
Stany Zjednoczone zniosły sankcje wobec tymczasowej prezydent Wenezueli Delcy Rodríguez. To kolejny etap układania relacji z nową władzą w Caracas po styczniowym pojmaniu Nicolása Maduro. Formalnie mówi się o normalizacji, ale sens tej decyzji jest prostszy: Waszyngton porządkuje sobie polityczne zaplecze pod nowe otwarcie gospodarcze w kraju mającym jedne z największych zasobów ropy na świecie.
Zniesienie sankcji usuwa przeszkodę, która blokowała Rodríguez kontakty z amerykańskimi firmami i instytucjami. Dzięki temu USA zyskują w Caracas partnerkę, z którą można bezpośrednio układać kwestie aktywów, inwestycji i zasad działania w sektorze surowcowym. To nie jest gest bezinteresowny ani dyplomatyczna uprzejmość, tylko ruch obliczony na przejęcie większego wpływu nad tym, jak, przez kogo i na czyich warunkach będzie wykorzystywana wenezuelska ropa.
W tym właśnie tkwi sedno sprawy. Nie chodzi tylko o to, by Wenezuela coś wydobywała, lecz o to, by wydobywała i sprzedawała surowce w modelu korzystnym dla USA i wielkiego kapitału. Nowy układ ma przynieść Amerykanom polityczne wpływy, dostęp do aktywów i udział w zyskach z eksploatacji bogactw naturalnych obcego, formalnie suwerennego państwa. Delcy Rodríguez dostaje w zamian polityczny oddech i częściowe odblokowanie gospodarki, ale ceną jest wejście w relację, w której warunki dyktuje silniejsza strona.
Ten mechanizm dobrze współgra z językiem samego Donalda Trumpa. Gdy wybuchł kryzys wokół cieśniny Ormuz, Trump stwierdził, że państwa dotknięte problemami z dostawami powinny kupować ropę i gaz od Stanów Zjednoczonych, bo Ameryka ma ich pod dostatkiem. A jeśli chcą dostać się do surowców z regionu, to mają po prostu po nie sięgnąć. To logika brutalnie imperialna: energia nie jest tu kwestią prawa narodów do własnych zasobów, tylko strefą nacisku, handlu i siły.
Właśnie dlatego zdjęcie sankcji z Delcy Rodríguez nie wygląda na pojednanie, lecz na transakcję. Najpierw USA rozbiły dotychczasowy układ władzy, a teraz wracają po to, co naprawdę je interesuje: po ropę, po wpływy i po zyski z kraju, którego suwerenność została już wcześniej złamana.









