Maduro nie ma innego wyjścia

-Rząd Maduro często wykorzystuje bardzo szeroko swoje „zasoby administracyjne” w interesie partii władzy, i to rzeczywiście słaby punkt wenezuelskiej demokracji. Ale z drugiej strony, kto powiedział, że w krajach o systemie dwupartyjnym, w których główne partie otwarcie reprezentują interesy wielkiego kapitału, demokracji jest więcej niż w Wenezueli?- z Dymitrijem Sztrausem, mieszkającym w Wenezueli tłumaczem i programistą, rozmawia Piotr Jastrzębski.

Pochodzi Pan z Czelabińska, ale jednak wybrał Pan Wenezuelę. Od jak dawna Pan tam mieszka?
Na stałe od 2008 r. Wcześniej mieszkałem tam sześć lat od 1995 do 2001 roku. Także kraj doskonale już poznałem. Pracuję jako tłumacz, to moje główne źródło utrzymania.
Według doniesień europejskich mediów, wynika że spadek gospodarczy, inflacja, deficyt żywności i innych towarów, to wina prezydenta Nicholasa Maduro, któremu zarzucają również brak demokracji.
Kryzys gospodarczy to efekt spadku cen ropy naftowej, wyczerpania starych złóż tego surowca, błędnej polityki ekonomicznej i wojny gospodarczej Stanów Zjednoczonych przeciwko Wenezueli. Niedemokratyczny charakter polityki Maduro nie ma z tym nic wspólnego.
Ustrój polityczny Wenezueli jest jak najbardziej demokratyczny. Istnieją partie polityczne, w tym mocno opozycyjne, które wygrywają wybory parlamentarne, mają swoich prezydentów miast i gubernatorów. To prawda, że rząd Maduro często wykorzystuje bardzo szeroko swoje „zasoby administracyjne” w interesie partii władzy, i to rzeczywiście słaby punkt wenezuelskiej demokracji. Ale z drugiej strony, kto powiedział, że w krajach o systemie dwupartyjnym, w których główne partie otwarcie reprezentują interesy wielkiego kapitału, demokracji jest więcej niż w Wenezueli? Trzeba też dodatkowo wspomnieć o wenezuelskim systemie liczenia głosów na wyborach. Jest ona zabezpieczona licznymi mechanizmami kontroli, w tym z udziałem mężów zaufania uczestników wyborów, co sprawia, że wszelkie manipulacje i fałszerstwa są bardzo trudne, a już takie decydujące o wynikach – praktycznie niemożliwe. Maduro zwyciężył w ostatnich wyborach – mimo, że większość społeczeństwa była przeciwko niemu – wyłącznie dlatego, że nieprzejednana opozycja odmówiła udziału i wezwała swoich zwolenników do ich bojkotu. W takich warunkach bez problemu wygrał ze swoimi konkurentami – mniej znanymi opozycjonistami.
Czy według pana rolę obecna polityka prezydenta Maduro, związana jest bardziej z interesami Wenezueli i Wenezuelczyków, czy – jak twierdzą niektórzy – działa on tylko w imię realizacji własnych interesów?
Powiedziałbym, że jego polityka odpowiada interesom Wenezueli w tej części, w której dotyczy wzmocnienia suwerenności tego kraju.
Czy można więc uznać Maduro za spadkobiercę Hugo Chaveza?
Generalnie tak. Przy wszystkich wahaniach w jego polityce, stanowisko Chaveza w dwóch sprawach było na przestrzeni lat jego rządów niezmienne: w polityce wewnętrznej – w wierności zasadzie, że ropa naftowa ma pozostać w rękach państwa; a w zagranicznej, że Wenezuela powinna rozwijać stosunki z różnymi krajami i mieć więcej niż jednego partnera strategicznego. Maduro tych zasad się trzymał. Dziś wielu krytykuje go za „odejście od polityki Chaveza”, ale przecież nie wiadomo, jak by w obecnych okolicznościach postępował jego poprzednik, który był dość elastycznym politykiem. Na przykład, rząd Maduro krytykowany jest i przez lewicę i przez prawicę za zgodę na wydobycie złota na południu kraju. Wiele mówi się o zniszczeniu środowiska, a lewica twierdzi, że Chavez by na to nie pozwolił. Zapomina się przy tym, że choć ekologia była dla niego ważna, to na pewno nie znajdowała się na pierwszym miejscu. Przecież podczas swojej pierwszej kadencji polecił budowę linii wysokiego napięcia przebiegającej przez Park Narodowy Imataka, co ostro oprotestowały organizacje ekologiczne i indiańskie. W obecnych warunkach blokady ekonomicznej, spadku wydobycia i ceny ropy, kraj nie jest w stanie zagwarantować sobie bezpieczeństwa żywnościowego; chodzi już nie tylko o walkę z biedą, ale o niedopuszczenie do pojawienia się głodu. Maduro nie ma innego wyjścia – musi wykorzystać wszystkie istniejące możliwości do pozyskania środków do budżetu. Z drugiej strony, niektóre problemy rządu Maduro spowodowane zostały przez zbyt dokładne kopiowanie błędnej polityki Chaveza. Na przykład, Hugo Chavez przez co najmniej dziewięć lat ani razu nie podniósł ceny paliwa, z czego był bardzo dumny. W czasie jego rządów te ceny nie rosły pomimo, że też była inflacja (nieporównywalna z tą z ostatnich lat), wzrastały koszty, płace, od czasu do czasu przeprowadzano dewaluację waluty narodowej. Wszystko to doprowadziło do sytuacji, w której benzyna była nie tyle tania, co praktycznie bezpłatna. Państwo traciło ogromne kwoty na subsydiowanie jej ceny detalicznej (około 15 mld dolarów rocznie), a z tej hojności korzystali nie tylko najubożsi, ale też właściciele dżipów i jachtów. Poza tym, tania benzyna w połączeniu z lokalnymi tradycjami korupcyjnymi doprowadziła do powstania całej warstwy przemytników wzdłuż granicy z Kolumbią, nieźle żyjących na koszt państwa i karmiących jeszcze skorumpowanych wojskowych i urzędników, gdy w tym samym czasie w przygranicznych rejonach brakowało paliwa. Trzeba uczciwie przyznać, że Maduro ceny paliw podwyższał już dwukrotnie, choć podwyżki te zniwelowała potworna inflacja. Czyli benzyna w Wenezueli znów jest bezpłatna, przy czym w tym roku pojawił się jej poważny deficyt. A przecież tania benzyna, zamiast darmowej, doprowadziłaby do tego, że część środków można by zainwestować w obsługę techniczną rafinerii, których obecny stan jest właśnie jedną z przyczyn wspomnianego deficytu. Innym elementem dziedzictwa Chaveza były różne machinacje i manipulacje spowodowane stałym kursem waluty narodowej, boliwara, wobec dolara, i czarnym rynkiem walutowym, który się w efekcie pojawił. Wprowadzony w 2003 roku stały kurs dolara pozwolił na stabilizację gospodarki po burzliwych latach 2002-2003 i stał się jednym z podstawowych elementów państwowej polityki finansowej, doprowadzając w połowie minionej dekady do znacznej poprawy poziomu życia większości Wenezuelczyków. Ale jednocześnie stworzył grunt dla wielu nadużyć i korupcji, przez co wskutek skoordynowanych działań z zagranicy kurs czarnorynkowy zaczął przewyższać urzędowy najpierw kilku-, a następnie kilkudziesięcio- i kilkusetkrotnie. Rząd Maduro kilka razy próbował okiełznać czarny rynek, ale nigdy mu się to nie powiodło. Przez wiele lat połączenie stałego kursu boliwara z gospodarka rynkową i słabą kontrolą ze strony państwa prowadziło do powstawania bajecznych fortun przedsiębiorców i skorumpowanych urzędników państwowych i dopiero w ubiegłym roku ten kurs, będący lekarstwem gorszym od choroby, został zniesiony.
W Europie sporo mówiło się o opozycyjnej sile Juana Guaido. I nie chodzi tu o jakiś potencjał programowy, tylko raczej dążenie do sprzeciwienia się obecnym władzom za każdą cenę, w tym poprzez przewroty, spiski, korupcję polityczną. Może niezbyt dobrze dostrzegamy istotę problemu z Europy. Jakie są faktyczne przyczyny konfliktu między Guaido a Maduro?
Jest to kontynuacja konfrontacji między Chavezem i tradycyjną wenezuelską opozycją zorientowaną na współpracę ze Stanami Zjednoczonymi. Juan Guaido to przedstawiciel nowej opozycyjnej generacji. Ukończył niepubliczny Katolicki Uniwersytet im. Andresa Bello, którego absolwentami było wielu działaczy opozycji. Jako przywódca studencki organizował protesty antyrządowe jeszcze w 2007 roku. Widocznie został zauważony, bo już wkrótce wyjechał kontynuować naukę do Stanów Zjednoczonych, gdzie otrzymał stypendium. Po powrocie został jednym z ważniejszych działaczy jednej z nowych partii pod nazwą „Nowe Czasy”, powołanej w celu przeciwstawienia się reżimowi Chaveza i jednocześnie starań o przełamanie nieufności wyborców wobec tradycyjnych partii politycznych. Jego kariera była bardzo dynamiczna i dość niejasna. Nie ma w swoim życiorysie doświadczenia na stanowisku mera czy gubernatora, a posłem został z listy partyjnej. Jednak wskutek układu międzypartyjnego został przewodniczącym parlamentu, a w styczniu 2019 roku, po inauguracji kolejnej kadencji Maduro wybranego w 2018 roku (nieprzejednana opozycja przekonywała o bezprawności tych wyborów, choć – jak już wspomniałem – odbyły się one zgodnie z wenezuelską konstytucją), ogłosił się pełniącym obowiązki głowy państwa. Cały ten spektakl zyskał legitymację w postaci poparcia Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników na całym świecie, którzy uznali Guaido za prezydenta. Przy tym wszystkim nie przedstawił żadnego czytelnego programu politycznego; wszystkie jego wystąpienia w zasadzie ograniczały się do oświadczeń o braku legitymacji „uzurpatora” Maduro i gotowości społeczności międzynarodowej do przekazania Wenezueli pomocy humanitarnej za pośrednictwem jego „administracji”. Dla Stanów Zjednoczonych i innych krajów, w których znajdowały się wenezuelskie aktywa, wszystko to stało się argumentem na rzecz ich zamrożenia, co jeszcze bardziej pogłębiło kryzys w Wenezueli. Część tych aktywów zresztą oddano „administracji Guaido”, która dziś dysponuje nimi bez żadnej kontroli.
Jaką rolę w tym konflikcie odgrywają interesy Stanów Zjednoczonych? Czy ingerencja amerykańska w politykę wenezuelską jest dziś znaczna? Czy sytuacja w kraju jest, jak twierdzi Guaido, nieuniknioną ceną w procesie zapoczątkowania demokratyzacji, czy może chodzi po prostu o wyznaczenie stref wpływu na rynku surowców energetycznych?
Stany Zjednoczone nieustannie ingerują w sprawy wewnętrzne Wenezueli jeszcze od czasów prezydenta Chaveza. Najbardziej jaskrawym tego przykładem był, oczywiście, przewrót w 2002 roku. Jednak dopiero za czasów Maduro, te ingerencje stały się permanentne, publiczne i całościowe. Gotów jestem zaryzykować twierdzenie, że obecnie żaden kraj na świecie nie znajduje się pod tak mocnym naciskiem Waszyngtonu, jak Wenezuela. Zaczęło się od ukrytych działań zmierzających do osłabienia gospodarki (wspomniane manipulacje z kursem dolara na czarnym rynku), wspieranie korupcji (w Stanach mieszka wielu zbiegłych z Wenezueli skorumpowanych urzędników, spośród których ani jednego nie wydano do kraju), później sankcje gospodarcze, zakaz działalności amerykańskich firm w Wenezueli i blokada dostaw niezbędnego sprzętu, materiałów i lekarstw do tego kraju, a na koniec uznanie za prezydenta Juana Guaido, zamrożenie wenezuelskich aktywów w Stanach Zjednoczonych i przekazanie części z nich Guaido, do tego wywieranie nacisku na inne kraje i pochodzące z nich firmy w celu skłonienia ich do rezygnacji z interesów w Wenezueli, no i bezpośrednie podżeganie przez Trumpa wenezuelskich wojskowych do zorganizowania puczu i ustanowienie nagrody za zatrzymanie członków wenezuelskich władz.
Jak wygląda życie zwykłych ludzi w Wenezueli? Co się zmieniło wraz z nastaniem kryzysu?
Kryzys gospodarczy i polityczny w Wenezueli trwa od końca 2012 roku, czyli już prawie osiem lat. Wcześniej był to kraj z wysokim poziomem życia na tle innych państw latynoamerykańskich; dość przypomnieć, że jeszcze w 2014 roku emigrowali do Wenezueli Kolumbijczycy. Najbardziej atrakcyjnymi aspektami życia w Wenezueli tamtych czasów był bardzo niski poziom biedy, bezpłatne szkolnictwo wyższe, niskie ceny artykułów spożywczych i innych towarów pierwszej potrzeby, dostępność podróży zagranicznych nawet dla osób o nie najwyższych dochodach. Najważniejszym problemem był wysoki poziom przestępczości i braki w budownictwie mieszkaniowym. Po siedmiu latach pogarszającego się kryzysu te problemy też nie znikły, ale odeszły na drugi plan. Dziś największym zmartwieniem większości społeczeństwa jest drożyzna żywności i lekarstw.
Chciałbym zapytać bardziej szczegółowo o ostatnie wydarzenia. Czy prawdą jest, że opozycja pod przywództwem Juana Guaido zawarła z amerykańskimi najemnikami kontrakt, w którym zleciła im porwanie Nicholasa Maduro i przeprowadzenie przewrotu wojskowego? Kim są zatrzymani najemnicy? Kto ich zatrzymał?
Rzeczywiście, podpisano umowę pod koniec ubiegłego roku z przedstawicielami amerykańskiej prywatnej firmy wojskowej Silvercorp USA. Jej tekst był opublikowany po porażce całego planu. Dowiedzieliśmy się z niego, że przedmiotem zlecenia było „zaprowadzenie porządku” w kraju oraz likwidacja lub zatrzymanie jego najwyższych władz. W wyniku skandalu po jego ujawnieniu do dymisji podali się doradcy Guaido – Rendon i Vergara. Większość aresztowanych to dezerterzy z armii wenezuelskiej, których kilkuset w ubiegłym roku na wezwanie Guaido przekroczyło granicę z Kolumbią. Aresztowano również dwóch pracowników Silvercorp USA, byłych żołnierzy armii amerykańskiej, oraz syna znanego wenezuelskiego generała, ministra obrony w czasach Chaveza Raula Baduela, którego skazano na ciężki wyrok za korupcję. Niektórych najemników zatrzymały służby, a innych – zwykli rybacy i członkowie boliwariańskiej milicji.
Nie była to jednak pierwsza próba dokonania przewrotu w Wenezueli. Czym różniła się od poprzednich?
Poprzednie próby dokonywane były przez wojskowych i cywilów znajdujących się na terenie kraju. Tym razem po raz pierwszy podjęto próbę zbrojnego desantu z zagranicy.
W jaki sposób Wenezuela mogłaby przezwyciężyć obecny kryzys?
Moim zdaniem, przez walkę z korupcją, zwiększenie wydajności przemysłu naftowego i rozwój innych, niezwiązanych z wydobyciem ropy sektorów gospodarki. Jak to zrobić? To bardzo trudne pytanie, na które nie znam odpowiedzi.

Wenezuala odpiera zamach za zamachem

– Najemnicy usiłowali z morza napaść na Wenezuelę – powiedział w niedzielę na konferencji prasowej minister spraw wewnętrznych, sprawiedliwości i pokoju Wenezueli Nestor Reverol.

Polityk stwierdził następnie, że grupa napastników usiłowała nielegalnie dostać się na terytorium Wenezueli od strony Kolumbii, na szybkich łodziach, lądując na wybrzeżu w stanie La Guaira. Została jednak zatrzymana przez policję i wojsko. Część napastników, których rząd wenezuelskich zidentyfikował jako kolumbijskich najemników, zginęła.
Reverol twierdził, że celem napastników było sianie w kraju chaosu, zabijanie liderów rządu boliwariańskiego, organizowanie zamachów terrorystycznych, nakręcanie napięcia i spirali przemocy, by stworzyć dobre warunki dla kolejnej próby obalenia rządu Nicolasa Maduro. W ręce policji wpadło sześć samochodów, łódź, dwa karabiny maszynowe, dziesięć sztuk broni automatycznej i zapas amunicji.
O tym, że te „kolejne próby” to nie spiskowy scenariusz, świadczy seria wpisów na Twitterze samego niedoszłego prezydenta Wenezueli. W jednym z najnowszych, sprzed kilkunastu godzin, Juan Guaido nazywa Maduro uzurpatorem i stwierdza, że utworzenie rządu Nadzwyczajnego Pogotowia Narodowego jest pilną koniecznością. Nagrał też apel do swoich zwolenników.
Równo rok temu Guaido nagrywał groźne filmy z sobą samym na tle bazy wojskowej, oznajmiając, że ma za sobą potężne siły i już idzie na stolicę. Z tych planów nic nie wyszło, mimo amerykańskiego poparcia i międzynarodowego uznania, jakie wkrótce w ślad za nim zdobył. Okazało się, że większość Wenezuelczyków albo popiera Maduro, albo w każdym razie nie zamierza angażować się w zbrojne wystąpienie przeciwko niemu. W ubiegłym roku nawet partia Guaido, Wola Ludu, wykluczyła go ze swoich szeregów.
Rząd Wenezueli tymczasem zapewnia, że jest gotów odpierać kolejne napaści.
Dla władz Wenezueli koronawirus nie jest dziś, jak widać , żadnym problemem. Do poniedziałku stwierdzono tam ledwie 357 przypadków potwierdzonych i 10 zmarłych. W innych krajach regionu liczby te są kilkadziesiąt razy większe.

Kościół katolicki to partia?

Prezydent Wenezueli Nicolas Maduro oskarżył kościół katolicki o polityczne ambicje i włączenie się w spisek przeciwko legalnej władzy.

Odpowiedział tym samym papieżowi Franciszkowi, który, jak stwierdził Maduro, osobiście miał go poprosić, by nie rozpalał konfliktu z katolicką hierarchia w jego kraju.
Maduro w wenezuelskiej telewizji wskazał papieżowi, że Kościół katolicki w jego kraju traci na znaczeniu. Dzieje się tak przede wszystkim ze względu na odpływ wiernych, którzy przechodzą do wspólnot ewangelickich. A powodem odchodzenia z Kościoła katolickiego, jak twierdzi prezydent Maduro, jest nadmierne zaangażowanie się Kościoła katolickiego w politykę, w tym tę, która jest sterowana przez USA i skierowana przeciwko Maduro.
„Wenezuelczycy porzucają katolicyzm, ponieważ są zmęczeni” – mówił Nicolas Maduro cytowany przez peruwiańską La Republica. Dodał, że biskupi instrumentalnie traktują ambony, które są instrumentem walki politycznej. Prezydent Wenezueli podał dane, z których wynika, że jeżeli wcześniej we wspólnocie ewangelicznej było 3 proc. obywateli, to obecnie jako ewangelicy deklaruje się 40 proc. obywateli.
Wspomniane przez Maduro zmęczenie obywateli, jest wywołane, jego zdaniem, przez postępowanie przede wszystkim najwyższych dostojników wenezuelskiego Kościoła katolickiego.
Prezydent Wenezueli podkreślił, że katoliccy hierarchowie „bronią tego, co nie jest do obrony”, deklarują swoim zachowaniem, że są w istocie działaczami politycznymi i przywódcami partii politycznych, a nie kapłanami, jak oczekują tego od nich zwykli ludzie.
Istotnie, od początku kryzysu w Wenezueli, podtrzymywanego i inspirowanego przez USA, Kościół katolicki zajął pozycję ostrej opozycji wobec Nicolasa Maduro. Biskupi wielokrotnie z ambon wzywali Maduro do odejścia ze stanowiska prezydenta i wyznaczenia terminu nowych wyborów, oczywiście w formule wygodnej dla USA i jej protegowanego Juana Guaido. Maduro zresztą przywołał wydarzenie religijne w stanie Lara, w których uczestniczyło 4 miliony ludzi, a na które biskupi zaprosili przywódców opozycyjnych polityków, w tym samozwańczego i nielegalnego prezydenta Juana Guaido.

Wdzięczność imperium

Rok mija właśnie, gdy niejaki Juan Guaido, mało znany w swym kraju wenezuelski deputowany, odebrał telefon od samego wiceprezydenta USA, raczej tępawego religijnego integrysty Mike’a Pence’a, by usłyszeć, że władze imperium mianują go „prezydentem” Wenezueli.

Oczywiście wszystko było dogadane już wcześniej, podczas licznych podróży Guaido i jego ludzi do Waszyngtonu, pozostało tylko czekać na ów telefon. Nastąpiła po nim seria nieudanych zamachów stanu. Guaido obiecał Amerykanom, że przeciągnie armię na swoją stronę i USA będą miały ropę, a on władzę. Z armią jednak wystąpił problem.
Z początku wszystko wydawało się mechanicznie proste. Naród trudno przekonać do Ameryki, to jednak nie są romantyczni Polacy. Wenezuelczycy historycznie odczuli na własnej skórze politykę waszyngtońskich gringos i przeważa tam mocne przekonanie „nigdy więcej”. Ale wystarczy jak zwykle przekonać/przekupić armię i dobra skrajna prawica wróci do władzy – wykoncypowali właściciele świata. Ku ich zdziwieniu, styczniowa próba przewrotu spełzła na niczym, choć Guaido, ten „nowoczesny”, „południowoamerykański Macron”, obiecywał, że wojsko praktycznie ma w kieszeni.
Potem były jeszcze jeszcze dwie próby – w kwietniu i listopadzie. Tę drugą można pominąć – była tak śmieszna, że światowa prasa nawet jej nie zauważyła. Miał to być podwójny sukces Ameryki, bo w Boliwii wszystko poszło gładko (tradycje zamachowe lokalnej oligarchii są tam żywsze, wręcz rutynowe), lecz obalenie socjalizmu w Wenezueli okazało się kolejnym złudzeniem. Największe nadzieje dawała próba kwietniowa: światowe telewizje pokazały wreszcie Guaido w otoczeniu wojskowych, stojącego na autostradzie pod bazą lotniczą La Carlota w Caracas z telefonem przy uchu. Obok major Hugo Perra, najwyższy stopniem zamachowiec, wypinał pierś do kamer.
Łącznie w tym telewizyjnym zamachu wzięło wtedy udział kilkudziesięciu wojskowych. Po klapie część z nich uciekła do sąsiedniej Kolumbii, część schroniła się w ambasadzie odzyskanej właśnie przez Amerykanów Brazylii w Caracas, a oficerowie zwiali bezpośrednio do USA. Hugo Parra, jak i inni, szczerze myślał, że zostanie przywitany z honorami i telewizją, jak bohater. Liczył na wdzięczność Ameryki. Kiedy wraz z kolegami wylądował w obozie więziennym dla nielegalnych imigrantów w Teksasie, myślał jeszcze, że to pomyłka. Siedzi tam do dzisiaj. Nic mu nie pomogły zapewnienia, że „sam prezydent Trump popierał Guaido”.
Chodzi o tzw. ironię losu. Major Parra siedzi bezterminowo w amerykańskim obozie koncentracyjnym zgodnie z polityką, którą chciał wprowadzić w swoim kraju. To socjaliści i inni rodacy mieli siedzieć w więzieniach, ale nie on. Amerykanie nie zgadzają się nawet, by wyszedł za kaucją. Cóż, gardzą „przegrywami”. Może się nimi zająć najwyżej policja imigracyjna. Co za kontrast z generałami z Boliwii, którzy dostali spore pieniądze. Oni też uciekli do USA (choć im się udało), by na wszelki wypadek nie mieć do czynienia z rodakami. Wolą się ukrywać, ale są na wolności.
A Guaido? Kilka dni temu spektakularnie przeskoczył płot, niczym kiedyś Wałęsa. Był to płot parlamentu w Caracas – zrobiono zdjęcia z tego wydarzenia w nadziei światowego rozgłosu. Co prawda obok była otwarta brama, a parlament wybrał innego przewodniczącego, lecz „prezydent” Guaido z przyzwyczajenia chciał się znowu proklamować, tym razem na tym stanowisku, nawet bez telefonu z Waszyngtonu. Waszyngton uważa go już za „przegrywa”. Amerykańskie media, jeszcze rok temu wyśpiewywały hołdy na cześć młodego, nieznanego „prezydenta”, a dziś traktują go lodowato.
Formalnie Polska, jak inne satelity imperium, uznała go za głowę państwa wenezuelskiego, wbrew elementarnej rzeczywistości. Nic to ją nie kosztuje, w końcu chodzi o jakiś daleki, nieistotny kraj koło San Escobar. Cierpliwie czeka na amerykańskie poważanie za tę bezinteresowną grzeczność, jak i za inne, już kosztowne pokłony, będąc pewna niczym major Parra, że Stany Zjednoczone nie będą jej uważać za dalekiego „przegrywa”, gdyby miały okazję
się odwdzięczyć.

Lekarze non grata

Siły polityczne, które przejęły kontrolę nad Boliwią w wyniku zamachu stanu w sposób coraz bardziej wyrazisty odsłaniają swoje proamerykańskie oblicze. Ostatnio podjęły decyzję o usunięciu z kraju pod pretekstem ingerencji w wewnętrzne sprawy Boliwii licznej grupy kubańskich lekarzy a także aresztowaniu kilku nich oraz uznały za persona non grata dyplomatów Wenezueli.

Jak oświadczyła minister spraw minister spraw zagranicznych tzw. rządu tymczasowego Karen Longaric, zarówno przebywający w Boliwii Wenezuelczycy jak i Kubańczycy podżegali do protestów przeciwko uzurpatorskiemu rządowi w La Paz. Kuba potwierdziła, iż 700 jej lekarzy zmuszonych zostało do opuszczenia Boliwii, jednocześnie negując jakikolwiek ich udział w protestach. W tej decyzji Boliwia nie jest bynajmniej osamotniona. Osoby wchodzące w skład kubańskiego personelu medycznego zostały również wydalone przez prawicowe rządy Brazylii i Ekwadoru. Działania te wyraźnie świadczą o tym, że dla latynoamerykańskiej prawicy ważniejsza jest lojalność wobec USA niż dbanie o zdrowie swoich własnych obywateli.
Longaric poinformowała też, że uznała pracowników wenezuelskiej misji dyplomatycznej za persona non grata i nakazała im jak najszybsze opuszczenie terytorium Boliwii. Jednocześnie tzw. tymczasowe władze zerwały wszelkie kontakty z rządem Wenezueli. Oskarżenia o mieszanie się w wewnętrzne sprawy Boliwii stanowi jedynie wymówkę mającą zadowolić waszyngtońskich mocodawców. W rzeczywistości chodzi tu o to, że zarówno Kuba, jak i Wenezuela potępiły zamach, nadal uważają Moralesa za pełnoprawnego prezydenta i otwarcie wyrażają dla niego poparcie. Ponadto wenezuelski prezydent Nicolás Maduro wezwał wszystkie polityczne i społeczne siły świata do zjednoczenia się w celu ochrony życia rdzennych mieszkańców Wenezueli. Na uzurpatorską prezydent Jeanine Áñez musiało to podziałać jak płachta na byka, jako że znana ona jest z rasistowskiego i wysoce lekceważącego stosunku do ludności indiańskiej, z której wywodzi się też sam Morales. Ponadto, jak było do przewidzenia i jak pisaliśmy wczoraj, samozwańcze władze Boliwii uznały podobnego do nich uzurpatora Juana Guaidó za prezydenta Wenezueli.
O wiele bardziej ostrożnie niż w przypadku Wenezueli i Kuby boliwijscy uzurpatorzy odnoszą się do Meksyku, który z logicznego punktu widzenia powinien być pierwszym celem ich ataków, ponieważ to właśnie tam znalazł schronienie Evo Morales. Tu jednak zagrała proamerykańska nuta. Otóż stosunki Stanów Zjednoczonych z Meksykiem mają jakościowo inny wymiar niż z Kubą i Wenezuelą ze względu na delikatną materię związaną z ochroną granicy USA przed napływem uchodźców z terenu Meksyku. Zapewne dlatego Áñez ograniczyła się do protestu wobec władz meksykańskich pozwalających Moralesowi na wygłaszanie wypowiedzi mających na celu – jak to ujęła – „podsycanie eskalacji napięcia w Boliwii”. W odpowiedzi MSZ Meksyku wydało oświadczenie, w którym przypomina, iż swoboda wypowiedzi uchodźców jest zagwarantowana na mocy amerykańskiej konwencji o uchodźcach w związku z czym władze jego kraju nie zamierzają Moralesowi tej wolności ograniczać.
Żądaniami samozwańczej głowy państwa nie przejął się też sam Morales. Tego samego dnia, kiedy została ogłoszona reakcja MSZ, udzielił wywiadu meksykańskiej gazecie El Universal, gdzie zapowiedział zamiar powrotu, licząc na poparcie milionów swoich współobywateli. Jednym z warunków powrotu miałoby być nieprzyjęcie przez boliwijski parlament jego oświadczenia o rezygnacji. Jednocześnie zaznaczył, że jego mandat prezydenta wygasa dopiero w styczniu przyszłego roku i do tego czasu pozostaje pełnoprawną głową państwa. Zapowiedział też, że nie będzie kandydował w najbliższych wyborach prezydenckich, mówiąc jednocześnie, że liczył na to, iż będzie mógł miał sprawować władzę do 2025 r. po to by doprowadzić do końca proces reform politycznych i ekonomicznych opartych o „ideę rozwoju, równości społecznej, integracji i industrializacji Boliwii”. Po raz kolejny wezwał też do dialogu mającego zastąpić konfrontację. -Pokój w Boliwii przyniesie dialog, dialog z udziałem ONZ, Kościoła Katolickiego i państw-mediatorów” – mówił Morales dodając, że pokoju nie osiąga się przy pomocy broni.

Wenezuela i sekrety nieudanego zamachu stanu

27-letnia Jurubith Rausseo García, kasjerka w supermarkecie, jechała z mężem motocyklem. Wracali z pracy jadąc przez Altamirę, dzielnicę wielkiego biznesu i burżuazji na wschodzie Caracas, bastion wenezuelskiej opozycji znany ze zbrojnych manifestacji antyrządowych, gdy trafiła ją zbłąkana kula, prosto w głowę. Trudno to sobie wyobrazić, ale przyczyny jej śmierci i osierocenia dwójki małych dzieci sięgają XIX w. I to niestety nie była jedyna ofiara próby amerykańskiego zamachu stanu w jej kraju.

Na starym obrazie Clyde’a DeLanda pt. „Narodziny doktryny Monroe” widać piątego prezydenta Stanów Zjednoczonych i właściwie narodziny imperium. James Monroe kładzie dłoń na zachodniej półkuli naszej planety, by powiedzieć „to nasze”. Już w roku 1823 Amerykanie postanowili, że będą nią administrować zgodnie ze swymi interesami polityczno-gospodarczymi. Dziś na tę historyczną doktrynę powołuje się rząd prezydenta Donalda Trumpa, na czele z wąsatym Johnem Boltonem, neokonserwatywnym doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego. Doktryna Monroe służy za podkładkę dla idei przejęcia trzech nieposłusznych krajów Ameryki Łacińskiej – Kuby, Wenezueli i Nikaragui, którą Bolton nazywa „diabelską trojką”. Zaczęto od Wenezueli, bo dwa pozostałe państwa nie mają ropy.
Jurubith i inni zginęli w imię interesów imperium amerykańskiego, gdyż administracja USA, gorączkowo zajęta organizowaniem zamachu stanu w Caracas, nie widzi różnicy między rokiem 1823 a 2019. To tragikomiczne zaślepienie nie pozwala jej zrozumieć, że epoka łatwych zamachów stanu, w czasie której nabrała wielkiego doświadczenia w tej mierze, minęła. W Pentagonie, który wcale nie pała entuzjazmem na myśl o interwencji w Wenezueli, zwrócono uwagę, że rosyjskie satelity szpiegowskie pozmieniały trajektorie, by obserwować amerykańskie bazy morskie i okręty, które mogłyby wziąć udział w inwazji. Do tego okazało się, że zamach stanu w kraju, który przestał wierzyć w fatalizm amerykańskiej „opieki”, i gdzie rząd cieszy się szerokim poparciem społecznym, jest skazany na zawstydzającą porażkę. Wszystko poszło nie tak.
Lawina na Twitterze
30 kwietnia był nerwowy zarówno w Caracas, jak i w Waszyngtonie, gdzie główne figury rządu – Bolton, Abrams, Pence, Pompeo i sam Trump, wraz z kilkoma Wenezuelczykami – jeszcze przed świtem założyli coś w rodzaju sztabu kryzysowego, by pisać tweety i wychodzić od czasu do czasu do dziennikarzy z informacjami, z których z godziny na godzinę schodziło powietrze. Część amerykańskiej prasy uznała, że pierwszym sygnałem wydarzeń był wpis na Twitterze opozycjonisty Juana Guaidó, którego 23 stycznia wiceprezydent USA Mike Pence mianował przez telefon „prezydentem” Wenezueli. W rzeczywistości pierwszym wpisem na ten temat była informacja Alberto Federico Ravella, „dyrektora prezydenckiej komunikacji” zamieszkałego w kolumbijskiej Bogocie, który na tę okazję pojechał do Waszyngtonu. To on wyprzedził swego „prezydenta” Guaidó pisząc, że „prezydent” i szef jego skrajnie prawicowej partii Wola Ludu Leopoldo Lopez razem z grupą żołnierzy „przejęli kontrolę bazy lotniczej La Carlota [położonej obok Altamiry]” oraz, że chodzi o „decydującą fazę trwającego zamachu stanu”.
O tym wpisie należało zapomnieć, gdyż widocznie zdenerwowany John Bolton wyszedł do dziennikarzy, żeby wyjaśnić, że w żadnym wypadku nie chodzi o zamach stanu. Tłumaczył, że Guaidó jest przecież, jako „prezydent”, zwierzchnikiem sił zbrojnych Wenezueli, więc o zamachu nie może być mowy. CBS, Reuters i CNN wybrały w tej sytuacji słowo „powstanie”, NPR i New York Times „protesty”, Yahoo News nazwało zdarzenia „ryzykownym wyzwaniem” a Miami Herald „buntem wojskowym” radząc dla pewności, że ten „bunt” można nazwać „na różne sposoby, ale nie nazywajcie tego zamachem stanu”. Mimowolny komizm tych przekazów nikomu nie przeszkadzał, ponieważ oficjalnie, według Boltona, „naród wenezuelski pragnie zapewnić sobie wolność”. Zresztą to on był autorem naprawdę ciekawych tweetów.
Hej, obudźcie się!
„Godzina wybiła!” – pierwsze słowa pierwszej informacji „prezydenta” Guaidó, jeszcze zanim wezwał do obalenia prezydenta Nicolasa Maduro, zostały powtórzone po angielsku przez Boltona w jego pierwszym tweecie adresowanym do konkretnych osób, co jednak wywołało marszczenie czół u niektórych dziennikarzy. U Boltona „godzina wybiła” dla trzech mężczyzn: ministra obrony Vladimira Padrino, szefa gwardii prezydenckiej Ivana Hernandeza i przewodniczącego Sądu Najwyższego Maikela Moreno. „To wasza ostatnia szansa” – alarmował Bolton i – rzecz niespotykana – powtórzył to ostrzeżenie potem jeszcze dwa razy, jakby chciał ich obudzić. W tym czasie Guaidó powtarzał za Ravellą, że jest w bazie La Carlota, choć stał zziębnięty na zjeździe z autostrady w kierunku Altamiry, o dobry kilometr od tego, co miał „przejąć”. W miarę czasu 30-osobowa grupa żołnierzy oddalała się od zaczynającej panikować pary
Guaidó-Lopez.
Sekretarz stanu Mike Pompeo, ten, który w kwietniu przyznał publicznie, że kiedy stał na czele CIA, agencja „kłamała, oszukiwała i kradła”, informował z poważną miną, że Maduro ucieka już na Kubę i wszystko idzie świetnie, a dziennikarz Bloomberga Andrew Rosati nadawał, że szykujący się już w tym czasie do ucieczki Leopoldo Lopez przekazał mu, jak i innym mediom, że Stany Zjednoczone powinny oficjalnie przejąć rządy w Wenezueli po upadku Maduro. Godziny nadchodziły i odchodziły, a wzywani przez Boltona wysocy funkcjonariusze państwa wenezuelskiego po kolei przesyłali mu elektroniczne faki pisząc o „zamachu stanu”, który odrzucają, więc za wyjaśnienia zabrał się w Waszyngtonie „niezastąpiony” Elliott Abrams. Powtórzył on za Boltonem, że od trzech miesięcy trwały w Caracas negocjacje Guaidó z przedstawicielami socjalistycznego rządu i dodał, że jak się właśnie okazało, „nie dotrzymali oni swoich zobowiązań”… Inaczej mówiąc mleko się rozlało. Lopez poprosił najpierw o azyl w ambasadzie Chile, lecz nie spodobały mu się tam warunki mieszkaniowe, przeniósł się po dwóch godzinach do ambasady Hiszpanii. 25 żołnierzy zgłosiło się do ambasady brazylijskiej, a Guaidó wrócił do domu, by jeszcze potweetować wezwania do demonstracji.
Rozmowy tajne przez poufne
Wezwania Guaidó doprowadziły do dwudniowych zamieszek w Altamirze, w których zginęły cztery osoby, potem do „wielkich manifestacji pod wszystkimi koszarami wojskowymi”, by nakłonić wojsko do obalenia rządu. Rzeczywiście, pod kilkoma pojawiły się jakieś pikiety, ale to już jakby nie interesowało wielkiej prasy, zajętej jeszcze rozgryzaniem, co się właściwie stało. Według różnych źródeł, negocjacje rządu wenezuelskiego z Guaidó przebiegały z początku bardzo opornie. Wenezuelczycy traktowali go po prostu jako przedstawiciela imperium amerykańskiego a on, pewien poparcia Waszyngtonu, upierał się przy dyktowaniu swoich warunków i niczym Trump straszył „wszystkimi opcjami”. Wobec tej blokady rząd zmienił strategię: zaczął mu potakiwać. Guaidó wówczas (w marcu) też zmienił linię – dzielił skórę na niedźwiedziu „rozdając” wysokie stanowiska w nowym hipotetycznym rządzie tym, którzy je zajmują w obecnym, tyle, że Maduro miał zniknąć.
Wszystko zostało ładnie rozpisane, wszyscy poklepali się po plecach i rozeszli, z tą różnicą, że Guaidó, Lopez i Waszyngton naprawdę uwierzyli w perspektywę udanego zamachu stanu. Odrzucili nawet ofertę Erika Prince’a, założyciela niesławnej pamięci Blackwater, prywatnej armii najemników, który proponował wysłanie pięciu tysięcy swoich zabijaków do Caracas, by wywołać „dynamiczne wydarzenie”. Padają dziś najrozmaitsze usprawiedliwienia, dlaczego się nie udało: że złośliwi Kubańczycy przeszkodzili, że Rosjanie, że było za wcześnie albo za późno, że „zawiodła koordynacja” bądź też nawet (ze strony Demokratów), że potencjał intelektualny rządu Trumpa „jest znikomy”, podając za przykład wąsatego Boltona lub Abramsa. Do tej pory nikt jeszcze nie odkrył, że Wenezuelczycy na ogół nie cierpią jankeskich gringos i ich groteskowej pychy. 1 Maja ludzie na ulicach Caracas skandowali „No pasarán!”.
Inwazja, czy nie?
Po porażce zamachu Bolton, Abrams i Pompeo tym mocniej potrząsają dzidami, ale mają problem z Trumpem: nie może on zdecydować, czy interwencja wojskowa w celu przejęcia wenezuelskiej ropy będzie korzystna wyborczo, czy też nie. Mimo zarządzania różnych zebrań w Pentagonie, zdaje się przeczuwać, że jednak nie, a przecież na niczym mu teraz tak nie zależy, jak na drugiej kadencji. Amerykanie z pewnością przełkną swoją kompromitację i dalej będą dusić Wenezuelę z całą mocą (na dwa przed zamachem wprowadzili „totalne” embargo na tamtejszą ropę), w oczekiwaniu na odwrócenie się ludzi od Maduro
i socjalizmu.
To oczywiście możliwe. Kraj przeżywa bardzo trudne chwile i wezwania Maduro o „stalowe nerwy” narodu mogą kiedyś nie wypalić. Na razie jednak solidarność Wenezuelczyków się sprawdza i robią, co mogą, by przeżyć imperialne naciski wiążąc się z tymi, którym Ameryka nie imponuje. Europa wychodzi z tej sytuacji dość żałośnie, bo zgodnie z amerykańskim życzeniem wiele jej państw uznało Guaidó za „prezydenta” licząc, że Trump w zamian pozwoli jej handlować choć trochę z Iranem.
Już w lutym okazało się, że Amerykanie, choć wcześniej rysowali taką perspektywę, nie mają zamiaru się na to zgodzić. Polityka prowadzona na korzyść Izraela jest po prostu wielokrotnie bardziej opłacalna wyborczo, niż proeuropejska. Niemcy, Francja, Wielka Brytania były więc gotowe uznać doktrynę Monroe, by w końcu zostać z pustymi rękami. A los rodziny Jurubith? W takich sprawach, jak polityka imperium, nie mógł się liczyć.

Wymuszanie Guaidó

Mike Pence, prawicowy ekstremista, wiceprezydent USA, który 23 stycznia telefonicznie wyznaczył 35-letniego Juana Guaidó na „prezydenta” Wenezueli, domagał się w Nowym Jorku uznania go przez ONZ. Do tej pory jedynie zespół tradycyjnych satelitów imperium amerykańskiego (ok. 1/4 państw) poparł prowadzony z Waszyngtonu zamach stanu w Caracas. Władze wenezuelskie wyśmiały tę inicjatywę.

„Dziś [w środę] wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Mike Pence ośmieszył się w Radzie Bezpieczeństwa NZ. Nie rozumiem jego arogancji, pewności siebie i rasowego suprematyzmu” – mówił w telewizji wenezuelski prezydent Nicolas Maduro. „Grożenie Wenezueli inwazją wojskową w Radzie Bezpieczeństwa panie Pence, tego jeszcze nie było!” – dodał Maduro oskarżając przy okazji prezydenta Donalda Trumpa o chęć zaboru olbrzymich, największych na świecie rezerw ropy naftowej.
Pence ogłosił wcześniej, że jego kraj przedstawi projekt rezolucji uznającej Juana Guaidó za przywódcę Wenezueli. Projekt ma wpłynąć do Zgromadzenia Ogólnego ONZ, gdyż nie ma żadnych szans w Radzie Bezpieczeństwa (nie będzie więc wiążący). Jego znaczenie jest propagandowe, ma też zmusić więcej krajów do uznania amerykańskich planów polityczno-gospodarczych w Ameryce Łacińskiej. Pence zwrócił się bezpośrednio do przedstawiciela Wenezueli w ONZ Samuela Moncady domagając się, by wrócił do Caracas i powiedział prezydentowi Maduro, że „jego godziny są policzone”. Ogłosił jednocześnie, że USA dodatkowo zaostrzą sankcje przeciw Kubie, którym ten kraj podlega od niemal 60 lat, z powodu „jego złego wpływu na Wenezuelę”.
„Oto nowy epizod spektaklu, który ma obalić wenezuelski rząd” – odpowiedział mu przedstawiciel Rosji Wasilij Nebenzia, który wezwał USA do zaprzestania ingerowania w sprawy wewnętrzne innych krajów. Podobnie ambasador chiński sprzeciwił się amerykańskiej interwencji zbrojnej w Wenezueli. Zapowiadał ją w lutym Elliott Abrams, mianowany przez Trumpa specjalista od proamerykańskich zamachów stanu w Ameryce Łacińskiej.
Wenezuela, sparaliżowana przez amerykańskie sankcje, zgodziła się na pomoc humanitarną Międzynarodowego Czerwonego Krzyża – w kraju brakuje leków. Od momentu mianowania Guaidó przez Amerykanów krajem wstrząsają wielkie awarie elektryczności spowodowane sabotażami i zamachami bombowymi nieznanych sprawców. Konsekwencją tego jest brak bieżącej wody w niektórych miastach. Guaidó wezwał do manifestacji antyrządowych w Caracas, w których udział wzięło ok. 500 osób.

Znikający partner handlowy

Nasza wymiana handlowa z Wenezuelą zmniejszyła się praktycznie do zera.

To, jak głęboko Wenezuela pogrąża się w kryzysie, dobrze pokazują informacje o polskiej wymianie towarowej z tym krajem. Jak podaje GUS, jeszcze w grudniu 2012 r. Polska wyeksportowała do Wenezueli towary o wartości 51 mln zł – tymczasem po 6 latach było to tylko 265 tys. zł.
Produkt krajowy brutto Wenezueli obniżył się aż o ok. 45 proc. Hiperinflacja jest katastrofą dla tamtejszej gospodarki. Ciągle tracący na wartości boliwar i spadające wydobycie ropy naftowej zwiększają skalę problemów.
Panujący w Wenezueli kryzys humanitarny najlepiej obrazują dane o handlu zagranicznym. To one mówią o tym, że w tym południowoamerykańskim kraju brakuje leków i żywności. To one również wskazują, jak trudne może być obecnie życie Wenezuelczyków, którzy masowo emigrują za granicę.

Wielka fala kryzysu

W 2012 r. Wenezuela importowała towary o wartości niemal 60 mld dolarów. Pięć lat później, czyli w 2017 r., import spadł do 9,1 mld dol. To już wtedy było niezwykle mało jak na 30-milionowy kraj, który jednocześnie praktycznie nic nie produkuje i musi sprowadzać z zagranicy niemal wszystko oprócz ropy naftowej.
W badanych latach import wyrobów przemysłu elektromaszynowego spadł z 18,5 mld dol. do 1,5 mld dol. czyli o ponad 90 proc. Zbliżona skala załamania importu była widoczna w przypadku przemysłu chemicznego w tym leków. W 2012 r. import gotowych medykamentów wynosił 2,5 mld dol, a w 2017 r. tylko 160 mln, czyli o ponad 93 proc. mniej. W przypadku metali przemysłowych i żywności obniżki sięgały ok. 80 proc.
Nie ma jeszcze globalnych danych dotyczących roku 2018, ale jjak wynika z informacji polskiego Głównego Urzędu Statystycznego, spadek wenezuelskiego popytu na zagraniczne dobra tylko w minionym roku mógł przekraczać kolejne 90 proc.

Mniej o 99,5 proc.

Sześć lat temu wenezuelski import z Polski był 200 razy większy. Jak podaje GUS, w 2012 r. do Boliwariańskiej Republiki eksportowaliśmy towary o wartości 332 mln złotych (w samym grudniu 2012 r. było to 51 mln zł). Połowę z tego stanowiły wyroby przemysłu chemicznego (głównie nawozy). Drugą ważn kategorią były maszyny i urządzenia mechaniczne oraz sprzęt elektryczny.
W 2014 r. nasz eksport do Wenezueli obniżył się wg GUS do 250 mln zł, a w 2017 r. (ostatni okres dostępnych globalnie danych) miał wartość 90 mln zł. Cały czas dominowały w nim produkty przemysłu chemicznego oraz elektromaszynowego, chociaż w porównaniu z 2012 r. ogólnie ich wartość spadła o ponad 70 proc.

Kulminacja upadku

Najbardziej dramatyczne jednak wyglądają dane GUS za rok 2018, a zwłaszcza za grudzień. W ubiegłym roku wenezuelski import z Polski wyniósł zaledwie 8,4 mln zł, czyli o ponad 90 proc. mniej niż w 2017 r.
W porównaniu do 2012 r., kiedy roczny import z Polski wyniósł łącznie 332 mln zł, spadek sięga ponad 97 proc.
Cały 2018 r., mimo że pełen dramatycznego przekazu, nie oddaje jeszcze w pełni skali katastrofy importu z Polski – ocenia Cinkciarz.pl. Dopiero końcówka roku pokazuje kulminację upadku – czyli w grudniu 2018 r. eksport do Wenezueli o wartości zaledwie 265 tys. zł, podczas gdy w grudniu 2012 r. było to 51 mln zł. Spadek wyniósł zatem 99,5 proc. Sześć lat temu polski eksport do Wenezueli był zatem 200 razy większy niż obecnie.
Wenezuela przestała kupować towary za granicą, gdyż zabrakło pieniędzy. Państwo nie było nawet w stanie wydobywać i sprzedawać ropy, bez której Boliwariańska Republika stała się bankrutem. Kolejnym problemem była korupcja władz. Według szacunków szwajcarskiego Basel Institute on Governance, około 350 mld dolarów zostało utracone z publicznych funduszy w związku z: „korupcją, oszustwami oraz łapówkami”.

Benzyna znowu nam zdrożeje

Z kłopotów branży naftowej w Wenezueli korzystają Stany Zjednoczone, które w porównaniu z ubiegłym rokiem bardzo zwiększyły wydobycie ropy. Wpływa to także na polski rynek paliw.

Przed nami kolejna fala podwyżek cen na stacjach paliwowych. Częściowo odpowiadają za to kłopoty Wenezueli, a częściowo powrót wyższych marż rafineryjnych spowodowanych sytuacją w USA. Na pocieszenie, tym razem podwyżki nie dotkną właścicieli diesli.
Na początku marca w Wenezueli przez kilka dni brakowało prądu. Bez energii elektrycznej wydobycie i eksport ropy naftowej z tego pogrążonego w kryzysie kraju było poważnie utrudnione. Gdy wydawało się, że największe problemy zostały zażegnane, Wenezuelę dotknęła druga fala ciemności. Czy jednak teraz wydarzenia w latynoamerykańskim państwie będą wpływać na ceny na polskich stacjach paliw?

Bez prądu i internetu

Kolejne przerwy w dostawie prądu nawiedziły Wenezuelę w poniedziałek. Władze w Caracas upierają się, że to działania zagranicznych przeciwników reżimu prezydenta Nicolasa Maduro.
Prawda jest jednak taka, że przez lata elektrownie wodne, które dostarczają większość prądu w Wenezueli, nie były odpowiednio konserwowane. Brakowało zagranicznej waluty w skorumpowanym do granic możliwości kraju, a władze nie płaciły zagranicznym firmom mającym modernizować infrastrukturę energetyczną.
Od ostatniego blackoutu, elektrowni i innych newralgicznych miejsc dla energetyki pilnowało nawet wojsko. To jednak nie zapobiegło kolejnej awarii, która praktycznie odcięła od dostaw prądu całe państwo. Nie działało metro w Caracas ani sygnalizacja świetlna. Cały handel detaliczny wtedy praktycznie zamiera, gdyż przy wysokich temperaturach i wobec braku prądu szybko psuje się żywność i utrudnione są płatności elektroniczne.
Cierpiał także transport drogowy ze względu na trudności w nabyciu paliw (brak i elektryczności, i samego surowca), a pasażerowie lotniska w stolicy kraju oczekiwali na samoloty w ciemnościach. Pracownicy części sektora publicznego i uczniowie mieli wolne.
Brak zasilania utrudniał ludziom także dostęp do internetu. NetBlocks, który monitoruje ruch w sieci, pokazał, że w Wenezueli w dniach blackoutu połączenia praktycznie zamarły. Dodatkowo władze, gdy zauważają niepokojącą ilość antyrządowych informacji, blokują dostęp do serwisów społecznościowych i wyszukiwarek.
Poza tymi niedogodnościami, dochodziło do naprawdę dramatycznych scen. Bez prądu nie było także wody w wielu miejscach kraju.
Szpitale, które chociaż mają awaryjne systemy zasilania, od lat były niedofinansowane. Część z nich musiała więc działać bez prądu. Przeprowadzane były operacje przy świetle z latarek smartfonów. Placówki służby zdrowia nie radzły sobie z podstawowymi czynnościami, a ludzie na oddziałach szpitalnych umierali ze względu na brak leków, środków czystości czy personelu. Znaczna część lekarzy pochodziła z Kuby i opuścili oni Wenezuelę.

Amerykańskie kłopoty a Europa

Kryzys Wenezueli dotyczy również globalnej podaży ropy naftowej. Wydobycie surowca w republice dramatyczne spadało praktycznie przez wszystkie miesiące ostatnich trzech lat.
Jeszcze w lutym 2016 r. wydobywano w tym kraju 2,3 mln baryłek ropy dziennie. Na początku tego roku było to 1,2 mln baryłek, a w lutym niespełna 1,1 mln. Agencja Bloomberg szacowała, że w kilka dni po pierwszym blackoucie, mimo przywrócenia dostaw prądu produkcja ropy w Wenezueli wyniosła tylko 600 tys. baryłek dziennie.
W rezultacie w marcu ropa podrożała już o ok. 5 proc., a od początku roku o ok. 30 proc. Według doniesień Bloomberga to może być najlepszy kwartał dla tego surowca od 17 lat. Wydaje się jednak, że ceny ropy w znacznym stopniu uwzględniły już większość problemów Wenezueli i prawdopodobnie już nie będą wyraźnie rosły – ocenia Cinkciarz.pl.
Udział południowoamerykańskiego państwa w globalnej podaży ropy naftowej sukcesywnie spada. Gdyby więc nawet produkcja w Wenezueli zupełnie ustała, nie powinno to w istotny sposób pchać cen w górę – zwłaszcza że w Stanach Zjednoczonych wydobycie ropy rośnie bardzo mocno w porównaniu z ubiegłym rokiem (około 1,7 mln baryłek dziennie) i zwiększyły się także jej zapasy.
Równie ważnym elementem jest fakt, że ostatnio bardzo wzrosła marża rafinerii amerykańskich wynikająca z przerobu ropy na paliwa (crack spread). Jeszcze na początku lutego w przypadku benzyny była ona na najniższym poziomie w USA od prawie 10 lat i wynosiła na baryłce ropy zaledwie 5 dolarów. To dzięki temu benzyna globalnie była stosunkowo tania w porównaniu do cen ropy naftowej i oleju napędowego. Odczuwaliśmy to także i w Polsce.
Teraz crack spread wzrósł do 20 dol. na baryłce i przekracza już o kilka dolarów wieloletnią średnią. Było to spowodowane z jednej strony pożarami zbiorników petrochemicznych w Houston, co zaburzało transport paliw i ich wytworzenie w tym ważnym regionie – a z drugiej, poważnymi powodziami na środkowym zachodzie USA (Missouri, Wisconsin, Nebraska), utrudniającymi pracę rafineriom i zakłócającymi dostawy etanolu (dodatku do benzyny).
Ze względu na mniejszą podaż benzyny bezołowiowej Amerykanie posiłkują się jej zwiększonym importem z Europy. Według obliczeń Bloomberga wzrósł on do najwyższych poziomów od ponad pół roku.

Nasze ceny idą w górę

Na Starym Kontynencie, a zatem także w Polsce, ceny benzyny drastycznie rosną w konsekwencji wszystkich tych wydarzeń. Według danych Komisji Europejskiej w drugiej połowie marca ceny popularnej „95” w Polsce zwiększyły się o ponad 2 proc. (tylko w czterech krajach Unii Europejskiej rosły szybciej) do 4,87 zł/itr. Patrząc jednak na średnie ceny benzyny bez podatków, Polska wypada bardzo blisko unijnej średniej, można więc powiedzieć, że dotychczas nie były one zawyżone.
Na rynku globalnym, a także w polskim handlu hurtowym, od połowy marca ceny benzyny silnie rosły (przez dwa tygodnie o ponad 20 groszy). I choć wygląda na to, że negatywny trend w hurcie wreszcie się zatrzymał, to prawdopodobnie bariera 5 zł za litr zacznie jednak „pękać” na stacjach benzynowych w kolejnych dniach.
Większych ruchów nie widać natomiast na rynku globalnym oleju napędowego. Wydaje się zatem, że nie ma powodów, aby obecna cena ok. 5,10 zł/litr miała zostać w najbliższych dniach wyraźniej przekroczona. Tym razem więc, w przeciwieństwie do minionych miesięcy, głębiej do kieszeni zaczną sięgać właściciele aut napędzanych benzyną, niż dieslem.

Ręce precz!

Rosja, którą amerykański prezydent nawoływał do opuszczenia Wenezueli, dała mu do zrozumienia, by nie interweniował w kwestii jej stosunków z tym krajem. Umowę o współpracy wojskowej z Rosją Wenezuela podpisała w 2011 r. W jej ramach, w miniony weekend w Caracas wylądowały dwa rosyjskie samoloty z setką wojskowych i 35 tonami sprzętu, co zdenerwowało władze amerykańskie.

Już na początku tygodnia szef amerykańskiej dyplomacji Mike Pompeo zapowiadał, że „Stany Zjednoczone nie będą patrzeć z założonymi rękami na rosyjskie wtargnięcie do Wenezueli”, którą uważają za swego przyszłego satelitę. W styczniu administracja amerykańska wybrała nawet „prezydenta” tego kraju, uznanego przez część krajów satelickich USA, tj. ok. jednej czwartej państw świata.
Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow powiedział, że „Rosja w żaden sposób nie ingeruje w wewnętrzne sprawy Wenezueli oczekuje, że inne kraje pójdą jej przykładem pozostawiając Wenezuelczykom decyzję o własnym losie”. „Stany Zjednoczone są obecne w licznych punktach naszego globu i nikt im nie mówi, gdzie mogą być lub nie” – dodał Pieskow wzywając do „wzajemnego szacunku”.
„Rosja nie naruszyła żadnej z umów międzynarodowych, ani prawa wenezuelskiego. Nie zmienia równowagi sił w regionie i nie wygraża nikomu” – mówiła z kolei Maria Zacharowa, rzeczniczka rosyjskiej dyplomacji. „Ani Rosja, ani Wenezuela nie są prowincjami USA” – wyjaśniła.
Rosjanie mają pomóc Wenezueli uporać się z atakami na krajową sieć elektryczną. Od trzech dni trwa kolejna mega-awaria wywołana amerykańskimi atakami hakerskimi na elektrownie i zamachami bombowymi, dokonanymi prawdopodobnie przez lokalną opozycję.

Komentarz: korporacyjne media o Wenezueli

Zabawnie jest obserwować, jak wraz ze słabnięciem Juana Guaido, umacnianiem się stanowiska Wenezueli w Radzie Praw Człowieka ONZ i histerycznym miotaniem się Waszyngtonu w tej sprawie, czołowe media, niezmordowanie agitujące za „wolnością i demokracją”, plączą się tylko bardziej we własne sznurowadła i potykają się o własne nogi.
Dwa tygodnie temu, pod naporem faktów, których filmowa dokumentacja już znacznie wcześniej zaczęła krążyć po social mediach, New York Times poczuł się w końcu zmuszony do przyznania, że „pomoc humanitarną”, z którą Guiado starał się przebić przez granicę, nie spalił prezydent Maduro, ani „bojówki Maduro”, jak ujęła to GW, a zrobili to stronnicy uzurpatora namaszczonego przez Waszyngton. NYT nie napisał tego, ponieważ zmienił poglądy, tylko już dłużej nie dało się zamiatać prawdy pod dywan bez ryzyka kompromitacji. Tytuł światowej rangi posiada jeszcze tego rodzaju wyczucie, brakiem którego mogą sobie nie zawracać głowy pomniejsze media, np. jego polskie klony.
Znamienne, że artykuł na ten temat, obok stwierdzenia bolesnych faktów, na osłodę oferował czytelnikowi jednocześnie parę sztampowych formułek: „hurr durr zły Maduro”, „socjalizm”, „kryzys”, „łamanie praw człowieka”, bez podania uznanego już przez społeczność międzynarodową faktu, że na kryzys w Wenezueli w równym stopniu składają się amerykańskie sankcje. Po przełknięciu gorzkiej pigułki prawdy, trzeba przecież dać coś pacjentowi na osłodę. Czemu nie kilka półprawd i kłamstewek? Trzeba korzystać z możliwości, dopóki jeszcze można je opowiadać.
Wielkie tytuły i najpopularniejsze kanały zwyczajowo milczały o pomocy dostarczanej przez Rosję i Chiny – taka pomoc się „nie liczy”. To „niedemokratyczna” pomoc. W piątek doszło natomiast do kolejnej ordynarnej manipulacji medialnych „obrońców wolności”, tym razem związanej ze stanowiskiem samego Czerwonego Krzyża. Przewodniczący Międzynarodowej Federacji Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca Francesco Rocca poinformował na konferencji prasowej, że organizacja dostarczy do Wenezueli pomoc humanitarną złożoną głównie z zaopatrzenia dla szpitali i ma to oficjalną zgodę rządu w Caracas, który CK zapewnił „nieskrępowany dostęp”.
Jak na to zareagowały wiodące media świata? Musi to być wszak dla nich fakt istotny, ponieważ narracja o tym, jak tyran Maduro nie chce wpuszczać żadnej pomocy, bo jest zły i woli izolować kraj nawet kosztem życia i zdrowia mieszkańców, stała się w pewnym momencie kluczowa dla podtrzymania stanowiska o konieczności “eksportu demokracji” z USA do Wenezueli. Oświadczenie Czerwonego Krzyża zostało więc zinterpretowane następująco: kryzys osiągnął już takie rozmiary, a Maduro poczuł się tak przyparty do muru, że nie miał innego wyjścia jak tylko ustąpić. Jasno wynika to z relacji NYT, który nawet wprost napisał, że Maduro w ten sposób „po raz pierwszy przyznał, że Wenezuelczycy cierpią na brak żywności i innych podstawowych produktów”. Czytaj: nareszcie wpuścił pomoc humanitarną. W podobnym tonie wypowiadały się też CNN i BBC.
Takie naginanie faktów wydaje się wyjątkowo odrażające, bo świadczy o narastającej arogancji „obrońców demokracji” wobec społeczności międzynarodowej. Rzeczywistość jest taka, że CK działa w Wenezueli nieprzerwanie od lat, tak jak zresztą w całej Ameryce Łacińskiej. Rzeczą, którą mainstream chce zaś za wszelką cenę przemilczeć jest to, że już na początku lutego CK poinformował, że negocjuje z rządem Wenezueli zwiększenie aktywności humanitarnej w tym karaibskim kraju. Zdecydowali się wówczas również na dwukrotne zwiększenie budżetu przewidzianego na niesienie pomocy Wenezueli. Nicolas Maduro nie robił im w tym żadnych problemów, bo wbrew bredniom rozpowszechnianym przez światowych zwolenników puczu w Caracas, prezydentowi w oczywisty sposób zależy na przychylności społeczności międzynarodowej. Sukces na forum ONZ jest tego wymownym dowodem.
W tym samym czasie, niedługo po rozpoczęciu przewrotu w Wenezueli, CK odciął się od „pomocy humanitarnej” Guaido, sprowadzonej z USA, uznając ją za działalność polityczną, nastawioną na wsparcie jednego ze stronnictw. NYT, podkreślając, że CK deklaruje bezstronność w niesieniu pomocy, nie potrafił się oczywiście zmusić do stwierdzenia prostego faktu, że na tym właśnie tle organizacja skrytykowała ich pupila. Nie przyznali też i pewnie już nigdy nie przyznają, że CK publicznie protestował kiedy ludzie Guaido, agresywnie forsując swoją „pomoc” przez granicę, podszywali się pod tę prestiżową organizację, bezprawnie zakładając kamizelki z ich emblematami.
Wraz z kruszeniem hegemonii USA na świecie ich mediom coraz bardziej zaczyna umykać rzeczywistość. Nieustannie zakładają, że świat ma obowiązek być po ich stronie, że ciągle mamy lata 90. i że jak one czegoś nie napiszą to nikt się nie dowie. Otóż dowie się – nawet w Polsce, gdzie prawie wszyscy posłusznie powtarzają mantrę Wielkiego Brata. Jest jeden podstawowy powód, by czytać ich „demokratyczno-wolnościową” twórczość – żeby raz za razem upewniać się, że nie przestają kłamać, a kłamstwo jest fundamentem ich systemu, w którym wszyscy żyjemy. Niby oczywistość, ale skoro dominuje medialny matriks, to i oczywistości warto sobie uparcie powtarzać, żeby nie tracić kontaktu z rzeczywistością.

Paweł Jaworski (strajk.eu)