Kapitał kontra związki

1400 pracowników zakładów produkujących stal w Nadrenii Północnej-Westfalii odmówiło pracy. Był to sygnał ostrzegawczy wysłany przez potężny związek zawodowy IG Metall. Hutnicy chcą zarabiać więcej, bo w ostatnich latach zyski kapitalistów poszybowały w górę.

Ten protest to początek, za nim pójdą kolejne zakłady – zapowiada kierownictwo najsilniejszego niemieckiego związku zawodowego IP Metall, skupiającego pracowników przemysłu. Organizacja ta dysponuje funduszami, które umożliwiłyby sfinansowanie budżetu płac całego niemieckiego hutnictwa na dwa lata. Oczywiście, w obecnej sytuacji nie będzie konieczności sięgania po oręż długoterminowego strajku.
Na razie pracę przerwano w dziewięciu należących do koncernów ThyssenKrupp i ArcelorMittal hutach w Duisburgu, Bochum i Kreuztal. W kolejnych dniach akcja ma nabierać dynamiki. Jak zapowiada rzecznik prasowy IG Metall, będzie kontynuowana niemal codziennie aż do wyznaczonej na 18 lutego czwartej rundy rokowań z pracodawcami.
W pierwszej kolejności zastrajkować ma około tysiąca hutników z Duisburgu i Remscheid, a w kolejnych dniach akcja protestacyjna IG Metall zostanie rozszerzona na kraje związkowe Dolna Saksonia i Brema. Docelowo – sparaliżowany ma zostać cały przemysł hutniczy w Republice Federalnej. Centrala ma bowiem silne struktury w każdym zakładzie.
Warto zauważyć, że IG Metall nie boi się mówić o strajku jako normalnym instrumencie w sporze z kapitalistą. Badania społeczne pokazują, że większość obywateli RFN „ze zrozumieniem” odnosi się do postulatów i metod walki pracowników sektora hutniczego.
Główną płaszczyzną sporu związkowców z pracodawcami jest wysunięte przez stronę pracowniczą żądanie wprowadzenia premii urlopowej w kwocie 1800 euro, którą pracownik mógłby zamienić na dni wolne. Ponadto dla około 72 tys. zatrudnionych w przemyśle stalowym Nadrenii Północnej-Westfalii, Dolnej Saksonii oraz Bremy IG Metall domaga się wzrostu zarobków o 6 proc. Druga strona sporu nie wystąpiła na razie z żadnymi propozycjami.
Na terenie, którego dotyczą rokowania, pracuje zdecydowana większość niemieckich hutników stali. Jednocześnie prowadzi się odrębne negocjacje zarówno dla Kraju Saary, jak i dla dawnej NRD.

Zintegrowana Europa

…a bezpieczeństwo Polski. Po roku 1945 w życiu politycznym i w klimacie społecznym Europy dominował nastrój głębokiej nieufności wobec Niemiec. Z uwagi na doświadczenia wojenne było to zrozumiałe.

Brakowi zaufania sprzyjały również takie zjawiska jak powierzchowna denazyfikacja i niechęć do rzetelnego rozliczenia się z przeszłością. Jak wspominał prof. Władysław Markiewicz-w młodości przez trzy lata i osiem miesięcy więzień obozów koncentracyjnych Mauthausen i Gusen- w trakcie procesów esesmanów „rzucała się w oczy bezczelność ze strony oskarżonych i cynizm w zachowaniu adwokatów. We frankfurckich procesach załogi Oświęcimia esesmani zachowywali się w sposób bezczelny,świadomi , że mają za sobą obrońców, a przeciw zdezorientowanych i przestraszonych świadków. Wyroków śmierci bodaj nie było, wyroki były niskie, dużo zwolnień… Widziałem wyraźnie podczas tzw. procesów oświęcimskich, że prawo jest bezsilne, że procedura, którą trzeba respektować, do niczego nie prowadzi, a w odniesieniu do obozów nie ma po prostu żadnego sensu. A biedni świadkowie byli przerażeni, że oto zarzuca się im kłamstwa albo nieścisłości, co adwokaci potrafili bezczelnie wykorzystywać.”
Zimnowojenny podział Europy sprzyjał pomniejszaniu i przemilczaniu niemieckich zbrodni i traktowaniu Niemców jako sojuszników Zachodu.

Schuman, Adenauer i de Gasperi

Konstruktywne przezwyciężanie przeszłości było celem inicjatyw integracyjnych ministra spraw zagranicznych Francji Roberta Schumana, który starał się zwiększyć współzależność państw europejskich i ograniczyć samodzielność Niemiec sprzyjającą ich ewentualnym agresywnym działaniom. Odpowiednie dokumenty dotyczące integracji opracowywał bliski współpracownik ministra Schumana Jean Monnet. Koncepcje integracyjne Schumana poparli-kanclerz nowoproklamowanej Republiki Federalnej – Konrad Adenauer oraz włoski premier Alcide de Gasperi – reprezentanci państw obarczonych bagażem faszystowskiej przeszłości.
Proces integracji europejskiej rozpoczęło powstanie ważnej organizacji sektorowej.
18 kwietnia 1951 roku przedstawiciele Francji, Italii,RFN,Belgii, Holandii i Luksemburga podpisali układ o utworzeniu Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali (EWWiS).Po ratyfikacji układu przez wymienione państwa wszedł on w życie 25 lipca 1952 roku. Naczelnym organem wykonawczym EWWiS była Wysoka Władza (High Authority) posiadająca rozległe uprawnienia decyzyjne i kontrolne. Jej przedstawiciele mieli prawo m.in. do przeprowadzania kontroli w przedsiębiorstwach hutniczych i górniczych w państwach członkowskich. W ten sposób władza ponadpaństwowa kontrolowała produkcję surowców m.in. dla przemysłu zbrojeniowego. Poddając się kontroli niedawni agresorzy uzyskali możliwość pozyskiwania zaufania byłych państw okupowanych.
Zaufanie to nie było jednak dostatecznie silne, aby mogły być zrealizowane dwa ważne projekty integracyjne. Ministrowie spraw zagranicznych państw-członków EWWiS 27 maja 1952 roku podpisali w Paryżu traktat o Europejskiej Wspólnocie Obronnej. Jednakże francuskie Zgromadzenie Narodowe 30 sierpnia 1954 roku układ ten odrzuciło. Wspólna armia z udziałem wojsk niemieckich nie była dla polityków francuskich do przyjęcia. Pewne znaczenie miał też fakt, że po śmierci Stalina (5 marca 1953 roku) straszenie zagrożeniem radzieckim było mniej skuteczne.

„Sojusznika nie należy dyskryminować”

Nieufność wobec partnerstwa z RFN była ciągle duża. Nie osłabiały jej niektóre koncepcje militarne, a zwłaszcza propozycja utworzenia w ramach NATO międzynarodowych jednostek dysponujących bronią jądrową. Jak w wielu innych przypadkach przysłowiowy diabeł tkwił w szczegółach. Jeżeli załoga okrętu miała składać się z marynarzy pochodzących z różnych państw-
to skąd powinien pochodzić dowódca okrętu? Jakie powinny być uprawnienia tego dowódcy? Czy miał on- w trudnej sytuacji bojowej- podjąć decyzję o wystrzeleniu głowicy nuklearnej, czy też czekać na decyzję z kwatery głównej NATO? A w tej kwaterze, kto powinien decydować?
Tego rodzaju pytania wywoływały długie dyskusje. Jednakże niektórzy niemieccy politycy i dyplomaci przychylnie odnosili się do utworzenia owych międzynarodowych jednostek wojskowych.
Na początku lat 1960-tych podróżował po Stanach Zjednoczonych niemiecki dyplomata-ambasador Hans Schwarz-Lieberman von Walendorf, który swe wystąpienia zaczynał od stwierdzenia, że europejscy sojusznicy powinni zmniejszyć amerykańskie brzemię kosztów i odpowiedzialności za obronę. Następnie wyrażał poparcie dla projektu utworzenia międzynarodowych sił nuklearnych z udziałem RFN.”Przecież sojusznika nie można dyskryminować”-twierdził.
W późniejszym okresie dyskusje ucichły, kiedy premier Harold Wilson stwierdził, że Wielka Brytania nie pozwoli, aby niemiecki palec znalazł się na języku spustowym broni nuklearnej.
Bawarski polityk i minister w kilku rządach federalnych Franz Josef Strauss utrzymywał, że Niemcy są zbyt potężne i bogate, aby im ciągle przypominać Auschwitz. Tymczasem-jego zdaniem-RFN była gospodarczym olbrzymem a politycznym karłem. W sumie Strauss nie przyczynił się do wzrostu zaufania państw sąsiedzkich do Republiki Federalnej.

Willy Brandt i Helmut Schmidt

Potrzebę autentycznej poprawy w stosunkach europejskich rozumieli dobrze niemieccy politycy socjaldemokratyczni-Willy Brandt i Helmut Schmidt. Brandt-promotor nowej polityki RFN wobec Europy Wschodniej, był za tę politykę i za swą antyfaszystowską przeszłość (uczestniczył w norweskim ruchu oporu w czasie wojny) ostro atakowany i zniesławiany. Hasłem niemieckich neofaszystów było -„Brandt pod ścianę” („Brandt an der Wand”).
Znakomity ekonomista Helmut Schmidt był zaniepokojony mocną pozycją marki zachodnioniemieckiej, która stawała się pieniądzem międzynarodowym, co prowadziło do ekonomicznej dominacji RFN. Schmidt przypominał, że na niemieckiej dominacji Europa źle wychodziła. Sami Niemcy też.
W roku 1978 kanclerz Schmidt i prezydent Francji Valery Giscard d’Estaing (również znakomity ekonomista) zaproponowali ustanowienie – w ramach Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej- europejskiej jednostki monetarnej (ECU), która z czasem przekształciła się w EURO emitowane przez Europejski Bank Centralny i wprowadzone do szerokiego obiegu począwszy od 1 stycznia 2002 roku.

Bismarck zamiast Hitlera

W ostatnim okresie wewnętrzna sytuacja polityczna Niemiec uległa niepokojącym zmianom.
Skrajna prawica, która przez wiele lat była na politycznym marginesie, obecnie jest silnie reprezentowana w parlamencie przez posłów tzw. Alternatywy dla Niemiec (AfD). Przedstawiciele tej partii wypowiadają się przeciwko ograniczaniu przez UE samodzielności Republiki Federalnej na forum międzynarodowym i przeciwko instytucjom europejskim. W dalszej perspektywie możliwe jest zastąpienie niemieckich demokratów przez zwolenników dyktatury.Jak wiadomo Mussolini i Hitler doszli do władzy wykorzystując polityczne mechanizmy demokracji.antyunijni i antyimigranccy politycy AfD nie są antyrosyjscy. Nie nawiązują do koncepcji Hitlera lecz Bismarcka-zwolennika dobrych stosunków z Rosją. Z drugiej strony-nie można przewidzieć, kto będzie następcą prezydenta Putina. Jeżeli będzie to np. agresywny i ambitny generał, wówczas niebezpieczeństwo antypolskiej zmowy będzie poważne
W Unii Europejskiej niezależność państw członkowskich jest ograniczona przez ich współzależność. Tej ostatniej zawdzięczamy fakt, że dziś wojna pomiędzy państwami członkowskimi jest nie do pomyślenia.
Dlatego też rozpad lub też istotne osłabienie Unii oznaczałoby zagrożenie dla Polski.
Wszelkie działania antyunijne są sprzeczne z polską racją stanu.

Twarde jądro Unii?

„To zdrada! Emmanuel Macron sprzedaje nasz kraj, niweczy jego suwerenność. Niszczy wszystko, co zrobił gen. de Gaulle dla wielkości Francji” – mówiła w telewizji oburzona Marine Le Pen, szefowa Zjednoczenia Narodowego. Z kolei na lewicy Jean-Luc Mélenchon z Nieuległej Francji podkreśla „szkodliwość” traktatu o współpracy francusko-niemieckiej, który został właśnie podpisany w Akwizgranie (Aachen, Aix-la-Chapelle), dawnej stolicy imperium cesarza Karola Wielkiego. Jak daleko posunie się integracja?

Słowo „integracja” jest podstawowe dla tej sprawy, bo w poprzednim, historycznym traktacie, również podpisanym 22 stycznia (tyle, że w 1963 r., w Pałacu Elizejskim, między prezydentem de Gaullem a kanclerzem Adenauerem), takiego słowa nie było. Dziś występuje w tytule traktatu: „o współpracy i integracji”. Takiego „zacieśnienia stosunków” jeszcze nie było. Oprócz wielu problemów związanych z samym tekstem naprzód wysunęły się dwie wątpliwości: po pierwsze, tekst traktatu został udostępniony w internecie dopiero kilka dni temu, z pominięciem parlamentu i bez żadnych konsultacji politycznych, co kolejny raz stawia pod znakiem zapytania francuską demokrację. Po drugie, powstało wrażenie, że Niemcy „wykiwali Francję”, podobnie jak 56 lat temu.

Tak naprawdę w 1963 r. generała de Gaulle’a wykiwali Amerykanie, gdyż wtedy bardzo bezpośrednio wpływali na politykę niemiecką. Na czym to polegało? Głównym celem dawnego przywódcy Francji było oddalenie Zachodnich Niemiec (i reszty krajów ówczesnej Szóstki) od ich amerykańskiego protektora. De Gaulle marzył o Europie niezależnej od Amerykanów i jednocześnie Związku Radzieckiego, francuski arsenał nuklearny miał zastąpić „amerykański parasol”. Dlatego traktat nawet nie wspominał o Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, NATO czy GATT (dzisiaj to Światowa Organizacja Handlu – WTO).

Co z tego jednak, skoro Amerykanie czuwali? Pół roku później niemiecki Bundestag ratyfikował traktat, ale z dopisaną przez Waszyngton preambułą, która mówiła o „ścisłym stowarzyszeniu USA i Europy”, projekcie „przyjęcia Wielkiej Brytanii”, obronie w „ramach NATO” i obniżce europejskich ceł wobec USA i Brytyjczyków „w ramach GATT”. Generał się wściekł: „Niemieccy politycy martwią się, że niewystarczająco płaszczą się przed Anglosasami! Zachowują się jak świnie!”, ale mleko już się rozlało. Imperium amerykańskie sprawowało w Europie władzę nie do przebicia, próby jakiejś emancypacji nigdy nie mogły wypalić. De Gaulle mógł jedynie wycofać Francję z działań NATO, co zresztą zrobił (pozostając „martwym członkiem”). Dziś, w czasach trzeszczącej w posadach Unii, są jeszcze inne problemy.

Czyja integracja?

Zwykło się mówić, że Francja i Niemcy stanowią „rdzeń Unii Europejskiej”, choć przecież we wszystkich bodaj krajach Unii powtarza się równie często, że to „Niemcy rządzą”, poprzez swą dość duszącą i raczej bezwzględną dominację ekonomiczną, zapewnioną przez wprowadzenie euro. Niemcy wyśmiali inicjatywę Macrona, by wprowadzić oddzielny budżet strefy euro, prezydent Francji musiał też zgodzić się (co już nie stanowiło dlań problemu), by unijne układy o wolnym handlu wchodziły w życie bez zgody parlamentów krajowych. Cóż, demokracja w Unii to w końcu tylko pobożne życzenie. Teraz prezentuje nowy traktat jako wzór europejskiej integracji, podczas gdy jest to co najwyżej integracja „rdzenia”, bez oglądania się na innych. Jest tu oczywiście mowa o NATO, do którego Francja wróciła 10 lat temu, ale jednocześnie oba państwa zawierają oddzielny sojusz zbrojny, angażujący francuskie siły atomowe w razie czyjejś agresji na Niemcy.

Mało tego, oba państwa dają sobie prawo wspólnej, „stabilizacyjnej” interwencji zbrojnej w „krajach trzecich”, bez najmniejszego wspomnienia o rezolucjach ONZ, które mogą się na to zgodzić lub nie. Powstanie za to ekskluzywna Francusko-Niemiecka Rada Obrony i Bezpieczeństwa. Co do ONZ, Francuzi zobowiązali się do wprowadzenia nowego priorytetu swej dyplomacji: mają walczyć o uczynienie z Niemiec członka stałego Rady Bezpieczeństwa (z prawem weta), a póki co, „ściśle koordynować” swe działania w ONZ. Inaczej mówiąc, Francja będzie dzielić się swoim prawem weta z Niemcami, co – jak narzekają niezadowoleni – pozbawi ją znacznej części suwerenności. Powiedzmy, że obietnica ubiegania się o stałe członkostwo Niemiec nic Francuzów nie kosztowała, bo rezultat zależy też od innych. Jednak zbliżenie obu krajów idzie dużo dalej.

Judasz z Hitlerem

Francuzi dowiedzieliby się o nowym traktacie pewnie dopiero dzisiaj, gdyby nie hałas, którego narobił jeden z francuskich eurodeputowanych na 10 dni przed podpisaniem. Bernard Monot z partii „socjalnych gaullistów” Powstań Francjo (DLF), niczym Rejtan rozdarł symboliczną koszulę nagrywając wideo, które szybko obiegło francuski internet: „Pan Macron, niczym Judasz, oddaje Alzację i Lotaryngię obcej potędze!”. Były tam i inne mocne słowa: „Macron chce zgnieść naród francuski, którego nienawidzi, to jego nowy pucz przeciw Francji! (…) Ten traktat pozwoli całkiem zniszczyć prawo pracy, system ochrony socjalnej i obronę narodową”. Tweet z tą przemową został w końcu skasowany, gdyż autorowi groziły konsekwencje karne. Ale dzięki niemu kilka dni później opublikowano tekst traktatu, a prorządowe media zaczęły grupowo zapewniać, że Alzacja i Lotaryngia pozostaną we Francji, dzięki czemu wszyscy mogli dowiedzieć się o tajemniczym układzie.
Prawicowe media internetowe jak Riposte Laïque i tak nie wahały się pisać „Macron realizuje marzenie Hitlera o Francji podległej Niemcom”. Kwestia Alzacji i Lotaryngii, regionów, które dla Francuzów były mniej więcej tym, czym dla Polaków był Śląsk, jest w traktacie dość niejasna. Mają tam powstać dwujęzyczne „euro-dystrykty”, rządzące się nieco innymi prawami, niż reszta francuskich terytoriów. Formalnie rzeczywiście pozostaną francuskie, jednak ich status będzie cokolwiek „mieszany”. Wszystko to w imię integracji i „ułatwień dla ludności”, ale zapewnienia mediów nie usunęły nieufności ani z prawa, ani z lewa.

Utrwalanie ustroju

Jean-Luc Mélenchon, który kilka lat temu wydał niezbyt pochlebną książkę o Niemczech, zwraca uwagę, że traktat utrwala ideologię neoliberalną jako obowiązującą. „Powołuje on do życia francusko-niemiecką radę gospodarczą, która ma koordynować politykę ekonomiczną obu krajów. Jej cel jest precyzyjny : nie jest nim postęp społeczny, czy transformacja ekologiczna, lecz konkurencyjność” – pisze na swoim blogu. Zalecenia tej rady można łatwo przewidzieć: „mniej usług publicznych, gra na obniżanie płac i nagonka na bezrobotnych”. Według niego, traktat oznacza osłabienie niepodległości i suwerenności kraju połączone z cofnięciem się socjalnym i ekologicznym (na życzenie Niemiec w traktacie brak kwestii węglowej).

Dzięki „harmonizacji legislacji dla biznesu” ma powstać jednolita francusko-niemiecka strefa ekonomiczna, zaskakująca unia w Unii, gigant polityczno-gospodarczy, wobec którego inne państwa będą jak karły. Oprócz gospodarczej, wspólna ma być polityka zagraniczna, fiskalna, obronna, do tego stopnia, że zostanie powołana do życia wspólna rada ministrów i nawet parlament – w zasadzie tylko „do spraw harmonizacji”, lecz ministrowie niemieccy będą mogli uczestniczyć w zwykłych posiedzeniach francuskiego rządu i odwrotnie. Jeśli Macron chciał na stałe podpiąć Francję pod niemiecką dominację na kontynencie, to zdaniem jego przeciwników robi to kosztem nie tylko Francji, ale i reszty wspólnoty europejskiej.

Wzmocnienie, czy rozpad

O ile ponad pół wieku temu gen. de Gaulle widział w Wielkiej Brytanii „agenta amerykańskiego, który narobi tylko burdelu” w planowanej wspólnocie, dziś komentatorzy zwracają uwagę, że Niemcy ciągle pozostają w ścisłej zależności politycznej, dyplomatycznej i militarnej od USA, więc i Francja pogłębi swą podległość. Dzieje się to w momencie, gdy kanclerz Angela Merkel jest już na wylocie, a Emmanuel Macron zupełnie zawiódł nadzieje „odnowiciela Unii”. Doszło do tego, że we Włoszech, czy w Hiszpanii, spekulują nad sensem nowego traktatu: ma on jakoś umacniać UE, czy też odwrotnie – został zawarty na wypadek jej rozpadu?

Lewicę martwi przede wszystkim kontynuacja polityki neoliberalnej tworzącej w obu krajach rosnące nierówności i stale powiększające się obszary niedostatku: we Francji już 9 milionów ludzi żyje poniżej progu biedy, a w Niemczech prawie 13 milionów. Francuski kryzys demokratyczny „żółtych kamizelek” nadaje temu społeczny kontekst protestu o nieprzewidywalnym na razie rezultacie. Media zaprzeczają, jakoby integracja obu krajów znaczyła utworzenie jednego państwa bądź szkodziła demokracji, ale widoczna, odgórna tendencja polityczna niepokoi zbyt wielu ludzi, by mogła przejść całkiem bezboleśnie. To się okaże przy okazji zbliżających się wyborów do Parlamentu Europejskiego, który choć właściwie o niczym nie decyduje, może wzmocnić tych, którzy taki model integracji odrzucają.

Gdy Niemcy mają katar

Kryzys im nie grozi, ale słabsze wiadomości z największej europejskiej gospodarki mogą oznaczać znaczne spowolnienie w naszym kraju.

Produkcja przemysłowa w Niemczech spadła w listopadzie najbardziej od dekady. Inne dane z niemieckiej gospodarki również pokazują znacznie spowolnienie koniunktury, a nawet możliwość zagrożenia recesją. Informacje makroekonomiczne z Niemiec to fatalne zapowiedzi dla Polski.
Już od dobrych kilku miesięcy niemiecka gospodarka wyraźnie niedomaga. W trzecim kwartale 2018 r. zanotowała słabiutki wzrost o 1,2 proc. w porównaniu z tym samym okresem 2017 r. Niemiecki bank centralny tłumaczył ten fakt głównie nowymi regulacjami w przemyśle motoryzacyjnym, co czasowo wstrzymywało produkcję w tym sektorze.
Wiele wskazuje na to, że problemy naszego zachodniego sąsiada nie są przejściowe – i ograniczone tylko do nowych norm spalin. Mimo że niemiecka gospodarka jest jedną z najlepiej zarządzanych na świecie, kłopotów może być znacznie więcej, niż wcześniej sądzono.

Czy to naprawdę dramat?

Dramatem można określić dane o produkcji przemysłowej za listopad, które zostały opublikowane 8 stycznia. Spadła ona o 4,7 proc. rok do roku, czyli najbardziej od końca 2009 r. Załamanie produkcji jest najgorsze od czasu tej wielkiej recesji.
Czasami bywa, że tak silne, nagłe spadki są spowodowane czynnikami jednorazowymi, sezonowymi zaburzeniami (pogoda, liczba dni roboczych) czy wyraźnie ujemnym wpływem jakiegoś sektora, np. energetycznego.
Tym razem fatalnych danych nie da się jednak usprawiedliwić żadnymi nadzwyczajnymi wydarzeniami.
Przede wszystkim, negatywny trend jest widoczny już od dobrych kilku miesięcy. Jeszcze na przełomie lat 2017 i 2018 produkcja w Niemczech rosła w tempie ok. 6 proc. rok do roku. Jednak już od połowy ubiegłego roku wahała się ona już blisko granicy zero. Teraz negatywny trend wyraźnie przyspieszył.

Wszyscy zaczęli zwalniać

Nadchodzące problemy produkcji przemysłowej były już od czerwca ubiegłego roku sygnalizowane poprzez spadek, w relacji rok do roku, zamówień w przemyśle. Ich pięciomiesięczna średnia była niższa o 2,5 proc. po pięciu z rzędu ujemnych odczytach (w samym listopadzie było to minus 4,6 proc.).
Martwić może także fakt, że spowolnienie produkcji dotyczy wszystkich. Ujemna dynamika objęła zarówno sektor wydobywczy, budowlany czy wytwarzania energii, jak i najważniejszy, czyli przetwórstwo przemysłowe (spadek o 4,8 proc. r/r).
Słabość z drugiej połowy roku w niemieckim przemyśle potwierdza także fakt, że indeks produkcji (wyrównany sezonowo oraz zgodnie z liczbą dni roboczych) jest obecnie na poziomie z początku 2017 r.
Oznacza to, że półtora roku silnego wzrostu (początek 2017 – połowa 2018) zostało utracone zaledwie w 5 miesięcy (lipiec-listopad 2018).

Prognozy, czyli śmiech przez łzy

Jamie Murray, szef europejskich ekonomistów Bloomberg Economics, w komentarzu do danych z Niemiec sugeruje, że spadek produkcji przemysłowej mógł spowodować obniżenie się niemieckiego produktu krajowego brutto w ostatnim kwartale ubiegłego roku o 0,3 proc. (w porównaniu z trzecim kwartałem 2018 r.).
Oznaczałoby to, że niemiecka gospodarka zaliczyła tzw. techniczną recesję (czyli dwa kwartały z rzędu spadku PKB).
Wydaje się jednak, że ta prognoza może być zbyt pesymistyczna, zwłaszcza że sprzedaż detaliczna w Niemczech jeszcze rośnie.
Nie zmienia to faktu, że rok 2018 (zwłaszcza jego druga połowa) był niedobry dla największej gospodarki strefy euro.
Porażką można nazwać także prognozy Budnesbanku z połowy grudnia ubiegłego roku. Już w czasie publikacji wydawały się one nierealne.
Niemiecki bank centralny szacował trzy tygodnie temu wzrost gospodarczy wynoszący 1,5 proc. w 2018 r. Teraz nawet połowa tej wartości (0,7-0,8 proc.) będzie sukcesem, co oznacza, że zeszły rok był najgorszym dla Niemiec od kryzysu zadłużeniowego strefy euro.
Wcześniej oczekiwano natomiast, że ubiegły rok może być jednym z najlepszych w minionej dekadzie (projekcje Komisji Europejskiej z zimy 2018 r. zakładały wzrost dla Niemiec w ubiegłym roku wynoszący 2,3 proc.

Złe informacje dla Polski

Dane z Niemiec pokazują również, że wojna handlowa na linii USA – Chiny negatywnie przekłada się na nastroje przedsiębiorstw i redukuje ich zapotrzebowanie na dobra inwestycyjne zarówno globalnie, jak i w Europie – wskazuje portal Cinkciarz.pl.
Źle na kondycję strefy euro wpływają także wydarzenia we Włoszech, gdzie wielomiesięczna batalia z Komisją Europejską i tamtejsze pomysły na walkę z 20-letnią stagnacją gospodarczą, niszczą i tak już niedoskonałe narzędzia KE do egzekucji podstawowych zasad fiskalnych Wspólnoty.
Negatywny wpływ mają również protesty we Francji i nieodpowiednia reakcja władz w Paryżu. Na to wszystko nakłada się brexit, który zwiększa rozmaite ryzyka nie tylko dla Wielkiej Brytanii, ale również dla Unii Europejskiej.

Nasze kiepskie perspektywy

Wszystkie te informacje sugerują, że perspektywy dla polskiej gospodarki znacznie się pogarszają ze względu na nasze powiązania z Niemcami i całą strefą euro.
Jak bardzo? Trudno w tym momencie powiedzieć, gdyż dzięki wysokiej konsumpcji i inwestycjom współfinansowanym z unijnych środków, podstawowe wskaźniki w Polsce mogą być dosyć długo silne.
Rośnie jednak ryzyko, że po świetnym roku ubiegłym, koniunktura w obecnym roku, a zwłaszcza w jego drugiej połowie, będzie znacznie słabsza, niż pokazuje to większość prognoz.

Niemcy nie dostaną prezentów

To drugi po USA rynek Amazona pod względem liczby przesyłek. Po raz kolejny strajk w niemieckim Amazonie wybucha przez świętami i po raz kolejny jego przyczyną są zastrzeżenia co do warunków pracy i niskie płace.

 

Odmowa pracy dotyczy dwóch dwóch centrów dystrybucyjnych Amazona w RFN – obiektu w Lipsku oraz w Werne w Nadrenii Północnej-Westfalii. Strajk jest efektem wieloletnich zaniedbań na polu zarządzania personelem. Pracownicy, podobnie jak w innych krajach, skarżą się na przepracowanie, wyśrubowane normy, zniechęcanie do przynależności do związków zawodowych oraz poziom wynagrodzeń, który jest co prawda wyższy niż w innych przedsiębiorstwach wysyłkowo-magazynowych, jednak biorąc pod uwagę udział przeciętnego pracownika w zyskach firmy oraz tempo pracy, wskazuje, ze Amazon wyzyskuje o wiele bardziej niż inni gracze.

Termin został wybrany nieprzypadkowo. Amazon realizuje 1/3 rocznych zamówień właśnie przed Świętami Bożego Narodzenia. W tej sytuacji podjęcie strajku jest uderzeniem w dwa najbardziej czułe punkty: zyskowność oraz terminowość dostaw. Brak prezentów pod choinką w milionach domów, wpłynąłby tragicznie na reputacje koncernu, zaufanie klientów i wywołałby falę wściekłości.
Związkowcy, skupieni w bojowym i mającym na koncie kilka sukcesów związku Verdi, postanowili rozegrać ten protest metodą szans i konsekwencji. Na początek rozpoczęli strajk tylko w dwóch centrach, jednocześnie oferując firmie stół negocjacyjny i przedstawiając klarowne żądania.

Amazon odmówił jednak spełnienie jakichkolwiek oczekiwań załogi, w związku z czym związkowcy prawdopodobnie przejdą do drugiego kroku – rozpoczęcia odmowy pracy w kolejnych obiektach.
Związkowcy zapowiadają, że część przesyłek nie dojdzie na czas. Firma temu zaprzecza. Verdi zapowiada jednak, że opóźnienia są nie do uniknięcia. – Regularnie dawaliśmy Amazonowi czas na zareagowanie na nasze żądania – stwierdził Thomas Schneider z władz związku, oceniając, że odmowa przez amerykańską firmę negocjacji „to prowokacja”. – Zobaczymy czy uda im się spełnić obietnice dostarczenia paczek punktualnie przed Wigilią – zagroził.

Głos lewicy

Kłamstwo ekologiczne

Czesław Cyrul o COP24:

Obrońcy brudnego powietrza w Polsce, a tym samym zwolennicy palenia mułem węglowym w piecach, spalania śmieci i demontażu wiatraków czyli politycy PiS tak odpowiadają na zarzuty trucia krajowego powietrza. Ale Niemcy emitują więcej dwutlenku do atmosfery niż w Polsce.
To prawda, ale. Niemcy liczą 83 miliony mieszkańców, a w Polsce mieszka 38 mln obywateli. I dalej, gospodarka niemiecka jest ponad czterokrotnie większa od polskiej. Zatem choć Niemcy wiele robią, by zmniejszyć emisję dwutlenku do atmosfery, póki co, emitują, z powyższych powodów, tego gazu do atmosfery więcej. Tego oczywiście politycy PiS i ich dziennikarski dwór nie wyjaśniają, bo po co. Ciemny lud ma kupić taką wersję: Niemcy to brudasy i niszczyciele środowiska naturalnego. My, rząd polski, rąbiemy wiele, ale to Niemcy naganiają do nas gazy cieplarniane. I do wielu to trafia.

 

Pokonać PiS, wprowadzić lewicowych posłów!

– Moim celem nie jest samo pokonanie PiS. To tylko wstęp do celu, jakim jest realizacja programu – mówiła w #RZECZoPOLITYCE Anna-Maria Żukowska.
Rzeczniczka prasowa SLD podkreśliła, że do zrealizowania tego celu niezbędne jest to, by „spotkała się w Sejmie i w Senacie z politykami myślącymi podobnie”. Dlatego, jak dodała, jej celem jest „wspólna lista lewicy” obejmująca m.in. powstającą formację Roberta Biedronia czy Partię Razem.
Jak przekonywała Żukowska taka lista miałaby szansę wprowadzić do Sejmu na tyle dużo posłanek i posłów o poglądach lewicowych, że mogliby oni „wynegocjować część postulatów, które są dla lewicy ważne”. Polityczka SLD zaznaczyła przy tym, iż jest świadoma, że taka lista „nie przeskoczyłaby listy Platformy Obywatelskiej – Koalicji Obywatelskiej”. Pytana o ewentualny start polityków Sojuszu z listy Koalicji Obywatelskiej Żukowska podkreśliła, iż „negocjacje można prowadzić, kiedy ma się zaufanie do partnera”. Tymczasem – jak dodała – po tym jak po wyborach samorządowych część posłów Nowoczesnej przeszła do klubu PO (który zmienił nazwę na Klub Platforma Obywatelska – Koalicja Obywatelska), co pozbawiło Nowoczesną klubu w Sejmie, „zaufanie do PO, jako godnego partnera, na którego ramieniu można się oprzeć, zostało zachwiane”.
– Pytanie czy nie jesteśmy potrzebni tylko po to, żeby być listkiem figowym – dodała.
Żukowska oceniła, że sytuacja Nowoczesnej „zapaliła na pewno żółte światło mocno bijące po oczach”.
Info z sld.org.pl

Strajk w Deutsche Bahn

Kolejowi związkowcy, zlekceważeni przez zarząd w trakcie ubiegłotygodniowych negocjacji w sprawie podwyżek, wstrzymali ruch pociągów w całym kraju.

 

W poniedziałek rano Koleje Niemieckie na terenie całego kraju doświadczyły zapowiadanego wcześniej kilkugodzinnego strajku ostrzegawczego. Akcja zainicjowana przez Związek Zawodowy Pracowników Kolei i Transportu (EVG) zakończyła się już o 9.00, ale DB musiała całkowicie wstrzymać ruch pociągów dalekobieżnych w całych Niemczech a gdzieniegdzie też kursy kolei podmiejskich, więc skutki strajku będą odczuwane przez resztę dnia. Opóźnienia będą powszechne, część połączeń zostanie w ogóle odwołana. Najbardziej sparaliżowana została Bawaria i Nadrenia Północna-Westfalia.

Strajk jest efektem nieudanych pertraktacji płacowych między związkami a DB, które miały miejsce w ubiegłym tygodniu w Hanowerze.

– Pracodawcy złożyli nam ofertę, która nie odpowiada żądaniom naszych członków – mówiła w piątek Regina Rusch-Ziemba, która z ramienia EVG negocjowała z kierownictwem DB.
Agencja prasowa ADP podała, że związki EVG i GDL żądały od zarządu podwyżek w wysokości 7,5 proc. dla w sumie 160 tys. pracowników. Szefostwo gotowe było przystać na wzrost płac wynoszący w sumie 5,1 proc. i rozciągnięty na 29 miesięcy: w pierwszym etapie miała ona wynieść 2,5 proc., potem 2,6 proc. Dla związków było to nie do przyjęcia, nastąpiła więc odmowa pracy. Jeżeli zarząd DB będzie nieustępliwy dojdzie do ponownego strajku, tym razem pełnowymiarowego.

Zarząd kolei musi się mierzyć nie tylko z wyzwaniami płacowymi ze strony samych pracowników. Już od długiego czasu Deutsche Bahn jest obiektem zmasowanej krytyki ze strony niemieckiej prasy i samych pasażerów. Wbrew stereotypowi o bezbłędnym funkcjonowaniu, Koleje Niemieckie od lat doświadczają niedofinansowania, które przekłada się na problemy infrastrukturalne.

Polska – USA – Rosja. Wymiar realnych interesów My, socjaliści

Po liście ambasador USA w Polsce do premiera polskiego rządu nadszedł chyba czas na przybliżenie prawdy o realnym wymiarze interesów Polska – USA z Rosją w tle.

 

Lansowana dotychczas w mediach wspólna miłość nabrała nagle realnych wymiarów. Ciekawe, czy przedstawiciele elit rządzących w Polsce są gotowi taką prawdę społeczeństwu przekazać? Trzeba bowiem powiedzieć, na czym realnie polegają stosunki między Polską a USA i ile to kosztuje. W tle jest kalkulacja – czemu tak drogo?
Przez ostatnie 300 lat, do dziś, relacje w Europie opierają się na równowadze w układzie sił pomiędzy Niemcami (Prusami) a Rosją. Historycznie beneficjentem lub ofiarą była zawsze w tym układzie Polska. Stan ten skutkował rozbiorami Polski, jak również względnej stabilności i okresami możliwości realizacji, w ograniczonym zakresie, naszych interesów narodowych (II RP, Polska Ludowa). Zawsze istniał problem granic Polski, ponieważ mimo zakodowanej w naszej pamięci przestrzeni imperium jagiellońskiego, nigdy później nie udało się osiągnąć podobnych rozmiarów państwa. Do dziś stanowi to kompleks i przekleństwo kolejnych pokoleń. Najdłuższy w historii współczesnej okres stabilnych granic na wschodzie i zachodzie uzyskała Polska po II wojnie światowej, trwa to już 73 lata, choć zostało okupione kilkoma milionami polskich ofiar.
Stan ten jest wynikiem stosunków europejskich i światowych opartych o nowy paradygmat kształtowania relacji w Europie ustalony w latach 1943-46 przez państwa zwycięskiej koalicji antyhitlerowskiej. Przetrwał on mimo upływu czasu i zmian po wydarzeniach lat 1989-90, przede wszystkim po upadku ZSRR i zjednoczenia Niemiec.
Trzeba zwrócić uwagę, że Polska, mimo upływu czasu, ma nadal problem z odpowiedzeniem sobie na dwa zasadnicze pytania. Jedno dotyczy Rosji, drugie – Niemiec. Pierwsze to, czy istniejąca dziś Federacja Rosyjska kontynuuje kierunek rozwoju oparty o spuściznę historyczną carskiej Rosji domu Romanowów, czy też w zmienionej formie utrwala Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich oraz drugie, czy Republika Federalna Niemiec jest krajem, który wyciągnął wszystkie wnioski ze skutków swej polityki ostatnich 200 lat, czy też kontynuuje w zmienionej formie „drang nach Osten” metodami pokojowymi. Uważam, że Polacy powinni zadawać sobie te pytania i poszukiwać na nie pozytywnych odpowiedzi, bowiem jesteśmy narodem i krajem, który ma swoje miejsce w historii świata i Europy, a także może mieć realny wpływ na przyszłość naszego regionu i kontynentu.
Warto przypomnieć, że szczególnie dynamiczne przeobrażenia przeszedł świat w wyniku II wojny światowej. Zmieniły się granice w Europie. W wyniku ustaleń w Jałcie i Poczdamie Polska wróciła na ziemie piastowskie w stabilnych granicach, stała się państwem jednonarodowym, w przeciwieństwie do II RP rozdzieranej przez konflikt z narodami na wschodzie i zagrożenia od zachodu i północy.
W ramach tworu państwowego – Polski Ludowej i istniejących w latach 1945-90 realnych sojuszy w Europie, gwarantem polskich granic był ZSRR, bowiem jako mały kraj, takich gwarancji sami nie byliśmy w stanie sobie zapewnić.
Granica Polski na wschodzie opierała się i opiera na tzw. Linii Curzona, będącej pierwotnie brytyjską koncepcją graniczną po wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 roku. Przyjął ją Stalin po przetargach w Teheranie i Jałcie, i w 1944 roku uzyskał zgodę PKWN na jej pozostawienie, jako trwałej granicy Polski na wschodzie. Rozwiązanie to potwierdzili alianci zachodni. Dziś granica ta nie jest kwestionowana, Rosja nie formułuje wobec Polski żadnych roszczeń granicznych. Niemniej na Ukrainie znajdujemy w ostatnich latach akcenty sił nacjonalistycznych dotyczące przynależności Przemyśla, Chełma i Hrubieszowa do tradycji i historii tego państwa.
Pomimo, że zmiana w układzie sił światowych nastąpiła w roku 1990 wydawać by się mogło, że Polska osiągnęła stan bezpieczeństwa, to tak wcale nie jest. Trwająca rywalizacja o przywództwo światowe powoduje zagrożenia naszego interesu narodowego. Poszukiwanie gwarantów naszego bezpieczeństwa, mimo przynależności do NATO nie wydaje się być zakończone, mamy bowiem w tle nieporozumienia (a może spór) pomiędzy USA i częścią państw Europy Zachodniej, które kwestionują między innymi wspólnotę tzw. Zachodu opartą o dominację amerykańską.
Rządząca w Polsce koalicja prawicowa próbuje rozwijać wielowymiarowy dialog i stosunki z USA, widząc w tym budowę gwarancji naszego bezpieczeństwa. Polityka ta napotyka na zróżnicowane opinie, również w obozie szerokiej prawicy. Na przykład prof. Stanisław Bieleń pisze, że „…afektywny stosunek do Rosji, przedstawianej w czarnych barwach, służy konstruowaniu polskiej tożsamości jako państwa zwasalizowanego wobec Ameryki. Z enuncjacji polskich polityków odwiedzających Stany Zjednoczone, można wywnioskować, że najważniejszym celem polskiej dyplomacji jest oparcie gwarancji amerykańskich dla bezpieczeństwa Polski na sojuszu antyrosyjskim”.
Wydaje się, że ostatnie wydarzenia, szczególnie treść i ton listu ambasador USA do polskiego premiera, jak też realne istniejący układ sił w naszej części kontynentu opierający się o rozbieżne interesy największych graczy: USA, Niemiec i Rosji powinny rodzić dziś, i w dalszej perspektywie takie działania polityczne polskich władz, które biorą pod uwagę przynajmniej nasze doświadczenia historyczne, szczególnie te z lat 1795, 1918 i 1939.

Niemiecki „Prometeusz” w Belwederze Recenzja

Trzyletnia (1915-1918), poprzedzająca odzyskanie niepodległości przez Polskę okupacja ziem uwolnionego od panowania Rosjan tzw. Królestwa Polskiego jest – jak się wydaje – tematem gruntownie i do znudzenia oraz do wyczerpania opisanym w licznych publikacjach historycznych, szczegółowych i syntetycznych, dotyczących tego okresu.

 

Dlatego do lektury studium amerykańskiego historyka Jesse Kauffmana „Iluzoryczne przymierze” przystępowałem bez szczególnych oczekiwań, raczej jako do skorzystania z okazji rocznicowego odświeżenia wiedzy. A jednak, ku mojemu – satysfakcjonującemu skądinąd – zaskoczeniu, Kauffman, być może dzięki geograficznemu także oddaleniu, a na pewno dzięki dystansowi natury poznawczej, dokonał nader oryginalnego naświetlenia tego krótkiego okresu w historii Polski.
Na owe trzy lata zwykliśmy bowiem patrzeć przez pryzmat tego, co nastąpiło później – klęski Niemiec w Wielkiej Wojnie oraz odzyskania przez Polskę niepodległości. Gdy jednak Niemcy wchodzili do Warszawy w sierpniu 1915 roku, po uprzednim opuszczeniu jej przez Rosjan, taka perspektywa nie istniała i nawet trudna była do wyobrażania. Z tej przyczyny ten trzyletni czas traktowany jest jako – w istocie rzeczy – relatywnie mało istotne preludium na drodze do nieuchronności. Zamiast przyjąć to jako oczywistość, Kauffman zadał kilka istotnych i chyba nigdy przez historyków polskich ( przynajmniej ja się na takowe nie natknąłem) nie stawianych pytań: „Co Niemcy robili, sprawując władzę nad tym krnąbrnym i niespokojnym terytorium w środku Europy? Czy przedstawiciele Generalnego Gubernatorstwa snuli jakieś dalekosiężne plany związane z ziemiami polskimi, które znalazły się pod ich rządami? Czy plany te zyskały określony instytucjonalny wyraz? Do jakiego stopnia polityka Generalnego Gubernatorstwa była powiązana z polityką krajową w Prusach, gdzie kipiał zajadły konflikt polsko-niemiecki? Jak miejscowe napięcia i konflikty wpływały na przebieg okupacji? Co działania rządu okupacyjnego mówią nam o Niemczech w czasie pierwszej wojny światowej i o samej wojnie? Co postępowanie Generalnego Gubernatorstwa mówi nam o ciągłości historii Niemiec?”. Ten pakiet pytań Kauffman dopełnia taką oto, trafną konstatacją: „Zagadnieniom tym historycy poświęcili zadziwiająco mało uwagi”. Generalny wniosek amerykańskiego historyka jest taki, że wkraczając w sierpniu 1915 do Królestwa Niemcy nie mieli skonkretyzowanego planu, co – ujmując rzecz kolokwialnie – z tym Królestwem Polskim zrobić, tym bardziej, że nie mogli, zwłaszcza wtedy, znać przyszłych losów wojny. Nie mieli skonkretyzowanych planów co do tego terytorium także pomimo tego, że mogli i musieli przecież wtedy zakładać, że wygrają tę wojnę, skoro ją w końcu, rok wcześniej wywołali. I być może nie mieliby planu przez kolejne lata, gdyby nie wysoki profil umysłowy, charakter, mentalność i ambicje mianowanego generał-gubernatorem warszawskim Hansa Hartwiga von Beselera.
Był to człowiek wykształcony i światły, a choć inżynier, to obejmujący swoim zainteresowaniami zagadnienia wykraczający poza jego ściśle zawodowe, wojskowe i inżynieryjne kompetencje. Dość wspomnieć, że nie było typowym dla niemieckiego wojskowego czasów wilhelmińskich to, że objąwszy swoją siedzibę w Belwederze, Beseler zainteresował się historią tego obiektu, zwłaszcza w okresie Powstania Listopadowego i czasie je poprzedzającym, w tym postacią swojego historycznego – poniekąd – poprzednika, Wielkiego Księcia Konstantego, a owocem tego zainteresowania było napisane przez niego studium na ten temat. Beseler, choć znany jest z fotografii jako przyodziany w mundur niemiecki (a z rzadka i pikielhaubę) wyższy oficer niemiecki o marsowym wyglądzie, nie miał w swoim charakterze nic z butnego i ograniczonego Prusaka, wypełniającego swoją mentalnością, postawą i zachowaniem ów rozpowszechniony i nie pozbawiony trafności stereotyp. Po pewnym czasie formalnego urzędowania w Warszawie Beseler doszedł do wniosku, że w interesie Niemiec jest odbudowanie państwa polskiego, jako monarchii konstytucyjnej, jako satelickiego tworu pod protektoratem niemieckim. Uznał jednocześnie, że jeśli ten plan ma być zrealizowany w sposób racjonalny i zgodny z dalekosiężną racją stanu Niemiec, trzeba uzyskać co najmniej minimum akceptacji ze strony społeczeństwa Królestwa, a w pierwszym rzędzie jego elit. W konsekwencji uznał więc, że tryb sprawowania przez Niemców kontroli nad tym terytorium nie może być brutalną, wojskowo-policyjną, represyjną okupacją, lecz musi przyjąć możliwie najłagodniejszą, najmniej kolizyjną formę współegzystencji społeczeństwa polskiego z niemieckimi czynnikami politycznymi. Nie było to zadanie łatwe. W społeczeństwie Królestwa Polskiego nastroje w stosunku do Niemców, do „Prusaków” jak ich ogólnie i kolokwialnie określano, były na ogół wrogie. O ile w sierpniu 1914 roku wymaszerowujące z Królestwa, w tym Warszawy, wojska rosyjskie żegnane były jak „swoje” (społeczeństwo było już w znaczącym mocno, także pod wpływem propagandy endecji, emocjonalnie „zruszczone”), o tyle wkraczających do Królestwa Niemców witano w najlepszym razie chłodno, z licznymi akcentami wrogości. Żywa była pamięć forsownej germanizacji w zaborze pruskim (ciekawe, że rusyfikację spora część Polaków, głównie plebejska, chłopska, traktowała z taryfą ulgową), brutalnych „rugów pruskich”, działalność Hakaty w bismarckowskiej II Rzeszy, a także wiedza o najświeższym, bolesnym, okrutnym doświadczeniu pacyfikacji, zbombardowaniu i spaleniu Kalisza dokonanego przez Niemców na progu wojny (wątek ten znalazł się w „Nocach i dniach” Marii Dąbrowskiej). Mimo tych psychologicznych barier Beseler przystąpił do dzieła i szybko stworzył organizm administracyjny, w którym przy zachowaniu szczelnej niemieckiej kontroli administracyjnej i wojskowej wprowadzone zostały dla Polaków szerokie swobody polityczne i kulturalne.
Po raz pierwszy od wielu dziesięcioleci otwarte zostały możliwości krzewienia pamięci o polskich tradycjach narodowych, upowszechniania polskiej kultury i sztuki, w tym w ich aspekcie niepodległościowym. Zanim doszło do aktu 5 listopada, czyli proklamowania zamiaru budowy państwa polskiego, w maju 1916 roku odbyły się wielkie, legalne obchody 125 rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja, a wszelkie przeszkody w wystawianiu w teatrach n.p. dzieł romantyków polskich zostały zniesione. Reaktywowany też został Uniwersytet Warszawski, a za tym poszedł rozległy proces budowania instytucji polskiego samorządu, szkolnictwa, struktur administracyjnych i gospodarczych. Zdaniem Kauffmana nie wytrzymuje krytyki powszechnie uznawana teza, że jedynym motywem takich działań niemieckich, było pozyskanie polskiego „rekruta” do armii niemieckiej. Jednym z najbardziej spektakularnych aktów tamtego czasu było radykalne (prawie o połowę ) powiększenie terytorium Warszawy, przez włączenie w jej obręb otaczających ją obszarów i miejscowości. Cały ten proces, dynamiczny, ale nie wolny od tarć, konfliktów i represji (Beseler miał przeciwników nie tylko w społeczeństwie polskim, ale także w części jego rodzimej administracji niemieckiej, w szczególności w jej kręgach junkierskich i nacjonalistycznych).
Wysiłki Beselera przekreśliła jednak finalnie klęska wojenna Niemiec i odbudowanie niepodległej Polski. Nie jest rolą historyka snucie hipotetycznych wyobrażeń co do możliwego biegu zdarzeń, ani tym bardziej snucie tzw. historii alternatywnej. Toteż Kauffman tego nie czyni, ściśle trzymając się bezstronnej, naukowej narracji ściśle opartej o źródła. Postronnemu czytelnikowi, jak piszący te słowa, wolno to jednak czynić. Nie sposób zlekceważyć faktu, że w ciągu niespełna trzech lat, Warszawa, z prowincjonalnego, zaniedbanego miasta – de facto – rosyjskiego w Kraju Przywiślańskim, wykonała, w znaczącym stopniu dzięki administracji Beselera, radykalny skok, doznała postępu administracyjnego, instytucjonalnego, cywilizacyjnego i terytorialnego. Na wystawie o „niemieckiej” Warszawie lat 1914-1918 w Muzeum Warszawy na Rynku Starego Miasta można nawet przeczytać sformułowanie, że to Beseler i jego administracja pozwoliły Warszawie stać się miastem na miarę przyszłej stolicy Polski, miastem zmierzającym ku modelowi europejskiemu. Nie mogę się uwolnić od natrętnej myśli, czy gdyby projekt „niemieckiego Prometeusza” (darzącego Polaków niejaką sympatią, ale podkreślającego ich kulturową i polityczną niedojrzałość) w Warszawie nie został przerwany po trzech latach i miał kontynuację przez kolejne dziesięciolecia, Polska nie podniosłaby się cywilizacyjnie w większym stopniu niż pod rodzimą administracją w II Rzeczypospolitej?
I może takie państwo polskie nie padłoby ofiarą hitlerowskiej teutońskiej furii? I czy nie byłoby to korzystniejsze dla przyszłych pokoleń polskich? Zwłaszcza, że nie można w dalszej perspektywie wykluczyć możliwości postępującej emancypacji tej formy polskiej państwowości.
I czy gdyby wizja przyszłego państwa polskiego stworzona w Generalnym Gubernatorstwie lat 1915-1918 została zrealizowana, może nie doszłoby do tego, co stało się dwie dekady później, pod okrutną, barbarzyńską, nazistowską okupacją w ramach administracyjnego tworu o tej samej nazwie? Tak, to jedynie „gdybanie” i wyobrażanie sobie historii, której nie było, ale materia studium Kauffmana do takich spekulacji inspiruje. Amerykański historyk zwraca zresztą uwagę na tę analogię, nie znajdując wszakże pełnej odpowiedzi na pytanie o przyczyny nazistowskiej, krwawej furii hitlerowskiej w okupowanej Polsce. Praca Jesse Kauffmana, to kapitalne, fascynujące, dające bardzo wiele do myślenia, i to do przemyślenia po nowemu, studium oświetlające pozornie oczywisty epizod z historii Polski XX wieku nowym i spod innego kąta rzuconym światłem. I bardzo dobra, bo nie „uroczysta” i rytualna lektura na finał obchodów stulecia polskiej niepodległości.

 

Jesse Kauffman – „Iluzoryczne przymierze. Niemiecka okupacja na ziemiach polskich w czasie I wojny światowej”, przekł. Jan Kabat, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2018, str. 256, ISBN 978-83-06-03535-3

Europejski tramwaj Wywiad

O kondycji Unii Europejskiej z prof. Klausem Bachmannem, historykiem, politologiem, publicystą, profesorem nauk społecznych, autorem wielu książek o tematyce europejskiej, polsko-niemieckiej i polsko-ukraińskiej rozmawia Justyna Koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: 27 państw unijnych zatwierdziło wynegocjowane porozumienie w sprawie Brexitu. Co ono zawiera?

KLAUS BACHMANN: Bardzo długą umowę, która reguluje warunki, na jakich Wielka Brytania rozstaje się z UE, i nieco krótszą deklarację polityczną o przyszłych stosunkach między UE a Wielką Brytania, która ma głównie ułatwić premier May przeprowadzenie tej umowy przez parlament. Najciekawsze w obu dokumentach jest jednak to, czego nie zawiera – jasnej decyzji, jak będzie wyglądać reżim celny na granicy między Irlandią i Irlandią Północną i jak się ten reżim odbije na granicy celnej między Irlandią Północną i Wielką Brytanią.

 

Czy Unia jest wygranym w tych negocjacjach?

Słusznie tu nikt nie mówi o wygranej. W wyniku Brexitu UE traci jednego z największych członków, a Wielka Brytania prędzej czy później traci dostęp do jednego z największych rynków świata. To jednak nie znaczy, że obie strony tracą tyle samo.
Wielka Brytania traci dostęp do relatywnie bardzo dużego rynku, który dla niej jest bardzo ważny, a UE traci dostęp do relatywnie małego (jeśli to porównać z UE-27) rynku. W dodatku Wielka Brytania kompletnie traci prawo współdecydowania o UE, bo Brytyjczycy muszą się wycofać ze wszystkich instytucji unijnych, nie będą mieli posłów w PE, nie będą głosować w Radzie UE. UE traci tylko tyle, że TSUE już nie będzie miał jurysdykcji nad Wielką Brytanią – jeśli zakładamy oczywiście, że nie będzie dłuższego okresu przejściowego, podczas którego Wielka Brytania zostaje członkiem unii celnej, bo nie chce albo nie może uregulować reżimu granicznego z Irlandią.

 

Coraz częściej słychać głosy, że parlament brytyjski nie zatwierdzi porozumienia. Wówczas scenariuszy jest kilka. Czy upadnie rząd Theresy May i będą wcześniejsze wybory?

Tego nikt nie wie, bo sami posłowie jeszcze tego nie wiedzą. W tej chwili May nie ma większości, bo unioniści, którzy jej zapewniają przewagę, chcą „mieć ciasto i jeść ciasto”, to znaczy nie chcą powrotu do kontroli celnych na granicy z Irlandią, ani granicy celnej między Irlandią Północną i Wielką Brytanią. Ale gdzieś ta granica celna musi przebiegać, jeśli Wielka Brytania chce wyjść z unii celnej z UE.

 

Czy wobec tego możliwe jest powtórne referendum w sprawie Brexitu?

W Wielkiej Brytanii referendum może zwołać tylko sam rząd. Nie mogą tego robić obywatele wbrew rządowi, jak to się ciągle dzieje w Szwajcarii. Jeśli May nie chce referendum, to go nie będzie, chyba że zostanie obalona, ale na razie wygląda na to, że mogą to robić jedynie jej wewnątrzpartyjni przeciwnicy, którzy w dodatku chcą wyjść z UE bez umowy. Jeśli oni wygrają z brytyjską premier, to też nie mają powodu, aby zainicjować referendum. Trzeba pamiętać, że referenda mają to do siebie, że ich wynik jest nie do przewidzenia.
Aby wyjść, Boris Johnson nie potrzebuje referendum, bo już jedno dostał i wygrał. Jeśli zaś drugie referendum skończyłoby się większością, która nie chce Brexitu, to natychmiast straciłby swoją władzę, jak dwa lata temu David Cameron. Po co miałby więc ryzykować? Ten dylemat miałby też każdy inny rząd, nawet taki, który chce zostać w UE (choć trudno dostrzec, jaki to mógłby być rząd, skoro nawet Jeremy Corbyn, lider Partii Pracy mówi, że respektuje wynik referendum sprzed dwóch lat).
Załóżmy, że powstanie taki rząd, który chce zostać w UE i ogłosi referendum. Jeśli ludzie ponownie zagłosują za wyjściem z UE, to taki rząd upadnie, bo to przecież wotum nieufności wobec niego. Jeśli dostanie większość za pozostaniem Wielkiej Brytanii w UE, to i tak musi jakoś uzasadnić, dlaczego to wotum jest ważniejsze niż to, co „naród” zadecydował dwa lata temu. To świetny przykład dla tych, którzy każdy spór chcą sprowadzić do głosowania „wszystko albo nic” i rozstrzygnąć to w referendum: tak, to „naród” albo jego część decyduje. Ale to politycy, elity polityczne – a w Wielkiej Brytanii nawet tylko sam rząd – decydują, kiedy naród to robi i jak tę decyzję potem interpretować.

 

W jakiej kondycji znajduje się Unia przed wyborami do PE, które już za kilka miesięcy?

W nie najlepszej. Powoli ci, którzy jeżdżą na gapę, osiągają masę krytyczną. Zawsze byli tacy, którzy formalnie przyjmowali obowiązki i prawa i potem starali się tylko korzystać z praw, a ignorować obowiązki tak długo, jak się dało. To poniekąd naturalne, wszystkie państwa tak robią, dlatego wymyślono takie instytucje, jak Komisja Europejska i TSUE, aby temu zapobiec albo przynajmniej podwyższyć koszty jazdy na gapę. KE i TSUE to rodzaj kontrolerów we wspólnym europejskim tramwaju, dlatego mało kto ich lubi, ale wszyscy ich potrzebują, jeśli Zarząd Komunikacji Miejskiej ma nie zbankrutować. Kiedyś jeżdżący na gapę starali się to ukryć i robili to tylko na krótkich trasach, teraz spędzą noc w tramwaju, imprezują na koszt pozostałych i obnoszą się tym, że jeżdżą, ale nie płacą. A kontrolerzy już nie nadążają za nimi, bo oni zaczynają koordynować swoje akcje i bronią się nawzajem.

 

Coraz częściej ci chcący jeździć na gapę, eurosceptycy, dochodzą do głosu w krajach członkowskich. Jak to rokuje na kształt przyszłego Parlamentu Europejskiego?

Będzie ich więcej, co zmusza tradycyjne partie do zwierania szeregów, ale raczej nie daje partiom eurosceptycznym wpływu na instytucje. Duże znaczenie będzie tu też miało, czy socjaliści i chadecy roztoczą parasol ochronny nad swoimi nieco szemranymi sojusznikami, np. w Bułgarii (socjaliści) albo w Polsce i na Węgrzech (chadecja).
Tu dobrego wyjścia nie ma, zwłaszcza wtedy, kiedy taka partia ma dużo posłów i ma do wyboru, czy zasilić swoimi głosami chadecję lub frakcję skrajnie prawicową albo prawicowo-populistyczną. Wtedy taka chadecja stoi przed dylematem: zachować cnotę i pozwolić na wzmocnienie przeciwników czy połknąć taką żabę i mieć więcej głosów.

 

Od kilku dni Unia ma jeszcze jeden problem, konflikt na morzy Azowskim Ukraina-Rosja. Jakie kroki powinna podjąć KE?

W warunkach wojny informacyjnej powinna wysłać jasny komunikat o tym, kto tu jest agresorem, a kto napadniętym, i że taranowanie mniejszych statków, porwanie ich załogi i trzymanie marynarzy jako zakładników nie jest akceptowaną metodą rozwiązywania sporów dotyczących granicy morskiej. Kiedy słyszę te wezwania do deeskalacji, skierowane do obu państw, to myślę sobie, że czas, aby Ukraina nareszcie wycofała swoich żołnierzy z Rosji i oddała ziemie, które zagarnęła. Mam wtedy przed oczami scenę, która kiedyś rozgrywała się w Brukseli: młody facet napadł na starą babcię, wyrwał jej torbę i uciekł. Nie próbowałem go złapać, to zadanie dla policji, ale też nie wezwałem babci do deeskalacji. Zgodnie z obecną logiką wypowiedzi wielu europejskich polityków policja powinna była najpierw ustalić, czy babcia nie sprowokowała tego rabusia i czy ona później nie wykorzysta tego napadu, aby wzbudzić litość u sąsiadów i wystąpić o dodatek do emerytury.
Być może UE w obecnej sytuacji nie będzie w stanie ukarać sprawcy. Zresztą nie jestem pewien, czy kary w stosunkach międzynarodowych w ogóle mają sens – wystarczy przypomnieć, jaki skutek przyniosły sankcje i embarga podczas rozpadu Jugosławii, ale komunikat musi być jasny – choćby ze względu na opinię publiczną państw członkowskich i po to, aby ograniczyć możliwości manipulacji tą opinią ze strony Rosji.

 

„Po incydencie w Cieśninie Kerczeńskiej jest jasne, że należy jak najszybciej zrezygnować z budowy Nord Stream 2; zależność od tranzytu gazu przez Ukrainę na razie powstrzymuje Moskwę przed większą agresją wobec Kijowa” – pisze „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Może tak należy zareagować? Czy takie rozwiązanie wchodzi w grę?

Ten argument działa też w drugą stronę: ta zależność nie powstrzymała Rosji ani od przejęcia Donbasu, ani od aneksji Krymu, ani od obecnego konfliktu wokół Kerczu. Obecny rząd nie zrezygnuje z NS2, ale wątpię też, czy inny niemiecki rząd zastopuje tę inwestycję. W Niemczech około połowa ankietowanych w sondażach jest prorosyjska i od ostatnich wyborów ma to swoje odzwierciedlenie w Bundestagu: lewica, część socjaldemokracji i chadecji (CSU), liberałowie i Alternatywa dla Niemiec są mniej lub bardziej prorosyjskie, chadecja (CDU) i Zieloni są krytyczni wobec Rosji. Ale nawet jeśli upadnie koalicja Merkel i powstanie koalicja z udziałem Zielonych, chadecji i liberałów, to wątpię, czy odważą się na decyzje, które przekreślą NS2. To formalnie inwestycja prywatna i transnarodowa, a koncerny na pewno poszłyby do sądu i skończyłoby się podobnie jak wielka reforma energii (Energiewende) Angeli Merkel: rząd, zamykając elektrownie jądrowe, musiał płacić tym koncernom gigantyczne odszkodowania. A ceny energii, które za sprawą tej reformy i tak nieustannie rosły, poszłyby jeszcze bardziej w górę.

 

Angela Merkel zapowiedziała, że nie będzie ubiegać się o fotel szefa partii. Jak to wpłynie na przyszłość Unii w kontekście jej potencjalnych następców?

W ogóle nie wpłynie. Czy kanclerz jest szefem partii lub nie, rzutuje na jego pozycję wobec klubu parlamentarnego i na ogólny wizerunek partii, bo łącząc te funkcje zapobiega się kłótni między szefem partii i szefem rządu. Ale dla jej pozycji w UE nie ma to wpływu. Wpływ na UE może mieć to, że za kilka lat przejdzie na emeryturę i wtedy z pokładu zejdzie polityczka, która zawsze walczyła jak lew, aby utrzymać jedność UE, narażając się za to nawet opinii publicznej, własnej partii i wyborcom, nie mówiąc o opinii publicznej w Grecji. Każdy następca będzie miał bardziej klarowny, jednoznaczny i mniej dyplomatyczny przekaz niż ona. Nikt z nich nie ma takiej skóry słonia jak ona.
Mamy teraz znowu scenę polityczną jak w latach 70. i 80., z ostrymi podziałami ideologicznymi, otwartą kontestacją, demagogicznymi występami i popytem na symbolikę polityczną. To wymaga wyrazistych polityków z jasnym przekazem, którzy walczą widowiskowo ze smokiem, nawet jeśli nie rozwiążą ani jednego problemu, a tylko tworzą dodatkowe. Usłyszmy wtedy, że Niemcy nie chcą płacić za UE, w której nikt nie przestrzega reguł, i że trzeba bronić niemieckich interesów. W zależności od tego, kto będzie to mówił, może się nawet nazywać „europejskimi wartościami”. I tak samo jak w Stanach, będzie to zasłona dymna, która ukrywa, że możliwości Niemiec wpływania na innych też się kurczą w świecie, w którym relatywna waga Europy maleje wobec rosnącej roli Chin, Rosji i państw wschodzących i coraz bardziej izolacjonistycznymi Stanami.

 

To wszystko nie brzmi dobrze, niemniej nie raz Unia pokazywała, że potrafi przezwyciężyć kłopoty, a nawet wyjść z nich wzmocniona. Czy tym razem będzie podobnie?

Unia od kilku lat się kurczy. Jeśli ten proces doprowadzi do tego, że za kilka-, kilkanaście lat Unia będzie mniejsza, to na pewno będzie wtedy bardziej spójna i będzie mniej „jeżdżących na gapę” w tramwaju, ale to też oznacza, że jej relatywna waga w stosunku do innych będzie mniejsza. Tramwaj będzie miał mniej pasażerów i przez to pojedzie szybciej i wszyscy będą mieli ważne bilety, ale ten tramwaj już nie będzie miał pierwszeństwa na każdym skrzyżowaniu.