Marine Le Pen może nas jeszcze zaskoczyć

Jeżeli skrajna prawica liczyła na poważny przełom, to niewiele z tego wyszło. Wybory regionalne we Francji przyniosły zawód ruchowi prezydenta Macrona (LREM) i nie dały satysfakcji liderce Zjednoczenia Narodowego, kontrowersyjnej Marine Le Pen (chciała zwycięstwa w kilku regionach, po II turze została z niczym). Ale wysnuwanie głębszych konkluzji może być mylące: to starcie przyciągnęło głównie zwolenników starych partii (socjalistów i republikanów). W I turze padł rekord niskiej frekwencji – tylko 33.9 proc. Francuzi są zmęczeni polityką a samorząd to tylko rozgrzewka przed prawdziwą bitwą: wyborami prezydenckimi wiosną 2022. Tutaj Macron i Le Pen idą łeb w łeb.

Atmosfera debaty publicznej gęstnieje od dawna. Generałowie piszą listy, w których straszą wojną domową, wybuchają kolejne napięcia na linii państwo-muzułmanie, wychodzą na jaw skandale seksualne – ostatnio z udziałem pisarza Gabriela Matzneffa, którego pedofilskie przygody stanowiły tajemnicę poliszynela wśród literackiego establishmentu. Chwilę wcześniej ulicami miast wstrząsały kolejne, brutalne zamachy terrorystyczne i zamieszki żółtych kamizelek.
Emmanuel Macron szedł do wyborów z obietnicą gruntownej reformy gospodarki i odbudowy potęgi kraju. Minęły 4 lata a prezydent nie ma się czym pochwalić. Francuzi pozostają sceptyczni wobec reform o specyfice wolnorynkowej. Ostatnie badania wskazują na stosunek 36-42 proc. zwolenników do 54-62 proc. przeciwników urzędującego prezydenta. Jego poprzednik w Pałacu Elizejskim, socjalista Francois Holland obiecywał wielkie zmiany – tym razem w duchu egalitarnym. Skończyło się na plasterku w postaci super-podatku od najbogatszych (z którego potem się wycofał) zaś socjaliści zanotowali największy spadek w historii (aktualnie rząd dusz na lewicy sprawuje dość karykaturalny komunista Jean-Luc Melenchon). Najpierw kierowanie Francją sparzyło większych graczy, potem również cudownego chłopca Macrona. Generał Charles de Gaulle lubił mawiać, że nie jest łatwo rządzić krajem, który ma 246 gatunków sera.
Zarządzanie zbiorowymi emocjami spoczywa dziś w rękach Marine Le Pen. Zjednoczenie Narodowe (dawniej Front Narodowy) na czele której stoi, to skrajna prawica o dużej konsekwencji. W latach 70, gdy polityką familii zarządzał jej ojciec Jean Marie Le-Pen, była skupiskiem konserwatystów, nacjonalistów, kolonialnych nostalgików (chwilę wcześniej Francja opuściła Algierię), zwolenników rządów silnej ręki, a niekiedy również antysemitów z sentymentami do Państwa Vichy.
Nowe-stare Zjednoczenie Narodowe to antyimigrancka partia hybrydowa łącząca gospodarczy populizm z nacjonalizmem i autorytaryzmem. Do tego szczypta alterglobalizmu, protekcjonizmu i kapitalizmu – naturalnie w wydaniu francuskim. Nie ma już za to skrajnej homofobii czy oficjalnego odrzucenia Unii Europejskiej. W szeregach partii nie brakuje jednak zakamuflowanych sympatyków ultraprawicy, jak Philippe Vardon, sfilmowany niegdyś podczas śpiewania nazistowskich pieśni. W zapatrywaniach geopolitycznych ugrupowanie słynie ze związków z Rosją. W 2017 doszło do spotkania Le Pen-Putin. Szefowa prawicy poparła aneksję Krymu i sprzeciwiła się europejskim sankcjom wobec Rosji. Kilka lat wcześniej Front Narodowy otrzymał pożyczkę od Kremla w wysokości 9 mln euro. Le Pen nie ukrywa sympatii do Władimira Putina.
To, co łączy ZN z podobnymi formacjami z Węgier, Włoch czy Polski to koncepcja „wymiany elit”. Wedle tej idei dominujący establishment działa w interesie „innych” (kulturowo, gospodarczo, tożsamościowo). Tylko Zjednoczenie Narodowe jest ugrupowaniem rzeczywiście patriotycznym, walczącym o interes zwykłych ludzi.
Le Pen ma szansę, bo kordon sanitarny ugrupowań „republikańskich”, niegdyś szczelnie opleciony wokół twardej prawicy, już nie działa tak jak kiedyś. Dalsze wypadki mogą zależeć od rozwoju pandemii koronawirusa i odbudowy gospodarki (Francja ucierpiała mocniej niż inne kraje). Jeśli nastąpią kolejne kryzysy, Francuzi mogą zachcieć radykalnej zmiany: 42 proc. badanych nie uważa Zjednoczenia Narodowego za zagrożenie dla demokracji. Jednocześnie 58 proc. twierdzi, że demokracja we Francji nie działa. Te same badania z 2019 roku wskazują na jeden z wyższych w UE stopni nieufności wobec elit – 76 proc. Francuzów uważa, że nie działają w interesie obywateli. Do tego dochodzi wysokie bezrobocie wśród najmłodszych (19 proc.), niechęć do imigrantów i wzrost ubóstwa. Wystarczy jeszcze jakiś mały kryzys.
W świecie niedalekiej przyszłości znakomitego serialu „Years and Years” pojawia się populistyczna polityczka głosząca nienawistne i obrazoburcze hasła, sprzedawane pod płaszczykiem demokracji i odrzucenia polityki poprawności. Pomimo brytyjskiego kontekstu, jest zaskakująco podobna do Marine Le Pen. „Ona nie może tak mówić” – oburza się jeden z bohaterów. Ale reszta tylko wzrusza ramionami. Wyborcy są zbyt zajęci walką o przetrwanie w świecie umów śmieciowych, postpracy i alternatywnych faktów. Nic już na nikim nie robi wrażenia. Kandydatka skrajnej prawicy wygrywa wybory.