Inkasent Trumpa

  • Po co pan prezydent Duda ma takie wielkie plecy?
  • Żeby prezydent Trump mógł go łatwiej protekcjonalnie klepać.

Łupów amerykańskiej wyprawy miało być wiele. Wypasiony Fort Trump pełen importowanego wojska, broń atomowa przechowywana w polskich skrytkach, bojowe śmigłowce, myśliwce, transportowce, no i transfery najnowszej amerykańskiej technologii.
Po spotkaniu okazało się, że pan prezydent Duda przywiózł nam obietnicę otrzymania szczepionki, której jeszcze nie ma, obietnicę sprzedaży elektrowni atomowej w 2031 roku i deklarację zwiększenia rotacyjnego kontyngentu wojsk USA. Przynajmniej o tysiąc żołnierzy, w bliżej nieokreślonej przyszłości. Wartość obietnic nie pokryła nawet kosztów przelotu.
Jedynym przywiezionym realnym łupem przez prezydenta, który zasłynął tam służalczą deklaracją: „Nie miałbym śmiałości sugerować panu prezydentowi Trumpwi…”, jest fotka zrobiona w Białym Domu na potrzeby kampania wyborczej. Ma zaczarować „ciemny lud”, bo tym razem pan prezydent przy biurku siedzi, a prezydent Trump stoi obok.
Bat na kanclerz
Podczas konferencji prasowej prezydent Trump krótko i dobitnie wyjaśnił po co wezwał do Bialego Domu polskiego prezydenta. Otóż Trumpowi nie podoba się aktualna polityka Niemiec i pani kanclerz Merkel też. Nie podoba mu się, że Niemcy ograniczają swe wydatki na zbrojenia i jeszcze skąpią na utrzymanie amerykańskich wojsk stacjonujących na ich terytorium. Na dodatek Niemcy kupują gaz od Rosji, zamiast oferowanego im amerykańskiego LNG. Budują niemiecko- rosyjski gazociąg Nord Stream 2 zamiast terminali dla amerykańskiego LNG.
Na szczęście dla prezydenta Trumpa w dalekiej Polsce doszły do władzy elity PiS. Nasycone rusofobią, germanofobią, frankofobią, islamofobią, skandynawofobią, i wszelkimi innymi fobiami, niczym przysłowiowy Ruski wódką. Elity PiS cynicznie wykreowały wielu wrogów narodu polskiego, a z Rosji uczyniły najgorszego wroga.
Prezydent- biznesmen Trump zaoferował taką ochronę. Ale nie za darmo. W zamian za parasol przed rosyjskimi pociskami, chce uczynić z Polski głównego odbiorcę i dystrybutora amerykańskiego LNG na całą Europę Środkowo- Wschodnią. Zwaną przez PiS „Trójmorzem”.
Wedle planu Trumpa, za poczucie bezpieczeństwa sprzedawanego przez elity PiS polskim wyborcom, polscy podatnicy będą płacili amerykańskim firmom dostarczającym gaz. A także amerykańskiej armii za pobyt jej wojaków. Będą płacili dużo, bo bezpieczeństwo Ojczyzny jest bezcenne. Co elity PiS rozumieją, bo deklarują ponad 2 procent krajowego PKB przeznaczyć na „obronę” kraju. Czyli zakupy amerykańskiego sprzętu wojskowego.
Takie wizje gigantycznych interesów już pobudzają rozrośnięte manie wielkości obecne w elitach intelektualnych PiS. Kreujących nowy sojusz państw Trójmorza, alternatywny wobec sojuszu Berlin- Paryż, a nawet Unii Europejskiej. Elity PiS marzą aby Polska ich marzeń była liderem polityczno- gospodarczym Trójmorza. Przewodziła mu politycznie jako najwierniejszy sojusznik USA, promotor amerykańskich inwestycji w tym regionie. Aby elity PiS jako poborca należnych z tego tytułu prowizji, no i inkasent amerykańskich długów, stworzyły z Polski drugi Kuwejt. A z elit PiS kastę narodowo-katolickich szejków. Problem w tym, że w polityce, nawet międzynarodowej jest jak w szkolnej klasie. Nie lubi się i nie szanuje się takich prymusów – lizusów.
Wyzwoliciele czy okupanci?
Kiedy w 1993 roku polskie ziemie opuszczały ostatnie, stacjonujące u nas wojska post radzieckie, to polskie elity zgodnie uznały, że wreszcie nasze państwo zyskało podstawowy atrybut suwerenności. Nie ma na jego terenie stale stacjonujących obcych wojsk.
Nie minęło 30 lat, a elity PiS, na co dzień deklarujące politykę „Powstawania z kolan”, gotowe są zapłacić każdą cenę za ponowny, stały pobyt obcych wojsk na naszej ziemi.
Zapłacą nie tylko wszelkie koszty pobytu wojskowych. Za zgodę na ich pobyt przepłaca za amerykański gaz i energię atomową. Zgodzą się też na hamowanie rozwoju telekomunikacyjnej technologii 5G w naszym kraju, bo tego chce teraz amerykański Wielki Brat.
Zapłacą za to nie swoimi, tylko naszymi, podatkowymi pieniędzmi.
Dodatkowo obywatele naszego kraju zapłacą jeszcze za bezwarunkowy immunitet amerykańskich żołnierzy stacjonujących w naszym kraju. Każdy popełniony przez nich gwałt, rabunek, burda będzie bezkarny. Bo będą wyjęci spod polskiego sądownictwa.
Polska – Niemcy
Niemcy są najważniejszym partnerem gospodarczym Polski. Potem Czechy, Wielka Brytania, Francja, Włochy, Holandia, Rosja, Szwecja i USA. Obroty handlowe Polska- Niemcy są dziesięć razy większe niż Polsk z USA. A obroty Polska- Czechy trzy razy większe.
Pomimo tego polityczni psychopaci z PiS przy każdej okazji deprecjonują polskie więzi gospodarcze z Niemcami i państwami Unii Europejskiej. W zamian kreują irracjonalną alternatywę gospodarczego eldorado z USA.
Niemcy są gospodarczym mocarstwem. Wzywanie Niemców by się jeszcze zbroiły to kreowanie znanego równania:Niemiecka mocarstwowa gospodarka + niemiecka wielka armia = nowa wojna światowa.
Kto wtedy zagwarantuje Polsce utrzymanie jej zachodnich granic?
Polska – NATO
Polska rządzona przez elity PiS, staje się koniem, a ściślej osłem, trojańskim prezydenta Trumpa w NATO. Chciałaby zza pleców USA osłabić Niemcy, ukarać dumną Francję, pochwalić się swą „kryszą” przed Litwą, Łotwą i Estonią. Prowadzić niby chytrą, lecz służalczą, politykę „Nie miałbym śmiałości sugerować panu prezydentowi Trumpwi…”, ale wszystkie ochłapy spadające z niemieckiego stołu elity PiS z radością wezmą. Przecież to przywódcy mocarstwowego „Trojmorza” należy się.
Polska- Chiny
Przytakujący za każdym razem, podczas ostatniej wizyty, prezydentowi Trumpowi pan prezydent Duda być może nie zauważył, że stał się nie tylko amerykańskim bacikiem do propagandowego chłostania pani kanclerz Merkel. Obsadzono go też w roli kijka na potrzeby wojny Trumpa z Chinami.
Zamiast zachować neutralność w sporze USA – Chiny, polski prezydent bezmyślnie i wbrew polskim fundamentalnym interesom, poparł prezydenta Trumpa. Bezinteresownie. Zapewne „nie miał śmiałości” zaprezentować polskiej racji stanu i interesu narodowego w sporze Trump- Chiny.
Polska- Rosja
Ożywił się i ośmielił kiedy wspomniano o Rosji. Traktowanej przez prezydenta Trumpa jedynie jako uciążliwego konkurenta w handlu gazem. Nie agresora, bo przecież aneksji Krymu Rosja dokonała za rządów „demokratów”, prezydenta Obamy. Politycznego wroga prezydenta Trumpa, o czym nie zapomniał wspomnieć.
Prezydent Trump doskonale wie, że europejskie roszady wojskowe, jakie obecnie dokonuje, nie są strategicznym zagrożeniem dla Rosji. Dla bezpieczeństwa Polski nie mają militarnego znaczenia. Za to dla prezydenta Putina to fajny propagandowy prezent.
Prezydent Putin ma właśnie u siebie referendum, które pomoże wzmocnić jego władzę. Wizja wzmocnienia wojsk USA w Polsce to miód na serce rosyjskich „siłowników”. To argument by dozbroić rosyjskie wojska w Kaliningradzie i przy ich zachodniej granicy z NATO. I nikt rozsądny na świecie nie odmówi prawa Rosji do takiej odpowiedzi. Dzięki wizycie pana prezydenta Dudy w Waszyngtonie, prezydent Putin ma dodatkowe argumenty w swej kampanii wyborczej!.

Stosunki polsko- rosyjskie są złe. Polityczne są niemożliwe do naprawienia póki rządzą w Polsce psycho rusofobi. Kulturalne są ograniczone do minimum. Gospodarcze polegają na tym, że firmy związane z elitami PiS stale kupują rosyjski węgiel i bogacą się na tym. A polscy sadownicy ciągle nie mogą sprzedawać swych owoców do Rosji.

Na osłodę mają od PiS wizję mocarstwowej Polski. Nie tylko tej „od morza do morza”. Teraz sięgającej aż trzech mórz!

Gospodarka 48 godzin

Gorzej z pracą

W dobie pandemii koronawirusa tysiące ludzi straciło lub w najbliższym czasie straci pracę. W kwietniu liczba bezrobotnych w Polsce wzrosła o niemal 60 tysięcy osób, co jednak miało niewielki wpływ na statystyczny, ogólny wzrost bezrobocia. Jak wynika z raportu „Monitor Rynku Pracy” zrealizowanego przez Instytut Badawczy Randstad, w tej chwili ponad jedna czwarta pracowników w naszym kraju poważnie obawia się zwolnienia. W bardzo wielu przypadkach terminy wypowiedzeń już biegną, więc może dojść do szybkiego pogorszenia sytuacji na polskim rynku pracy. Niewykluczone, że wzrośnie liczba rodaków, pragnących wyjechać do pracy „na saksy”. W Niemczech urzędowa stawka minimalna wynosi 9,35 euro brutto za godzinę (około 42,50 zł). Kraj ten, jako członek Unii Europejskiej musi gwarantować równy dostęp do zatrudnienia obywatelom wszystkich innych państw należących do wspólnoty.
Nad Renem i Łabą, mimo kryzysu, występuje wysoki popyt na pracowników sezonowych zwłaszcza w rolnictwie – do prac sezonowych potrzeba tam ponad dwustu tysięcy ludzi. Kolejne tysiące poszukiwane są w sektorze handlu detalicznego oraz w handlu internetowym. Ponadto, jak informuje Niemiecki Związek Pielęgniarek (DPV), jeszcze przed koronakryzysem, brakowało w sumie prawie 200 tys. pracowników w szpitalach, opiece ambulatoryjnej i domach spokojnej starości. Zapotrzebowanie na kolejne prawie 100 tys. pracowników wyraża również tzw. branża opiekuńcza (dotyczy to pracy polegającej na bezpośredniej opiece nad seniorami w ich domach). Wciąż niełatwo jednak wyjechać z Polski do Niemiec. Teoretycznie, zgodnie z przepisami każdy obywatel naszego kraju może przekroczyć granicę polsko-niemiecką, posiadając przy sobie dokument tożsamości (dowód osobisty lub paszport), o ile posiada istotny powód. Takim istotnym powodem może być wyjazd do pracy. Jednak od 10 kwietnia osoby wjeżdżające do Niemiec objęte są obowiązkową, 14-dniową kwarantanną, w czasie której muszą pozostać w domu, a wjazd do tego kraju muszą zgłosić miejscowym władzom.
Od wyżej wymienionych przepisów obowiązuje tylko parę wyjątków, które dotyczą osób pracujących w branży transportowej, medycznej czy opiekuńczej (trzeba wykazać, że pracuje się w tych dziedzinach i że opieka nad starym człowiekiem jest niezbędnym elementem systemu opieki zdrowotnej oraz koniecznym wsparciem dla osoby wymagającej szczególnej troski ), a także pracowników przyjeżdżających do pracy w Niemczech codziennie lub co 5 dni. W dodatku w Niemczech wciąż funkcjonują ograniczenia w poruszaniu się w przestrzeni publicznej. Wyjścia na zewnątrz możliwe są tylko pojedynczo lub w parach, należy też zachowywać minimum 1,5 metrowy dystans od innych osób. We wszystkich niemieckich landach obowiązuje nakaz zakrywania ust i nosa w sklepach i środkach transportu publicznego. Łatwiejsze jest dziś przyjechanie z Niemiec do Polski niż odwrotnie. Od 4 maja zniesiono obowiązek 14-dniowej kwarantanny dla osób, które przekraczają wewnętrzną granicę unijną z państwem sąsiadującym i robią to w ramach wykonywania czynności zawodowych, służbowych lub zarobkowych. Niemcy jakoś nie palą się jednak do szukania pracy nad Wisłą.

Koronawirus po niemiecku

Berlin, Monachium, Stuttgart, Dortmund… tysiące osób zbierało się w miastach i miasteczkach Niemiec, by protestować przeciw przepisom kwarantannowym, które według nich „łamią konstytucję”. Rząd jest zaniepokojony rosnącym w siłę ruchem kontestacji, który przestał być już marginalny. Represjonowanie spontanicznych ludzkich zachowań przybiera na sile również w świecie sportu. Przekonali się o tym piłkarze Herthy Berlin, którzy celebrując radośnie strzelonego gola ściągnęli na siebie falę krytyki.

Zjawisko nasilania się protestów, które ogarnęło niemal cały kraj, zaskoczyło władze, bo w związku ze znaczącym cofaniem się epidemii rozpoczęły one proces znoszenia kolejnych restrykcji. Zaczęło się już piątek w Stralsundzie (na północnym wschodzie kraju), gdzie od 30 lat CDU – partia kanclerz Merkel wygrywa wybory. Prawicowa Alternatywa dla Niemiec (AfD) zorganizowała tam manifestację pod biurem poselskim Merkel: pojawił się tam jej kamień nagrobny przewiązany dużą maseczką. Według Bildu, zdenerwowana kanclerz zareagowała na to rytualnym oskarżeniem Rosjan o „szerzenie dezinformacji” i „podburzanie społeczeństwa”.
Skład polityczny tych protestów pozostaje dość różnorodny. We Frankfurcie nad Menem, gdzie uliczny przemarsz odbywał się również pod kolorami AfD, doszło do kontrmanifestacji pod hasłem „Precz z nazistami!”, w której brali też udział manifestanci lewicowi, wśród których, jak raportują media, byli – paradoksalnie – również przeciwnicy restrykcji, którzy nie chcą jednak, by protesty „zawłaszczyła prawica”. W Bremie, Norymberdze, Lipsku i Hamburgu było podobnie. W tym ostatnim mieście na czele kontrpochodu widniał transparent „To teorie spiskowe zagrażają waszemu zdrowiu!”.
Gdzie indziej manifestanci przeciwni restrykcjom wysuwali głównie hasła „w obronie demokracji”, zagrożonej „faszystowską dyktaturą” sanitarną, która jak się obawiają, miałaby trwać po epidemii. Byli wśród nich ludzie rzeczywiście zaniepokojeni rozmiarem ograniczenia praw obywatelskich, przeciwnicy noszenia maseczek z różnych opcji politycznych, wyznawcy „teorii spiskowych”, antyszczepionkowcy i ogólnie ludzie „zmęczeni” (jak deklarują) przesadną ich zdaniem reakcją rządu na epidemię. Na razie ten zróżnicowany ruch popiera nieco ponad jedna czwarta Niemców. Reszta popiera raczej kanclerz za sprawne zarządzanie w czasie epidemii, lecz według popularnych komentatorów lepiej, by rząd przyspieszył znoszenie restrykcji. Na dzisiaj przeciwnicy przepisów wyjątkowych zaplanowali kolejne manifestacje.
Jak wygląda gra w piłkę nożną – wie chyba każdy. Futbol to sport kontaktowy, podczas meczu przez 90 minut 22 facetów walczy o piłkę. Jeśli więc jeden z zawodników jest zarażony koronawirusem, sytuacji, w których może dość do transmisji wirusa jest podczas potyczki piłkarskiej mnóstwo.
W ten weekend rozgrywki wznowiła Bundesliga – najwyższa klasa rozgrywek piłkarskiej w Niemczech. Oczywiście, z pełnym reżimem sanitarnym – zawodnicy, szkoleniowcy, lekarze, masażyści i sędziowie są poddawani badaniom na obecność wirusa przed każdym meczem.
W 74. minucie wczorajszego spotkania pomiędzy berlińską Herthą a Hoffenheim miało miejsce zdarzenie jakie można uświadczyć na niemal każdym meczu piłki nożnej. Matheus Cunha strzelił trzecią bramkę dla gospodarzy, po czym świętował ten fakt z kolegami z zespołu. Jeden z nich – Vedad Ibisević wskoczył na plecy Brazylijczyka. W tym samym meczu kamery zarejestrowały również jak Dedryck Boyata w przypływie radości dał buziaka Marko Grujiciowi.
Na zawodników Herthy spadła zmasowana krytyka. Zarówno kibice, jak i przedstawiciele niemieckiej federacji oraz dziennikarze stwierdzili, że piłkarze dopuścili się rażącego naruszenia obowiązujących zasad bezpieczeństwa. Organizator rozgrywek rozważał również nałożenie na nich kary finansowej, a nawet dyskwalifikacji. Oficjele argumentowali, że piłkarze zostali zobowiązani do utrzymywania dystansu między sobą. Z tego powodu zaniechano tradycyjnego podawania sobie dłoni przez kapitanów drużyn przed rozpoczęciem meczów. Ostatecznie skończyło się jednak na upomnieniu.
Vedad Ibisević był zmuszony tłumaczyć się przed mediami.
– Nie jest w naszej naturze cieszyć się z bramek samemu. Ta sytuacja jest trudna, a jeszcze trudniejsza, gdy strzelasz gola i nie wiesz, co masz zrobić. Podbiegłem nawet do lekarza drużyny i zapytałem, czy bramka została zaliczona, skoro złamaliśmy przepisy. Emocje są tak duże i tak długo czekaliśmy na mecze, że to po prostu w nas eksplodowało – przyznał reprezentant Bośni i Hercegowiny. Bundesliga jest pierwszą europejską ligą piłkarską, która zdecydowała się wznowić rozgrywki. Mecze odbywają się bez publiczności.

Suwerenność w ramach Unii – skąd i dokąd?

W sporze między rządem PiS, a Komisją Europejską i Trybunałem Sprawiedliwości UE jest od kilku dni w użyciu argument: Niemcom wolno więcej. Chodzi o wyrok niemieckiego Sądu Konstytucyjnego w Karlsruhe, który uznał, że w określonym przypadku wewnętrzne prawo niemieckie nie jest podległe prawu europejskiemu.

Ponieważ wbrew stanowisku naszego TK, TSUE wydał niedawno zabezpieczenie w sprawie dotyczącej Izby Dyscyplinarnej SN, mówi się, że trybunał niemiecki może bezkarnie krytykować i nie zgadzać się z orzeczeniami TSUE, czy innych instytucji europejskich, a nasz TK nie. Mamy więc rzekomo do czynienia z ewidentnie różnym traktowaniem obu trybunałów.
Otóż nic bardziej mylnego. Bezpośrednie porównywanie obu przypadków nie ma sensu, gdyż jeden trybunał orzeka w sprawie zgodności z konstytucją swojego państwa, a drugi w sprawie zgodności z konstytucją swojego. To nie jest jedna i ta sama konstytucja, która jest przetłumaczona na dwa języki i obowiązuje tu i tu, jeden do jednego.
Po drugie – materia jest zupełnie inna. W przypadku Trybunału z Karlsruhe chodzi o kompetencje Europejskiego Banku Centralnego do skupowania obligacji państwowych i innych papierów wartościowych. Jest to więc kwestia z zupełnie innego obszaru niż ten, który dotyczy polskiego wymiaru sprawiedliwości. To są zastrzeżenia natury, że tak powiem, trzeciorzędnej w stosunku do zastrzeżeń, które są formułowane przez TSUE pod adresem polskiego wymiaru sprawiedliwości. Tam różnica polega na różnicy poglądów w kwestiach finansowych, co skutkuje obecnie pewnym rodzajem dialogu. Na ma podważania kompetencji instytucji europejskich i na pewno nie ma także konfliktowania się z Unią Europejską, jako całością.
Natomiast przedmiotem sporu między polskim wymiarem sprawiedliwości, a TSUE i Komisją Europejską są zasady, na których zbudowana jest Unia Europejska – czyli władza prawa i praworządność. Zachowania, jakie prezentuje polski TK są traktowane jako zachowania, które kwestionują fundamenty UE. To jest zasadnicza różnica. Porównywanie wyroku sądu z Karlsruhe w kwestiach bankowości i finansów z materią orzeczeń naszego TK, jest całkowitym pomieszaniem pojęć.

Cenzura i ograniczanie swobód?

Narasta opór przeciwko planom ogłoszonym kanclerz Angelę Merkel w związku z epidemią koronawirusa. Ich fundamentem są gigantyczne prezenty z budżetu federalnego dla banksterów i biznesu. Coraz mocniej krytykowane są również plany utrzymania produkcji za wszelką cenę, bez względu na zdrowie pracowników tysięcy fabryk. W odpowiedzi na falę niezadowolenia niemieccy politycy domagają się wprowadzenia stanu wyjątkowego i cenzury internetu.

W całych Niemczech narasta lawinowo liczba osób zakażonych koronawirusem. Sytuacja w szpitalach, stacjach ratowniczych, zakładach opieki i fabrykach jest coraz bardziej dramatyczna.
W odpowiedzi na zagrożenie rząd Merkel zamknął szkoły, uniwersytety oraz obiekty sportowe i rekreacyjne, a także wprowadził szereg ograniczeń dotyczących przemieszczania się ludności i kontaktów społecznych.
Te wszystkie restrykcje nie dotyczą jednak zakładów pracy. Miliony pracowników codziennie wykonuje swoją pracę na zatłoczonych halach, nie mając przy tym odpowiedniej ochrony. Sama Merkel podkreślała, że produkcja musi zostać utrzymana za wszelką cenę. Stanowisko niemieckiego rządu dotyczy również tych zakładów, które nie produkują dóbr pierwszej potrzeby niezbędnych do przetrwania pandemii.
Przeciwko takiemu podejściu niemieckiego rządu i fundowaniu prezentów biznesowi zamiast wsparcia finansowego tym, którzy rzeczywiście go teraz potrzebują, narasta oczywiście społeczny gniew. Ze względu na brak możliwości aktywnego manifestowania sprzeciwu na ulicach uwidocznia się on głównie w internecie.
W odpowiedzi na oburzenie niemieccy politycy apelują o objęcie internetu cenzurą i wprowadzenie innych środków dyktatorskich.
Na początku tygodnia minister spraw wewnętrznych Dolnej Saksonii Boris Pistorius (prawe skrzyło SPD) wezwał do penalizacji za, jak to określił, rozpowszechnianie „fałszywych wiadomości” w związku z pandemią koronawirusa. Konkretnie w jego przekonaniu „należy zabronić publicznego rozpowszechniania fałszywych informacji zarzutów dotyczących zaopatrzenia ludności, opieki medycznej lub przyczyn, sposobów zakażenia, diagnozy i terapii COVID-19”.
Według Pistoriusa, jeśli obecne prawo nie pozwala karać za wpisy w internecie, to należy je zmienić „tak szybko, jak to możliwe”.
Pistorius jako minister spraw wewnętrznych Dolnej Saksonii ma na swoim koncie wdrożenie nowego prawa policyjnego w tym landzie, które zwiększyło uprawnienia organów bezpieczeństwa kosztem elementarnych swobód obywatelskich.
Politykowi partii socjaldemokratycznej wtóruje przewodniczący Bundestagu Wolfgang Schäuble (dawniej minister finansów RFN, jeden z architektów zniszczenia Grecji) z CDU. Schäuble zaproponował przywódcom klubów zasiadających w parlamencie rozszerzenie przepisów nadzwyczajnych uchwalonych jeszcze w 1968 roku. Jest to bardzo poważny krok i wymaga zmiany niemieckiej konstytucji. Widać jednak, że niemiecka klasa polityczna gotowa jest na wszystko.
Uchwalone w maju 1968 roku przepisy nadzwyczajne były odpowiedzią na strajki robotnicze i protesty studenckie. Dają one możliwość powołania władzy quasi-dyktatorskiej w sytuacjach kryzysowych, takich jak klęska żywiołowa, powstanie czy wojna. Pozwalają między innymi na zastąpienie Bundestagu i Bundesratu (wyższej izby niemieckiego parlamentu) tzw. „Wspólnym Komitetem” złożonym jedynie z 48 osób wybranych osób, mającym pełne uprawnienia obu izb parlamentu. Schäuble wysunął pomysł włączenia podobnego przepisu do konstytucji w przypadku wystąpienia epidemii.
Niemiecki minister obrony Annegret Kramp-Karrenbauer planuje już, oprócz rozmieszczenia do 50 tys. żołnierzy, przeprowadzić również mobilizację 75 tys. rezerwistów. Na konferencji prasowej minister zarzekał się, że wojska zostaną wykorzystane tylko wtedy, kiedy rozmiar i skutki pandemii przekroczy możliwości działania władz i organizacji cywilnych. Wojsko ma pomóc w opiece zdrowotnej, w zapewnieniu infrastruktury i dostaw, a także utrzymanie bezpieczeństwa i porządku – zapewniał Kramp-Karrenbauer.
Rozszerzanie się pandemii rodzi coraz więcej pytań o przyszłość kapitalizmu w jego dotychczasowej formie, nastawionej na skrajny wyzysk, kumulowanie bogactwa w rękach 1 proc. najbogatszych i degradację całej planety. Wszystkie dotychczasowe działania klasy politycznej państw kapitalistycznych wskazują na to, że zbudowanie innej, progresywnej, prospołecznej i proekologicznej polityki w jej wydaniu nie jest możliwe. Zamiast tego prowadzona jest dobrze zdefiniowana przez Naomi Klein doktryna szoku. Społeczeństwa mają się bać i oddawać coraz więcej swojej wolności w łapy banksterów, którzy szczerzą zęby, kryjąc się za posłusznie wykonującymi ich dyspozycje politycznymi marionetkami.

Uchodźcy w Niemczech na zasiłkach?

49 proc. uchodźców, którzy przybyli do Niemiec w latach 2013-15 nie ma problemu z odnalezieniem się na rynku pracy – głosi raport instytutu badawczego IAB. Dane te udowadniają, że opowieść o migrantach wygodnie umoszczonych na socjalu jest mitem.

Zaledwie kilka lat wystarczyło przybyszom z Afryki i Bliskiego Wschodu do zaadoptowania się na niemieckim rynku pracy. Obecnie pracę ma już połowa z nich. – To zaskakująco dobre dane – skomentował ekspert OECD Thomas Liebig. Jak podkreślił, podobne zjawisko zaobserwować można w Austrii i krajach skandynawskich.
Autorzy raportu wskazują również, że uchodźcy z ostatniej fali radzą sobie na polu zawodowym lepiej niż przybysze z Jugosławii, którzy przyjechali do RFN w latach 90 XX wieku. Szybciej wchodzą na rynek pracy i potrafią utrzymać zatrudnienie. Jest to o tyle zaskakujące, że migranci z Bałkanów nie musieli się mierzyć z tak znacznymi różnicami kulturowymi, a ich przeciętny poziom wykształcenia był wyższy niż w przypadku ostatnich przybyszów.
Najczęściej zatrudnienie w Niemczech znajdowali Pakistańczycy. Około 60 proc. migrantów z tego kraju ma już pracę. Podobnie wysoki jest odsetek wśród imigrantów z Nigerii i Iranu
Problemem pozostaje jednak dysproporcja między kobietami a mężczyznami. 57 proc. zatrudnionych uchodźców to mężczyźni, a tylko 29 proc. to kobiety.
Co ważne, migranci nie wykonują tylko prostych prac. Około 50 proc. z nich pracuje na stanowiskach uznawanych za specjalistyczne. – To niespodzianka – mówi Herbert Brücker, dyrektor IAB. Tylko 20 proc. z przybyłych ma kwalifikacje zawodowe, czy skończyło studia. Ich zatrudnienie pokazuje więc, że albo się uczą w ciągu ostatnich miesięcy, albo dobrze przystosowują do nowych obowiązków.
Według niemieckich przepisów o pozwolenie na pracę może ubiegać się każda osoba w trzy miesiące po złożeniu wniosku o azyl. W ciągu pierwszych miesięcy pobytu przysługuje im tylko ograniczone prawo do podejmowania pracy. Osoby, które uzyskały azyl mają pełny dostęp do rynku pracy.
Raport sporządzono na próbie 8000 uchodźców, którzy przybyli do RFN w latach 2013-2016.

Turcy IV Rzeczpospolitej

W maju 1958 roku prasa niemiecka informowała o niezwykle miłej uroczystości. Oto na dworcu w Berlinie radośnie przywitano stutysięcznego gastarbeitera przybyłego z Portugalii. I wręczono mu okolicznościowy prezent. Elegancki motocykl.
Jednak pomimo tak atrakcyjnych zachęt strumień importowanych portugalskich robotników szybko wysechł. Wtedy rządy ówczesnej Republiki Federalnej Niemiec zaczęły zapraszać gastarbeiterów z Grecji, Włoch, Hiszpanii i Jugosławii. Ci też nie wystarczali dla dynamicznie rozwijającej się niemieckiej gospodarki. Dlatego w 1961 roku niemiecki rząd zwrócił uwagę na Turków, których dwa tysiące już pracowało na dobrobyt Republiki Federalnej. W tamtym roku odpisano niemiecko – turecką umowę regulującą prawnie pobyt tureckich pracowników w Niemieckiej Republice Federalnej. Wszyscy oni mieli być jedynie czasowymi pracownikami – gośćmi niemieckiego państwa. Dwanaście lat później było ich tam już 700 tysięcy, choć żaden z nich motocykla za przyjazd do Niemiec nie dostał. Pomimo tego wielu z nich osiedliło się tam na stałe, jeszcze sprowadziło swych bliskich z Turcji.
Obecnie mieszka w Niemczech ponad 3 miliony Turków i tureckich Kurdów. Tylko cześć z nich uważa się za w pełni zasymilowanych obywateli RFN.

W Polsce przebywa obecnie ponad milion Ukraińców przybyłych w ostatnich latach z sąsiedniej Ukrainy. Są stałymi już „sezonowymi pracownikami”, licznymi studentami, a także rodzinami zatrudnionych w Polsce ukraińskich specjalistów. Wielu z nich ma wsparcie mieszkających tutaj „od zawsze” Ukraińców i Polaków świadomych swych ukraińskich korzeni. Nie wiemy ilu dokładnie mieszka obecnie w Polsce Ukraińców. Spisy ludności z lat 2002 i 2011 były tak przeprowadzane, aby maksymalnie zniechęcać wszystkich obywateli III Rzeczpospolitej do ujawniania swych niepolskich korzeni. Do ukrywania innej, niż katolicka, religii.
Dodatkowo, pomimo trzydziestoletniego istnienia III Rzeczpospolitej żaden z jej rządów nie opracował jeszcze kompleksowej, spójnej polityki migracyjnej. Nawet rządy uważane za lewicowe.

Elity związane z „Prawem i Sprawiedliwością” wpisały na swe polityczne sztandary specyficzną wrogość do niepolskich rządów i narodów oraz konieczność minimalizowania przyjmowanych migrantów ekonomicznych.
Hasła obrony Polski przed zalewem obcych znakomicie podbijały popularność PiS w czasie kampanii wyborczych.

Ale prognozy demograficzne i gospodarcze są dla rządzących nieubłagane i jednoznaczne. Populacja polskiej ludności będzie się zmniejszać, a społeczeństwo polskie statystycznie starzeć.
Nie pomogą programy 500+. Nie pomogą patriotyczne wezwania władz do Polaków – emigrantów, aby powrócili oni na Ojczyzny łono.
Polska gospodarka nie wyjdzie z „pułapki średniego rozwoju” bez pozyskania kilku milionów zagranicznych pracowników.

Elity gospodarcze PiS doskonale o tym wiedzą. Aby oszukać swój przysłowiowy „ciemny lud” wyborczy kreują mity o repatriacjach Polaków ze Wschodu, czyli z byłych republik byłego ZSRR. Stworzono „Kartę Polaka” – dokument ułatwiający przyjazd do Polski obywatelom Ukrainy, Białorusi, Rosji, Kazachstanu, posiadającym polskie korzenie. Dzisiaj taka Karta jest już często tylko przykrywką dla ukrytego drenażu mózgów i muskułów z tamtych państw dla polskiej gospodarki. Każdy bowiem obywatel mieszkający na terenach byłego ZSRR może mieć „polskie korzenie”. Przez tysiące lat byliśmy przecież sąsiadami, a czasem też bywaliśmy tu i tam „u siebie”.

Nie trzeba być prorokiem, aby przyjąć, że liczba ludności ukraińskiej, a także białoruskiej, rosyjskiej i innej „cudzoziemskiej”, będzie w Polsce rosnąć. Tego domaga się stale głodna siły roboczej rosnąca polska gospodarka.
Tego wymaga też polityka. Warto przypomnieć, że im więcej ma państwo polskie obywateli, tym bardziej jego ranga i znaczenie w Unii Europejskiej rośnie. Więcej obywateli PR to więcej dla Polski pieniędzy z wszelkich funduszy przeznaczonych na integrację naszej Unii. Więcej obywateli RP to także większa reprezentacja naszego państwa w Parlamencie Europejskim i innych unijnych instytucjach. Im więcej obywateli będzie miało państwo polskie, tym mniejsze będzie też zagrożenie wyludniania się części terenów Polski. Pustynnienia ich. Zagrożenie realne, już opisane, ale nadal ignorowane przez polskie elity polityczne i media.

Ten ponad milion Ukraińców w Polsce, taki Milion + społeczności ukraińskiej, to obecnie, realnie już ponad 3 procent mieszkańców naszego kraju. To procentowo tyle samo ilu Turków mieszka obecnie w RFN.

Pomimo tego polskie państwo, podobnie jak niemieckie w latach sześćdziesiątych w stosunku do przyrastającej populacji Turków, udaje, że nie się nie dzieje. Problemu nie ma. Że jedynie przyjechali do nas sezonowi pracownicy i sezonowi studenci. Nie trzeba wiele myśleć i robić, bo przecież studenci kiedyś wyjadą, a sezonowi pracownicy też na starość wrócą do siebie. Albo pojadą do Niemiec, gdzie już ich zapraszają. I problem sam się rozwiąże.

Rzetelne sondaże przeprowadzane wśród społeczności ukraińskiej mieszkającej w Polsce wskazują na odwrotne trendy. Wielu studentów ukraińskich chce pozostać w Polsce, podobnie jak wielu „pracowników sezonowych”. Niemcy, choć oferują im lepsze zarobki, przegrywają ze względów kulturowych. No i nie leżą w tak bliskim sąsiedztwie Ukrainy jak Polska.
Dlatego, zgodnie z doświadczeniami innych emigracji, powinniśmy oczekiwać procesów odwrotnych od oczekiwanych i głoszonych przez elity PiS.

Społeczność ukraińska będzie się w Polsce wzmacniać i samoorganizować. Emancypować kulturowo najpierw. Potem politycznie.
Jednym z pierwszych przejawów tego jest społeczna, kulturowa akcja Kateryny Kruk, ukraińskiej artystki mieszkającej w Polsce, postulującej aby polskie media przestały używać zwrotu „na Ukrainie”. Bo to sugeruje ukraińską poległość wobec dominującego społeczeństwa polskiego.
Nieuchronne jest powstawanie stowarzyszeń i partii politycznych reprezentujących przybyłą do Polski społeczność ukraińską. Nie zapominajmy, że Ukraińcom z „polskimi korzeniami” łatwo jest uzyskać polskie obywatelstwo. W Polsce można mieć też podwójne obywatelstwo, co też ułatwia decyzję o jego przyjmowaniu. Emancypacja społeczności ukraińskiej w Polsce będzie też miała religijny charakter. Zwłaszcza, że polski kościół katolicki jest w głębokim kryzysie moralnym i intelektualnym.
Pozostaje pytanie: czy ten Milion + społeczności ukraińskiej wzmocni teraz kościół prawosławny w Polsce? Czy przeniesie do Polski toczoną na Ukrainie wojnę religijną między stara cerkwią moskiewską, z która sympatyzuje nadal polska cerkiew, i nowo powstałą cerkwią ukraińską?

W czasie ostatnich wyborów prezydenckich w Ukrainie mieszkający w Polsce Ukraińcy stali w wielogodzinnych kolejkach by zagłosować na swego kandydata. To dowodzi ich aspiracji politycznych. Ale też budzi obawy, czy taka polityczna aktywność nie spowoduje przenoszenia z Ukrainy tamtejszych konfliktów kulturalnych, religijnych, politycznych, zwłaszcza z obszaru polityki historycznej, na teren państwa polskiego? Jak obecność tego ukraińskiego Miliona + będzie wpływać na relacje Polska – Rosja?
W przyszłości rzecz jasna, bo obecnie relacje są wyjątkowo złe, bez szczególnego udziału społeczności ukraińskiej.

Pomimo zaklęć i totumfackich deklaracji PiS nasz kraj będzie w XXI wieku wielonarodowy i wielokulturowy. Czas przestać okłamywać się. Udawać, że nie ma problemu, że wszystko jakoś „samo się”. Czas zacząć poważną dyskusję o programach adaptacyjnych, asymilacyjnych dla narastających społeczności emigrantów.
Przecież do hasła „Ukraińcy na Madagaskar” już nie wrócimy.

Niemcy wycofują wojsko z Iraku

Niemców w Iraku jest trzy razy mniej niż Polaków, lecz Bundeswehr ogłosiła dziś rano, że żołnierze niemieccy, którzy szkolili armię iracką, zgodnie z decyzją irackiego parlamentu wrócą do domu.

Część z nich zostanie przeniesiona do krajów sąsiednich – Jordanii i Kuwejtu. Szef niemieckiej dyplomacji Heiko Maas oświadczył, że „żaden kraj-członek koalicji anty-dżihadystowskiej nie chce zostać w Iraku, skoro nie jest pożądany”.
Maas się pomylił. Wczoraj dowództwo naczelne armii amerykańskiej wysłało co prawda list do władz irackich deklarujący wycofanie US Army z tego kraju, lecz sekretarz obrony Mark Esper wyjaśnił, że była to „pomyłka” i że wojsko pozostanie na miejscu, dopóki Irakijczycy nie zapłacą za amerykański napad na ich kraj w 2003 r. i nie zwrócą pieniędzy wydanych na późniejszą okupację. Zmieni się po prostu status prawny amerykańskiej armii w Iraku: na powrót będą to wojska okupacyjne. Naturalnie polscy żołnierze w Iraku pozostaną w służbie USA, wbrew woli Irakijczyków.
Oficjalnie w Iraku przebywa ok. 5,2 tys. amerykańskich żołnierzy w bazach lotniczych i lądowych. W ubiegłym tygodniu dołączyło do nich kilkuset komandosów, którzy mają wzmocnić ochronę największej ambasady USA na świecie – w Bagdadzie. Do tego prezydent Trump wysłał do Kuwejtu i Arabii Saudyjskiej ok. 3,5 tys. dodatkowych żołnierzy. Wczoraj w amerykańskiej bazie lotniczej Diego Garcia na Oceanie Indyjskim wylądowały bombowce B-52 z bronią jądrową na pokładzie. Baza znajduje się poza zasięgiem irańskich rakiet balistycznych.
Parlament irański poprawił tymczasem swą niedawną ustawę o zaklasyfikowaniu sił USA w Azji środkowej i na Bliskim Wschodzie jako „terrorystycznych”. Odtąd ta klasyfikacja obejmie całą armię amerykańską , łącznie z Pentagonem. Iran traktuje odtąd „reżim amerykański jako państwo wspierające terroryzm międzynarodowy”. W czasie pogrzebu zabitego w bagdadzkim zamachu gen. Solejemaniego dowódca Korpusu Strażników Rewolucji gen. Hossein Salami ostrzegł Amerykanów, że jeśli jeszcze raz uderzą „spalimy to, co tak uwielbiają”, nie precyzując jednak co miał na myśli.

Stoją magazyny Amazona

Dla niemieckich pracowników Amazona okres noworoczno-świąteczny mija pod znakiem strajku. Do magazynów w Lipsku, Bad Hersfeld, Rheinbergu, Werne i Koblencji, które przerwały pracę już wcześniej, w piątek dołączyła placówka w Graben, na apel związku zawodowego Verdi.

Przyczyny protestu są w zasadzie takie same, jak w przypadku placówek Amazona na całym świecie. Mechanizm wyzysku oraz bezwzględnej eksploatacji człowieka nie różni się do tego, o jakim opowiadają polskie załogi centrów dystrybucyjnych. To również nie pierwszy strajk w niemieckim Amazonie w ostatnich miesiącach.
Sześć wymienionych na wstępie centrów dystrybucyjnych przerwało pracę również w porze jesiennych wyprzedaży, tzw. Black Friday i Cyber Monday.
– Amazon nie bierze pod uwagę zdrowia swoich pracowników. Ogromne ciśnienie, stały wzrost wydajności, stałe kontrole i monitoring oraz niewystarczający czas na odpoczynek są typowe dla tej firmy. Brakowało również uznania i docenienia – opowiada jedna z liderek strajkujących pracowników z Graben, Sylwia Lech.
Podkreśla, że sytuacja pracowników stała się szczególnie trudna w okresie świątecznym, gdy sprzedaż jest większa niż zwykle.
Zauważyła, że Amazon ponosi ogromne koszta, starając się mimo strajków dostarczać przesyłki jak zwykle, tymczasem napięcia wśród załóg można byłoby stosunkowo łatwo rozładować, rozmawiając z pracownikami i zawierając układ zbiorowy.
Zamiast tego koncern woli pracowników w specyficzny sposób upokarzać. – W ramach zachęty bożonarodzeniowej pracownicy nie otrzymali premii zgodnie z umową zbiorową, lecz kalendarz o wartości 96 eurocentów – powiedziała Sylwia Lech.
Koniec 2019 r. nie jest łatwy również dla Amazon we Francji. Po raz pierwszy firma musiała poinformować, ile pieniędzy wydała na podatki.
Uderzył w nią również trwający od 5 grudnia wielki strajk przeciwko wprowadzeniu niekorzystnego dla większości obywateli systemu emerytalnego. Przykładowo w magazynie Amazona w Blanc-Mesnil pracownicy blokowali wjazd na teren firmy, uniemożliwiając rozładunek ciężarówek z towarami.
Demonstrowali równocześnie przeciwko szykowanym niższym emeryturom, ale też formułowali konkretne zarzuty pod adresem francuskiego Amazona. Wybrzmiały znane zarzuty: nadużywanie instytucji pracy tymczasowej, brak odzieży roboczej, zbyt ciężkie pakunki do przenoszenia.
Czy w 2020 r. solidarność pracownicza zmusi koncern do ustępstw?

Jak kreatywni dogadują się z uporządkowanymi?

Jeżeli polska firma ma problemy z wykonaniem kontraktu zawartego z niemieckim odbiorcą, to nie powinna udawać, że wszystko gra, lecz otwarcie powiedzieć o problemach i przedstawić program naprawczy.

Stereotyp naszego sąsiada zza Odry najczęściej prezentuje go jako osobę skrupulatnie przestrzegającą zasad, wymagającą od siebie i innych dyscypliny i punktualności. W Polsce synonimem jakości jest zaś wciąż – choć już raczej w opinii osób starszych – niemiecki samochód. Stereotyp, dziś odchodzący w przeszłość, głosił, iż jest to niezawodna maszyna, która może służyć przez lata.
Jak to natomiast wygląda po drugiej stronie granicy – abstrahując od niemieckich opinii, głoszących, że Polacy bardzo sprawnie umieją osiągać to, iż wspomniany samochód zdematerializuje się znad Renu i odnajdzie nad Wisłą?
Otóż jeżeli Niemcy coś doceniają w Polakach, to przede wszystkim naszą słynną, choć nieco mityczną, kreatywność.
Mamy natomiast całkiem świeży i konkretny przykład tego, co Niemcy mogliby docenić w Polakach. Otóż polska młodzież wypadła bardzo dobrze w szkolnych testach piętnastolatków PISA, zostawiając daleko w tyle młodzież niemiecką.
Szkoda, że to ostatni taki polski sukces, bo PiS w ramach dobrej zmiany zrujnował budowany z powodzeniem w naszym kraju racjonalny model edukacyjny. Jednak w tym roku możemy jeszcze być dumni z przewag edukacyjnych naszej młodzieży. My jesteśmy lepiej wyedukowani i mamy większe zasoby wiedzy niż oni. Niemcy umieją za to perfekcyjnie wykorzystywać swe skromniejsze zasoby i są bardziej uporządkowani oraz wytrwali niż Polacy.
My rozwijamy się znacznie szybciej niż Niemcy – ale oni doskonale umieją wykorzystywać swe wypracowane przez lata przewagi konkurencyjne i potrafią sterować Unią Europejską w dogodnym dla siebie kierunku.
Jak na razie różnice między Polakami i Niemcami udaje się godzić tak, że relacje handlowe przekładają się na korzyści dla obu stron.
– Z nami jest trochę tak jak w słowach Napoleona: „Jeśli coś jest niemożliwe do wykonania, dajcie to zrobić Polakom”. Tam, gdzie nasi sąsiedzi widzą regulaminy i biurokrację, tam Polacy widzą po prostu pracę do zrobienia. A nasze zadania potrafimy wykonywać z prawdziwą fantazją – mówi Artur Kasiubowski, założyciel firmy pomagającej polskim firmom znajdować niemieckich klientów. Zręczne znajdowanie rozwiązań tam, gdzie wydają się one nie istnieć, to zaledwie tylko jedna z cech, które mogą pomóc Polakom w zdobyciu zaufania zachodniego klienta.
– Żeby zaistnieć na obcym rynku, trzeba znać specyfikę klientów, do których kieruje się swój towar. Niemieckich konsumentów nie przekonują jedynie niskie ceny, które dla wielu polskich firm na przełomie milenium stanowiły kartę przetargową. Oczekują oni towaru wysokiej jakości, tak samo, jak w przypadku korzystania z usług firm z Francji czy Anglii. Dobry towar obroni się sam, ale dopiero gdy o jego istnieniu dowiedzą się klienci. W Niemczech doskonale sprawdza się poczta pantoflowa – jedna niezawodnie wykonana usługa może okazać się przepustką do kolejnych zleceń – dodaje Artur Kasiubowski.
Warto o tym pamiętać szczególnie w przypadku wysokich cen reklam i ich stosunkowo niewielkiej skuteczności. Nawet niewielkie ogłoszenie w lokalnej niemieckiej gazecie to koszt kilkuset euro, a przecież to zaledwie jedna publikacja o ograniczonym zasięgu.
W Niemczech wciąż doskonale sprawdza się rozmowa z sąsiadem, który zadowolony z usługi poleca firmę kolejnym klientom. To dobra wiadomość szczególnie dla polskiej firmy, która nie chce inwestować w reklamę zagranicą.
Bez dogłębnej znajomości lokalnego rynku płatny przekaz może nie tylko nie trafić do odpowiedniej grupy odbiorców, narażając firmę na straty finansowe, ale nawet zaszkodzić wizerunkowi przedsiębiorstwa przez treść ogłoszenia odbiegającą od niemieckich przyzwyczajeń.
Sprawy nie ułatwia również rzecz tak prozaiczna jak dystans – mimo, że żyjemy w dobie cyfryzacji, nie będąc w stanie poznać reakcji klientów na reklamę ciężko jest zmierzyć jej skuteczność i zaplanować skuteczną kampanię. Tym bardziej, że niemiecki nabywca z założenia preferuje rodzime produkty. Każdy przedsiębiorca w którymś momencie mierzy się z przeciwnościami, które mogą przeszkodzić w wykonaniu pracy na takim poziomie, jaki sobie założył – na przykład w przypadku, gdy towar nie dotarł na czas lub sezonowy brak pracowników wymusił przesunięcie prac. Co powinien zrobić usługodawca, któremu zależy na dobrej opinii w Niemczech pomimo napotkanych problemów?
– Przede wszystkim powinien uczciwie wyjaśnić sytuację klientowi. Czasami wystarczy jeden telefon i zaproponowanie wyjścia z sytuacji, nowego terminu lub rekompensaty – niemieccy klienci wykazują się dużą cierpliwością i zaufaniem. Jeśli wiedzą, że usługodawca ma plan działań, a okoliczności są tylko przejściową niedogodnością, będą współpracować przy rozwiązaniu problemu. Nie warto udawać, że wszystko gra i liczyć, że sytuacja sama się rozwiąże. Otwartość i uczciwość zdecydowanie pomogą obu stronom dojść do porozumienia ponad granicami – przekonuje Artur Kasiubowski.