Trump blefował, groził i lał wodę

Orędzie Trumpa o Iranie i NATO: blef, groźby i lanie wody
Trump przemawiający 1 kwietnia. Zrzut ekranu.

Donald Trump wystąpił 1 kwietnia z orędziem, które Biały Dom zapowiadał jako ważny moment wojny z Iranem. Wokół tego wystąpienia budowano oczekiwania, że padną konkrety o wygaszaniu konfliktu albo przynajmniej o ograniczeniu eskalacji. Nic takiego się nie wydarzyło. Zamiast planu końca wojny Trump znów opowiadał o niemal pełnym sukcesie militarnym i zapowiadał dalsze uderzenia przez kolejne dwa–trzy tygodnie. Prima aprilis okazał się więc wyjątkowo trafną datą dla tego wystąpienia.

Jeszcze przed orędziem Trump groził ograniczeniem, a nawet wyjściem USA z NATO, próbując zastraszyć Europę i zmusić ją do większego zaangażowania po stronie Waszyngtonu. Budował atmosferę politycznego trzęsienia ziemi, ale ostatecznie nie ogłosił niczego. Skończyło się na blefie. To kompromitujące dla Stanów Zjednoczonych, bo pokazuje, że fundamenty zachodniego bezpieczeństwa są przez Biały Dom traktowane jak narzędzie szantażu i doraźnej presji.

Prezydent USA mówił o zniszczeniu irańskiej marynarki i lotnictwa, o ciężkich stratach programu rakietowego i nuklearnego oraz o wojnie, która rzekomo zbliża się do końca. Nie odpowiedział jednak na najważniejsze pytanie: na jakich warunkach ten konflikt miałby się zakończyć. W orędziu nie było żadnej mapy wyjścia, tylko propaganda sukcesu połączona z groźbą dalszej eskalacji.

Najmocniej było widać jedną sprzeczność. Jeszcze niedawno ta wojna była przedstawiana jako operacja wymierzona w irański reżim, a chwilami wręcz jako droga do zmiany układu władzy w Teheranie. Teraz Trump coraz częściej sprowadza jej sens do Ormuzu, a równocześnie grozi, że cofnie Iran do „epoki kamienia”. To już nie brzmi jak ograniczona operacja polityczna, tylko jak otwarcie napastnicza groźba wobec całego państwa. Im dłużej trwa ten konflikt, tym trudniej udawać, że chodzi o stabilizację regionu, a nie o brutalną demonstrację siły w interesie Izraela.

Najważniejsze z europejskiej perspektywy jest jednak to, czego Trump żąda od innych państw NATO. Ponownie zasugerował, że kraje najbardziej zależne od ropy z Zatoki powinny same zabezpieczyć Cieśninę Ormuz i przejąć ciężar ochrony szlaku. Stany Zjednoczone razem z Izraelem rozpętały wojnę, a teraz oczekują, że Europa i inni partnerzy będą współzarządzać jej skutkami, pilnować transportu surowców i stabilizować sytuację stworzoną przez amerykańską eskalację.

To zresztą największa sprzeczność. Przed wojną Ormuz był drożny. To amerykańsko-izraelska eskalacja doprowadziła do jego niemal całkowitego sparaliżowania i stworzyła Iranowi nowe możliwości nacisku. Irański parlament rozważa przepisy pozwalające blokować statki państw uznanych za wrogie albo nakładać opłaty tranzytowe. Trump nie rozwiązał więc problemu, tylko sam go wyprodukował, a teraz Teheran może próbować przekuć ten chaos w polityczny i finansowy instrument nacisku.

Sama sytuacja w regionie również przeczy narracji Białego Domu. Iran nadal zachowuje zdolność do ostrzału Izraela i państw Zatoki, ruch przez Ormuz załamał się, a po orędziu Trumpa ceny ropy znów wzrosły. Wojna nie została politycznie domknięta, a jej koszty pozostają ogromne i są coraz szerzej przerzucane na resztę świata. Trump nie pokazał planu pokoju ani stabilizacji. Próbował tylko sprzedać przeciągającą się wojnę jako sukces i wciągnąć innych w sprzątanie po własnej eskalacji. W praktyce było to zwykłe lanie wody.

A po co to było? Najpewniej po to, by uspokoić Amerykanów i własne zaplecze polityczne oraz sprzedać wojnę jako operację pod kontrolą. Problem w tym, że dane mówią co innego: 60 proc. badanych nie popiera uderzeń na Iran, 66 proc. chce szybkiego zakończenia udziału USA w konflikcie nawet bez osiągnięcia celów administracji, a poparcie dla Trumpa spadło do 36 proc. Zamiast uspokoić opinię publiczną, orędzie tylko pokazało, że Biały Dom nie ma nic poza eskalacją.

Europa i inne państwa reagują na to chłodno. Wielka Brytania zwołuje rozmowy około 40 państw o przywróceniu żeglugi przez Ormuz, ale bez udziału Stanów Zjednoczonych. Nie chodzi o wejście do wojny po stronie Waszyngtonu, lecz o próbę ograniczenia strat gospodarczych i znalezienia politycznego wyjścia z kryzysu. Macron mówi wprost, że militarne otwieranie Ormuzu jest nierealistyczne. To czytelny sygnał: coraz więcej państw chce ograniczać skutki tej wojny, ale nie chce jej firmować ani brać odpowiedzialności za jej dalsze prowadzenie.

Redakcja

Poprzedni

ETS miał finansować transformację. W Polsce zasilił budżet

Następny

USA zdejmują sankcje z Delcy Rodríguez. W tle ropa, wpływy i nowy układ w Caracas