Maduro nie ustępuje

Prezydent Nicolás Maduro przyznał, że szef dyplomacji Wenezueli prowadził rozmowy z wysłannikiem USA Elliotem Abramsem. Wyraził jednocześnie gotowość do rozmów z samym Donaldem Trumpem, jeżeli pomoże zakończyć wenezuelski kryzys.

W wywiadzie udzielonym agencji Associated Press Nicolas Maduro wyjawił, że podległy mu szef dyplomacji Jorge Arreaza spotkał się z Elliotem Abramsem, specjalnym wysłannikiem Stanów Zjednoczonych do Wenezueli, który oficjalnie ma pełnić misję określaną jako “przywrócenie demokracji” w tym karaibskim kraju. USA uznają Maduro za dyktatora odpowiadającego za kryzys gospodarczy i łamanie praw człowieka. Jako “tymczasowego prezydenta” uznały zaś Juana Guaidó, przewodniczącego Zgromadzenia Narodowego, który sam się ogłosił nowym przywódcą kraju.
Abrams, który ma w Wenezueli “przywracać demokrację”, znany jest z tego, że w latach 80. XX wieku jako przedstawiciel USA odpowiadał za tworzenie w Ameryce Środkowej prawicowych szwadronów śmierci, szkolonych do zwalczania lewicowych rządów i ich zwolenników. Nominacja Abramsa została przez krytyków polityki USA odczytana jako potwierdzenie przypuszczeń, że poparcie dla Guaidó oznacza w rzeczywistości przygotowany przez Amerykanów zamach stanu w Wenezueli.
Maduro twierdzi, że minister Arreaza widział się i rozmawiał z Abramsem dwukrotnie, ostatnio 11 lutego. Jest to o tyle ważne, że było to cztery dni po tym, jak Abrams oświadczył, że czas Maduro się ostatecznie się wyczerpał i żadnych negocjacji z jego rządem nie będzie. Do spotkań miało dojść w Nowym Jorku. Prezydent poinformował też, że wysłannik USA otrzymał od jego ministra zaproszenie do Wenezueli. Może do tego dojść “prywatnie, publicznie, w sekrecie” – w takiej formie, jaka Abramsowi będzie odpowiadać, a strona wenezuelska nie będzie stawiać żadnych warunków.
– Jeżeli chciałby się spotkać, niech tylko powie gdzie i kiedy, a ja się zjawię – oświadczył Nicolas Maduro
Potępił agresywną politykę USA wobec swojego kraju, powiedział, że nie zamierza ustępować na rzecz Guaidó, podkreślił jednocześnie, że jest gotów spotkać się z samym prezydentem Trumpem. Maduro twierdził, że taka możliwość istniała już w 2018 r. jednak nie doczekała się realizacji. Powołując sią na dostępne mu informacje wywiadowcze, stwierdził, że Prezydent Trump jest celowo “wprowadzany w błąd” na temat sytuacji panującej w Wenezueli.
W rozmowie z AP Maduro potępił nowe sankcje nałożone na Wenezuelę przez USA, odniósł się także do szumu medialnego, podgrzewanego przez ekipę Trumpa, jaki zapanował wokół tematu rzekomej wenezuelskiej blokady dla zagranicznej pomocy humanitarnej. W mediach społecznościowych furorę zrobiły zdjęcia przedstawiające zablokowaną drogę nieopodal granicy z Kolumbią. Miał to być “dowód” na to, że Maduro “woli zagłodzić własny naród niż przyjąć pomoc humanitarną”. Niedługo potem okazało się, że droga, przedstawiona na zdjęciach nigdy nie została oddana do użytku.
Prezydent Wenezueli uznał, że USA wykazuje się spektakularną obłudą, starając się kwestię pomocy humanitarnej rozgrywać jako element gry politycznej.
– To USA blokują naszą gospodarkę – mówił w wywiadzie – Ich blokada kosztowała nas 30 mld dolarów, a teraz przysyłają tzw. pomoc humanitarną wartą 20 mln! Co to ma być? Najpierw cię duszę, a potem daję ci ciastko? To jest przedstawienie!
Również minister Arreaza odniósł się do sprawy pomocy humanitarnej. Zdecydowanie odrzucił termin, jaki wyznaczył rządowi Juan Guaidó na sprowadzenie do kraju potrzebnej mieszkańcom żywności i leków. Zdaniem ministra spraw zagranicznych lider opozycji niczego nie kontroluje i nie może stawiać jakichkolwiek warunków.
Amerykańskie działania „pomocowe” wobec Wenezueli skrytykował również Międzynarodowy Czerwony Krzyż ponieważ są one prowadzone w porozumieniu z Guaidó i w celu wymuszenia ustępstw na Maduro. Przedstawiciel organizacji dla rejonu USA i Kanady ostrzegł, że próba traktowania pomocy jako elementu sporu politycznego, jest nieodpowiedzialnością. MCK poinformował, że nieprzerwania prowadzi aktywność humanitarną w Wenezueli w porozumieniu z legalnym rządem, a ostatnio podwoiła budżet przeznaczony na działania podejmowane w tym kraju.
Wenezuelskie ministerstwo zdrowia poinformowało, że przyjęło ponad 900 ton pomocy medycznej od zaprzyjaźnionych państw, m.in. od Rosji, Chin i Kuby.
Kryzys polityczny wokół Wenezueli trwa od 23 stycznia, kiedy Biały Dom ogłosił Juana Guaidó “tymczasowym prezydentem” tego kraju. Za Guaidó opowiedziała się większość europejskich partnerów USA, m.in. Wielka Brytania, Niemcy, Francja, Hiszpania, Polska, oraz Parlament Europejski. Nicolasa Maduro na stanowisku prezydenta nadal uznają m.in. Chiny, Rosja i Turcja. Za legalną głowę państwa nadal uważa go też ONZ.

Partia Pracy o Guaidó

Polityczka typowana na szefową dyplomacji w przyszłym rządzie Jeremy’ego Corbyna jest krytyczna wobec Maduro, za duży błąd jednak uznaje udzielanie poparcia Juanowi Guaidó. Stawia na dialog wewnętrzny, potępia próby rozwiązania kryzysu w Wenezueli za pomocą zewnętrznej interwencji, a ku temu niestety skłaniają się państwa UE.

Emily Thornberry, szefowa dyplomacji Wenezueli w laburzystowskim gabinecie cieni, skrytykowała rząd Theresy May i inne rządy europejskie za pośpieszne uznanie Juana Guaidó za demokratycznego przywódcę Wenezueli. Polityczka Partii Pracy skrytykowała rządy Nicolása Maduro, zasugerowała jednak, że pochopne udzielanie mandatu jego rywalowi bez pomysłu na to, co ma w Wenezueli nastąpić potem, jest dyplomatyczną nieodpowiedzialnością.
Zdaniem Thornberry kluczowe dla Wenezueli jest teraz zapewnienie warunków do przeprowadzenia nowych wyborów „we właściwym czasie”, a nie do odgórnego określania przez siły zewnętrzne, kto jest „właściwą stroną” konfliktu politycznego wewnątrz kraju.
– Nie wydaje mi się, żeby można było stawiać żądania bez wiedzy, co robić w następnej kolejności. Nie chodzi o przybieranie pozy, tylko o postępowanie w sposób realistyczny i praktyczny. – powiedziała.
Labourzystka twierdzi, że rozwiązanie kryzysu w Wenezueli musi mieć przede wszystkim charakter wewnętrzny i europejska dyplomacja musi temu sprzyjać. Tymczasem o swoim poparciu dla Guaidó, który ogłosił się „tymczasowym prezydentem”, zapewniły już rządy Wielkiej Brytanii, Niemiec, Francji i Hiszpanii oraz Parlament Europejski. Brytyjska Partia pracy oficjalnie więc wyłamała się z tego szeregu.
– Potrzeba dialogu i taka propozycja padła na obszarze wewnętrznym i zewnętrznym – mówiła Thornberry nawiązując zapewne do propozycji prezydenta Maduro, by w tym roku ogłosić nowe wybory parlamentarne oraz obrad tzw. międzynarodowej grupy kontaktowej ds. Wenezuali – Potrzeba czasu i taka propozycja też padła. Musimy zobaczyć, co będzie dalej – to najlepszy sposób postępowania, w przeciwieństwie do powiedzenia: już wystarczy, uznajemy X, a nie Y. To nie jest sposób, w jaki należy traktować inne kraje, nawet znajdujące się w tak trudnej sytuacji jak Wenezuela.
Thornberry jednak, w przeciwieństwie do przewodniczącego Partii Pracy Jeremy’ego Corbyna, opowiedziała się za częściowymi sankcjami wobec Wenezueli. Za właściwe uznała „wszelkie środki”, które mogą przynieść zmianę na lepsze, z wyjątkiem interwencji zbrojnej.
W oględny sposób skrytykowała okres rządów Maduro z lewicowych pozycji:
– Mogę również zagwarantować, że za rząd Partii Pracy nie będzie tolerował łamania praw człowieka tylko dlatego, że są one popełniane przez mniejsze i słabsze państwa, lub przez rządy, które chcą uchodzić za „socjalistyczne”, ale poprzez swoje działania sprzeniewierzyły się wszelkim socjalistycznym ideałom.
Podkreśliła jednak przede wszystkim, że jeżeli powstanie labourzystowski rząd, jego priorytetem w polityce zagranicznej będą prawa człowieka, a nie tak jak w przypadku rządu konserwatystów – krótkoterminowe interesy. Z ich powodu, zdaniem Thornberry, brytyjska dyplomacja uprawiana przez Torysów i poprzednie gabinety Partii Pracy zbyt tendencyjnie przymykały oczy na łamanie praw człowieka w liczących się krajach, które traktowane były jako strategiczni geopolityczni partnerzy Wielkiej Brytanii: w Turcji, Arabii Saudyjskiej i Egipcie.
W zeszłym tygodniu Jeremy Corbyn zamieścił na Twitterze stanowisko krytyczne wobec konserwatywnego ministra decyzji Jeremy’ego Hunta o poparciu dla Guaidó. Corbyn uznał ją za opowiedzenie się za interwencją zagraniczną w Wenezueli, za którą stoi USA.

Zapomniane ludobójstwo

Gdy na oczach całego świata toczy się rozgrywka o Wenezuelę, a Stany Zjednoczone, wspierając samozwańczego p.o. prezydenta, po raz kolejny przedstawiają siebie jako krynicę demokracji, wolności i cnót obywatelskich, warto przypomnieć o pewnej rocznicy, kompletnie na naszej szerokości geograficznej niedostrzeganej. Niedługo minie 120 lat od wybuchu wojny między Stanami Zjednoczonymi a Filipinami w wyniku której ten archipelag stał się protektoratem USA. Mało kto słyszał o brutalności tego konfliktu, prawie nikt nie liczył ofiar. Ot, wyjątkowość Ameryki.

Tak oto napisał o tym konflikcie Mark Twain, komentując go jako „New York Times”: „wiedziałem od samego początku, że nie zamierzamy uwolnić ludzi z Filipin. Udaliśmy się tam na podbój i dlatego jestem antyimperialistą. Jestem przeciwny temu, aby orzeł amerykański położył szpony na jakimkolwiek innym kraju”. Zwracał uwagę na powszechny rasizm białych, amerykańskich żołnierzy i polityków. Był głęboko zaniepokojony sadystycznymi zbrodniami wojennymi popełnionymi przez amerykańskie wojska. Sugerował, że gwiazdy i paski na amerykańskiej fladze powinny zostać zastąpione czaszką i kośćmi. Ówczesny gospodarz Białego Domu, prezydent Wiliam McKinley (1897-1901) obiecywał, że pomoże Filipińczykom podczas powstania przeciwko Hiszpanom i nie będzie się potem starał anektować ani podporządkowywać Filipin. Ale pewnej nocy, kiedy w modlitwie padł na kolana, przyszła iluminacja, iż oddanie Filipin Niemcom lub Francuzom byłoby złą decyzją dla amerykańskiego biznesu. A sami Filipińczycy są do rządzenia przecież niezdolni.
Po wygnaniu Hiszpanów 23 stycznia 1899 r. proklamowano Pierwszą Republikę Filipin. Już wtedy było wiadome, że USA nie uznają niepodległości kraju i według ustaleń traktatu paryskiego z 10 grudnia 1898 r. zostanie on amerykańską kolonią. W parlamencie Stanów Zjednoczonych zostało to uchwalone 6 lutego 1899 r. Filipińczycy, wiedząc o tym, rozpoczęli przygotowania do wojny wcześniej.
Ich wystąpienie zostało krwawo stłumione. Oficjalne dane amerykańskie mówią o ok. 300 000 zabitych autochtonach. To szacunki zaniżone. W samej prowincji Batangas zginąć miało podczas walk ok. 300 tys. Wojsko raportowało, iż na samej wyspie Luzon zabito ponad pół miliona Filipińczyków. Niektóre źródła podają liczby 1,4 – 3 mln ofiar, co dla populacji liczącej ok. 10 mln ludzi oznacza po prostu ludobójstwo. Po 1902 roku wojna na południu Filipin trwała nadal przez niemal dwie dekady; lud Moro, muzułmanie, którzy także współcześnie od lat walczą o autonomię i niezależność od Manili, prowadził walkę partyzancką, na którą amerykańskie ekspedycje wojskowe odpowiadały represjami i masowymi morderstwami. Niektórzy autorzy uważają, że była to najbardziej krwawa wojna kolonialna (proporcjonalnie do populacji podbijanego terenu) prowadzona przez białego człowieka.
Przełom XIX i XX w. obfituje w mordercze ekspedycje wysyłane przez kolejne kraje Zachodu celem podboju terenów w tzw. III świecie. Znane jest dość powszechnie ludobójstwo armii niemieckiej w dzisiejszej Namibii dokonane na ludach Nama i Herero. Podczas wojen burskich twórcami obozów koncentracyjnych byli kulturalni dżentelmeni po Eaton College, Cambridge czy Oxfordzie; Brytyjczycy jeszcze podczas powstania Mau-Mau w Kenii, w latach 50. XX wieku stosowali nagminnie metody kojarzone dziś w pierwszej kolejności z nazistami. Wyczyny Belgów w Kongo – przez pewien czas prywatnym folwarku arcykatolickiego króla Leopolda II – porównać można jedynie z nazistowskim bestialstwem wobec Żydów. Za każdym razem stawką były ekonomia, zyski, tworzenie kolonialnych imperiów.
Warto tę historię sobie przypominać zawsze, gdy sekretarz stanu Pompeo z przejęciem mówi o odbudowywaniu demokracji i ratowaniu Wenezuelczyków przed strasznym autorytaryzmem, a sekundują mu prezydent Macron i premier May, mając usta pełne frazesów.

Armia, od której wszystko może zależeć

Jak zachowa się w sytuacji kryzysu politycznego i możliwej interwencji zagranicznej armia wenezuelska? Jej postawa może mieć decydujące znaczenie o przyszłości kraju.

Wenezuela na naszych oczach staje się kolejnym „gorącym punktem” na globie. 21 stycznia lider wenezuelskiej opozycji i przewodniczący parlamentu Juan Guaidó ogłosił się tymczasowym prezydentem kraju. Co istotne – uznały go za prezydenta Stany Zjednoczone. Z drugiej strony urzędującego prezydenta Nicolása Maduro wsparł prezydent Turcji Recep Erdoğan, emocjonalnie życząc mu „trzymaj się bracie”.

Chiny silnie zaangażowane w Wenezuelską gospodarkę wystąpiły przeciwko jakiemukolwiek mieszaniu się w wewnętrzne sprawy Wenezueli innych krajów. Rosyjski MSZ przestrzegł USA przed interwencja militarną w Wenezueli. Do Maduro dzwonił prezydent Putin, który go wsparł, podkreślając potrzebę poszukiwania uregulowania kryzysu politycznego na gruncie konstytucji drogą pokojowego dialogu z opozycją.

Póki co, wszyscy dowódcy wojskowi armii wenezuelskiej murem popierają urzędującego prezydenta. Parlament Europejski, oraz większość krajów obu Ameryk, krajów NATO (z wyłączeniem Turcji i Włoch) wspierają linię Waszyngtonu i popierają przewodniczącego parlamentu Juana Guaidó.

Według wielu mediów branżowych w Wenezueli wylądowali „chłopcy Wagnerowcy”, (w rosyjskim slangu muzykanci) czyli kontraktorzy generała Utkina. „Wagnerowcy” to prywatna rosyjska firma najemników. Prowadzą operacje poza granicami Rosji, w Syrii w Libii i innych krajach. Rosyjski samolot państwowy (prezydencki) (Ił-96 RA-96019) 23 stycznia wystartował z Moskwy do Dakaru. Stamtąd do Paragwaju, po czym 24 stycznia wyleciał do Hawany (Kuba). Wystartował i… wyłączył transponder. Wylądował zapewne w Wenezueli. „Wagnerowcy” to dawni żołnierze sił specjalnych, CZWK (prywatna wojenna firma), to forpoczta rosyjskiej armii w szeregu operacji jakie ta prowadziła w ostatnich latach, w tym na Krymie, w Donbasie czy Syrii. Jedno jest pewne – jeśli Maduro poprosi o pomoc Moskwę jak prezydent Syrii Baszar al-Assad, to nie wykluczone, że wylądują w Wenezueli „zielone ludziki” z WDW. Zabezpieczenie lotniska i pierwszy rzut specjalistów, z dużą dozą prawdopodobieństwa, mimo dementi rzecznika Kremla, już są na miejscu.

Kluczem do rozwiązania zagadki, czy Wenezuela pozostanie w strefie wpływów Chin, Rosji i Turcji, czy przejdzie w drodze kolejnej „kolorowej rewolucji” w strefę wpływów USA jest postawa wenezuelskiej armii. Czy armia ta stanie w obronie legalnych władz i czy jest zdolna do odparcia zewnętrznej interwencji. Zatem prześledźmy poniżej jakim potencjałem dysponuje.

Fuerza Armada Nacional Bolivariana de Venezuela – Siły Zbrojne Boliwariańskiej Republiki Wenezueli składają się z Wojsk Lądowych, Marynarki Wojennej, Lotnictwa, Gwardii Narodowej i ludowej milicji.

Siły Powietrzne

Z perspektywy państw Ameryki Południowej, lotnictwo Wenezueli to znacząca siła. W okresie rządów Hugo Cháveza zaplanowano znaczącą wymianę sprzętu. Dziś główną siłę stanowią dwie eskadry liczące 23 samoloty – nowoczesne rosyjskie myśliwce przechwytujące Su-30 MK2. Su-30 to dwumiejscowe ciężkie myśliwce przewagi powietrznej, zaprojektowane u schyłku Związku Radzieckiego w biurze konstrukcyjnym im. Suchoja, Eksploatowane przez Wenezuelę wersje są zmodyfikowane do roli samolotów wielozadaniowych i przenoszą cały wachlarz uzbrojenia klasy powietrze-ziemia, łącznie z rakietami Ch-31. Drugim bojowo groźnym komponentem są dwie eskadry myśliwców F-16, których Wenezuela posiada 21 szt. Ponadto w służbie są dwie eskadry lekkich samolotów szkolno szturmowych, liczące 24 samoloty chińskiej produkcji K-8W Karakorum. Lotnictwo Wenezueli posiada też 3 eskadry lekkich samolotów szturmowych. Na ich stanie jest 7 samolotów Rockwell OV-10A/E Bronco i 16 Embraer EMB 312 Tucano.

Całość uzupełnia lotnictwo transportowe, w sile 2 eskadr lotnictwa transportowego wyposażonych w 8 samolotów Shaanxi Y-8 (chińska kopia radzieckich An-12) oraz 6 amerykańskiej produkcji Lockheed C-130H Hercules i 2 Cessna 182N Skylane. 3 eskadry śmigłowców transportowych wyposażone są w 8 rosyjskich śmigłowców M-17, 10 francuskich śmigłowców Cougar oraz pochodzących również znad Sekwany 12 śmigłowców Super Puma. Śmigłowców szturmowych Wenezuela nie posiada.

Wenezuelskie siły powietrzne są w rzeczywistości najnowocześniejszymi w Ameryce Południowej. Obecność w ich składzie rosyjskich myśliwców Su-30MK pozwala osiągnąć im przewagę w powietrzu tak w przypadku wojny z Brazylią, która ma liczną, ale przestarzałą flotę samolotów bojowych, jak i z Kolumbią, której samoloty koncentrują się głównie na operacjach kontr-partyzanckich . Słabość Wenezuelskiego lotnictwa obejmuje jego komponent uderzeniowy, w rzeczywistości składający się z lekkich samolotów szturmowych. F-16 i Su-30MK mogą działać jako myśliwce bombardujące, ale nie rozwiązują całkowicie problemu. Jednak obecność dużej liczby lekkich samolotów szturmowych umożliwia walkę z opozycyjnymi bojownikami, w przypadkach przyjęcia takiej taktyki przez kraje sąsiednie. Możliwe są operacje bojowników opozycji zbrojonych i szkolonych przez CIA , przeciwko Maduro, na wzór operacji „Contras” w Nikaragui w latach 80. XX wieku. Innym słabym punktem lotnictwa wenezuelskiego jest nieobecność BSL. Drony rozpoznawcze są nieliczne, a bojowe są całkowicie nieobecne. Dotyczy to nawet banalnych quadrocopterów. Ostatnie konflikty pokazały rolę BSL we współczesnej wojnie, można by je było szczególnie skutecznie stosować w warunkach Wenezueli

Obrona przeciwlotnicza

Wenezuelska obrona przeciwlotnicza jest dość zróżnicowana w kwestii swego wyposażenia. Wenezuelskie siły zbrojne mają dość nowoczesne przeciwlotnicze systemy rakietowe dalekiego zasięgu rosyjskiej produkcji typu S-300 Favorit (2 dywizjony, w sumie 24 kompleksy). Rakietowe rosyjskie systemy obrony przeciwlotniczej średniego zasięgu Buk-M2E (12 kompleksów) wspierane są przez mobilne gąsienicowe rakietowe systemy przeciwlotnicze krótkiego zasięgu Tor (12 kompleksów). Na stanie jest znaczna ilość raczej przestarzałych systemów rakietowych obrony powietrznej białoruskiej produkcji Peczora (planowano wyposażyć w nie 11 dywizjonów, dokładna liczba dostępnych kompleksów jest nieznana). Wenezuelskie siły zbrojne mają znaczną liczbę naramiennych rakiet przeciwlotniczych krótkiego zasięgu rosyjskiej produkcji typu 9K38 Igła. Ponadto krajowa obrona powietrzna ma w sumie ponad 440 dział przeciwlotniczych, w tym ZU-23-2 . Oczywiście, broń ta nie stanowi poważnego zagrożenia dla nowoczesnych samolotów bojowych, ale do odpierania ataków lekkich samolotów szturmowych i śmigłowców w dżungli są te działka bardzo efektywne.

Ogólnie rzecz biorąc, wenezuelska OPL wyposażona w rosyjskie systemy obrony przeciwlotniczej jest w stanie skutecznie stawić czoła lotnictwu któregokolwiek z sąsiadów w regionie, ale nie jest w stanie odeprzeć zmasowanego ostrzału rakietowego (rakietami manewrującymi Tomahawk) i powietrznego lotnictwa Stanów Zjednoczonych. Dwa dywizjony nowoczesnych systemów S-300WM z rakietami 9M82 i 9M83 nie są po prostu wstanie, aby objąć skuteczną obroną rozległe terytorium Wenezueli.

Wojska Lądowe

Siły lądowe Wenezueli składają się z: dywizji pancernej (4 dywizja), dywizji zmechanizowanej (9 dywizja) i trzech dywizji piechoty. Łączna liczba żołnierzy i oficerów sił lądowych szacowana jest na 63 tysiące ludzi.

4 dywizja pancerna składa się z 41 i 11 brygad pancernych, 43 brygady artylerii oraz 42 brygady powietrzno-desantowej. 41 Brygada pancerna to najnowocześniejsza jednostka armii Wenezueli. Jej bataliony czołgów są wyposażone w rosyjskie czołgi T-72B1V, a batalion piechoty zmechanizowanej otrzymał nowoczesne rosyjskie bojowe wozy piechoty BMP-3. 11 brygada pancerna jest uzbrojona w przestarzałe francuskie czołgi AMX-30.

9 dywizja zmechanizowana składa się z 91 zmotoryzowanej brygady kawalerii na rosyjskich transporterach opancerzonych BTR-80, brygady rangersów i brygady sił bezpieczeństwa.
1 Dywizja Piechoty składa się z 24 Brygady Zmechanizowanej wyposażonej w nowoczesne rosyjskie transportery opancerzone BTR-80A i ciężkie bojowe wozy piechoty uzbrojone w działo 100 mm i działko 30 mm typu BMP-3. Na papierze jest jeszcze 11 brygada pancerna, która w rzeczywistości nie została sformowana. Planowano uzbroić ją w czołgi T-72B1V. Dywizja nie posiada planowanej brygady logistycznej oraz brygady rangersów.

2 Dywizja Piechoty składa się z 25. Brygady Zmechanizowanej (wyposażonej w transportery opancerzone BTR-80A i bojowe wozy piechoty BMP-3), oraz 21 Brygady Piechoty Górskiej.
3 Dywizja Piechoty składa się z 31 brygady zmechanizowanej (na transporterach BTR-80A i bojowych wozach piechoty BMP-3), a także brygady policji, łączności i żandarmerii wojskowej
Ogółem siły lądowe Wenezueli wyposażone są w 92 nowoczesne rosyjskie czołgi T-72B1V, 80 przestarzałych francuskich czołgów AMX-30, 31 starych francuskich czołgów lekkich AMX-13C90, 78 FV101 Scorpion – brytyjskich lekkich czołgów rozpoznawczych. Armia posiada też 123 rosyjskie bojowe wozy piechoty BMP-3, które można sklasyfikować jako lekkie czołgi, gdyż wyposażone są w działo 100 mm, armatę 30 mm 2A72, 1 ciężki karabin maszynowy 7,62 mm PKT sprzężony z działkiem, oraz dwa kursowe PKT kalibru 7,62 mm.

Transportery opancerzone wenezuelskiej armii to 114 rosyjskich BTR-80A uzbrojonych w działko 2A42 kalibru 30 mm sprzężone z karabinem maszynowym PKT kalibru 7,62 mm, oraz 80 przestarzałych amerykańskich opancerzonych samochodów rozpoznawczych Cadillac Gage Commando V-100 i V-150

Armia ma posiadać również 40 najnowszych rosyjskich BMP-3M Dragun.

Wenezuelska artyleria

Najnowocześniejszymi przedstawicielami „Boga wojny” w armii Wenezueli jest 48 rosyjskich dział samobieżnych kalibru 152 mm 2S19 MSTA-S o zasięgu ognia 24-29 km. Uzupełnia je 12 leciwych samobieżnych francuskich haubic 155 mm AMX-13 F3 AM i 13 radzieckich samobieżnych moździerzy 120 mm 2S23 Nona-SVK.

Holowana artyleria składa się z 12 amerykańskich haubic 155-mm M114, 40 dział 105 mm M101A1, 40 włoskich lekkich haubic 105 mm OTO Melara Mod 56.
Ponadto, w służbie Wenezuela posiada 24 wieloprowadnicowe wyrzutnie artyleryjskich rakietowych pocisków niekierowanych BM-21 Grad i 12 arcygroźnych ciężkich wyrzutni niekierowanych pocisków rakietowych kalibru 300 mm o zasięgu 90 km Smiercz. Pojazd wystrzeliwuje 12 rakiet 9M55K – z głowicą kasetową 9N139, zawierającą 72 podpociski odłamkowo-burzące 9N235 o masie 1,81 kg każdy. W jednostkach są też dwa dywizjony (20 pojazdów) izraelskich wyrzutni rakiet niekierowanych LAR-160.

Zwraca uwagę fakt, że brygady piechoty armii wenezuelskiej nie są uzbrojone w bojowe wozy piechoty i transportery opancerzone. Jednak w warunkach, gdy znaczna część terytorium Wenezueli jest pokryta dżunglą, masowe użycie pojazdów opancerzonych jest wątpliwe, nacisk zostanie wyraźnie położony na działania jednostek pieszych. To właśnie jest powodem obecności w dywizjach 3 brygad rangersów, które wcześniej były częścią 5 dywizji leśnej, która prowadziła operacje przeciwko przemytnikom narkotyków w strefie przygranicznej. Ogólnie rzecz biorąc, siły lądowe Boliwariańskiej Republiki Wenezueli są o rząd wielkości silniejsze od armii swoich sąsiadów pod względem wyposażenia w ciężką broń. Na przykład armia kolumbijska nie ma żadnych czołgów, brazylijskie siły zbrojne są uzbrojone w 600 pojazdów, ale cały ich park pancerny jest moralnie i fizycznie przestarzały. Armię Wenezueli cechuje tez znaczna liczba moździerzy.

Flota wojenna

Flota Wenezueli posiada dwa okręty podwodne o napędzie dieslowskim produkcji niemieckiej typu 209. Siły nawodne to 6 zaprojektowanych w latach 70-tych XX w włoskich fregat rakietowych klasy „Lupo”. To okręty o wyporności 2525 t, z załogą liczącą 194 oficerów i marynarzy, uzbrojone w 8 rakiet przeciwokrętowych Teseo i jedną wyrzutnię rakiet przeciwlotniczych Sea Sparrow oraz działo 127 mm i wyrzutnię torped 324 mm. Okręt posiada również śmigłowiec AB-212. Marynarka wenezuelska posiada też dywizjon eskortowców (kutry rakietowe Vosper 27M i 3 kutry artyleryjskie klasy Constitution. Siły okrętów pomocniczych to 4 okręty desantowe klasy Sarapa i jeden okręt zaopatrzeniowy Ciudad Bolívar oraz kilka innych lekkich okrętów.

Lotnictwo Morskie obejmuje eskadrę śmigłowców ZOP Bell-212 (5 maszyn), patrolową jednostkę lotniczą w sile 2 samolotów C-212-200, eskadrę transportową mająca na stanie 4 samoloty C-212, 2 samoloty typu King Air Beech C-200 i C-90 oraz 1 samolot Turbo Commander. Ponadto lotnictwo morskie ma eskadrę 6 rosyjskich śmigłowców transportowych Mi-17 i 6 śmigłowców typu Bell-412.

Jednostki piechoty morskiej są nominalnie połączone w jeden organizm dywizyjny, ale w tej chwili ta jednostka znajduje się w stadium formowania. Łączna liczba żołnierzy piechoty morskiej szacowana jest na 15 000 ludzi, a struktura dywizji składa się z 2 brygad liczących trzy bataliony, rzecznej brygady granicznej, brygady specjalnej, brygady inżynieryjnej, batalionu łączności i dywizyjnej grupy artylerii. Słabym punktem tego rodzaju oddziałów jest sprzęt techniczny, dlatego pojazdy pancerne są reprezentowane jedynie przez 10 gąsienicowych amfibii AAVP-7A1, 37 transporterów opancerzonych Engesa EE-11 Urutu produkcji brazylijskiej oraz 15 BMP ZBD2000 (VN-18) i ZBL-09, dostarczanych z Chin. Artyleria morska składa się z 18 armat włoskich OTO Melara Mod 56. W stosunku do reszty jednostek dywizji, brygada sił specjalnych wyróżnia się najlepszym sprzętem i bronią. W szczególności siły specjalne są uzbrojone w rosyjskie karabiny szturmowe AK-103.

Ogólnie rzecz biorąc, flota Wenezueli jest w dość dobrym stanie na tle krajów Ameryki Południowej i jest zdolna do prowadzenia udanych operacji bojowych przeciwko sąsiadom w regionie. Obecność fregat rakietowych sprawia, że jest on potężnym przeciwnikiem dla marynarki wojennej sąsiedniej Brazylii, jednak w przypadku starcia z siłami US Navy wynik bitwy morskiej zostanie szybko ustalony. Wenezuelska marynarka wojenna nie ma praktycznie nic, czym może skutecznie przeciwstawić się amerykańskiej lotniskowcowej grupie uderzeniowej.

Pospolite ruszenie

Wraz z siłami zbrojnymi struktury lewicowej władzy Wenezueli przewidują utworzenie boliwariańskiej narodowej milicji, która obejmuje ponad 220 tysięcy osób. Oczywiście ich poziom wyszkolenia bojowego i uzbrojenia nie jest porównywalny z regularną armią, ale liczna, uzbrojona w broń palną, złożona ze zmotywowanych bojowników formacja, może działać jako rezerwa mobilizacyjna dla Sił Zbrojnych, a także walczyć jako formacje nieregularnej partyzantki miejskiej i w dżungli.

Ogólnie rzecz biorąc, siły zbrojne Wenezueli są w pełni zdolne do odparcia wszelkich zewnętrznych agresji swoich sąsiadów w regionie. Pod względem uzbrojenia i wyposażenia armia wenezuelska jest jednym z liderów w Ameryce Łacińskiej. Na pierwszy rzut oka armia wenezuelska ma niewielką ilość ciężkiej broni, ale doskonale nadaje się do prowadzenia operacji bojowych w dżungli.

Jednak trzeba zauważyć, że wenezuelskie siły zbrojne mają również wiele istotnych wad. W szczególności armia ta praktycznie nie ma doświadczenia w walce. Jednak armia sąsiedniej Brazylii również nie ma takiej jakości.

Kolejnym i być może bardziej znaczącym, problemem dla Maduro jest sytuacja wewnętrzna w armii. Kryzys społeczno-gospodarczy w kraju wywołał niezadowolenie z reżimu rządzącego, w tym w siłach zbrojnych. Dowodzą tego liczne spiski wojsk podjętych przeciwko Maduro.

W sąsiedniej i wrogiej Wenezueli Kolumbii rozwijają się już pierwsze jednostki armii USA. Obecni są agenci CIA, tworzą z opozycji zbrojne oddziały wrogiej partyzantki. Pozostaje otwartym pytanie, czy armia pozostanie lojalna prezydentowi Maduro? Czy możliwy jest scenariusz, że dojdzie do jej rozkładu, podziału i wojny domowej? Czy armia ta, w przypadku interwencji USA i koalicji państw ościennych jak Kolumbia czy Brazylia podejmie walkę?

W tej chwili sytuacja w kraju rozwinęła się w taki sposób, że kwestia, kto będzie rządził Wenezuelą w najbliższej przyszłości, zależy w dużej mierze od pozycji armii. Starym obyczajem, od dziesięcioleci stosowanym w Ameryce Południowej i Łacińskiej przez Waszyngton, Amerykanie próbują przekupić oficerów i skierować armię przeciwko legalnym władzom. Czy im się to uda, będziemy czujnie obserwowali.

Wenezuelski gambit

To miał być wstrząs: błyskawiczny cios polityczny, który zmiecie „dyktatora” Maduro. Jest „kraj w ruinie” i „zniewoleni ludzie”. Jest czarny charakter, który można o wszystko obwinić. Jest młody, szlachetny wybawiciel. Jest wreszcie „przywódca wolnego świata” przybywający z odsieczą. Co poszło nie tak? Po Białym Domu niesie się krzyk frustrata: „Gdzie jest moja Wenezuela?”

Wygląda na to, że koordynowany z Waszyngtonu przewrót w Wenezueli, prowadzony oczywiście pod hasłami “wolności i demokracji”, daleki będzie od blitzkriegu. Dwa dni po tym, jak Donald Trump oficjalnie uznał Juana Guaidó, nikomu wcześniej na świecie nieznanego przewodniczącego Zgromadzenia Narodowego, za tymczasowego prezydenta kraju, pucz wyraźnie stracił impet. Ambitny plan obalenia Nicolasa Maduro bierze w łeb, bo – jak się właśnie okazuje – pozbawiony był planu. Jedynym zapleczem Amerykanów na miejscu jest chaotycznie działająca, niejednorodna prawicowa opozycja, skupiona ad hoc wokół nowego, namaszczonego przez Waszyngton lidera, zdolna jedynie do zwołania kolejnej demonstracji przeciwko “dyktatorowi” Maduro.
Wóz albo przewóz
Po tym, jak wojsko jednoznacznie opowiedziało się po stronie legalnie wybranego prezydenta, Stany Zjednoczone nie mają żadnych innych kart do zagrania oprócz rozwiązania ostatecznego w postaci bezpośredniej interwencji zbrojnej. Bardzo wątpliwe jest, by Trump się na nie zdecydował, bo prawdopodobnie z każdym dniem bardziej będzie do niego docierać świadomość, że jego “marszem na Caracas” kieruje czyste “chciejstwo”. Tym mniej jest to możliwe w sytuacji, gdy armia wiernie trwa przy władzy, Chiny i Rosja bez cienia zawahania poparły Maduro, a Władimir Putin od niedawna wspiera Wenezuelę wojskowo.
Guaidó sam ogłosił, że reprezentuje jedyną demokratyczną instytucję w kraju, stanie zatem na czele „rządu tymczasowego”. Udzielając mu poparcia Amerykanie spodziewali się pewnie, że sprowokuje to władzę do gwałtownych represji i podzieli wojsko, a im da casus belli. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Decydującą próbą sił może się okazać spór o amerykański korpus dyplomatyczny. W odpowiedzi na poparcie próby niekonstytucyjnego przejęcia władzy przez Waszyngton 23 stycznia Maduro zerwał stosunki z USA. – Posunęli się za daleko – oznajmił tłumowi swoich zwolenników zebranemu wokół pałacu prezydenckiego – Niech się stąd zabierają! Dał amerykańskim dyplomatom 72 godziny na spakowanie manatków i opuszczenie jego kraju. Sekretarz Stanu USA Mike Pompeo początkowo odniósł się do tej decyzji lekceważąco. Stanął na stanowisku, że Maduro nie ma prerogatyw pozwalających mu wyrzucać kogokolwiek z kraju, bo nie nie jest pełnoprawnym prezydentem. Próbował zatem oprzeć powodzenie puczu na grze legitymizacją, popisując się w istocie jedynie arogancją, ponieważ wysłał tym samym komunikat: “Będziemy robić w waszym kraju, co chcemy, przecież nie ma kto nam zabronić”. Zagroził, że Stany Zjednoczone są gotowe użyć “wszelkich środków”, by chronić swoich przedstawicieli. Rzecz w tym, że nie mają realnych środków.
Pompeo sam chyba prędko dostrzegł słabość tego blefu – dzień później Departament Stanu “stanowczo zalecił” jednak swoim ludziom w Caracas opuszczenie kraju. Jeżeli Trump „odpuści” sprawę dyplomatów, będzie to znaczyło, że odpuszcza wszystko. Nie będzie miał jednocześnie żadnego problemu w robieniu dobrej miny do złej gry: kilkukrotnie okazywał się już mistrzem odwracania kota ogonem na Twitterze. Stroszenie piórek jest jak na razie jedyną taktyką użytą przez USA w tej grze, dlatego przegrają – zainteresowane strony potrzebują konkretów. Agencje donoszą o przedstawicielach USA opuszczających już Wenezuelę. Nie dali się ubłagać nawet apelom samego “tymczasowego prezydenta”.
Ponieważ Trump grzmiał, że „wszystkie opcje są na stole”, część publicystów w mediach niechętnych zarówno Maduro, jak i Trumpowi wszczęło alarm, że oto naciąga katastrofa nowej interwencji zbrojnej. Że Irak, Afganistan i Syria nikogo niczego nie nauczyły. To nie tak. Syria zaczęła się od starannie, przez wiele lat wcześniej planowanej wojny hybrydowej. Nic takiego nie miało miejsca w Wenezueli i sytuacja pokazuje, że na razie się nie wydarzy. Atut w postaci realnej możliwości użycia siły przez zbuntowane wojsko jest czynnikiem niezbędnym, by przejęcie władzy nastąpiło – niezależnie od tego, po czyjej stronie leży racja – bo też o żadną rację tu nie chodzi. Chodzi o ropę naftową.
Waszyngton boso, ale w ostrogach
Pobożne życzenie, że armia Maduro przestraszy się oficjalnego oświadczenia Białego Domu uznającego Guaidó – bo chyba nie niego samego, ani kolejnej demonstracji zwołanej 23 stycznia przez opozycję – i przejdzie na stronę Amerykanów, świadczy o postępującym odrealnieniu ekipy Trumpa. “Przywódca Wolnego Świata” straszył Wenezuelę najazdem, odkąd objął urząd i przez chwilę wydawało się, że traktuje sprawę poważnie. New York Times informował jesienią, że amerykańscy oficjele spotkali się z generałami armii wenezuelskiej, oferując im pomoc w ewentualnym przejęciu władzy. Propozycja została jednak odrzucona. Wojskowi wykazali się dobrą intuicją – jeżeli nie ze względów pryncypialnych, to chociażby dlatego, że niedługo potem plan ich niedoszłych partnerów w spisku ujrzał światło dzienne na łamach wiodącego światowego medium. Z takimi amatorami nie wchodzi się w układy. Armia doskonale widzi też, że opozycja nie ma społeczeństwu do zaoferowania nic poza obsesją wyrwania chavizmu z korzeniami – chavizmu, który obecną pozycję zapewnił wielu oficerom. Dlatego odrzuciła również zaloty ze strony przeciwników Maduro w Caracas.
Amerykanie nie będą mieli okazji rozegrać z powodzeniem scenariusza z 2002 r. Zamach stanu zmontowany przez ekipę Busha opierał się jednak na realnym buncie części wojskowych przeciwko Hugo Chávezowi. Miało już wtedy dojść do zaprzysiężenia marionetkowego prezydenta, plan spalił jednak na panewce, kiedy prawie milionowy tłum chavistów wyległ na ulice Caracas bronić swojego przywódcy. Armia się wówczas zreflektowała i zamknęła sprawę. Prezydent Chávez okazał się z kolei nad wyraz łaskawy.
Nicolas Maduro cieszy się zaledwie ułamkiem popularności swojego legendarnego poprzednika. Utracił zaufanie Wenezuelczyków podczas ostatnich kilku lat naznaczonych nieustannym kryzysem, z którego nie próbował znaleźć zdecydowanego wyjścia. Uliczne potencjały jego zwolenników i przeciwników z grubsza się równoważą, jednak i tych okoliczności Waszyngton nie był w stanie wyzyskać.
Po pierwsze dlatego, że nie potrafi racjonalnie ocenić sytuacji. Niedawno okazało się, że John Bolton prosił we wrześniu Pentagon o ostrzelanie rakietami dalekiego zasięgu terytorium Iranu w odpowiedzi na incydent w Iraku. Ta ekipa zdecydowanie “nie ogarnia”. Trump miał na swoje rozkazy Rexa Tillersona, który był wcześniej szefem Exxon Mobil, korporacyjnego giganta, od lat marzącego o odzyskaniu terenów roponośnych w Wenezueli. Prezydent sprawia jednak wrażenie, jakby z rozmysłem starał się pozbywać wszystkich, którzy mogą pomóc mu zachować jakikolwiek związek z rzeczywistością. Nic dziwnego, że uznał teraz namaszczenie Juana Guaidó na przywódcę “wolnej Wenezueli” za magiczny sposób na zmianę układu sił w Caracas. Ponieważ zmiana nie nastąpiła, trudno wykluczyć, że teraz Bolton każe Pentagonowi zaatakować Wenezuelę, lecz w takiej sytuacji zapewne znów odejdzie z kwitkiem.
Z drugiej strony, obiektywna rzeczywistość społeczno-polityczna w kraju rządzonym przez Maduro nie daje podstaw do decydującego rozstrzygnięcia na korzyść interwentów. Prawdą jest, że duża część obywateli, również chavistów, ma dosyć Maduro z powodu jego niekompetencji, braku charyzmy i woli politycznej do bezkompromisowego wypchnięcia Rewolucji Boliwariańskiej z letargu, z którym sam Chávez chciał skończyć. Wenezuelczycy, którzy w przeciwieństwie do światowych mediów głównego nurtu pamiętają zarówno życie w materialnym upodleniu przed Chávezem, jak i zamach na niego w 2002 r., nie pozwolą, by ich kraj stoczył się z powrotem na uwłaczającą im pozycję folwarku amerykańskich miliarderów. Dobrze wiedzą, czego Stany chcą od ich kraju – przeważnie są świadomi, że ich terytorium kryje największe złoża ropy na ziemi. Kto wie, być może nachalne promowanie Guaidó przez Waszyngton zaszkodziło jego wizerunkowi w oczach samych Wenezuelczyków.
Teoretycznie pozostaje jeszcze możliwość „interwencji zastępczych” ze strony Kolumbii i Brazylii. Prezydenci obu krajów są wrogo nastawieni do Maduro i podważali prawomocność jego władzy. W trakcie zeszłorocznej kampanii wyborczej Jair Bolsonaro zapowiadał wprost, że zrobi wszystko, by „uwolnić” Wenezuelę od Maduro. Po objęciu urzędu zamilkł na ten temat, udzielając jedynie poparcia Guaidó. Rząd Kolumbii zdementował pogłoski, jakoby planował interwencję w Wenezueli, ale było to zanim świat się dowiedział o Juanie Guaidó. Ani Brazylia, ani Kolumbia nie wykonają jednak oficjalnie żadnego kroku bez sygnału z Waszyngtonu. Prezydent Maduro ostrzegał jednocześnie, że na Florydzie za wiedzą Boltona szkolą się kolumbijscy paramilitares, trzeba więc liczyć się próbą rozpętania wojny hybrydowej na terytoriach przygranicznych. Jeśli jednak armia wenezuelska pozostanie wierna prezydentowi, interwencja zbrojna w celu zmiany władzy w Caracas na pełną skalę nie wchodzi w grę.
Im gorzej, tym lepiej
Co jednak z legitymizacją obu stron? Czy Maduro jest rzeczywiście okrutnym dyktatorem, a opozycja skupiona dziś wokół Guaidó – emanacją “Woli Ludu”, jak nawet nazywa się jego partia? Nie. Wenezuelskie standardy demokratyczne są rzeczywiście słabe. Trudno jednak oczekiwać, że po próbie przewrotu w 2002 r. chavizm będzie się bronił wyłącznie środkami czysto demokratycznymi przed ludźmi, którzy wówczas w pełni poparli siłowe usunięcie Cháveza. Trudno bronić się w pełni demokratycznymi środkami przed obłąkańcami, którzy zwolenników Maduro palili już żywcem, przed tymi, którzy z helikoptera obrzucali granatami budynki rządowe. Wściekła przemoc opozycyjnych sił ulicznych jest tak dobrze udokumentowana, że o jej istnieniu zmuszona była była napisać nawet „Gazeta Wyborcza”. W relacji z “triumfalnych” marszy stronników Guaidó 23 stycznia, nie dało się przemilczeć palenia aut na ulicach i dewastacji mienia w Caracas.
Również czołowi politycy opozycyjni nastawieni są wyłącznie konfrontacyjnie: obalenie Maduro dzięki pomocy USA stanowi ich jedyny program dla kraju. Od lat nie zajmują się niczym innym, regularnie kursując jednocześnie do Stanów na spotkania głównie z republikańskimi senatorami otwarcie nawołującymi do obalenia wenezuelskiego przywódcy za wszelką cenę. W USA wśród lobbystów tej sprawy wyróżnia się przede wszystkim senator Marco Rubio, który chyba najczęściej przyjmuje gości z Wenezueli. Zaraz za nim sytuuje się “niezastąpiony” John Bolton, który najchętniej obaliłby wszystko i wszystkich poza granicami USA.
Trudno wyłącznie według standardów demokratycznych traktować partie polityczne, które nigdy nie zająknęły się nawet na temat sankcji, jakimi Stany Zjednoczone duszą i tak ledwo zipiącą gospodarkę Wenezueli. Nigdy też nie próbowały nakreślić chociażby pomysłu na walkę ze spekulacją i wywozem towarów, które rujnują kraj. Polityka, której przyświeca zasada “im gorzej, tym lepiej” w pełni określała sposób działania opozycji, od kiedy wygrała wybory parlamentarne w 2015 r. Wykrwawienie chavizmu przez doprowadzenie kryzysu do skrajności – to ich jedyny plan. Reprezentują najbogatsze rodziny w Wenezueli, więc spokojnie przetrwają zapaść, którą zgotują reszcie. Oni chcą amerykańskich sankcji! Wiedzą, że to działa: nawet kongres USA otrzymał raport, gdzie czarno na białym stwierdzono, że sankcje tylko pogłębiają kryzys w Wenezueli. To ta cyniczna strategia ukształtowała sytuację, w której możliwe jest to, że wszystkie liberalne media bezmyślnie powtarzają śpiewkę Trumpa: Maduro wybrany bezprawnie, Zgromadzenie Narodowe ostoją demokracji.
Obecny impas polityczny wynika z faktu, że ZN nie uznaje prezydenta, a prezydent ZN. Trzy lata temu Zgromadzenie zostało pozbawione uprawnień ustawodawczych przez Sąd Najwyższy, ponieważ opozycja nie godziła się na tymczasowe zawieszenie mandatów trzech deputowanych, którzy zostali w 2015 r. wybrani w okręgach, gdzie doszło do nieprawidłowości wyborczych. Opozycja otrzymała możliwość wprowadzenia na ich miejsce innych posłów ze swoich list, zdecydowała się jednak grać va banque i nie ustępować ani na krok. W efekcie od stycznia 2016 r. działalność ZN pozostaje w zawieszeniu, część prerogatyw ustawodawczych przejął Sąd Najwyższy, a prezydent Maduro w tym czasie starał się oprzeć politycznie na Zgromadzeniu Konstytucyjnym – ciele powołanym w wyborach 2017 r. ZK jest przez mainstream medialny wyśmiewane jako instytucja wyłącznie marionetkowa, chociaż zgodnie z założeniami chavizmu ma ucieleśniać charakterystyczną dla niego szerszą ideę demokracji, wykraczającą poza parlamentaryzm.
Blokada ustawodawstwa zainicjowana przez samą opozycję dała jej następnie pretekst do zaostrzenia konfrontacji politycznej w 2017 r. kiedy podczas starć ulicznych padło blisko 200 ofiar śmiertelnych. W dalszej kolejności przyszedł bojkot wyborów prezydenckich w 2018 r., o których błędnie piszą niektóre polskie media, że kandydaci opozycji nie zostali dopuszczeni do udziału w nich, czy nawet wtrąceni do więzienia. To brednie. Poszło o to, że do startu w wyborach nie został dopuszczony głównie Henrique Capriles – frontman opozycji – bo ciążył na nim wyrok sądowy. To była ostatnia prosta, na której w pełni ujawniły się niszczycielskie intencje opozycji i charakter tej formacji. Jej delegacja prowadziła negocjacje z rządem w sprawie porozumienia wyborczego na neutralnym gruncie, w Republice Dominikany. Osiągnięto nawet warunki porozumienia. Jednak dzień przed podpisaniem go przez obie strony, projekt został odrzucony przez opozycję po interwencji przedstawicieli USA.
Tak rozpoczął się bojkot wyborów, mogący mieć na celu wyłącznie pogłębienie istniejącego kryzysu. Nie mówi się w tym przypadku o bojkocie demokracji – od tej chwili zaczęła obowiązywać narracja o “sfałszowanych wyborach prezydenckich” w Wenezueli. Większość liberalnych demokracji świata faktycznie ich nie uznała. W tych okolicznościach Nicolas Maduro, który praktycznie pozbawiony konkurencji swobodnie wygrał głosowanie 20 maja 2018 r. został zaprzysiężony na kolejną kadencję 10 stycznia 2019 r. Dzień później Juan Guaidó, nowo wybrany przewodniczący pozostającego w zawieszeniu ZN, ogłosił, że Maduro obejmuje urząd bezprawnie. Za to on, jako głowa podstawowego konstytucyjnego organu władzy, zgodnie z ustawą zasadniczą jest gotów stanąć na czele rządu tymczasowego, który “przywróci demokrację” w Wenezueli. Według Agencji Reutera podjął tę decyzję po uprzednim wykonaniu co najmniej dwóch rozmów telefonicznych z wiceprezydentem USA Mikem Pence’em. Niecałe dwa tygodnie później, w dniu wielkiej manifestacji opozycji, Biały Dom ogłosił go prezydentem tymczasowym Wenezueli, obiecując mu jednocześnie pełne wsparcie dyplomatyczne i ekonomiczne. Zaraz potem uznanie popłynęło od wszystkich prawicowych rządów w Ameryce Łacińskiej. Z kolei Hiszpania, Francja i Niemcy postawiły Maduro ultimatum: ogłosi w ciągu tygodnia nowe wybory, albo z poprą Guaidó. W tonie przyjaznym dla uzurpatora wypowiedziała UE ustami Donalda Tuska. Tak Guaidó stał się uosobieniem “wolności i demokracji”.
Patrząc na wszystko z perspektywy czasu, trudno oprzeć się wrażeniu, że wydarzenia rozgrywały się według scenariusza chilijskiego z okresu rządów Allende: najpierw wojna ekonomiczna, potem interwencja. A raczej miały się tak rozegrać. W interwencji zabrakło jednak konkretu, czyli wenezuelskiej junty. Nie widać na nią szans. Stawka gry pozostaje jednak podobna jak w Chile.
Craig Murray, potępiając cyniczne postępowanie światowych przywódców, trzeźwo zauważył, że “za jego czasów” rządy uznawały prawomocność tych władz państwowych, które faktycznie kontrolowały terytorium swojego kraju – taka była zasada dyplomacji wykazującej minimalne zainteresowanie rzeczywistością. Skąd więc skłonność liderów “wolnego świata” to uznawania tych, którzy zwyczajnie odpowiadają im politycznie? Jasne przecież, że jedynym przywódcą Chin nie ogłoszą nagle prezydenta Tajwanu. Wyszli zwyczajnie z założenia, że imperialistyczny blef Trumpa przysporzy korzyści ich globalnej agendzie liberalnej. A przynajmniej mogli w to wierzyć przez dwa dni, dopóki media nieomal nie zamilkły na temat Juana Guaidó, który dla świata powoli staje się na powrót nikim. Ostatnia wiadomość dotycząca go w dniu 25 stycznia jest dość komiczna i mówi tylko, że obiecał Maduro “amnestię”, jeżeli ten złoży urząd. Telewizja Univision, która o tym doniosła, poinformowała jednocześnie, że miejsce pobytu Guaidó pozostaje nieznane.
Obronić dziedzictwo Cháveza
Czy domniemany “rząd tymczasowy”, który ma podobno powstać, miałby dla Wenezuelczyków jakąkolwiek ofertę poza posłuszeństwem Waszyngtonowi? Tak. Po ogłoszeniu się głową państwa przez Guido, opozycja opracowała ogólne założenia do ustawodawstwa, które miałoby obowiązywać w okresie “przejścia do demokracji”. Jego najważniejszy fragment brzmi:
„Zniesione zostaną centralna kontrola, arbitralne metody wywłaszczenia i tego rodzaju środki (…) W tym celu scentralizowane metody sterowania gospodarką zastąpione zostaną modelem wolnorynkowym na podstawie prawa każdego obywatela Wenezueli do pracy w warunkach gwarantujących prawo własności i wolną przedsiębiorczość (…) Spółki publiczne zostaną poddane restrukturyzacji umożliwiającej efektywne i przejrzyste zarządzanie, m.in. poprzez partnerstwo publiczno-prywatne”
Należy dodać do tego rozważane przez Guaidó zwrócenie się o pomoc w finansowaniu jego „rządu” do MFW, co w sposób oczywisty oznacza gotowość do neoliberalnych reform. Cel jest więc jasny: przywrócenie stosunków społecznych sprzed prezydentury Cháveza, cofnięcie całej postępowej polityki. Koniec marzeń o równości, o życiu w minimum bezpieczeństwa materialnego, o kształceniu dzieci, koniec szans biednych na dostęp do służby zdrowia. Powrót do Wenezueli posiadanej na własność przez wąską elitę najbogatszych.
Wspomniany wcześniej Craig Murray, były brytyjski dyplomata, obecnie ekspert i publicysta sympatyzujący z ruchami postępowymi, jednoznacznie uznający Maduro na stanowisku prezydenta, przypomina, że praktyka chavizmu oparta została na dwóch naczelnych imperatywach: 1) W kraju o największych na świecie zasobach ropy ludzie nie powinni głodować gnieżdżąc się w slumsach, 2) CIA nie powinna rządzić Wenezuelą. Oba te pryncypia są obecnie zagrożone. Tak, prezydent Maduro jest współodpowiedzialny za zaniedbania, które sprowadziły zagrożenie na te filary. Jednocześnie tylko on w Wenezueli nawołuje i zaprasza do dialogu, którego celem jest rozwiązanie dręczącego kraj dziejowego kryzysu politycznego i gospodarczego – zarówno na obszarze krajowym jak i międzynarodowym. Na szczęście za tym podejściem opowiedział się bezwzględnie sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres. Sytuacja w gronie Narodów Zjednoczonych na pewno nie jest jeszcze rozstrzygnięta, bo Mike Pompeo stara się przekonać do uznania Guaidó członków Rady Bezpieczeństwa. Na szczęście też Stanom Zjednoczonym nie udało się przeforsować rezolucji przeciwko Maduro na forum Organizacji Państw Amerykańskich.
Moc waszyngtońskiego blefu właśnie się wyczerpuje. A moc chavizmu nie wyczerpie się tylko wtedy, gdy cały czas będzie parł naprzód: poza redystrybucyjne półśrodki, poza paternalistyczne szopki z „kochanym prezydentem” w roli pół-bóstwa – za to do pełnej demokracji uczestniczącej, do uwolnienia się od „burżuazji boliwariańskiej”, do nowych stosunków produkcji, do socjalizmu XXI wieku. Droga jeszcze daleka, ale poczyniono już tyle wysiłku, że zawracać na pewno nie warto.

Zerwane stosunki

Przywódca Stanów Zjednoczonych oficjalnie uznał Juana Guaidó, przewodniczącego Zgromadzenia Narodowego Wenezueli, za tymczasowego prezydenta tego kraju. Oświadczył, że Nicolás Maduro to dyktator bez demokratycznego mandatu do pełnienia władzy. Maduro ogłosił, że jest to próba zamachu stanu i zerwał stosunku dyplomatyczne z Waszyngtonem.

Biały Dom wydał w środę oficjalne oświadczenie, w którym uznał 35-letniego Juana Guaidó, przewodniczącego wenezuelskiego Zgromadzenia Narodowego, za “tymczasowego prezydenta Wenezueli”.

11 stycznia, dzień po zaprzysiężeniu Nicolása Maduro na prezydenta kolejnej kadencji, Guaidó, który tak jak całe większość Zgromadzenia opanowanego przez opozycję, nie uznaje wyniku wyborów prezydenkich, ogłosił, że jest gotowy stanąć na czele “rządu tymczasowego”, którego celem będzie przywrócenie w Wenezueli porządku demokratycznego. Działanie ZN zostało zawieszone trzy lata temu przez Sąd Najwyższy w wyniku kryzysu politycznego wokół mandatów trzech opozycyjnych deputowanych. Zachodzi więc polityczny impas: ZN nie uznaje prezydenta, a prezydent ZN. 23 stycznia Guaidó ogłosił się pełniącym obowiązki prezydenta Wenezueli.

Trump, który od dawna kierował groźby w stronę Maduro i wyrażał poparcie dla wenezuelskiej opozycji, w swoim oświadczeniu stwierdził, że deklarację Guaidó uznaje i odtąd to on będzie traktowany jako p.o. głowy państwa. Podkreślił, że ZN jest jedynym demokratycznie wybranym ciałem w Wenezueli.

„W dalszym ciągu będę korzystał z pełni ekonomicznej i dyplomatycznej władzy Stanów Zjednoczonych, by pomóc przywrócić demokrację w Wenezueli” – napisał Donald Trump. Stwierdził, że Maduro nie posiada legitymacji do sprawowania władzy i stanowi zagrożenie dla narodu Wenezueli. W ślad za deklaracją Trumpa poszły kolejne: Guaidó został uznany jako pełnoprawny tymczasowy prezydent przez Brazylię, Argentynę, Kolumbię (wszystkie blisko sprzymierzone z USA), później także inne państwa regionu. Poparcie dla Maduro zadeklarowały natomiast Boliwia i Kuba, także Meksyk nie ma zamiaru uznawać „nowego prezydenta”.

Deklaracja Trumpa jest tylko nadaniem oficjalnemu charakteru wcześniejszej decyzji Białego Domu, którą dzień wcześniej ogłosił wiceprezydent Mike Pence w nagraniu wideo, jakie zamieścił w sieci. Pence zawarł w nim oświadczenie podobne do Trumpa: uznał Guaidó prezydentem i zadeklarował pełne poparcie USA dla wenezuelskiej opozycji, którą określił jako jedyną siłę zdolną “przywrócić demokrację” w kraju.

W środę Caracas było miejscem zapowiedzianych wcześniej masowych demonstracji zwolenników opozycji przeciwko prezydentowi Nicolásowi Maduro. Doszło do starć z policją. Niektóre media donoszą o śmierci kilku osób.

Maduro uznał decyzję Trumpa za poparcie dla puczu i oświadczył, że Wenezuela zrywa stosunki dyplomatyczne z USA. – Posunęli się za daleko! Postanowiłem zerwać wszelkie dyplomatyczne i polityczne relacje z imperialistycznym rządem Stanów Zjednoczonych. Precz! Wszyscy mogą się zabierać! – grzmiał prezydent w przemówieniu z balkonu pałacu prezydenckiego.
Maduro dał amerykańskim dyplomatom 72 godziny na opuszczenie terytorium Wenezueli.

– Nie dla puczu! nie dla interwencjonizmu! Wenezuela chce pokoju – kontynuował Maduro zwracając się do rodaków – Nie ufajcie imperium gringos. Żądają wenezuelskiej ropy, gazu i złota – oto co nimi kieruje! A one należą do suwerennego narodu Wenezueli.

Sekretarz stanu USA Mike Pompeo wezwał wenezuelskie wojsko do stanięcia po stronie “demokracji” czyli do poparcia Guaidó przeciwko Maduro. Armia wenezuelska ustami ministra obrony Vladimira Padriny ogłosiła jednak, że nie stanie po stronie „prezydenta narzuconego przez obce siły”.

Rosjanie u brzegów

Mogą Amerykanie latać wzdłuż Krymu, przy bazach Floty Czarnomorskiej w Sewastopolu czy Noworosyjsku, no to teraz Rosjanie polatają wzdłuż Florydy i przy największej bazie US Navy w Norfolk. Niby zasada „lustrzanego odbicia” jest powszechnie znana, to jednak Amerykanie zareagowali nerwowo i zgoła mało dyplomatycznie.

 

Prawie drugie Pearl Harbor?

7 grudnia Amerykanie obchodzili uroczyście kolejną rocznicę ataku lotnictwa pokładowego Cesarskiej Marynarki Wojennej Japonii na bazę Floty Pacyfiku na Hawajach w 1941. Dla USA był de facto początek II wojny światowej i jedna z największych klęsk militarnych w jego historii. Okazało się wówczas, ze nie ma baz bezpiecznych w 100 proc., a płomień wojny może zawitać na terytorium Stanów Zjednoczonych.

Tymczasem, w tym czasie amerykańskiej zadumy, 10 grudnia br. do Wenezueli przyleciała grupa samolotów rosyjskich WajennoKosmiczieskich Sił – w celu prowadzenia manewrów i ćwiczeń nad Morzem Karaibskim.

I nie były to zwykłe samoloty. W skład rosyjskiego zespołu weszły dwa potężne, strategiczne bombowce typu Tu-160 („Władymir Sudec” i „Nikołaj Kuzniecow”) oraz najcięższy w linii samolot transportowy na świecie typu An-124 „Rusłan”. Całość uzupełniał wiozący żołnierzy obsługi lotniczej pasażerski samolot dalekiego zasięgu Ił-62 należący do WKS.

Samoloty rosyjskie wystartowały z baz na Półwyspie Kola, przeleciały wokół Norwegii, nad Morzem Północnym opodal Wielkiej Brytanii, dalej nad Oceanem Atlantyckim, tankując w powietrzu, przyleciały do Wenezueli.

Reakcja Amerykanów była natychmiastowa i wysoce niedyplomatyczna. Media tradycyjnie rozpętały histerię, „The New York Times” informował, że na horyzoncie rosnącego napięcia między USA i Rosją, Rosjanie przebazowali bombowce z bronią jądrową na pokładzie do Wenezueli. Oprócz tradycyjnego „wyrażenia zaniepokojenia rosyjskimi działaniami” przez Pentagon, szef Departamentu Stanu Mike Pompeo na Twitterze napisał: „Rosyjski rząd wysłał bombowce na pół świata do Wenezueli. Narody Rosji i Wenezueli powinny wiedzieć, że tak właśnie jest: dwa skorumpowane rządy marnują fundusze państwowe oraz tłumią wolność i prawa swobody, podczas gdy ich obywatele cierpią”.

I gdzie tu szefowi amerykańskiej dyplomacji równać się z wiedzą i kulturą bycia ministra Siergieja Ławrowa? Wszak Panowie się jeszcze nie raz się spotkają na płaszczyźnie międzynarodowej współpracy i jak sekretarz stanu USA przywita szefa dyplomacji „skorumpowanego rządu marnującego pieniądze podatnika”? Skąd taka niedyplomatyczna wściekłość? Wyjaśnię w dalszej części

 

Rosja i Chiny wspierają chavistów

Rządy lewicowego prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro, następcy legendarnego charyzmatycznego Hugo Rafaela Cháveza napotykają na szereg obiektywnych problemów. Stany Zjednoczone jawnie od lat wspierają opozycję i dążą do obalenia lewicowych władz. W sierpniu 2017 prezydent Donald Trump groził Wenezueli wręcz „opcją militarną”, wywołując skandal na arenie międzynarodowej. Kraj posiadający największe złoża ropy naftowej na świecie, pogrążony jest jednak w głębokim kryzysie ekonomicznym, szaleje inflacja, poziom życia bardzo się obniżył, a przeszło 3 miliony obywateli z przyczyn ekonomicznych i politycznych represji udało się na emigrację. W Wenezueli dochodzi tu do prób puczu wojskowych, zamachów na Maduro, burzliwych wystąpień opozycji i represji wobec niej ze strony rządzących.

Sojusznikiem Maduro są jednak Chiny, które włożyły w gospodarkę wenezuelską od 42 do 48 miliardów dolarów. Prezydent Chin Xi Jinping to strategiczny przyjaciel Wenezueli, choć nie jedyny. Kilka dni temu w wenezuelską gospodarkę zainwestowała również Turcja, a prezydent Recep Erdoğan osobiście spotkał się z prezydentem Wenezueli, kreśląc plany ekonomicznego wsparcia i tureckich inwestycji. 7 grudnia Nicolás Maduro wylądował w Moskwie, gdzie spotkał się z prezydentem Władimirem Putinem. Po spotkaniu wenezuelski prezydent ogłosił, że podpisał z Rosją umowy inwestycyjne na wartość 5 miliardów dolarów w sektorze naftowym (które wyłoży rosyjski gigant naftowy Gazprom). Dodatkowo Rosjanie zainwestowali dodatkowo miliard dolarów w górnictwo, w szczególności w wenezuelski sektor wydobycia złota.

W cieniu rozmów liderów państw, co mało kto dostrzegł, odbyło się też spotkanie ministra obrony Wenezueli generała Vladimira Padrino Lopeza z ministrem obrony Rosji generałem Siergiejem Szojgu. Omawiano tam kwestie dostaw rosyjskiej broni. Jednak z ust Siergieja Szojgu padło znamienne stwierdzenie, że „Rosja jest zainteresowana korzystaniem przez jej lotnictwo wojskowe i okręty marynarki wojennej z wenezuelskich lotnisk i portów nad Morzem Karaibskim”. I oto już po 3 dniach rosyjskie samoloty strategiczne lądowały już na lotnisku opodal Caracas.

Co nie mniej ciekawe, Iran zadeklarował skierowanie swoich 2-3 okrętów do portów Wenezueli w ramach wsparcia Maduro, oskarżającego USA i personalnie Johna Boltona o organizację wojskowego zamachu stanu mającego na celu obalenie rządów chavistów. Mamy oto klasyczne starcie ekonomiczne o bogatą w ropę Wenezuelę pomiędzy USA a blokiem państw mniej lub bardziej „antyamerykańskich” – Chiny, Rosja, Turcja i Iran.

 

Rosyjskie „Białe łabędzie” – czym są i co mogą

Tu-160 zwane przez Rosjan z racji wyglądu i malowania „białymi łabędziami” to największe i najpotężniejsze samoloty bojowe w historii lotnictwa. Zaprojektowane i wybudowane w schyłkowym okresie ZSRR były i są postrachem USA i NATO.

Pierwotnie 19 T-160 weszło na wyposażenie 184 Gwardyjskiego Pułku Ciężkich Bombowców stacjonującego w Priłukach w Ukraińskiej Republice ZSRR.

W ramach schedy bo byłym Związku Radzieckim przypadły niepodległej Ukrainie. Amerykanie mieli cały czas owe samoloty na oku i w ramach Programu Kooperatywnego Zmniejszania Zagrożeń (Program Nunna-Lugara, (Cooperative Threat Reduction – CTR) w latach 1998-2001 – zapłacili Ukrainie miliony dolarów, aby 9 bombowców pocięto na złom. 8 Tu-160 Ukraina w 1998 przekazała Rosji w zamian za umorzenie kilkumiliardowego długu za dostawy gazu.

Dziś te niesamowite maszyny stanowią wyposażenie 121 Gwardyjskiego Sewastopolskiego Pułku Ciężkich Bombowców, stacjonującego w bazie Engels. Pułk posiada na stanie 16 szt „białych łabędzi”. W roku 2017 Rosjanie podjęli decyzję wznowienia produkcji zmodernizowanej wersji Tu-160M2 w ilości aż 50 od 2021 roku.

Tu-160 posiada 4 osobową załogę. Długość kadłuba sięga 54 metrów, a rozpiętość skrzydeł o zmiennej geometrii od 35 m, do (przy skrajnym położeniu 55 metrów). Maksymalna masa tego największego bombowca w historii świata to 275 ton. Pomimo to, rosyjski kolos wyposażony w 4 silniki turboodrzutowe NK-32, o sile ciągu 137 kN każdy, osiąga dwukrotną prędkość dźwięku tj. 2230 km/h. Amerykański odpowiednik, bombowiec strategiczny B1B tylko 1300 km/h. „Biały łabędź” według rosyjskiej nomenklatury to nosiciel rakiet (rakietonosiec). Samolot wyposażony jest w system nawigacyjno-celowniczy umożliwiający lot na bardzo małej wysokości z omijaniem przeszkód terenu. System składający się z około 100 komputerów pozwala również precyzyjnie trafiać w cele, niezależnie od pory dnia i pogody. Do zapewnienia łączności służy wielokanałowy cyfrowy kompleks łączności radiowej z elementami łączności satelitarnej. Do własnej obrony samolot używa systemu walki radioelektronicznej, umożliwiającego lokalizację pracujących stacji radiolokacyjnych oraz generowanie na ich pasmach pracy silnych zakłóceń.

W dwóch bębnowych komorach samolot przenosi 12 rakiet manewrujących wykonanych w technologii stealth, czyli o obniżonej wykrywalności przez radary typu Ch-101 (z głowicą konwencjonalną) lub Ch-102 (z głowicą jądrową o sile 250 kt lub 1 Megatony). Dla przykładu bomba atomowa zrzucona przez Amerykanów na japońskie miasto Hiroszimę, Little Boy miała moc 15 kt. Amerykańska bomba zabiła w ciągu jednego dnia ponad 100 tysięcy Japończyków, na chorobę popromienną i inne powikłania będące bezpośrednim skutkiem wybuchu zmarło w ciągu kilku kolejnych lat dodatkowo około 65 tysięcy ludzi. Wyliczono po latach, że bomba ta uśmierciła 54 proc. populacji Hiroszimy, nie licząc osób poranionych zarówno fizycznie, jak i psychicznie, którzy mimo wszystko przeżyli. Wielu Japończyków straciło wzrok, kończyny, utraciło najbliższych, nie licząc również wielu przypadków śmierci zmutowanych płodów ludzkich i noworodków, jako późniejszych, daleko idących następstw wybuchu. Można sobie tylko wyobrazić co może zrobić rosyjska rakieta, skoro jej głowica jest 50 razy mocniejsza, trafiając np. w Boston. Każdy z dwóch rosyjskich bombowców jakie dziś bazują w Wenezueli może unicestwić po 12 celów. Dwa samoloty lecące z dwukrotną prędkością dźwięku w wciągu kilku minut znajdą się gdzieś nad bezkresem Oceanu Atlantyckiego i z odległości 5500 km, bo taki zasięg mają Ch-102, mogą odpalić, prawie niewykrywalne przez radary 24 rakiety mknące tuż nad powierzchnia wody z prędkością 270 m/s. Gdyby się to udało, jest to wyrok śmierci dla 20 miast wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych i około 50 milionów zamieszkujących je mieszkańców. Boston, Waszyngton, Nowy York, Norfok, Filadelfia, Baltimor itd. Zamieniłyby się w kupę radioaktywnych płonących gruzów.

Apokaliptyczny scenariusz. Co z niego wynika? Otóż tym posunięciem Rosjanie przypomnieli Amerykanom, że dysponują realnymi narzędziami zagrażającymi samemu terytorium USA.
Jest to swoisty rewanż, za amerykańskie manewry lotnicze na Ukrainie. Do tej pory to amerykańskie samoloty wojskowe patrolowały obszar przyległy do Okręgu Kaliningradzkiego, startując np. z baz w Polsce. Patrolowały wybrzeże rosyjskie na Morzu Czarnym startując z baz w Rumunii czy we Włoszech (Sigonella). Niemal każdego dnia samoloty szpiegowskie RC-135, zwiadowcze Boeing P-8A Poseidon należące do US Navy czy strategiczny dron rozpoznawczy „Global Hawak” krążą wzdłuż granic Ukrainy i Rosji, wokół Krymu i na wysokości baz Floty Czarnomorskiej w Sewastopolu czy Noworosyjsku. Rosjanie jedynie co mogli, to rozbudowywać wzdłuż wybrzeża siły OPL, rozmieszczając kolejne kosztowne jednostki wyposażone w przeciwlotnicze systemy rakietowe S-300 WM „Antiej-2500” i S-400 „Triumf”.

Teraz wydatki poniesie podatnik amerykański. Amerykanie będą musieli doposażyć i odnowić zasady użycia własnych myśliwców bazujących na lotniskach znajdujących się terytorium macierzystym uwzględniając możliwości bojowe bombowców Tu-160 i rakiet Ch-102. Jedynym antidotum, a i tu o ograniczonym zakresie, pozwalającym na relatywnie wczesne wykrycie rakiet manewrujących są latające radary czyli słynne E-3 Sentry AWACS. Póki Rosjanie będą w „gościnie” na terytorium Wenezueli, jeden taki samolot wskazane, aby był w powietrzu. Muszą zatem Amerykanie na przyszłość mieć odpowiednią ich liczbę na terenie USA. Skoro będą tam, to będzie ich mniej nad Morzem Śródziemnym, Morzem Czarnym, czy nad Europą Wschodnią czy Syrią. Amerykanie muszą też pomyśleć o utworzeniu strefowej, nowoczesnej obrony przeciwlotniczej składającej się z systemu radarów i rakiet przeciwlotniczych. Tak oto Rosjanie „przebili piłkę na drugą stronę boiska”. Do tej pory to Moskwa „łatała” własne granice i uszczelniała OPL, teraz czeka to Amerykanów.

Ma Tu-160 i swój mankament, jakim jest spore echo radarowe – świeci na radarach jak przysłowiowa stodoła, ale rosyjski samolot nie jest bombowcem, nie musi nadlecieć nad cel, lecz pędzi z dwukrotną prędkością dźwięku, a do celu wysyła manewrujące trudno wykrywalne przez radary rakiety manewrujące o zasięgu 5500 km. Rosjanie przećwiczyli tego typu operacje kilkukrotnie w Syrii, gdy startujące z baz pod Murmańskiem Tu-160, lecąc wokół Norwegii, Wielkiej Brytanii, wlatywały na Morze Śródziemne przez Cieśninę Gibraltarską i odpalały Ch-101, które z „chirurgiczną precyzją” celnością do 10 metrów niszczyły cele terrorystów na terenie Syrii.

 

Asymetryczna odpowiedź – „aerodromy padskoka”?

Oczywiście nikt nie mówi o budowie stałej rosyjskiej bazy lotniczej w Wenezueli, co wiązałoby się z wielkimi kosztami i utrzymaniem tam licznego komponentu lotniczego pozwalającego skutecznie bazę ochronić. Z wojskowego i ekonomicznego punktu widzenia jest to niecelowe bo bardzo kosztowne. Nikt jednak nie powiedział, że Rosjanie nie stworzą w ramach „asymetrycznej odpowiedzi” na wyjście USA z traktatu RSMD (traktat o likwidacji rakiet średniego i krótkiego zasięgu), budową na terenie Wenezueli, Nikaragui i Kuby tzw. „aerodromów padskoka”., czyli odpowiednio doposażonych lotnisk, ze szkieletową obsługą i odpowiednio zaopatrzonymi magazynami, na których w każdej chwili mogą wylądować i zostać przygotowane do dalszego lotu samoloty Dalnoj Awiacji Wazduszno-Kosmieczieskich Sił. 12 grudnia rosyjskie Tu-160, latając przeszło 10 godzin nad Morzem Karaibskim, ćwiczyły wspólne loty i procedury w eskorcie wenezuelskich Su-30 i F-16.

Tak więc osłonę myśliwską zapewnią Rosjanom lokalni sojusznicy.

Równolegle z przebazowaniem rosyjskich bombowców Tu-160 do Wenezueli, na nieodległej Kubie przebywał szef rosyjskiego wywiadu zagranicznego Siergiej Naryszkin. Odbył tam spotkania na najwyższym szczeblu w tym z Raúlem Castro i przewodniczącym rady państwa Miguelem Díaz-Canelem . Rosjanie prawdopodobnie przygotowują tam jakiś poważny projekt. Szykowana jest też w 2019 wizyta prezydenta Władimira Putina na Kubie, podczas której mają być podpisane ważne umowy.

 

Co dalej?

W 2001 roku Prezydent Stanów Zjednoczonych George Bush jednostronnie wypowiedział traktat ABM o zakazie broni antybalistycznej. Zawarty w 1972 r. pomiędzy USA a Związkiem Radzieckim traktat zabraniał budowy broni i systemów chroniących przed rakietami balistycznymi. Miało to zapobiec naruszeniu równowagi sił między supermocarstwami. Układ ten, jak twierdzili Amerykanie, uniemożliwiał im budowę ogólnokrajowego systemu obrony przeciwrakietowej, który ma chronić USA przed atakiem ze strony tzw. państw nieprzewidywalnych – Korei Północnej czy Iranu. Prezydent Rosji Władimir Putin ostrzegał, że narusza to strategiczny balans między USA i Rosją co doprowadzi to wyścigu zbrojeń. Putin mówił też, że Rosja będzie musiała odpowiedzieć na działania USA i zrobi to w sposób „asymetryczny”. W obliczu zacofania technologicznego, wielkiego kryzysu finansowego i ogólnego upadku w jakim było państwo rosyjskie w latach 90 tych XX w., czyli w okresie prezydentury Borysa Jelcyna, Waszyngton uznał słowa Putina za blef. Wojskowi stratedzy USA twierdzili, że współczesna Rosja nie jest wstanie wybudować i sfinansować budowy odpowiednika amerykańskiej „tarczy antyrakietowej”. Sytuacja taka pozwoli zatem na wyjście Stanów Zjednoczonych na niekwestionowaną pozycję globalnego supermocarstwa i osiągniecie bezdyskusyjnej przewagi militarnej nad Rosją, czyniąc jej potencjał nuklearny bezużytecznym. Mylili się – w 2018 roku Rosjanie odpowiedzieli „asymetrycznie” na budowę amerykańskie „tarczy antyrakietowej” w tym jej elementy w Polsce i Rumunii systemami ofensywnymi zdolnymi ją przełamać. To co zaprezentowali Rosjanie to prawdziwa rewolucja techniczna. Pokazano systemy rakiet hiperdźwiękowych, „Kindżał” czy manewrujące moduły nuklearne „Awangard” Od istniejących rodzajów sprzętu bojowego „Awangard” wyróżnia się zdolnością do latania w gęstych warstwach atmosfery na międzykontynentalnych odległościach z hiperdźwiękową prędkością przekraczającą liczbę Macha ponad 20 razy. Podczas ruchu do celu głowica wykonuje głębokie manewrowanie – zarówno poprzeczne, jak i pionowe. To sprawia, że jest odporna na wszelkie środki obrony powietrznej i obrony przeciwrakietowej”.

Należy się zatem spodziewać, że po deklaracji prezydenta Donalda Trumpa o wyjściu z drugiego traktatu ograniczającego zbrojenia nuklearne jakim jest traktat RSMD, Rosjanie nie rzucają słów na wiatr. Odpowiedzą „asymetrycznie” i owe lotniska „padskoka” nad Morzem Karaibskim to jedna z opcji. Tak czy inaczej, Amerykanie muszą wydać niebawem kolosalne pieniądze na modernizację i rozbudowę obrony przeciwlotniczej terytorium macierzystego, bo wizyty „białych łabędzi” nad Morzem Karaibskim mogą stać się częstsze. Rosjanie wznowili bowiem w 2017 roku ich produkcję w wersji zmodernizowanej (Tu-160M2) w wielkich Zakładach KAPO im. S.P. Gorbunowa w Kazaniu (należące do koncernu OAO Tupolew) a pierwszy samolot przedseryjny już wyprodukowano.

Mieszkanie+ w Caracas

Znienawidzony również przez polskie media Nicolás Maduro, prezydent Wenezueli, dokonał uroczystego przekazania mieszkań wybudowanych w ramach państwowego programu. Jego rząd dostarczył niezamożnym obywatelom już 2,3 mln lokali. Jest już zapowiedź, że w przyszłym roku program „dobije” do 3 mln.

 

W 2011 r. nieżyjący już prezydent Hugo Chávez zainaugurował w Wenezueli wielkoskalowy projekt budownictwa komunalnego Gran Misión Vivienda Venezuela, który miał odpowiedzieć na głód mieszkaniowy panujący wśród ubogiej części narodu. Zgodnie z planami do 2017 r. miały powstać 2 mln nowych mieszkań dla niezamożnych. W pierwszym roku wdrażania programu rząd miał wybudować 150 tys. lokali, dalej zaś planowano dostarczać 300 tys. rocznie.

Plan ostatecznie zrealizowano w tym roku. Następca Cháveza Nicolás Maduro, przez prawie wszystkie zachodnie media przedstawiany jako krwawy dyktator, przekazał właśnie do użytku nowe osiedle w północno-wschodniej prowincji Lara. Oznacza to, że w ramach Gran Misión Vivienda rząd kraju dostarczył ubogim Wenezuelczykom 2,3 mln mieszkań. Maduro obiecuje, że jego ekipa nie spocznie na laurach i w 2019 r. liczba wybudowanych w ten sposób lokali wzrośnie do 3 mln. Jest to zdecydowanie jedno z najbardziej spektakularnych osiągnięć Rewolucji Boliwariańskiej, która rozgorzała w 1999 r. wraz objęciem władzy przez Hugo Cháveza.

Plan budowy 2 mln mieszkań był realizowany w warunkach nasilającego się kryzysu ekonomicznego, podsycanego przez spekulantów krajowych, “nakręcających” hiperinflację i wywóz masy towarów do Kolumbii, i zagranicznych, dokonujących celowych ataków na Wenezuelską walutę.

Dobrzy i źli według Boltona

John Bolton, doradca prezydenta USA ds. bezpieczeństwa narodowego opiewa Jaira Bolsonaro, uznając go za promotora wolności w regionie, nie zważając na to, że prezydent elekt wychwala brazylijską dyktaturę. Jednocześnie Bolton zapowiada akty agresji wobec Kuby i Wenezueli.

 

Nowy prezydent Brazylii, który zapowiada w swoim kraju rozprawę z lewicą nazywając jej przedstawicieli „czerwonymi śmieciami” i bezpardonowo atakuje wszelkie mniejszości cieszy się poparciem dwóch kluczowych sił światowego kapitalizmu: międzynarodowej finansjery i rządu Stanów Zjednoczonych, co oczywiscie podoba się Waszyngtonowi. Podczas niedawnego wystąpienia w Miami John Bolton wychwalał Bolsonaro. Ustawił go w jednym szeregu z prawicowym prezydentem Kolumbii Ivanem Duque, wspieranym w kraju przez kartel narkotykowy Czarne Orły, uznając ich za gwarant wolności i pomyślności Ameryki Łacińskiej oraz najważniejszych sojuszników USA w regionie.

– Przywódcy o bliskim nam sposobie myślenia, którzy wygrali ostatnio wolne wybory w kluczowych krajach, m.in. Ivan Duque w Kolumbii i Jair Bolsonaro w Brazylii, są wielką nadzieją przyszłości całego regionu. Dają świadectwo pełnego oddania wardościom wolnego rynku i przejrzystych, odpowiedzialnych rządów – oświadczył Bolton.

Zapowiedział jednocześnie obranie „ostrego kursu” przeciwko Wenezueli, Kubie i Nikaragui, uznając te postępowe kraje, symbole antyimperialistycznego oporu, za „krwawe dyktatury”.

– Za kadencji prezydenta Trumpa Stany Zjednoczone podejmą bezpośrednie działania przeciwko wszystkim tym trzem reżimom, by bronić w ten sposób rządów prawa, wolności i ludzkiej godności w regionie – grzmiał John Bolton.

Ostrzeżenia te zgodne są z coraz powszechniejszymi odczuciami społeczności międzynarodowej, że w którymś z tych krajów USA może dopuścić się interwencji zbrojnej w ich „starym stylu”, znanym z lat 70. i 80., kiedy aktywnie wspierali latynoamerykańskie dyktatury – oczywiście pod „sztandarem wolności”. Od ponad roku ludzie związani z rządem Donalda Trumpa sugerują, że poważnie rozważają atak na Wenezuelę „w obronie demokracji”. Nastąpiło również zupełne odwrócenie kierunku politycznego w stosunku do Kuby, jaki został obrany przez USA pod koniec kadencji Baracka Obamy. Zarówno wobec Kuby, jak i Wenezueli, Bolton zapowiedział wprowadzenie nowych sankcji.

Bolton, jedna z głównych postaci administracji Trumpa, nie pozostawia wątpliwości, że USA zamierzają realnie zagrozić postępowym rządom: – Nie czas na cofanie się. To czas na zwiększenie nacisków, nie na łagodzenie ich.

Błogosławiona wojna

Donald Trump niczym papież powołał się na Boga i błogosławił narody przemawiając na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ. Niczym cesarz, wymienił kraje, które nie podobają się imperium amerykańskiemu, z Iranem w roli głównej. Z mównicy ziało wojną. Nie tą w Afganistanie, toczoną od 17 lat, którą Amerykanie przegrywają, ale nowymi, w których zwycięstwo i porażka nie będą się liczyć, a stawką będzie samo trwanie wojny.

 

Gdy Trump gromił Iran z mównicy, jego administracja ogłosiła, że wojsko USA zostanie w Syrii tak długo, aż wyjadą stamtąd Irańczycy, którzy pomagają temu krajowi walczyć z dżihadyzmem.

To znaczy, że Ameryka trzeci raz zdecydowała o celu syryjskiej wojny: najpierw było nim obalenie prezydenta al-Asada, potem walka z dżihadyzmem, a teraz „powstrzymywanie Iranu”, którego boi się Izrael.

Syria już od prawie ośmiu lat jest bożym igrzyskiem: dziś działa tam pięć armii, które nie przestają niebezpiecznie ocierać się o siebie. Trump właśnie wymyślił, że przyda się po Afganistanie kolejna wieczna wojna. W świetle prawa międzynarodowego, Irańczycy walczą w Syrii legalnie, a Amerykanie nielegalnie, ale to już też nie ma znaczenia. Ryzyko eskalacji zostanie podwyższone, kraj pozostanie beczką prochu, zmieniony w terytorium pośredniej wojny USA przeciw Iranowi.

Zmiana rządu w takim kraju jak Wenezuela została zapowiedziana przez Trumpa nie z mównicy, ale w czasie konferencji prasowej w ONZ, jakby to był jakiś drobiazg, o którym zapomniał przed wyjściem. „Słowo daję”, Maduro „mógłby być bardzo szybko obalony przez wojsko, jeśli żołnierze zdecydują się na to”. Z trybuny mówił jedynie o wenezuelskich uchodźcach, nałożył kolejne sankcje. „Każda sankcja rządu gringo poza tym, że jest nielegalna i bezużyteczna, to dla nas rewolucjonistów medal” – odpowiadał prezydent Maduro. Nazwał Amerykanów „śmierdzącymi tchórzami”.

Ale Wenezuela nie liczy się tak oczywiście, jak Iran. To już ostatnie państwo nieprzychylne USA w regionie, które trzyma się jeszcze na nogach. W porównaniu z sojusznikiem amerykańskim Arabią Saudyjską to kraj wolności obywatelskich, ale nie o to chodzi. Trzeba go złamać, by nie kwestionował hegemonii imperium i władzy jego lokalnych sojuszników. Prezydent Francji Macron krzyczał cienkim głosem z mównicy, że „prawo silniejszego” nie może decydować w kwestii irańskiej, ale nie był już gwiazdą jak na swym pierwszym Zgromadzeniu Ogólnym, większość mu raczej nie wierzyła.

Trump wygłosił przemówienie w ONZ, jakby to był jego mityng wyborczy. Zachwalał się jak sprzedawca ryb na targu przed nadchodzącymi, jesiennymi wyborami do Kongresu. Jest taka teoria, że przestanie napinać mięśnie po wyborach, że się uspokoi, a na razie to wszystko musi wyglądać tak komiksowo. Nie. Rząd amerykański podejmuje konkretne, długoterminowe działania na rzecz kolejnej wojny, perpetuum mobile polityki imperium.