
Spotkanie Donalda Trumpa z nowo wybranym burmistrzem Nowego Jorku Zohranem Mamdanim mogło skończyć się awanturą. Zamiast tego w Gabinecie Owalnym panowała zaskakująca uprzejmość. Dwaj politycy, którzy miesiącami obrzucali się obelgami, nagle mówili o sobie z sympatią.
To była scena, której w Waszyngtonie mało kto się nie spodziewał. W piątek, 21 listopada, Zohran Mamdani — demokratyczny socjalista, muzułmanin i naturalizowany Amerykanin — stanął w Białym Domu naprzeciw Donalda Trumpa. Trudno o bardziej kontrastującą parę. Mamdani prowadził kampanię, w której określał Trumpa mianem „faszysty”. Trump odpowiadał, nazywając młodego polityka „małym komunistą” i strasząc nowojorczyków, że jeśli wybiorą muzułmanina na burmistrza, odetnie miastu federalne fundusze i wyśle Gwardię Narodową.
A jednak w Gabinecie Owalnym tego dnia nie było ani napięcia, ani gniewu. Gdy jeden z reporterów zapytał Trumpa, czy jest gotów mieszkać w mieście rządzonym przez Mamdaniego, prezydent bez wahania odparł: — Absolutnie. Zwłaszcza po tej rozmowie. Mówił to zza biurka, a obok niego stał trzydziestokilkuletni burmistrz elekt, obserwowany przez patrzącą z boku figurę Jerzego Waszyngtona. Trump dodał: — Jest inny. Ma szansę zrobić coś naprawdę dobrego dla Nowego Jorku. I ze śmiechem przyznał, że zgadzają się w większej liczbie spraw, niż przypuszczał.
Jeszcze kilka dni wcześniej było zupełnie inaczej. W przeddzień wyborów, 3 listopada, Trump otwarcie namawiał do głosowania na rywala Mamdaniego — Andrew Cuomo — ignorując startującego w wyborach kandydata republikanów. Oskarżał nowojorskich Żydów o „głupotę”, jeśli zagłosują na Mamdaniego, powtarzając zarzuty o antysemityzm związane z jego propalestyńską postawą.
Teraz jednak prezydent przekonywał, że zamierza wspierać nowego burmistrza, „a nie szkodzić — wręcz pomóc mu znacząco”. Chwalił jego kampanię i otwartość na rozmowę. — Spotkanie było moją inicjatywą — przypomniał Mamdani. — Nie rozmawialiśmy o sprawach, które nas dzielą, a jest ich dużo. Skupiliśmy się na tym, co wspólne: na służbie nowojorczykom.
Mamdani wydawał się jednak ostrożniejszy niż Trump. Kiedy prezydent stwierdził, że „wielu” wyborców burmistrza głosowało jednocześnie na niego, Mamdani od razu sprostował: — Jeden na dziesięciu. Ton miał rzeczowy, niemal oszczędny, jakby pilnował, by nie dać się wciągnąć w zbyt serdeczną narrację. Konserwatywni reporterzy próbowali go podpuścić, ale unikał ich pułapek.
To właśnie media w Gabinecie Owalnym sprawiały wrażenie najbardziej rozczarowanych. Przyciągnęła ich nadzieja na spektakularny konflikt — ten sam, który Trump zwykle fundował zagranicznym przywódcom. Wszyscy pamiętali, jak w lutym upokorzył Wołodymyra Zełenskiego, a w maju — Cyrila Ramaphosę. Trump sam żartował, że wyjątkowo wielu dziennikarzy ustawiło się dziś w drzwiach, choć „kiedy zjawiają się najpotężniejsi ludzie świata, nie ma nikogo”.
Pytania szybko zeszły na tematy najbardziej drażliwe. Padł wątek Izraela. Mamdani, konsekwentny krytyk polityki rządu Benjamina Netanjahu, nie uciekł od odpowiedzi. Z jednej strony pochwalił wysiłki Trumpa na rzecz zakończenia wojny w Gazie, z drugiej — oskarżył rząd izraelski o „dokonanie ludobójstwa” w palestyńskiej enklawie. To bezprecedensowe słowa w murach Gabinetu Owalnego.
Z kolei Trump zadziwił łagodnym tonem, gdy pytano go o wcześniejsze groźby wysłania Gwardii Narodowej do Nowego Jorku czy o policyjne naloty na migrantów. — Mamy różne metody, ale ten sam cel: zmniejszyć przestępczość — mówił. — Jestem przekonany, że dobrze sobie poradzi. Niektórych konserwatystów może wręcz zaskoczyć.
Na koniec wrócił temat wzajemnych obelg. Mamdani w swoim przemówieniu powyborczym nazwał Trumpa „despotą”, ale pytanie o to zbył dyplomatycznie. Sam Trump wypowiedział się o sprawie bez cienia urazy: — Nazywano mnie o wiele gorzej. „Despota” to nic szczególnego.
Sytuacja najbardziej komiczna rozegrała się jednak wtedy, gdy dziennikarka spytała Mamdaniego, czy nadal uważa Trumpa za faszystę. — To, co powiedziałem… — zaczął, ale prezydent mu przerwał: — Nic się nie stało. Może pan po prostu powiedzieć „tak”. To łatwiejsze.
Jak na polityka znanego z pamiętliwości, taka pobłażliwość była czymś niemal nie do uwierzenia. Ten zaskakująco ciepły ton dobrze oddaje charakter całego spotkania — pełnego życzliwości, jakby obaj mężczyźni postanowili na chwilę zapomnieć o miesiącach wrogiej retoryki. Charyzmatyczny Mamdani zdołał przekonać Trumpa, by zakopać topór wojenny, co z pewnością uspokoiło mieszkańców Nowego Jorku obawiających się prezydenckiego odwetu.
— Spotkałem człowieka racjonalnego — podsumował Trump, ściskając dłoń gościa.
Czy Mamdani odwzajemnił ten wniosek — to już sprawa mniej oczywista.










