Kim są dziś Zieloni?

Ogromne czarne morze z małymi, zielonymi, miejskimi wyspami, gdzieniegdzie czerwone i niebieskie plamki pośród peryferyjnych obszarów położonych na wschodzie – tak wygląda mapa wyborcza Niemiec po ostatnich wyborach europejskich.Były one niekwestionowanym sukcesem Zielonych, którzy osiągnęli bezprecedensowy wynik. Co więcej, wiele sondaży wskazuje obecnie, że mogą być również zwycięzcami wyborów do parlamentu federalnego. Jest to niewątpliwie przełomowy moment w politycznej historii Niemiec, w której tradycyjne partie tracą masowe fundamenty; głosy wyborców idą zasadniczo w dwóch kierunkach, albo dla Zielonych, albo dla skrajnie prawicowej alternatywy dla Niemiec (AfD). Sukces tego stronnictwa politycznego został przyjęty z nadzieją przez lewicę na całym kontynencie, która chce w nim widzieć szansę na to, że gniew ludzi udręczonych neoliberalnym zaciskaniem pasa może być zagospodarowany nie tylko przez różnej maści nacjonalistów. Czy są to nadzieje uzasadnione?

Zieloni wygrali na dużych obszarach metropolitalnych i są szczególnie popularni w bogatych miastach, takich jak Hamburg, Monachium (stolice trzeciego i siódmego najbogatszego regionu europejskiego) oraz Stuttgart. Innym pewnym faktem jest to, że ich wyborcza baza znajduje się w rdzeniu Europy Zachodniej, a mianowicie w Niemczech, Francji i Wielkiej Brytanii. Są oni dość słabo reprezentowani w innych częściach Europy Zachodniej i Północnej, a na Wschodzie zupełnie nie istnieją, chociaż zaistnienie tam przydałoby im się najbardziej.
Wątpliwe praktyki, niezły program
Przed rzutem oka na historię i program Zielonych, spójrzmy na artykuł w Der Spiegel, poświęcony Katharinie Fegebank, przywódczyni Zielonych w Hamburgu, ich twierdzy w Niemczech, i jej walkę o fotel burmistrzyni Hamburga. Jak dowodzi dziennik, jej publiczne występy i opinie są mieszaniną wszystkiego: oportunizmu, kiczowatych zagrywek, między innymi gdy śpiewa kolędy i opowiada historie na jarmarku bożonarodzeniowym, lub gdy obdarowuje gorącą kawą przybyłych na pogrzeb Helmuta Schmidta, ambiwalencji. Ta ostatnia objawia się zwłaszcza w stosunku do Olafa Scholza (burmistrza Hamburga rządzącego podczas protestów G20 w 2017 roku, w międzyczasie ministra finansów): z początku Fegebank współpracowała z nim i jego administracją przy organizacji szczytu, ale potem, gdy protesty przeciwko szczytowi nasiliły się, zmieniła stronę i zaczęła go gwałtownie krytykować. Jej działania najlepiej opisuje postawa „vernünftige Mitte” – pojęcie to tłumaczone jest jako „racjonalny polityczny centryzm”, trafniej jednak można je zdefiniować następująco: to świadomość istniejących problemów społecznych, a następnie zwalczanie ich, niezależnie od tego, czy oznaczałoby to koalicje z konserwatystami czy z korporacyjnymi pieniędzmi. Fegebank nie jest jedyną Zieloną, która zdaje się kierować w polityce taką właśnie metodą.
W eurowyborach wątpliwe praktyki niektórych czołowych Zielonych jeszcze jednak aż tak nie raziły. Za to znaczny segment wyborców porwał program, w którym zapisano, iż w 2030 r. 45 proc. energii ma pochodzić ze źródeł odnawialnych. W przyszłości, do 2050 r., Zieloni chcieliby dojść do poziomu 100 proc. W Unii Europejskiej pod względem postulatów progresywnych w kwestii środowiska znajdują się na czele. Ten śmiały plan, przekonują, powinien być finansowany przez nową instytucję federacyjną, rodzaj ogólnoeuropejskiej agencji ochrony środowiska, a pieniądze powinny pochodzić głównie z wkładów państw członkowskich: „Lepiej przeznaczyć 0,7 proc. na projekty ogólnoeuropejskie, a nawet globalne środowiskowe, niż 2 proc. dla armii i jej wyposażenia”. Tak Zieloni odnoszą się do budżetu NATO. Ponadto finansowanie ma zostać również osiągnięte poprzez opodatkowanie wydobycia paliw kopalnych, gigantów IT oraz europejskich rajów podatkowych. Oczywiście potrzebne jest europejskie ministerstwo finansów, jego powołanie to kolejna propozycja w ich agendzie programowej.
Jeśli chodzi o instytucje europejskie, Zieloni uznają, że Parlament Europejski odgrywa raczej niewielką rolę w forsowaniu nowych przepisów, dlatego potrzebna jest reforma, tak zwana „demokratyzacja” instytucji UE. Sposób, w jaki to się musi wydarzyć, nie jest jasno określony, ale Zieloni są pewni, że „potrzebna jest lepsza komunikacja między parlamentami krajowymi a europejskimi”. Gdy chodzi o międzynarodowe umowy handlowe i ochronę pracowników, są oni wyraźnie przeciwni umowom TTIP oraz CETA, przynajmniej w ich obecnej formie, jednocześnie głoszą, że World Trade Organization „musi przestrzegać postanowień Międzynarodowej Organizacji Pracy”. W ich programie pojawia się również minimalna płaca europejska, ale bez objaśnienia, w jaki sposób można ją dostosować do lokalnych standardów życia w różnych częściach Unii.
Kulejący internacjonalizm
Wniosek? Program jest mieszanką eleganckich formuł, skupionych na bardzo pilnych, aktualnych tematach, prezentowanych ze względnie progresywnych pozycji, jednak w taki sposób, by za bardzo nie zakłócać dotychczasowego neoliberalnego porządku społeczno-gospodarczego. Podejście Zielonych można w najlepszym razie nazwać umiarkowanie lewicowym – nie wskazuje ono i zarazem nie krytykuje pochodzenia problemów nowoczesnego społeczeństwa. Ta retoryka może być łatwo pomylona z linią dawnej europejskiej partii ALDE (obecnie ReNew Europe), być może z tą różnicą, że brakuje im swojego Verhofstadta (lidera byłej partii europejskiej ALDE), który pytał: „Dlaczego nie mamy własnego europejskiego Google?” Zieloni sprawnie posługują się narzędziami z arsenału politycznego marketingu, wyczuwając, że dawny dualistyczny podział sceny politycznej w krajach, gdzie są mocni, upada, a coś będzie musiało wypełnić polityczną pustkę po socjaldemokratach. Z pewnością w ich agendzie są ważne i bardzo potrzebne tezy i postulaty, zwłaszcza te, które odwołują się do silniejszej ochrony środowiska i wzmocnionej solidarności finansowej krajów UE. Ich program ma niewątpliwie coś z internacjonalistycznego tonu lewicy, postuluje on rozwiązywanie problemów globalnie, co odróżnia go od typowego neoliberalnego merkantylizmu gospodarczego poszukującego ciągle i wszędzie wskaźników wzrostu gospodarczego.
Problem tylko w tym, że wszystko to jest niekompletne: krytyczny ton Zielonych w stosunku do ostatniego kryzysu strefy euro i obecnego spowolnienia gospodarczego nękającego Europę Południową nie wskazuje na rzeczywistego sprawcę, a mianowicie na wielką francusko-niemiecką koalicję kapitału. W dyskusji dotyczącej uchodźców i migracji ekonomicznej nie wspominają oni o migracji wewnątrzeuropejskiej, masowych przemieszczaniu się wykwalifikowanej siły roboczej z krajów takich jak Rumunia czy Bułgaria. Jeśli chodzi o jakość powietrza i zanieczyszczenie środowiska, w ich programie nie ma wzmianki o rażących różnicach między dwoma geopolitycznymi częściami Europy, Wschodem i Zachodem. Badania Air Quality Monitoring Agency wyraźnie pokazują, że żelazna kurtyna w ogóle nie upadła jeśli chodzi o tę kwestię. A gdy wspominany jest Europejski Bezwarunkowy Dochód Podstawowy, który jest bardzo modnym tematem, trudno jest spostrzec, w jaki sposób zielone „racjonalne centrum polityczne” różni się w tej materii od przemówień z Davos.
Obrońcy Snowdena i wielbiciele Macrona
Dzieje Zielonych mają swój formalny początek w styczniu 1980 roku, kiedy to kilku lewicowych polityków z ówczesnych środowisk opozycyjnych, związanych z obroną praw człowieka, pacyfizmem i aktywizmem antynuklearnym spotkało się na pierwszym kongresie w Karlsruhe. Jednak korzenie partii można znaleźć w protestach z 1968 roku, oraz w inicjatywach obywatelskich i ruchach studenckich, które powstały później w wyniku tamtych protestów. Teraz Zieloni są niezwykle popularni w dużych aglomeracjach i bogatych ośrodkach metropolitarnych, ale swoje pierwsze zgromadzenia partyjne, a nawet pierwsze sukcesy polityczne odnotowali w wiejskiej Badenii-Wirtembergii. Tam też 16 marca 1980 roku po raz pierwszy weszli do parlamentu regionalnego. W niemieckich wyborach federalnych z 1983 roku, których głównym wydarzeniem był upadek koalicji socjalno-liberalnej kierowanej przez Helmuta Schmidta, po raz pierwszy weszli do Bundestagu (parlamentu federalnego). Już nigdy go nie opuścili; równocześnie jednak ten sukces oznaczał początek walk wewnętrznych, które niekiedy zacięte były do tego stopnia, że realny wydawał się rozpad organizacji. Cały program i struktura partii zostały zasadniczo ukształtowane przez frakcje Realos i Fundis.
Realos jest frakcją kompromisu i jest otwarta na negocjacje z innymi stronami w celu utworzenia koalicji, a nawet rządów. Najważniejszymi osobistościami politycznymi tej frakcji są Joschka Fischer, Cem Özdemir i Winfried Kretschmann. Fundis, co znaczy tyle, co fundamentaliści, są radykalnie lewicową frakcją, która nie chce porzucić podstawowych zasad partii. Walczą zatem o rozbrojenie, zniesienie NATO, eko-socjalizm, a w polityce wewnętrznej są absolutnie przeciwni sprzymierzaniu się i dogadywaniu z tradycyjnymi partiami, SPD i CDU. Fundis tworzą Jutta Ditfurth i Rainer Trampert (żadne z nich nie jest powszechnie znane na poziomie polityki europejskiej, w przeciwieństwie do przywódców Realos), członkowie i członkinie Ligi Komunistycznej z byłych Niemiec Zachodnich, oraz byli antyrewizjoniści z Jusos (młodzieżówki SPD). Fundis to również takie postacie jak Hans-Christian Ströbele, który angażuje się w nagłaśnianie skandali związanych z informacjami opublikowanymi prze Edwarda Snowdena. Do tego stopnia, że zaproponował nawet, aby Snowden otrzymał niemieckie obywatelstwo i azyl polityczny. Jest też Jürgen Trittin, który jest w dużej mierze twórcą krajowego planu stopniowego wycofywania broni jądrowej z Niemiec; kiedy był ministrem środowiska, nie mógł być związany jawnie z Fundis, ale wielokrotnie wspierał ich poglądy i stanowiska.
Najbardziej wpływowymi postaciami Zielonych nie są jednak ci odważni i nieszablonowi w poglądach ludzie. Nieporównywalnie więcej do powiedzenia mają Realos. A tam postacią pierwszoplanową jest choćby wspomniany już Winfried Kretschmann, który od ponad ośmiu lat kultywuje bardzo bliskie i serdeczne stosunki z CDU w Badenii-Wirtembergii, ale także z gigantami przemysłu motoryzacyjnego z okolicy, Daimlerem i Porsche. Sympatia dla nich, a także bagatelizowanie ich odpowiedzialności za skandal związany z niemiecką emisją dwutlenku węgla, a nawet częściowe lobbowanie na ich rzecz, to postawy, które sprawiłyby, że ktoś mógłby zastanawiać się, co ten człowiek jeszcze robi w „ekologicznej” partii.
Cem Özdemir to z kolei ucieleśnienie społeczno-kulturowego modelu integracji społeczności tureckiej. Wychował się w rodzinie gastarbeiterów i z tej niezbyt dobrej pozycji startowej doszedł na główną scenę niemieckiej polityki. By prezentować na niej poglądy typowo liberalne. Özdemir to m.in. wielki zwolennik propozycji Macrona, głoszącej wzmocnienie gospodarcze i militarne Europy wokół francusko-niemieckiego rdzenia. Wzywał on Angelę Merkel, by „nie opuszczała Francji czekającej z wyciągniętą ręką”. Oprócz przedstawiania stosunkowo stereotypowej wizji współczesnych europejskich problemów, która zaczyna się począwszy od „nieliberalnych reżimów w Polsce i na Węgrzech”, „gwałtownych i niebezpiecznych protestów Żółtych Kamizelek”, polityk Zielonych spokojnie akceptuje fakt, że Włochy i Grecja nie mogą sobie same poradzić z kryzysem uchodźczym, nie wspomina, że obecnie oba kraje przechodzą przez jedną z najostrzejszych recesji w historii), a kwestia środowiska i kryzysu klimatycznego, w której powinno się poszukiwać powodów globalnych migracji, zostaje po prostu przemilczana. W ostatecznym rozrachunku „alternatywne” przesłanie tego polityka dla Europy i Niemiec to realizm polityczny, otwartość na „centrum” i straszenie prawicowymi populistami.
Torby to nie wszystko
Trudno przewidzieć, czy taką właśnie drogę Zieloni obiorą w przyszłości. Jeśli „otwartość na centrum” będzie nadal w tej partii zwyciężać, przepadnie nie tylko jej główny atut, czyli wizerunek ugrupowania alternatywnego wobec tych dawno skompromitowanych, ale i cały sens istnienia organizacji – dążenie do wdrożenia agendy ekologicznej, która może zapobiec obecnej, coraz bardziej wyraźnej, katastrofie klimatycznej. Zieloni mogliby być alternatywą. Mając tylko 80 000 członków w całych Niemczech, zdecydowanie wygrali w ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego z SPD, do której należy 400 tys. obywatelek i obywateli. Mogą jednak popisowo ten potencjał roztrwonić, wygaszając swoje postulaty w sprawach klimatycznych czy też modyfikując je w taki sposób, by zadowolony był wielki kapitał.
Bo nie chodzi tylko o kupowanie samochodów elektrycznych, unikanie podróży samolotem, recykling plastikowych toreb i niejedzenie wołowiny. Cały kryzys klimatyczny związany jest ze sposobem produkcji, dystrybucji i konsumpcji, zintegrowanym z systemem gospodarczym opartym na zysku, stałym wzroście gospodarczym i wyzysku pracowników. Przełomowy moment w globalnym ekosystemie wiąże się również z ponownym przemyśleniem i przewartościowaniem tych kwestii gospodarczych oraz skierowaniem uwagi globalnego społeczeństwa na tych, którzy mają moc i wpływ na zatrzymanie, a nawet odwrócenie dotychczasowego kursu.

Tłumaczył Wojciech Łobodziński. Skróty i adaptacja pochodzą od redakcji. Tekst ukazał się w oryginale na bułgarskim portalu lewicowym Baricada.org. Autor jest aktywistą DIEM25.

Prawicowa ekstrema bez funduszy

Ugrupowania ekstremistycznej prawicy, a chodzi przede wszystkim o Narodowo-Demokratyczną Partię Niemiec (NPD) być może już wkrótce zostaną odcięte od finansowania z budżetu państwa. Do Trybunału Konstytucyjnego w Karlsruhe wpłynął już pisemny wniosek w tej sprawie.

O tym, że niemiecki rząd postara się o wykluczenie NPD z systemu subwencyjnego poinformowali przedstawiciele Bundestagu oraz Bundesratu – drugiej izby parlamentu.
We wniosku znalazły się poważne zarzuty pod adresem radykałów, którzy poparcie społeczne zyskują głównie we wschodnich landach. Odnotowano m.in., że „NPD nadal planowo realizuje swój cel likwidacji wolnościowego demokratycznego porządku”. A zatem, w imię art.21 ustawy zasadniczej można pozbawić tę partię państwowych dotacji.
Dokumenty skierowane do Karlsruhe zawierają ponad 300 dowodów na „nieustająco wrogie wobec konstytucji działania NPD”. Znajdujemy w nich przykładu działań, w ramach których „NPD lekceważy demokrację parlamentarną, a jej nacjonalistyczny sposób myślenia zaprzecza zasadom ludzkiej godności”
Niemieckie władze od lat próbują uniemożliwić działalność partii, która m.in. zaprzecza liczbie ofiar Holocaustu, odwołuje się do tradycji kombatanckiej Wehrmachtu, głosi hasła rasistowskie i ksenofobiczne, w tym także jadowicie antypolskie. W 2017 roku Trybunał Konstytucyjny po raz drugi, na wniosek landtagów nie przychylił się do wniosku o delegalizację ugrupowania.
Przewodniczący konferencji premierów landów Hans Joachim Grote (CDU) stwierdził, że postawienie wniosku ws. NPD było konieczne i jest konsekwentnym krokiem. – Kto dąży do likwidacji naszego liberalno-demokratycznego porządku, ten nie może za swoją pracę otrzymywać środków państwowych – powiedział Grote. Również szef AfD Jörg Meuthen okazał pełne zrozumienie dla tego rozwiązania, mówiąc dziennikarzom: „NPD jest wg mnie partią ekstremistyczną”. Zdaniem tego polityka państwo nie musi wcale poczuwać się do obowiązku finansowania tego ugrupowania.
Jak wynika z danych Bundesratu, NPD otrzymało w 2018 r. subwencje w wysokości 878 tys. euro.

Reparacji nie będzie

Jarosław Kaczyński z pewnością się tego spodziewał i zapewne wykorzysta stanowisko Niemiec do wzmocnienia swojej nagonkowej narracji na UE i RFN.

Serwis „Deutsche Welle” donosi, iż eksperci Bundestagu zakwestionowali wysunięte przez Polskę żądania dotyczące reparacji wojennych. Co ciekawe jednak, za uzasadnione uznano roszczenia Grecji w tej sprawie.
Opinia dotycząca reparacji została sporządzona na wniosek klubu parlamentarnego Lewicy. Jest to 15-stronicowy dokument zatytułowany „Greckie i polskie roszczenia reparacyjne wobec Niemiec” .Mówiąc o Grecji, zespół ekspertów proponuje, by dla uzyskania „jasności prawnej” sprawę rozpatrzył Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze. Konieczna jest do tego jednak dobra wola Berlina. Spór dotyczy bowiem zdarzeń sprzed ponad 70 lat, rząd federalny musiałby zdecydować się na taki krok dobrowolnie.
Na początku czerwca br. władze w Atenach oficjalnie zwróciły się do RFN z prośbą o wszczęcie rozmów ws. reparacji wojennych. Grecki parlament zobowiązał do tego rząd wówczas jeszcze przewodzony przez Aleksisa Ciprasa. Powołana przez parlament komisja ekspertów oszacowała straty wojenne Grecji na 290 mld euro.
Sprawa nie wygląda na rozwojową. Niemiecki rząd jest zdania, że „Traktat o ostatecznej regulacji w odniesieniu do Niemiec”, tzw. traktat zjednoczeniowy „2+4” z 1990 r. zawiera „ostateczną regulację kwestii prawnych powstałych w związku z II wojną światową”.
Strona grecka argumentuje, że w traktacie „2+4” zawartym między Republiką Federalną Niemiec, Niemiecką Republiką Demokratyczną oraz czterema byłymi mocarstwami okupacyjnymi: USA, Wielką Brytanią, ZSRR i Francją w ogóle nie ma zapisów dotyczących ewentualnych reparacji. Poza tym Grecja nie uczestniczyła w tych rozmowach, więc nie może być stroną porozumienia.
Polskie roszczenia również zostały odrzucone i nikt nie będzie ich traktował w Niemczech poważnie. Piszą o tym również dziennikarze agencji DPA. Warto zaznaczyć, że Polska jeszcze nie wystąpiła z oficjalnym żądaniem wypłaty reparacji. Poseł PiS Arkadiusz Mularczyk, który przewodzi parlamentarnemu zespołowi prowadzącemu prace w tej sprawie, twierdzi, że wkrótce oficjalna nota zostanie wystosowana, a kierowany przez niego zespół szacuje, iż Polska może żądać nawet 800 mld euro.

Kto do Syrii?

„Nie jesteśmy bananową republiką!” – powtarzają od niedzieli tenorzy SPD i innych niemieckich partii politycznych. Rząd w Berlinie odrzucił prośbę amerykańskiego gubernatora nielegalnie okupowanej, wschodniej Syrii Jamesa Jeffreya, wysłania tam swoich wojsk lądowych. Amerykanie szukają ochotników, którzy zastąpiliby część ich kontyngentu. Polska raczej nie odmówi.

„Kiedy mówię, że rząd niemiecki ma zamiar przedłużyć swoją obecność w koalicji przeciw Państwu Islamskiemu (PI), to znaczy, że – jak wiadomo – nie przewiduje wysłania do Syrii wojsk lądowych” – mówił wczoraj Steffen Seibert, rzecznik niemieckiego rządu, na konferencji prasowej. Inaczej mówiąc Niemcy nie wycofają swoich samolotów rozpoznawczych latających nad Syrią, nie przestaną też szkolić irackiej policji, ale nie zgadzają się na wysłanie żołnierzy na syryjskie terytorium okupowane.
Postulat amerykański od razu wywołał debatę w łonie kruchej koalicji rządowej kanclerz Angeli Merkel. Jej prawicowa partia CDU jest generalnie pozytywnie nastawiona do większego zaangażowania Niemiec w zagranicznych konfliktach i twierdzi, że jest otwarta na dyskusję tym bardziej, że widzi w tym drogę do polepszenia niezbyt ostatnio dobrych stosunków z imperium amerykańskim, ale SPD jest temu zdecydowanie przeciwna. Wysłanie wojsk lądowych nie przeszłoby przez parlament. Zresztą nawet wśród posłów CDU trudno znaleźć popierających oficjalne stanowisko swej partii.
W zeszłym roku prezydent Trump ogłosił „zwycięstwo” Amerykanów nad PI w Syrii, ale sytuacja nie jest różowa. W ciągu ostatnich lat Amerykanie rekrutowali i szkolili siedzących w obozach dżihadystów do walki przeciw syryjskiemu rządowi, lecz znaczna część tych oddziałów po prostu zniknęła z bronią. Wschodnia Syria ma być w oczach USA i Izraela „zaporą” przeciw Irańczykom, którzy walczą przeciw PI i Al-Kaidzie w Syrii, ale są uważani za potencjalne zagrożenie również dla państwa żydowskiego.
Według SPD, „Stany Zjednoczone bardziej wolą wasali, niż sojuszników”, więc powinny zwrócić się do kogoś innego. Amerykanie z pewnością sondują m. in. władze polskie. Polacy oddali już do amerykańskiej dyspozycji w Kuwejcie część samolotów F-16, które zakupili w Stanach. Misja ta zakończyła się w zeszłym roku.

PiS broni interesów Niemiec

A jednocześnie, ekipa rządząca obecnie Polską, skutecznie podejmuje działania, leżące także i w interesie rosyjskim.

Prawo i Sprawiedliwość bardzo aktywnie zabiegało o to, by przedstawiciel Niemiec objął kierownictwo Komisji Europejskiej.
Premier Mateusz Morawiecki osobiście zaangażował się w działania, zmierzające do uczynienia Ursuli von der Leyen, partyjnej koleżanki Angeli Merkel, szefową Komisji Europejskiej.
Szef polskiego rządu odbywał w tej sprawie zakulisowe spotkania – i w głównej mierze to on doprowadził do tego, że najważniejszym kandydatem do kierowania Komisją Europejską został nie Holender lecz reprezentantka Niemiec.
Działania przedstawicieli PiS-owskiego obozu rządzącego jednocześnie przyczyniły się do sytuacji, w której Polsce przypadło tylko jedno stanowisko wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego, zamiast dwóch, jak było w poprzedniej kadencji europarlamentu. To także leży w interesie Niemiec – i osłabia pozycję naszego kraju na arenie międzynarodowej.

Obóz prawicy wspiera Niemcy

Liderzy Prawa i Sprawiedliwości nie od dziś prowadzą politykę proniemiecką, reprezentującą interes naszego wielkiego sąsiada.
Przykładem może być rezygnacja Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów z działań mogących doprowadzić do wstrzymania budowy gazociągu Nord Stream 2, prowadzącego z Rosji do Niemiec na dnie Bałtyku. Władze Niemiec bardzo skutecznie, przy przyzwoleniu polskiego rządu, forsują zbudowanie tego gazociągu, który jest korzystny dla niemieckiej gospodarki ale stanowi zagrożenie dla interesów Polski.
Inny przykład to wyciszenie tematu polskich reparacji wojennych od Niemiec. Przedstawiciele rządu PiS unikają podejmowania kwestii reparacji w jakichkolwiek rozmowach z reprezentantami strony niemieckiej. Liderzy PiS także i na gruncie krajowym nie chcą podnosić, że Polsce należą się jakiekolwiek reparacje od Niemiec.

Polska na rzecz Rosji

PiS skutecznie łączy prowadzenie polityki proniemieckiej z jednoczesnym podejmowaniem działań korzystnych dla Rosji. Państwu rosyjskiemu także bardzo zależy na dokończeniu budowy gazociągu Nord Stream 2 – a władze Polski nie przeciwstawiają się temu ani na forum międzynarodowym, ani w jakichkolwiek rozmowach dwustronnych.
Polska zwiększa import rosyjskich surowców. W naszych zakupach dominuje ropa naftowa i gaz ziemny. Władze Polski unikają jednak podawania ubiegłorocznej wielkości importu tych produktów z Rosji. W tej sytuacji najbardziej konkretny charakter ma informacja Narodowego Banku Polskiego, stwierdzająca „W III kwartale 2018 r. wartość importu ropy naftowej do Polski wyrażona w złotych zwiększyła się o prawie 60 proc.”.
Sprowadzamy także coraz więcej rosyjskiego węgla kamiennego, co szkodzi polskiemu przemysłowi wydobywczemu, ale jest oczywiście dobre dla gospodarki Rosji.
Import z Rosji miał bardzo duży wpływ na to, że w ubiegłym roku Polska zanotowała ujemny bilans w całym swoim handlu zagranicznym. Łączny import do naszego kraju aż o około 5 miliardów euro przekroczył eksport.
Deficyt w naszej wymianie gospodarczej jest zjawiskiem dość nowym. W 2015 r, ostatnim roku w którym jeszcze nie rządziło Prawo i Sprawiedliwość, Polska zanotowała przewagę eksportu nad importem.

PiS pomaga wielkim sąsiadom

Warto zauważyć, że w ubiegłym roku nasz kraj najbardziej zwiększył swój import właśnie z Rosji. Jak podało Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii, wartość importu Polski z Rosji w 2018 r. wyniosła 16,6 miliarda euro i wzrosła aż o 26,9 proc. w porównaniu z 2017 r. To największy skok wśród naszych wszystkich partnerów gospodarczych.
Tak gigantyczny wzrost importu Polski z Rosji w znaczącym stopniu przyczynił się do ratowania rosyjskiego bilansu handlowego.
W ubiegłym roku Polska oczywiście zwiększyła też import z Niemiec – ale tylko o 6,1 proc.
Sam handel zagraniczny to nie wszystko. Za sprawą PiS współpraca z naszym wielkim wschodnim sąsiadem rozwija się coraz lepiej na wielu polach.
Bardzo dobrze funkcjonuje rządowy program Polska – Rosja. Jak stwierdziło nasze Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju, „Program Współpracy Transgranicznej Polska-Rosja wspiera rozwój w sferze społecznej, środowiskowej, gospodarczej i instytucjonalnej”.
Ważne dla dobra relacji polsko-rosyjskich są też i inne działania – jak choćby brak skutecznego przeciwdziałania wobec pełnoprawnego powrotu Rosji do decydowania w Radzie Europy. A także nie podejmowanie skutecznych kroków w celu sprowadzenia do Polski wraku tupolewa rozbitego pod Smoleńskiem (poza rytualnym powtarzaniem w kraju, zwykle w kwietniu, że Polska oczekuje jego zwrotu).
Łatwo zauważyć, że to, co PiS-owska propaganda mówi na temat obrony naszych interesów w kontaktach z Rosją i Niemcami, diametralnie różni się od rzeczywistego charakteru obecnych relacji Polski z tymi krajami.
Zapewne nieprędko – jeśli w ogóle – dowiemy się, co kierowało liderami PiS, że w swych poczynaniach przykładali tak wielką wagę do dobra interesów Rosji i Niemiec.

Korzenie niemieckiego antysemityzmu

Antysemityzm w Niemczech, także jego skrajne wynaturzenia, kojarzymy z Trzecią Rzeszą, z Hitlerem, Goebbelsem et consortes. Tymczasem oni czerpali już z praźródeł antyżydowskiego piętna, sięgającego XIX wieku, o czym w naszych publikacjach historycznych głucho. Wertując własne archiwalia znalazłem kilkukolumnowe recenzje trzech książek wydawnictw niemieckich dokumentujących, że już na długo przed Trzecią Rzeszą antysemityzm był w społeczeństwie głęboko zakorzeniony.

John C.G.Röhl „Wilhelm II” 1994 r. (Tygodnik „Die Zeit”, 25.11.1994), Dirk Walter „Antisemitische Kriminalität und Gewalt. Judenfeindschaft in der Weimaier Republik” 1999 r. („Die Zeit”, 11.03.1999) i Cornelia Hecht „Deutsche Juden und Antisemitismus in der Weimaier Republik” 2003 r. („Die Zeit” 8.01.2004).

Jeżeli streścić opinie recenzentów tych trzech książek, przez nasze wydawnictwa niezauważonych bądź zlekceważonych, to rysuje sie następujący obraz klimatu antyżydowskiego już na długo przed 1933 rokiem. Poprzednikiem Hitlera był najwyższy w cesarskiej Rzeszy autorytet – Wilhelm II – autor następującej wypowiedzi: „Najlepszym sposobem na Żydów byłby gaz”. Zdanie to wyłowili historycy z listu Cesarza do gen Augusta von Mackensena z 2 grudnia 1919 r. Takich lub podobnych wypowiedzi najwyższy dla kraju autorytet pozostawił więcej. W połowie 1890 r uznał rasizm za fundament swego światopoglądu. W jego notatniku znaleziono zdanie: „Żydzi i komary to zaraza, od której ludzkość musi sie uwolnić”. Uznał, że „90 procent wszystkich Niemców potępiłoby go za sympatyzowanie z syjonistami”.
Wilhelm II był autorem publicznie wyrażonej opinii, że do Klubu Oficerskiego przyjmuje się również Żydów, tymczasem kontaktowanie się z nimi jest dla oficera niedopuszczalne. Autor biografii „Wilhelm II” twierdzi, że gdy w roku 1888 Wilhelm II zasiadł na tronie, antysemici od Paryża po Wiedeń zareagowali entuzjastycznie. Jeden z nich powiedział, że „jedyną nadzieją, by Niemcy pozbyli sie żydowskiego jarzma jest cesarz Wilhelm”.
Po przegranej przez Niemcy w 1918 r. wojny światowej Wilhelm II szukał schronienia w Holandii, lecz również stamtąd przekazywał wypowiedzi antysemickie. Dopiero gdy w 1938 r. dotarły doń sygnały o Nocy Kryształowej powiedział : „Po raz pierwszy w moim życiu wstydzę się, że jestem Niemcem”. Antysemickie drogowskazy cesarza znajdowały w społeczeństwie skwapliwych wykonawców. Bardzo aktywna wówczas Partia Niemiecko-Konserwatywna włączyła w 1892 r. antysemityzm do swego programu. W jednej z recenzji czytamy: „Od końca 1918 roku miasta i wsie zalewane były ulotkami antysemickimi, które wzywały wyraźnie do stosowania przemocy wobec Żydów”. W roku 1894 kolportowano na ulicach Berlina ulotkę o treści: „Albo w 1950 r. Niemcy uporają się ostatecznie z żydowskim niebezpieczeństwem, albo Żydzi opanują Berlin”.
Recenzujący książkę Röhla stwierdza, że „Autor ukazał przerażające dowody nienawiści wobec Żydów, nienawiści rasowej ostatniego cesarza niemieckiego.”
Dominujące w pierwszych latach Trzeciej Rzeszy hasło „Oczyścimy Niemcy z Żydów” było w obiegu już 50 lat wcześniej. W 1881 r., ponad ćwierć miliona Niemców podpisało petycję, zamykającą Żydom możliwość osiedlania się w Niemczech. Tych zaś, którzy już tu mieszkają, należy pozbawić pracy we wszystkich urzędach publicznych. Zredukować także odsetek studentów żydowskich na uniwersytetach. Czystka winna objąć również korpus oficerski. Już w roku 1890 weszło do obiegu publicznego słowo „aryjczyk” jako synonim nie Żyda.
Głosy protestu opinii publicznej przeciwko tej kampanii rozlegały się niezbyt donośnie. Pochodziły zresztą głównie od środowisk żydowskich. Monachijskie „Stowarzyszenie obywateli niemieckich wyznania żydowskiego” wydało w 1919 r. ulotkę protestująca przeciwko obwinianiu Żydów za wszelkie zło, niegodziwości i nieszczęścia wówczas odczuwane.
Recenzent książki Dirka Waltera zauważa: „Dotychczas uspakajaliśmy się opinią, że przed rokiem 1933 atmosfera wrogości w Niemczech wobec Żydów nie różniła się bardzo od sytuacji w innych państwach zachodnich oraz, że była ona zdecydowanie mniej agresywna w porównaniu z tym, co działo się w Europie Wschodniej. Dopiero po przejęciu władzy przez Hitlera miał pojawić się dla Żydów stan zagrożenia. Obraz taki wymaga jednak korekty”. Dirk Walter miał możliwość zapoznać się w – jak to określa – specjalnym archiwum moskiewskim z aktami „Centralnego Stowarzyszenia Obywateli Niemieckich pochodzenia żydowskiego”. Myszkował także w archiwach niemieckich. Doszedł do wniosku, że już w Republice Weimarskiej przemoc antysemicka była codziennością. Ofiarą padały nie tylko synagogi, cmentarze żydowskie, sklepy, lecz mniejszość atakowano także bezpośrednio. Rząd rozważał ograniczenie Żydom praw obywatelskich. Skrajni antysemici uważali, że ograniczanie Żydom praw obywatelskich toczy się zbyt wolno, połowicznie. Dlatego nazywali Republikę Weimarską pogardliwie „Republiką Żydowską”.
Rozgoryczenie wywołało w środowisku żydowskim wydane w 1916 roku zarządzenie ministra wojny cesarskich Niemiec, by liczono Żydów służących w armii. Postawieniem ich na cenzurowanym byli zaskoczeni, bo czynili przecież wszystko by pokazać się rządzącym jako przykładni Niemcy. Poborowych względnie ochotników żydowskich było wówczas blisko 100 tys. Z tego 30 tys. otrzymało odznaczenia wojenne, a 20 tys. awansowano. Przewodniczący „Stowarzyszenia żydowskich żołnierzy frontowych”, Leo Löwenstein, zareagował na decyzje ministra: „Jesteśmy rozczarowani i zawiedzeni”. Zabiegając o zacieranie zewnętrznej różnicy między Niemcami a Żydami, rodziny żydowskie już za cesarstwa Rzeszy nie tylko zmieniały nazwiska, lecz noworodkom nadawały imiona niemieckie. Władze hitlerowskie położyły kres tym praktykom.
Nastroje antyżydowskie sięgały szczytu w połowie lat Republiki Weimarskiej. Według badań Dirka Waltera, co kilka tygodni rejestrowano spektakularne akty agresji, niszczenia synagog, cmentarzy żydowskich. Szczególnie skrajnymi aktami agresji padali „Ostjuden”, żydzi którzy napływali do Rzeszy ze wschodu Europy. Osiadli już w Niemczech Żydzi bogaci i cywilizowani w porównaniu z „Ostjuden” nawet sami włączali się do tej kampanii, patrząc z pogardą na tych ze wschodu, bo szkodzili wizerunkowi miejscowych Żydów. W Bawarii władze uruchomiły nawet obóz, kierując tam wyłapywanych Żydów ze wschodu.
Według opinii Cornelii Hecht „jest oczywiste, że w porównaniu z Rzeszą cesarską w Republice Weimarskiej doszło do jeszcze większej radykalizacji ataków na Żydów”. Oczywiście do głosu dochodziły wówczas także siły nie akceptujące prześladowań. Na przykład głośno protestowała socjaldemokracja. Jej aktywność jednak w miarę upływu lat stopniowo malała.
Narodowi socjaliści przejmując władzę stąpali już na dobrze przygotowanym gruncie antysemickim.
Z głęboko zakorzenionym antysemityzmem Niemcy zdają się mieć wieczny problem. Przewodniczący Centralnej Rady Żydów w Niemczech, Paul Spiegel w wywiadzie dla „Der Spiegel” nr 12 (2005) powiedział: „Niszczenie cmentarzy żydowskich to nie przypadki zdarzające się raz na miesiąc, nawet nie raz w tygodniu, lecz prawie codziennie”. Mimo, że i synagogi i inne ośrodki żydowskie pilnuje tam na co dzień policja”.
Przy okazji aktualny aneks. Polskie incydenty antysemickie to drobiazg na tle sytuacji chociażby w Niemczech czy we Francji. Dlaczego wobec tego akurat o Polsce tak głośno w Izraelu?

Nie leczyć LGBT

17 maja 1990 roku homoseksualizm został wykreślony przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) z listy chorób. Od tej pory nie powinno się go leczyć, choć są środowiska, które do tej pory to robią wbrew wiedzy medycznej.

Do dzisiaj istnieją w Polsce ośrodki oferujące terapie, których celem jest wyleczenie z homoseksualizmu. Są one najczęściej związane ze strukturami religijnymi. Terapie, oferowane w tych ośrodkach mają doprowadzić pacjenta do niezgody na jego orientację, co w konsekwencji prowadzi do depresji, zaburzeń i niekiedy prób samobójczych.
Zapewne przeciwko takim praktykom występuje proponowana przez Niemcy ustawa, która zakaże „leczenia” homoseksualizmu m.in. terapiami konwersyjnymi. Nowe prawo zaproponował Jens Spahn, minister zdrowia Niemiec. Przygotowując swój projekt niemiecki urzędnik oparł się na nowych ekspertyzach naukowych, które udowadniają, że terapie te nie przynoszą ani skutków, ani korzyści, a wręcz przeciwnie – mogą stwarzać zagrożenie dla samych pacjentów.
Rezolucję zakazującą terapii konwersyjnych w stosunku do homoseksualistów podjął Parlament Europejski, ale ma ona jedynie charakter postulatywny, a nie obowiązujący.
W Niemczech, jak informuje portal onet.pl funkcjonują ośrodki „leczące” homoseksualistów, a ich reklamy prezentował na swojej stronie Związek Wolnych Gmin Ewangelickich.
W przypadku uchwalenia proponowanych zmian prawnych w Niemczech, można się spodziewać że część z „pacjentów”, którzy chcą poddać się podobnej terapii na skutek własnej decyzji lub pod naciskiem otoczenia, mogą szukać takowych w Polsce. A z tym nie będą mieli najmniejszego problemu.

Prominenci PiS trzęsą portkami przed Niemcami

Propaganda Prawa i Sprawiedliwości jest jednak skuteczna.

Tej propagandzie czasami dają wiarę nawet i mądrzy ludzie, jak choćby prof. Bronisław Łagowski, który w tygodniku „Przegląd” napisał: „Polski rząd występuje z żądaniem odszkodowań od Niemiec za szkody wyrządzone Polsce w czasie wojny”.
A tymczasem prawda jest taka, że rząd Prawa i Sprawiedliwości nigdy NIE wystąpił, nie występuje i nie wystąpi z żądaniem jakiegokolwiek odszkodowania wojennego od Niemiec.
Co więcej, nigdy żaden przedstawiciel rządu, czy choćby szeroko pojętej administracji PiS-owskiej, nawet słowem nie pisnął o domaganiu się reparacji podczas jakichkolwiek spotkań z udziałem oficjalnych przedstawicieli władz niemieckich.
Rzekome domaganie się reparacji od Niemiec przez PiS to wyłącznie propagandowy teatr, odgrywany na użytek naiwnej krajowej publiczności – żeby wmówić jej, iż obecna ekipa twardo walczy o polskie interesy, podnosi kraj z kolan i żąda tego, co się nam słusznie należy. Ale to wszystko lipa.
W rzeczywistości o odszkodowaniach wojennych od Niemiec czasami mówią posłuszni posłowie i wynajęci publicyści, ale oczywiście w kraju. Polski rząd nawet i w kraju milczy o tym konsekwentnie.
Raz jeden, półtora roku temu, nasz minister spraw zagranicznych, po spotkaniu z swym niemieckim odpowiednikiem, oświadczył na wspólnej konferencji prasowej, że obaj zgodzili się, by o reparacjach rozmawiali eksperci. Był to – bez złośliwości – akt niesłychanej odwagi ze strony szefa polskiej dyplomacji, bo prominenci PiS boją się władz niemieckich jak diabeł święconej wody. Nawet prezes Jarosław Kaczyński, grzmiąc niedawno, iż Polsce należą się odszkodowania wojenne, powiedział, że należą się one od „niektórych” – gdyż bał się wspomnieć, że od Niemców.
Należy się domyślać, że polski minister spraw zagranicznych nie działał pochopnie i w afekcie, gdy odważył się na zuchwalstwo, polegające na wypowiedzeniu słowa „reparacje” w obecności ministra niemieckiego. Zapewne doszło do tego w ten sposób, że najpierw strona polska poprosiła stronę niemiecką o pozwolenie, tłumacząc, że to tylko tak, dla potrzeb polskiej opinii publicznej, i że, broń Boże, nikt z polskiego rządu nigdy nie będzie zawracać głowy reparacjami niemieckim kolegom.
I Niemcy łaskawie się zgodzili – ale na tej samej wspólnej konferencji prasowej niemiecki minister dla porządku dodał, iż sprawa reparacji jest prawnie zakończona i zamknięta, po to żeby nikt w Polsce nie snuł rojeń, że z zapowiedzianych półtora roku temu „rozmów ekspertów” mogłoby cokolwiek wyniknąć.
A i sam polski minister wkrótce potem oświadczył, iż temat reparacji nie istnieje w relacjach między rządami Polski i Niemiec. Miał rację – nie istnieje i nie zaistnieje, bo rząd PiS boi się władz Niemiec, co widać także i w innych sprawach, na przykład przy okazji budowy rosyjsko-niemieckiego gazociągu Nord Stream 2 pod Bałtykiem. Tu także rząd lęka się wspomnieć Niemcom, iż chciałby zażądać wstrzymania budowy gazociągu.
Niełatwo dociec przyczyn tego organicznego lęku PiS-owskich władz przed reprezentantami państwa niemieckiego. Trudno silić się tu o jakiekolwiek zawiłe wyjaśnienia psychologiczne, więc chyba wystarczy ograniczyć się do mądrych słów Poety: „Gdy wieje wiatr historii, ludziom jak pięknym ptakom rosną skrzydła, natomiast trzęsą się portki pętakom”.

Zrobimy wszystko, co chcecie

Nasi sąsiedzi – Niemcy i Rosja – mogą być usatysfakcjonowani tym jak się zachowuje rząd Prawa i Sprawiedliwości. To rząd układny, pokorny, unikający sporów z władzami tych państw i godzący się grzecznie na wszystko co leży w ich interesie.

Jeżeli chodzi o wschód, to rząd PiS od prawie trzech lat obrał wyraźny kurs na zbliżenie Polski z Rosją. Sprzyja temu oczywiście antyunijna polityka prowadzona przez PiS.
Strona polska z niechęcią uczestniczy w unijnych sankcjach nałożonych na Rosję, a rosyjskie retorsje stara się omijać za pośrednictwem Białorusi. Rząd wyciszył antyrosyjską propagandę obecną w tzw. „mediach publicznych”, zastępując je atakami na Unię Europejską oraz Ukrainę.
Ucichły – oczywiście z wyjątkiem rocznic katastrofy – rytualne pohukiwania oskarżające Rosję o spowodowanie tragedii smoleńskiej, nikt już nie domaga się na serio zwrotu wraku Tu-154.
No i oczywiście rząd PiS, w kontaktach z Rosją, unika rozmów o gazociągu Nord Stream 2, wiedząc, że ten temat może wywołać niezadowolenie strony rosyjskiej.

PiS razem z Rosją

Widomym przykładem, inspirowanego przez rząd PiS zbliżenia polsko-rosyjskiego jest program współpracy Polska-Rosja.
Rada Ministrów przyjęła ten program pod koniec 2017 r., ma on budżet wynoszący 62,5 mln euro, z czego około 41,5 mln euro pochodzi ze środków Unii Europejskiej.
Główne elementy programu Polska-Rosja to, jak głosi oficjalny polski komunikat: „zachowanie dziedzictwa historycznego, ochrona środowiska i kwestie zmian klimatycznych, poprawa dostępności regionów i rozwój odpornego na klimat transportu oraz sieci i systemów komunikacyjnych”.
Rząd PiS zabiegał o uruchomienie tego programu już od 2016 r., co nie było proste, bo trzeba było najpierw uzyskać zgodę Unii Europejskiej, którą Polska po usilnych staraniach, otrzymała w grudniu 2016 r. Potem podpisano wspólną umowę finansową, co Rosja uczyniła z lekkim opóźnieniem, bo jej mniej zależało niż nam no i musiała dokładnie przeanalizować, czy program odpowiednio zabezpiecza jej interesy.
Rząd PiS niespecjalnie się chwali zbliżeniem z Rosją, wiedząc, że to wywoła niezadowolenie części tradycyjnego elektoratu. Kamufluje tę politykę propagandowymi bajkami o wybijaniu się na niezależność za sprawą planowanego przekopania Mierzei Wiślanej. Czyny są jednak ważniejsze niż słowa.

Żeby Niemcy byli zadowoleni

Rząd PiS zachowuje się układnie i bezkonfliktowo także w relacjach z Niemcami. W rządowych mediach przestano już opowiadać o rzekomych odszkodowaniach za straty wojenne, jakie Polska ponoć chciałaby uzyskać. Żaden członek polskiego rządu nigdy zresztą nie odważył się poruszyć tej kwestii w rozmowach z władzami niemieckimi.
Więcej! – rząd PiS nawet nie wypracował własnego stanowiska w kwestii reparacji od Niemiec, wiedząc, że już to wywołałoby niezadowolenie rządu naszego zachodniego sąsiada (który, owszem, swoje stanowisko przedstawił, stwierdzając naturalnie, że o reparacjach nie ma mowy).
Niewygodnego tematu reparacji unika też prezydent Andrzej Duda, który ustami swych urzędników ogłosił, że do sprawy mógłby się ewentualnie odnieść, kiedy będzie oficjalne stanowisko polskiego rządu.
Rząd PiS podobnie zachowuje się i w kwestii Nord Stream 2. W tym przypadku obecna ekipa próbuje być jednak nieco bardziej zniuansowana. Z jednej strony, oczywiście nie chce w żaden sposób urazić władz Niemiec i Rosji, z drugiej jednak, odgrywa teatr mający pokazać publiczności (wybory przecież coraz bliżej), iż twardo broni polskiej suwerenności przed unijnymi zakusami.
A ponieważ Unia Europejska nie zamierza przeszkadzać w budowie Nord Stream 2, zatem rząd PiS podejmuje pozorne działania, sugerujące jakoby to on próbował wstrzymać układanie drugiej nitki gazociągu przez Bałtyk. Oczywiście rząd niczego takiego nie robi – ale pragnie stworzyć takie wrażenie na elektoracie.
Dlatego też, choć nigdy żaden przedstawiciel polskiego rządu nie zażądał od władz niemieckich wstrzymania budowy Nord Stream 2, strona polska podczas unijnych spotkań czy rozmów polsko-niemieckich, raz czy dwa stwierdziła półoficjalnie, iż w kwestii Nord Stream 2 „stanowisko Polski jest nieco odmienne od stanowiska Niemiec”.
Była to najostrzejsza forma „protestu” w sprawie budowy Nord Stream 2 na jaką zdobył się rząd PiS w kontaktach dyplomatycznych.
Pozostało to oczywiście niezauważone i tylko niemiecki minister spraw zagranicznych dla porządku stwierdził w styczniu tego roku, że nikt nie przeszkodzi w zbudowaniu Nord Stream 2. I naturalnie miał rację, bo rząd PiS nie zamierza przeszkadzać.

UOKiK pozoruje sprzeciw

Rząd usiłuje jednak, jak wspomniano, stworzyć wrażenie, że wykonuje jakieś czynności utrudniające budowę Nord Stream 2. Do tych działań pozorujących oddelegowano Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

UOKiK od końca 2016 r. udaje, że się na poważnie zajmuje gazociągiem. Jako, że jest to urząd nie tylko polski ale i unijny, teoretycznie mógłby zablokować budowę Nord Stream 2.
UOKiK najpierw odrzucił wniosek sześciu firm zagranicznych o zawiązanie konsorcjum mającego zbudować gazociąg – czym oczywiście nikt w Europie się nie przejął. Formalnie budowę podjął sam Gazprom, ale zasilany pieniędzmi i logistyką pozostałych pięciu partnerów.
W 2017 UOKiK wszczął postępowanie wyjaśniające, podejrzewając, iż Gazprom jednak nie działa sam (co było i jest powszechnie wiadome). W maju ubiegłego roku wytoczył zaś oficjalne postępowanie przeciw Gazpromowi i pięciu innym firmom, razem z nim realizującym tę inwestycję. Nasza rządowa propaganda zaczęła głosić, iż UOKiK wstrzyma budowę Nord Stream 2 – po czym zapadła cisza.
Podobno UOKiK cały czas prowadzi analizę zgromadzonego materiału. Można przypuścić, że skończy ją wtedy, gdy gazociąg Nord Stream 2 już dawno zostanie oddany do użytku.
I tak właśnie wygląda skuteczność naszego urzędu antymonopolowego i obrona polskich interesów w wykonaniu rządu PiS.

Krezusi pojednania

Kwestia odszkodowań za niewolniczą pracę w III Rzeszy i zniszczenia wojenne nie jest wbrew pozorom białą plamą. Wiele się wokół tej sprawy działo – głównie w tym zakresie, żeby odszkodowań nie było a roszczenia zbyć byle czym. Co nie znaczy, żeby hasło „polsko-niemieckie pojednanie” nie przynosiło wymiernych korzyści. Wszakże niekoniecznie przede wszystkim stopniu ofiarom nazizmu.

W Sejmie na kolejne swe posiedzenie zebrał się „Parlamentarny Zespół do oszacowania wysokości odszkodowań należnych Polsce od Niemiec za szkody wyrządzone podczas drugiej wojny światowej”. Zespół powstał w 2017 roku. Przewodniczy mu poseł Prawa i Sprawiedliwości Arkadiusz Mularczyk, adwokat. Do zespołu należy 25 posłów i 2 senatorów – wszyscy z PiS.
O marnych kompetencjach w podjętym przez nich temacie może świadczyć fakt, że albo nie wiedzieli, bądź świadomie pominęli wyniki prac grona poznańskich naukowców – historyków i ekonomistów – z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. W 1947 roku pod kierownictwem profesora Alfonsa Klafkowskiego sporządzili dla Biura Odszkodowań Wojennych przy Prezydium Rady Ministrów ekspertyzę szacującą straty państwa polskiego spowodowane przez wojnę i okupację. Wedle tej ekspertyzy straty wyniosły 258 miliardów przedwojennych złotych, stanowiących równowartość 50 miliardów dolarów, które w przeliczeniu na wartość z 2004 roku wyniosłyby 650-700 miliardów dolarów. Dezyderaty zgłoszone przez poznańskich naukowców zawierały postulaty odszkodowawcze dla państwa polskiego. Nie obejmowały one roszczeń cywilno-prawnych obywateli polskich. Wysokość tych roszczeń także sięgała miliardów, tym razem marek.
Zatem to, czym zajmować się chce zespół posła Mularczyka, byłoby spóźnione o 74 lata. Czy posłowie są tego świadomi? Czy też chcą stworzyć pozory, że dopiero rządy PiS zaangażowały się w obronę interesów Polski i Polaków? Szacunek strat dla państwa polskiego został już przecież sporządzony! Czyżby mieli wątpliwości co do kompetencji uznanych naukowców poznańskich?
Co się zaś tyczy roszczeń cywilno-prawnych, to zajmuję się tym od 1963 roku. Jest to temat opisany w wydanej 2014 mojej książce „Zapomniani ludzie ze znakiem >P<”. Wspomniałem w niej o moich staraniach o dostęp do informacji, ile takich roszczeń jest. Była bowiem taka instytucja rządu federalnego RFN, która się nimi zajmowała.
Miałem bardzo utrudniony dostęp do znajdującej się w Kolonii „Entschädigungsbehörde”. Po moim telefonicznym zgłoszeniu prośby o możliwość uzyskania informacji usłyszałem, że polskich dziennikarzy urząd nie przyjmuje. Dopiero wstawiennictwo Klausa von Bismarcka, „Intendenta” (dyrektora i naczelnego redaktora Westdeutscher Rundfunk), który, jak wiedziałem, był przyjaźnie nastawiony wobec Polski, zostałem przyjęty przez pana Lothara Niesera, szefa tej placówki. Owszem, przyznał, do jego urzędu napłynęło bardzo dużo listów od Polaków, jednakże nie może ich próśb rozpatrywać, albowiem zabrania mu tego konstytucja. Jak to? – zapytałem, – przecież obywatelom przymuszonym do pracy dla Niemiec z krajów takich jak Francja, rząd federalny przyznał setki milionów marek. Dysponowałem bowiem danymi na ten temat. Owszem, odpowiedział pan Niesert (miał chyba ponad 50 lat), ale z krajami zachodnimi RFN utrzymuje stosunki dyplomatyczne. Z Polską nie. – Czy chodzi o „doktrynę Hallsteina” – zapytałem. Unikał odpowiedzi. Przyjęta przez Bundestag w 1955 roku doktryna ta, jak się chyba dziś już nie pamięta, domagała się od innych państw uznania RFN jako jedynego reprezentanta Niemiec, Polska zaś uznawała NRD i to przekreśla możliwość porozumienia w jakiejkolwiek sprawie – mówił pan Niesert. Dodał, że w czasie wojny wszyscy przecież musieli pracować.
Reprezentowane przez niego stanowisko rządu federalnego ocenione zostało w 1969 roku przez rząd polski następująco: „Istniejące w Republice Federalnej Niemiec prawo dotyczące odszkodowań dla ofiar narodowego socjalizmu zawiera przepisy dyskryminujące obywateli pewnych państw, w tym Polski”. W ślad za przemówieniem Władysława Gomułki z 17 maja tego roku, w którym proponował rozmowy na temat układu między Polską i RFN, wystosowany w tym samym roku list Władysława Gomułki do Willy Brandta, który stanął na czele utworzonego w październiku rządu SPD-FDP nie zawierał wszakże żadnej wzmianki o odszkodowaniach. Priorytetem jeszcze przez długi czas pozostawało polskie żądanie uznania przez RFN polskiej granicy zachodniej. Z Bonn dała się słyszeć nieoficjalna odpowiedź, że na to jest jeszcze za wcześnie. Wspomniana wyżej doktryna wraz postępem w polityce wschodniej RFN prowadzonej przez rząd Brandta stopniowo wygasała i została całkowicie zniesiona po zawarciu Układu między Polską i RFN w grudniu 1970 roku. W Układzie tym, przypomnijmy, RFN uznała polską granicę zachodnią. Stanowiło to podstawę normalizacji dwustronnych stosunków.
Atoli do załatwienia sprawy cywilno-prawnych roszczeń obywateli polskich – pracowników zmuszonych do niewolniczej pracy na rzecz III Rzeszy –

droga była jeszcze bardzo kręta i wyboista.

Toteż minister Marian Orzechowski 7 maja 1987 r. mówił w Sejmie: „Posługując się argumentami nie do przyjęcia w świetle uznanych norm prawa międzynarodowego oraz zwykłej sprawiedliwości i moralności ludzkiej, RFN odmówiła zadośćuczynienia polskim ofiarom III Rzeszy”. Nie bez racji Krzysztof Skubiszewski, minister spraw zagranicznych w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, powiedział 7 czerwcu 1991 w Sejmie: „Odszkodowania dla Polski nie mogły być gorzej postawione niż miało to miejsce po II wojnie światowej. Ale to się stało. Upływ czasu oraz inne czynniki spowodowały, że dochodzenie do odszkodowań stało się trudne albo wręcz niemożliwe. Wszakże zmiany, jakie się dokonały lub dokonują w stosunkach polsko-niemieckich muszą i tu znaleźć swój wyraz. Odszkodowania dla więźniów hitlerowskich obozów koncentracyjnych i dla robotników niewolniczych nie sprowadzają się tylko do kwestii prawnych. Jest to przede wszystkim problem natury moralnej i humanitarnej, konieczność spełnienia podstawowych wymogów sprawiedliwości. Jego rozwiązanie jest jedną z przesłanek porozumienia i pojednania między Polakami i Niemcami”.
Odtąd słowo pojednanie będzie funkcjonować przez wiele lat, a właściwie funkcjonuje do naszych czasów. Co więcej, ono zostało swoistą instytucją. W następstwie podpisanego 17 czerwca 1991 r. porozumienia została stworzona
„Fundacja Polsko-Niemieckie Pojednanie” (FPNP).
Rząd niemiecki wyposażył ją sumą 500 milionów marek w celu udzielenia ofiarom III Rzeszy pomocy humanitarnej. W ścisłym rozumieniu niemieckiej strony nie było to odszkodowanie. Wypłaty pieniędzy rozpoczęto we wrześniu 1992 roku. Choć jak stwierdzała potem niemiecka Fundacja „Erinnerungen, Zusammenarbeit und Zukunft” (EVZ), większość „obdarowanych” wzięłaby jakiekolwiek pieniądze. Jak napisał w swej książce „Die Entschaedigung von NS-Zwangsarbeiter am Anfang des 21 Jahrhunderts” niemiecki autor Constantin Goschler, otrzymane z fundacji kwoty stanowiły faktycznie jałmużnę rzuconą proszalnym dziadkom.
I tak właśnie było. Np. członkowie wrocławskiego „Klubu Ludzi ze Znakiem >P< (byłem jego założycielem – po tym, jak jako dziennikarz „Gazety Robotniczej” przeprowadziłem wśród byłych robotników przymusowych ankietę, napisałem na jej podstawie tekst i zorganizowałem zebranie, na którym około 300 uczestników ankiety utworzyło Klub) za wiele lat pracy niewolniczej dostali w dwóch ratach od 2 do 5 tysięcy zł. Ci, którzy pracowali u bauerów, nie dostali ani grosza.
Fundacji zajmujących się odszkodowaniami było kilka. Prócz wyżej wymienionych była jeszcze wymuszona od koncernów przez kanclerza Gerharda Schrödera (SPD)

„Inicjatywa Przemysłu Niemieckiego”.

Schröder, chcąc uniknąć skandalu i bojkotu niemieckich towarów w USA, a także obawiając się infamii, doprowadził do zebrania uzgodnionej między zastępcą sekretarza stanu Samuelem Eisenstadtem i adwokatami dbającymi o polskie interesy (Kongres Polonii Amerykańskiej) i akceptowanej przez rząd Schrödera sumy 10 miliardów marek. Na sumę tę miały łożyć wielkie niemieckie koncerny i firmy: Alianz, Bayer, BASF, Degusa, BMW, Daimler-Chrysler, VW, Dresdner Bank, Deutsche Bank, Thyssen-Krup, Siemens. Przedstawiciele tych koncernów uznali, że należy się sprzeciwić zbiorowym skargom przed sądami w USA i pozbawić podstaw oskarżenia szkodzące wizerunkowi naszego kraju i jego gospodarki. Rzecznik Inicjatywy podkreślił, że „dość tego, nie pójdziemy dalej ani o centymetr”. A jednak pierwotnie zaproponowaną sumę (najpierw 4, a następnie 6 miliardów) podnieśli do 10 miliardów. Niemniej 267 przedsiębiorstw zatrudniających w czasie wojny robotników przymusowych odmówiło przystąpienia do Inicjatywy, co nawet w Niemczech wywołało oburzenie.
Podarujmy sobie relacje o szczegółach. Ważne jest, że rozdzielnictwem tej sumy między poszczególne podmioty zaangażowane w „pojednanie” zajmował się Deutsche Bank, zarabiający na procentach i wedle uznania uruchomiający transfer pieniędzy po niekorzystnym kursie.
W Polsce złożono 590 685 podań od żyjących jeszcze robotników przymusowych albo ich rodzin, z których około 485 tysięcy zostało „zweryfikowanych”. W tym miejscu trzeba zwrócić uwagę na dwie związane ze staraniami o otrzymanie pieniędzy okoliczności. Po pierwsze: już na etapie składania podań „polscy petenci” byli

zobowiązani do podpisania dokumentu,

że wnosząc o wypłatę pieniędzy, zobowiązują się do tego, że w przyszłości nie będą mieli roszczeń do państwa niemieckiego. Po drugie (i gorsze): zgodnie z porozumieniem negocjatorów (sekretarz stanu w niemieckim Auswärtiges Amt Kastrup z niemieckiej, a szef Urzędu Rady Ministrów Żabiński z polskiej strony) na temat odszkodowań, a porozumienie to odwoływało się do układu polsko-niemieckiego z 1991 roku, polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych oświadczyło, „że rząd nie czynił i czynić nie będzie w przyszłości żadnych dalszych starań w sprawie odszkodowań dla polskich ofiar narodowego socjalizmu”. (O tym oświadczeniu było w Polsce cicho-sza, ujawnił ten fakt Michael G. Esch, autor rozdziału w czterotomowej dokumentacji wydanej przez EVZ). Oświadczenie to uznano za obowiązujące przez gabinet Jerzego Buzka (1997-2001).
Przytoczmy w tym miejscu wyliczenia niemieckiego ekonomisty Thomasa Kuczyńskiego. W „Zeitschrift fuer Sozialgeschichte” napisał, że państwo niemieckie i gospodarka niemiecka winne są robotnikom przymusowym 180 miliardów marek. Biorąc pod uwagę najniższe taryfy płacowe w przemyśle niemieckim, mnożąc 80-godzinny tydzień pracy i wielkość liczby robotników przymusowych, doszedł do wyniku, że w sumie przepracowali 210 milionów lat. Wysokość niezapłaconej pracy wynosiła 16 miliardów marek, a biorąc pod uwagę dynamikę wzrostu płac i siły nabywczej pieniądza, Kuczyński doszedł do 180 miliardów marek. W opracowaniu autorstwa Herberta Schula z Uniwersytetu Frankfurckiego, który swój tekst opublikował w „Blätter für deutsche und internationale Politik” czytamy nader słuszną i oryginalną co do znaczenia niewolników pracy w Rzeszy ocenę. Zdaniem autora „gospodarcze odnowienie zachodnich Niemiec nastąpiłoby znacznie wolniej, gdyby nie wkład robotników przymusowych w czasie wojny”. Dalej stwierdza, że nadwyżka czerpana z dumpingu płacowego i z dodatkowych obciążeń została po wojnie inwestowana w gospodarkę niemiecką, tak że majątek brutto w zachodnich Niemczech w połowie 1948 roku przewyższał mimo zniszczeń wojennych, demontażu i restytucji poziom z roku 1935 o 14 procent. Takie widzenie roli niewolników pracy i ich znaczenia dla gospodarki III Rzeszy nie jest w dyskusjach zarówno w RFN, jak i w Polsce brane pod uwagę.
W RFN – choć rząd Schrödera z wiadomych powodów ustawił się pozytywnie wobec problemów odszkodowań, tamtejsza biurokracja traktowała Polaków jako petentów, zaś polska biurokracja procedury odszkodowawcze uważała za dojną krowę. Pochodzących z „Solidarności” polityków, którzy zajmowali ważne stanowiska, w „Życiu Warszawy” nazwano
„krezusami pojednania”.
Elektronik Krzysztof Zabiński (rocznik1953) działacz związkowy, w Sejmie kontraktowym z ramienia Komitetu Obywatelskiego i następnie poseł Koalicji Liberalno-Demokratycznej odznaczony w 2011 Oficerskim Krzyżem PR za wybitne zasługi w demokratycznej transformacji, zajmujący w Urzędzie Rady Ministrów wysokie stanowisko, wyznaczył na prezesa „Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie” Bronisława Wilka. Był on także z zawodu elektronikiem. Również działał w „Solidarności”. I on został posłem w Sejmie kontraktowym. W latach 1991-1994 prezes fundacji aresztowany pod zarzutem malwersacji. Pieniądze fundacji ulokował w Megabanku, z którego znajomi prezesa zaciągali kredyty na swoje interesy w różnych przedsiębiorstwach. W niedługim czasie firmy upadły, a pieniądze przepadły. Bronisław Wilk „za niesłuszne aresztowanie” pobrał potem 40 tysięcy złotych tytułem zadośćuczynienia. Zawdzięczał to cichej pomocy kolegów z „Solidarności”. Byli to:
Wiesław Walendziak, najpierw prezes państwowej telewizji, gdzie kolegów z Niezależnego Związku Studentów (ZNS) umieścił na kierowniczych stanowiskach („pampersi”), następnie szef Urzędu Rady Ministrów i potem zajął się własnym biznesem;
Jan Kranz (rocznik 1948) w latach 1990-1995 podsekretarz w MSZ reprezentujący Polskę w przełomowych rozmowach w Bonn, Berlinie i w Waszyngtonie, od 2001 roku ambasador w Berlinie, odznaczony Orderem Zasługi RFN;
Jacek Turczyński (1966), prawnik, poseł ZCHN, w latach 1998-2000 prezes fundacji, wraz czterema członkami zarządu fundacji aresztowany za nieprawnie pobrane pieniądze;
Jan Parys (1950), wiceprezes fundacji, dawniej minister obrony w gabinecie Jana Olszewskiego, wezwany przez sąd do oddania pieniędzy, nie zrobił tego – bez żadnych konsekwencji;
Jerzy Marek Nowakowski czuwający nad całością polskich poczynań związanych z odszkodowaniami, w latach podsekretarz stanu w gabinecie Jerzego Buzka, następnie ambasador w różnych krajach.
Można powiedzieć, że tworzyli oni

swoisty prawicowy kartel.

Pozostaje jeszcze do podkreślenia, że powstałe dla przeprowadzenia wypłat struktury biurokratyczne zatrudniały w warszawskiej centrali 300 etatowych pracowników. Byli oni nadzorowani przez przysłanych z Berlina „kontrolerów” mających zapobiec powtórce afery Wilka. Nadzorczy ci liczyli niewiele ponad 20 lat i w kwestiach odszkodowawczych nie mieli kompetencji. Ich zadaniem było, jak żądali Niemcy, zapewnienie pewności prawnej (Rechtssicherheit). Dbali o to, by w przyszłości polskie roszczenia nie były możliwe.
No cóż, niech zespół posła Mularczyka szacuje…