Maduro obalony przez USA

Maduro obalony przez USA – Nicolas Maduro i Cilia Flores
Nicolás Maduro z żoną Cilią Flores w Maju 2025 / fot. Wikipedia

Maduro obalony przez USA – tak zakończył się jego trzynastoletni okres autorytarnych rządów w Wenezueli, który przez lata wydawał się odporny na wszystkie kryzysy. Po miesiącach eskalacji militarnej na Karaibach oraz nocnej operacji wojskowej prezydent Wenezueli został pojmany i wywieziony z kraju przez siły amerykańskie. Operacja została przeprowadzona samowolnie i natychmiast wywołała wątpliwości co do jej zgodności z Kartą Narodów Zjednoczonych oraz zasadą suwerenności państw, co znalazło odzwierciedlenie w krytycznych reakcjach wielu państw i wezwaniu do pilnej debaty na forum ONZ. Wydarzenie to nie tylko, prawdopodobnie, zamyka epokę chavizmu, lecz także otwiera nowy, skrajnie niepewny rozdział w historii państwa pogrążonego w kryzysie politycznym, gospodarczym i społecznym.

Jedną z największych politycznych sił Nicolása Maduro była jego zdolność przetrwania. Przez lata pozostawał przy władzy wbrew wszelkim prognozom. Demonstracje, międzynarodowe sankcje, izolacja dyplomatyczna i kolejne próby jego obalenia nie przynosiły trwałego efektu. Każdy kryzys raczej cementował jego kontrolę nad państwem, niż ją osłabiał.

Kariera obalonego dyktatora była od początku nierozerwalnie związana z postacią Hugo Cháveza i systemem władzy, który ten zbudował po dojściu do rządów. To Chávez wskazał Maduro jako swojego następcę, przekazując mu państwo oparte na silnej koncentracji decyzji politycznych, podporządkowanych instytucjach oraz niemal całkowitym uzależnieniu finansów publicznych od dochodów z ropy naftowej. Chavizm nie był wyłącznie projektem ideologicznym, lecz praktycznym modelem zarządzania państwem, w którym kluczowe zasoby znajdowały się pod bezpośrednią kontrolą władzy wykonawczej.

W okresie wysokich cen ropy system ten funkcjonował względnie stabilnie. Dochody z eksportu pozwalały finansować szerokie programy socjalne, subsydia oraz utrzymywać lojalność aparatu politycznego i siłowego. Jednocześnie instytucje kontrolne były stopniowo osłabiane, a decyzje gospodarcze coraz częściej zapadały w trybie administracyjnym. Państwo nie budowało alternatywnych źródeł wzrostu ani mechanizmów zabezpieczających na wypadek załamania koniunktury surowcowej. Gdy ceny ropy zaczęły spadać, strukturalna kruchość tego modelu ujawniła się w pełnej skali.

Maduro przejął władzę nad państwem już głęboko zdeformowanym gospodarczo i instytucjonalnie. Zamiast korekty kursu nastąpiło dalsze zawężanie procesu decyzyjnego. Prezydent konsekwentnie budował władzę kosztem społeczeństwa, systematycznie podporządkowując sobie instytucje, aparat bezpieczeństwa oraz wojsko. Kryzysy gospodarcze i społeczne nie prowadziły do reform, lecz były wykorzystywane jako narzędzie politycznej mobilizacji i uzasadnienie dalszych represji. Reżim utrzymywał się nie dzięki masowemu poparciu, lecz dzięki strachowi, klientelizmowi i lojalności elit siłowych, których interesy coraz silniej wiązały się z przetrwaniem systemu.

W tym kontekście kluczową rolę odgrywała kontrola nad sektorem naftowym. Dochody z ropy stawały się nie tylko źródłem finansowania państwa, lecz także instrumentem utrzymania lojalności wojska i aparatu bezpieczeństwa. Stabilność władzy zależała coraz mniej od mechanizmów politycznych, a coraz bardziej od dostępu do zasobów i zdolności ich redystrybucji w obrębie struktur siłowych.

Demontaż instytucji i izolacja międzynarodowa

Po śmierci Cháveza Maduro musiał szybko skonsolidować władzę. Wybory w 2013 roku, wygrane minimalną różnicą głosów, zapoczątkowały trwały proces zaostrzania kursu. Opozycja była systematycznie marginalizowana, a instytucje podporządkowywane władzy wykonawczej.

Równolegle załamywała się gospodarka. Spadek cen ropy pozbawił państwo podstawowych dochodów. Hiperinflacja, braki żywności i masowe protesty z 2014 roku spotkały się z brutalną reakcją sił bezpieczeństwa. Represje stały się trwałym elementem systemu rządów.

Zwycięstwo opozycji w wyborach parlamentarnych w 2015 roku było dla reżimu sygnałem alarmowym. Maduro wykorzystał podporządkowany sobie Sąd Najwyższy do faktycznego sparaliżowania Zgromadzenia Narodowego. Parlament został pozbawiony realnych kompetencji ustawodawczych.

Powołanie Zgromadzenia Konstytucyjnego w 2017 roku doprowadziło do masowych protestów. Demonstracje były brutalnie tłumione, a bilans ofiar sięgnął około 130 zabitych. Reżim przetrwał, lecz kosztem dalszej izolacji międzynarodowej i pogłębiającej się delegitymizacji.

W 2019 roku Juan Guaidó, jako przewodniczący Zgromadzenia Narodowego kontrolowanego przez opozycję, ogłosił się tymczasowym prezydentem Wenezueli, powołując się na zapisy konstytucji po wyborach uznanych przez opozycję i część społeczności międzynarodowej za niewiarygodne. Stany Zjednoczone oraz część ich sojuszników uznały go za legalnego przywódcę kraju, zakładając, że presja dyplomatyczna i sankcyjna doprowadzi do szybkiego załamania władzy Nicolása Maduro.

Ten scenariusz nie zrealizował się, ponieważ wojsko i aparat bezpieczeństwa pozostały lojalne wobec urzędującego prezydenta. Guaidó nie przejął kontroli nad administracją państwową, siłami zbrojnymi ani sektorem naftowym, co w praktyce uniemożliwiło mu sprawowanie realnej władzy. Próba zmiany rządu ograniczyła się do poziomu symbolicznego i dyplomatycznego.

Niepowodzenie tego epizodu pokazało granice strategii opartej wyłącznie na uznaniu międzynarodowym i sankcjach. Reżim Maduro przetrwał, a impas polityczny utrwalił się na kolejne lata, stając się jednym z kluczowych punktów odniesienia dla późniejszych decyzji wobec Wenezueli.

Wybory 2024 i pękanie systemu

Wybory prezydenckie z lipca 2024 roku odbywały się w warunkach pełnej kontroli aparatu państwowego przez obóz władzy. Mimo sondaży zapowiadających porażkę urzędującego prezydenta Narodowa Rada Wyborcza ogłosiła zwycięstwo Nicolása Maduro z wynikiem przekraczającym 50 procent. Nie opublikowano pełnych protokołów z komisji wyborczych ani dokumentacji umożliwiającej niezależną weryfikację przebiegu głosowania.

Opozycja oraz obserwatorzy międzynarodowi otwarcie kwestionowali wiarygodność wyborów. Analizy oparte na dostępnych protokołach wskazywały na wyraźne zwycięstwo Edmundo Gonzáleza, byłego dyplomaty przebywającego na emigracji, który według danych opozycji miał zdobyć nawet około 67–73% głosów. Władze odpowiedziały oskarżeniami o spisek inspirowany przez Stany Zjednoczone oraz kolejną falą represji wobec przeciwników politycznych. Tym samym możliwość pokojowej i instytucjonalnej zmiany władzy została zamknięta, a relacja między państwem a społeczeństwem weszła w fazę otwartej konfrontacji.

Powodzenie amerykańskiej operacji, niezależnie od ocen politycznych oraz stosunku do samej postaci Nicolása Maduro, nie mogło być wyłącznie efektem zewnętrznej przewagi militarnej. Skala, tempo i precyzja działań wskazują, że musiały one opierać się na wsparciu lub co najmniej biernej współpracy części aktorów funkcjonujących wewnątrz państwa wenezuelskiego.

Operacje tego rodzaju wymagają dostępu do aktualnych informacji, znajomości rutyn bezpieczeństwa oraz synchronizacji działań na miejscu. Takie warunki nie powstają w systemie w pełni szczelnym i jednolitym, lecz w sytuacji, gdy struktury władzy ulegają erozji, a aparat państwowy przestaje działać jako spójny mechanizm.

Super-wąs i mit nietykalności

Przez lata reżim budował wokół Nicolása Maduro propagandowy mit postaci znanej jako Super-wąs. W oficjalnej narracji był on przedstawiany jako niemal komiksowy bohater, odporny na wszystkie ciosy, niepodatny na sankcje, protesty i presję międzynarodową. Symbolizował rzekomy opór wobec amerykańskiego imperializmu oraz miał być gwarantem ciągłości rewolucji boliwariańskiej zapoczątkowanej przez Hugo Cháveza. Wizerunek ten był konsekwentnie wykorzystywany w mediach państwowych, przekazach wizualnych i wystąpieniach publicznych, gdzie Maduro kreował się na przywódcę zdolnego „ochronić naród” przed zewnętrznymi wrogami. Mit Super-wąsa pełnił jednak funkcję czysto instrumentalną: miał maskować pogarszające się warunki życia, odwracać uwagę od zapaści gospodarczej oraz legitymizować coraz brutalniejsze działania aparatu państwowego wobec społeczeństwa i opozycji.

Mit ten nie był jedynie narzędziem propagandy. Maduro sam przyjął logikę własnej narracji. Zakładał, że represje, lojalność wojska i zmęczenie społeczne wystarczą, by bez większego ryzyka utrzymać kolejną sześcioletnią kadencję. Uważał, że Stany Zjednoczone nie zdecydują się na bezpośrednią konfrontację militarną.

Tym razem kalkulacja okazała się błędna. Administracja Donalda Trumpa uznała, że dalsze tolerowanie reżimu w Caracas przestało leżeć w interesie Stanów Zjednoczonych. Decyzja o użyciu siły nie wynikała jednak z obrony demokracji ani z nagłego „odkrycia” skali przestępczości narkotykowej w Wenezueli. Te argumenty pełnią przede wszystkim funkcję politycznej i prawnej osłony działań, które w swojej istocie mają charakter geopolityczny i surowcowy.

Wenezuela jest jednym z największych posiadaczy udokumentowanych złóż ropy naftowej na świecie, a w ostatnich latach coraz większa część jej eksportu funkcjonowała poza zachodnim porządkiem regulacyjnym i finansowym, nad którym Stany Zjednoczone sprawują dominującą kontrolę. Surowiec trafiał do zróżnicowanego grona odbiorców, w tym do państw należących m.in. do bloku BRICS.

Z perspektywy Waszyngtonu problemem nie było samo istnienie tych relacji handlowych, lecz fakt, że znaczący strumień ropy i związanych z nią dochodów wymykał się amerykańskiej kontroli finansowej, walutowej i logistycznej. Oznaczało to ograniczenie skuteczności narzędzi nacisku, którymi USA od dekad posługują się wobec państw uznanych za wrogie lub nieposłuszne: kontroli rozliczeń dolarowych, ubezpieczeń transportowych, dostępu do rynków finansowych i infrastruktury handlowej.

Dlatego interwencja nie może być analizowana wyłącznie przez pryzmat Wenezueli ani samej postaci Nicolása Maduro. Jest ona elementem szerszego zjawiska. Coraz bardziej otwartego użycia siły przez Stany Zjednoczone w obronie własnej pozycji w globalnym systemie gospodarczym, w którym kontrola nad surowcami, szlakami handlowymi i mechanizmami finansowymi staje się ważniejsza niż spójność deklarowanych zasad prawa międzynarodowego.

Reżim Nicolása Maduro nie tylko przetrwał wieloletnią presję dyplomatyczną i gospodarczą, ale zachował zdolność do samodzielnego zarządzania eksportem ropy i do omijania zachodnich ograniczeń. To właśnie ta odporność – a nie kwestia praworządności, wyborów czy praw człowieka – przesądziła o zmianie podejścia Waszyngtonu: od długotrwałej presji i sankcji do bezpośredniego użycia siły.

Noc interwencji i militarne przesilenie

Operacja wojskowa rozpoczęła się w nocy z 2 na 3 stycznia 2026 roku. Mieszkańców Caracas obudziły eksplozje, przeloty samolotów bojowych oraz ostrzał artyleryjski. Ataki skoncentrowały się na kluczowych instalacjach wojskowych, w tym na kompleksie Fuerte Tiuna, który pełni funkcję głównego centrum dowodzenia wenezuelskich sił zbrojnych, oraz na lotnisku La Carlota, istotnym węźle transportowym i operacyjnym stolicy. Charakter uderzeń wskazywał, że ich celem było możliwie szybkie i pełne sparaliżowanie struktur dowodzenia, łączności i zdolności reagowania wojska.

W pierwszych godzinach po rozpoczęciu operacji doszło do poważnych zakłóceń w funkcjonowaniu państwa. Przerywano łączność, zamykano główne arterie komunikacyjne, a przekaz władz był niespójny i fragmentaryczny. Informacje o sytuacji w resorcie obrony i w najwyższych strukturach decyzyjnych napływały z opóźnieniem lub wcale, co sugerowało głęboki kryzys dowodzenia.

Kilka godzin później prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump ogłosił, że siły amerykańskie pojmały urzędującego prezydenta Wenezueli i wywiozły go z kraju. Administracja USA poinformowała, że Nicolás Maduro został zatrzymany w związku z wieloletnimi postępowaniami karnymi prowadzonymi przez amerykańską prokuraturę federalną w Nowym Jorku i że ma zostać postawiony przed amerykańskim sądem.

Prokurator generalna Stanów Zjednoczonych Pam Bondi oświadczyła, że Maduro oraz jego żona Cilia Flores mają wkrótce stanąć przed amerykańskim wymiarem sprawiedliwości na terytorium USA. Zarzuty obejmują m.in. udział w spisku określanym przez amerykańską prokuraturę jako „narko-terrorystyczny”, spisek dotyczący przemytu kokainy do Stanów Zjednoczonych oraz przestępstwa związane z bronią. Według władz USA akty oskarżenia w tych sprawach były formułowane i podtrzymywane w Nowym Jorku od kilku lat.

Waszyngton konsekwentnie utrzymuje narrację, że zarzuty wobec Nicolása Maduro i jego najbliższego otoczenia mają charakter karny, a nie polityczny, oraz że dotyczą konkretnych czynów ściganych na podstawie amerykańskiego prawa federalnego. Problem polega jednak na tym, że amerykańskie prawo karne obowiązuje na terytorium Stanów Zjednoczonych i w bardzo ściśle określonych przypadkach poza nim, na przykład wobec własnych obywateli lub w sytuacjach uregulowanych umowami międzynarodowymi. W przypadku Wenezueli nie zachodzi żadna z tych przesłanek.

Nie jest niespodzianką dla nikogo, że Maduro nie jest obywatelem USA, nie działał na terytorium Stanów Zjednoczonych i nie został zatrzymany w państwie trzecim na podstawie ekstradycji. Został pojmany na terytorium własnego kraju w wyniku operacji zbrojnej przeprowadzonej przez obce państwo. Oznacza to, że amerykańskie prawo zostało wyegzekwowane nie poprzez mechanizmy prawne, lecz poprzez użycie siły militarnej, co nie ma odpowiednika w obowiązujących standardach międzynarodowych.

Oczywiste jest, że w normalnym porządku państwo, które formułuje zarzuty karne wobec cudzoziemca, nie ma prawa samodzielnie egzekwować swojej jurysdykcji na terytorium innego państwa. Może natomiast korzystać z mechanizmów przewidzianych przez prawo międzynarodowe: procedur ekstradycyjnych, postępowań przed trybunałami międzynarodowymi lub działań podejmowanych na forum Narodów Zjednoczonych, w tym Rady Bezpieczeństwa. W przypadku urzędujących głów państw są to jedyne dopuszczalne ramy działania.

Prawo międzynarodowe dopuszcza możliwość ścigania urzędujących prezydentów, ale wyłącznie w ramach instytucji międzynarodowych i w odniesieniu do ściśle określonych kategorii czynów. Chodzi o najpoważniejsze naruszenia prawa międzynarodowego, takie jak zbrodnie wojenne, zbrodnie przeciwko ludzkości, ludobójstwo oraz – w określonych warunkach – zbrodnię agresji. Są to czyny, które z definicji wykraczają poza jurysdykcję pojedynczych państw i podlegają szczególnemu reżimowi odpowiedzialności międzynarodowej.

Nawet w takich przypadkach ściganie nie oznacza automatycznego zniesienia immunitetu państwowego ani prawa do jednostronnego użycia siły. Odpowiedzialność karna urzędującej głowy państwa może być dochodzona wyłącznie przed właściwym trybunałem międzynarodowym lub na podstawie decyzji organów uprawnionych do działania w imieniu społeczności międzynarodowej. Nie istnieje legalny mechanizm, który pozwalałby pojedynczemu państwu samodzielnie „wyegzekwować” takie zarzuty na terytorium innego suwerennego państwa.

W przypadku Wenezueli żadna z tych ścieżek nie została uruchomiona. Nie doszło do wszczęcia postępowania przed międzynarodowym trybunałem ani do uzyskania mandatu Rady Bezpieczeństwa ONZ, który mógłby nadać działaniom charakter legalnej interwencji. Zamiast tego jedno państwo zastosowało siłę militarną, aby zatrzymać urzędującą głowę suwerennego państwa na jego terytorium i przymusowo wywieźć ją poza granice kraju w celu postawienia przed własnym sądem krajowym.

W tym sensie doszło, po raz kolejny w historii, nie tylko do obejścia zasady immunitetu głowy państwa, lecz także do podważenia samej idei międzynarodowego wymiaru sprawiedliwości jako systemu opartego na regułach, a nie na sile.

Nowa era niepewności

Upadek reżimu Nicolása Maduro nie oznacza dziś ani porządku, ani przejrzystego procesu politycznego. W Wenezueli powstała próżnia władzy, w której formalne zapisy konstytucyjne schodzą na dalszy plan wobec realnych relacji siły. Zgodnie z literą prawa obowiązki głowy państwa powinna przejąć wiceprezydent Delcy Rodríguez, jednak w pierwszych godzinach po interwencji nie było jasne, czy dysponuje ona faktyczną kontrolą nad aparatem państwowym, wojskiem i służbami bezpieczeństwa.

Kluczowe decyzje zapadają poza instytucjami cywilnymi. O kierunku wydarzeń decyduje to, kto kontroluje łączność, dowództwo sił zbrojnych, lotniska, porty i główne węzły transportowe. W Caracas i innych miastach widoczna jest obecność wojska oraz punktów kontrolnych, co pokazuje, że państwo funkcjonuje w trybie siłowym, a nie administracyjnym. To sytuacja, w której realna władza nie wynika z urzędów, lecz z dostępu do środków przymusu.

Równolegle rozstrzyga się kwestia kontroli nad sektorem naftowym. To właśnie ropa od dekad stanowi rzeczywisty fundament władzy w Wenezueli, niezależnie od tego, kto formalnie stoi na czele państwa. Kontrola nad wydobyciem, rafinacją, portami eksportowymi i przepływem dochodów oznacza zdolność finansowania wojska, importu żywności oraz podstawowego funkcjonowania państwa. Bez niej żadna nowa władza nie będzie w stanie utrzymać się dłużej niż kilka tygodni.

Zmiana władzy nie rozwiązała więc podstawowego problemu Wenezueli, lecz przesunęła go w nową fazę. Ropa ponownie stała się główną stawką polityczną, a pytanie nie brzmi, czy odegra kluczową rolę, lecz kto i na jakich warunkach będzie nią zarządzał. Nawet jeśli infrastruktura naftowa nie została bezpośrednio zajęta ani uszkodzona, sama kontrola bezpieczeństwa terminali, rafinerii i tras eksportowych daje realny wpływ na przyszły układ sił.

Interwencja obnażyła również sprzeczności w polityce Donalda Trumpa. Przez lata deklarował on odejście od kosztownych i destabilizujących interwencji militarnych, wielokrotnie wskazując wojnę w Iraku jako przykład strategicznego błędu, który osłabił pozycję Stanów Zjednoczonych i pogrążył cały region w chaosie. Zastosowano jednak ponownie bardzo podobną logikę: połączenie oskarżeń karnych, narracji o bezpieczeństwie i użycia siły militarnej na terytorium suwerennego państwa.

Wenezuela stała się kolejnym przykładem tego, że gdy w grę wchodzą surowce, geografia i wpływy, granica między walką z przestępczością a klasycznym interwencjonizmem szybko się zaciera. Nie oznacza to, że zarzuty wobec Maduro nie istnieją, lecz że sposób ich „rozwiązania” wykracza daleko poza ramy prawa karnego i wpisuje się w logikę siłowego kształtowania porządku międzynarodowego. Obalenie Maduro nie kończy kryzysu. Przenosi go na wyższy poziom ryzyka, którego skutki będą odczuwalne nie tylko w Wenezueli, lecz także w całym regionie i w relacjach międzynarodowych.

Aleksander Radomski

Poprzedni

Konwulsje „neojałtańskie” na świecie

Następny

Cesarz Ameryk bombarduje Wenezuelę