Zapomniane ludobójstwo pod Wodną Górą

Waterberg (czyli „Wodna Góra” w języku afrikaans) to płaskowyż w formie góry stołowej, wznoszący się w Namibii ponad pustynną równiną Kalahari. To ważne źródło wód powierzchniowych w tej pustynnej i suchej części kontynentu, jak i rezerwuar wód podziemnych. Dla ludu Herero, wyznającego do dziś religię opartą na kulcie natury – miejsce święte. A także miejsce ich największej, niewyobrażalnej tragedii – esencji zbrodni kolonializmu. Niedawno minęła jej 116. rocznica.

Protesty pod hasłem Black Lives Matter i obalanie pomników ożywiły – przynajmniej na chwilę – debatę o kolonializmie, niewolnictwie i bezwzględnej eksploatacji podbitych ludów przez Europejczyków. Warto pamiętać, że to właśnie w niemieckich koloniach w Afryce Południowo-Zachodniej, czyli w dzisiejszej Nambii, zmaterializowały się późniejsze pomysły „ostatecznego rozwiązania”: uznania, że pewna kategoria ludzi z zasady jest gorsza i dlatego można zamknąć ich w obozach zagłady lub po prostu masowo mordować.
Niemiecka Namibia z jednej strony była próbką tego, co miało nastąpić po dojściu Hitlera do władzy, z drugiej – esencją całej epoki kolonializmu. Rządy Belgów w Kongu, Belgów w Kongu Leopolda II, Brytyjczyków w Indiach, Francuzów w Algierii, Amerykanów na Filipinach czy skutki interwencji zachodnich w Chinach różniły się w szczegółach, ale nie co do ogólnego mechanizmu i celu.
Korpus interwencyjny
Wybuch w 1904 r. powstania Hererów przeciwko kolonizacji niemieckiej spowodował przybycie do kolonii korpusu interwencyjnego. Stojący na jego czele gen. Lotar von Trotha, który brał już udział w tłumieniu powstań w innej niemieckiej kolonii w Afryce wschodniej (dziś Tanzania) w swoim dzienniku napisał: „Znam się wystarczająco na plemionach Afryki. Wszystkie one mają tę samą mentalność i wszystkie liczą się tylko z siłą. Było i jest moją polityką stosowanie siły – absolutny terror, a nawet okrucieństwo. Zniszczę zbuntowane plemiona, przelewając rzeki krwi”. Wprowadził od razu w kolonii stan wojny czyniąc się namiestnikiem cesarza oraz Sztabu Generalnego Armii Niemieckiej, usuwając w cień mającego wątpliwości co do jego metod gubernatora Theodora Leutweina.
11 sierpnia 1904 r. pod Waterbergiem Herero, dowodzeni przez charyzmatycznego Samuela Maharero, zebrali ok. pięć tysięcy wojowników, spodziewając się negocjacji z Niemcami. Kontyngent von Trothy liczył ponad 15 tys. żołnierzy uzbrojonych w karabiny, nowoczesne jak na owe czasy szybkostrzelne karabiny maszynowe i 30 sztuk artylerii. Obóz Hererów, w którym oprócz mężczyzn uzbrojonych w tradycyjną broń kirri, znajdowały się kobiety i dzieci oraz niezliczone stada bydła i kóz, został zniszczony. Namioty i inne prowizoryczne zabudowania oraz studnie były palone i zasypywane.
Niemcy – żołnierze i ochotnicy – mordowali każdego, zabijali ludzi i zwierzęta. Tysiące ocalałych Hererów wraz z resztkami stad w panicznej ucieczce ruszyły na wschód, ku brytyjskiej Beczuanie (dzisiejsza Botswana), ale na ich drodze stała mordercza pustynia Kalahari. Na półkuli południowej bywa w sierpniu pora sucha…
Uciekający Herero
Niemcy okopali się na granicach pustyni, a 2 października 1904 r. von Trotha wydał niesławny rozkaz eksterminacji powstańców: „Każdy Herero znaleziony w granicach Niemiec z bronią lub bez, z bydłem lub bez, zostanie zastrzelony”.
Ten ludobójczy plan eksterminacji całego narodu zrealizowano z niemiecką dokładnością i bezwzględnością iście kolonialną: z absolutnym przekonaniem, że życie przedstawicieli niższej rasy nic nie jest warte, a moralne i właściwe jest działanie mające na względzie wyłącznie zysk Europejczyków, niszczące wszelką produkcję autochtonicznych ludów.
Marsz Herero uciekających po bitwie na wschód doprowadził do niemal wymarcia tego ludu. W obozie pod Waterbergiem było ich wszystkich 60 tys. Samuelowi Maharero udało się doprowadzić do Beczuany tysiąc osób.
Inni, którzy nie zginęli podczas bitwy i pierwszej rzezi, umierali w niewyobrażalnych katuszach z pragnienia i wyczerpania na pustyni. Z ich stad nie zostało dosłownie nic. Niemieckie patrole znajdowały potem szkielety wokół otworów o głębokości 8–16 m, wykopywanych w daremnej nadziei na znalezienie wody. Trupy ludzi i zwierząt zalegały na obszarze dziesiątków tysięcy km kwadratowych. Ludzkie szkielety, które próbowały zawrócić z pustyni i poddać się, wracały po śmierć: zgodnie z rozkazem von Trothy tych nieszczęśników bez względu na płeć, wiek i stan zdrowia zabijano na miejscu.
I dopiero po tym, gdy Berlin odwołał ludobójczy rozkaz, zamiast mordować ich na miejscu, zaczęto wysyłać ich do obozu na wyspie Shark, skale połączonej z lądem niepewną groblą, smaganej zimnymi i słonymi wiatrami znad południowego Atlantyku. „Nie sądzę, aby na świecie istniało miejsce bardziej niegościnne i wrogie człowiekowi” – tak ten skrawek lądu opisał lekarz wojskowy stacjonujący wtedy w Namibii.
Obóz był szeregiem blaszanych bud dla strażników oraz szałasów z koców i szmat dla osadzonych Hererów, otoczony drutem kolczastym z murowaną strażnicą zlokalizowaną u wylotu grobli na stały ląd. Dokuczliwe zimno, sól w powietrzu i w glebie, skalisty pozbawiony roślinności teren, a także rekiny krążące stale w wodach okalających wyspę nadawały mu dodatkowej grozy.
Protoplasta obozu śmierci
Obóz ten – w sumie Niemcy po bitwie pod Waterbergiem i późniejszym spacyfikowaniu ludu Namaqua utworzyli w kolonii sześć podobnych – w literaturze i dokumentach nazywa się jasno obozem zagłady.
Klany Herero z północy kraju, które nie brały udziału w powstaniu i walkach w rejonie Waterbergu, nie uratowały się przed eksterminacją. Zostały przesiedlone do wiosek-obozów i poddane kolonialnej eksploatacji.
Zdjęcia z tamtego okresu – które stały się formą pocztówek przesyłanych do Vaterlandu z kolonii, opatrzone zjadliwymi i rasistowskich komentarzami – stanowią dokumentację tego haniebnego sytemu oraz ludzkiej degrengolady. Szczytem europejskiej hańby epoki kolonialnej jest jedno ze zdjęć zrobionych przez porucznika Dühringa: w pomieszczeniu, zapewne strażnicy na Shark Island, stoi naga, młodziutka dziewczynka Herero, między zaciśniętymi jej udami widać resztkę szmaty, która stanowiła jej odzienie, a które zapewne przed chwilą z niej zdarto. Tak wyglądało panowanie „cywilizowanych ludzi” w Afryce. Droga do Auschwitz, Mathausen, Dachau i innych obozów śmierci została wytyczona. Ocenia się, że pacyfikacja i eksterminacja Hererów wyniszczyła ten lud w blisko 80 proc. Z namibijskich Namaqua zginęło „tylko” 50-60 proc.
Wyższość białych
Dramat ludu Herero sprzed ponad 100 laty rzuca po dziś dzień złowrogi cień. W czasie tej wojny zabrano do Niemiec w celu tzw. badań naukowych, mających udowodnić wyższość białych Europejczyków nad Afrykanami, kilkaset głów obciętych zabitym lub zmarłym w różnych okolicznościach Hererów. Umieszczone były one do początków XXI wieku, w formalinie, w archiwach instytutów badawczych i uniwersytetów niemieckich. Namibia od lat domagała się zwrotu ok. 40 czaszek i głów, jakie zlokalizowano na terenie Niemiec.
Interwencje i nadanie sprawie rozgłosu międzynarodowego przez Petera Katjavivę, polityka i dyplomatę namibijskiego, okazały się skuteczne: w 2011 r. te makabryczne eksponaty zostały zwrócone do Namibii. W sierpniu 2018 r. Niemcy zwróciły pozostałe czaszki i inne ludzkie szczątki, nad którymi przeprowadzane badania pod kątem naukowego promowania białej supremacji na świecie.
Wcześniej, w setną rocznicę rozpoczęcia ludobójstwa, członek niemieckiego rządu Heidemarie Wieczorek-Zeul, niemiecka minister rozwoju i współpracy gospodarczej, oficjalnie przeprosiła. Oświadczyła na polu bitwy pod Waterbergiem, pod monumentem wzniesionym ku czci zabitych i zamęczonych Hererów: „my Niemcy, akceptujemy naszą historyczną i moralną odpowiedzialność oraz winę poniesioną w tym czasie”.
Wykluczyła jednak wypłacanie specjalnych rekompensat dla potomków i rodzin, obiecując stałą pomoc gospodarczą dla Namibii. Także rodzina von Trothów udała się w 2007 roku na zaproszenie wodzów królewskich Herero do Namibii i publicznie przeprosiła za działania swojego krewnego i przodka.
Herero i Namaqua złożyli pozew w Stanach Zjednoczonych w 2017 roku, domagając się odszkodowania od rządu niemieckiego i Deutsche Bank , który finansował przedsięwzięcia rządu niemieckiego.
Pozwali także firmy działające w koloniach, korzystających z niewolniczej pracy ludzi osadzonych w obozach. Dokonują tego na podstawie Alien Tort Statute, amerykańskiego prawa z 1789 r., często przywoływanego w sprawach dotyczących praw człowieka. Niemcy oddalają żądania pozywających: jako suwerenny naród nie mogą być pozwane przed sądy amerykańskie w związku z czynami poza Stanami Zjednoczonymi. Także nowojorski sąd nie kwapi się z procedowaniem pozwu. W wywiadzie dla New York Timesa jeden z wodzów Herero Sam Kambazembi skomentował tę sytuację, porównując sytuację Herero do powszechnie potępionego i trwającego w światowej pamięci Holokaustu: „Jedyna różnica jest taka, że Żydzi są biali, a my czarni”.
To, co praktykowano w koloniach, jak prowadzono podbój i eksterminację ludów pozaeuropejskich, zatrwożyło eleganckich, cywilizowanych Europejczyków, białych chrześcijan dopiero w latach 1939-45.
Dopiero wtedy, gdy kulturalny, jeden z najbardziej cywilizowanych i stymulujących postęp nauki i kultury światowej kraj, Niemcy, zastosował te same metody w Europie.
Na oczach innych państw, które w swoich koloniach też dokonywały rzezi.

Bułgarska opiekunka walczy o sprawiedliwość przed niemieckim sądem

Bułgarska agencja pośrednictwa pracy będzie musiała zapłacić Dobrinie D., opiekunce osób starszych, 42 tys. euro zaległego wynagrodzenia. Kobieta w teorii opiekowała się 96-letnią Niemką przez sześć godzin dziennie. W rzeczywistości musiała być w gotowości do pracy przez całą dobę.

To wyrok ważny dla wszystkich migrantek z Europy Wschodniej, które w Niemczech podejmują pracę opiekunek seniorów – czyli również opiekunek przyjeżdżających z Polski. Tysiące z nich zobaczy w historii Bułgarki Dobriny D. własne doświadczenie: zero dni wolnych, brak czasu na odpoczynek, za to mnóstwo dodatkowych, nieprzewidzianych w umowie obowiązków.
Historię kobiety i jej walki o należyte wynagrodzenie opisuje Deutsche Welle. Za opiekę nad 96-letnią Niemką i prowadzenie jej domu Berlinie 64-letnia Bułgarka dostawała 950 euro miesięcznie. Taką umowę zaproponowała jej agencja pośrednictwa pracy, obiecując równocześnie, że będzie pracować 6 godzin dziennie.
Dobrina D., która wróciła już z Niemiec do rodzinnego Nesebyru, zaskarżyła agencję przed sądem pracy w Berlinie. W pierwszej instancji wygrała sprawę. Całodobową dyspozycyjność, do jakiej była faktycznie zobowiązana, sąd wycenił na dodatkowe 42 tys. euro, biorąc za podstawę minimalną stawkę godzinową. Bułgarska agencja odwołała się od wyroku. 16 lipca rozpoczęła się sprawa w II instancji.
– Cieszy nas, że ktoś w końcu odważył się iść do sądu – komentuje sprawę dla Deutsche Welle Justyna Oblacewicz z Niemieckiego Zrzeszenia Związków Zawodowych, która od czterech lat wspiera w podobnych sprawach opiekunki z Europy Wschodniej. – Jest wiele powodów, dla których dzieje się to dopiero teraz, pomimo że od lat pojawiają się skargi. Opiekunki przebywają w Niemczech tylko przez krótki czas, mają pełne ręce roboty, słabo mówią po niemiecku i nie znają swoich praw.
Opiekunki, nawet pracując ponad siły i padając ofiarą złego traktowania ze strony rodzin seniorów, zwykle obawiają się protestować, ze strachu, że stracą zajęcie, a potem nie znajdą następnego.
Niedawno w obronie polskich opiekunek stanął związek zawodowy Związkowa Alternatywa, do którego zgłaszają się Polski zatrudnione w krajach niemieckojęzycznych w takim charakterze. ZA skierowała pismo do Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, sugerując nawiązanie kontaktu z odpowiednim ministerstwem w Niemczech i przygotowanie układu zbiorowego dającego prawne gwarancje pracownikom opieki. Odpowiedź ministerstwa była niezbyt zachęcająca: sugerowano w niej, że opiekunki powinny same postarać się o negocjowanie dobrych warunków pracy, jako że ich praca jest w Niemczech bardzo potrzebna. Stwierdzono ponadto, że państwo nie może ingerować w kontrakty zawierane między rodzinami seniorów a opiekunami. Tymczasem państwo niemieckie… właśnie to zrobiło, ustalając minimalną stawkę godzinową w sektorze opieki. Agencje zatrudnienia, zawierając umowy z innymi agencjami w krajach Europy Wschodniej, omijają właśnie ten przepis. W kolejnym piśmie z ministerstwa resort zapewnia, że sprawę rozwiąże polska ustawa o pracownikach delegowanych, która ma zostać przyjęta do końca lipca, by zrealizować wytyczne dyrektywy UE.
Niemieckie związki zawodowe z uwagą przyglądają się, jakie stanowisko zajmie sąd w sprawie Dobriny D., bo sprawa może być precedensowa. Przyznają: pracownicy migracyjni przez lata byli w Niemczech wyzyskiwani i całkowicie pozbawieni ochrony, chociaż bez ich pracy starzejące się lokalne społeczeństwo nie dałoby sobie rady.

Niemcy nie wierzą Stanom

Wiara, że armia amerykańska weźmie udział w obronie jakiegoś europejskiego kraju w razie konfliktu, jest według kanclerz Angeli Merkel bezpodstawna. Jej zdaniem, Unia Europejska nie może już liczyć na zobowiązania NATO, jak kiedyś, za czasów zimnej wojny. To, co wydawało się oczywiste, należy już przeszłości.

Do francuskich narzekań na „odmóżdżone” NATO dołączyła Angela Merkel. Wczoraj na wspólnej konferencji prasowej z bawarskim premierem Markusem Söderem, którego wyraźnie wyznaczyła na swego następcę, sugerowała, że zobowiązania NATO do wspólnej obrony stały się zbyt niepewne. „Trzeba uznać, że 30 lat po zjednoczeniu Niemiec, 30 lat po zakończeniu zimnej wojny, świat widzi siebie inaczej. To, co uważaliśmy za pewnik, jak np. że USA obronią Unię Europejską nie jest już oczywiste, to się zmieniło” – mówiła.
Radą na tę sytuację miałby być „wielostronny sojusz” w ramach Unii, coś w rodzaju NATO 2, bez Stanów Zjednoczonych i Turcji, tj. bez krajów o najsilniejszych armiach lądowych. Pierwszy raz Merkel ogłosiła swe wątpliwości co do Stanów Zjednoczonych w listopadzie zeszłego roku w Bundestagu, ale wczoraj pierwszy raz zasugerowała zmianę kształtu NATO, czyli ograniczenie przyszłego sojuszu wojskowego do krajów europejskich. W tle tych przekonań pozostają napięte ostatnio stosunki niemiecko-amerykańskie.
Na początku tego miesiąca Merkel ostro skrytykowała Stany Zjednoczone za projekt jednostronnych sankcji przeciw budowie gazociągu Nord Stream 2 z Rosji do Niemiec. Wezwała do kontynuacji i zakończenia budowy, mimo amerykańskiego sprzeciwu. Na razie amerykańska ustawa jest na etapie dyskusji w Kongresie, ale wygląda na to, że zostanie przyjęta, gdyż Amerykanie woleliby, by Europa kupowała droższy gaz amerykański. Niemiecki minister gospodarki Peter Altmaier mówił, że USA działają wbrew prawu międzynarodowemu, co może wywołać „europejską ripostę” ekonomiczną.
Do tej pory NATO nie obroniło żadnego kraju. Poza przegraniem wojny w Afganistanie, odznaczyło się jedynie napadami na słabe kraje, które nie podzielały celów polityki amerykańskiej, jak b. Jugosławia, czy Libia, co przyniosło same nieszczęścia.

Nie oddamy wojsk NATO!

Po wiernopoddańczej deklaracji polskiego prezydenta i otaczających go elit, że Polska chętnie weźmie 9 tysięcy amerykańskich żołnierzy na własne ziemie i utrzymanie, okazało się, że Niemcom się to nie podoba.

Niemieckie media, a konkretnie „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, piszą, że wyprowadzenie tak dużej liczby żołnierzy z terytorium Niemiec osłabi plany zorientowane na odstraszenie Rosji oraz pogorszy elastyczność strategiczną paktu.
Niemiecka gazeta jest zdania, że decyzja Trumpa jest absolutnie nieracjonalna, zaś wszelkie próby Pentagonu, by nadać jej jakiś sens – bezcelowe. Pentagon istotnie dokonuje karkołomnych wybiegów, by udowodnić, że tak naprawdę cała zmiana tylko wzmocni NATO, podniesie jego elastyczność i bardziej odstraszy Rosję. FAZ posuwa się do sugestii, że decyzje amerykańskiego prezydenta w tej sprawie dowodzą, że racje mieli ci, którzy ostrzegali przed wyborem Trumpa na stanowisko prezydenta Stanów Zjednoczonych, zaś jego posunięcia są przejawem „antyniemieckiej gorączki i żądzy zemsty” wobec niemieckiego sojusznika. Gazeta zwraca uwagę, że w Kongresie USA wielu kongresmenów, niezależnie od partyjnego szyldu, sprzeciwia się relokacji niemieckich wojsk traktując to jako zagrożenie dla bezpieczeństwa interesów USA na świecie.
Niemiecka gazeta sugeruje na koniec, że niemieckie władze powinny wzmocnić kontakty z Kongresem USA. Trudno to inaczej odczytywać, jak wezwanie kręgów biznesowych Niemiec, którego FAZ jest wyrazicielem, do izolowania prezydenta USA w realizowaniu amerykańskiej polityki zagranicznej. To odważny ruch, ale też świadczący o kryzysie, w jakim znalazły się relacje niemiecko-amerykańskie.
Charakterystyczne, że wpływowa gazeta niemiecka, jaką jest FAZ, nawet przez chwile nie zwróciła uwagę na zdanie, interesy i bezpieczeństwo Polski w tej całej sytuacji. To pokazuje, jak niewiele Polska znaczy w Europie.

Znajomość realiów popłaca

1 lipca rozpoczęła się niemiecka prezydencja w Unii Europejskiej. Niemcy obejmują przewodnictwo w Radzie UE w momencie szczególnie ważnym. Jesteśmy bowiem w trakcie debaty nad wieloletnimi ramami finansowymi oraz nad programem odrodzenia gospodarczego po koronawirusie.

Znana już wszystkim propozycja Komisji Europejskiej dotycząca wieloletnich ram finansowych na lata 2021-2027 spełnia oczekiwania Parlamentu Europejskiego.

Przypomnę, że Komisja zaproponowała 1100 mld. euro na tradycyjne programy – czyli spójność, polityka strukturalna, rolnictwo, polityka społeczna. To jest wzrost bezwzględny w stosunku do wieloletnich ram finansowych kończących się w roku 2020.

Ponadto KE zaproponowała dodatkowe, nowe rozwiązanie w wysokości 750 mld. euro, mające służyć odrodzeniu gospodarczemu Unii. Z tego 500 mld. jako granty bezzwrotne i 250 mld. euro jako pożyczki.

Pierwsza kwota – 1100 mld. euro. To jest wielkie wyzwanie! Żeby mu sprostać, czyli wygenerować odpowiednie przychody, mamy kilka możliwości. Po pierwsze zwiększenie składki państw członkowskich. Po wyjściu Wlk. Brytanii mamy dosyć dużą wyrwę w budżecie – Wlk. Brytania była istotnym płatnikiem netto. To od Rady Europejskiej i właśnie prezydencji niemieckiej w Radzie UE, będzie zależeć, czy uda się wynegocjować zgodę rządów państw członkowskich na zwiększenie składki członkowskiej. Ja oceniam, że polski rząd powinien się na to ochoczo zgodzić, ponieważ za każde euro wpłacone do budżetu, możemy otrzymać rocznie 3 do 4 euro zwrotu z budżetu europejskiego. Zatem zwiększenie udziału jest dla nas korzystne.

Jest też kwestia rozpatrzenia pewnych nowych podatków. Chodzi o zlikwidowanie tzw. „rajów podatkowych” i własne dochody z tego tytułu, a także o podatek od transakcji finansowych i ewentualnie. podatek ekologiczny związany z handlem emisjami. To nie są podatki obciążające ludzi. One tak naprawdę obciążałyby zwłaszcza ponadnarodowe koncerny. Dodatkowe 500 mld., o których wspomniałem, będzie pochodziło z emisji obligacji europejskich na rynkach. Po raz pierwszy w historii Unia Europejska decyduje się na zaciągnięcie swego rodzaju długu wewnętrznego, z wyliczeniem, że poprzez wzrost gospodarczy w latach następnych go spłacimy, albo, jeśli tempo rozwoju gospodarczego nie byłoby wystarczające, będziemy go jakoś rolować.

Są oczywiście kolejne wyzwania, gdyż inwestycje finansowane z pieniędzy przeznaczonych na odrodzenie gospodarcze, nie powinny być zwykłą kontynuacją tego, co uprawiamy do tej pory. Chodzi o inwestycje zupełnie nowe jakościowo, czyli: „zielony ład” – inwestycje pro-ekologicznie, cyfryzacja, nowoczesne technologie, to jest także inwestowanie w celu zwiększenia europejskiej samodzielności, uniezależnienia się od globalnych perturbacji, a także w celu zahamowania ucieczki z produkcją poza UE. Kryzys pokazał, że warto być wewnątrz UE samowystarczalnym.
Skoncentrowanie tych wydatków będzie obejmowało państwa, które z powodu pandemii ucierpiały najbardziej. Beneficjentami będą zatem Francja, Włochy, Hiszpania, Portugalia. Jednak te nowe kwoty oznaczają też szanse dla państw takich jak Polska. Czy coś z tej puli dostaniemy, to się dopiero okaże. Natomiast dla Polski jest bardzo ważne przesłanie: jeżeli te fundusze – a na to się zanosi – będą uruchamiane w powiązaniu ze statusem państwa praworządnego, to nasze spory toczące się przed TSUE dotyczące ustroju sądownictwa, polskiego ładu konstytucyjnego, dotyczące także uznawania orzeczeń europejskiego wymiaru sprawiedliwości, będą miały kluczowe znaczenie. Uparte trwanie w konflikcie z Komisją Europejską i innymi instytucjami europejskimi oraz nieuporządkowanie spraw praworządności może się odbić negatywnie na sumach, które Polska może uzyskać.

Powinniśmy się troszczyć, żeby Polsce na tym etapie przyznano odpowiednie środki, ale odpowiedzialność rządu, także nowego prezydenta, polegać będzie na tym, żeby Polska stała się państwem praworządnym, bo prawdopodobnie tylko wtedy będziemy mogli z tych pieniędzy skorzystać.

Tymczasem mamy wyborczą gorączkę i podczas wieców wyborczych padają różne propozycje, często księżycowe. Zwłaszcza jeden kandydat mówi o tych pieniądzach jako o czymś już pewnym, on i jego rządowi stronnicy właściwie już je dzielą. Mowa oczywiście o prezydencie Polski, który przy okazji swych wiecowych wystąpień sporo miejsca poświęca też koniecznej obronie przed „obcymi”. W tej narracji państwem rzekomo nastającym na naszą wolność i tożsamość są Niemcy. Słyszymy, że utrzymują w Polsce swoją prasę polskojęzyczną, starając się poprzez nią, zakulisowo, wpływać na polskie sprawy, teraz na wybór polskiego prezydenta. W tej sytuacji prezydent i jednocześnie kandydat na prezydenta deklaruje, że będzie skutecznie bronił polskiej tożsamości, polskich wartości, zwłaszcza rodziny w Unii. Zapewnia (podczas wiecu w Wałbrzychu – BL), że będzie umacniał naszą pozycję w Unii Europejskiej, jako państwa „stowarzyszonego, ale narodowego, które ma swoją godność i swoją historię, z której jest dumne”.

To brzmi nieco dziwnie, mówiąc delikatnie. Każe nieustająco przypominać, że Polska nie jest państwem „stowarzyszonym” z UE, ale jest członkiem Unii Europejskiej! Najważniejsza osoba w państwie, powinna tę subtelną różnicę dostrzegać, rozumieć, czuć i takich pomyłek nie popełniać. Jeszcze raz powtarzam: Polska nie jest państwem stowarzyszonym, Polska jest państwem członkowskim UE.

Druga uwaga: praworządność jako kryterium będzie stosowana uniwersalnie. Jeżeli będzie na ten temat głosowanie, ja również zagłosuję, żeby to kryterium zastosować, jeżeli ma dotyczyć wszystkich i każdego z państw członkowskich, w tym także oczywiście Polski. Praworządność jest ostoją naszych praw obywatelskich, gwarancją ich przestrzegania, praworządność jest ostoją ładu społecznego w całej UE.

Co do „polskojęzycznej” prasy, to zawiłości właścicielskie potrafią płatać figle i okazuje się, że to, co ma rzekomo być niemieckie, jest w gruncie rzeczy amerykańskie. Stroniłbym od takich argumentów.

Niemieckiej prezydencji przyglądajmy się zatem z punktu widzenia sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy. Nasza rola i pozycja w Unii Europejskiej są znacznie osłabione. Z tego między innymi powodu opowiadam się zawsze za tym kandydatem w wyborach prezydenckich, który stawia na naszą normalność w relacjach z innymi państwami członkowskimi UE, na przewidywalność zachowań polskiego rządu. Na tym buduje się bowiem naszą pozycję, od tego zależeć będzie nasza moc sprawcza w Unii Europejskiej, a co za tym idzie także możliwości sfinansowania naszych ambitnych planów gospodarczych i przemian w strukturze gospodarki, produkcji, innowacyjności, możliwości tworzenia nowych miejsc pracy, poziom dobrobytu.

Pamiętajmy, że kurz wyborczy opadnie i nastąpi końcowa faza negocjacji nad nową perspektywą finansową. Otworzy się więc ogromne pole do popisu dla polskiego premiera i polskiego komisarza do spraw rolnych, którzy będą w tych negocjacjach uczestniczyli. Każde rozwiązanie korzystne, do którego premier Morawiecki przekona szefów pozostałych rządów, będzie zasługiwało na uznanie. Moją troską jest tylko, żeby siła argumentów polskiego rządu i premiera była wystarczająco duża, znacząca, a co do tego mam pewne obawy.

Nie łączmy też przesadnych nadziei z naszym komisarzem. Jeśli ktoś uważa, że zmieni on losy Unii Europejskiej, ten jest w błędzie. Zresztą komisarz polski bardzo dobrze o tym wie. Nie mamy żadnych informacji, żeby jakiekolwiek decyzje Komisji spotkały się z jego votum separatum. On jest po prostu członkiem tego zespołu. I cokolwiek mówi się źle o Komisji Europejskiej, to radziłbym rządzącym, żeby nie zapominali, iż PiS ma udział w decyzjach KE.

Reasumując – kampania kampanią, ale dobrze jest stać twardo na ziemi i pamiętać, na czym polega nasz prawdziwy interes w Unii Europejskiej, na czym może polegać suma korzyści. Decydują nie slogany bez pokrycie, tylko trzeźwa ocena możliwości, potrzeb i znajomość mechanizmów funkcjonowania naszej wspólnoty.

Opowieść o niemieckich chrześcijańskich demokratach

Oto opowieść o frapujących kuluarowych bezpieczniacko-nazistowskich klikach, które budują prominentni niemieccy politycy z partii Angeli Merkel.

O firmie Augustus Intelligence (AI) zrobiło się głośno 12 czerwca. Tego dnia bowiem Der Spiegel opublikował cokolwiek wstrząsający opis dokumentujący powiązania tej amerykańskiej spółki z politykami Unii Chrześcijańsko-Społecznej (CDU). To partia Angeli Merkel. Jednak nie ona jest na głównym celowniku, a deputowany
Philipp Amthor.
Ów parlamentarzysta – jak się okazuje – był mocno zaangażowany w działalność lobbingową dla AI. Szefostwo tej ostatniej nie pozostawało, ma się rozumieć, dłużne. W zamian za okazaną życzliwość Amthorowi jego amerykańscy interesariusze fundowali mu luksusowe podróże (kto wie jakie bonusy przewidywał program wycieczek?), wsparli go giełdowo i załatwili nawet jakąś synekurę. Na nieszczęście prominentnego chrześcijańskiego demokraty, wszystko fiknęło.
Od czasu publikacji artykułu Amthor jest głównym podejrzanym w nowej aferze korupcyjnej, która wstrząsnęła Niemcami.
Philipp Amthor przed skandalem był opisywany jako „wschodząca gwiazda” CDU
To jednak nie wszystko. Pojawiły się także wątpliwości innego rodzaju. Czy Augustus Intelligence jest rzeczywiście przedsiębiorstwem? Czy świadczy usługi w komercyjnym, rynkowym trybie? Czy jest raczej przykrywką poważnej operacji wywiadowczej? Dziennikarze, którzy podjęli ten trop, odkryli kilka zadziwiających okoliczności. Już na pierwszy rzut oka spółka stwarza wrażenie, jakby posiadała dostęp do nieograniczonych funduszy. Swoich gości umieszcza w wystawnych, luksusowych hotelach, jej przedstawiciele latają przez Atlantyk firmowym samolotem, zarząd utrzymuje powierzchnię biurową w centrum Nowego Jorku buląc dobre pół miliona zielonych rocznie. A wszystko to na tle niemal kompletnego braku śladów jakiejkolwiek działalności gospodarczej.
Wcale frapujący wydaje się też wątek kadrowo-kontrahencki. Chociaż firma zarejestrowana jest w Stanach Zjednoczonych, jej szefostwo to niemal wyłącznie obywatele RFN. Personel wykonawczy i partnerzy biznesowi zaś to wysocy rangą przedstawiciele niemieckiego sektora bezpieczeństwa i możni. Za przykład niech posłużą choćby były minister obrony Karl-Theodor zu Guttenberg, były prezydent niemieckiej agencji wywiadowczej (Bundesamt für Verfassungsschutz, BfV)
Hans-Georg Maassen,
były szef niemieckiego wywiadu zagranicznego August Hanning, prominentny konsultant do spraw zarządzania Roland Berger oraz miliarder August François von Finck. Większość tych osób utrzymuje ścisłe kontakty z przedstawicielami niemieckiego rządu stworzonego przez tzw. wielką koalicję CDU-CSU-SPD. Na marginesie dodać można, że ludzie ci bynajmniej nie stronią również od kontaktów z przedstawicielami skrajnej prawicy.
Na swojej stronie internetowej Augustus Intelligence deklaruje, że celem biznesowym firmy jest dostarczanie „bezpiecznych rozwiązań dla rozwoju sztucznej inteligencji”. AI twierdzi, że prowadzi “centra danych” (cokolwiek to znaczy) w Stanach Zjednoczonych i sprzedaje oprogramowanie służące do rozpoznawania twarzy i obiektów. Amerykańscy i europejscy dziennikarze, którzy przyglądali się temu przedsiębiorstwu-widmu bliżej wykazali jednak, że jest to byt, który w polskim języku potocznym określa się jako firma-krzak.
Ciekawostek jest sporo. Z tekstu niemieckich dziennikarzy dowiadujemy się, że dwóch byłych menedżerów, którzy zostali zwolnieni w grudniu zeszłego roku, pozwało firmę, zarzucając jej prowadzenie biznesu opartego na „oszustwie, działaniach nielegalnych i korupcji”. Der Spiegel cytuje nawet fragment pozwu: „W rzeczywistości firma nie miała środków, o które się ubiegała, nie miała produktu i brakowało zarówno znaczących klientów jak i przychodów”.
Mimo to Augustus Intelligence miał środki na to, żeby zainstalować się w okazałym lokalu w strefie World Trade Center. Biuro AI znalazło się w bezpośrednim sąsiedztwie firmy konsultingowej i inwestycyjnej Spitzberg Partners, którą kieruje wspomniany wcześniej
Karl-Theodor zu Guttenberg.
Ów były minister gospodarki i obrony w rządach RFN jest najprawdopodobniej również szefem AI. Jest właścicielem akcji tej spółki i do marca tego roku piastował w niej stanowisko „prezesa do spraw ogólnych”. AI nie ukrywał zresztą tej informacji, zamieszczając odpowiednią wzmiankę na swojej stronie internetowej. Wkrótce jednak została ona usunięta.
Oficjalny szef Augustus Intelligence to 33-letni absolwent medycyny
Wolfgang Haupt,
najprawdopodobniej ktoś w rodzaju międzynarodowo-niemieckiego Marcina P., antybohatera afery Amber Gold. Dziennikarze dotarli do jego konta na popularnym portalu społecznościowym LinkedIn. Haupt ma albo duże ego, albo ktoś każe mu odgrywać rolę strasznej samochwały, niezbyt rozważnej dodajmy. Obszernie rozpisuje się bowiem ów o tym jak to zasadniczo z zawodu jest dyrektorem. W swojej karierze zawodowej założyć miał już wiele przedsiębiorstw w różnych branżach i sektorach. Ciekawe, czy wszędzie był tylko szefem de iure, inaczej mówiąc – słupem.
Guttenberg, szef AI de facto, jest łącznikiem między elitą arystokratyczną Niemiec, która ponad sto lat po upadku Cesarstwa nadal tworzy hermetyczną, podle reakcyjną społeczność, a partiami rządowymi w Berlinie. Urodzony w bogatej szlacheckiej rodzinie z Frankonii, postanowił swoja karierę polityczną związać z bawarską Unią Chrześcijańsko-Społeczną (CSU). W 2008 roku został sekretarzem generalnym tego stronnictwa. Rok później zaś przeniósł się z Monachium do Berlina i został ministrem gospodarki, a następnie ministrem obrony w rządzie kanclerz Angeli Merkel.
Najwyraźniej nie zaspokoiło to jego ambicji. Parł dalej. Jego jakże szybka kariera polityczna załamała się jednak w 2011 roku.
Wówczas wyszło bowiem na jaw, iż Herr Haupt sfałszował swoją pracę doktorską. Jak wiadomo, ludzie pontony nie toną – zwłaszcza wysadzane arystokratyczną biżuterią. Koleś czmychnął więc do Stanów Zjednoczonych – tamtejszy system rzeczywiście zdaje się stwarzać zachodnim kleptokratom najbardziej sprzyjające warunki. Tam Haupt nadal aktywnie zajmował się polityką, wyczekując odpowiedniego momentu, w którym będzie mógł wrócić na wpływowe stanowiska polityczne w Niemczech.
Żona Guttenberga Stephanie, tytułująca się hrabiną Bismarck-Schönhausen,
jest potomkinią, w bezpośredniej linii, kanclerza Niemiec Otto von Bismarcka. Matka Guttenberga także jest hrabiną. Wywodzi się z mającej wielowiekowe korzenie rodziny arystokratycznej, która aż do wywłaszczenia w 1945 roku posiadała rozległą własność w Chorwacji. Jej ojciec, Jakob Graf zu Eltz, ściśle współpracował z chorwackim proto-faszystą Franjo Tudjmanem, który został osadzony na stolcu prezydenta separatystycznej republiki po rozpadzie Jugosławii. Zu Eltz zaś został członkiem chorwackiego parlamentu. I jeszcze jedna ciekawostka. W 1985 roku matka Guttenberga wyszła za mąż po raz drugi. Jej ówczesnym wybrankiem został Adolf Henkell von Ribbentrop, syn ministra spraw zagranicznych Adolfa Hitlera. Nieprzypadkowa to zapewne koincydencja genetyczno-nazistowska. Tudjman był sprawnym kontynuatorem myśli chorwackiego nazistowskiego sadystycznego satrapy Ante Pavelicia. Nie mógł oczywiście pozwolić sobie na takie ekscesy jak jego idol, który, jako bliski sojusznik III Rzeszy zachowywał się tak brutalnie wobec Serbów, że nawet wysłannicy Hitlera musieli go przywoływać do porządku. Przejął jednak chorwacko-nazistowską symbolikę i etos tzw. Niezależnego Państwa Chorwackiego, którym rządził Pavelić. Wyraźnie widać, że stare nazistowskie miłości nie rdzewieją!
Główną rolę, można powiedzieć sprawczą, w Augustus Intelligence odgrywa niejaki
Roland Berger,
założyciel noszącej jego nazwisko firmy konsultingowej. Berger wykorzystuje gęstą sieć powiązań w niemieckich kręgach biznesowych i politycznych. Doradzał między innymi tzw. Urzędowi Powierniczemu (die Treuhandanstalt). Niewielu o tym bycie słyszało, a ci którzy słyszeli zdążyli już dawno o nim zapomnieć. Była to specjalna agencja rządowa powołana przez władze dawnego RFN, której zadaniem było splądrowanie NRD-owskiej gospodarki po aneksji tego państwa przez Niemcy zachodnie. Treuhandanstalt miał dokonać szybkiej i masowej prywatyzacji wszystkiego co się dało po “zjednoczeniu”. Później urząd ten okazał się też wcale przydatny przy w opracowywaniu tak zwanej Agendy 2010, czyli ostatecznie przypieczętowującego, czy raczej podsumowującego, przejście niemieckich socjaldemokratów na jedynie słuszną wiarę liberalną z czasó kanclerza Gerharda Schrödera. Z grubsza chodziło o to, aby zdewastować rozbudowany system wsparcia socjalnego i zastąpić go skąpymi zasiłkami.
Charles Édouard-Bouée,
wieloletni dyrektor generalny w firmie Bergera, został na jego prośbę w Augustus Intelligence „prezesem do spraw biznesowych”. Der Spiegel opublikował zdjęcie Bergera wraz z Amthorem, Maassenem oraz założycielem AI Hauptem zrobione w czasie ich pobytu w pięciogwiazdkowym hotelu w szwajcarskim luksusowym kurorcie Sankt Moritz.
August François von Fink
jest jednym z najważniejszych darczyńców Augustus Intelligence. Podobno zainwestował w firmę 11,2 miliona dolarów. Fink ma się rozumieć nie wypracował z tego ani centa. Odziedziczył fortunę po dziadku-bankierze Auguście von Finku. Zwążywszy na nazistowski fundament całej tej łajdackiej społeczności nie będzie niespodzianką, że w latach 20. XX wieku ów dziadek finansował Adolfa Hitlera, a potem pięknie się obłowił przejmując masowo mienie pożydowskie, dzięki prawodawstwu wprowadzonego po przejęciu władzy przez przywódcę III Rzeszy.
Familia Fink pozostaje jedną z najbogatszych w Niemczech. Przez wiele lat August von Fink Młodszy, ojciec Augusta François, udzielał wielomilionowego wsparcia finansowego partiom i ruchom skrajnie prawicowym, które ostatecznie doprowadziły do ​​powstania skrajnie ekstremistycznej Alternatywy dla Niemiec (AfD). Ogromne kwoty zainwestował także w samą AfD. W 2009 roku firma Mövenpick, która była wówczas własnością Finka, przekazała 1,1 miliona euro neoliberalnej pro-biznesowej Wolnej Partii Demokratycznej (FDP), która w geście wdzięczności, gdy współtworzyłą niemiecki rząd, obniżyła podatek VAT dla branży hotelarskiej, na czym zyskał oczywiście koncern Mövenpick. Tak, tak dokładnie ten znany w Polsce głównie z rozprowadzania lodów. Zmrożone słodycze są jednak tylko częścią działalności gospodarczej tego konsorcjum i to mniejszą, dzieloną zresztą w toku akrobacji biznesowych z innymi gigantami spożywczymi; część ważniejsza to Mövenpick Hotels & Resorts, czyli właśnie branża turystyczno-hotelarska.
Dalej
Hans-Georg Maassen,
który do listopada 2018 roku kierował niemieckim kontrwywiadem cywilnym, czyli Federalnym Urządem Ochrony Konstytucji (niem. Bundesamt für Verfassungsschutz, BfV) ściśle współpracował z AfD, miał powiązania z AI, czego dowodem jest przytoczone wyżej zdjęcie ze spotkania w hotelu w Sankt Moritz. Według dzienikarzy Der Spiegel Maassen zwykł latać do Stanów Zjednoczonych prywatnym odrzutowcem razem z Hauptem. Pomógł także jednemu z pracowników tej firmy uzyskać obywatelstwo niemieckie.
W 2018 r. Maassen został zmuszony do przejścia na wcześniejszą emeryturę, gdyż udowodniono mu powiązania z AfD. Ma się rozumieć, krzywdy nie miał – od tego czasu stał się rzecznikiem WerteUnion (niem. sojusz wartości) – prawicowej frakcji w CDU i CSU, która ma wielu zwolenników w koalicji do których zalicza się m. in. Philipp Amthor. Poglądy reprezentowane przez tę grupę są dość zbliżone do tych, które w Polsce reprezentuje Konfederacja.
I jeszcze
August Hanning.
Ten przyznał na łamach Die Zeit, że ma pisemną umowę z Augustus Intelligence, obejmującą usługi doradcze i konsultingowe. Nie ujawnił, w jakiej materii i komu doradza.
Podobnie jak Maassen, Hanning jest centralną postacią niemieckiego aparatu bezpieczeństwa, a dokładnie wywiadu zagranicznego. Od 1998 do 2005 roku kierował Federalną Służbą Informacyjną (Bundesnachrichtendienst, BND), a od 2005 do 2009 był odpowiedzialny za kierowanie policją federalną, bezpieczeństwo wewnętrzne, migrację, integrację i sprawy związane z uchodźcami w Federalnym Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. W 2015 roku zrobiło się o nim znów głośno, gdy ów opublikował nagonkowy artykuł, w którym skrytykował przyjazną (wówczas) uchodźcom politykę rządu Angeli Merkel.
Na tle tych wszystkich okoliczności, co zresztą stwierdzają dość czytelnie autorzy materiału w Der Spiegel, wnioskować należy, że Amthor został po prostu nominowany przez burżuazyjno-nazistowską klikę na głównego rozgrywającego osobliwej prawicowej konspiracji. Według Der Spiegel, otrzymał on co najmniej 2817 opcji na akcje (kontrakty, które uprawniają jej właściciela do kupna od wystawcy bądź do sprzedaży mu uzgodnionej liczby danego rodzaju akcji. Ma to miejsce w określonym czasie oraz po określonej cenie) od Augustus Intelligence i w maju 2019 roku wszedł w skład jej zarządu. Na spotkania zarządu przylatywał do Nowego Jorku co najmniej dwa razy. Uczestniczył również w spotkaniach na Korsyce i Sankt Moritz . W październiku 2018 r. napisał do niemieckiego ministra gospodarki
Petera Altmaiera
list z prośbą o wsparcie polityczne dla firmy.
Władze CDU forsowały tego 27-letniego prawicowego polityka na przewodniczącego partii w kraju związkowym Meklemburgia-Pomorze Przednie, który jest rodzimym okręgiem wyborczym Angeli Merkel. W następstwie skandalu związanego z AI Armthor ogłosił, że ustąpi z ubiegania się o fotel lidera partii w tym kraju związkowym.
Sprawa Augustus Intelligence pokazuje, że obecna “wielka koalicja” chadeków i socjaldemokratów ma de facto charakter ściśle prawicowy. Politycy stojący na jej czele promują skrajnie prawicowe siły w państwie i aparatach partyjnych, aby realizować swoje resentymenty jako pogrobowcy Hitlera, Bismarca czy Wilhelma II. Ludzie tacy jak bohaterowie śledztwa Der Spiegel promują w kuluarach politykę militaryzmu, pogłębiania nierówności społecznych i tłumienia wszelkiej opozycji. Wszyscy oni Amthor, Guttenberg, Maassen, Hanning, Roland Berger i ich akolici są ściśle związani z rządową koalicją w Berlinie.

Inkasent Trumpa

  • Po co pan prezydent Duda ma takie wielkie plecy?
  • Żeby prezydent Trump mógł go łatwiej protekcjonalnie klepać.

Łupów amerykańskiej wyprawy miało być wiele. Wypasiony Fort Trump pełen importowanego wojska, broń atomowa przechowywana w polskich skrytkach, bojowe śmigłowce, myśliwce, transportowce, no i transfery najnowszej amerykańskiej technologii.
Po spotkaniu okazało się, że pan prezydent Duda przywiózł nam obietnicę otrzymania szczepionki, której jeszcze nie ma, obietnicę sprzedaży elektrowni atomowej w 2031 roku i deklarację zwiększenia rotacyjnego kontyngentu wojsk USA. Przynajmniej o tysiąc żołnierzy, w bliżej nieokreślonej przyszłości. Wartość obietnic nie pokryła nawet kosztów przelotu.
Jedynym przywiezionym realnym łupem przez prezydenta, który zasłynął tam służalczą deklaracją: „Nie miałbym śmiałości sugerować panu prezydentowi Trumpwi…”, jest fotka zrobiona w Białym Domu na potrzeby kampania wyborczej. Ma zaczarować „ciemny lud”, bo tym razem pan prezydent przy biurku siedzi, a prezydent Trump stoi obok.
Bat na kanclerz
Podczas konferencji prasowej prezydent Trump krótko i dobitnie wyjaśnił po co wezwał do Bialego Domu polskiego prezydenta. Otóż Trumpowi nie podoba się aktualna polityka Niemiec i pani kanclerz Merkel też. Nie podoba mu się, że Niemcy ograniczają swe wydatki na zbrojenia i jeszcze skąpią na utrzymanie amerykańskich wojsk stacjonujących na ich terytorium. Na dodatek Niemcy kupują gaz od Rosji, zamiast oferowanego im amerykańskiego LNG. Budują niemiecko- rosyjski gazociąg Nord Stream 2 zamiast terminali dla amerykańskiego LNG.
Na szczęście dla prezydenta Trumpa w dalekiej Polsce doszły do władzy elity PiS. Nasycone rusofobią, germanofobią, frankofobią, islamofobią, skandynawofobią, i wszelkimi innymi fobiami, niczym przysłowiowy Ruski wódką. Elity PiS cynicznie wykreowały wielu wrogów narodu polskiego, a z Rosji uczyniły najgorszego wroga.
Prezydent- biznesmen Trump zaoferował taką ochronę. Ale nie za darmo. W zamian za parasol przed rosyjskimi pociskami, chce uczynić z Polski głównego odbiorcę i dystrybutora amerykańskiego LNG na całą Europę Środkowo- Wschodnią. Zwaną przez PiS „Trójmorzem”.
Wedle planu Trumpa, za poczucie bezpieczeństwa sprzedawanego przez elity PiS polskim wyborcom, polscy podatnicy będą płacili amerykańskim firmom dostarczającym gaz. A także amerykańskiej armii za pobyt jej wojaków. Będą płacili dużo, bo bezpieczeństwo Ojczyzny jest bezcenne. Co elity PiS rozumieją, bo deklarują ponad 2 procent krajowego PKB przeznaczyć na „obronę” kraju. Czyli zakupy amerykańskiego sprzętu wojskowego.
Takie wizje gigantycznych interesów już pobudzają rozrośnięte manie wielkości obecne w elitach intelektualnych PiS. Kreujących nowy sojusz państw Trójmorza, alternatywny wobec sojuszu Berlin- Paryż, a nawet Unii Europejskiej. Elity PiS marzą aby Polska ich marzeń była liderem polityczno- gospodarczym Trójmorza. Przewodziła mu politycznie jako najwierniejszy sojusznik USA, promotor amerykańskich inwestycji w tym regionie. Aby elity PiS jako poborca należnych z tego tytułu prowizji, no i inkasent amerykańskich długów, stworzyły z Polski drugi Kuwejt. A z elit PiS kastę narodowo-katolickich szejków. Problem w tym, że w polityce, nawet międzynarodowej jest jak w szkolnej klasie. Nie lubi się i nie szanuje się takich prymusów – lizusów.
Wyzwoliciele czy okupanci?
Kiedy w 1993 roku polskie ziemie opuszczały ostatnie, stacjonujące u nas wojska post radzieckie, to polskie elity zgodnie uznały, że wreszcie nasze państwo zyskało podstawowy atrybut suwerenności. Nie ma na jego terenie stale stacjonujących obcych wojsk.
Nie minęło 30 lat, a elity PiS, na co dzień deklarujące politykę „Powstawania z kolan”, gotowe są zapłacić każdą cenę za ponowny, stały pobyt obcych wojsk na naszej ziemi.
Zapłacą nie tylko wszelkie koszty pobytu wojskowych. Za zgodę na ich pobyt przepłaca za amerykański gaz i energię atomową. Zgodzą się też na hamowanie rozwoju telekomunikacyjnej technologii 5G w naszym kraju, bo tego chce teraz amerykański Wielki Brat.
Zapłacą za to nie swoimi, tylko naszymi, podatkowymi pieniędzmi.
Dodatkowo obywatele naszego kraju zapłacą jeszcze za bezwarunkowy immunitet amerykańskich żołnierzy stacjonujących w naszym kraju. Każdy popełniony przez nich gwałt, rabunek, burda będzie bezkarny. Bo będą wyjęci spod polskiego sądownictwa.
Polska – Niemcy
Niemcy są najważniejszym partnerem gospodarczym Polski. Potem Czechy, Wielka Brytania, Francja, Włochy, Holandia, Rosja, Szwecja i USA. Obroty handlowe Polska- Niemcy są dziesięć razy większe niż Polsk z USA. A obroty Polska- Czechy trzy razy większe.
Pomimo tego polityczni psychopaci z PiS przy każdej okazji deprecjonują polskie więzi gospodarcze z Niemcami i państwami Unii Europejskiej. W zamian kreują irracjonalną alternatywę gospodarczego eldorado z USA.
Niemcy są gospodarczym mocarstwem. Wzywanie Niemców by się jeszcze zbroiły to kreowanie znanego równania:Niemiecka mocarstwowa gospodarka + niemiecka wielka armia = nowa wojna światowa.
Kto wtedy zagwarantuje Polsce utrzymanie jej zachodnich granic?
Polska – NATO
Polska rządzona przez elity PiS, staje się koniem, a ściślej osłem, trojańskim prezydenta Trumpa w NATO. Chciałaby zza pleców USA osłabić Niemcy, ukarać dumną Francję, pochwalić się swą „kryszą” przed Litwą, Łotwą i Estonią. Prowadzić niby chytrą, lecz służalczą, politykę „Nie miałbym śmiałości sugerować panu prezydentowi Trumpwi…”, ale wszystkie ochłapy spadające z niemieckiego stołu elity PiS z radością wezmą. Przecież to przywódcy mocarstwowego „Trojmorza” należy się.
Polska- Chiny
Przytakujący za każdym razem, podczas ostatniej wizyty, prezydentowi Trumpowi pan prezydent Duda być może nie zauważył, że stał się nie tylko amerykańskim bacikiem do propagandowego chłostania pani kanclerz Merkel. Obsadzono go też w roli kijka na potrzeby wojny Trumpa z Chinami.
Zamiast zachować neutralność w sporze USA – Chiny, polski prezydent bezmyślnie i wbrew polskim fundamentalnym interesom, poparł prezydenta Trumpa. Bezinteresownie. Zapewne „nie miał śmiałości” zaprezentować polskiej racji stanu i interesu narodowego w sporze Trump- Chiny.
Polska- Rosja
Ożywił się i ośmielił kiedy wspomniano o Rosji. Traktowanej przez prezydenta Trumpa jedynie jako uciążliwego konkurenta w handlu gazem. Nie agresora, bo przecież aneksji Krymu Rosja dokonała za rządów „demokratów”, prezydenta Obamy. Politycznego wroga prezydenta Trumpa, o czym nie zapomniał wspomnieć.
Prezydent Trump doskonale wie, że europejskie roszady wojskowe, jakie obecnie dokonuje, nie są strategicznym zagrożeniem dla Rosji. Dla bezpieczeństwa Polski nie mają militarnego znaczenia. Za to dla prezydenta Putina to fajny propagandowy prezent.
Prezydent Putin ma właśnie u siebie referendum, które pomoże wzmocnić jego władzę. Wizja wzmocnienia wojsk USA w Polsce to miód na serce rosyjskich „siłowników”. To argument by dozbroić rosyjskie wojska w Kaliningradzie i przy ich zachodniej granicy z NATO. I nikt rozsądny na świecie nie odmówi prawa Rosji do takiej odpowiedzi. Dzięki wizycie pana prezydenta Dudy w Waszyngtonie, prezydent Putin ma dodatkowe argumenty w swej kampanii wyborczej!.

Stosunki polsko- rosyjskie są złe. Polityczne są niemożliwe do naprawienia póki rządzą w Polsce psycho rusofobi. Kulturalne są ograniczone do minimum. Gospodarcze polegają na tym, że firmy związane z elitami PiS stale kupują rosyjski węgiel i bogacą się na tym. A polscy sadownicy ciągle nie mogą sprzedawać swych owoców do Rosji.

Na osłodę mają od PiS wizję mocarstwowej Polski. Nie tylko tej „od morza do morza”. Teraz sięgającej aż trzech mórz!

Gospodarka 48 godzin

Gorzej z pracą

W dobie pandemii koronawirusa tysiące ludzi straciło lub w najbliższym czasie straci pracę. W kwietniu liczba bezrobotnych w Polsce wzrosła o niemal 60 tysięcy osób, co jednak miało niewielki wpływ na statystyczny, ogólny wzrost bezrobocia. Jak wynika z raportu „Monitor Rynku Pracy” zrealizowanego przez Instytut Badawczy Randstad, w tej chwili ponad jedna czwarta pracowników w naszym kraju poważnie obawia się zwolnienia. W bardzo wielu przypadkach terminy wypowiedzeń już biegną, więc może dojść do szybkiego pogorszenia sytuacji na polskim rynku pracy. Niewykluczone, że wzrośnie liczba rodaków, pragnących wyjechać do pracy „na saksy”. W Niemczech urzędowa stawka minimalna wynosi 9,35 euro brutto za godzinę (około 42,50 zł). Kraj ten, jako członek Unii Europejskiej musi gwarantować równy dostęp do zatrudnienia obywatelom wszystkich innych państw należących do wspólnoty.
Nad Renem i Łabą, mimo kryzysu, występuje wysoki popyt na pracowników sezonowych zwłaszcza w rolnictwie – do prac sezonowych potrzeba tam ponad dwustu tysięcy ludzi. Kolejne tysiące poszukiwane są w sektorze handlu detalicznego oraz w handlu internetowym. Ponadto, jak informuje Niemiecki Związek Pielęgniarek (DPV), jeszcze przed koronakryzysem, brakowało w sumie prawie 200 tys. pracowników w szpitalach, opiece ambulatoryjnej i domach spokojnej starości. Zapotrzebowanie na kolejne prawie 100 tys. pracowników wyraża również tzw. branża opiekuńcza (dotyczy to pracy polegającej na bezpośredniej opiece nad seniorami w ich domach). Wciąż niełatwo jednak wyjechać z Polski do Niemiec. Teoretycznie, zgodnie z przepisami każdy obywatel naszego kraju może przekroczyć granicę polsko-niemiecką, posiadając przy sobie dokument tożsamości (dowód osobisty lub paszport), o ile posiada istotny powód. Takim istotnym powodem może być wyjazd do pracy. Jednak od 10 kwietnia osoby wjeżdżające do Niemiec objęte są obowiązkową, 14-dniową kwarantanną, w czasie której muszą pozostać w domu, a wjazd do tego kraju muszą zgłosić miejscowym władzom.
Od wyżej wymienionych przepisów obowiązuje tylko parę wyjątków, które dotyczą osób pracujących w branży transportowej, medycznej czy opiekuńczej (trzeba wykazać, że pracuje się w tych dziedzinach i że opieka nad starym człowiekiem jest niezbędnym elementem systemu opieki zdrowotnej oraz koniecznym wsparciem dla osoby wymagającej szczególnej troski ), a także pracowników przyjeżdżających do pracy w Niemczech codziennie lub co 5 dni. W dodatku w Niemczech wciąż funkcjonują ograniczenia w poruszaniu się w przestrzeni publicznej. Wyjścia na zewnątrz możliwe są tylko pojedynczo lub w parach, należy też zachowywać minimum 1,5 metrowy dystans od innych osób. We wszystkich niemieckich landach obowiązuje nakaz zakrywania ust i nosa w sklepach i środkach transportu publicznego. Łatwiejsze jest dziś przyjechanie z Niemiec do Polski niż odwrotnie. Od 4 maja zniesiono obowiązek 14-dniowej kwarantanny dla osób, które przekraczają wewnętrzną granicę unijną z państwem sąsiadującym i robią to w ramach wykonywania czynności zawodowych, służbowych lub zarobkowych. Niemcy jakoś nie palą się jednak do szukania pracy nad Wisłą.

Koronawirus po niemiecku

Berlin, Monachium, Stuttgart, Dortmund… tysiące osób zbierało się w miastach i miasteczkach Niemiec, by protestować przeciw przepisom kwarantannowym, które według nich „łamią konstytucję”. Rząd jest zaniepokojony rosnącym w siłę ruchem kontestacji, który przestał być już marginalny. Represjonowanie spontanicznych ludzkich zachowań przybiera na sile również w świecie sportu. Przekonali się o tym piłkarze Herthy Berlin, którzy celebrując radośnie strzelonego gola ściągnęli na siebie falę krytyki.

Zjawisko nasilania się protestów, które ogarnęło niemal cały kraj, zaskoczyło władze, bo w związku ze znaczącym cofaniem się epidemii rozpoczęły one proces znoszenia kolejnych restrykcji. Zaczęło się już piątek w Stralsundzie (na północnym wschodzie kraju), gdzie od 30 lat CDU – partia kanclerz Merkel wygrywa wybory. Prawicowa Alternatywa dla Niemiec (AfD) zorganizowała tam manifestację pod biurem poselskim Merkel: pojawił się tam jej kamień nagrobny przewiązany dużą maseczką. Według Bildu, zdenerwowana kanclerz zareagowała na to rytualnym oskarżeniem Rosjan o „szerzenie dezinformacji” i „podburzanie społeczeństwa”.
Skład polityczny tych protestów pozostaje dość różnorodny. We Frankfurcie nad Menem, gdzie uliczny przemarsz odbywał się również pod kolorami AfD, doszło do kontrmanifestacji pod hasłem „Precz z nazistami!”, w której brali też udział manifestanci lewicowi, wśród których, jak raportują media, byli – paradoksalnie – również przeciwnicy restrykcji, którzy nie chcą jednak, by protesty „zawłaszczyła prawica”. W Bremie, Norymberdze, Lipsku i Hamburgu było podobnie. W tym ostatnim mieście na czele kontrpochodu widniał transparent „To teorie spiskowe zagrażają waszemu zdrowiu!”.
Gdzie indziej manifestanci przeciwni restrykcjom wysuwali głównie hasła „w obronie demokracji”, zagrożonej „faszystowską dyktaturą” sanitarną, która jak się obawiają, miałaby trwać po epidemii. Byli wśród nich ludzie rzeczywiście zaniepokojeni rozmiarem ograniczenia praw obywatelskich, przeciwnicy noszenia maseczek z różnych opcji politycznych, wyznawcy „teorii spiskowych”, antyszczepionkowcy i ogólnie ludzie „zmęczeni” (jak deklarują) przesadną ich zdaniem reakcją rządu na epidemię. Na razie ten zróżnicowany ruch popiera nieco ponad jedna czwarta Niemców. Reszta popiera raczej kanclerz za sprawne zarządzanie w czasie epidemii, lecz według popularnych komentatorów lepiej, by rząd przyspieszył znoszenie restrykcji. Na dzisiaj przeciwnicy przepisów wyjątkowych zaplanowali kolejne manifestacje.
Jak wygląda gra w piłkę nożną – wie chyba każdy. Futbol to sport kontaktowy, podczas meczu przez 90 minut 22 facetów walczy o piłkę. Jeśli więc jeden z zawodników jest zarażony koronawirusem, sytuacji, w których może dość do transmisji wirusa jest podczas potyczki piłkarskiej mnóstwo.
W ten weekend rozgrywki wznowiła Bundesliga – najwyższa klasa rozgrywek piłkarskiej w Niemczech. Oczywiście, z pełnym reżimem sanitarnym – zawodnicy, szkoleniowcy, lekarze, masażyści i sędziowie są poddawani badaniom na obecność wirusa przed każdym meczem.
W 74. minucie wczorajszego spotkania pomiędzy berlińską Herthą a Hoffenheim miało miejsce zdarzenie jakie można uświadczyć na niemal każdym meczu piłki nożnej. Matheus Cunha strzelił trzecią bramkę dla gospodarzy, po czym świętował ten fakt z kolegami z zespołu. Jeden z nich – Vedad Ibisević wskoczył na plecy Brazylijczyka. W tym samym meczu kamery zarejestrowały również jak Dedryck Boyata w przypływie radości dał buziaka Marko Grujiciowi.
Na zawodników Herthy spadła zmasowana krytyka. Zarówno kibice, jak i przedstawiciele niemieckiej federacji oraz dziennikarze stwierdzili, że piłkarze dopuścili się rażącego naruszenia obowiązujących zasad bezpieczeństwa. Organizator rozgrywek rozważał również nałożenie na nich kary finansowej, a nawet dyskwalifikacji. Oficjele argumentowali, że piłkarze zostali zobowiązani do utrzymywania dystansu między sobą. Z tego powodu zaniechano tradycyjnego podawania sobie dłoni przez kapitanów drużyn przed rozpoczęciem meczów. Ostatecznie skończyło się jednak na upomnieniu.
Vedad Ibisević był zmuszony tłumaczyć się przed mediami.
– Nie jest w naszej naturze cieszyć się z bramek samemu. Ta sytuacja jest trudna, a jeszcze trudniejsza, gdy strzelasz gola i nie wiesz, co masz zrobić. Podbiegłem nawet do lekarza drużyny i zapytałem, czy bramka została zaliczona, skoro złamaliśmy przepisy. Emocje są tak duże i tak długo czekaliśmy na mecze, że to po prostu w nas eksplodowało – przyznał reprezentant Bośni i Hercegowiny. Bundesliga jest pierwszą europejską ligą piłkarską, która zdecydowała się wznowić rozgrywki. Mecze odbywają się bez publiczności.

Suwerenność w ramach Unii – skąd i dokąd?

W sporze między rządem PiS, a Komisją Europejską i Trybunałem Sprawiedliwości UE jest od kilku dni w użyciu argument: Niemcom wolno więcej. Chodzi o wyrok niemieckiego Sądu Konstytucyjnego w Karlsruhe, który uznał, że w określonym przypadku wewnętrzne prawo niemieckie nie jest podległe prawu europejskiemu.

Ponieważ wbrew stanowisku naszego TK, TSUE wydał niedawno zabezpieczenie w sprawie dotyczącej Izby Dyscyplinarnej SN, mówi się, że trybunał niemiecki może bezkarnie krytykować i nie zgadzać się z orzeczeniami TSUE, czy innych instytucji europejskich, a nasz TK nie. Mamy więc rzekomo do czynienia z ewidentnie różnym traktowaniem obu trybunałów.
Otóż nic bardziej mylnego. Bezpośrednie porównywanie obu przypadków nie ma sensu, gdyż jeden trybunał orzeka w sprawie zgodności z konstytucją swojego państwa, a drugi w sprawie zgodności z konstytucją swojego. To nie jest jedna i ta sama konstytucja, która jest przetłumaczona na dwa języki i obowiązuje tu i tu, jeden do jednego.
Po drugie – materia jest zupełnie inna. W przypadku Trybunału z Karlsruhe chodzi o kompetencje Europejskiego Banku Centralnego do skupowania obligacji państwowych i innych papierów wartościowych. Jest to więc kwestia z zupełnie innego obszaru niż ten, który dotyczy polskiego wymiaru sprawiedliwości. To są zastrzeżenia natury, że tak powiem, trzeciorzędnej w stosunku do zastrzeżeń, które są formułowane przez TSUE pod adresem polskiego wymiaru sprawiedliwości. Tam różnica polega na różnicy poglądów w kwestiach finansowych, co skutkuje obecnie pewnym rodzajem dialogu. Na ma podważania kompetencji instytucji europejskich i na pewno nie ma także konfliktowania się z Unią Europejską, jako całością.
Natomiast przedmiotem sporu między polskim wymiarem sprawiedliwości, a TSUE i Komisją Europejską są zasady, na których zbudowana jest Unia Europejska – czyli władza prawa i praworządność. Zachowania, jakie prezentuje polski TK są traktowane jako zachowania, które kwestionują fundamenty UE. To jest zasadnicza różnica. Porównywanie wyroku sądu z Karlsruhe w kwestiach bankowości i finansów z materią orzeczeń naszego TK, jest całkowitym pomieszaniem pojęć.