje: „mamy już nową zimna wojnę” (”Newsweek Polska”, 4-10 stycznia 2021). Przesadza, ale nie bez powodu.
Zażegnanie niepotrzebnego konfliktu z Chinami będzie jednym z ważniejszych zadań nowej administracji amerykańskiej, która zapewne będzie dążyła do przywrócenia stosunków podobnych do tych, które panowały za prezydentury Baracka Obamy. Należy życzyć jej powodzenia. Nie ma bowiem żadnego powodu, by uważać wzrost pozycji międzynarodowej Chin za zagrożenie dla reszty świata. Chiny nie są Związkiem Radzieckim epoki Stalina czy jego następców. Nie są mocarstwem ideologicznym w tym sensie, że nie dążą do światowego zwycięstwa socjalizmu. Ich notorycznie powtarzane deklaracje wierności marksizmowi (ale w chińskiej interpretacji) i socjalizmowi mają na celu konsolidację wewnętrzną i nie stanowią busoli chińskiej polityki zagranicznej. Chiny nie mają imperialnych celów w stosunku do reszty świata, czemu nie przeczy to, iż starannie budują swoje wpływy – zwłaszcza w Azji i Afryce. Polityka ta stanowi zaporę dla umacniania i rozszerzania hegemonii Stanów Zjednoczonych, co złości amerykańską prawicę, ale nie jest równoznaczne z narzucaniem chińskiej hegemonii reszcie świata.
Przeciwnicy dobrych stosunków z Chinami powołują się na racje moralne: stan praw człowieka i brak wolności demokratycznych w tym państwie. Jest to przejaw niezwykłej obłudy. Politykom amerykańskiej prawicy nie przeszkadza to, że ich bliski sojusznik Arabia Saudyjska pozostaje absolutną monarchią, w której kobiety pozbawione są elementarnych praw i w której funkcjonariusze służb specjalnych – w oczywisty sposób na polecenie płynące z najwyższego szczebla – zwabili do konsulatu w Istambule i zaszlachtowali opozycyjnego dziennikarza. Gdy się ma takich sojuszników – nie powinno się innym prawić morałów.
Rozwój Chin stanowi optymistyczny sygnał dla świata. Pokazują, że można – i to w imponującym tempie – wydźwignąć się z ekonomicznego zacofania i politycznej marginalizacji. Także dla Polski dobre stosunki i wielostronna współpraca z tym wielkim mocarstwem leżą w żywotnym interesie narodowym. Kiedyś przyjdzie – oby nie nazbyt odległy – czas, by tę oczywistą prawdę uczynić podstawą polskiej polityki wobec Chin. Dla obustronnego dobra. Póki to się nie stanie, warto dokładać starań, by do naszego społeczeństwa docierał prawdziwy obraz dzisiejszych Chin – fascynującego przykładu udanej drogi społecznego rozwoju.