Jak świat światem Niemiec nie będzie Polakowi bratem?

Rozwój stosunków polsko – niemieckich w ostatnich latach jest niewątpliwie historią sukcesu, co z perspektywy wielowiekowych zmagań z naszym zachodnim sąsiadem wcale nie było takie oczywiste. Jednak dobre relacje lepiej rozwijają się bardziej na poziomie międzyludzkim niż politycznym. Trudna przeszłość odcisnęła się piętnem na kolejnych pokoleniach Polaków, zakorzenił się wytworzony obraz Niemca jako między innymi wroga, zaborcy i okupanta. Wacław Potocki w XVII wieku, w Wojnie chocimskiej, zapisał: „Póki świat światem, nigdy Niemiec nie będzie Polakowi bratem”. W pamięci żyjących jeszcze świadków II wojny światowej przeżyte okrucieństwa i bestialstwa stosowane przez „rasę panów” nie pozostają bez wpływu na wizerunek współczesnych Niemiec. W Polsce niemieccy żołnierze bez sprzeciwu wykonywali rozkaz: „Bądźcie bezlitośni, bądźcie brutalni!”. Zniszczenie Polski i wymordowanie Polaków mało być pierwszym zadaniem, nawet gdyby wojna miała wybuchnąć na Zachodzie.
Wojenna agresja nie we wszystkich jednak zabija współczucie i bezinteresowność. Takim ofiarnym zachowaniem wobec wrogów może poszczycić się Stanisław Skalski, najbardziej skuteczny lotnik biało-czerwonej szachownicy czasu II wojny światowej.

Polska od ponad tysiąca lat leży w strategicznie ważnym miejscu Europy. Jej geopolityczna i geostrategiczna sytuacja uwarunkowana była powstawaniem nowych państw, zmianami granic, a przede wszystkim położeniem między Niemcami i Rosją, których agresywna polityka rozszerzania wpływów, kosztem ziem polskich, była dla Polaków zawsze zagrożeniem. Bezpośrednie sąsiedztwo geograficzne Polski i Niemiec sprawia, iż od wieków dzieje obu państw i narodów są ze sobą nieuchronnie związane. W kulturze każdej nacji wizerunek sąsiada nacechowany jest emocjonalnym podejściem, pozostaje w pamięci i jest przekazywany z pokolenia na pokolenie. Na negatywny stosunek do Niemców mają, pozostające ciągle w żywej pamięci, konflikty zbrojne, zwłaszcza te w XX wieku, w których trudno znaleźć budujące przykłady, choćby poprawnych relacji. Szczególnie druga wojna światowa, okupacja hitlerowska i eksterminacja narodu polskiego pozostawiła u wielu ludzi niezabliźnione rany. Trudno też spokojnie przejść nad historią stu dwudziestu trzech lat zaborów.
Niezwykły finał walki powietrznej porucznika Skalskiego
Kolejny wrzesień pomimo upływu czasu, to dla wielu świadków wojennych wydarzeń nieustanne przeżywanie, wciąż na nowo tragicznych sytuacji. Utrata bliskich, przyjaciół, dorobku życia, ruiny i zgliszcza zostawiają niezatarty ślad na całe życie, trudno z takim bagażem powrócić do normalności. Polska była pierwszym krajem, który ukazał ducha walki i zbrojnie przeciwstawił się wspólnej agresji Niemiec i Związku Sowieckiego oraz ich dążeniu do zmiany porządku na świecie. Już początek wojny ukazał, iż obaj agresorzy będą prowadzić ją w sposób bezwzględny, a ich działania kierowane będą nie tylko przeciwko regularnym jednostkom wojskowym, ale również ludności cywilnej, bez przestrzegania stosownych konwencji międzynarodowych. Wrześniowe wydarzenia ukazały, iż jest to wojna na wyniszczenie. Na przyjaznym dotąd błękicie nieba, ku któremu kierował się wzrok zaciekawionych entuzjastów awiacji podziwiających latające maszyny, pojawiły się samoloty z czarnymi krzyżami niosące śmierć i zniszczenie. Polscy piloci bez wahania podejmowali zmagania z wrogiem.
Mieszkańcy Pędzewa byli świadkami takiej walki powietrznej stoczonej przez polskiego pilota, lecącego samolotem myśliwskim P-11, z załogą niemieckiego samolotu zwiadowczego Henschel Hs 126. W 1989 roku naoczny świadek tego wydarzenia tak opisał to w liście do generała Stanisława Skalskiego: „Miałem dwanaście lat. Pierwszego września 1939 roku dotarła do wsi wiadomość o wybuchu wojny. Mama posłała mnie na rowerze po zakup chleba. W pewnym momencie zauważyłem krążące dwa samoloty. Jeden samolot polski, a drugi niemiecki. Piloci obydwu samolotów strzelali do siebie (…). W pewnym momencie samolot niemiecki zawirował i zmuszony był do lądowania. (…) Pan wylądował błyskawicznie na podorywce. Wybiegł Pan z samolotu i biegł Pan w kierunku samolotu niemieckiego zostawiając swój samolot „na chodzie”. Po kilku krokach zrobił Pan zwrot, wrócił do samolotu i wyłączył silnik. Po tym udał się Pan ku Niemcom, którzy już wydostali się ze swego samolotu. Byli ranni. (…) W szybkim czasie udzielił im Pan pierwszej pomocy. (…) Ze wszystkich stron biegli chłopi pracujący na polu. Zbliżali się coraz bardziej do miejsca wydarzenia. Pan wówczas zarządził odstąpienie ludności cywilnej na pewną odległość. Wkrótce przybyła policja, która zajęła się dalszą sprawą. (…) Dopiero przed kilkoma laty dowiedziałem się, że tym polskim pilotem był generał Stanisław Skalski (…).1
Dokładne okoliczności swojej pierwszej walki opisał Stanisław Skalski w książce „Czarne krzyże nad Polską” z 1957 roku. Bardzo niezwykły przebieg miała ta pierwsza stoczona przez Skalskiego walka, a jego nietypowe zachowanie nie miało sobie równego w historii II wojny światowej. Mając przewagę wysokości po prostu dopadł nieprzyjaciela. Serie z jego karabinów maszynowych spowodowały przymusowe lądowanie. Henschel skapotował, czyli przewrócił się na plecy. Było między 5.30 a szóstą rano. Nadal wiedziony jakimś instynktem, jednak dalekim od zdrowego rozsądku, Skalski nie myśląc wcale, że przy takim zetknięciu z ziemią może się zabić, wylądował wzdłuż bruzdy, 90° w stosunku do zestrzelonego Niemca. Takie posadowienie samolotu uchroniło jego i maszynę od katastrofy. Po latach w rozmowie z autorką tak to skomentował: „Dzisiaj patrzę, to jest palec boży (…). Byłem młody, głupi, ale miałem szczęście, bo mogłem się zabić”.
Jednego z pilotów ciężko rannego szybko opatrzył, w czym pomogła Skalskiemu jakaś kobieta, kapotaż zwabił wielu ludzi. Po chwili dostrzegł drugiego lotnika, w maskującym kombinezonie niemal niewidocznego w pobliskich krzakach, też rannego. Skalski chciał w jego kierunku wyciągnąć broń, ale przypomniał sobie, że w chwili alarmu podrywającego samoloty do lotu na spotkanie z Niemcami przerwał strzelanie do butelek, którym wraz z kolegą pilotem skracali niecierpliwe oczekiwanie na rozkazy i rzucił pistolet na ziemię. Niezrażony tym, że był bezbronny, włożył rękę do kieszeni gdzie miał papierośnicę, która teraz imitowała broń. Skalski odebrał Niemcowi Mausera, poczęstował papierosami i opatrzył rany. Znienacka „Niemiec, który przez cały czas obserwował pilnie nasze czynności, nachylił się i zupełnie nieoczekiwanie pocałował mnie w rękę. Cofnąłem się jak oparzony. Na krótki moment wzrok nasz się skrzyżował. Moje oczy nie wyrażały chyba nic prócz zdziwienia, w jego dojrzałem wyraźną wdzięczność. Na uśmiech odwzajemniłem się również uśmiechem. Wiedziałem, że mój ludzki obowiązek nakazywał mi spełnić to, co czyniłem teraz, do końca. Winien tragedii był przecież ktoś inny – ten, kto rzucił nas przeciwko sobie”.2
Nie wszyscy patrzyli przychylnie na takie postępowanie. „Tłum począł groźnie pomrukiwać pod adresem Niemców. Lepiej ich na tę gałąź za nogi i głową do wody, a nie opatrywać jeszcze”.3 Zdecydowana postawa Skalskiego pozwoliła uniknąć samosądu – kazał dróżnikowi wezwać sanitarkę po rannych. Hauptman Friedrich Wimmer i obserwator Siegfried von Heymann, rówieśnicy Skalskiego, jeńcami byli do 7 września, kiedy to Niemcy wkroczyli do Torunia. Uratowani piloci, w niewoli, natarczywie domagali się nazwiska dobrego ducha, który otoczył ich opieką. Gdy zaspokojono ich ciekawość usłyszano zapewnienie, że gdyby Skalski trafił do niewoli niemieckiej będzie traktowany po ludzku.
Wojna nie ma w sobie nic ze szlachetności i wielkoduszności, każda przemoc jest niezbędna do osiągnięcia celu wojny – wszak zwycięzców się nie sądzi. Zwycięzcy mają krótką pamięć, to przegrani pamiętają wszystko. Zakaz powodowania niepotrzebnego cierpienia, zasada humanitaryzmu staje w sprzeczności z przemocą, która jest integralnym elementem walki zbrojnej, czyli ranienia i eliminowania żołnierzy strony przeciwnej.
Innym razem, po zestrzeleniu Henschla, Skalskiemu znowu przypadło w udziale wzięcie nieprzyjaciela do niewoli. Tym razem postanowił zrobić to z powietrza. Tak to opisał w swojej książce: „Rzucam maszynę na skrzydło i lekko nurkując na wprost biegnącego Niemca, oddaję przed niego krótką serię. Pada na ziemię. Wykręcam nad uciekającym i widzę, że biegnie w dalszym ciągu. Takiś ty – myślę. Powtarzam manewr, celując tym razem dużo bliżej z zachowaniem jednak nadal pełnego bezpieczeństwa Niemca. Dopiero po trzecim nalocie uciekający klęka na grudzie i poczyna wymachiwać białą chustką. Kiwam głęboko skrzydłami na znak, że przyjmuję jego rezygnację. Krążę nad nim aż do chwili, gdy czterech naszych piechurów dopada jeńca. Eskortuję wszystkich aż do linii okopów. Po kilku figurach akrobacyjnych nad rozentuzjazmowanymi żołnierzami, żegnany rzucaniem w górę czapek i hełmów, odlatuję biorąc kurs na północ”.5 Ponieważ ogólnie znany był wyczyn Skalskiego z pierwszego września, pilot Stach Zieliński zakpił: „Tego, co wyskoczył, znów pan odstawił do niewoli? Trzeba było wylądować”.
Jeszcze w szkole podchorążych Skalski zadał pytanie kapitanowi Kosińskiemu wykładającemu regulamin lotnictwa czy ma prawo strzelać do nieprzyjacielskiego pilota, kiedy ten wyskakuje z samolotu. W odpowiedzi usłyszał, jeśli nieprzyjaciel skacze nad swoim terenem, to obowiązek nakazuje zbicie go, bo wyląduje, wsiądzie do samolotu i znów może kogoś strącić czy zabić – skaczący nieprzyjaciel jest bezbronny, ale to ciągle nieprzyjaciel. Jeśli natomiast ląduje na terenie sobie wrogim, to strzelanie do niego jest zbrodnią. Te słowa głęboko zapadły Skalskiemu w pamięć.
Niemiecki humanizm wojenny
Czwartego września został trafiony samolot kapitana Mirosława Leśniewskiego (dowódcy 142 eskadry, w skład której wchodził Skalski), który lądował przymusowo, a Messerschmitty wściekle atakowały rannego, wiszącego na pasach do góry nogami, pilota. Skalski widział Leśniewskiego pokrwawionego i poparzonego, wysłuchał jego relacji zakończonej smutną konkluzją: „Strzelają nawet do pokonanego przeciwnika, nawet do rannego! Trzeba ich opatrywać tak samo, jak i oni mnie. Masz teraz namacalny przykład. Dwie próbki humanitaryzmu: twojego, polskiego i ich”.5 Mirosława Leśniewskiego, którego Skalski wspominał jako największego przyjaciela, brata, ojca, wzór oficera, żołnierza i pilota, zmarł kilka dni później. Dla Skalskiego „to był mord, zwyczajny mord”, choć zaraz dodawał: „Usprawiedliwienie ja dla tego Niemca mam. On walczył nad terenem nieprzyjacielskim. Zniszczył nieprzyjaciela, wszystko jedno czy w powietrzu czy na ziemi, Jednak z naszego punktu moralnego, walki honorowej, to był zwyczajny mord”.6
Kapitan Florian Laskowski (przyjaciel, prekursor walk powietrznych w czwartym pułku lotniczym w Toruniu), ciężko ranny, wykrwawił się na śmierć, bo Niemcy nie pozwolili udzielić mu pomocy. Skalski zawsze i wszędzie (także podczas wykładu o rozwoju polskiej taktyki lotnictwa myśliwskiego od początku wojny, w Tampa na Florydzie w 1944 roku dla wyższych oficerów amerykańskich) podkreślał, co zawdzięczał swemu dowódcy w dywizjonie myśliwskim: „Był on jednym z niewielu młodych oficerów, który zdawał sobie sprawę z przyszłości lotnictwa. On to właśnie przygotował nas do wojny jak nikt na świecie. Laskowski wpoił w nas to, co w boju najskuteczniejsze i najważniejsze. Przewidywał, co może nas czekać w nadchodzącej wojnie. Wyrobione przez niego nawyki sprawdziły się podczas bitwy o Wielką Brytanię”.7
Skalskiemu, podobnie jak innym żołnierzom, obrazy z pól bitewnych pozostały do końca życia. „Rasie panów”, w myśl doktryny nazistowskiej, wpojono, iż stosunek do Polaków ma być bezwzględny. Realizowali eksterminację narodu polskiego od pierwszego dnia wojny. Brutalnej masakry pierwszego września 1939 roku doświadczyli pogrążeni we śnie mieszkańcy Wielunia. Dzielni niemieccy piloci zniżając lot strzelali do bezbronnej ludności na zatłoczonych uchodźcami drogach. Barbarzyństwa doświadczała Warszawa przez cały czas wojny, zmieniona w gruzowisko po postaniu warszawskim. Śmierć milionów cywili w nieludzkich warunkach. Tego nie da się wymazać z ludzkiej pamięci. Jednak czas się nie zatrzymał, i choć nie wszystkim zabliźniły się rany trzeba było się podnieść i żyć dalej.
Trzydzieści lat dobrego sąsiedztwa i współpracy
Od zakończenia wojny minęło siedemdziesiąt sześć lat. Coraz mniej bezpośrednich świadków tragicznych wydarzeń, ich potomkowie – jedni znając je z opowieści utrwalają historię i przekazują następnym pokoleniom, dla innych to zbyt odległa przeszłość, by się z nią identyfikować. Formalnie Polska należała do zwycięzców w drugiej wojnie światowej. Poniesione dotkliwe straty ludnościowe, gospodarcze i terytorialne nie sprzyjały normowaniu stosunków z Niemcami. Dodatkowo znalezienie się w strefie wpływów Związku Sowieckiego, członkostwo w Układzie Warszawskim i RWPG powodowało narastanie kontrowersji dotyczących historii najnowszej. Restrykcje polityczne znikły dopiero w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Po przełomie w Europie znikły przeszkody utrudniające swobodną wymianę ludzi i idei. W dużym stopniu usunięte zostały mentalne bariery i lęki istniejące dotąd w odniesieniu do wielu tematów. Następne pokolenie zaczęło podejmować dyskusje rozliczenia się z przeszłością podejmując wysiłki zmierzające do przełamania trudnego sąsiedztwa, obcości czy wręcz wrogości, nie zapominając przy tym o trudnych doświadczeniach w relacjach polsko – niemieckich. Warunkiem rozliczenia się z przeszłością było i jest nie wypieranie obciążających doświadczeń, lecz podejście do nich bez uprzedzeń, na zasadzie merytorycznej dyskusji. Dawni przeciwnicy, jako obecni sąsiedzi, muszą znaleźć kompromis, by razem żyć w zaistniałej rzeczywistości.
Podczas kiedy w Polsce historia wojenna była świetnie znana, w Niemczech musiało upłynąć wiele lat, by po okresie przemilczania młode pokolenie usłyszało prawdę o narodowym socjalizmie, zbrodniach i cierpieniach ofiar. Pełna konfliktów historia Polaków i Niemców determinowała powściągliwość we wzajemnych kontaktach po obu stronach granicy. Sytuacja uległa zmianie, więzi stały się ściślejsze, wraz z nową sytuacją geopolityczną. Wspólna przynależność do zachodniego sojuszu obronnego, członkostwo Polski w Unii Europejskiej zmieniły także nastawienie młodych ludzi w obu krajach do wzajemnych relacji. Zmiany w skali globalnej, łatwy dostęp do wszelkich informacji spowodowały ujednolicenie się kultury młodzieżowej. Styl życia w Europie i Stanach Zjednoczonych upodobnił się, młodzi ludzie nie odczuwają wielkiej różnicy we wzajemnych kontaktach, choć zachowują tradycje regionalne przekazywane z pokolenia na pokolenie. Młodym ludziom łatwiej przyszło pokonać uprzedzenia i nawiązać życzliwe relacje.
Upływające trzydzieści lat od podpisania 17 czerwca 1991 roku Traktatu o dobrym sąsiedztwie i współpracy wskazują, że oba kraje potrzebowały dobrego sąsiedztwa warunkującego też stabilność polityki europejskiej. Okazało się możliwe przełamanie zadawnionych antagonizmów, dotyczących choćby kwestii granic czy mniejszości narodowych. Nowe pokolenia Polaków i Niemców zasługują na kontynuację Traktatu, ale podążając za zmianami w Europie, także na nowe otwarcie w sferze wzajemnych kontaktów.
W stosunkach polsko-niemieckich obecne relacje międzyludzkie, w sferze biznesu i współpracy samorządowej są tak dobre, jak nie były nigdy. Dobrze funkcjonuje partnerstwo między miastami, pandemia pokazała, że relacje społeczne w tym czasie jeszcze się umocniły. Jeżeli przyjrzeć się relacjom politycznym, to tak złe nie były od trzydziestu lat. Antyniemiecka i antyunijna polityka PiS skutecznie zmarginalizowała pozycję Polski na świecie. Globalnemu układowi sił – szczytom Unii Europejskiej i NATO, spotkaniom grupy G7 Polska przeciwstawia utopijne propozycje regionalne, którymi nikt z wielkich tego świata nie jest zainteresowany. Pretendowanie PiS-u do mocarstwa regionalnego, schizofreniczny sen o potędze Polski liczącej się na arenie międzynarodowej wykazuje tylko dyletanctwo prowadzonej polityki zagranicznej. Udało się skonfliktować Polskę ze wszystkimi sąsiadami.
W Europie Środkowej, między Renem, Dunajem, Bałtykiem a Alpami, żyje około dwustu milionów mieszkańców. Niemcy z liczącą ponad osiemdziesiąt milionów populacją zajmują w niej dominującą pozycję, z najlepiej rozwiniętą gospodarką i to oni rozszerzają swoje wpływy w tej części Europy. Będąc najsilniejszym demograficznie, politycznie i gospodarczo państwem Unii Europejskiej, Niemcy praktycznie są w niej liderem. Z tej pozycji potrafi korzystać Francja stając się ich bliskim sojusznikiem.
Starsze pokolenie Polaków, mając w pamięci bestialstwa hitlerowskiej okupacji w czasie II wojny światowej, odnosi się do Niemców z obawą, wręcz niechętnie. Trudno im nadal zaakceptować, iż wojenni wrogowie znaleźli się w NATO i mają dominującą pozycję w Europie. Jednak przemiany ustrojowe w Polsce po 1989 roku, wraz ze zmianami pokoleniowymi w obu krajach, pozytywnie wpłynęły na dobre sąsiedztwo. Obserwując doświadczenia trzech ostatnich dekad można stwierdzić, iż Niemcy nie są państwem wrogim Polsce. Wręcz jest jednym z niewielu najbardziej propolsko nastawionych krajów. Wzajemne relacje oceniane są dobrze, ale ich podłożem są przede wszystkim współzależności gospodarcze. Większość społeczeństwa, zarówno polskiego, jak i niemieckiego, pozytywnie ocenia globalną rolę Unii Europejskiej, która przyczynia się do wzmocnienia ładu i bezpieczeństwa w świecie, a także widzą w Rosji kraj powodujący zaostrzenie konfliktów na arenie międzynarodowej.
Niemcy wspierały Polskę w wielu sprawach, zwłaszcza na etapie starań Polski o przyjęcie do Unii Europejskiej. Wielorakie powiązania historyczno-kulturowe Polski i Niemiec, wspólna przynależność do Paktu Północnoatlantyckiego i Unii Europejskiej stworzyły warunki do pogłębionego dialogu polsko-niemieckiego. Nawiązany dialog między narodami nie przekłada się jednak na relacje polskiej prawicy, która zamiast wygaszać napięcia polityczne, pogarsza dobre stosunki eskalując wyimaginowane konflikty. Niemcy są głównym polskim partnerem handlowym i antyniemiecka obsesja wyjątkowo szkodzi Polsce.
Pisowska sztuka dyplomacji
Dziwnie niezrozumiała jest polska polityka zagraniczna ostatnich lat. Dotychczasowy serwilizm w stosunkach polsko-amerykańskich w stosunku do rządów Trumpa, po wyborze na prezydenta Joe Bidena nabiera cech wrogości, czego widocznym efektem jest także zamach na wolne media, już nie tylko polskie. Przygotowanie ustawy anty-TVN to wyjątkowo bezrozumna rozgrywka PiS. Kiedy Polska wychodziła spod dominacji ZSRR, a państwa europejskie wyczekiwały, co wyniknie z tej sytuacji, to Amerykanie jako pierwsi oferowali pomoc. Chętnie przyjmowano wsparcie zarówno od rządu amerykańskiego, organizacji pozarządowych jak i biznesu. Obecna arogancja polskiego rządu to prosta droga do kłopotów, dla Polski, nie dla Amerykanów. Kiedy Europa liczy na poprawę stosunków transatlantyckich i stara się utrzymać partnerskie stosunki ze Stanami Zjednoczonymi, ekipa PiS wywołuje konflikt lex TVN, poważnie narażając na szwank ideę sojuszu z USA. Fundamentem liberalnej Ameryki jest nade wszystko przywiązanie do wartości demokratycznych.
Prócz dążenia do nadwyrężenia relacji biznesowych podwyższonym stanem ryzyka dla amerykańskich inwestycji ważniejsze są kwestie bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. Waszyngton, nie tylko rząd, ale i Kongres, a przede wszystkim opinia publiczna wyczulone są na naruszanie w relacjach międzynarodowych praworządności, wolności gospodarczej, a nade wszystko wolności mediów i prawa do nieskrępowanych wypowiedzi, w tym także krytykowania władzy. Strategia PiS od dawna wykazuje, iż trudno traktować rządowych polityków poważnie, nie potrafią być partnerami w rozmowach i prowadzić merytorycznej dyskusji, polityka zagraniczna nie reprezentuje interesów Polski, ale partykularyzm kasty rządzącej. Zniszczyć dobre relacje z Ameryką, to znaczy zagrozić absolutnie najbardziej żywotnym interesom Polski. Po absurdalnej inwestycji w prezydenturę Trumpa była nadzieja na powrót do unormowania wzajemnych stosunków. Administracja Bidena nie chce i nie będzie współpracować z autorytarnym rządem demolującym ustrój demokratyczny.
Negatywny wpływ działań PiS-u na wizerunek Polski za granicą, to zaprzepaszczenie bardzo dobrego wcześniejszego prestiżu. Obecna strategia doprowadziła także do utraty reputacji i wpływów Polski w Unii Europejskiej. Dla PiS-u członkostwo unijne to nie cel prowadzenia skutecznej polityki zagranicznej, ale zaplecze mające poprawić kondycję finansową nieudolnie rządzonego państwa. Nie zwracanie uwagi na politykę i interes europejski, toksyczny ton rozmów, nie szukanie kompromisów, brak współpracy z innymi krajami, to nie tylko cofanie w rozwoju, ale doprowadzenie do osamotnienia Polski w Europie.
Pisowski prezydent wraz z Obozem Zjednoczonej Prawicy pod przywództwem PiS w 2015 roku ewidentnie pokazał swoją niekompetencję, także w prowadzeniu polityki zagranicznej, budując sojusz z Wielką Brytanią, który skutecznie rozwiał się po ogłoszeniu wyników brytyjskiego referendum dotyczącego wyjścia z Unii Europejskiej.
Polityka rządów premiera Donalda Tuska w latach 2007-2015 nastawiona była na dobre relacje z Republiką Federalną Niemiec, ze względu na najbliższe sąsiedztwo, ale także, iż jest to największe i najpotężniejsze państwo w Unii Europejskiej. Oparcie na silnych sojusznikach, mocnej koalicji oraz dbałość o te przyjazne relacje, dawało gwarancję polskiej niepodległości i dobrobytu. Natomiast PiS politykę Polski wobec Niemiec określił „koncepcją wroga”. To podejście pokutuje do dziś, straszenie wrogiem wywołuje obsesję antyniemiecką wśród elektoratu pisowskiego, szczególnie starszego pokolenia Polaków, wynikające z zaszłości historycznych i wzmocnienia międzynarodowej pozycji Niemiec. Warto przypomnieć, iż rok 2005 stał się swoistą cezurą w stosunkach polsko-niemieckich. Do momentu przejęcia władzy przez PiS w 2005 roku, uważano Niemcy za państwo, które walnie przyczyniło do procesu akcesyjnego Polski do NATO i Unii Europejskiej, później za największe zagrożenie dla polskiej polityki.
Obecnie wodzowska partia, niezdolna do żadnej refleksji, ignorując polskie interesy robi wszystko żeby skłócić się z Niemcami, a poziom antyniemieckich resentymentów prezentuje przede wszystkim w mediach rządowych. Germanofobia opłaca się politykom, bo trafia do pozbawionego zmysłu krytycznego elektoratu PiS. Jest jednak wyjątkowo szkodliwa dla osamotnionej w Europie Polski. Niemiecka polityka pod rządami kanclerz Angeli Merkel, przewidywalna i bezpieczna, dobiega końca. Nie widać w Niemczech polityka, który tak mocno podkreślał konieczność jedności europejskiej, nawet za wszelką cenę. Na skutek polskiej polityki wewnętrznej Polska od dawna nie jest postrzegana jako konstruktywny partner w Unii Europejskiej. Władze RFN do tej pory umiarkowanie krytykowały posunięcia polskiego rządu. Dyplomatycznie starały się, by problem naruszania praworządności nie stał się sporem polsko-niemieckim, ale rozwiązywany był na szczeblu unijnym. Rząd polski powinien życzliwie przyglądać się nowej władzy i od początku wypracowywać pozytywne zasady współpracy, a dzięki temu wzmacniać sojusz i partnerstwo.
Członkostwo Polski w NATO i Unii Europejskiej stało się gwarantem bezpieczeństwa, a polskie interesy w Europie są uzależnione od rozwoju współpracy z władzami unijnymi oraz głównymi sąsiadami – Niemcami, Rosją i Ukrainą. Niemieccy politycy od lat zaangażowani w porozumienie między Niemcami a Polakami podkreślają, iż PiS i jego zwolennicy, to jednak nie cała Polska. Czas pokaże, czy po jesiennych wyborach utrzyma się tendencja harmonijnych relacji z RFN, czy silne polskie nacjonalistyczne tendencje i brak dobrej woli rządu, dodatkowo szczującego Niemców przy użyciu publicznych mediów, nie przekreślą dotychczasowego dobrego, przyjaznego stosunku.
Germanofobia w Polsce jest elementem prowadzenia obecnej polityki wewnętrznej. Geniusz polityczny PiS, przejawiający się między innymi w naruszaniu praworządności, eliminowaniu wolnej prasy, ataku na niezależne sądy, przejęciu Trybunału Konstytucyjnego, czy słynnym wyniku (27:1) głosowania mającego zablokować ponowny wybór Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej, to poważne źródło problemów polityki zagranicznej. Polityka w rękach szaleńców skazuje Polskę nie tylko na ostracyzm państw posiadających silne instytucje demokratyczne, ale i nałożenie dotkliwych sankcji finansowych. Polska jako część Unii Europejskiej zobowiązana jest do poszanowania i przestrzegania jej podstawowych praw i wartości. Unia długo wykazuje wysoką tolerancję dla autorytarnych polityków. Zachowanie europosłów PiS w Parlamencie Europejskim, reprezentantów interesów rządzącej w Polsce partii, urąga elementarnemu pojęciu nie tylko wysokiej kultury, ale i merytorycznemu przygotowaniu się do wypowiedzi. Ich pieniacza postawa nie zyskuje sojuszników, opinie są marginalizowane i przepadają w głosowaniach, nie potrafią zabrać głosu podczas posiedzeń najważniejszych gremiów, nie uczestniczą w dyskusjach o przyszłości Wspólnoty, ale ośmieszają Polskę i szkodzą jej żywotnym interesom.
Polityka zagraniczna, sztuka dyplomacji jest specyficznym oficjalnym obszarem działalności organów państwowych w sferze stosunków międzynarodowych. Jej przedstawiciele powinni posiadać najwyższe kwalifikacje zawodowe, intelektualne i moralne do reprezentacji państwa, a ich zręczne i skuteczne działania winny przyczyniać się do międzynarodowej współpracy. W polskiej Służbie Zagranicznej znaleźli się wierni partii amatorzy, bez odpowiedniego przygotowania i doświadczenia. Dzięki polityce zagranicznej prowadzonej przez PiS, podporządkowanej polityce krajowej mamy więcej wrogów niż przyjaciół, nie liczymy się w Europie, za to chętnie podpisujemy się pod cudzymi sukcesami. Chaotyczna polityka zagraniczna przysporzyła Polsce więcej szkód niż w całym powojennym okresie, a współpraca rządu PiS i prezydenta to pasmo absurdów i porażek.
Tym, którym rzeczywiście zależy na dobrych relacjach z najważniejszym państwem z punktu widzenia polskich interesów powinno zależeć, aby napięcia polityczne wygaszać, prowadzić regularny dialog, czyli to, czego od lat brakuje w stosunkach polsko-niemieckich. Wspólne zgromadzenia parlamentarne, komisje współpracy regionalnej i transgranicznej, konsultacje resortów odpowiedzialnych za bezpieczeństwo i obronę, włączenie społeczeństwa do dialogu o integracji i przyszłości europejskiej, a także cyklicznych spotkań organizacji młodzieżowych to podstawy solidnego partnerstwa i sojuszu. Śledzenie nastrojów i poglądów oraz szybkie reagowanie na kwestie sporne to właściwe przeciwdziałanie niekorzystnym dla Polski i Polaków rozwiązaniom. Niszczenie dobrych relacji z Niemcami, podsycanych napastliwymi antyniemieckimi hasłami przez upartyjnione media rządowe, mającymi wywołać strach i agresję widoczny jest od powrotu Donalda Tuska do polskiej polityki. Propaganda antyniemiecka mediów prorządowych oraz polityków obozu władzy niebezpiecznie się wzmogła. Traci na tym ewidentnie tylko polskie społeczeństwo. W imię ludzkiej solidarności Niemcy zaoferowały Polsce pomoc rzeczową i logistyczną w walce z COVID-19, polski rząd niefrasobliwie ja odrzucił. Skorzystały na tym Czechy – otrzymały respiratory, materiał i wyposażenie antyseptyczne oraz możliwość leczenia chorych na COVID-19 w szpitalach przygranicznych.
Polacy czują się najmniej zagrożeni przez Niemcy militarnie, najbardziej zaś gospodarczo. Nie da się ukryć, że gospodarka niemiecka znacznie przewyższa polską, jej sytuacja stabilizuje warunki regionalne i europejskie. Gdyby rząd polski, zamiast wrogiej propagandy, wspierał polskie firmy już funkcjonujące czy rozpoczynające współpracę z RFN, otoczył administracyjną oraz merytoryczną opieką Polaków pracujących w Niemczech, promował polskie projekty, to byłby to widoczny, pozytywny sygnał dla polskiego biznesu, przynoszący wymierne korzyści dla polskiej gospodarki.
„Boję się państw, które nie są państwami prawa”
W stosunkach polsko-niemieckich istnieje jeszcze wiele nierozwiązanych spornych kwestii we wzajemnych relacjach, dotyczących zarówno przeszłości, jak i bieżących spraw. Są ciągle wyzwaniem w stosunkach dwustronnych. Oba kraje mają też odmienne spojrzenie na zasady funkcjonowania Unii Europejskiej. Podejmowanie dialogu, inicjowanie wspólnych przedsięwzięć, jak i własnych koncepcji to najlepsza droga do poprawienia wzajemnych stosunków. Szczególnie istotna jest pamięć o cierpieniach narodu polskiego zadanych przez Niemców w czasie II wojny światowej. Wiele słów głęboko zapadło w pamięć słuchających pierwszego września 2019 roku w Warszawie niemieckiego prezydenta Franka-Waltera Steinmeiera. Powiedział wprost o wojennych zbrodniach popełnionych przez jego rodaków: „Ta wojna była zbrodnią niemiecką. Jako prezydent Niemiec, wspólnie z kanclerz federalną, mówię dzisiaj wszystkim Polkom i Polakom – nie zapomnimy. Nie zapomnimy ran, które Niemcy zadali Polakom. Nie zapomnimy cierpienia polskich rodzin, tak samo jak ich odwagi stawiania oporu. Nigdy nie zapomnimy”.
W 2012 roku Władysław Bartoszewski, cieszący się wielkim autorytetem w Niemczech, od 1965 roku zdecydowanie angażujący się na rzecz dobrych relacji z Niemcami, zaapelował o wzniesienie w Berlinie pomnika ku czci polskich ofiar nazistowskiego terroru. W tym czasie, ale i obecnie, niewielu Niemców posiadało wiedzę, iż pierwszym etapem zagłady Polaków miała być eksterminacja polskiej inteligencji, dla tego celu pierwotnie utworzono obóz w Auschwitz. Przejścia wojenne Bartoszewskiego i dokumentowanie zbrodni hitlerowskich po wojnie, w świadomości wielu ludzi powinny wykluczać jakiekolwiek pojednanie polsko-niemieckie. Profesor prowadząc dyskusje nad powojennym stosunkiem Polaków do Niemców mawiał: „Nie boję się Niemców. Nie boję się Rosjan. Boję się perwersyjnych, fałszywych ludzi, jakich nie brakuje w wielu krajach. Boję się państw, które nie są państwami prawa”.
Także Stanisław Skalski w 1990 roku, wówczas generał brygady, choć należał do pokolenia, które ze strony Niemców doświadczyło niewyobrażalnych okrucieństw, wyciągnął dłoń do wojennych nieprzyjaciół, uratowanych przez niego we wrześniu 1939 roku, pilotów niemieckich. W Bonn, dokąd pojechał na zaproszenie Niemców, spotkał się z Friedrichem Wimmerem. Von Heymann zmarł dwa lata wcześniej. Wojenni wrogowie w pewnym sensie byli kolegami, z racji wykonywanej profesji. Byli pilotami, to zbliża ludzi, a los sprawił, że znaleźli się po przeciwnych stronach barykady. Skalski wspominał, że przyjmowano go jak bohatera Luftwaffe. Wysokiej rangi urzędnicy pięknie mówili o Polsce i o nim, a rodziny dziękowały za uratowanie życia lotników. Niestety, dawni koledzy potrafili czynić mu zarzuty, że „brata się z wrogami”. Co ciekawe nie kwestionowali spotkań Władysława Gnysia i przyjaźni z Frankiem Neubertem, który zestrzelił kapitana Mieczysława Medweckiego 1 września 1939 roku. Nadal wielu ludziom trudno zaakceptować, iż miarą człowieczeństwa jest także stosunek do naszych wrogów, ale to wyróżnia tylko wielkich tego świata.
Dzięki oddolnej inicjatywie społecznej pod koniec 2020 roku, na wniosek większości frakcji w Bundestagu, podjęto decyzję o upamiętnieniu męczeństwa i ofiar Polaków w II wojnie światowej. Tym pomnikiem ma być obiekt, budynek prezentujący pamiątki tego okresu, ale co ważniejsze ma to być „żywe” miejsce spotkań, konferencji, wydarzeń upamiętniających trudną przeszłość i budujące pozytywne relacje między dwoma narodami. Powołanie takiej instytucji w Berlinie może dać asumpt do ożywienia partnerskich stosunków i otwartych relacji, pozwoliłoby rzetelnie podchodzić do bolesnej przeszłości i budować pozytywną przyszłość. Zaangażowanie się polskich władz w to poważne przedsięwzięcie i włączenie się jako partnera, już w prace na etapie projektowania, dałoby szansę na poprawę dwustronnych stosunków. Jednak w świetle obecnej polityki PiS trudno liczyć, by Sejm czy Senat raczył podjąć stosowną uchwałę i pozwolił profesjonalistom zaangażować się w pozytywne działania na rzecz dobrej współpracy.
PiS otwarcie działa przeciw Unii Europejskiej, choć zdecydowana większość Polaków jest zwolennikiem zjednoczonej Europy, a nawet pogłębieniem jej integracji i nie utożsamia się z polityką rządu. Histeryczna obawa rządzących przed utratą niezależności nieuchronnie prowadzi do politycznego wyobcowania w Europie. Nasza przyszłość zależy od tego czy ludzie o różnych poglądach będą potrafili ze sobą współpracować. Głębokie podziały polskiego społeczeństwa są silniejsze niż w północnej i zachodniej Europie. Trudno jest w Polsce podjąć spokojny, merytoryczny dialog z adwersarzem, skoro drugą stronę scala wyimaginowany wróg i wynikające stąd poczucie zagrożeń.
Warto w tym miejscu odwołać się do słów Jana Kochanowskiego: „Cieszy mię ten rym: Polak mądr po szkodzie; Lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie, Nową przypowieść Polak sobie kupi, Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi”. Polska i Niemcy z racji położenia geograficznego są i będą na siebie skazane. Oczywiście, można przez całe życie pielęgnować w sobie uczucie nienawiści, choć kierowanie się w życiu tylko uprzedzeniami i agresją, to prosta droga do obsesji, wręcz paranoi. Historia pokazuje, iż fatalnie się to kończy, gdy ten stan dotyka sprawujących władzę. W obecnie dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości międzynarodowej w interesie polskiej racji stanu jest zachowanie przynajmniej dobrych relacji z naszym zachodnim sąsiadem.

1 List w posiadaniu autorki.
2 S. Skalski, Czarne krzyże nad Polską, Warszawa 1957, s. 61-62.
3 Tamże, s. 62.
4 Tamże, s. 99.
5 Tamże, s. 140-141.
6 K. Ochabska, Stanisław Skalski, 2011, s. 98.
7 Tamże, s. 62-63.

Polsko-niemiecka współpraca przygraniczna po transformacji

Współpracę transgraniczną Polski i RFN na początku lat 90. XX w. umożliwiały zwłaszcza dwa akty prawne, które władze Polski sygnowały w pierwszych latach po zmianie systemowej. Pierwszym z tych dokumentów była Europejska konwencja ramowa o współpracy transgranicznej między wspólnotami i władzami terytorialnymi podpisana w Madrycie w maju 1980 r. Polska przystąpiła do niej w 1993 r. Drugim dokumentem był podpisany 17 czerwca 1991 r. Traktat między Rzecząpospolitą Polską, a Republiką Federalną Niemiec o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy . Jednym z kluczowych obszarów relacji Polski i Niemiec uwypuklonych w postanowieniach traktatowych i rozwijanych w kolejnych latach od sygnowania traktatu była współpraca transgraniczna.

30 lat temu -w 1991 r. z obu stron nastąpiło ożywienie różnego rodzaju inicjatyw dotyczących regionalnej współpracy przygranicznej. Sprzyjała tej współpracy działalność nowo powstałych organizacji, m.in. Związku Gmin Zachodnich po stronie polskiej i Verein pro Brandenburg (VpB) po stronie niemieckiej. Utworzenie i działalność Międzyrządowej Komisji ds. Współpracy Regionalnej i Przygranicznej wpływało korzystnie na konkretyzację kierunków współpracy i harmonizowanie inicjatyw na szczeblu lokalnym.
Wkrótce po zjednoczeniu Niemiec koordynowałem w Przedstawicielstwie Ambasady RP w Berlinie nową problematykę w relacjach dwustronnych – współpracę regionalną i przygraniczną.
Współpraca regionalna i przygraniczna zajmowała ważne miejsce w rozmowach podczas wizyt premierów „nowych” landów w Polsce. W dniach 22–23 marca 1991 r. oraz 13 września 1991 r. Ambasador RP w RFN (równocześnie członek VpB) Janusz Reiter i przewodniczący VpB prof. J. Gramke dwukrotnie odwiedzili miasta położone wzdłuż granicy RP – Brandenburgia w celu zapoznania się z możliwościami intensyfikacji współpracy polsko-niemieckiej w tym regionie. W marcu z uczestnikami objazdu spotkał się premier Brandenburgii M. Stolpe. Ze strony Przedstawicielstwa uczestniczyłem w obu tych wizytach i spotkaniach. Podjęto szereg działań i inicjatyw zarówno przez stronę polską, jak i niemiecką, mających na celu m.in. nawiązanie kontaktów w sferze gospodarczej i handlowej, wypracowanie zasad i programów dwustronnej współpracy, odbudowanie współpracy kooperacyjnej i zintensyfikowanie wymiany handlowej. 12 listopada 1991 r. wizytę w Szczecinie złożył minister gospodarki Meklemburgii M.C. Lehment. W wydanym z wojewodą szczecińskim M. Tałasiewiczem „Wspólnym Oświadczeniu” uściślono kierunki wzajemnej współpracy (m.in. w zakresie planowania przestrzennego, ochrony środowiska, rozwoju nowych przejść granicznych, rozwoju ruchu turystycznego). Delegacja sekretarzy stanu Berlina i rządu Brandenburgii wizytowała województwa: gorzowskie, szczecińskie i poznańskie. W grudniu 1990 r. odbyło się spotkanie dotyczące współpracy gospodarczej oraz ochrony środowiska w tzw. „czarnym trójkącie” (RP– –CSRF–RFN/Saksonia) – „Dreiländereck”.
Współpraca przygraniczna obejmowała m.in.:
– budowę nowych i rozbudowę istniejących przejść granicznych. Był to wówczas temat pierwszoplanowy. Niestety, ze względu na asymetrię kompetencji między stroną polską a stroną niemiecką początkowo postęp był niewielki. Po stronie niemieckiej przejścia leżały w kompetencji władz federalnych, stąd też ani landy ani Komisja do Spraw Współpracy Regionalnej i Przygranicznej niewiele mogły zrobić poza apelami i ponagleniami. Z drugiej strony, do Przedstawicielstwa docierały sygnały od strony niemieckiej, że Warszawa opóźnia podjęcie decyzji ws. przejść granicznych. W efekcie sytuacja na polsko-niemieckiej granicy w zakresie jej przepustowości ulegała systematycznemu pogarszaniu. Wynikało to przede wszystkim z intensyfikowania się ruchu towarowego i osobowego oraz faktu, że nie podjęto do tego momentu żadnych prac modernizacyjnych w zakresie rozbudowy przejść granicznych, tworzenia poza granicą miejsc odpraw i związanych z tym usług spedycyjno-transportowych. Nie było spotkania polsko-niemieckiego, czy to na płaszczyźnie administracyjnej, czy też samorządowej, aby nie alarmowano o krytycznej sytuacji na przejściach granicznych. Istniały poważne obawy, że jeśli w najbliższym czasie nie podejmie się wspólnych inwestycji w zakresie modernizacji przejść granicznych i odpowiednich połączeń oraz nie usprawni odpraw celnych i innych rodzajów obsługi – to trudno będzie oczekiwać, aby mogła ruszyć z miejsca współpraca przygraniczna z prawdziwego zdarzenia. Stąd wskazywano na potrzebę radykalnych, wspólnych działań. Dlatego, kiedy dzisiaj swobodnie, bez kontroli przejeżdżamy przez granicę polsko-niemiecką, warto pamiętać o ludziach, którzy wtedy wnieśli ogromny wkład w poprawę sytuacji na przejściach granicznych, a w szczególności o dwóch ówczesnych wojewodach – Marku Tałasiewiczu, wojewodzie zachodniopomorskim, a jednocześnie współprzewodniczącym z polskiej strony Komisji ds. Współpracy Przygranicznej, oraz o Zbigniewie Puszu, wojewodzie gorzowskim, który sam z ekipą ludzi ze swojego województwa zabrał się za uruchamianie przejścia granicznego Kostrzyn–Kietz;
– tworzenie Euroregionów. W dniach 23–25 maja 1991 r. w Zittau odbyła się Konferencja „trzech państw trójkąta” na rzecz wspierania współpracy Wschodniej Saksonii, Północnych Czech i Dolnego Śląska. Jej uczestnicy przyjęli „Memorandum”, w którym opowiedzieli się za utworzeniem Euroregionu i nakreślili kierunki wykraczającej poza granice współpracy. Obok pilnych zadań rozbudowy infrastruktury dróg i nowych przejść granicznych bardzo silnie akcentowano potrzebę ekologicznego uzdrowienia regionu. Bardzo aktywnym w tworzeniu tego regionu po stronie niemieckiej był ówczesny starosta powiatowy w Zittau – Heinz Eggert, były opozycjonista NRD (w sposób szczególny inwigilowany i niszczony psychicznie przez Stasi), członek „Nowego Forum”, po upadku muru członek CDU, w latach 1991–1995 – minister spraw wewnętrznych Saksonii. Spotkałem się z nim kilkakrotnie, także kiedy był ministrem , w kwestiach związanych z Euroregionem, był bardzo życzliwy Polsce, doceniał rolę Solidarności w przemianach, które nastąpiły w Niemczech. Poruszające były życzenia noworoczne, które otrzymałem od niego w 1992 r.
Wyrazem wdzięczności za moje zaangażowanie w kwestii Euroregionu był otrzymany od niego zegarek upamiętniający odbudowę Frauenkirche (Kościoła Marii Panny) w Dreźnie, zburzonego podczas bombardowań alianckich w lutym 1945 r.
Kolejno powstawały następne Euroregiony: Brandenburgia-Polska oraz Pomerania;
– współpracę władz komunalnych (w dniach 10–11 czerwca 1991 r. w Cottbus odbyło się międzynarodowe sympozjum z udziałem przedstawicieli władz komunalnych RP, CSRF i RFN nt. współpracy przygranicznej);
– ochronę środowiska (trwały prace nad stworzeniem Parku Narodowego wzdłuż granicy na Odrze i Nysie);
– planowanie przestrzenne;
– stosunki gospodarcze;
– współpracę Izb Przemysłowo-Handlowych;
– wymianę młodzieżową;
– współpracę kulturalną i naukową (m.in. nauczanie języka polskiego na Uniwersytecie Technicznym w Cottbus, wspólna orkiestra złożona z uczniów szkół muzycznych Zielonej Góry i Cottbus);
– 6 września 1991 r. we Frankfurcie nad Odrą odbyło się otwarcie mającego charakter ponadregionalny Uniwersytetu Europejskiego Viadrina. Na mocy porozumienia pomiędzy Ministerstwem Edukacji Narodowej RP i Ministerstwem Nauki Brandenburgii powołano gremium koordynujące i wspierające z ramienia tych ministerstw prace nad Uniwersytetem.
W latach 1991–1992 nastąpiło wyraźne ożywienie w zakresie nawiązywania współpracy regionalnej i partnerstwa miast. Współpraca regionalna i partnerska obejmowała swoim zakresem m.in.: kontakty w sferze politycznej, w dziedzinie przemysłu i rolnictwa oraz infrastruktury gospodarczej. Obejmowała ona również szeroki program dotyczący nauki, kultury, sportu, oświaty, wymiany młodzieżowej i ochrony środowiska naturalnego. W 1991 roku współpracę taką nawiązały m.in. Meklemburgia Pomorze Przednie z województwem pilskim, Turyngia z województwem krakowskim oraz Krakowem (utworzono specjalną grupę roboczą), dzielnica Berlina Steglitz z Poniatową k. Lublina, Nałęczowem oraz Kazimierzem Dolnym nad Wisłą.
W zakresie współpracy partnerskiej miast i dzielnic najważniejszym wydarzeniem było podpisanie 12 sierpnia 1991 r. umowy o partnerstwie i przyjaznej współpracy między Berlinem i Warszawą (była to pierwsza umowa zawarta przez zjednoczony Berlin ze stolicą innego państwa). Ponadto w 1991 r. kontakty lub współpracę z partnerami w Polsce nawiązały dzielnice Berlina: Treptow z Mokotowem, Weissensee z Lęborkiem, Marzahn z Tychami. Umowę o partnerstwie podpisali burmistrzowie Gubina, Guben i Laatzen. Ponadto przy wydatnej pomocy Przedstawicielstwa współpracę partnerską nawiązały Rathenow ze Złotowem oraz Perleberg z Kalwarią Zebrzydowską.
Niezmiernie ważną inicjatywą w zakresie współpracy regionalnej i przygranicznej było utworzenie w 1992 r. Polsko-Niemieckiego Towarzystwa Wspierania Gospodarki (TWG). Podstawowym celem TWG miało być udzielanie wsparcia gospodarczego w Polsce w procesie przechodzenia do gospodarki wolnorynkowej. Wsparcie to miało być skierowane na zachodnie województwa Polski położone wzdłuż granicy z RFN. Tym samym, zadaniem Towarzystwa było też gospodarcze i finansowe zabezpieczenie po stronie polskiej projektów w zakresie współpracy przygranicznej i regionalnej między RP i RFN. I nie ulega wątpliwości, że TWG taką rolę spełniło (zakończyło działalność w kilka lat po wstąpieniu Polski do UE). Także moje kontakty z TWG w okresie działalności biznesowej i pracy w turystyce oraz pracy w dyplomacji w pełni to potwierdzają. Ogromny wkład w powołanie tej niezmiernie pożytecznej instytucji wnieśli ówczesny kierownik Przedstawicielstwa Ambasady Polskiej w Berlinie prof. Jerzy Sułek oraz premier Brandenburgii Manfred Stolpe. Bardzo kreatywną była współpraca z kompetentnym i wielce życzliwym Polsce, współprzewodniczącym Towarzystwa po stronie niemieckiej dr. Reinhardem Kleinem.
Należy podkreślić, że współpraca regionalna i przygraniczna w tamtym, początkowym okresie stanowiła dla nas ważne pole ćwiczebne przed przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej, w tym w zakresie możliwości skorzystania z funduszy unijnych.


Z biegiem czasu nastąpiło rozwinięcie obszarów i form współpracy transgranicznej, kiedy Polska stała się członkiem Unii Europejskiej. Bieżąca współpraca dotyczy aktualnych dla obu stron problemów. W dniu 24.11.2020 r. odbyło się 39. posiedzenie Polsko-Niemieckiej Komisji Międzyrządowej ds. Współpracy Regionalnej i Przygranicznej. Głównym tematem była współpraca w dobie pandemii COVID-19 i wyzwania stojące przed pograniczem w tych czasach.
Z okazji przypadającej 3 października 2020 r. 30-tej rocznicy zjednoczenia Niemiec leżące przy granicy polsko-niemieckiej miasta Guben i Gubin zorganizowały konkurs na przygotowanie opracowania „ Jak przeżyłeś zjednoczenie Niemiec- Twoje przemyślenia i obawy”. Ponieważ byłem naocznym świadkiem tych historycznych wydarzeń, zauczestniczyłem w nim, przesyłając swoje opracowanie i otrzymałem pamiątkowy upominek.

dr Adam Zaborowski I sekretarz Ambasady RP w Berlinie w latach 1988-1992, Radca Ambasady RP w Berlinie w latach 2005-2010

Wyprowadzenie wojsk radzieckich z Niemiec Wschodnich

Wyprowadzenie wojsk radzieckich z Polski, zjednoczonych Niemiec i innych krajów byłego obozu socjalistycznego stanowiło jedną z podstawowych przesłanek odzyskania przez te kraje pełnej suwerenności. Proces ten przebiegał w różnym tempie i z różnymi problemami w poszczególnych krajach.

30 lat temu rozpoczęło się wyprowadzenie wojsk radzieckich z Niemiec Wschodnich. Na początku w polu zainteresowania Przedstawicielstwa Ambasady Polskiej w Berlinie (taki status otrzymała nasza placówka po zjednoczeniu Niemiec – Ambasada była w Kolonii) pozostawała kwestia wyprowadzenia wojsk radzieckich z terytorium byłego NRD. W miarę rozwoju tego procesu korzystaliśmy z doświadczeń niemieckich przy wyprowadzaniu wojsk radzieckich z Polski.
Sądzę, że kiedy kierownik Przedstawicielstwa Ambasador Wojciech Wieczorek poprosił mnie o zajmowanie się tym tematem, kierował się przy tym moimi dobrymi kontaktami zarówno z kształtującymi się kompetentnymi władzami niemieckimi, jak i w korpusie dyplomatycznym.
12 października 1990 r., tuż po zjednoczeniu Niemiec, podpisano w Bonn umowę pomiędzy ZSRR a RFN o warunkach czasowego pobytu i planowego wycofywania wojsk radzieckich z terytorium RFN. W chwili rozpoczęcia wycofywania w Zachodniej Grupie Wojsk znajdowało się: 337 800 żołnierzy, 208 400 pracowników cywilnych i ich rodzin oraz cały nagromadzony sprzęt bojowy. Na szefa Niemieckiej Grupy Kontaktowej ds. Radzieckich Sił Zbrojnych w Niemczech (praktycznie szefa Grupy Wycofywania) został wyznaczony gen. Mjr Hartmut Förtsch, z którym udało mi się nawiązać bezpośrednie kontakty, bardzo cenne i pomocne w zajmowaniu się przeze mnie tą problematyką.
Na przełomie lat 1990/1991 znacznie zaostrzyły się problemy związane ze stacjonowaniem wojsk radzieckich w Niemczech. Z jednej strony, w coraz większym stopniu było manifestowane niezadowolenie miejscowej ludności z powodu ich dalszego pobytu. Nasiliły się nastroje antyradzieckie. Z drugiej coraz gorsza sytuacja panowała w samej armii, upadało jej morale, mnożyły się przypadki łamania dyscypliny wojskowej, co wyrażało się m.in. w nasilającej się dezercji zarówno wśród żołnierzy jak i oficerów, sprzedaży radzieckiej broni i umundurowania, dużej liczbie przypadków śmiertelnych. Nastroje w armii pogarszała kryzysowa sytuacja w ZSRR, brak perspektyw i obawy o przyszłość powracających żołnierzy (ok. 60 proc. przebywających w RFN radzieckich oficerów i podchorążych nie posiadało w Związku Radzieckim własnych mieszkań). Na tym tle perspektywa powrotu wywoływała niezadowolenie w rodzinach wojskowych, zwłaszcza u kobiet przyzwyczajonych do innego poziomu życia. Zgodnie z zawartym układem wojska radzieckie miały zostać wyprowadzone z Niemiec do końca 1994 r. i rozmieszczone na terenie ZSRR (w pierwszych trzech latach po 30% stanu, w ostatnim roku 10 proc.). Jednakże w trakcie realizacji proces wycofywania okazał się znacznie bardziej skomplikowany niż pierwotnie zakładano. W naszych, czyli placówki w Berlinie, obserwacjach i ocenie tego procesu niezmiernie cenną okazała się informacja, jaką uzyskałem w końcu 1990 r. w rozmowie z dyplomatą z Przedstawicielstwa Ambasady ZSRR, dotyczącą tego, skąd wzięła się kwota 15 mld marek zachodnioniemieckich kosztów wycofywania Zachodniej Grupy Wojsk z Niemiec, mająca w konsekwencji istotny wpływ na przebieg tego procesu. Według radzieckiego dyplomaty stało się to w trakcie wizyty H. Kohla na Kaukazie w dniach 15–16 lipca 1990 r., podczas której władze ZSRR wyraziły zgodę na zjednoczenie Niemiec oraz obaj przywódcy H. Kohl i M. Gorbaczow dobili targu, gdzie Moskwa zgodziła się po wielu miesiącach protestów, aby zjednoczone Niemcy wstąpiły do NATO. Według mojego rozmówcy, po zakończeniu oficjalnych rozmów dotyczących jedności niemieckiej obaj przywódcy udali się na często pokazywany w mediach spacer nad rzeką, podczas którego M. Gorbaczow miał powiedzieć: „no to temat zjednoczenia mamy załatwiony”, na co Helmut Kohl zareagował „ale pozostaje jeszcze kwestia wyprowadzenia wojsk radzieckich”. M. Gorbaczow odpowiedział: „ale to będzie kosztowało”, Kohl zapytał: „ile?”. W związku z tym kompletnie nieprzygotowany Gorbaczow rzucił kwotę 15 mld DM, na którą natychmiast zgodził się Kohl.
Według mojego radzieckiego kolegi , wyrażającego pogląd, z którym można było się później spotkać dość powszechnie w Przedstawicielstwie ZSRR , kanclerz RFN był wówczas skłonny zapłacić znacznie więcej, aniżeli rzucona przez Gorbaczowa kwota 15 mld marek zachodnioniemieckich: „i 75, i 100, i 150 mld DM. Tymczasem nieprzygotowana decyzja zapadła i powstały problemy”.
Kiedy po jakimś czasie, będąc zaproszony na obiad przez kolegę- amerykańskiego dyplomatę J. Beermana- powiedziałem mu (w języku dyplomatycznym nazywało się to – „sprzedałem” informację) skąd wzięła się kwota 15 mld DM, okazałem się tak niezmiernie interesującym rozmówcą, że Josef dzwonił do mnie przez kilka tygodni z propozycją kolejnego zaproszenia na obiad. Ale od niego także na początku 1991 r. dowiedziałem się, że Stany Zjednoczone zweryfikowały dotychczasowe oceny w kwestii ostatecznego terminu wycofania wojsk radzieckich z Niemiec (do tej pory uważały, że nastąpi to wcześniej niż przewidywał układ – do 1992 r.), a „obecnie sądzą, że operacja ta potrwa dłużej i zakończy się dopiero w 1994 r.”
Na tym tle władze bońskie obawiały się dalszego rozwoju sytuacji wewnętrznej w ZSRR. Zdawały sobie bowiem sprawę z tego, że w radzieckich kręgach, głównie wojskowych, oskarża się Gorbaczowa i Szewardnadze o to, iż „zbyt tanio sprzedali jedność niemiecką”. Głosy te dały bardzo silnie o sobie znać w trakcie zebrania Komisji Obrony i Bezpieczeństwa Narodowego przed posiedzeniem Rady Najwyższej ZSRR, na którym ratyfikowano Układ „2+4” (poruszano tam kwestie kosztów niemieckiej jedności i odszkodowań dla obywateli radzieckich zarówno w aspekcie moralnym, jak i finansowym). Usunięciu napięć powstałych na tym tle w stosunkach niemiecko-radzieckich służyła niezapowiedziana wcześniej wizyta H.D. Genschera w Moskwie.
Z uzgodnionej kwoty kosztów wycofywania 15 mld DM, 7,8 mld DM miało być przeznaczonych na wybudowanie mieszkań dla powracających żołnierzy. Zgodnie z podpisanym 13 grudnia 1990 r. w Federalnym Ministerstwie Gospodarki protokołem miały w tym uczestniczyć przedsiębiorstwa z pięciu nowych landów RFN. Pierwotnie władze niemieckie, w tym kanclerz H. Kohl, nie wykluczały, że wycofanie wojsk radzieckich nastąpi wcześniej, aniżeli to było przewidziane w układzie, wycofywanie rozpoczęto już w 1990 r. W końcu listopada 1990 r. odbyło się pierwsze posiedzenie wspólnej niemiecko- -radzieckiej komisji ds. wycofywania wojsk, powołano pięć grup roboczych (m.in. ds. transportu i ekologii), zaś współpraca w realizacji tego przedsięwzięcia miała służyć jako podstawa dalszego kształtowania stosunków niemiecko-radzieckich, zwłaszcza w sferze gospodarczej.
12 grudnia 1990 r. nastąpiła zmiana głównodowodzącego zachodnią grupą wojsk – 65-letniego generała armii B. Snetkowa zastąpił generał M. Burłakow, dotychczasowy dowódca wojsk radzieckich na Węgrzech. Wymieniało się dwie przyczyny tej zmiany: rozluźnienie dyscypliny wśród stacjonujących wojsk oraz duże doświadczenie negocjacyjne i organizacyjne w sprawach związanych z wycofywaniem wojsk nabyte przez Burłakowa na Węgrzech (w 1990 r. wycofano z terytorium tego kraju znaczną część wojsk radzieckich i uzbrojenia).
Tymczasem już w styczniu 1991r. przebywający w RFN z delegacją deputowanych do Rady Najwyższej zastępca przewodniczącego Komisji Obrony i Bezpieczeństwa Państwowego L. Szarin podkreślił na konferencji prasowej, że „proces wycofywania okazuje się znacznie bardziej skomplikowany niż pierwotnie zakładano. Nie było żadnej przerwy czasowej, aby spokojnie przygotować wyprowadzenie wojsk. To oznacza, że problemy będą znacznie większe niż przy ich wycofywaniu z Węgier i Czechosłowacji. Wycofywanie wojsk musi się częściowo odbywać do miejsc, gdzie absolutnie żadne mieszkania nie stoją do dyspozycji”. Podkreślił przy tym, że „podpisane układy przewidują pomoc strony niemieckiej przy tej operacji. Jednakże do tej pory nie doszło do konkretnej współpracy, co może okazać się poważną przeszkodą do utrzymania planowanych terminów”. Chodziło tu głównie o pomoc przy budowie mieszkań dla powracających.
Choć plan wycofywania na 1991 r. został zrealizowany i proces wycofywania odbywał się terminowo, towarzyszył mu ciągle szereg trudności. Pierwsza grupa problemów dotyczyła realizacji programu budownictwa mieszkaniowego dla powracających oficerów i podoficerów. Zgodnie z pierwotnymi założeniami miało to wystarczyć na wybudowanie ok. 36 tysięcy mieszkań, głównie w europejskiej części b. Związku Radzieckiego, tj. w Rosji, na Białorusi i Ukrainie. Jednakże budowę mieszkań rozpoczęto z opóźnieniem, dopiero na przełomie sierpnia i września. Do końca 1991 r. miało zostać zbudowanych 2 tysiące mieszkań, zgodnie z terminem zbudowano zaledwie 725 mieszkań w Borysowie k. Mińska. Do końca 1992 r. miało powstać 9 tysięcy mieszkań – stanowczo za mało w stosunku do potrzeb.
W związku z rozpadem ZSRR występowały problemy z lokalizacją pozostałych 27 tysięcy mieszkań (w tej sprawie strona niemiecka musiała szukać porozumienia z byłymi republikami – obecnie państwami). Na Ukrainie został zastopowany program budownictwa mieszkaniowego dla powracających Jednostek Armii Radzieckiej (JAR).
Tymczasem 25 listopada 1991 r. sekretarz Niemiecko-Radzieckiej Komisji Mieszanej ds. Wyprowadzenia Wojsk Radzieckich płk. Strelnikow, na spotkaniu w Berlinie organizowanym przez „Deutsches Komitee für Europäische Sicherheit und Zusammenarbeit”, w którym uczestniczyłem, stwierdził, że „otrzymane od rządu bońskiego 7,8 mld DM wystarczy na zbudowanie 36 tysięcy mieszkań. Tymczasem 55 tysięcy powracających żołnierzy nie ma w ZSRR żadnego mieszkania – nadal brakuje więc środków na wybudowanie 20 tysięcy mieszkań”.
Kolejna grupa problemów dotyczyła rozliczeń majątkowo-finansowych. Strona radziecka oszacowała pozostawione nieruchomości na 10,5 mld DM i różnicę wynikającą z pomniejszenia tej kwoty o koszty usuwania szkód ekologicznych chciała dodatkowo przeznaczyć na realizację programu budownictwa mieszkaniowego. Strona niemiecka określiła tę wycenę jako „naiwną”.
Jeszcze większe zdziwienie strony niemieckiej wywołał list wystosowany w czerwcu 1990 r. przez M. Gorbaczowa do H. Kohla, w którym prezydent ZSRR pisał, że 10,5 mld DM jest jedynie oceną szacunkową, ponieważ właściwa wartość tych obiektów wynosi 20-25 mld DM. Niemcy zadawali wówczas retoryczne pytanie, „kto doradza w sprawach wojskowych Gorbaczowowi?”
Jedną z rozważanych możliwości, jak mi powiedział dr Helmut Domke – wówczas pełnomocnik premiera rządu Brandenburgii ds. wyprowadzenia wojsk radzieckich i konwersji – było włączenie tych obiektów do wspólnych radziecko-niemieckich przedsiębiorstw.
Kontrowersje budziła również kwestia usuwania szkód ekologicznych ocenianych przez stronę radziecką na 2 mld DM. Dla ich właściwego oszacowania strona niemiecka zaproponowała włączenie do współpracy z JAR specjalistów i firmy niemieckie. Kontrowersje były związane z obawami dowódców jednostek radzieckich o odpowiedzialność za poczynione szkody. Rozwiązania wymagało również usunięcie ogromnych ilości złomu i amunicji. Mając na uwadze główny cel tej operacji – możliwe szybkie, terminowe wyprowadzenie – strona niemiecka, w tym m.in. dr H. Domke opowiadał się za politycznym rozwiązaniem kwestii roszczeń i zobowiązań wynikających z pobytu i wycofywania wojsk radzieckich z Niemiec Wschodnich. Jednym z możliwych, praktycznych rozwiązań tego problemu, za którym optował, było przyjęcie „opcji zerowej plus” – „plus” oznaczał wyjście naprzeciw żądaniom strony radzieckiej.
Czwarta grupa problemów była związana z bieżącymi wydarzeniami w ZSRR i jego rozpadem. Z tego powodu nieaktualne stały się plany rozmieszczenia powracających jednostek w republikach bałtyckich i na Ukrainie. Musiały one zostać skorygowane i wycofywanie odbywało się głównie do Rosji.
Piąta grupa problemów dotyczyła napięć między miejscową ludnością a stacjonującymi wojskami, wzrost agresywnych zachowań wobec radzieckich żołnierzy.
Tranzyt wojsk radzieckich odbywał się drogą morską, lotniczą oraz koleją (przez terytorium Polski i Czechosłowacji). Strona czechosłowacka zaproponowała o jedną czwartą korzystniejsze (0,55 CHF) warunki tranzytu, aniżeli strona polska. Ponieważ towarzyszyłem delegacji PKP w rozmowach w Niemczech na temat tranzytu, występowały problemy z terminowym realizowaniem przez stronę rosyjską należności za tranzyt. Poza tym strona rosyjska (m.in. płk Strelnikow) reprezentowała w Berlinie opinię, że „Polska na początku grudnia 1990 r. tak skomplikowała ogólną sytuację dotyczącą wyprowadzenia wojsk radzieckich z Niemiec, że musieli przeorientować tranzyt z kolejowego na morski”.
Problemy związane z wycofywaniem wojsk radzieckich/rosyjskich z Niemiec Wschodnich były sukcesywnie rozwiązywane i proces wycofywania posuwał się do przodu. Kiedy 15 listopada 1992 r. kończyłem pracę w Przedstawicielstwie Ambasady RP w Berlinie, zakładany na 1992 r. plan wycofania kolejnych 30 proc. stanu radzieckich/ rosyjskich wojsk został praktycznie zrealizowany.
Ostatecznie żądanie zapłacenia 10,5 mld DM za mienie wybudowane i pozostawione w Niemczech zostało rozliczone na drodze dyplomatycznej i zaliczone w poczet odszkodowań za szkody wyrządzone przez wojska radzieckie w  środowisku naturalnym na byłym terenie NRD.
Zgodnie z podpisanym układem 31 sierpnia 1994 r. Zachodnia Grupa Wojsk została rozformowana, co ostatecznie zakończyło proces wycofywania wojsk radzieckich z Niemiec Wschodnich.

Adam Zaborowski – I Sekretarz Ambasady RP w Berlinie w latach 1988-1992. Radca Ambasady RP w Berlinie w latach 2005-2010

Trzydziesta rocznica zjednoczenia Niemiec

Otwarcie granicy niemiecko-niemieckiej i upadek muru berlińskiego 9 listopada 1989 r. otworzyło drogę do zjednoczenia Niemiec. Jak bardzo przyspieszyło to bieg historii świadczyło chociażby to, że w 1987r. podczas wizyty prezydenta RFN – Richarda von Weizsäckera w Moskwie M. Gorbaczow powiedział, że „o zjednoczeniu będzie można pomyśleć za sto lat”. Natomiast w czerwcu 1989 r. po wizycie M. Gorbaczowa w RFN u większości przedstawicieli korpusu b. krajów socjalistycznych panowała opinia, że strona RFN nie osiągnęła w trakcie wizyty postępu w „kwestii niemieckiej”. Ich zdaniem wynikało to także stąd, iż także Zachód nie był w istocie zainteresowany jakąkolwiek zmianą w podejściu do tego problemu.

Z rozmów w CDU wynikało, że wizyta ta wywoła duże zaniepokojenie zachodnich sojuszników RFN. Ostre komentarze wypowiadali Anglicy, którzy podkreślali konieczność utrzymywania wojsk alianckich wraz z bronią jądrowa (rakiety krótkiego zasięgu) na terytorium RFN, jako gwarancji przed zbyt daleko idącym zbliżeniem RFN-ZSRR. Bardzo zdecydowanie na ewentualność takiego zbliżenia zareagowała prasa amerykańska. Komentarze „o osiąganiu ramię w ramię z Gorbaczowem czwartej Rzeszy”, czy też tytuł publikacji A.M. Rosenthala w „New York Times” – „Niemiecki rozsądek jest marzeniem o panowaniu na Wschodzie” nie pozostawiały wątpliwości. Przedstawiciele korpusu krajów kapitalistycznych podkreślali, że podpisana podczas wizyty „Deklaracja” zawierała jedynie zbiór haseł, natomiast nie dawała instrumentów niezbędnych do ich realizacji. „Chłód” naszych gospodarzy (władz NRD), w podejściu do wizyty Gorbaczowa wynikał stąd, ze NRD pragnęła nadal pozostawać głównym architektem w kształtowaniu stosunków z RFN. Poza tym, nie chciała stracić niczego, ani z własnej tożsamości, ani z tego, co tak misternie było przez jej kierownictwo z E. Honeckerem na czele osiągnięte w stosunkach
niemiecko-niemieckich.
Ale wszystkie te oceny, rachuby i prognozy przestały być nagle aktualne po całym splocie wydarzeń w NRD latem i jesienią 1989 r. prowadzących do upadku mury berlińskiego 9 listopada 1989 r.
Dla nas – polskich dyplomatów pracujących w Berlinie – stało się oczywistym i takie stanowisko przekazaliśmy w listopadzie 1989 r. do MSZ, „że pokojowa rewolucja w NRD ma również swój wymiar międzynarodowy, w tym szczególnie „gorący” niemiecko-niemiecki. Wydarzenia w tym kraju począwszy od sierpniowej fali ucieczek – do otwarcia granic z RFN i Berlinem Zachodnim – spowodowały, że Republika Federalna Niemiec dąży do przeniesienia problemu „zjednoczenia Niemiec” na grunt bieżącego działania w różnych dziedzinach, w tym działalności dyplomatycznej”.
Niezależnie od tego, jak odległa jest perspektywa spełnienia wielu warunków ( wola obywateli obu państw niemieckich, zgoda czterech mocarstw, gwarancje, że nowe zjednoczone Niemcy nie zagrożą bezpieczeństwu i współpracy europejskiej, itd.), nie ulega wątpliwości, ze sam temat zjednoczenia Niemiec został wprowadzony do stosunków międzynarodowych i wzmożona aktywność polskiej polityki zagranicznej na tym odcinku wydaje się ze wszech miar niezbędna”.
Było to także istotne i z tego powodu, ze na demonstracjach ulicznych w NRD coraz częściej pojawiały się hasła zjednoczeniowe, np. : „Wszyscy jesteśmy Niemcami i trzeba nam myśleć o jednym wspólnym losie”, czy „Zjednoczenie przez wolne wybory”.
W świetle wydarzeń 1989 r. oraz procesów „jawności’ problem przyszłości obu państw niemieckich przestał być w NRD tematem tabu. Wszystkie siły polityczne w NRD czuły się zobowiązane do wypracowania stanowiska w sprawie zjednoczenia.
A po zburzeniu muru proces zjednoczenia Niemiec postępował szybciej, niż zdolni to byli przewidzieć politycy i wszelkie prognozy. 13 listopada 1989 r. premierem NRD został Hans Modrow (b. I Sekretarz KC NSPJ w Dreźnie marginalizowany wcześniej przez centralę w Berlinie za jego krytyczne opinie wobec sposobu sprawowania władzy przez E. Honeckera, za to popularny i dobrze odbierany w Saksonii), który zapowiedział odnowę życia społecznego i demokratyzację kraju.
Również w listopadzie 1989 r. przewodniczący CDU w NRD – Lothar de Maizie’re po rozmowach w Berlinie z sekretarzem generalnym CDU w RFN – V. Rühe i przewodniczącym CDU w Berlinie Zachodnim – E. Diepgenem stwierdził, ze „problem ponownego zjednoczenia Niemiec jest rozwiązywalny w ramach wspólnego europejskiego domu”.Natomiast 28 listopada 1989 r. kanclerz Helmut Kohl w Bundestagu w trakcie debaty w sprawie jedności Niemiec przedstawił 10-punktowy plan mający doprowadzić do niemieckiej jedności, który przewidywał pomoc dla NRD po likwidacji monopolu władzy jednej partii i we wprowadzaniu gospodarki rynkowej. Stopniowe zbliżanie obu państw niemieckich miało prowadzić do federalizacji całych Niemiec. H. Kohl zaproponował wspólną komisję rządową, wspólne komisje problemowe i wspólne gremium parlamentarne. Ale przede wszystkim nakreślił wizję dobrobytu, który będzie osiągnięty we wschodniej części Niemiec, jeśli wybory doprowadzą tam do zasadniczych przemian ustrojowych.
W połowie grudnia Rada NATO wypowiedziała się za swobodnym stanowieniem narodu niemieckiego z zastrzeżeniem, że „proces ten powinien przebiegać pokojowo i demokratycznie, przy pełnym poszanowaniu odpowiednich porozumień i układów” oraz „odbywać się w perspektywie integracji europejskiej”.
Moskwa zareagowała ostro na wizje „planu Kohla” i stanowisko Rady NATO. 19 grudnia 1989 r. na forum Parlamentu Europejskiego minister Spraw Zagranicznych ZSRR – Eduard Szewardnadze przestrzegał w ostrej formie przed szybkim zjednoczeniem Niemiec. Według niego, należało najpierw stworzyć polityczne, ustawowe i materialne gwarancje, że zjednoczenie Niemiec nie zagrozi bezpieczeństwu innych państw i pokojowi w Europie. Uznał za konieczne sprecyzowanie statusu wojskowego przyszłych Niemiec oraz ich stanowiska wobec wojsk sprzymierzonych na ziemi niemieckiej.
Jednakże trudna sytuacja gospodarcza NRD i perspektywa pomocy RFN oraz nakreślona przez Kohla wizja dobrobytu powodowały nacisk społeczeństwa NRD w kierunku przyspieszenia procesu zjednoczeniowego. W tej sytuacji 1 lutego 1990 r. pojawił się „plan Modrowa” przedstawiony po jego wizycie i rozmowach z M. Gorbaczowem w Moskwie. Przewidywał on zawarcie „wspólnoty traktatowej” z istotnymi elementami konfederacyjnymi (unia gospodarcza, walutowa i komunikacyjna oraz ujednolicenie przepisów prawa), utworzenie konfederacji poprzez którą doszłoby do utworzenia jednolitego państwa ze stolicą w Berlinie. Świat odebrał „plan Modrowa” jako przyzwolenie Moskwy na zjednoczenie Niemiec pod pewnymi warunkami. 2 lutego 1990 r. minister Spraw Zagranicznych ZSRR – Eduard Szewardnadze wstępnie poparł dążenia Niemców. Helmut Kohl wykorzystuje historyczną szansę i „prze” dalej. 11 lutego składa wizytę w Moskwie, gdzie przyrzeka M. Gorbaczowowi honorować interesy bezpieczeństwa ZSRR. Podczas tej wizyty przekonuje M. Gorbaczowa i uzyskuje zgodę przywódcy radzieckiego na rozpoczęcie rozmów o zjednoczeniu Niemiec. Znalazło to wyraz w deklaracji rządowej z 15 lutego, gdzie szef rządu bońskiego powołując się na opinię prezydenta USA – G. Busha oraz na rozmowy z M. Gorbaczowem zapowiedział, że po wyborach w NRD 18 marca 1990 r. rządy obu państw niemieckich podejmą rozmowy na temat przywrócenia jedności Niemiec, jak również rozmowy z czterema mocarstwami o kontekście międzynarodowym tej jedności i związanych z nią gwarancją dla państw sąsiednich. Deklaracja kanclerza była podbudowana ottawską decyzją ministrów spraw zagranicznych czterech mocarstw ( USA, ZSRR, Francji i Wielkiej Brytanii) i obu państw niemieckich z 14 lutego 1990 r. o „ustanowieniu niemieckiej jedności w dwóch etapach”. Ustalenie przewidywało, ze po wyborach w NRD przedstawiciele obu państw niemieckich wyjaśnią między sobą wszystkie kwestie natury wewnątrzpolitycznej, gospodarczej i prawnej. Następnie dwaj ministrowie przedyskutują ze swoimi odpowiednikami z czterech mocarstw wszystkie aspekty międzynarodowe „ustanowienia niemieckiej jedności” i przedstawią wyniki tych dyskusji na jesiennym „szczycie” 35 państw KBWE.
Przed wyborami do Izby Ludowej 18 marca 1990 r. rozważane były trzy możliwości osiągnięcia jedności: – poprzez struktury konfederacyjne, w ramach których następowałoby „zrastanie” dwu państw niemieckich – drogą „Anschlussu”, czyli poprzez art. 23 Ustawy Zasadniczej o treści: „Niniejsza Ustawa Zasadnicza obowiązuje zrazu na obszarach Wielkiego Berlina, Hamburga, Hesji, Dolnej Saksonii, Północnej Nadrenii Westfalii, Nadrenii Palatynatu, Szlezwika-Holsztynu, Wirtembergii-Badenii i Wirtembergii-Hollenzollernu. W innych częściach Niemiec należy nadać Ustawie Zasadniczej moc obowiązującą po ich przystąpieniu” – na drodze dialogu i porozumienia się w sprawie utworzenia nowego państwa, opierającego się na nowej, wcześniej opracowanej ogólnoniemieckiej konstytucji. Była to droga z wykorzystaniem art. 146 Ustawy Zasadniczej RFN, która stanowiła: „Niniejsza Ustawa Zasadnicza traci moc obowiązującą z dniem, w którym wejdzie w życie konstytucja uchwalona przez Naród Niemiecki w drodze swobodnej decyzji”.
Po wyborach zakończonych zwycięstwem partii konserwatywnych skupionych w „Sojuszu na rzecz Niemiec” i opowiadających się za szybkim zjednoczeniem stało się jasnym, ze wybrana
zostanie droga przez art. 23. określana jako „królewska”, „najszybsza”, „bezproblemowa”,
„najefektywniejsza dla osiągnięcia niemieckiej” jedności”. Takiego rozwiązania, pojmowanego jako szybkie wprowadzenie unii walutowej, gospodarczej i socjalnej, a zwłaszcza DM oczekiwała znaczna część społeczeństwa NRD, która z tych właśnie względów głosowała na CDU, DSU i „Demokratyczny Przełom”.
Natomiast siły demokratyczne, które jesienią 1989 r. doprowadziły do przełomu w NRD („Nowe Forum”, „Demokracja teraz”, „Inicjatywa na rzecz pokoju i praw człowieka”), znaczna część inteligencji, przedstawiciele środowisk twórczych opowiadały się za „dłuższą” drogą zjednoczeniową, w której NRD wystąpiłaby jako suwerenny, równoprawny partner i która pozwoliłaby na wniesienie przez nią przynajmniej części swej tożsamości do przyszłych zjednoczonych Niemiec. Takie stanowisko powodowane było m.in. już na wstępie niedotrzymaniem przez H. Kohla obietnic przedwyborczych i postawieniem pod znakiem zapytania relacji, według której marka NRD miałaby być wymieniana na DM.
W przypadku wyboru drogi przez art. 146 Ustawy Zasadniczej należało się liczyć ze znacznym opóźnieniem czasowym niemieckiej jedności – opóźnieniem, które dla ludzi oczekujących na szybkie zjednoczenie, unię walutową, gospodarczą i socjalną było nie do zaakceptowania.
Stąd „nabierający coraz większej prędkości pociąg zjednoczeniowy ciągniony przez „lokomotywę Kohla”, wykorzystujący przy tym sprzyjający wiatr historii” był nie do zatrzymania.
Dobitnie pokazuje to kronika głównych wydarzeń w NRD w 1990 r. prowadzących do zjednoczenia Niemiec:
2.01. – rząd NRD wyraża gotowość konstruktywnej współpracy z całym spektrum politycznym uczestniczącym w rozmowach „okrągłego stołu”;
1.02. – ówczesny premier H. Modrow występuje publicznie z koncepcją „Für Deutschland einig Vaterland”;
5.02. – na propozycję H. Modrowa wynikającą z realnej oceny układu sił politycznych tworzony jest rząd odpowiedzialności narodowej, w skład którego wchodzą przedstawiciele ośmiu nowych partii i ugrupowań demokratycznych;
13 / 14.02. – H. Kohl i H. Modrow porozumiewają się podczas rozmów w Bonn w sprawie utworzenia wspólnej komisji ekspertów ds. przygotowania unii walutowej oraz wspólnoty gospodarczej;
25.02. – prezydent G. Bush zapewnia H. Kohla podczas rozmów w Waszyngtonie o poparciu dla niemieckiej jedności;
18.03. – odbywają się pierwsze wolne wybory parlamentarne do Izby Ludowej, zakończone zdecydowanym zwycięstwem partii konserwatywnych z CDU na czele. Zwycięstwo chrześcijańskich demokratów umocniło pozycję Kohla i jego linię zjednoczenia Niemiec;
20.03. – rząd boński opowiada się za wprowadzeniem unii walutowej, gospodarczej i socjalnej między RFN a NRD do przerwy wakacyjnej;
12.04. – L. de Maizie’re zostaje wybrany premierem. Jego rząd określany jest jako „ostatni rząd NRD”, na którym spoczywa historyczna misja przygotowania warunków dla zjednoczenia Niemiec;
6.05. – mają miejsce pierwsze wybory komunalne w NRD. Ich rezultaty odzwierciedlają i stabilizują układ sił politycznych powstały w wyniku wyborów parlamentarnych;
maj / czerwiec – Izba Ludowa podejmuje decyzje polegające na dostosowaniu konstytucji i ustawodawstwa NRD do procesu zjednoczeniowego. Eliminowane są elementy ideologiczne (np. o socjalistycznym porządku państwowym i prawnym) i tworzone są warunki dla gospodarki rynkowej;
17.06. – frakcja DSU na specjalnej sesji Izby Ludowej występuje z wnioskiem o natychmiastowym przystąpieniu NRD do RFN na podstawie art. 23 Ustawy Zasadniczej (wniosek ten po dramatycznej dyskusji nie uzyskuje większości);
21.06. – oba parlamenty niemieckie głosują za Układem państwowym o wprowadzeniu unii walutowej, gospodarczej i socjalnej między NRD i RFN;
1.07. – wchodzi w życie unia walutowa, gospodarcza i socjalna. Równocześnie granica NRD – RFN zostaje otwarta dla obywateli obu państw niemieckich;
10.07. – następuje rozpoczęcie prac nad 2-gim Układem państwowym NRD – RFN;
15 / 16.07. – w rezultacie rozmów Gorbaczow – Szewardnadze – Kohl – Genscher na Kaukazie usunięte zostają „zewnętrzne” przeszkody dla osiągnięcia niemieckiej jedności. Zjednoczone, suwerenne Niemcy mają same zdecydować o swej przynależności do sojuszów
militarnych;
22.07. – Izba Ludowa podejmuje decyzję o wprowadzeniu struktury landów w NRD;
11.-12.08. na zjeździe w Hanowerze następuje zjednoczenie partii liberalnych (BFD, DFP i FDP-NRD z FDP-RFN);
19.08. – SPD występuje z rządu. W ciągu miesiąca 20.07. – 19.08.1990 r. dochodzi w NRD do trzech kolejnych kryzysów rządowych, które doprowadzają do kompletnego rozkładu wielkiej koalicji CDU/CSU, liberałów i SPD;
31.08. – minister spraw wewnętrznych RFN – W. Schäuble i sekretarz stanu NRD – G. Krause podpisują 2-gi „Układ o przywróceniu jedności państwowej Niemiec” zwany również „Układem zjednoczeniowym”;
12.09. – w Moskwie zostaje podpisany „Układ 2 + 4”. Zgodnie z nim wraz z przystąpieniem NRD do RFN 3.10.1990 r. zostają zniesione prawa czterech mocarstw i zjednoczone Niemcy odzyskują pełną suwerenność;
19.09. – następuje samorozwiązanie FDGB ( Wolnych Niemieckich Związków Zawodowych);
20.09. – Izba Ludowa i Bundestag przyjmują „Układ zjednoczeniowy”;
27/28.09. – na zjeździe w Berlinie następuje połączenie się SPD w obu państwach w jedną ogólnoniemiecką SPD;
1 / 2.10. – na zjeździe w Hamburgu następuje zjednoczenie partii siostrzanych CDU;
3.10. – NRD przystępuje do RFN na podstawie art. 23 Ustawy Zasadniczej. Po 40 latach i 362 dniach podziału osiągnięta zostaje jedność niemiecka. NRD przestaje istnieć jako podmiot międzynarodowego prawa;
4.10. – w berlińskim Reichstagu zbiera się parlament ogólnoniemiecki (w posiedzeniu uczestniczy również 144 deputowanych z b. NRD);
14.10. – mają miejsce wybory do parlamentów krajowych w 5-ciu nowo utworzonych landach b. NRD (w 4 zwycięstwo odniosła CDU, jedynie w Brandenburgii wygrała SPD);
2.12. – odbywają się pierwsze ogólnoniemieckie wybory parlamentarne do Bundestagu (na dwóch obszarach wyborczych z 5% klauzulą) oraz wybory ogólnoberlińskie, wieńczące jedność niemiecką. Wybory zakończyły się zdecydowanym zwycięstwem CDU i umocniły pozycję H. Kohla jako „kanclerza wszystkich Niemców”.
Należy podkreślić, że te wszystkie wydarzenia polityczne prowadzące do zjednoczenia Niemiec działy się na terenie NRD, były rozstrzygane przede wszystkim na forum parlamentarnym – w Izbie Ludowej, stanowiska poszczególnych partii były wypracowywane na zjednoczeniowych forach partyjnych .
Zrządzenie losu sprawiło, ze będąc w tym czasie na placówce w NRD miałem okazję przeżycia tak ważnego wydarzenia historycznego jakim było zjednoczenie Niemiec i współuczestniczenia w relacjonowaniu i informowaniu o przebiegu procesu zjednoczeniowego do MSZ na użytek
władz polskich.
A zjednoczenie Niemiec dotyczyło także Polski, polskiej racji stanu. Stąd na ważne posiedzenia Izby Ludowej dotyczące kwestii zjednoczeniowych udawałem się z Ambasadorem dr Januszem Obodowskim, który po godzinie, półtorej (ze względu na inne obowiązki) wychodził, a ja zostawałem do końca posiedzenia, czy roztrzygnięcia ważnej kwestii, po czym udawałem się do Ambasady, aby przygotować informację do kraju. To tu na forum parlamentu zapadały kluczowe decyzje dotyczące ostatniego etapu osiągania niemieckiej jedności, a w szczególności kontynuowane były prace nad zapisami „Układu o przywróceniu jedności niemieckiej między Republiką Federalną Niemiec i Niemiecką Republiką Demokratyczną” zwanego również „2-gim Układem państwowym NRD-RFN” bądź „Układem zjednoczeniowym”. Negocjatorami tego układu byli Günther Krause( parlamentarny sekretarz stanu) ze strony NRD i Wolfgang Schäuble (ówczesny minister Spraw Wewnętrznych ) ze strony RFN. Jednym z podstawowych zapisów tego dokumentu były szczegóły przystąpienia NRD do RFN na podstawie art. 23 Ustawy Zasadniczej. Treść i zakres „2-go Układu” stanowiły istotny przedmiot sporu między poszczególnymi partiami
w NRD i RFN.
Ten okres mojej pracy na placówce w Berlinie był pasjonujący, wielce absorbujący i wymagający ogromnej odpowiedzialności. Tempo wydarzeń było ogromne, przewidywalność dotycząca ich zakończenia i skutków często trudna do określenia, a jednocześnie nie można było być pasywnym, tylko należało wyprzedzać teraźniejszość i wybiegać w przyszłość. Kiedy upadł mur berliński i na porządku dnia pojawił się temat zjednoczenia Niemiec, w korpusie dyplomatycznym dawało się odczuć, że stanowiska poszczególnych krajów – czterech mocarstw są zróżnicowane.
Pierwsze reakcje Zachodu na zjednoczenie Niemiec, były bardzo ostrożne – szczególną ostrożność, a wręcz wstrzemięźliwość w dyskusji zjednoczeniowej wykazywał rząd brytyjski, a przede wszystkim M. Thatcher. Ówczesna premier Wielkiej Brytanii oświadczyła, że sprawa zjednoczenia Niemiec jest zbyt szybkim wychodzeniem w przyszłość i wezwała do postępowania mądrego „krok po kroku”. Ja sam pamiętam pytanie retoryczne zadane mi przez radcę ambasady brytyjskiej w listopadzie 1989 r. – „mam nadzieję, że Polska nie zgodzi się tak szybko na zjednoczenie Niemiec”. Z późniejszych rozmów z pracownikami Ambasady ZSRR w Berlinie przed wyborami do Izby Ludowej 18.03. 1990 r. wynikało, że Związek Radziecki jest przeciwny zjednoczeniu na drodze klasycznego „Anschlussu”. Argumentował to tym, że aktualnie istnieją dwa państwa niemieckie – dwa podmioty prawa międzynarodowego. W przypadku „Anschlussu” znika jeden z tych podmiotów, pozostaje tylko Republika Federalna Niemiec. Od tego momentu jedynymi obowiązującymi stają się międzynarodowe układy i zobowiązania RFN. Władzom radzieckim chodziło wówczas o to, aby w momencie zjednoczenia z dwóch dotychczasowych państw niemieckich, powstał zupełnie nowy podmiot prawa międzynarodowego, który przejąłby międzynarodowe zobowiązania, zarówno RFN, jak i NRD. Chcieli, aby zjednoczone Niemcy na nowo wstąpiły do ONZ, EWG i innych międzynarodowych organizacji (powtórzyły niejako tę drogę, którą przeszły RFN i NRD).
Ale kanclerz H. Kohl w swojej ofensywie dyplomatycznej konsekwentnie rozwiewał wątpliwości i usuwał przeszkody na drodze do zjednoczenia. W kontaktach z ZSRR pozostała jeszcze jedna – Moskwa sprzeciwiała się pozostaniu zjednoczonych Niemiec w NATO i obstawała przy wizji ich neutralności. Ta ostatnia przeszkoda została usunięta podczas decydującej dla niemieckiej jedności wizyty H. Kohla i bardzo reprezentatywnej delegacji niemieckiej ( m.in. H.-D. Genschera, T. Weigla) w Stawropolu na Kaukazie w dniach 15-16 lipca 1990 r. M. Gorbaczow zmienił zdanie w tej kwestii, godząc się na popieraną przez samą RFN opcję państw zachodnich, jak również na wycofanie wojsk radzieckich z ziemi niemieckiej do 1994 r. W trakcie tych rozmów uzgodniono, ze RFN udzieli ZSRR pomocy finansowej i że oba kraje zawrą traktat dwustronny. Ta tak ważna dla niemieckiej jedności wizyta H. Kohla i rozmowy z radzieckim przywódcą nie przypadkiem odbyły się w Stawropolu. Stawropolski Kraj to były rodzinne strony M. Gorbaczowa, gdzie się urodził i w których rozpoczął młodzieżową i partyjną karierę .
W Ambasadzie główną uwagę przywiązywaliśmy do przebiegu procesu zjednoczeniowego w kontekście spraw polskich. W lutym 1990 r. poinformowaliśmy nasz MSZ o opinii dr Rosemarie Jarosch z Instytutu Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu w Lipsku, która stwierdziła, że każdy kto zaleca rozwiązanie problemu zjednoczenia Niemiec na podstawie art. 23 Ustawy Zasadniczej musi pogodzić się z zarzutem, że „chce trzymać otwarte tylne drzwi dla roszczeń terytorialnych po drugiej stronie granicy na Odrze i Nysie”. Także według nas wówczas – czyli placówki w Berlinie – wobec nasilających się wówczas tendencji nacjonalistycznych w NRD i utrzymujących się tendencji rewizjonistycznych w RFN oraz „manewrów” kanclerza H. Kohla w kwestii ostatecznego uznania granicy na Odrze i Nysie, dwuznaczność interpretacyjna art. 23 była bardzo niebezpieczna dla Polski.
Generalnie otwarcie drogi zjednoczonym Niemcom na Zachód, do NATO i do EWG przyjęto z zadowoleniem w Polsce. Po raz pierwszy od końca II wojny światowej nasz kraj, odzyskujący pełną suwerenność, miał uzyskać bezpośrednią granicę ze światem zachodnim. Ale zadowolenie z planów przyjęcia Niemiec do NATO tłumione było sporem dyplomatycznym z H. Kohlem o uznanie granicy na Odrze i Nysie. Mimo, że oba państwa niemieckie opowiedziały się za zachowaniem istniejącej granicy Niemiec i Polski, jednak sam kanclerz zwlekał z ostatecznym uznaniem granicy, argumentując, że uczynią to dopiero zjednoczone Niemcy. Rząd T. Mazowieckiego, widząc uniki kanclerza zażądał, aby delegat polski uczestniczył w konferencji mocarstw ( Stany Zjednoczone, Związek Radziecki, Wielka Brytania, Francja) i obu państw niemieckich na temat kształtu tworzonego państwa ogólnoniemieckiego. Starania dyplomatyczne Polski przyniosły sukces i już dzień po przełomowej wizycie H. Kohla na Kaukazie polski minister Spraw Zagranicznych zasiadł przy stole konferencji „2+4” dotyczącej zjednoczenia Niemiec na której Niemcy zobowiązały się do zawarcia traktatu potwierdzającego istniejącą granicę na Odrze
i Nysie. Niezmiernie celnymi, zabezpieczającymi polskie interesy były działania podjęte przez ówczesnego ministra Spraw Zagranicznych – prof. K. Skubiszewskiego prowadzące do podpisania 14 listopada 1990 r. „Traktatu między Rzecząpospolitą Polską a Republiką Federalną Niemiec o potwierdzeniu istniejącej między nimi granicy” ( gwarantującego uznanie granicy na Odrze i Nysie).
Drugim traktatem wynegocjowanym ze zjednoczonymi Niemcami był „Traktat o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy” podpisany 17 czerwca 1991 r. Przed podpisaniem tego Traktatu minister-prof. K. Skubiszewski powiedział „Nie ma jedności europejskiej bez (traktatowego uregulowania) porozumienia i pojednania polsko-niemieckiego”.
Nie ulega wątpliwości, ze twórcą niemieckiej jedności był kanclerz H. Kohl, który wszedł do historii Republiki Federalnej Niemiec jako „ojciec zjednoczenia”. Muszę przyznać, ze kiedy został kanclerzem, osobiście nie darzyłem go sympatią jako polityka, nie miałem do niego zaufania w kwestiach relacji polsko-niemieckich. Obawy te potwierdzały jego „manewry” przed zjednoczeniem w kwestii ostatecznego uznania granicy na Odrze i Nysie. Kiedy jednak okoliczności związane z osiągnięciem głównego celu, jakim było zjednoczenie Niemiec, spowodowały zmianę tego stanowiska i wyrażenie zgody na ostateczne traktatowe uznanie
granicy polsko-niemieckiej, H. Kohl stał się „ambasadorem polskich interesów w strukturach europejskich”. Nasza droga do Europy wiodła przez Niemcy, a on był kanclerzem zjednoczonej Europy. Jak powiedziała po jego śmierci 16 czerwca 2017 r. kanclerz Angela Merkel – „był właściwym człowiekiem we właściwym czasie, który wykorzystał historyczną szansę na zniesienie podziałów na Starym Kontynencie”.
Obchodząc 3.10. br. 30-tą rocznicę zjednoczenia Niemiec należy podkreślić, że o doniosłości tego wydarzenia świadczy fakt ,że stało się ono najważniejszym elementem ówczesnej polityki światowej, a w centrum zainteresowania znalazła się kwestia uznania przez Niemcy granicy polsko-niemieckiej.

Autor był I sekretarzem Ambasady RP w Berlinie w latach 1988-1992 i Radcą Ambasady RP w Berlinie w latach 2005-2010

Zapomniane ludobójstwo pod Wodną Górą

Waterberg (czyli „Wodna Góra” w języku afrikaans) to płaskowyż w formie góry stołowej, wznoszący się w Namibii ponad pustynną równiną Kalahari. To ważne źródło wód powierzchniowych w tej pustynnej i suchej części kontynentu, jak i rezerwuar wód podziemnych. Dla ludu Herero, wyznającego do dziś religię opartą na kulcie natury – miejsce święte. A także miejsce ich największej, niewyobrażalnej tragedii – esencji zbrodni kolonializmu. Niedawno minęła jej 116. rocznica.

Protesty pod hasłem Black Lives Matter i obalanie pomników ożywiły – przynajmniej na chwilę – debatę o kolonializmie, niewolnictwie i bezwzględnej eksploatacji podbitych ludów przez Europejczyków. Warto pamiętać, że to właśnie w niemieckich koloniach w Afryce Południowo-Zachodniej, czyli w dzisiejszej Nambii, zmaterializowały się późniejsze pomysły „ostatecznego rozwiązania”: uznania, że pewna kategoria ludzi z zasady jest gorsza i dlatego można zamknąć ich w obozach zagłady lub po prostu masowo mordować.
Niemiecka Namibia z jednej strony była próbką tego, co miało nastąpić po dojściu Hitlera do władzy, z drugiej – esencją całej epoki kolonializmu. Rządy Belgów w Kongu, Belgów w Kongu Leopolda II, Brytyjczyków w Indiach, Francuzów w Algierii, Amerykanów na Filipinach czy skutki interwencji zachodnich w Chinach różniły się w szczegółach, ale nie co do ogólnego mechanizmu i celu.
Korpus interwencyjny
Wybuch w 1904 r. powstania Hererów przeciwko kolonizacji niemieckiej spowodował przybycie do kolonii korpusu interwencyjnego. Stojący na jego czele gen. Lotar von Trotha, który brał już udział w tłumieniu powstań w innej niemieckiej kolonii w Afryce wschodniej (dziś Tanzania) w swoim dzienniku napisał: „Znam się wystarczająco na plemionach Afryki. Wszystkie one mają tę samą mentalność i wszystkie liczą się tylko z siłą. Było i jest moją polityką stosowanie siły – absolutny terror, a nawet okrucieństwo. Zniszczę zbuntowane plemiona, przelewając rzeki krwi”. Wprowadził od razu w kolonii stan wojny czyniąc się namiestnikiem cesarza oraz Sztabu Generalnego Armii Niemieckiej, usuwając w cień mającego wątpliwości co do jego metod gubernatora Theodora Leutweina.
11 sierpnia 1904 r. pod Waterbergiem Herero, dowodzeni przez charyzmatycznego Samuela Maharero, zebrali ok. pięć tysięcy wojowników, spodziewając się negocjacji z Niemcami. Kontyngent von Trothy liczył ponad 15 tys. żołnierzy uzbrojonych w karabiny, nowoczesne jak na owe czasy szybkostrzelne karabiny maszynowe i 30 sztuk artylerii. Obóz Hererów, w którym oprócz mężczyzn uzbrojonych w tradycyjną broń kirri, znajdowały się kobiety i dzieci oraz niezliczone stada bydła i kóz, został zniszczony. Namioty i inne prowizoryczne zabudowania oraz studnie były palone i zasypywane.
Niemcy – żołnierze i ochotnicy – mordowali każdego, zabijali ludzi i zwierzęta. Tysiące ocalałych Hererów wraz z resztkami stad w panicznej ucieczce ruszyły na wschód, ku brytyjskiej Beczuanie (dzisiejsza Botswana), ale na ich drodze stała mordercza pustynia Kalahari. Na półkuli południowej bywa w sierpniu pora sucha…
Uciekający Herero
Niemcy okopali się na granicach pustyni, a 2 października 1904 r. von Trotha wydał niesławny rozkaz eksterminacji powstańców: „Każdy Herero znaleziony w granicach Niemiec z bronią lub bez, z bydłem lub bez, zostanie zastrzelony”.
Ten ludobójczy plan eksterminacji całego narodu zrealizowano z niemiecką dokładnością i bezwzględnością iście kolonialną: z absolutnym przekonaniem, że życie przedstawicieli niższej rasy nic nie jest warte, a moralne i właściwe jest działanie mające na względzie wyłącznie zysk Europejczyków, niszczące wszelką produkcję autochtonicznych ludów.
Marsz Herero uciekających po bitwie na wschód doprowadził do niemal wymarcia tego ludu. W obozie pod Waterbergiem było ich wszystkich 60 tys. Samuelowi Maharero udało się doprowadzić do Beczuany tysiąc osób.
Inni, którzy nie zginęli podczas bitwy i pierwszej rzezi, umierali w niewyobrażalnych katuszach z pragnienia i wyczerpania na pustyni. Z ich stad nie zostało dosłownie nic. Niemieckie patrole znajdowały potem szkielety wokół otworów o głębokości 8–16 m, wykopywanych w daremnej nadziei na znalezienie wody. Trupy ludzi i zwierząt zalegały na obszarze dziesiątków tysięcy km kwadratowych. Ludzkie szkielety, które próbowały zawrócić z pustyni i poddać się, wracały po śmierć: zgodnie z rozkazem von Trothy tych nieszczęśników bez względu na płeć, wiek i stan zdrowia zabijano na miejscu.
I dopiero po tym, gdy Berlin odwołał ludobójczy rozkaz, zamiast mordować ich na miejscu, zaczęto wysyłać ich do obozu na wyspie Shark, skale połączonej z lądem niepewną groblą, smaganej zimnymi i słonymi wiatrami znad południowego Atlantyku. „Nie sądzę, aby na świecie istniało miejsce bardziej niegościnne i wrogie człowiekowi” – tak ten skrawek lądu opisał lekarz wojskowy stacjonujący wtedy w Namibii.
Obóz był szeregiem blaszanych bud dla strażników oraz szałasów z koców i szmat dla osadzonych Hererów, otoczony drutem kolczastym z murowaną strażnicą zlokalizowaną u wylotu grobli na stały ląd. Dokuczliwe zimno, sól w powietrzu i w glebie, skalisty pozbawiony roślinności teren, a także rekiny krążące stale w wodach okalających wyspę nadawały mu dodatkowej grozy.
Protoplasta obozu śmierci
Obóz ten – w sumie Niemcy po bitwie pod Waterbergiem i późniejszym spacyfikowaniu ludu Namaqua utworzyli w kolonii sześć podobnych – w literaturze i dokumentach nazywa się jasno obozem zagłady.
Klany Herero z północy kraju, które nie brały udziału w powstaniu i walkach w rejonie Waterbergu, nie uratowały się przed eksterminacją. Zostały przesiedlone do wiosek-obozów i poddane kolonialnej eksploatacji.
Zdjęcia z tamtego okresu – które stały się formą pocztówek przesyłanych do Vaterlandu z kolonii, opatrzone zjadliwymi i rasistowskich komentarzami – stanowią dokumentację tego haniebnego sytemu oraz ludzkiej degrengolady. Szczytem europejskiej hańby epoki kolonialnej jest jedno ze zdjęć zrobionych przez porucznika Dühringa: w pomieszczeniu, zapewne strażnicy na Shark Island, stoi naga, młodziutka dziewczynka Herero, między zaciśniętymi jej udami widać resztkę szmaty, która stanowiła jej odzienie, a które zapewne przed chwilą z niej zdarto. Tak wyglądało panowanie „cywilizowanych ludzi” w Afryce. Droga do Auschwitz, Mathausen, Dachau i innych obozów śmierci została wytyczona. Ocenia się, że pacyfikacja i eksterminacja Hererów wyniszczyła ten lud w blisko 80 proc. Z namibijskich Namaqua zginęło „tylko” 50-60 proc.
Wyższość białych
Dramat ludu Herero sprzed ponad 100 laty rzuca po dziś dzień złowrogi cień. W czasie tej wojny zabrano do Niemiec w celu tzw. badań naukowych, mających udowodnić wyższość białych Europejczyków nad Afrykanami, kilkaset głów obciętych zabitym lub zmarłym w różnych okolicznościach Hererów. Umieszczone były one do początków XXI wieku, w formalinie, w archiwach instytutów badawczych i uniwersytetów niemieckich. Namibia od lat domagała się zwrotu ok. 40 czaszek i głów, jakie zlokalizowano na terenie Niemiec.
Interwencje i nadanie sprawie rozgłosu międzynarodowego przez Petera Katjavivę, polityka i dyplomatę namibijskiego, okazały się skuteczne: w 2011 r. te makabryczne eksponaty zostały zwrócone do Namibii. W sierpniu 2018 r. Niemcy zwróciły pozostałe czaszki i inne ludzkie szczątki, nad którymi przeprowadzane badania pod kątem naukowego promowania białej supremacji na świecie.
Wcześniej, w setną rocznicę rozpoczęcia ludobójstwa, członek niemieckiego rządu Heidemarie Wieczorek-Zeul, niemiecka minister rozwoju i współpracy gospodarczej, oficjalnie przeprosiła. Oświadczyła na polu bitwy pod Waterbergiem, pod monumentem wzniesionym ku czci zabitych i zamęczonych Hererów: „my Niemcy, akceptujemy naszą historyczną i moralną odpowiedzialność oraz winę poniesioną w tym czasie”.
Wykluczyła jednak wypłacanie specjalnych rekompensat dla potomków i rodzin, obiecując stałą pomoc gospodarczą dla Namibii. Także rodzina von Trothów udała się w 2007 roku na zaproszenie wodzów królewskich Herero do Namibii i publicznie przeprosiła za działania swojego krewnego i przodka.
Herero i Namaqua złożyli pozew w Stanach Zjednoczonych w 2017 roku, domagając się odszkodowania od rządu niemieckiego i Deutsche Bank , który finansował przedsięwzięcia rządu niemieckiego.
Pozwali także firmy działające w koloniach, korzystających z niewolniczej pracy ludzi osadzonych w obozach. Dokonują tego na podstawie Alien Tort Statute, amerykańskiego prawa z 1789 r., często przywoływanego w sprawach dotyczących praw człowieka. Niemcy oddalają żądania pozywających: jako suwerenny naród nie mogą być pozwane przed sądy amerykańskie w związku z czynami poza Stanami Zjednoczonymi. Także nowojorski sąd nie kwapi się z procedowaniem pozwu. W wywiadzie dla New York Timesa jeden z wodzów Herero Sam Kambazembi skomentował tę sytuację, porównując sytuację Herero do powszechnie potępionego i trwającego w światowej pamięci Holokaustu: „Jedyna różnica jest taka, że Żydzi są biali, a my czarni”.
To, co praktykowano w koloniach, jak prowadzono podbój i eksterminację ludów pozaeuropejskich, zatrwożyło eleganckich, cywilizowanych Europejczyków, białych chrześcijan dopiero w latach 1939-45.
Dopiero wtedy, gdy kulturalny, jeden z najbardziej cywilizowanych i stymulujących postęp nauki i kultury światowej kraj, Niemcy, zastosował te same metody w Europie.
Na oczach innych państw, które w swoich koloniach też dokonywały rzezi.

Bułgarska opiekunka walczy o sprawiedliwość przed niemieckim sądem

Bułgarska agencja pośrednictwa pracy będzie musiała zapłacić Dobrinie D., opiekunce osób starszych, 42 tys. euro zaległego wynagrodzenia. Kobieta w teorii opiekowała się 96-letnią Niemką przez sześć godzin dziennie. W rzeczywistości musiała być w gotowości do pracy przez całą dobę.

To wyrok ważny dla wszystkich migrantek z Europy Wschodniej, które w Niemczech podejmują pracę opiekunek seniorów – czyli również opiekunek przyjeżdżających z Polski. Tysiące z nich zobaczy w historii Bułgarki Dobriny D. własne doświadczenie: zero dni wolnych, brak czasu na odpoczynek, za to mnóstwo dodatkowych, nieprzewidzianych w umowie obowiązków.
Historię kobiety i jej walki o należyte wynagrodzenie opisuje Deutsche Welle. Za opiekę nad 96-letnią Niemką i prowadzenie jej domu Berlinie 64-letnia Bułgarka dostawała 950 euro miesięcznie. Taką umowę zaproponowała jej agencja pośrednictwa pracy, obiecując równocześnie, że będzie pracować 6 godzin dziennie.
Dobrina D., która wróciła już z Niemiec do rodzinnego Nesebyru, zaskarżyła agencję przed sądem pracy w Berlinie. W pierwszej instancji wygrała sprawę. Całodobową dyspozycyjność, do jakiej była faktycznie zobowiązana, sąd wycenił na dodatkowe 42 tys. euro, biorąc za podstawę minimalną stawkę godzinową. Bułgarska agencja odwołała się od wyroku. 16 lipca rozpoczęła się sprawa w II instancji.
– Cieszy nas, że ktoś w końcu odważył się iść do sądu – komentuje sprawę dla Deutsche Welle Justyna Oblacewicz z Niemieckiego Zrzeszenia Związków Zawodowych, która od czterech lat wspiera w podobnych sprawach opiekunki z Europy Wschodniej. – Jest wiele powodów, dla których dzieje się to dopiero teraz, pomimo że od lat pojawiają się skargi. Opiekunki przebywają w Niemczech tylko przez krótki czas, mają pełne ręce roboty, słabo mówią po niemiecku i nie znają swoich praw.
Opiekunki, nawet pracując ponad siły i padając ofiarą złego traktowania ze strony rodzin seniorów, zwykle obawiają się protestować, ze strachu, że stracą zajęcie, a potem nie znajdą następnego.
Niedawno w obronie polskich opiekunek stanął związek zawodowy Związkowa Alternatywa, do którego zgłaszają się Polski zatrudnione w krajach niemieckojęzycznych w takim charakterze. ZA skierowała pismo do Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, sugerując nawiązanie kontaktu z odpowiednim ministerstwem w Niemczech i przygotowanie układu zbiorowego dającego prawne gwarancje pracownikom opieki. Odpowiedź ministerstwa była niezbyt zachęcająca: sugerowano w niej, że opiekunki powinny same postarać się o negocjowanie dobrych warunków pracy, jako że ich praca jest w Niemczech bardzo potrzebna. Stwierdzono ponadto, że państwo nie może ingerować w kontrakty zawierane między rodzinami seniorów a opiekunami. Tymczasem państwo niemieckie… właśnie to zrobiło, ustalając minimalną stawkę godzinową w sektorze opieki. Agencje zatrudnienia, zawierając umowy z innymi agencjami w krajach Europy Wschodniej, omijają właśnie ten przepis. W kolejnym piśmie z ministerstwa resort zapewnia, że sprawę rozwiąże polska ustawa o pracownikach delegowanych, która ma zostać przyjęta do końca lipca, by zrealizować wytyczne dyrektywy UE.
Niemieckie związki zawodowe z uwagą przyglądają się, jakie stanowisko zajmie sąd w sprawie Dobriny D., bo sprawa może być precedensowa. Przyznają: pracownicy migracyjni przez lata byli w Niemczech wyzyskiwani i całkowicie pozbawieni ochrony, chociaż bez ich pracy starzejące się lokalne społeczeństwo nie dałoby sobie rady.

Niemcy nie wierzą Stanom

Wiara, że armia amerykańska weźmie udział w obronie jakiegoś europejskiego kraju w razie konfliktu, jest według kanclerz Angeli Merkel bezpodstawna. Jej zdaniem, Unia Europejska nie może już liczyć na zobowiązania NATO, jak kiedyś, za czasów zimnej wojny. To, co wydawało się oczywiste, należy już przeszłości.

Do francuskich narzekań na „odmóżdżone” NATO dołączyła Angela Merkel. Wczoraj na wspólnej konferencji prasowej z bawarskim premierem Markusem Söderem, którego wyraźnie wyznaczyła na swego następcę, sugerowała, że zobowiązania NATO do wspólnej obrony stały się zbyt niepewne. „Trzeba uznać, że 30 lat po zjednoczeniu Niemiec, 30 lat po zakończeniu zimnej wojny, świat widzi siebie inaczej. To, co uważaliśmy za pewnik, jak np. że USA obronią Unię Europejską nie jest już oczywiste, to się zmieniło” – mówiła.
Radą na tę sytuację miałby być „wielostronny sojusz” w ramach Unii, coś w rodzaju NATO 2, bez Stanów Zjednoczonych i Turcji, tj. bez krajów o najsilniejszych armiach lądowych. Pierwszy raz Merkel ogłosiła swe wątpliwości co do Stanów Zjednoczonych w listopadzie zeszłego roku w Bundestagu, ale wczoraj pierwszy raz zasugerowała zmianę kształtu NATO, czyli ograniczenie przyszłego sojuszu wojskowego do krajów europejskich. W tle tych przekonań pozostają napięte ostatnio stosunki niemiecko-amerykańskie.
Na początku tego miesiąca Merkel ostro skrytykowała Stany Zjednoczone za projekt jednostronnych sankcji przeciw budowie gazociągu Nord Stream 2 z Rosji do Niemiec. Wezwała do kontynuacji i zakończenia budowy, mimo amerykańskiego sprzeciwu. Na razie amerykańska ustawa jest na etapie dyskusji w Kongresie, ale wygląda na to, że zostanie przyjęta, gdyż Amerykanie woleliby, by Europa kupowała droższy gaz amerykański. Niemiecki minister gospodarki Peter Altmaier mówił, że USA działają wbrew prawu międzynarodowemu, co może wywołać „europejską ripostę” ekonomiczną.
Do tej pory NATO nie obroniło żadnego kraju. Poza przegraniem wojny w Afganistanie, odznaczyło się jedynie napadami na słabe kraje, które nie podzielały celów polityki amerykańskiej, jak b. Jugosławia, czy Libia, co przyniosło same nieszczęścia.

Nie oddamy wojsk NATO!

Po wiernopoddańczej deklaracji polskiego prezydenta i otaczających go elit, że Polska chętnie weźmie 9 tysięcy amerykańskich żołnierzy na własne ziemie i utrzymanie, okazało się, że Niemcom się to nie podoba.

Niemieckie media, a konkretnie „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, piszą, że wyprowadzenie tak dużej liczby żołnierzy z terytorium Niemiec osłabi plany zorientowane na odstraszenie Rosji oraz pogorszy elastyczność strategiczną paktu.
Niemiecka gazeta jest zdania, że decyzja Trumpa jest absolutnie nieracjonalna, zaś wszelkie próby Pentagonu, by nadać jej jakiś sens – bezcelowe. Pentagon istotnie dokonuje karkołomnych wybiegów, by udowodnić, że tak naprawdę cała zmiana tylko wzmocni NATO, podniesie jego elastyczność i bardziej odstraszy Rosję. FAZ posuwa się do sugestii, że decyzje amerykańskiego prezydenta w tej sprawie dowodzą, że racje mieli ci, którzy ostrzegali przed wyborem Trumpa na stanowisko prezydenta Stanów Zjednoczonych, zaś jego posunięcia są przejawem „antyniemieckiej gorączki i żądzy zemsty” wobec niemieckiego sojusznika. Gazeta zwraca uwagę, że w Kongresie USA wielu kongresmenów, niezależnie od partyjnego szyldu, sprzeciwia się relokacji niemieckich wojsk traktując to jako zagrożenie dla bezpieczeństwa interesów USA na świecie.
Niemiecka gazeta sugeruje na koniec, że niemieckie władze powinny wzmocnić kontakty z Kongresem USA. Trudno to inaczej odczytywać, jak wezwanie kręgów biznesowych Niemiec, którego FAZ jest wyrazicielem, do izolowania prezydenta USA w realizowaniu amerykańskiej polityki zagranicznej. To odważny ruch, ale też świadczący o kryzysie, w jakim znalazły się relacje niemiecko-amerykańskie.
Charakterystyczne, że wpływowa gazeta niemiecka, jaką jest FAZ, nawet przez chwile nie zwróciła uwagę na zdanie, interesy i bezpieczeństwo Polski w tej całej sytuacji. To pokazuje, jak niewiele Polska znaczy w Europie.

Znajomość realiów popłaca

1 lipca rozpoczęła się niemiecka prezydencja w Unii Europejskiej. Niemcy obejmują przewodnictwo w Radzie UE w momencie szczególnie ważnym. Jesteśmy bowiem w trakcie debaty nad wieloletnimi ramami finansowymi oraz nad programem odrodzenia gospodarczego po koronawirusie.

Znana już wszystkim propozycja Komisji Europejskiej dotycząca wieloletnich ram finansowych na lata 2021-2027 spełnia oczekiwania Parlamentu Europejskiego.

Przypomnę, że Komisja zaproponowała 1100 mld. euro na tradycyjne programy – czyli spójność, polityka strukturalna, rolnictwo, polityka społeczna. To jest wzrost bezwzględny w stosunku do wieloletnich ram finansowych kończących się w roku 2020.

Ponadto KE zaproponowała dodatkowe, nowe rozwiązanie w wysokości 750 mld. euro, mające służyć odrodzeniu gospodarczemu Unii. Z tego 500 mld. jako granty bezzwrotne i 250 mld. euro jako pożyczki.

Pierwsza kwota – 1100 mld. euro. To jest wielkie wyzwanie! Żeby mu sprostać, czyli wygenerować odpowiednie przychody, mamy kilka możliwości. Po pierwsze zwiększenie składki państw członkowskich. Po wyjściu Wlk. Brytanii mamy dosyć dużą wyrwę w budżecie – Wlk. Brytania była istotnym płatnikiem netto. To od Rady Europejskiej i właśnie prezydencji niemieckiej w Radzie UE, będzie zależeć, czy uda się wynegocjować zgodę rządów państw członkowskich na zwiększenie składki członkowskiej. Ja oceniam, że polski rząd powinien się na to ochoczo zgodzić, ponieważ za każde euro wpłacone do budżetu, możemy otrzymać rocznie 3 do 4 euro zwrotu z budżetu europejskiego. Zatem zwiększenie udziału jest dla nas korzystne.

Jest też kwestia rozpatrzenia pewnych nowych podatków. Chodzi o zlikwidowanie tzw. „rajów podatkowych” i własne dochody z tego tytułu, a także o podatek od transakcji finansowych i ewentualnie. podatek ekologiczny związany z handlem emisjami. To nie są podatki obciążające ludzi. One tak naprawdę obciążałyby zwłaszcza ponadnarodowe koncerny. Dodatkowe 500 mld., o których wspomniałem, będzie pochodziło z emisji obligacji europejskich na rynkach. Po raz pierwszy w historii Unia Europejska decyduje się na zaciągnięcie swego rodzaju długu wewnętrznego, z wyliczeniem, że poprzez wzrost gospodarczy w latach następnych go spłacimy, albo, jeśli tempo rozwoju gospodarczego nie byłoby wystarczające, będziemy go jakoś rolować.

Są oczywiście kolejne wyzwania, gdyż inwestycje finansowane z pieniędzy przeznaczonych na odrodzenie gospodarcze, nie powinny być zwykłą kontynuacją tego, co uprawiamy do tej pory. Chodzi o inwestycje zupełnie nowe jakościowo, czyli: „zielony ład” – inwestycje pro-ekologicznie, cyfryzacja, nowoczesne technologie, to jest także inwestowanie w celu zwiększenia europejskiej samodzielności, uniezależnienia się od globalnych perturbacji, a także w celu zahamowania ucieczki z produkcją poza UE. Kryzys pokazał, że warto być wewnątrz UE samowystarczalnym.
Skoncentrowanie tych wydatków będzie obejmowało państwa, które z powodu pandemii ucierpiały najbardziej. Beneficjentami będą zatem Francja, Włochy, Hiszpania, Portugalia. Jednak te nowe kwoty oznaczają też szanse dla państw takich jak Polska. Czy coś z tej puli dostaniemy, to się dopiero okaże. Natomiast dla Polski jest bardzo ważne przesłanie: jeżeli te fundusze – a na to się zanosi – będą uruchamiane w powiązaniu ze statusem państwa praworządnego, to nasze spory toczące się przed TSUE dotyczące ustroju sądownictwa, polskiego ładu konstytucyjnego, dotyczące także uznawania orzeczeń europejskiego wymiaru sprawiedliwości, będą miały kluczowe znaczenie. Uparte trwanie w konflikcie z Komisją Europejską i innymi instytucjami europejskimi oraz nieuporządkowanie spraw praworządności może się odbić negatywnie na sumach, które Polska może uzyskać.

Powinniśmy się troszczyć, żeby Polsce na tym etapie przyznano odpowiednie środki, ale odpowiedzialność rządu, także nowego prezydenta, polegać będzie na tym, żeby Polska stała się państwem praworządnym, bo prawdopodobnie tylko wtedy będziemy mogli z tych pieniędzy skorzystać.

Tymczasem mamy wyborczą gorączkę i podczas wieców wyborczych padają różne propozycje, często księżycowe. Zwłaszcza jeden kandydat mówi o tych pieniądzach jako o czymś już pewnym, on i jego rządowi stronnicy właściwie już je dzielą. Mowa oczywiście o prezydencie Polski, który przy okazji swych wiecowych wystąpień sporo miejsca poświęca też koniecznej obronie przed „obcymi”. W tej narracji państwem rzekomo nastającym na naszą wolność i tożsamość są Niemcy. Słyszymy, że utrzymują w Polsce swoją prasę polskojęzyczną, starając się poprzez nią, zakulisowo, wpływać na polskie sprawy, teraz na wybór polskiego prezydenta. W tej sytuacji prezydent i jednocześnie kandydat na prezydenta deklaruje, że będzie skutecznie bronił polskiej tożsamości, polskich wartości, zwłaszcza rodziny w Unii. Zapewnia (podczas wiecu w Wałbrzychu – BL), że będzie umacniał naszą pozycję w Unii Europejskiej, jako państwa „stowarzyszonego, ale narodowego, które ma swoją godność i swoją historię, z której jest dumne”.

To brzmi nieco dziwnie, mówiąc delikatnie. Każe nieustająco przypominać, że Polska nie jest państwem „stowarzyszonym” z UE, ale jest członkiem Unii Europejskiej! Najważniejsza osoba w państwie, powinna tę subtelną różnicę dostrzegać, rozumieć, czuć i takich pomyłek nie popełniać. Jeszcze raz powtarzam: Polska nie jest państwem stowarzyszonym, Polska jest państwem członkowskim UE.

Druga uwaga: praworządność jako kryterium będzie stosowana uniwersalnie. Jeżeli będzie na ten temat głosowanie, ja również zagłosuję, żeby to kryterium zastosować, jeżeli ma dotyczyć wszystkich i każdego z państw członkowskich, w tym także oczywiście Polski. Praworządność jest ostoją naszych praw obywatelskich, gwarancją ich przestrzegania, praworządność jest ostoją ładu społecznego w całej UE.

Co do „polskojęzycznej” prasy, to zawiłości właścicielskie potrafią płatać figle i okazuje się, że to, co ma rzekomo być niemieckie, jest w gruncie rzeczy amerykańskie. Stroniłbym od takich argumentów.

Niemieckiej prezydencji przyglądajmy się zatem z punktu widzenia sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy. Nasza rola i pozycja w Unii Europejskiej są znacznie osłabione. Z tego między innymi powodu opowiadam się zawsze za tym kandydatem w wyborach prezydenckich, który stawia na naszą normalność w relacjach z innymi państwami członkowskimi UE, na przewidywalność zachowań polskiego rządu. Na tym buduje się bowiem naszą pozycję, od tego zależeć będzie nasza moc sprawcza w Unii Europejskiej, a co za tym idzie także możliwości sfinansowania naszych ambitnych planów gospodarczych i przemian w strukturze gospodarki, produkcji, innowacyjności, możliwości tworzenia nowych miejsc pracy, poziom dobrobytu.

Pamiętajmy, że kurz wyborczy opadnie i nastąpi końcowa faza negocjacji nad nową perspektywą finansową. Otworzy się więc ogromne pole do popisu dla polskiego premiera i polskiego komisarza do spraw rolnych, którzy będą w tych negocjacjach uczestniczyli. Każde rozwiązanie korzystne, do którego premier Morawiecki przekona szefów pozostałych rządów, będzie zasługiwało na uznanie. Moją troską jest tylko, żeby siła argumentów polskiego rządu i premiera była wystarczająco duża, znacząca, a co do tego mam pewne obawy.

Nie łączmy też przesadnych nadziei z naszym komisarzem. Jeśli ktoś uważa, że zmieni on losy Unii Europejskiej, ten jest w błędzie. Zresztą komisarz polski bardzo dobrze o tym wie. Nie mamy żadnych informacji, żeby jakiekolwiek decyzje Komisji spotkały się z jego votum separatum. On jest po prostu członkiem tego zespołu. I cokolwiek mówi się źle o Komisji Europejskiej, to radziłbym rządzącym, żeby nie zapominali, iż PiS ma udział w decyzjach KE.

Reasumując – kampania kampanią, ale dobrze jest stać twardo na ziemi i pamiętać, na czym polega nasz prawdziwy interes w Unii Europejskiej, na czym może polegać suma korzyści. Decydują nie slogany bez pokrycie, tylko trzeźwa ocena możliwości, potrzeb i znajomość mechanizmów funkcjonowania naszej wspólnoty.

Opowieść o niemieckich chrześcijańskich demokratach

Oto opowieść o frapujących kuluarowych bezpieczniacko-nazistowskich klikach, które budują prominentni niemieccy politycy z partii Angeli Merkel.

O firmie Augustus Intelligence (AI) zrobiło się głośno 12 czerwca. Tego dnia bowiem Der Spiegel opublikował cokolwiek wstrząsający opis dokumentujący powiązania tej amerykańskiej spółki z politykami Unii Chrześcijańsko-Społecznej (CDU). To partia Angeli Merkel. Jednak nie ona jest na głównym celowniku, a deputowany
Philipp Amthor.
Ów parlamentarzysta – jak się okazuje – był mocno zaangażowany w działalność lobbingową dla AI. Szefostwo tej ostatniej nie pozostawało, ma się rozumieć, dłużne. W zamian za okazaną życzliwość Amthorowi jego amerykańscy interesariusze fundowali mu luksusowe podróże (kto wie jakie bonusy przewidywał program wycieczek?), wsparli go giełdowo i załatwili nawet jakąś synekurę. Na nieszczęście prominentnego chrześcijańskiego demokraty, wszystko fiknęło.
Od czasu publikacji artykułu Amthor jest głównym podejrzanym w nowej aferze korupcyjnej, która wstrząsnęła Niemcami.
Philipp Amthor przed skandalem był opisywany jako „wschodząca gwiazda” CDU
To jednak nie wszystko. Pojawiły się także wątpliwości innego rodzaju. Czy Augustus Intelligence jest rzeczywiście przedsiębiorstwem? Czy świadczy usługi w komercyjnym, rynkowym trybie? Czy jest raczej przykrywką poważnej operacji wywiadowczej? Dziennikarze, którzy podjęli ten trop, odkryli kilka zadziwiających okoliczności. Już na pierwszy rzut oka spółka stwarza wrażenie, jakby posiadała dostęp do nieograniczonych funduszy. Swoich gości umieszcza w wystawnych, luksusowych hotelach, jej przedstawiciele latają przez Atlantyk firmowym samolotem, zarząd utrzymuje powierzchnię biurową w centrum Nowego Jorku buląc dobre pół miliona zielonych rocznie. A wszystko to na tle niemal kompletnego braku śladów jakiejkolwiek działalności gospodarczej.
Wcale frapujący wydaje się też wątek kadrowo-kontrahencki. Chociaż firma zarejestrowana jest w Stanach Zjednoczonych, jej szefostwo to niemal wyłącznie obywatele RFN. Personel wykonawczy i partnerzy biznesowi zaś to wysocy rangą przedstawiciele niemieckiego sektora bezpieczeństwa i możni. Za przykład niech posłużą choćby były minister obrony Karl-Theodor zu Guttenberg, były prezydent niemieckiej agencji wywiadowczej (Bundesamt für Verfassungsschutz, BfV)
Hans-Georg Maassen,
były szef niemieckiego wywiadu zagranicznego August Hanning, prominentny konsultant do spraw zarządzania Roland Berger oraz miliarder August François von Finck. Większość tych osób utrzymuje ścisłe kontakty z przedstawicielami niemieckiego rządu stworzonego przez tzw. wielką koalicję CDU-CSU-SPD. Na marginesie dodać można, że ludzie ci bynajmniej nie stronią również od kontaktów z przedstawicielami skrajnej prawicy.
Na swojej stronie internetowej Augustus Intelligence deklaruje, że celem biznesowym firmy jest dostarczanie „bezpiecznych rozwiązań dla rozwoju sztucznej inteligencji”. AI twierdzi, że prowadzi “centra danych” (cokolwiek to znaczy) w Stanach Zjednoczonych i sprzedaje oprogramowanie służące do rozpoznawania twarzy i obiektów. Amerykańscy i europejscy dziennikarze, którzy przyglądali się temu przedsiębiorstwu-widmu bliżej wykazali jednak, że jest to byt, który w polskim języku potocznym określa się jako firma-krzak.
Ciekawostek jest sporo. Z tekstu niemieckich dziennikarzy dowiadujemy się, że dwóch byłych menedżerów, którzy zostali zwolnieni w grudniu zeszłego roku, pozwało firmę, zarzucając jej prowadzenie biznesu opartego na „oszustwie, działaniach nielegalnych i korupcji”. Der Spiegel cytuje nawet fragment pozwu: „W rzeczywistości firma nie miała środków, o które się ubiegała, nie miała produktu i brakowało zarówno znaczących klientów jak i przychodów”.
Mimo to Augustus Intelligence miał środki na to, żeby zainstalować się w okazałym lokalu w strefie World Trade Center. Biuro AI znalazło się w bezpośrednim sąsiedztwie firmy konsultingowej i inwestycyjnej Spitzberg Partners, którą kieruje wspomniany wcześniej
Karl-Theodor zu Guttenberg.
Ów były minister gospodarki i obrony w rządach RFN jest najprawdopodobniej również szefem AI. Jest właścicielem akcji tej spółki i do marca tego roku piastował w niej stanowisko „prezesa do spraw ogólnych”. AI nie ukrywał zresztą tej informacji, zamieszczając odpowiednią wzmiankę na swojej stronie internetowej. Wkrótce jednak została ona usunięta.
Oficjalny szef Augustus Intelligence to 33-letni absolwent medycyny
Wolfgang Haupt,
najprawdopodobniej ktoś w rodzaju międzynarodowo-niemieckiego Marcina P., antybohatera afery Amber Gold. Dziennikarze dotarli do jego konta na popularnym portalu społecznościowym LinkedIn. Haupt ma albo duże ego, albo ktoś każe mu odgrywać rolę strasznej samochwały, niezbyt rozważnej dodajmy. Obszernie rozpisuje się bowiem ów o tym jak to zasadniczo z zawodu jest dyrektorem. W swojej karierze zawodowej założyć miał już wiele przedsiębiorstw w różnych branżach i sektorach. Ciekawe, czy wszędzie był tylko szefem de iure, inaczej mówiąc – słupem.
Guttenberg, szef AI de facto, jest łącznikiem między elitą arystokratyczną Niemiec, która ponad sto lat po upadku Cesarstwa nadal tworzy hermetyczną, podle reakcyjną społeczność, a partiami rządowymi w Berlinie. Urodzony w bogatej szlacheckiej rodzinie z Frankonii, postanowił swoja karierę polityczną związać z bawarską Unią Chrześcijańsko-Społeczną (CSU). W 2008 roku został sekretarzem generalnym tego stronnictwa. Rok później zaś przeniósł się z Monachium do Berlina i został ministrem gospodarki, a następnie ministrem obrony w rządzie kanclerz Angeli Merkel.
Najwyraźniej nie zaspokoiło to jego ambicji. Parł dalej. Jego jakże szybka kariera polityczna załamała się jednak w 2011 roku.
Wówczas wyszło bowiem na jaw, iż Herr Haupt sfałszował swoją pracę doktorską. Jak wiadomo, ludzie pontony nie toną – zwłaszcza wysadzane arystokratyczną biżuterią. Koleś czmychnął więc do Stanów Zjednoczonych – tamtejszy system rzeczywiście zdaje się stwarzać zachodnim kleptokratom najbardziej sprzyjające warunki. Tam Haupt nadal aktywnie zajmował się polityką, wyczekując odpowiedniego momentu, w którym będzie mógł wrócić na wpływowe stanowiska polityczne w Niemczech.
Żona Guttenberga Stephanie, tytułująca się hrabiną Bismarck-Schönhausen,
jest potomkinią, w bezpośredniej linii, kanclerza Niemiec Otto von Bismarcka. Matka Guttenberga także jest hrabiną. Wywodzi się z mającej wielowiekowe korzenie rodziny arystokratycznej, która aż do wywłaszczenia w 1945 roku posiadała rozległą własność w Chorwacji. Jej ojciec, Jakob Graf zu Eltz, ściśle współpracował z chorwackim proto-faszystą Franjo Tudjmanem, który został osadzony na stolcu prezydenta separatystycznej republiki po rozpadzie Jugosławii. Zu Eltz zaś został członkiem chorwackiego parlamentu. I jeszcze jedna ciekawostka. W 1985 roku matka Guttenberga wyszła za mąż po raz drugi. Jej ówczesnym wybrankiem został Adolf Henkell von Ribbentrop, syn ministra spraw zagranicznych Adolfa Hitlera. Nieprzypadkowa to zapewne koincydencja genetyczno-nazistowska. Tudjman był sprawnym kontynuatorem myśli chorwackiego nazistowskiego sadystycznego satrapy Ante Pavelicia. Nie mógł oczywiście pozwolić sobie na takie ekscesy jak jego idol, który, jako bliski sojusznik III Rzeszy zachowywał się tak brutalnie wobec Serbów, że nawet wysłannicy Hitlera musieli go przywoływać do porządku. Przejął jednak chorwacko-nazistowską symbolikę i etos tzw. Niezależnego Państwa Chorwackiego, którym rządził Pavelić. Wyraźnie widać, że stare nazistowskie miłości nie rdzewieją!
Główną rolę, można powiedzieć sprawczą, w Augustus Intelligence odgrywa niejaki
Roland Berger,
założyciel noszącej jego nazwisko firmy konsultingowej. Berger wykorzystuje gęstą sieć powiązań w niemieckich kręgach biznesowych i politycznych. Doradzał między innymi tzw. Urzędowi Powierniczemu (die Treuhandanstalt). Niewielu o tym bycie słyszało, a ci którzy słyszeli zdążyli już dawno o nim zapomnieć. Była to specjalna agencja rządowa powołana przez władze dawnego RFN, której zadaniem było splądrowanie NRD-owskiej gospodarki po aneksji tego państwa przez Niemcy zachodnie. Treuhandanstalt miał dokonać szybkiej i masowej prywatyzacji wszystkiego co się dało po “zjednoczeniu”. Później urząd ten okazał się też wcale przydatny przy w opracowywaniu tak zwanej Agendy 2010, czyli ostatecznie przypieczętowującego, czy raczej podsumowującego, przejście niemieckich socjaldemokratów na jedynie słuszną wiarę liberalną z czasó kanclerza Gerharda Schrödera. Z grubsza chodziło o to, aby zdewastować rozbudowany system wsparcia socjalnego i zastąpić go skąpymi zasiłkami.
Charles Édouard-Bouée,
wieloletni dyrektor generalny w firmie Bergera, został na jego prośbę w Augustus Intelligence „prezesem do spraw biznesowych”. Der Spiegel opublikował zdjęcie Bergera wraz z Amthorem, Maassenem oraz założycielem AI Hauptem zrobione w czasie ich pobytu w pięciogwiazdkowym hotelu w szwajcarskim luksusowym kurorcie Sankt Moritz.
August François von Fink
jest jednym z najważniejszych darczyńców Augustus Intelligence. Podobno zainwestował w firmę 11,2 miliona dolarów. Fink ma się rozumieć nie wypracował z tego ani centa. Odziedziczył fortunę po dziadku-bankierze Auguście von Finku. Zwążywszy na nazistowski fundament całej tej łajdackiej społeczności nie będzie niespodzianką, że w latach 20. XX wieku ów dziadek finansował Adolfa Hitlera, a potem pięknie się obłowił przejmując masowo mienie pożydowskie, dzięki prawodawstwu wprowadzonego po przejęciu władzy przez przywódcę III Rzeszy.
Familia Fink pozostaje jedną z najbogatszych w Niemczech. Przez wiele lat August von Fink Młodszy, ojciec Augusta François, udzielał wielomilionowego wsparcia finansowego partiom i ruchom skrajnie prawicowym, które ostatecznie doprowadziły do ​​powstania skrajnie ekstremistycznej Alternatywy dla Niemiec (AfD). Ogromne kwoty zainwestował także w samą AfD. W 2009 roku firma Mövenpick, która była wówczas własnością Finka, przekazała 1,1 miliona euro neoliberalnej pro-biznesowej Wolnej Partii Demokratycznej (FDP), która w geście wdzięczności, gdy współtworzyłą niemiecki rząd, obniżyła podatek VAT dla branży hotelarskiej, na czym zyskał oczywiście koncern Mövenpick. Tak, tak dokładnie ten znany w Polsce głównie z rozprowadzania lodów. Zmrożone słodycze są jednak tylko częścią działalności gospodarczej tego konsorcjum i to mniejszą, dzieloną zresztą w toku akrobacji biznesowych z innymi gigantami spożywczymi; część ważniejsza to Mövenpick Hotels & Resorts, czyli właśnie branża turystyczno-hotelarska.
Dalej
Hans-Georg Maassen,
który do listopada 2018 roku kierował niemieckim kontrwywiadem cywilnym, czyli Federalnym Urządem Ochrony Konstytucji (niem. Bundesamt für Verfassungsschutz, BfV) ściśle współpracował z AfD, miał powiązania z AI, czego dowodem jest przytoczone wyżej zdjęcie ze spotkania w hotelu w Sankt Moritz. Według dzienikarzy Der Spiegel Maassen zwykł latać do Stanów Zjednoczonych prywatnym odrzutowcem razem z Hauptem. Pomógł także jednemu z pracowników tej firmy uzyskać obywatelstwo niemieckie.
W 2018 r. Maassen został zmuszony do przejścia na wcześniejszą emeryturę, gdyż udowodniono mu powiązania z AfD. Ma się rozumieć, krzywdy nie miał – od tego czasu stał się rzecznikiem WerteUnion (niem. sojusz wartości) – prawicowej frakcji w CDU i CSU, która ma wielu zwolenników w koalicji do których zalicza się m. in. Philipp Amthor. Poglądy reprezentowane przez tę grupę są dość zbliżone do tych, które w Polsce reprezentuje Konfederacja.
I jeszcze
August Hanning.
Ten przyznał na łamach Die Zeit, że ma pisemną umowę z Augustus Intelligence, obejmującą usługi doradcze i konsultingowe. Nie ujawnił, w jakiej materii i komu doradza.
Podobnie jak Maassen, Hanning jest centralną postacią niemieckiego aparatu bezpieczeństwa, a dokładnie wywiadu zagranicznego. Od 1998 do 2005 roku kierował Federalną Służbą Informacyjną (Bundesnachrichtendienst, BND), a od 2005 do 2009 był odpowiedzialny za kierowanie policją federalną, bezpieczeństwo wewnętrzne, migrację, integrację i sprawy związane z uchodźcami w Federalnym Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. W 2015 roku zrobiło się o nim znów głośno, gdy ów opublikował nagonkowy artykuł, w którym skrytykował przyjazną (wówczas) uchodźcom politykę rządu Angeli Merkel.
Na tle tych wszystkich okoliczności, co zresztą stwierdzają dość czytelnie autorzy materiału w Der Spiegel, wnioskować należy, że Amthor został po prostu nominowany przez burżuazyjno-nazistowską klikę na głównego rozgrywającego osobliwej prawicowej konspiracji. Według Der Spiegel, otrzymał on co najmniej 2817 opcji na akcje (kontrakty, które uprawniają jej właściciela do kupna od wystawcy bądź do sprzedaży mu uzgodnionej liczby danego rodzaju akcji. Ma to miejsce w określonym czasie oraz po określonej cenie) od Augustus Intelligence i w maju 2019 roku wszedł w skład jej zarządu. Na spotkania zarządu przylatywał do Nowego Jorku co najmniej dwa razy. Uczestniczył również w spotkaniach na Korsyce i Sankt Moritz . W październiku 2018 r. napisał do niemieckiego ministra gospodarki
Petera Altmaiera
list z prośbą o wsparcie polityczne dla firmy.
Władze CDU forsowały tego 27-letniego prawicowego polityka na przewodniczącego partii w kraju związkowym Meklemburgia-Pomorze Przednie, który jest rodzimym okręgiem wyborczym Angeli Merkel. W następstwie skandalu związanego z AI Armthor ogłosił, że ustąpi z ubiegania się o fotel lidera partii w tym kraju związkowym.
Sprawa Augustus Intelligence pokazuje, że obecna “wielka koalicja” chadeków i socjaldemokratów ma de facto charakter ściśle prawicowy. Politycy stojący na jej czele promują skrajnie prawicowe siły w państwie i aparatach partyjnych, aby realizować swoje resentymenty jako pogrobowcy Hitlera, Bismarca czy Wilhelma II. Ludzie tacy jak bohaterowie śledztwa Der Spiegel promują w kuluarach politykę militaryzmu, pogłębiania nierówności społecznych i tłumienia wszelkiej opozycji. Wszyscy oni Amthor, Guttenberg, Maassen, Hanning, Roland Berger i ich akolici są ściśle związani z rządową koalicją w Berlinie.