SPD zrywa z chadecją?

Znajdująca się w najgłębszym kryzysie w powojennej historii niemiecka socjaldemokracja wybrała nowe władze. Przewodniczącymi będą Saskia Esken i Norbert Walter-Borjans. Elekcja wywołała niepokój w stolicy republiki federalnej, bowiem nowe szefostwo podczas kampanii wyrażało sceptycyzm wobec kontynuacji koalicji z CDU.

Udział w tzw. Wielkiej Koalicji wykańcza SPD. Partia traci na wiarygodności jako alternatywa dla rządów prawicy, bo od 6 lat trwa z nią w sojuszu wymuszonym przez parlamentarny pat, pojawiający się po kolejnych wyborach. W efekcie partia jest postrzegana jako emanacja establishmentu i traciła swoich wyborców, głownie na rzecz Zielonych i Die Linke. W ostatnich sondażach SPD może liczyć na zaledwie 13-14 proc.
Wybór nowego kierownictwa był też głosowaniem za zmianą kursu. Esken powiedziała telewizji Phoenix, że 6 grudnia zjazd partii zadecyduje o kontynuacji koalicji z chadekami.
O koniecznych zmianach mówił też Walter-Borjans, który skupił się na pryncypiach programowych, stawiając akcent na takich sprawach jak ochrona klimatu. W tej dziedzinie jego zdaniem są potrzebne są bardziej ambitne postanowienia, niż te, które do tej pory zapadły na spotkaniach Wielkiej Koalicji. Reakcja Berlina była natychmiastowa. Politycy obu partii chadeckich – CDU i CSU – wezwali nowych przewodniczących SPD do podtrzymania umowy koalicyjnej. – Decydująca kwestia to dobrze rządzić – podkreślił sekretarz generalny CDU, Paul Ziemiak. – Do tego mamy dobrą podstawę, jest nią umowa koalicyjna zawarta między SPD a CDU/CSU. Pod tym względem nic się nie zmieniło – dodał.
Do grona zwolenników koalicji dołączyła też Niemiecka Konfederacja Związków Zawodowych (DGB) wezwała socjaldemokratów do kontynuacji rządów wielkiej koalicji. „Saskia Esken i Norbert Walter-Borjans powinni jak najlepiej wesprzeć rząd w drugiej połowie jego kadencji, aby zrealizować jeszcze resztę projektów zapisanych w umowie koalicyjnej” – powiedział szef DGB, Reiner Hoffmann, w wywiadzie dla „Bild am Sonntag”.
Die Linke apelowała z kolei do SPD, by w przyszłości zawierała mądrzejsze sojusze. – Nasz kraj potrzebuje zmiany społeczno-gospodarczej, a to jest możliwe tylko poprzez sojusze na lewo od chadecji – zaznaczyła przewodnicząca lewicowej partii Katja Kipping. – Do tego potrzeba energicznej SPD i silnej Die Linke.
Będąca deputowaną do Bundestagu Esken i były minister finansów Nadrenii Północnej-Westfalii Walter-Borjans otrzymali 53,06 procent głosów.

Niemiecki Amazon stoi

Ponad 2200 pracowników magazynów Amazon w Niemczech przystąpiło do strajku podczas corocznych wielkich wyprzedaży (Black Friday i Cyber Monday).

Związek zawodowy Verdi domaga się, by sprzedażowy gigant podpisał układ zbiorowy gwarantujący „pensje umożliwiające przeżycie i dobrą, zdrową pracę”. Zarzuca firmie faktyczne pozbawianie pracowników podstawowych praw i zmuszanie ich do pracy pod ekstremalną presją. Twierdzi, że są osoby, które zatrudnienie w Amazonie przypłaciły zdrowie.
Strajk, rozpoczęty w piątek, zaplanowany na cztery dni, do wtorku, objął centra dystrybucyjne w Lipsku, Koblencji, Graben, Werne, Rheinbergu i Bad Hersfeld. Od stanowisk odeszło 2200 pracowników i pracownic. To jednak mniejszość wszystkich niemieckich załóg Amazona – firma zatrudnia w Niemczech ok. 13 tys. ludzi.
Amazon stara się zminimalizować znaczenie strajku. Firma, która także w Polsce utrudnia życie organizacjom związkowym, przekonywała klientów, że absencja 2200 zatrudnionych nie przeszkodzi w kompletowaniu zamówień i wysyłaniu paczek. Jak jednak informują polscy związkowcy w Amazonie, działaczki i działacze Inicjatywy Pracowniczej, to raczej propaganda sukcesu. Do osób, które oczekiwały na paczki z niemieckiego Amazona, przychodzą powiadomienia o opóźnieniu przesyłek. – Domagamy się wraz ze strajkującymi kolegami i koleżankami z Niemiec szacunku, podwyżek, zaprzestania inwigilacji i stabilności! Bez nas Amazon nie istnieje! – piszą związkowcy.
O tym, czy strajk odbędzie się również w polskim Amazonie, zdecyduje wynik referendum prowadzonego przez Inicjatywę Pracowniczą, z której aktywistami o planowanym proteście i ogólnie warunkach pracy w koncernie rozmawiał w lipcu Portal Strajk. Uzyskanie frekwencji powyżej 50 proc. w firmie, gdzie obowiązuje system zmianowy i panuje duża rotacja (nie każdy wytrzymuje ciężkie warunki pracy) to ogromne wyzwanie.

Na trudnym rynku nad Renem

Niemiecka gospodarka zwalnia tempo, ale to nie odstrasza naszych firm.

Połowa polskich firm działających w Niemczech ocenia stan tamtejszej gospodarki wciąż jako „dobry”, zaś około 24 proc. jako „zadowalający”.

Mniej optymistów

W porównaniu z ubiegłorocznymi badaniami już znacznie mniejszy odsetek ankietowanych (21 proc.) mówi, że gospodarka Niemiec jest w „bardzo dobrej” kondycji. Przed rokiem taki pogląd prezentowało aż 40 proc. naszych przedsiębiorców.
27 proc. polskich spółek przewiduje spowolnienie gospodarcze w Niemczech w kolejnym roku. To najsilniejszy sygnał schłodzenia koniunktury od 2016 r.
Takie wyniki przynosi badanie polskich firm w Niemczech przeprowadzone jesienią tego roku na zlecenie Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej. Firmy te reprezentują przemysł przetwórczy, usługi, handel, budownictwo, zaopatrzenie w energię elektryczną i wodę oraz utylizację odpadów.
Celem badania była ocena niemieckiej koniunktury gospodarczej oraz uwarunkowań prowadzenia biznesu przez przedstawicieli polskich firm działających za Odrą

Nie boją się spowolnienia

Polscy przedsiębiorcy pozostają mimo wszystko optymistami w ocenach aktualnej sytuacji własnych firm. Jedna czwarta ocenia ją jako „bardzo dobrą”, a 43 proc. jako „dobrą”.
Odsetek firm opisujących swoją kondycję jako „zadowalającą” pozostaje na podobnym poziomie (ok. 30 proc. ) od trzech lat.
Mimo prognozowanego spowolnienia, większość ankietowanych firm deklaruje, że utrzyma, bądź zwiększy sprzedaż, zatrudnienie i inwestycje.
W opinii polskich przedsiębiorców, wśród zalet niemieckiego rynku należy przede wszystkim wymienić jakość infrastruktury (transportowej, komunikacyjnej, informatycznej i energetycznej), dyscyplinę płatniczą kontrahentów, przewidywalność polityki gospodarczej Niemiec oraz przychylność administracji w obsłudze przedsiębiorców.
Największy odsetek przedsiębiorców narzeka na koszty pracy, wysokości podatków i brak dostępu do wykwalifikowanych kadr.
Profity wyraźnie przewyższają jednak wszelkie trudności. Dlatego 93 proc. badanych firm potwierdza, że powtórzyłoby decyzję o wejściu na rynek niemiecki – choć w ubiegłym roku mówiło tak aż 97 proc.

Zimny prysznic

W ubiegłym roku polskie firmy funkcjonujące nad Renem prezentowały rekordowe prognozy wzrostu sprzedaży. Wówczas wzrost sprzedaży w kolejnych miesiącach zapowiadało trzy czwarte ankietowanych spółek.
Rzeczywistość niejednokrotnie przyniosła zimny prysznic, toteż w bieżącej edycji badania tylko około połowa ankietowanych mówi o wzroście sprzedaży w najbliższym roku. Niespełna 40 proc. przewiduje obrót na niezmienionym poziomie. Co dziesiąta firma zapowiada zaś obecnie spadek sprzedaży. Wszystko to przekłada się na plany rozwojowe. Niemal 70 proc. badanych firm z Polski prognozuje, że liczba pracowników w kolejnych miesiącach nie ulegnie zmianie. O wzroście zatrudnienia mówi tylko 20 proc. przedstawicieli przedsiębiorstw.
Na te wyniki można jednak patrzeć dość optymistycznie, gdyż w sumie 90 proc. przedsiębiorstw zamierza utrzymać lub zwiększyć zatrudnienie.

Pierwszy zagraniczny rynek

Dosyć pozytywnym sygnałem są deklaracje zwiększania nakładów inwestycyjnych, złożone przez 40 proc. ankietowanych. Połowa firm podaje zaś, że utrzyma wydatki inwestycyjne na dotychczasowym poziomie. Ciąć swe inwestycje zamierza więc tylko 10 proc. naszych firm działających w Niemczech. Nasz wielki zachodni sąsiad to zwykle pierwszy zagraniczny rynek dla polskich firm, zwłaszcza z sektora małych i średnich przedsiębiorstw.
Ponad połowa tych firm zdecydowała się na ekspansję na ten rynek w celu uzyskania dostępu do nowych klientów. 44 proc. chciało zwiększenia skali działania. Prawie co trzecia liczyła na doskonalenie swojej produkcji, zaś co piąta wskazywała na osiągnięcie granicy rozwojowej na polskim rynku.

Drugi silnik zaczął lepiej pracować

Nasz eksport zaczyna nabierać rozpędu po zachwianiu, spowodowanym rządami PiS.
Oznacza to, że drugi, najważniejszy obok konsumpcji krajowej motor polskiego
wzrostu gospodarczego, stopniowo przyśpiesza. Pytanie, na jak długo?

Polski handel zagraniczny wyszedł z dołka. Jak podaje Główny Urząd Statystyczny, obroty towarowe Polski w okresie styczeń – wrzesień bieżącego roku wyniosły 745,9 mld PLN w eksporcie oraz 742,3 mld PLN w imporcie.
Tak więc, dodatnie saldo ukształtowało się na poziomie 3,6 mld PLN, podczas gdy w w tym samym okresie roku ubiegłego wyniosło minus 12,3 mld PLN. W porównaniu ze styczniem – wrześniem 2018 roku eksport wzrósł o 6,5 proc., a import o 4,1 proc.

Na lekkim plusie

Te dane stanowią dobry sygnał, świadczący o tym, że polskie firmy umieją radzić sobie także i w trudniejszych warunkach, spowodowanych wolniejszym tempem rozwoju u naszego głównego partnera gospodarczego, w Niemczech.
Po trzech kwartałach jesteśmy na plusie także i w przeliczeniu na dwie najważniejsze waluty świata. Eksport wyrażony w dolarach USA wyniósł 195,6 mld USD, a import 194,7 mld USD (spadek odpowiednio w eksporcie o 1,1%, a w imporcie o 3,2%). Tak więc, mamy nadwyżkę w wysokości 0,9 mld USD, podczas gdy w tym samym okresie 2018 r. odnotowaliśmy deficyt: minus 3,5 mld USD.
Natomiast eksport wyrażony w euro wyniósł 173,6 mld, zaś import 172,8 mld (czyli wzrost w eksporcie o 5,0 proc. , a w imporcie o 2,7 proc.).
Dodatnie saldo wyniosło zatem 0,8 mld EUR, podczas gdy w ubiegłym roku traciliśmy w tym czasie 2,9 mld EUR.

Z rozwiniętymi notujemy rozwój

Tradycyjnie, największy udział w wymianie gospodarczej Polska osiąga w handlu z krajami rozwiniętymi.
Jeśli chodzi o nasz eksport, to kierujemy tam 86,8 proc. (w tym na Unię Europejską przypada 79,9 proc.). Import z krajów rozwiniętych stanowi zaś 65,6 proc. (w tym z UE 57,9 proc.).
W handlu zagranicznym z tymi państwami osiągamy nadwyżki. Dodatnie saldo w obrotach z krajami rozwiniętymi wyniosło 161,1 mld PLN (42,3 mld USD, 37,5 mld EUR), z czego na kraje Unii Europejskiej przypada 165,8 mld PLN (43,5 mld USD, 38,6 mld EUR).
W sumie, do krajów rozwiniętych wyeksportowaliśmy wyroby o wartości 647,8 mld PLN (169,9 mld USD, 150,8 mld EUR), z czego na UE przypada 595,6 mld PLN (156,2 mld USD, 138,6 EUR).
Polski import z państw rozwiniętych wyniósł zaś 486,7 mld PLN (127,6 mld USD, 113,3 mld EUR), w tym z Unii 429,8 mld PLN (112,7 mld USD, 100,0 mld EUR).

Skazani na deficyt

Najmniejsze obroty mamy natomiast z krajami Europy Środkowo-Wschodniej. Ich udział w naszym eksporcie to tylko 6 proc., zaś w imporcie 7,9 proc. Tu notujemy deficyt – minus 13,7 mld PLN (minus 3,6 mld USD, minus 3,2 mld EUR).
Ten deficyt jest jednak minimalny, w porównaniu z nierównowagą, jaka panuje w relacjach gospodarczych z krajami rozwijającymi się – deficyt aż minus 143,7 mld PLN (minus 37,7 mld USD, minus 33,5 mld EUR).
Przyczyna takiej sytuacji jest oczywista: duże zakupy tanich wyrobów i surowców, czego nie jesteśmy w stanie zrównoważyć eksportem polskich produktów, pożądanych na tamtych rynkach.
W handlu zagranicznym z krajami rozwiniętymi ratuje nas to, że jesteśmy w Unii Europejskiej, więc pełnimy dla nich rolę dostawców części i półproduktów. Dla państw rozwijających się nie możemy być kooperantami, więc w obrotach z nimi jesteśmy skazani na strukturalny deficyt.

Niemcy i długo nic

Po trzech kwartałach roku odnotowaliśmy wzrost eksportu do wszystkich krajów z pierwszej dziesiątki głównych odbiorców wyrobów z Polski (kolejno: Niemcy, Czechy, Wielka Brytania, Francja, Włochy, Holandia, Rosja, Stany Zjednoczone, Węgry, Szwecja).
Jeśli zaś chodzi o import, to zwiększyliśmy zakupy z Chin, Stanów Zjednoczonych, Hiszpanii, Francji, Holandii oraz Niemiec.
Niemcy są od lat naszym najważniejszym partnerem gospodarczym. Po trzech kwartałach tego roku nasz eksport na rynek niemiecki wyniósl 206,5 mld PLN, a import stamtąd 163,6 mld PLN.
Drugie miejsce w naszym eksporcie zajmują Czechy (45,7 mld PLN). Natomiat w imporcie, za Niemcami znajdują się Chiny, skąd sprowadziliśmy produkty o wartości 91 mld PLN.
Udział Niemiec w eksporcie obniżył się w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku o 0,5 punktu procentowego i wyniósł 27,7 proc. W imporcie obniżył się natomiast o 0,7 p. proc., do 22,0 proc.
Dodatnie saldo w obrotach z Niemcami wyniosło 42,9 mld PLN (11,3 mld USD, 10,0 mld EUR) wobec 35,3 mld PLN (10,0 mld USD, 8,3 mld EUR) w trzech kwartałach 2018 r.
Po trzech kwartałach roku w porównaniu z tym samym okresem 2018 r. nastąpił wzrost obrotów w większości grup towarów.

To samo sprzedajemy i kupujemy

W polskim eksporcie najbardziej zwiększyła się sprzedaż olejów, tłuszczów zwierzęcych i roślinnych (o 25,0 proc.) oraz napojów i tytoniu (o 12,2 proc. ). Spadła natomiast sprzedaż paliw mineralnych i smarów (o 4,5 proc.).
Co do importu, to największy wzrost zanotowano w napojach i tytoniu (o 14,8 proc.) oraz różnych wyrobach przemysłowych (o 8,4 proc.) natomiast spadek – w paliwach mineralnych i smarach (o 4,6 proc.), towarach przemysłowych (o 1,3 proc.) oraz w surowcach z wyłączeniem paliw (o 1,1 proc.).
W czasach globalizacji, kraje, zwłaszcza o rozwiniętej gospodarce, sprzedają i kupują od siebie podobne grupy towarów. Nic więc dziwnego, iż Polska jest zarazem eksporterem i importerem na przykład tytoniu i napojów czy paliw.

Rocznica Kryształowej Nocy

W rocznicę pogromu Żydów w miastach Rzeszy Niemieckiej przeprowadzonego w nocy z 9. na 10. listopada 1938 r., prawicowi ekstremiści z partii Die Rechte zorganizowali kilkusetosobowy marsz. Przeciwko nim wyszło ponad 15 tys. ludzi.

Protestowali antyfaszyści i lewicowcy, ale też ludzie, którzy nie potrafią jednoznacznie określić swojej politycznej afiliacji. Opinia publiczna w RFN jest oburzona nie tylko tupetem radykalnej prawicy, ale również decyzją urzędników, którzy udzielili wszelkich niezbędnych formalnych zezwoleń.
Zarówno sam marsz ultraprawicy jak i duża kontrmanifestacja odbyły się 9 listopada w Bielefeld, ważnym ośrodku miejskim w Nadrenii – Północnej Westfalii, w północno-zachodnich Niemczech.
Organizatorem wydarzania, jest partia Die Rechte – Partei für Volksabstimmung, Souveränität und Heimatschutz, co w tłumaczeniu na polski oznacza: prawica – partia na rzecz referendum, suwerenności i obrony ojczyzny. Utworzona została w 2012 r. przez cokolwiek znanego neonazistę Christina Worcha. Treść jego politycznej działalności od lat 70. minionego wieku to głównie dewastacje żydowskich cmentarzy, fizyczne napaści na lewicowców i obcokrajowców oraz upowszechnianie banialuk zaprzeczających zagładzie Żydów podczas II wś. Wraz z grupą akolitów powołał Die Rechte dziewięć lat temu, gdy jego natenczas macierzysta organizacja Deutsche Volksunion (niem. niemiecki związek ludowy) postanowiła zjednoczyć się z inną ekstremistyczną partią – Nationaldemokratische Partei Deutschlands (niem. narodowodemokratyczna partia Niemiec). Ta była dla niego bowiem niedostatecznie ekstremistyczna.
Oficjalnym pretekstem dzisiejszego marszu było wezwanie do uwolnienia niejakiej Ursuli Hedwig Meta Haverbeck-Wetzel – zgoła niepoczciwej dziewięćdziesięciolatki, którą prawicowa chuliganeria określa mianem więźniarki politycznej. W 2015 i 2016 r. została kilkukrotnie skazana za tzw. kłamstwo oświęcimskie, co jest potoczną nazwą upowszechniania informacji, komentarzy i opinii, które zaprzeczają faktyczności masowej zagłady Żydów zorganizowanej przez państwo niemieckie pod wodzą Adolfa Hitlera i NSDAP. W Niemczech jest to surowo zakazane i stanowi przestępstwo w rozumieniu tamtejszego prawa. Haverbeck-Wetzel znana jest swoistą maskotką i rzec można babcią ideową wielu neonazistowskich niemieckich ugrupowań.
Haverbeck-Wetzel, podobnie jak jej polscy naśladowcy, łączy ekstremistyczne prawicowe poglądy ze zjawiskami charakterystycznymi dla lewicowców i progresywistów. Mowę nienawiści i historyczne kłamstwa dot. hitlerowskich Niemiec wiąże np. z kwestiami ekologicznymi.
Niemiecka opinia publiczna nie niuansuje tego rodzaju poglądów, lecz jednoznacznie klasyfikuje je jako kryminalne. Dlatego też naprzeciwko ok. 230 prawicowych łobuzów stanęło aż 15 tys. obywatelek i obywateli. Demonstrujący utworzyli żywy łańcuch wokół synagogi w Bielefeld i prowadzili czuwanie w trakcie gdy neohitlerowcy maszerowali przez miasto.
Policja interweniowała kilkunastokrotnie.

Namiastka emerytury obywatelskiej za Odrą

Niemcy likwidują emerytury których wysokość wynika z wypracowanych składkowo lat.

Berlin wprowadza emeryturę podstawową. Ma ona być o 10 proc. wyższa od minimalnego zasiłku socjalnego i wynosić ok. 450 euro.
Otrzymywać ją mają te osoby, które nie miały możliwości lub nie zdołały uskładać kapitału składkowego wystarczającego na emeryturę w wysokości minimalnego zasiłku socjalnego.
W Niemczech są to przede wszystkim kobiety, które zajmując się przez wiele lat wychowywaniem dzieci lub opiekowaniem się nad chorymi lub starszymi członkami rodziny nie pracowały na etacie.
Przepisy niemieckie stanowią, że prawo do wypłacanego od początku 2021 roku świadczenia przysługiwać będzie po przepracowaniu 35 lat składkowych.
Zdaniem tymczasowej przewodniczącej SPD Malu Dreyer, najniższą emeryturę podstawową otrzymywać będzie nawet 1,5 mln osób. Z kolei szef CSU Markus Soeder podał, że związane związane z nowym rozwiązaniem, koszty budżetowe to najwyżej 1,5 mld euro rocznie.
Emerytura podstawowa, będąca niemiecką wersją emerytury obywatelskiej to wynik kompromisu, w którym SPD zgodziła się na żądane przez chadeków wprowadzenie górnej granicy łącznych dochodów beneficjentów emerytur podstawowych.
Emerytura podstawowa będzie zatem wypłacana jedynie tym osobom, których całość dochodów, wraz z dochodami kapitałowymi, nie przekroczy kwoty 1250 euro w przypadku pojedynczej osoby i 1950 euro w przypadku dwóch osób.
Dzięki wprowadzeniu emerytury podstawowej została zażegnana możliwość rozpadu rządzącej w Niemczech koalicji socjaldemokratów z chadekami.

Niemiecka prawicowa chuliganeria

Patriotyczni fanatycy w Niemczech coraz częściej dopuszczają się aktów przemocy i grożą swoim przeciwnikom śmiercią.

Sytuacja zrobiła się na tyle niebezpieczna, że politycy zaczęli domagać się od rządu zdecydowanej reakcji. Kanclerz Angela Merkel wprawdzie tłumaczy, że resort spraw wewnętrznych nie lekceważy problemu i podejmuje działania; są one jednak krytykowane jako niedostateczne i zbyt opieszale wdrażane. Horst Seehofer, szef tamtejszego MSW indagowany w tej sprawie przez dziennikarzy Süddeutsche Zeitung powiedział jedynie, że „jest to poważny problem naszego społeczeństwa”.
Pod nowymi wezwaniami i apelami do rządu federalnego podpisują się politycy wszystkich opcji. Piszą o tym najważniejsze media w Niemczech, m.in. Deutsche Welle. Domagają się konkretnych kroków w kwestii zwalczania prawicowego ekstremizmu i zapobiegania przestępstwom motywowanym nienawiścią. Bieg temu nadali przywódcy Partii Zielonych Cem Özdemir i Claudia Roth po tym jak neonazistowskie gangi wysłały im korespondencję, w której grożą im śmiercią. Duet ten jednak nie jest wcale odosobniony, są to po prostu najnowsze dwa nazwiska z długiej listy polityków władz centralnych i landowych, którzy stali się obiektem podobnych pogróżek w ostatnich tygodniach i miesiącach.
Deutsche Welle cytuje Thorstena Freia, wiceprzewodniczącego grupy parlamentarnej konserwatystów – zapowiedział on, iż rząd ogłosi wkrótce specjalny „nowy pakiet”, który ma pomóc w zwalczaniu prawicowego ekstremizmu. Póki co niewiele wiadomo na temat rozwiązań, które zostały w nim zapisane. Frei udzielił również kilku wypowiedzi Die Welt. Wyjaśniał m. in., że nacisk zostanie położony na wpisy na różnych forach internetowych i w sieciach społecznościowych. Organa ścigania mają m. in. uzyskiwać łatwiejszy i szybszy dostęp do numerów IP osób, które rozpowszechniają ekstremistyczne prawicowe treści. Nie wydaje się to być rozwiązaniem rewolucyjnym.
– Ktokolwiek podżega i grozi w Internecie, musi być ścigany surowiej i skuteczniej w przyszłości – powiedział Stephan Mayer, sekretarz parlamentarny Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, w gazecie Passauer Neue Presse.
Mayer ma niewątpliwie rację. Niemiecka skrajna prawica poczuła się bowiem bardzo pewnie. Warto przypomnieć, że w ub. miesiącu dwie osoby zostały zabite w mieście Halle w Saksonii-Anhalt. Poniosły śmierć z rąk prawicowego terrorysty, który próbował dokonać zbrojnego rajdu na synagogę. Latem zaś zginął Walter Lübcke, proimigracyjny polityk regionalny z partii Angeli Merkel (CDU), został zastrzelony przez fanatycznego prawicowca. Zarówno o tej antysemickiej zbrodni jak i o śmierci Lübckego informowaliśmy na łamach Portalu STRAJK. Podobnie zresztą jak o groźbach wobec socjaldemokratycznego polityka z Bawarii.
– Po zabójstwie Waltera Lübckego i [wydarzeniach w – przyp. red.] Halle obserwujemy, że prawicowi ekstremiści już nie tylko grożą śmiercią, ale faktycznie zabijają – powiedziała w rozmowie z dziennikarzami Die Welt Renate Künast parlamentarzystka partii Zielonych. Wyjaśniła także, iż popiera rządowe plany walki ze skrajną prawicą, „jednak byłoby lepiej, gdyby stały się one szybko prawem i zaczęły być wdrażane” skomentowała.
Sytuacja wydaje się naprawdę groźna. Berlin już w czerwcu zapowiadał podjęcie poważnych kroków zmierzających do skutecznego przeciwdziałania radykalnej prawicy, ale deklaracje te nie znalazły póki co żadnego praktycznego wyrazu. Tymczasem niemiecka ekstrema się przygotowuje i np. zbroi po zęby.

Gospodarka 48 godzin

Gospodarka Niemiec zwalnia

W tym roku, według prognoz ekspertów, niemiecki produkt krajowy brutto zwiększy się tylko o 0,7 proc. W ubiegłym roku tempo wzrostu niemieckiej gospodarki było ponad dwukrotnie wyższe i wynosiło 1,5 proc. Jeszcze szybciej gospodarka Niemiec wzrastała w 2017 r. Wtedy tempo rozwoju nad Renem i Łabą wynosiło 2,5 proc. Niemcy są jednak w dobrej sytuacji gospodarczej i finansowej, gdyż mają wysoką nadwyżkę handlową wynoszącą ok. 6 proc. PKB – choć w latach 2016-2017 była one jeszcze wyższa i sięgała 7,3 proc. Wolniejsze obroty niemieckiej gospodarki spowodują też oczywiście słabsze tempo rozwoju gospodarczego Polski, która funkcjonuje w dużej mierze dzięki eksportowi na rynki naszego wielkiego zachodniego sąsiada. Następuje to zawsze z dwu, trzyletnim opóźnieniem, więc w przyszłym roku mieszkańcy naszego kraju jeszcze nie powinni odczuć w swoich portfelach skutków słabnięcia polskiej gospodarki. My jednak jesteśmy w o tyle gorszej sytuacji, że rząd PiS, inaczej niż rządy wielu państw członkowskich Unii Europejskiej, nie był w stanie osiągnąć nadwyżki handlowej. Taka nadwyżka może stanowić swoistą poduszkę finansową na trudniejsze czasy – ale dla Polaków będzie ona niedostępna.

Małe można oddać

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów przypomina, że zużytego lub zepsutego sprzętu elektrycznego np. suszarek do włosów czy tabletów nie wolno wyrzucać do zwykłego kosza na śmieci. Można go oddać go w sklepie. „Przy zakupie nowego urządzenia przedsiębiorca musi bezpłatnie przyjąć od ciebie stary sprzęt takiego samego rodzaju” – informuje UOKiK. I nie musi to być sprzęt identyczny sprzęt kupiony wcześniej w tym samym sklepie. Czyli, zdaniem ekspertów z UOKiK, ktoś, kto przykładowo kupuje w sklepie nowe żelazko, możesz oddać tam stare czy zepsute, kupione kiedykolwiek i gdziekolwiek. Podobnie, gdy zamawia się np. telewizor z dostawą do domu, to można przy tej okazji zgłosić, że chce się pozbyć starego, a sprzedawca ma obowiązek zorganizować jego odbiór, choćby to nie był telewizor kupiony u niego. Ponadto, jak informuje UOKiK, sklepy, które mają co najmniej 400 metrów kwadratowych powierzchni i sprzedają artykuły gospodarstwa domowego, muszą przyjmować wszystkie zużyte urządzenia przynoszone tam przez ludzi – ale tylko małe, takie których żaden z wymiarów nie jest większy niż 25 cm.

Niemiecka emerytura dla 75-latków?

Niemiecki bank centralny ogłosił właśnie swój październikowy raport, w którym zaleca przechodzenie na emeryturę najwcześniej w wieku 69 lat i czterech miesięcy, a najlepiej jeszcze później, nawet w wieku 75 lat, by zachować dotychczasowy poziom emerytur. Neoliberalna tendencja powiązania przechodzenia na emeryturę ze średnią długości życia zaczyna wywoływać rosnące niezadowolenie.

Siedem lat temu Niemcy przeżyli pierwszy szok, gdy rząd Angeli Merkel przeforsował reformę podnoszącą wiek emerytalny z 65 do 67 lat. Tak się stało, choć nigdy w historii Niemcy nie były tak bogate jak teraz. Zalecenie Bundesbanku nie oznacza jeszcze zmiany przepisów, ale dla wielu emerytów (i nie tylko) nowa, ewentualna nowa reforma odbiera sens pracy i bogacenia się.
Bardzo wpływowy politycznie Bundesbank podaje trzy powody swej propozycji. Po pierwsze, od lat 20. bieżącego wieku na emeryturę zacznie przechodzić pokolenie „baby-boomersów”; po drugie, wzrasta średnia długość życia, po trzecie, od lat rodzi się coraz mniej Niemców, którzy mieliby finansować emerytury, a imigracja nie wystarczająco temu przeciwdziała. Podobne argumenty podają inne ideologiczne ośrodki światowego neoliberalizmu, jak Komisja Europejska, Międzynarodowy Fundusz Walutowy i OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju skupiająca 36 najbogatszych państw świata).
Tak się składa, że w łonie rządzącej koalicji trwa właśnie konflikt na temat „Grundrente” (emerytury bazowej). W przyszłym miesiącu ma zostać opublikowany „bilans połowy kadencji”, co w razie braku porozumienia da SPD okazję do przewidywanego już wcześniej wycofania się z prawicowej koalicji. Po propozycjach Bundesbanku upadek rządu Angeli Merkel stał się dużo bardziej prawdopodobny.

Po ataku w Halle

Jedynie zamknięte drzwi uratowały Żydów zgromadzonych w synagodze w Halle na obchodach święta Jom Kippur przed rzezią, planowaną przez prawicowego ekstremistę.

Niemcy są w szoku – to tradycyjna fraza w takich wypadkach, nadużywana przez media, ale istotnie, Niemcy muszą stawić czoło faktowi, że prawicowy ekstremizm w ich kraju jest krwawym zagrożeniem.
9 października w Halle 27-letni Niemiec – Stephan B. (choć niektóre media podają inne dane – Samuel Heidegger), uzbrojony w dwa rodzaje broni długiej próbował wedrzeć się do synagogi. Po niedanej próbie sforsowania drzwi i wysadzenia ich (ładunki brał ze sportowej torby, w której było ich znacznie więcej), prawicowy przestępca swój gniew skierował przeciwko przechodniom (jedna ofiara śmiertelna) i personelowi tureckiej jadłodajni z kebabami, w której zabił kolejnego mężczyznę. Przebieg swych krwawych czynów dokumentował na video, zapisanym przy pomocy kamery osadzonej najprawdopodobniej na głowie. W tle słychać wyzwiska wypowiadane przez zamachowca skierowane pod adresem Żydów i Turków.
Początkowo niemieckie organy ścigania przypuszczały, że napastników było dwóch i ta wersja jest wciąż sprawdzana. Sprawca został, według informacji niemieckiej policji, zatrzymany. Obecnie sprawdzane są jego powiązania. Wstępnie media podają, powołując się na źródła w niemieckiej policji, że nie był on wcześniej obiektem zainteresowania policji i służb specjalnych.
Policja informuje też, że w miasteczku Landsberg, 15 kilometrów od Halle też wybuchła strzelanina. Nie wiadomo, czy miała związek z wydarzeniami w Halle.
Policja w Halle zaapelowała do mieszkańców o pozostanie w domach i nie podchodzenie do okien.
Prezydent Niemiec wezwał współobywateli do okazania solidarności z Żydami. Kanclerz Angela Merkel wyraziła głębokie współczucie bliskim ofiar zamachowca, zaś wieczorem przybyła do berlińskiej synagogi, by okazać swoja solidarność z wyznawcami judaizmu.