
Fur Deutschland. Dla Niemiec, ich przemysłu motoryzacyjnego i eksportowych gigantów ta umowa jest spełnieniem marzeń. Dla europejskiego rolnictwa – tykającą bombą. Dla Polski – kolejnym dowodem, że w Brukseli „wspólny interes” bywa rozumiany bardzo selektywnie. Porozumienie handlowe UE–Mercosur ma dzisiaj zostać podpisane w Paragwaju mimo sprzeciwu części państw członkowskich oraz masowych protestów rolników w wielu krajach Unii. Zyski są skoncentrowane, ryzyka – rozlane po całej Europie.
Unia Europejska i kraje Mercosur – Argentyna, Brazylia, Urugwaj i Paragwaj – przygotowują się do podpisania traktatu tworzącego jeden z największych obszarów wolnego handlu na świecie. Po ponad 25 latach negocjacji porozumienie ma zostać sfinalizowane, a pod dokumentem podpis złoży przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, mimo otwartego sprzeciwu i gwałtownych protestów europejskiego świata rolniczego.
Wczoraj, w przeddzień planowanego podpisania porozumienia, Ursula von der Leyen udała się do Rio de Janeiro, gdzie wraz z przewodniczącym Rady Europejskiej spotkała się z prezydentem Brazylii Luizem Inácio Lulą da Silvą. Brazylijski przywódca odegrał kluczową rolę w doprowadzeniu negocjacji do finału, jednak nie będzie obecny podczas ceremonii podpisania porozumienia, która odbędzie się dziś w Asunción. W wydarzeniu wezmą udział prezydenci Paragwaju i Urugwaju.
Dla Brazylii, największej gospodarki Ameryki Łacińskiej, porozumienie ma znaczenie geopolityczne. Jak wskazują eksperci, traktat ma pokazać istnienie „trzeciej drogi” pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami, a powrót Donalda Trumpa do Białego Domu dostarczył jego zwolennikom dodatkowego argumentu. Z kolei dla Unii Europejskiej umowa jest przedstawiana jako narzędzie wzmacniania autonomii strategicznej i pozycji na arenie międzynarodowej.
Tyle narracja oficjalna. Rzeczywisty bilans korzyści i strat wygląda jednak znacznie mniej „europejsko”. Likwidacja znacznej części ceł wprost faworyzuje eksport samochodów, części motoryzacyjnych, maszyn i chemii – czyli dokładnie tych sektorów, w których najsilniejsze są Niemcy. To niemiecki przemysł samochodowy i maszynowy, od lat szukający nowych rynków zbytu, ma stać się głównym beneficjentem umowy. Dla Berlina Mercosur oznacza otwarcie ogromnego rynku na towary wysokoprzetworzone, bez poważnych kosztów społecznych ponoszonych u siebie. Fur Deutschland – to hasło, choć satyryczne, oddaje sedno tej kalkulacji.
W przeciwnym kierunku porozumienie ułatwia napływ do Europy wołowiny, drobiu, cukru, ryżu, miodu i soi z Ameryki Południowej. Owszem, przewidziano limity bezcłowe, ale to właśnie te produkty uderzają w najbardziej wrażliwe sektory europejskiego rolnictwa. Krytycy ostrzegają, że tańsza żywność z Brazylii czy Argentyny nie zawsze spełnia unijne normy środowiskowe i sanitarne, a mechanizmy kontroli są niewystarczające.
Nic dziwnego, że w ostatnich tygodniach tysiące rolników protestowały we Francji, Polsce, Irlandii i Belgii. Traktory ustawiły się także pod Parlamentem Europejskim w Brukseli. Rolnicy boją się nie tylko konkurencji cenowej, lecz także planów Komisji dotyczących reformy Wspólnej Polityki Rolnej i ograniczania subsydiów. W ich oczach Mercosur staje się symbolem polityki, w której koszty transformacji i „otwierania rynków” ponoszą najsłabsi, a zyski inkasują najsilniejsi.
W Polsce sprzeciw wobec porozumienia ma charakter ponadpartyjny. Przeciwko umowie w obecnym kształcie wypowiadają się wszystkie liczące się siły sejmowe – od prawicy, przez centrum, po lewicę – wskazując na zagrożenia dla krajowego rolnictwa, nierówność standardów produkcji oraz asymetrię korzyści pomiędzy państwami członkowskimi UE. W tej sprawie różnice ideowe schodzą na dalszy plan, a wspólnym mianownikiem staje się obrona interesów polskiej wsi i bezpieczeństwa żywnościowego.
– Obawiamy się, że (państwa Mercosur) nie będą one szanowały dobrostanu zwierząt ani spełniały norm dotyczących zużycia pestycydów, a kontrole importowanych produktów na granicach mogą okazać się niewystarczające do utrzymania wysokich standardów jakości – mówił wiceminister rolnictwa Jacek Czerniak. Jak podkreślał, umowa stanowi zagrożenie dla europejskiego i polskiego rolnictwa, szczególnie w przypadku wołowiny, drobiu i cukru, w których Polska jest znaczącym producentem. Zdaniem wiceministra z Nowej Lewicy produkty z państw Mercosur będą konkurować przede wszystkim niską ceną, a nie jakością, co bezpośrednio zagraża polskim producentom i bezpieczeństwu żywnościowemu.
Sprzeciw wobec umowy deklaruje dziś także Prawo i Sprawiedliwość, choć w trakcie sejmowej debaty przypominano, że to właśnie rządy PiS przez osiem lat uczestniczyły w negocjacjach porozumienia – zarówno za czasów premier Beaty Szydło, jak i premiera Mateusza Morawieckiego, przy wsparciu unijnego komisarza ds. rolnictwa. Krytycy tej postawy zwracają uwagę, że dzisiejsze oburzenie partii opozycyjnej stoi w sprzeczności z jej wcześniejszą polityką wobec Mercosur.
Po podpisaniu porozumienie trafi jeszcze do ratyfikacji w Parlamencie Europejskim. Nie zmienia to jednak zasadniczego faktu: Mercosur jest umową, która dzieli Unię. Jednym daje realne miliardy w eksporcie, innym – realne ryzyko utraty dochodów i miejsc pracy. A w tej układance zwycięzcy są wyjątkowo łatwi do wskazania.









