Zrobimy wszystko, co chcecie

Nasi sąsiedzi – Niemcy i Rosja – mogą być usatysfakcjonowani tym jak się zachowuje rząd Prawa i Sprawiedliwości. To rząd układny, pokorny, unikający sporów z władzami tych państw i godzący się grzecznie na wszystko co leży w ich interesie.

Jeżeli chodzi o wschód, to rząd PiS od prawie trzech lat obrał wyraźny kurs na zbliżenie Polski z Rosją. Sprzyja temu oczywiście antyunijna polityka prowadzona przez PiS.
Strona polska z niechęcią uczestniczy w unijnych sankcjach nałożonych na Rosję, a rosyjskie retorsje stara się omijać za pośrednictwem Białorusi. Rząd wyciszył antyrosyjską propagandę obecną w tzw. „mediach publicznych”, zastępując je atakami na Unię Europejską oraz Ukrainę.
Ucichły – oczywiście z wyjątkiem rocznic katastrofy – rytualne pohukiwania oskarżające Rosję o spowodowanie tragedii smoleńskiej, nikt już nie domaga się na serio zwrotu wraku Tu-154.
No i oczywiście rząd PiS, w kontaktach z Rosją, unika rozmów o gazociągu Nord Stream 2, wiedząc, że ten temat może wywołać niezadowolenie strony rosyjskiej.

PiS razem z Rosją

Widomym przykładem, inspirowanego przez rząd PiS zbliżenia polsko-rosyjskiego jest program współpracy Polska-Rosja.
Rada Ministrów przyjęła ten program pod koniec 2017 r., ma on budżet wynoszący 62,5 mln euro, z czego około 41,5 mln euro pochodzi ze środków Unii Europejskiej.
Główne elementy programu Polska-Rosja to, jak głosi oficjalny polski komunikat: „zachowanie dziedzictwa historycznego, ochrona środowiska i kwestie zmian klimatycznych, poprawa dostępności regionów i rozwój odpornego na klimat transportu oraz sieci i systemów komunikacyjnych”.
Rząd PiS zabiegał o uruchomienie tego programu już od 2016 r., co nie było proste, bo trzeba było najpierw uzyskać zgodę Unii Europejskiej, którą Polska po usilnych staraniach, otrzymała w grudniu 2016 r. Potem podpisano wspólną umowę finansową, co Rosja uczyniła z lekkim opóźnieniem, bo jej mniej zależało niż nam no i musiała dokładnie przeanalizować, czy program odpowiednio zabezpiecza jej interesy.
Rząd PiS niespecjalnie się chwali zbliżeniem z Rosją, wiedząc, że to wywoła niezadowolenie części tradycyjnego elektoratu. Kamufluje tę politykę propagandowymi bajkami o wybijaniu się na niezależność za sprawą planowanego przekopania Mierzei Wiślanej. Czyny są jednak ważniejsze niż słowa.

Żeby Niemcy byli zadowoleni

Rząd PiS zachowuje się układnie i bezkonfliktowo także w relacjach z Niemcami. W rządowych mediach przestano już opowiadać o rzekomych odszkodowaniach za straty wojenne, jakie Polska ponoć chciałaby uzyskać. Żaden członek polskiego rządu nigdy zresztą nie odważył się poruszyć tej kwestii w rozmowach z władzami niemieckimi.
Więcej! – rząd PiS nawet nie wypracował własnego stanowiska w kwestii reparacji od Niemiec, wiedząc, że już to wywołałoby niezadowolenie rządu naszego zachodniego sąsiada (który, owszem, swoje stanowisko przedstawił, stwierdzając naturalnie, że o reparacjach nie ma mowy).
Niewygodnego tematu reparacji unika też prezydent Andrzej Duda, który ustami swych urzędników ogłosił, że do sprawy mógłby się ewentualnie odnieść, kiedy będzie oficjalne stanowisko polskiego rządu.
Rząd PiS podobnie zachowuje się i w kwestii Nord Stream 2. W tym przypadku obecna ekipa próbuje być jednak nieco bardziej zniuansowana. Z jednej strony, oczywiście nie chce w żaden sposób urazić władz Niemiec i Rosji, z drugiej jednak, odgrywa teatr mający pokazać publiczności (wybory przecież coraz bliżej), iż twardo broni polskiej suwerenności przed unijnymi zakusami.
A ponieważ Unia Europejska nie zamierza przeszkadzać w budowie Nord Stream 2, zatem rząd PiS podejmuje pozorne działania, sugerujące jakoby to on próbował wstrzymać układanie drugiej nitki gazociągu przez Bałtyk. Oczywiście rząd niczego takiego nie robi – ale pragnie stworzyć takie wrażenie na elektoracie.
Dlatego też, choć nigdy żaden przedstawiciel polskiego rządu nie zażądał od władz niemieckich wstrzymania budowy Nord Stream 2, strona polska podczas unijnych spotkań czy rozmów polsko-niemieckich, raz czy dwa stwierdziła półoficjalnie, iż w kwestii Nord Stream 2 „stanowisko Polski jest nieco odmienne od stanowiska Niemiec”.
Była to najostrzejsza forma „protestu” w sprawie budowy Nord Stream 2 na jaką zdobył się rząd PiS w kontaktach dyplomatycznych.
Pozostało to oczywiście niezauważone i tylko niemiecki minister spraw zagranicznych dla porządku stwierdził w styczniu tego roku, że nikt nie przeszkodzi w zbudowaniu Nord Stream 2. I naturalnie miał rację, bo rząd PiS nie zamierza przeszkadzać.

UOKiK pozoruje sprzeciw

Rząd usiłuje jednak, jak wspomniano, stworzyć wrażenie, że wykonuje jakieś czynności utrudniające budowę Nord Stream 2. Do tych działań pozorujących oddelegowano Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

UOKiK od końca 2016 r. udaje, że się na poważnie zajmuje gazociągiem. Jako, że jest to urząd nie tylko polski ale i unijny, teoretycznie mógłby zablokować budowę Nord Stream 2.
UOKiK najpierw odrzucił wniosek sześciu firm zagranicznych o zawiązanie konsorcjum mającego zbudować gazociąg – czym oczywiście nikt w Europie się nie przejął. Formalnie budowę podjął sam Gazprom, ale zasilany pieniędzmi i logistyką pozostałych pięciu partnerów.
W 2017 UOKiK wszczął postępowanie wyjaśniające, podejrzewając, iż Gazprom jednak nie działa sam (co było i jest powszechnie wiadome). W maju ubiegłego roku wytoczył zaś oficjalne postępowanie przeciw Gazpromowi i pięciu innym firmom, razem z nim realizującym tę inwestycję. Nasza rządowa propaganda zaczęła głosić, iż UOKiK wstrzyma budowę Nord Stream 2 – po czym zapadła cisza.
Podobno UOKiK cały czas prowadzi analizę zgromadzonego materiału. Można przypuścić, że skończy ją wtedy, gdy gazociąg Nord Stream 2 już dawno zostanie oddany do użytku.
I tak właśnie wygląda skuteczność naszego urzędu antymonopolowego i obrona polskich interesów w wykonaniu rządu PiS.

Krezusi pojednania

Kwestia odszkodowań za niewolniczą pracę w III Rzeszy i zniszczenia wojenne nie jest wbrew pozorom białą plamą. Wiele się wokół tej sprawy działo – głównie w tym zakresie, żeby odszkodowań nie było a roszczenia zbyć byle czym. Co nie znaczy, żeby hasło „polsko-niemieckie pojednanie” nie przynosiło wymiernych korzyści. Wszakże niekoniecznie przede wszystkim stopniu ofiarom nazizmu.

W Sejmie na kolejne swe posiedzenie zebrał się „Parlamentarny Zespół do oszacowania wysokości odszkodowań należnych Polsce od Niemiec za szkody wyrządzone podczas drugiej wojny światowej”. Zespół powstał w 2017 roku. Przewodniczy mu poseł Prawa i Sprawiedliwości Arkadiusz Mularczyk, adwokat. Do zespołu należy 25 posłów i 2 senatorów – wszyscy z PiS.
O marnych kompetencjach w podjętym przez nich temacie może świadczyć fakt, że albo nie wiedzieli, bądź świadomie pominęli wyniki prac grona poznańskich naukowców – historyków i ekonomistów – z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. W 1947 roku pod kierownictwem profesora Alfonsa Klafkowskiego sporządzili dla Biura Odszkodowań Wojennych przy Prezydium Rady Ministrów ekspertyzę szacującą straty państwa polskiego spowodowane przez wojnę i okupację. Wedle tej ekspertyzy straty wyniosły 258 miliardów przedwojennych złotych, stanowiących równowartość 50 miliardów dolarów, które w przeliczeniu na wartość z 2004 roku wyniosłyby 650-700 miliardów dolarów. Dezyderaty zgłoszone przez poznańskich naukowców zawierały postulaty odszkodowawcze dla państwa polskiego. Nie obejmowały one roszczeń cywilno-prawnych obywateli polskich. Wysokość tych roszczeń także sięgała miliardów, tym razem marek.
Zatem to, czym zajmować się chce zespół posła Mularczyka, byłoby spóźnione o 74 lata. Czy posłowie są tego świadomi? Czy też chcą stworzyć pozory, że dopiero rządy PiS zaangażowały się w obronę interesów Polski i Polaków? Szacunek strat dla państwa polskiego został już przecież sporządzony! Czyżby mieli wątpliwości co do kompetencji uznanych naukowców poznańskich?
Co się zaś tyczy roszczeń cywilno-prawnych, to zajmuję się tym od 1963 roku. Jest to temat opisany w wydanej 2014 mojej książce „Zapomniani ludzie ze znakiem >P<”. Wspomniałem w niej o moich staraniach o dostęp do informacji, ile takich roszczeń jest. Była bowiem taka instytucja rządu federalnego RFN, która się nimi zajmowała.
Miałem bardzo utrudniony dostęp do znajdującej się w Kolonii „Entschädigungsbehörde”. Po moim telefonicznym zgłoszeniu prośby o możliwość uzyskania informacji usłyszałem, że polskich dziennikarzy urząd nie przyjmuje. Dopiero wstawiennictwo Klausa von Bismarcka, „Intendenta” (dyrektora i naczelnego redaktora Westdeutscher Rundfunk), który, jak wiedziałem, był przyjaźnie nastawiony wobec Polski, zostałem przyjęty przez pana Lothara Niesera, szefa tej placówki. Owszem, przyznał, do jego urzędu napłynęło bardzo dużo listów od Polaków, jednakże nie może ich próśb rozpatrywać, albowiem zabrania mu tego konstytucja. Jak to? – zapytałem, – przecież obywatelom przymuszonym do pracy dla Niemiec z krajów takich jak Francja, rząd federalny przyznał setki milionów marek. Dysponowałem bowiem danymi na ten temat. Owszem, odpowiedział pan Niesert (miał chyba ponad 50 lat), ale z krajami zachodnimi RFN utrzymuje stosunki dyplomatyczne. Z Polską nie. – Czy chodzi o „doktrynę Hallsteina” – zapytałem. Unikał odpowiedzi. Przyjęta przez Bundestag w 1955 roku doktryna ta, jak się chyba dziś już nie pamięta, domagała się od innych państw uznania RFN jako jedynego reprezentanta Niemiec, Polska zaś uznawała NRD i to przekreśla możliwość porozumienia w jakiejkolwiek sprawie – mówił pan Niesert. Dodał, że w czasie wojny wszyscy przecież musieli pracować.
Reprezentowane przez niego stanowisko rządu federalnego ocenione zostało w 1969 roku przez rząd polski następująco: „Istniejące w Republice Federalnej Niemiec prawo dotyczące odszkodowań dla ofiar narodowego socjalizmu zawiera przepisy dyskryminujące obywateli pewnych państw, w tym Polski”. W ślad za przemówieniem Władysława Gomułki z 17 maja tego roku, w którym proponował rozmowy na temat układu między Polską i RFN, wystosowany w tym samym roku list Władysława Gomułki do Willy Brandta, który stanął na czele utworzonego w październiku rządu SPD-FDP nie zawierał wszakże żadnej wzmianki o odszkodowaniach. Priorytetem jeszcze przez długi czas pozostawało polskie żądanie uznania przez RFN polskiej granicy zachodniej. Z Bonn dała się słyszeć nieoficjalna odpowiedź, że na to jest jeszcze za wcześnie. Wspomniana wyżej doktryna wraz postępem w polityce wschodniej RFN prowadzonej przez rząd Brandta stopniowo wygasała i została całkowicie zniesiona po zawarciu Układu między Polską i RFN w grudniu 1970 roku. W Układzie tym, przypomnijmy, RFN uznała polską granicę zachodnią. Stanowiło to podstawę normalizacji dwustronnych stosunków.
Atoli do załatwienia sprawy cywilno-prawnych roszczeń obywateli polskich – pracowników zmuszonych do niewolniczej pracy na rzecz III Rzeszy –

droga była jeszcze bardzo kręta i wyboista.

Toteż minister Marian Orzechowski 7 maja 1987 r. mówił w Sejmie: „Posługując się argumentami nie do przyjęcia w świetle uznanych norm prawa międzynarodowego oraz zwykłej sprawiedliwości i moralności ludzkiej, RFN odmówiła zadośćuczynienia polskim ofiarom III Rzeszy”. Nie bez racji Krzysztof Skubiszewski, minister spraw zagranicznych w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, powiedział 7 czerwcu 1991 w Sejmie: „Odszkodowania dla Polski nie mogły być gorzej postawione niż miało to miejsce po II wojnie światowej. Ale to się stało. Upływ czasu oraz inne czynniki spowodowały, że dochodzenie do odszkodowań stało się trudne albo wręcz niemożliwe. Wszakże zmiany, jakie się dokonały lub dokonują w stosunkach polsko-niemieckich muszą i tu znaleźć swój wyraz. Odszkodowania dla więźniów hitlerowskich obozów koncentracyjnych i dla robotników niewolniczych nie sprowadzają się tylko do kwestii prawnych. Jest to przede wszystkim problem natury moralnej i humanitarnej, konieczność spełnienia podstawowych wymogów sprawiedliwości. Jego rozwiązanie jest jedną z przesłanek porozumienia i pojednania między Polakami i Niemcami”.
Odtąd słowo pojednanie będzie funkcjonować przez wiele lat, a właściwie funkcjonuje do naszych czasów. Co więcej, ono zostało swoistą instytucją. W następstwie podpisanego 17 czerwca 1991 r. porozumienia została stworzona
„Fundacja Polsko-Niemieckie Pojednanie” (FPNP).
Rząd niemiecki wyposażył ją sumą 500 milionów marek w celu udzielenia ofiarom III Rzeszy pomocy humanitarnej. W ścisłym rozumieniu niemieckiej strony nie było to odszkodowanie. Wypłaty pieniędzy rozpoczęto we wrześniu 1992 roku. Choć jak stwierdzała potem niemiecka Fundacja „Erinnerungen, Zusammenarbeit und Zukunft” (EVZ), większość „obdarowanych” wzięłaby jakiekolwiek pieniądze. Jak napisał w swej książce „Die Entschaedigung von NS-Zwangsarbeiter am Anfang des 21 Jahrhunderts” niemiecki autor Constantin Goschler, otrzymane z fundacji kwoty stanowiły faktycznie jałmużnę rzuconą proszalnym dziadkom.
I tak właśnie było. Np. członkowie wrocławskiego „Klubu Ludzi ze Znakiem >P< (byłem jego założycielem – po tym, jak jako dziennikarz „Gazety Robotniczej” przeprowadziłem wśród byłych robotników przymusowych ankietę, napisałem na jej podstawie tekst i zorganizowałem zebranie, na którym około 300 uczestników ankiety utworzyło Klub) za wiele lat pracy niewolniczej dostali w dwóch ratach od 2 do 5 tysięcy zł. Ci, którzy pracowali u bauerów, nie dostali ani grosza.
Fundacji zajmujących się odszkodowaniami było kilka. Prócz wyżej wymienionych była jeszcze wymuszona od koncernów przez kanclerza Gerharda Schrödera (SPD)

„Inicjatywa Przemysłu Niemieckiego”.

Schröder, chcąc uniknąć skandalu i bojkotu niemieckich towarów w USA, a także obawiając się infamii, doprowadził do zebrania uzgodnionej między zastępcą sekretarza stanu Samuelem Eisenstadtem i adwokatami dbającymi o polskie interesy (Kongres Polonii Amerykańskiej) i akceptowanej przez rząd Schrödera sumy 10 miliardów marek. Na sumę tę miały łożyć wielkie niemieckie koncerny i firmy: Alianz, Bayer, BASF, Degusa, BMW, Daimler-Chrysler, VW, Dresdner Bank, Deutsche Bank, Thyssen-Krup, Siemens. Przedstawiciele tych koncernów uznali, że należy się sprzeciwić zbiorowym skargom przed sądami w USA i pozbawić podstaw oskarżenia szkodzące wizerunkowi naszego kraju i jego gospodarki. Rzecznik Inicjatywy podkreślił, że „dość tego, nie pójdziemy dalej ani o centymetr”. A jednak pierwotnie zaproponowaną sumę (najpierw 4, a następnie 6 miliardów) podnieśli do 10 miliardów. Niemniej 267 przedsiębiorstw zatrudniających w czasie wojny robotników przymusowych odmówiło przystąpienia do Inicjatywy, co nawet w Niemczech wywołało oburzenie.
Podarujmy sobie relacje o szczegółach. Ważne jest, że rozdzielnictwem tej sumy między poszczególne podmioty zaangażowane w „pojednanie” zajmował się Deutsche Bank, zarabiający na procentach i wedle uznania uruchomiający transfer pieniędzy po niekorzystnym kursie.
W Polsce złożono 590 685 podań od żyjących jeszcze robotników przymusowych albo ich rodzin, z których około 485 tysięcy zostało „zweryfikowanych”. W tym miejscu trzeba zwrócić uwagę na dwie związane ze staraniami o otrzymanie pieniędzy okoliczności. Po pierwsze: już na etapie składania podań „polscy petenci” byli

zobowiązani do podpisania dokumentu,

że wnosząc o wypłatę pieniędzy, zobowiązują się do tego, że w przyszłości nie będą mieli roszczeń do państwa niemieckiego. Po drugie (i gorsze): zgodnie z porozumieniem negocjatorów (sekretarz stanu w niemieckim Auswärtiges Amt Kastrup z niemieckiej, a szef Urzędu Rady Ministrów Żabiński z polskiej strony) na temat odszkodowań, a porozumienie to odwoływało się do układu polsko-niemieckiego z 1991 roku, polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych oświadczyło, „że rząd nie czynił i czynić nie będzie w przyszłości żadnych dalszych starań w sprawie odszkodowań dla polskich ofiar narodowego socjalizmu”. (O tym oświadczeniu było w Polsce cicho-sza, ujawnił ten fakt Michael G. Esch, autor rozdziału w czterotomowej dokumentacji wydanej przez EVZ). Oświadczenie to uznano za obowiązujące przez gabinet Jerzego Buzka (1997-2001).
Przytoczmy w tym miejscu wyliczenia niemieckiego ekonomisty Thomasa Kuczyńskiego. W „Zeitschrift fuer Sozialgeschichte” napisał, że państwo niemieckie i gospodarka niemiecka winne są robotnikom przymusowym 180 miliardów marek. Biorąc pod uwagę najniższe taryfy płacowe w przemyśle niemieckim, mnożąc 80-godzinny tydzień pracy i wielkość liczby robotników przymusowych, doszedł do wyniku, że w sumie przepracowali 210 milionów lat. Wysokość niezapłaconej pracy wynosiła 16 miliardów marek, a biorąc pod uwagę dynamikę wzrostu płac i siły nabywczej pieniądza, Kuczyński doszedł do 180 miliardów marek. W opracowaniu autorstwa Herberta Schula z Uniwersytetu Frankfurckiego, który swój tekst opublikował w „Blätter für deutsche und internationale Politik” czytamy nader słuszną i oryginalną co do znaczenia niewolników pracy w Rzeszy ocenę. Zdaniem autora „gospodarcze odnowienie zachodnich Niemiec nastąpiłoby znacznie wolniej, gdyby nie wkład robotników przymusowych w czasie wojny”. Dalej stwierdza, że nadwyżka czerpana z dumpingu płacowego i z dodatkowych obciążeń została po wojnie inwestowana w gospodarkę niemiecką, tak że majątek brutto w zachodnich Niemczech w połowie 1948 roku przewyższał mimo zniszczeń wojennych, demontażu i restytucji poziom z roku 1935 o 14 procent. Takie widzenie roli niewolników pracy i ich znaczenia dla gospodarki III Rzeszy nie jest w dyskusjach zarówno w RFN, jak i w Polsce brane pod uwagę.
W RFN – choć rząd Schrödera z wiadomych powodów ustawił się pozytywnie wobec problemów odszkodowań, tamtejsza biurokracja traktowała Polaków jako petentów, zaś polska biurokracja procedury odszkodowawcze uważała za dojną krowę. Pochodzących z „Solidarności” polityków, którzy zajmowali ważne stanowiska, w „Życiu Warszawy” nazwano
„krezusami pojednania”.
Elektronik Krzysztof Zabiński (rocznik1953) działacz związkowy, w Sejmie kontraktowym z ramienia Komitetu Obywatelskiego i następnie poseł Koalicji Liberalno-Demokratycznej odznaczony w 2011 Oficerskim Krzyżem PR za wybitne zasługi w demokratycznej transformacji, zajmujący w Urzędzie Rady Ministrów wysokie stanowisko, wyznaczył na prezesa „Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie” Bronisława Wilka. Był on także z zawodu elektronikiem. Również działał w „Solidarności”. I on został posłem w Sejmie kontraktowym. W latach 1991-1994 prezes fundacji aresztowany pod zarzutem malwersacji. Pieniądze fundacji ulokował w Megabanku, z którego znajomi prezesa zaciągali kredyty na swoje interesy w różnych przedsiębiorstwach. W niedługim czasie firmy upadły, a pieniądze przepadły. Bronisław Wilk „za niesłuszne aresztowanie” pobrał potem 40 tysięcy złotych tytułem zadośćuczynienia. Zawdzięczał to cichej pomocy kolegów z „Solidarności”. Byli to:
Wiesław Walendziak, najpierw prezes państwowej telewizji, gdzie kolegów z Niezależnego Związku Studentów (ZNS) umieścił na kierowniczych stanowiskach („pampersi”), następnie szef Urzędu Rady Ministrów i potem zajął się własnym biznesem;
Jan Kranz (rocznik 1948) w latach 1990-1995 podsekretarz w MSZ reprezentujący Polskę w przełomowych rozmowach w Bonn, Berlinie i w Waszyngtonie, od 2001 roku ambasador w Berlinie, odznaczony Orderem Zasługi RFN;
Jacek Turczyński (1966), prawnik, poseł ZCHN, w latach 1998-2000 prezes fundacji, wraz czterema członkami zarządu fundacji aresztowany za nieprawnie pobrane pieniądze;
Jan Parys (1950), wiceprezes fundacji, dawniej minister obrony w gabinecie Jana Olszewskiego, wezwany przez sąd do oddania pieniędzy, nie zrobił tego – bez żadnych konsekwencji;
Jerzy Marek Nowakowski czuwający nad całością polskich poczynań związanych z odszkodowaniami, w latach podsekretarz stanu w gabinecie Jerzego Buzka, następnie ambasador w różnych krajach.
Można powiedzieć, że tworzyli oni

swoisty prawicowy kartel.

Pozostaje jeszcze do podkreślenia, że powstałe dla przeprowadzenia wypłat struktury biurokratyczne zatrudniały w warszawskiej centrali 300 etatowych pracowników. Byli oni nadzorowani przez przysłanych z Berlina „kontrolerów” mających zapobiec powtórce afery Wilka. Nadzorczy ci liczyli niewiele ponad 20 lat i w kwestiach odszkodowawczych nie mieli kompetencji. Ich zadaniem było, jak żądali Niemcy, zapewnienie pewności prawnej (Rechtssicherheit). Dbali o to, by w przyszłości polskie roszczenia nie były możliwe.
No cóż, niech zespół posła Mularczyka szacuje…

Kapitał kontra związki

1400 pracowników zakładów produkujących stal w Nadrenii Północnej-Westfalii odmówiło pracy. Był to sygnał ostrzegawczy wysłany przez potężny związek zawodowy IG Metall. Hutnicy chcą zarabiać więcej, bo w ostatnich latach zyski kapitalistów poszybowały w górę.

Ten protest to początek, za nim pójdą kolejne zakłady – zapowiada kierownictwo najsilniejszego niemieckiego związku zawodowego IP Metall, skupiającego pracowników przemysłu. Organizacja ta dysponuje funduszami, które umożliwiłyby sfinansowanie budżetu płac całego niemieckiego hutnictwa na dwa lata. Oczywiście, w obecnej sytuacji nie będzie konieczności sięgania po oręż długoterminowego strajku.
Na razie pracę przerwano w dziewięciu należących do koncernów ThyssenKrupp i ArcelorMittal hutach w Duisburgu, Bochum i Kreuztal. W kolejnych dniach akcja ma nabierać dynamiki. Jak zapowiada rzecznik prasowy IG Metall, będzie kontynuowana niemal codziennie aż do wyznaczonej na 18 lutego czwartej rundy rokowań z pracodawcami.
W pierwszej kolejności zastrajkować ma około tysiąca hutników z Duisburgu i Remscheid, a w kolejnych dniach akcja protestacyjna IG Metall zostanie rozszerzona na kraje związkowe Dolna Saksonia i Brema. Docelowo – sparaliżowany ma zostać cały przemysł hutniczy w Republice Federalnej. Centrala ma bowiem silne struktury w każdym zakładzie.
Warto zauważyć, że IG Metall nie boi się mówić o strajku jako normalnym instrumencie w sporze z kapitalistą. Badania społeczne pokazują, że większość obywateli RFN „ze zrozumieniem” odnosi się do postulatów i metod walki pracowników sektora hutniczego.
Główną płaszczyzną sporu związkowców z pracodawcami jest wysunięte przez stronę pracowniczą żądanie wprowadzenia premii urlopowej w kwocie 1800 euro, którą pracownik mógłby zamienić na dni wolne. Ponadto dla około 72 tys. zatrudnionych w przemyśle stalowym Nadrenii Północnej-Westfalii, Dolnej Saksonii oraz Bremy IG Metall domaga się wzrostu zarobków o 6 proc. Druga strona sporu nie wystąpiła na razie z żadnymi propozycjami.
Na terenie, którego dotyczą rokowania, pracuje zdecydowana większość niemieckich hutników stali. Jednocześnie prowadzi się odrębne negocjacje zarówno dla Kraju Saary, jak i dla dawnej NRD.

Zintegrowana Europa

…a bezpieczeństwo Polski. Po roku 1945 w życiu politycznym i w klimacie społecznym Europy dominował nastrój głębokiej nieufności wobec Niemiec. Z uwagi na doświadczenia wojenne było to zrozumiałe.

Brakowi zaufania sprzyjały również takie zjawiska jak powierzchowna denazyfikacja i niechęć do rzetelnego rozliczenia się z przeszłością. Jak wspominał prof. Władysław Markiewicz-w młodości przez trzy lata i osiem miesięcy więzień obozów koncentracyjnych Mauthausen i Gusen- w trakcie procesów esesmanów „rzucała się w oczy bezczelność ze strony oskarżonych i cynizm w zachowaniu adwokatów. We frankfurckich procesach załogi Oświęcimia esesmani zachowywali się w sposób bezczelny,świadomi , że mają za sobą obrońców, a przeciw zdezorientowanych i przestraszonych świadków. Wyroków śmierci bodaj nie było, wyroki były niskie, dużo zwolnień… Widziałem wyraźnie podczas tzw. procesów oświęcimskich, że prawo jest bezsilne, że procedura, którą trzeba respektować, do niczego nie prowadzi, a w odniesieniu do obozów nie ma po prostu żadnego sensu. A biedni świadkowie byli przerażeni, że oto zarzuca się im kłamstwa albo nieścisłości, co adwokaci potrafili bezczelnie wykorzystywać.”
Zimnowojenny podział Europy sprzyjał pomniejszaniu i przemilczaniu niemieckich zbrodni i traktowaniu Niemców jako sojuszników Zachodu.

Schuman, Adenauer i de Gasperi

Konstruktywne przezwyciężanie przeszłości było celem inicjatyw integracyjnych ministra spraw zagranicznych Francji Roberta Schumana, który starał się zwiększyć współzależność państw europejskich i ograniczyć samodzielność Niemiec sprzyjającą ich ewentualnym agresywnym działaniom. Odpowiednie dokumenty dotyczące integracji opracowywał bliski współpracownik ministra Schumana Jean Monnet. Koncepcje integracyjne Schumana poparli-kanclerz nowoproklamowanej Republiki Federalnej – Konrad Adenauer oraz włoski premier Alcide de Gasperi – reprezentanci państw obarczonych bagażem faszystowskiej przeszłości.
Proces integracji europejskiej rozpoczęło powstanie ważnej organizacji sektorowej.
18 kwietnia 1951 roku przedstawiciele Francji, Italii,RFN,Belgii, Holandii i Luksemburga podpisali układ o utworzeniu Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali (EWWiS).Po ratyfikacji układu przez wymienione państwa wszedł on w życie 25 lipca 1952 roku. Naczelnym organem wykonawczym EWWiS była Wysoka Władza (High Authority) posiadająca rozległe uprawnienia decyzyjne i kontrolne. Jej przedstawiciele mieli prawo m.in. do przeprowadzania kontroli w przedsiębiorstwach hutniczych i górniczych w państwach członkowskich. W ten sposób władza ponadpaństwowa kontrolowała produkcję surowców m.in. dla przemysłu zbrojeniowego. Poddając się kontroli niedawni agresorzy uzyskali możliwość pozyskiwania zaufania byłych państw okupowanych.
Zaufanie to nie było jednak dostatecznie silne, aby mogły być zrealizowane dwa ważne projekty integracyjne. Ministrowie spraw zagranicznych państw-członków EWWiS 27 maja 1952 roku podpisali w Paryżu traktat o Europejskiej Wspólnocie Obronnej. Jednakże francuskie Zgromadzenie Narodowe 30 sierpnia 1954 roku układ ten odrzuciło. Wspólna armia z udziałem wojsk niemieckich nie była dla polityków francuskich do przyjęcia. Pewne znaczenie miał też fakt, że po śmierci Stalina (5 marca 1953 roku) straszenie zagrożeniem radzieckim było mniej skuteczne.

„Sojusznika nie należy dyskryminować”

Nieufność wobec partnerstwa z RFN była ciągle duża. Nie osłabiały jej niektóre koncepcje militarne, a zwłaszcza propozycja utworzenia w ramach NATO międzynarodowych jednostek dysponujących bronią jądrową. Jak w wielu innych przypadkach przysłowiowy diabeł tkwił w szczegółach. Jeżeli załoga okrętu miała składać się z marynarzy pochodzących z różnych państw-
to skąd powinien pochodzić dowódca okrętu? Jakie powinny być uprawnienia tego dowódcy? Czy miał on- w trudnej sytuacji bojowej- podjąć decyzję o wystrzeleniu głowicy nuklearnej, czy też czekać na decyzję z kwatery głównej NATO? A w tej kwaterze, kto powinien decydować?
Tego rodzaju pytania wywoływały długie dyskusje. Jednakże niektórzy niemieccy politycy i dyplomaci przychylnie odnosili się do utworzenia owych międzynarodowych jednostek wojskowych.
Na początku lat 1960-tych podróżował po Stanach Zjednoczonych niemiecki dyplomata-ambasador Hans Schwarz-Lieberman von Walendorf, który swe wystąpienia zaczynał od stwierdzenia, że europejscy sojusznicy powinni zmniejszyć amerykańskie brzemię kosztów i odpowiedzialności za obronę. Następnie wyrażał poparcie dla projektu utworzenia międzynarodowych sił nuklearnych z udziałem RFN.”Przecież sojusznika nie można dyskryminować”-twierdził.
W późniejszym okresie dyskusje ucichły, kiedy premier Harold Wilson stwierdził, że Wielka Brytania nie pozwoli, aby niemiecki palec znalazł się na języku spustowym broni nuklearnej.
Bawarski polityk i minister w kilku rządach federalnych Franz Josef Strauss utrzymywał, że Niemcy są zbyt potężne i bogate, aby im ciągle przypominać Auschwitz. Tymczasem-jego zdaniem-RFN była gospodarczym olbrzymem a politycznym karłem. W sumie Strauss nie przyczynił się do wzrostu zaufania państw sąsiedzkich do Republiki Federalnej.

Willy Brandt i Helmut Schmidt

Potrzebę autentycznej poprawy w stosunkach europejskich rozumieli dobrze niemieccy politycy socjaldemokratyczni-Willy Brandt i Helmut Schmidt. Brandt-promotor nowej polityki RFN wobec Europy Wschodniej, był za tę politykę i za swą antyfaszystowską przeszłość (uczestniczył w norweskim ruchu oporu w czasie wojny) ostro atakowany i zniesławiany. Hasłem niemieckich neofaszystów było -„Brandt pod ścianę” („Brandt an der Wand”).
Znakomity ekonomista Helmut Schmidt był zaniepokojony mocną pozycją marki zachodnioniemieckiej, która stawała się pieniądzem międzynarodowym, co prowadziło do ekonomicznej dominacji RFN. Schmidt przypominał, że na niemieckiej dominacji Europa źle wychodziła. Sami Niemcy też.
W roku 1978 kanclerz Schmidt i prezydent Francji Valery Giscard d’Estaing (również znakomity ekonomista) zaproponowali ustanowienie – w ramach Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej- europejskiej jednostki monetarnej (ECU), która z czasem przekształciła się w EURO emitowane przez Europejski Bank Centralny i wprowadzone do szerokiego obiegu począwszy od 1 stycznia 2002 roku.

Bismarck zamiast Hitlera

W ostatnim okresie wewnętrzna sytuacja polityczna Niemiec uległa niepokojącym zmianom.
Skrajna prawica, która przez wiele lat była na politycznym marginesie, obecnie jest silnie reprezentowana w parlamencie przez posłów tzw. Alternatywy dla Niemiec (AfD). Przedstawiciele tej partii wypowiadają się przeciwko ograniczaniu przez UE samodzielności Republiki Federalnej na forum międzynarodowym i przeciwko instytucjom europejskim. W dalszej perspektywie możliwe jest zastąpienie niemieckich demokratów przez zwolenników dyktatury.Jak wiadomo Mussolini i Hitler doszli do władzy wykorzystując polityczne mechanizmy demokracji.antyunijni i antyimigranccy politycy AfD nie są antyrosyjscy. Nie nawiązują do koncepcji Hitlera lecz Bismarcka-zwolennika dobrych stosunków z Rosją. Z drugiej strony-nie można przewidzieć, kto będzie następcą prezydenta Putina. Jeżeli będzie to np. agresywny i ambitny generał, wówczas niebezpieczeństwo antypolskiej zmowy będzie poważne
W Unii Europejskiej niezależność państw członkowskich jest ograniczona przez ich współzależność. Tej ostatniej zawdzięczamy fakt, że dziś wojna pomiędzy państwami członkowskimi jest nie do pomyślenia.
Dlatego też rozpad lub też istotne osłabienie Unii oznaczałoby zagrożenie dla Polski.
Wszelkie działania antyunijne są sprzeczne z polską racją stanu.

Twarde jądro Unii?

„To zdrada! Emmanuel Macron sprzedaje nasz kraj, niweczy jego suwerenność. Niszczy wszystko, co zrobił gen. de Gaulle dla wielkości Francji” – mówiła w telewizji oburzona Marine Le Pen, szefowa Zjednoczenia Narodowego. Z kolei na lewicy Jean-Luc Mélenchon z Nieuległej Francji podkreśla „szkodliwość” traktatu o współpracy francusko-niemieckiej, który został właśnie podpisany w Akwizgranie (Aachen, Aix-la-Chapelle), dawnej stolicy imperium cesarza Karola Wielkiego. Jak daleko posunie się integracja?

Słowo „integracja” jest podstawowe dla tej sprawy, bo w poprzednim, historycznym traktacie, również podpisanym 22 stycznia (tyle, że w 1963 r., w Pałacu Elizejskim, między prezydentem de Gaullem a kanclerzem Adenauerem), takiego słowa nie było. Dziś występuje w tytule traktatu: „o współpracy i integracji”. Takiego „zacieśnienia stosunków” jeszcze nie było. Oprócz wielu problemów związanych z samym tekstem naprzód wysunęły się dwie wątpliwości: po pierwsze, tekst traktatu został udostępniony w internecie dopiero kilka dni temu, z pominięciem parlamentu i bez żadnych konsultacji politycznych, co kolejny raz stawia pod znakiem zapytania francuską demokrację. Po drugie, powstało wrażenie, że Niemcy „wykiwali Francję”, podobnie jak 56 lat temu.

Tak naprawdę w 1963 r. generała de Gaulle’a wykiwali Amerykanie, gdyż wtedy bardzo bezpośrednio wpływali na politykę niemiecką. Na czym to polegało? Głównym celem dawnego przywódcy Francji było oddalenie Zachodnich Niemiec (i reszty krajów ówczesnej Szóstki) od ich amerykańskiego protektora. De Gaulle marzył o Europie niezależnej od Amerykanów i jednocześnie Związku Radzieckiego, francuski arsenał nuklearny miał zastąpić „amerykański parasol”. Dlatego traktat nawet nie wspominał o Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, NATO czy GATT (dzisiaj to Światowa Organizacja Handlu – WTO).

Co z tego jednak, skoro Amerykanie czuwali? Pół roku później niemiecki Bundestag ratyfikował traktat, ale z dopisaną przez Waszyngton preambułą, która mówiła o „ścisłym stowarzyszeniu USA i Europy”, projekcie „przyjęcia Wielkiej Brytanii”, obronie w „ramach NATO” i obniżce europejskich ceł wobec USA i Brytyjczyków „w ramach GATT”. Generał się wściekł: „Niemieccy politycy martwią się, że niewystarczająco płaszczą się przed Anglosasami! Zachowują się jak świnie!”, ale mleko już się rozlało. Imperium amerykańskie sprawowało w Europie władzę nie do przebicia, próby jakiejś emancypacji nigdy nie mogły wypalić. De Gaulle mógł jedynie wycofać Francję z działań NATO, co zresztą zrobił (pozostając „martwym członkiem”). Dziś, w czasach trzeszczącej w posadach Unii, są jeszcze inne problemy.

Czyja integracja?

Zwykło się mówić, że Francja i Niemcy stanowią „rdzeń Unii Europejskiej”, choć przecież we wszystkich bodaj krajach Unii powtarza się równie często, że to „Niemcy rządzą”, poprzez swą dość duszącą i raczej bezwzględną dominację ekonomiczną, zapewnioną przez wprowadzenie euro. Niemcy wyśmiali inicjatywę Macrona, by wprowadzić oddzielny budżet strefy euro, prezydent Francji musiał też zgodzić się (co już nie stanowiło dlań problemu), by unijne układy o wolnym handlu wchodziły w życie bez zgody parlamentów krajowych. Cóż, demokracja w Unii to w końcu tylko pobożne życzenie. Teraz prezentuje nowy traktat jako wzór europejskiej integracji, podczas gdy jest to co najwyżej integracja „rdzenia”, bez oglądania się na innych. Jest tu oczywiście mowa o NATO, do którego Francja wróciła 10 lat temu, ale jednocześnie oba państwa zawierają oddzielny sojusz zbrojny, angażujący francuskie siły atomowe w razie czyjejś agresji na Niemcy.

Mało tego, oba państwa dają sobie prawo wspólnej, „stabilizacyjnej” interwencji zbrojnej w „krajach trzecich”, bez najmniejszego wspomnienia o rezolucjach ONZ, które mogą się na to zgodzić lub nie. Powstanie za to ekskluzywna Francusko-Niemiecka Rada Obrony i Bezpieczeństwa. Co do ONZ, Francuzi zobowiązali się do wprowadzenia nowego priorytetu swej dyplomacji: mają walczyć o uczynienie z Niemiec członka stałego Rady Bezpieczeństwa (z prawem weta), a póki co, „ściśle koordynować” swe działania w ONZ. Inaczej mówiąc, Francja będzie dzielić się swoim prawem weta z Niemcami, co – jak narzekają niezadowoleni – pozbawi ją znacznej części suwerenności. Powiedzmy, że obietnica ubiegania się o stałe członkostwo Niemiec nic Francuzów nie kosztowała, bo rezultat zależy też od innych. Jednak zbliżenie obu krajów idzie dużo dalej.

Judasz z Hitlerem

Francuzi dowiedzieliby się o nowym traktacie pewnie dopiero dzisiaj, gdyby nie hałas, którego narobił jeden z francuskich eurodeputowanych na 10 dni przed podpisaniem. Bernard Monot z partii „socjalnych gaullistów” Powstań Francjo (DLF), niczym Rejtan rozdarł symboliczną koszulę nagrywając wideo, które szybko obiegło francuski internet: „Pan Macron, niczym Judasz, oddaje Alzację i Lotaryngię obcej potędze!”. Były tam i inne mocne słowa: „Macron chce zgnieść naród francuski, którego nienawidzi, to jego nowy pucz przeciw Francji! (…) Ten traktat pozwoli całkiem zniszczyć prawo pracy, system ochrony socjalnej i obronę narodową”. Tweet z tą przemową został w końcu skasowany, gdyż autorowi groziły konsekwencje karne. Ale dzięki niemu kilka dni później opublikowano tekst traktatu, a prorządowe media zaczęły grupowo zapewniać, że Alzacja i Lotaryngia pozostaną we Francji, dzięki czemu wszyscy mogli dowiedzieć się o tajemniczym układzie.
Prawicowe media internetowe jak Riposte Laïque i tak nie wahały się pisać „Macron realizuje marzenie Hitlera o Francji podległej Niemcom”. Kwestia Alzacji i Lotaryngii, regionów, które dla Francuzów były mniej więcej tym, czym dla Polaków był Śląsk, jest w traktacie dość niejasna. Mają tam powstać dwujęzyczne „euro-dystrykty”, rządzące się nieco innymi prawami, niż reszta francuskich terytoriów. Formalnie rzeczywiście pozostaną francuskie, jednak ich status będzie cokolwiek „mieszany”. Wszystko to w imię integracji i „ułatwień dla ludności”, ale zapewnienia mediów nie usunęły nieufności ani z prawa, ani z lewa.

Utrwalanie ustroju

Jean-Luc Mélenchon, który kilka lat temu wydał niezbyt pochlebną książkę o Niemczech, zwraca uwagę, że traktat utrwala ideologię neoliberalną jako obowiązującą. „Powołuje on do życia francusko-niemiecką radę gospodarczą, która ma koordynować politykę ekonomiczną obu krajów. Jej cel jest precyzyjny : nie jest nim postęp społeczny, czy transformacja ekologiczna, lecz konkurencyjność” – pisze na swoim blogu. Zalecenia tej rady można łatwo przewidzieć: „mniej usług publicznych, gra na obniżanie płac i nagonka na bezrobotnych”. Według niego, traktat oznacza osłabienie niepodległości i suwerenności kraju połączone z cofnięciem się socjalnym i ekologicznym (na życzenie Niemiec w traktacie brak kwestii węglowej).

Dzięki „harmonizacji legislacji dla biznesu” ma powstać jednolita francusko-niemiecka strefa ekonomiczna, zaskakująca unia w Unii, gigant polityczno-gospodarczy, wobec którego inne państwa będą jak karły. Oprócz gospodarczej, wspólna ma być polityka zagraniczna, fiskalna, obronna, do tego stopnia, że zostanie powołana do życia wspólna rada ministrów i nawet parlament – w zasadzie tylko „do spraw harmonizacji”, lecz ministrowie niemieccy będą mogli uczestniczyć w zwykłych posiedzeniach francuskiego rządu i odwrotnie. Jeśli Macron chciał na stałe podpiąć Francję pod niemiecką dominację na kontynencie, to zdaniem jego przeciwników robi to kosztem nie tylko Francji, ale i reszty wspólnoty europejskiej.

Wzmocnienie, czy rozpad

O ile ponad pół wieku temu gen. de Gaulle widział w Wielkiej Brytanii „agenta amerykańskiego, który narobi tylko burdelu” w planowanej wspólnocie, dziś komentatorzy zwracają uwagę, że Niemcy ciągle pozostają w ścisłej zależności politycznej, dyplomatycznej i militarnej od USA, więc i Francja pogłębi swą podległość. Dzieje się to w momencie, gdy kanclerz Angela Merkel jest już na wylocie, a Emmanuel Macron zupełnie zawiódł nadzieje „odnowiciela Unii”. Doszło do tego, że we Włoszech, czy w Hiszpanii, spekulują nad sensem nowego traktatu: ma on jakoś umacniać UE, czy też odwrotnie – został zawarty na wypadek jej rozpadu?

Lewicę martwi przede wszystkim kontynuacja polityki neoliberalnej tworzącej w obu krajach rosnące nierówności i stale powiększające się obszary niedostatku: we Francji już 9 milionów ludzi żyje poniżej progu biedy, a w Niemczech prawie 13 milionów. Francuski kryzys demokratyczny „żółtych kamizelek” nadaje temu społeczny kontekst protestu o nieprzewidywalnym na razie rezultacie. Media zaprzeczają, jakoby integracja obu krajów znaczyła utworzenie jednego państwa bądź szkodziła demokracji, ale widoczna, odgórna tendencja polityczna niepokoi zbyt wielu ludzi, by mogła przejść całkiem bezboleśnie. To się okaże przy okazji zbliżających się wyborów do Parlamentu Europejskiego, który choć właściwie o niczym nie decyduje, może wzmocnić tych, którzy taki model integracji odrzucają.

Gdy Niemcy mają katar

Kryzys im nie grozi, ale słabsze wiadomości z największej europejskiej gospodarki mogą oznaczać znaczne spowolnienie w naszym kraju.

Produkcja przemysłowa w Niemczech spadła w listopadzie najbardziej od dekady. Inne dane z niemieckiej gospodarki również pokazują znacznie spowolnienie koniunktury, a nawet możliwość zagrożenia recesją. Informacje makroekonomiczne z Niemiec to fatalne zapowiedzi dla Polski.
Już od dobrych kilku miesięcy niemiecka gospodarka wyraźnie niedomaga. W trzecim kwartale 2018 r. zanotowała słabiutki wzrost o 1,2 proc. w porównaniu z tym samym okresem 2017 r. Niemiecki bank centralny tłumaczył ten fakt głównie nowymi regulacjami w przemyśle motoryzacyjnym, co czasowo wstrzymywało produkcję w tym sektorze.
Wiele wskazuje na to, że problemy naszego zachodniego sąsiada nie są przejściowe – i ograniczone tylko do nowych norm spalin. Mimo że niemiecka gospodarka jest jedną z najlepiej zarządzanych na świecie, kłopotów może być znacznie więcej, niż wcześniej sądzono.

Czy to naprawdę dramat?

Dramatem można określić dane o produkcji przemysłowej za listopad, które zostały opublikowane 8 stycznia. Spadła ona o 4,7 proc. rok do roku, czyli najbardziej od końca 2009 r. Załamanie produkcji jest najgorsze od czasu tej wielkiej recesji.
Czasami bywa, że tak silne, nagłe spadki są spowodowane czynnikami jednorazowymi, sezonowymi zaburzeniami (pogoda, liczba dni roboczych) czy wyraźnie ujemnym wpływem jakiegoś sektora, np. energetycznego.
Tym razem fatalnych danych nie da się jednak usprawiedliwić żadnymi nadzwyczajnymi wydarzeniami.
Przede wszystkim, negatywny trend jest widoczny już od dobrych kilku miesięcy. Jeszcze na przełomie lat 2017 i 2018 produkcja w Niemczech rosła w tempie ok. 6 proc. rok do roku. Jednak już od połowy ubiegłego roku wahała się ona już blisko granicy zero. Teraz negatywny trend wyraźnie przyspieszył.

Wszyscy zaczęli zwalniać

Nadchodzące problemy produkcji przemysłowej były już od czerwca ubiegłego roku sygnalizowane poprzez spadek, w relacji rok do roku, zamówień w przemyśle. Ich pięciomiesięczna średnia była niższa o 2,5 proc. po pięciu z rzędu ujemnych odczytach (w samym listopadzie było to minus 4,6 proc.).
Martwić może także fakt, że spowolnienie produkcji dotyczy wszystkich. Ujemna dynamika objęła zarówno sektor wydobywczy, budowlany czy wytwarzania energii, jak i najważniejszy, czyli przetwórstwo przemysłowe (spadek o 4,8 proc. r/r).
Słabość z drugiej połowy roku w niemieckim przemyśle potwierdza także fakt, że indeks produkcji (wyrównany sezonowo oraz zgodnie z liczbą dni roboczych) jest obecnie na poziomie z początku 2017 r.
Oznacza to, że półtora roku silnego wzrostu (początek 2017 – połowa 2018) zostało utracone zaledwie w 5 miesięcy (lipiec-listopad 2018).

Prognozy, czyli śmiech przez łzy

Jamie Murray, szef europejskich ekonomistów Bloomberg Economics, w komentarzu do danych z Niemiec sugeruje, że spadek produkcji przemysłowej mógł spowodować obniżenie się niemieckiego produktu krajowego brutto w ostatnim kwartale ubiegłego roku o 0,3 proc. (w porównaniu z trzecim kwartałem 2018 r.).
Oznaczałoby to, że niemiecka gospodarka zaliczyła tzw. techniczną recesję (czyli dwa kwartały z rzędu spadku PKB).
Wydaje się jednak, że ta prognoza może być zbyt pesymistyczna, zwłaszcza że sprzedaż detaliczna w Niemczech jeszcze rośnie.
Nie zmienia to faktu, że rok 2018 (zwłaszcza jego druga połowa) był niedobry dla największej gospodarki strefy euro.
Porażką można nazwać także prognozy Budnesbanku z połowy grudnia ubiegłego roku. Już w czasie publikacji wydawały się one nierealne.
Niemiecki bank centralny szacował trzy tygodnie temu wzrost gospodarczy wynoszący 1,5 proc. w 2018 r. Teraz nawet połowa tej wartości (0,7-0,8 proc.) będzie sukcesem, co oznacza, że zeszły rok był najgorszym dla Niemiec od kryzysu zadłużeniowego strefy euro.
Wcześniej oczekiwano natomiast, że ubiegły rok może być jednym z najlepszych w minionej dekadzie (projekcje Komisji Europejskiej z zimy 2018 r. zakładały wzrost dla Niemiec w ubiegłym roku wynoszący 2,3 proc.

Złe informacje dla Polski

Dane z Niemiec pokazują również, że wojna handlowa na linii USA – Chiny negatywnie przekłada się na nastroje przedsiębiorstw i redukuje ich zapotrzebowanie na dobra inwestycyjne zarówno globalnie, jak i w Europie – wskazuje portal Cinkciarz.pl.
Źle na kondycję strefy euro wpływają także wydarzenia we Włoszech, gdzie wielomiesięczna batalia z Komisją Europejską i tamtejsze pomysły na walkę z 20-letnią stagnacją gospodarczą, niszczą i tak już niedoskonałe narzędzia KE do egzekucji podstawowych zasad fiskalnych Wspólnoty.
Negatywny wpływ mają również protesty we Francji i nieodpowiednia reakcja władz w Paryżu. Na to wszystko nakłada się brexit, który zwiększa rozmaite ryzyka nie tylko dla Wielkiej Brytanii, ale również dla Unii Europejskiej.

Nasze kiepskie perspektywy

Wszystkie te informacje sugerują, że perspektywy dla polskiej gospodarki znacznie się pogarszają ze względu na nasze powiązania z Niemcami i całą strefą euro.
Jak bardzo? Trudno w tym momencie powiedzieć, gdyż dzięki wysokiej konsumpcji i inwestycjom współfinansowanym z unijnych środków, podstawowe wskaźniki w Polsce mogą być dosyć długo silne.
Rośnie jednak ryzyko, że po świetnym roku ubiegłym, koniunktura w obecnym roku, a zwłaszcza w jego drugiej połowie, będzie znacznie słabsza, niż pokazuje to większość prognoz.

Niemcy nie dostaną prezentów

To drugi po USA rynek Amazona pod względem liczby przesyłek. Po raz kolejny strajk w niemieckim Amazonie wybucha przez świętami i po raz kolejny jego przyczyną są zastrzeżenia co do warunków pracy i niskie płace.

 

Odmowa pracy dotyczy dwóch dwóch centrów dystrybucyjnych Amazona w RFN – obiektu w Lipsku oraz w Werne w Nadrenii Północnej-Westfalii. Strajk jest efektem wieloletnich zaniedbań na polu zarządzania personelem. Pracownicy, podobnie jak w innych krajach, skarżą się na przepracowanie, wyśrubowane normy, zniechęcanie do przynależności do związków zawodowych oraz poziom wynagrodzeń, który jest co prawda wyższy niż w innych przedsiębiorstwach wysyłkowo-magazynowych, jednak biorąc pod uwagę udział przeciętnego pracownika w zyskach firmy oraz tempo pracy, wskazuje, ze Amazon wyzyskuje o wiele bardziej niż inni gracze.

Termin został wybrany nieprzypadkowo. Amazon realizuje 1/3 rocznych zamówień właśnie przed Świętami Bożego Narodzenia. W tej sytuacji podjęcie strajku jest uderzeniem w dwa najbardziej czułe punkty: zyskowność oraz terminowość dostaw. Brak prezentów pod choinką w milionach domów, wpłynąłby tragicznie na reputacje koncernu, zaufanie klientów i wywołałby falę wściekłości.
Związkowcy, skupieni w bojowym i mającym na koncie kilka sukcesów związku Verdi, postanowili rozegrać ten protest metodą szans i konsekwencji. Na początek rozpoczęli strajk tylko w dwóch centrach, jednocześnie oferując firmie stół negocjacyjny i przedstawiając klarowne żądania.

Amazon odmówił jednak spełnienie jakichkolwiek oczekiwań załogi, w związku z czym związkowcy prawdopodobnie przejdą do drugiego kroku – rozpoczęcia odmowy pracy w kolejnych obiektach.
Związkowcy zapowiadają, że część przesyłek nie dojdzie na czas. Firma temu zaprzecza. Verdi zapowiada jednak, że opóźnienia są nie do uniknięcia. – Regularnie dawaliśmy Amazonowi czas na zareagowanie na nasze żądania – stwierdził Thomas Schneider z władz związku, oceniając, że odmowa przez amerykańską firmę negocjacji „to prowokacja”. – Zobaczymy czy uda im się spełnić obietnice dostarczenia paczek punktualnie przed Wigilią – zagroził.

Głos lewicy

Kłamstwo ekologiczne

Czesław Cyrul o COP24:

Obrońcy brudnego powietrza w Polsce, a tym samym zwolennicy palenia mułem węglowym w piecach, spalania śmieci i demontażu wiatraków czyli politycy PiS tak odpowiadają na zarzuty trucia krajowego powietrza. Ale Niemcy emitują więcej dwutlenku do atmosfery niż w Polsce.
To prawda, ale. Niemcy liczą 83 miliony mieszkańców, a w Polsce mieszka 38 mln obywateli. I dalej, gospodarka niemiecka jest ponad czterokrotnie większa od polskiej. Zatem choć Niemcy wiele robią, by zmniejszyć emisję dwutlenku do atmosfery, póki co, emitują, z powyższych powodów, tego gazu do atmosfery więcej. Tego oczywiście politycy PiS i ich dziennikarski dwór nie wyjaśniają, bo po co. Ciemny lud ma kupić taką wersję: Niemcy to brudasy i niszczyciele środowiska naturalnego. My, rząd polski, rąbiemy wiele, ale to Niemcy naganiają do nas gazy cieplarniane. I do wielu to trafia.

 

Pokonać PiS, wprowadzić lewicowych posłów!

– Moim celem nie jest samo pokonanie PiS. To tylko wstęp do celu, jakim jest realizacja programu – mówiła w #RZECZoPOLITYCE Anna-Maria Żukowska.
Rzeczniczka prasowa SLD podkreśliła, że do zrealizowania tego celu niezbędne jest to, by „spotkała się w Sejmie i w Senacie z politykami myślącymi podobnie”. Dlatego, jak dodała, jej celem jest „wspólna lista lewicy” obejmująca m.in. powstającą formację Roberta Biedronia czy Partię Razem.
Jak przekonywała Żukowska taka lista miałaby szansę wprowadzić do Sejmu na tyle dużo posłanek i posłów o poglądach lewicowych, że mogliby oni „wynegocjować część postulatów, które są dla lewicy ważne”. Polityczka SLD zaznaczyła przy tym, iż jest świadoma, że taka lista „nie przeskoczyłaby listy Platformy Obywatelskiej – Koalicji Obywatelskiej”. Pytana o ewentualny start polityków Sojuszu z listy Koalicji Obywatelskiej Żukowska podkreśliła, iż „negocjacje można prowadzić, kiedy ma się zaufanie do partnera”. Tymczasem – jak dodała – po tym jak po wyborach samorządowych część posłów Nowoczesnej przeszła do klubu PO (który zmienił nazwę na Klub Platforma Obywatelska – Koalicja Obywatelska), co pozbawiło Nowoczesną klubu w Sejmie, „zaufanie do PO, jako godnego partnera, na którego ramieniu można się oprzeć, zostało zachwiane”.
– Pytanie czy nie jesteśmy potrzebni tylko po to, żeby być listkiem figowym – dodała.
Żukowska oceniła, że sytuacja Nowoczesnej „zapaliła na pewno żółte światło mocno bijące po oczach”.
Info z sld.org.pl

Strajk w Deutsche Bahn

Kolejowi związkowcy, zlekceważeni przez zarząd w trakcie ubiegłotygodniowych negocjacji w sprawie podwyżek, wstrzymali ruch pociągów w całym kraju.

 

W poniedziałek rano Koleje Niemieckie na terenie całego kraju doświadczyły zapowiadanego wcześniej kilkugodzinnego strajku ostrzegawczego. Akcja zainicjowana przez Związek Zawodowy Pracowników Kolei i Transportu (EVG) zakończyła się już o 9.00, ale DB musiała całkowicie wstrzymać ruch pociągów dalekobieżnych w całych Niemczech a gdzieniegdzie też kursy kolei podmiejskich, więc skutki strajku będą odczuwane przez resztę dnia. Opóźnienia będą powszechne, część połączeń zostanie w ogóle odwołana. Najbardziej sparaliżowana została Bawaria i Nadrenia Północna-Westfalia.

Strajk jest efektem nieudanych pertraktacji płacowych między związkami a DB, które miały miejsce w ubiegłym tygodniu w Hanowerze.

– Pracodawcy złożyli nam ofertę, która nie odpowiada żądaniom naszych członków – mówiła w piątek Regina Rusch-Ziemba, która z ramienia EVG negocjowała z kierownictwem DB.
Agencja prasowa ADP podała, że związki EVG i GDL żądały od zarządu podwyżek w wysokości 7,5 proc. dla w sumie 160 tys. pracowników. Szefostwo gotowe było przystać na wzrost płac wynoszący w sumie 5,1 proc. i rozciągnięty na 29 miesięcy: w pierwszym etapie miała ona wynieść 2,5 proc., potem 2,6 proc. Dla związków było to nie do przyjęcia, nastąpiła więc odmowa pracy. Jeżeli zarząd DB będzie nieustępliwy dojdzie do ponownego strajku, tym razem pełnowymiarowego.

Zarząd kolei musi się mierzyć nie tylko z wyzwaniami płacowymi ze strony samych pracowników. Już od długiego czasu Deutsche Bahn jest obiektem zmasowanej krytyki ze strony niemieckiej prasy i samych pasażerów. Wbrew stereotypowi o bezbłędnym funkcjonowaniu, Koleje Niemieckie od lat doświadczają niedofinansowania, które przekłada się na problemy infrastrukturalne.

Polska – USA – Rosja. Wymiar realnych interesów My, socjaliści

Po liście ambasador USA w Polsce do premiera polskiego rządu nadszedł chyba czas na przybliżenie prawdy o realnym wymiarze interesów Polska – USA z Rosją w tle.

 

Lansowana dotychczas w mediach wspólna miłość nabrała nagle realnych wymiarów. Ciekawe, czy przedstawiciele elit rządzących w Polsce są gotowi taką prawdę społeczeństwu przekazać? Trzeba bowiem powiedzieć, na czym realnie polegają stosunki między Polską a USA i ile to kosztuje. W tle jest kalkulacja – czemu tak drogo?
Przez ostatnie 300 lat, do dziś, relacje w Europie opierają się na równowadze w układzie sił pomiędzy Niemcami (Prusami) a Rosją. Historycznie beneficjentem lub ofiarą była zawsze w tym układzie Polska. Stan ten skutkował rozbiorami Polski, jak również względnej stabilności i okresami możliwości realizacji, w ograniczonym zakresie, naszych interesów narodowych (II RP, Polska Ludowa). Zawsze istniał problem granic Polski, ponieważ mimo zakodowanej w naszej pamięci przestrzeni imperium jagiellońskiego, nigdy później nie udało się osiągnąć podobnych rozmiarów państwa. Do dziś stanowi to kompleks i przekleństwo kolejnych pokoleń. Najdłuższy w historii współczesnej okres stabilnych granic na wschodzie i zachodzie uzyskała Polska po II wojnie światowej, trwa to już 73 lata, choć zostało okupione kilkoma milionami polskich ofiar.
Stan ten jest wynikiem stosunków europejskich i światowych opartych o nowy paradygmat kształtowania relacji w Europie ustalony w latach 1943-46 przez państwa zwycięskiej koalicji antyhitlerowskiej. Przetrwał on mimo upływu czasu i zmian po wydarzeniach lat 1989-90, przede wszystkim po upadku ZSRR i zjednoczenia Niemiec.
Trzeba zwrócić uwagę, że Polska, mimo upływu czasu, ma nadal problem z odpowiedzeniem sobie na dwa zasadnicze pytania. Jedno dotyczy Rosji, drugie – Niemiec. Pierwsze to, czy istniejąca dziś Federacja Rosyjska kontynuuje kierunek rozwoju oparty o spuściznę historyczną carskiej Rosji domu Romanowów, czy też w zmienionej formie utrwala Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich oraz drugie, czy Republika Federalna Niemiec jest krajem, który wyciągnął wszystkie wnioski ze skutków swej polityki ostatnich 200 lat, czy też kontynuuje w zmienionej formie „drang nach Osten” metodami pokojowymi. Uważam, że Polacy powinni zadawać sobie te pytania i poszukiwać na nie pozytywnych odpowiedzi, bowiem jesteśmy narodem i krajem, który ma swoje miejsce w historii świata i Europy, a także może mieć realny wpływ na przyszłość naszego regionu i kontynentu.
Warto przypomnieć, że szczególnie dynamiczne przeobrażenia przeszedł świat w wyniku II wojny światowej. Zmieniły się granice w Europie. W wyniku ustaleń w Jałcie i Poczdamie Polska wróciła na ziemie piastowskie w stabilnych granicach, stała się państwem jednonarodowym, w przeciwieństwie do II RP rozdzieranej przez konflikt z narodami na wschodzie i zagrożenia od zachodu i północy.
W ramach tworu państwowego – Polski Ludowej i istniejących w latach 1945-90 realnych sojuszy w Europie, gwarantem polskich granic był ZSRR, bowiem jako mały kraj, takich gwarancji sami nie byliśmy w stanie sobie zapewnić.
Granica Polski na wschodzie opierała się i opiera na tzw. Linii Curzona, będącej pierwotnie brytyjską koncepcją graniczną po wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 roku. Przyjął ją Stalin po przetargach w Teheranie i Jałcie, i w 1944 roku uzyskał zgodę PKWN na jej pozostawienie, jako trwałej granicy Polski na wschodzie. Rozwiązanie to potwierdzili alianci zachodni. Dziś granica ta nie jest kwestionowana, Rosja nie formułuje wobec Polski żadnych roszczeń granicznych. Niemniej na Ukrainie znajdujemy w ostatnich latach akcenty sił nacjonalistycznych dotyczące przynależności Przemyśla, Chełma i Hrubieszowa do tradycji i historii tego państwa.
Pomimo, że zmiana w układzie sił światowych nastąpiła w roku 1990 wydawać by się mogło, że Polska osiągnęła stan bezpieczeństwa, to tak wcale nie jest. Trwająca rywalizacja o przywództwo światowe powoduje zagrożenia naszego interesu narodowego. Poszukiwanie gwarantów naszego bezpieczeństwa, mimo przynależności do NATO nie wydaje się być zakończone, mamy bowiem w tle nieporozumienia (a może spór) pomiędzy USA i częścią państw Europy Zachodniej, które kwestionują między innymi wspólnotę tzw. Zachodu opartą o dominację amerykańską.
Rządząca w Polsce koalicja prawicowa próbuje rozwijać wielowymiarowy dialog i stosunki z USA, widząc w tym budowę gwarancji naszego bezpieczeństwa. Polityka ta napotyka na zróżnicowane opinie, również w obozie szerokiej prawicy. Na przykład prof. Stanisław Bieleń pisze, że „…afektywny stosunek do Rosji, przedstawianej w czarnych barwach, służy konstruowaniu polskiej tożsamości jako państwa zwasalizowanego wobec Ameryki. Z enuncjacji polskich polityków odwiedzających Stany Zjednoczone, można wywnioskować, że najważniejszym celem polskiej dyplomacji jest oparcie gwarancji amerykańskich dla bezpieczeństwa Polski na sojuszu antyrosyjskim”.
Wydaje się, że ostatnie wydarzenia, szczególnie treść i ton listu ambasador USA do polskiego premiera, jak też realne istniejący układ sił w naszej części kontynentu opierający się o rozbieżne interesy największych graczy: USA, Niemiec i Rosji powinny rodzić dziś, i w dalszej perspektywie takie działania polityczne polskich władz, które biorą pod uwagę przynajmniej nasze doświadczenia historyczne, szczególnie te z lat 1795, 1918 i 1939.