Szef kontrwywiadu niemieckiego, Hans-Georg Massen ujawnił podczas międzynarodowego kongresu policji w Berlinie, że z końcem zeszłego roku w Niemczech przebywało 570 osób, które służby uważają za już zdolne do dokonania zamachu terrorystycznego.
A w ogóle liczbę islamistów stanowiących potencjalne zagrożenie szacowano na 1200, natomiast szersze kręgi – osób ze środowiska islamistyczno-terrorystycznego – liczyły ok. 1600 osób.
Massen ujawnił jeszcze jedną znamienną rzecz – obrazującą narastającą psychozę strachu. Jego służby otrzymują codziennie 2, a nawet 4 informacje od obywateli o szykowanych zamachach. Tylko telefon alarmowy dzwonił w ubr. w takiej sprawie 1 104 razy. W 2015 r. było 520 takich telefonów, a w 2014 r. ledwie 103.
Niemcy, mimo wpuszczenia blisko miliona migrantów w 2015 r., którzy wchodzili bez okazywania dowodu tożsamości, były jednak oszczędzane od zamachów w porównaniu z takimi ich sąsiadami, jak Francja, czy Belgia. Sytuacja zmieniła się w 2016 r., kiedy zamachów dokonano 7, a w 4 przypadkach mordercy przybyli jako „uchodźcy”. Zginęły 22 niewinne osoby, a 112 zostało rannych, wiele ciężko.
Maasen najwyraźniej wykorzystał sposobność, aby zerwać z językiem poprawności politycznej kanclerz Angeli Merkel i jej ministrów z CDU/CSU i SPD. Stwierdził, że Niemcy „przestali żyć w normalnych czasach”, a potem wskazał palcem „gminy muzułmańskie” powstające w Internecie, o których świat dowiaduje się dopiero wtedy, gdy ich członkowie zmieniają zachowanie. I bezradnie zastrzegł: „Nie wiemy, jaki jest skład tych grup, kto do nich należy”.
W rządzie narasta jednak świadomość, że nie wiadomo w jakim kierunku kraj zmierza. Dowodzą tego najnowsze projekty ustaw, które mają umożliwić szybszą deportację migrantów, którym odmówiono azylu, a którzy nie chcą wyjechać sami.
Rzecz w tym, że Niemczech przebywają już setki tysięcy osób, którym nie przyznano azylu, a których nie wydala się i bardzo często służby straciły nad nimi kontrolę. Osobami takimi zajmują się kraje związkowe, których jest 16. Osoby niepożądane najczęściej przebywają w gettach muzułmańskich, które policja najchętniej omija. A getta takie są w dziesiątkach miast, natomiast migranci mogą swobodnie krążyć między krajami związkowymi.
Inny problem jest taki, że w Niemczech działają silne organizacje pozarządowe broniące praw człowieka, przed którymi władze ustępują. Nie wiadomo, jaki będzie los przeszło 250 tys. migrantów z Afganistanu przybyłych w latach 2015-2016. Wg kryteriów rządowych, Afganistan jest krajem bezpiecznym. Nie ma tam rządu opresyjnego, nie toczy się wojna domowa, nie ma klęsk żywiołowych. Prawda, czasem gdzieś dochodzi do jakiegoś zamachu, czy lokalnych konfliktów o niskim natężeniu, ale to jest poniekąd stan normalny.
Propozycje zrobienia czegoś z migrantami nie są przypadkowe, bowiem zbliżają się wybory do Bundestagu. Projekty ustaw przewidują tworzenie aresztów deportacyjnych, do których będzie kierować się osoby, którym azylu nie przyzna się. A, to dlatego, żeby nie zniknęły w gettach. Ale w tych aresztach mają być przetrzymywane nie dłużej, niż 10 dni. A potem?
Jeśli będą pochodzić z krajów takich, jak Syria, do których odesłać ich nie można, lub nie da się na czas zorganizować ich wydalenia np. do Afganistanu, będą móc poruszać się swobodnie, choć z bransoletkami elektronicznymi, by można ich ruchy śledzić i z podsłuchiwaniem ich telefonów. Czy to jest wyobrażalne w dzisiejszych Niemczech?
Przedwyborczym ruchem było też mianowanie z początkiem lutego nowej szefowej Federalnego Urzędu ds. Migracji i Uchodźców, Jutty Cordt, która niezwłocznie ogłosiła, że w nadchodzących miesiącach (czytaj: do wyborów wrześniowych) Urząd rozpatrzy ponad 435 tys. wniosków azylowych złożonych jeszcze w 2016 r. Tylko w styczniu br. Urząd zarejestrował 14,4 tys. nowych.
Pani Cordt dodała, że Urząd otrzymał dodatkowe 40 mln euro na 2017 r. z przeznaczeniem na prowadzenie repatriacji, łącznie ze stosowaniem zachęt finansowych oraz, że deportacje zamierza rozpocząć szybciej, niż planowano.









