Nie dla AfD

Ewangelicki biskup Berlina Markus Droege był jednym z uczestników demonstracji na berlińskim Alexanderplatz, podczas której mieszkańcy i mieszkanki niemieckiej stolicy solidarnie powiedzieli „nie” prawicowym ekstremistom.

Lewica, chadecy i protestanci zgodzili się co do jednego – nie może być mowy o jakiejkolwiek współpracy, również lokalnej, z ksenofobiczną Alternatywą dla Niemiec. Asumptem do zorganizowania demonstracji była rocznica śmierci Rudolfa Hessa, zastępcy Adolfa Hitlera, który dzięki wcześniejszej ucieczce z III Rzeszy uniknął kary śmierci w Norymberdze, zmarł dopiero w 1987 roku, śmiercią samobójczą w berlińskim więzieniu Spandau. Data 17 sierpnia była dotąd wykorzystywania przez niemieckich (i nie tylko) ekstremistów do urządzania sentymentalnych seansów uwielbienia ideologii neonazistowskiej.
W tym roku żadni pogrobowcy Hitlera nie pojawili się na ulicach Berlina. W centrum miasta zebrali się natomiast obywatele, których połączył sprzeciw wobec działań współczesnej niemieckiej skrajnej prawicy. W zgromadzeniu zorganizowanym pod hasłem „Przejąć odpowiedzialność za przeszłość dla współczesności i przyszłości” przez związek na rzecz otwartego na świat i tolerancyjnego Berlina wzięli udział m.in. politycy Linke, Zielonych, SPD, CDU, a także chrześcijańscy duchowni.
Ewangelicki biskup Berlina Markus Droege zaprezentował się jako zadeklarowany antyfaszysta. Na Alexanderplatz przestrzegał przed próbami fałszowania historii Niemiec przez skrajną prawicę. „Kto nie potrafi obchodzić się w odpowiedzialny sposób z przeszłością, ten nie może także kształtować w taki sam sposób przyszłości” – mówił duchowny.
Biskup wspomniał o procederze „przeinaczania o 180 stopni prawdy historycznej” przez polityków Alternatywy dla Niemiec. Droege wskazywał na budowanie nienawiści na poziomie etnicznym i wyznaniowym, a także wielokrotne próby zakłócania porządku publicznego podejmowane przez AfD i inne grupy związane ze skrajną prawicą. Duchowny skrytykował też nawiązywanie przez ekstremistów do etosu walki w NRD o prawa obywatelskiej, nazwał to „niebezpiecznym instrumentalizmem”. Zwracał też uwagę na niepokojący proceder pomniejszania i bagatelizowania zbrodni III Rzeszy.
Kim byli organizatorzy wydarzenia? Związek na rzecz otwartego na świat i przyjaznego Berlina zrzesza liczne niemieckie organizacje społeczne. Są wśród nich między innymi Niemieckie Zrzeszenie Związków Zawodowych (DGB), Krajowy Związek Sportowy Berlina (LSB), oba Kościoły Niemieckie, Żydowskie Forum na Rzecz Demokracji i przeciwko Antysemityzmowi w Berlinie oraz Centralna Rada Muzułmanów w Niemczech.
Ważne słowa przeciwko skrajnej prawicy wypowiedział też Przewodniczący Centralnej Rady Żydów w Niemczech, Josef Schuster w rozmowie z „Welt am Sonntag”.

Słaby motor handlowy

Nasza wymiana gospodarcza z innymi państwami nadal nie przyczynia się do wzrostu polskiego produktu krajowego brutto.

Handel zagraniczny wciąż ciągnie polską gospodarkę w dół, choć na szczęście już coraz wolniej.
Obroty towarowe handlu zagranicznego w okresie styczeń – czerwiec bieżącego roku wyniosły 495,0 mld PLN w eksporcie oraz 495,8 mld PLN w imporcie. Ujemne saldo ukształtowało się na poziomie 0,8 mld PLN, podczas gdy w analogicznym okresie roku ubiegłego wyniosło minus 7,9 mld PLN – podaje Główny Urząd Statystyczny.
Wciąż jeszcze tracimy
Utrzymywanie się ujemnego salda w wymianie gospodarczej Polski jest złą wiadomością. Dobrą wiadomością jest natomiast to, że w porównaniu ze styczniem – czerwcem 2018 r. nasz eksport wzrósł o 6,6 proc., a import tylko o 5,0 proc.
Wyrażając to w walutach obcych, w pierwszym półroczu bieżącego roku polski handel zagraniczny odnotował stratę w wysokości 0,3 mld USD, podczas gdy w analogicznym okresie ub. r. wyniosła ona aż 2,3 mld USD. Natomiast licząc w euro, obecna strata wyniosła 0,2 mld euro, zaś w tym samym okresie minionego roku sięgnęła jeszcze 1,9 mld EUR.
Wymianę gospodarczą prowadzimy przede wszystkim z krajami rozwiniętymi, do których dostarczamy różne elementy i podzespoły do wyrobów gotowych, a sprowadzamy zaawansowane produkty i technologie. W pierwszym półroczu przypadało na nie 87,3 proc. naszego eksportu (w tym na Unię Europejską 80,2 proc.), oraz 66 proc. importu (import z UE stanowi 58,8 proc.). Nasz import z krajów rozwiniętych wyniósł 367,1 mld zł (w tym z UE 343,0 mld zł) wobec 356,7 mld zł (w tym z UE 334,5 mld zł) w tym samym okresie 2018 r. Eksport tam: 432 mld zł (z czego do państw UE 397 mld zł).
Natomiast najmniejszy udział polskiej wymiany gospodarczej przypada na nasz region, czyli na kraje Europy Środkowo-Wschodniej. W eksporcie ogółem wyniósł on zaledwie 5,8 proc., a w imporcie 7,8 proc.
Nasi najważniejsi partnerzy
Polska ma ujemne salda handlu zagranicznego z krajami rozwijającymi się – minus 92,3 mld zł (czyli minus 24,3 mld USD, albo minus 21,5 mld EUR) i z krajami Europy Środkowo-Wschodniej – minus 10,1 mld zł (minus 2,6 mld USD albo minus 2,3 mld EUR). Dodatnie saldo uzyskano natomiast w obrotach z krajami rozwiniętymi: 101,6 mld zł (26,7 mld USD, 23,6 mld EUR), w tym z krajami UE nasza nadwyżka osiągnęła poziom 105,4 mld zł (27,8 mld USD, 24,5 mld EUR).
Mówiąc bardziej konkretnie, w styczniu – czerwcu br. wśród głównych partnerów handlowych Polski odnotowaliśmy wzrost eksportu do wszystkich krajów z pierwszej dziesiątki (kolejno: Niemcy, Czechy, Wielka Brytania, Francja, Holandia, Włochy, Rosja, Stany Zjednoczone, Szwecja, Węgry).
Wzrost importu nastąpił zaś z Chin, ze Stanów Zjednoczonych, Hiszpanii, Holandii, Francji oraz Niemiec.
Obroty z pierwszą dziesiątką naszych partnerów handlowych stanowiły 66,4 proc. eksportu i 64,0 proc. importu.
Czy nastąpi odbicie?
Nasz główny partner handlowy to Niemcy. W pierwszym półroczu nasz eksport w tym kierunku wyniósł 135,2 mld zł, a import stamtąd 110,8 mld zł. Wartość polskiego eksportu do tego państwa w okresie styczeń – czerwiec 2019 r. obniżyła się w porównaniu z pierwszym półroczem ubiegłego roku o 0,7 punktu procentowego i wyniosła 27,3 proc. Wartość importu zmniejszyła się zaś o 0,6 pkt. proc. i stanowiła 22,3 proc. Dodatnie saldo wyniosło 24,4 mld zł, wobec 22,1 mld zł w analogicznym okresie ub. r. Spadajace obroty z Niemcami to wynik słabnącej gospodarki naszego zachodniego sąsiada, która zgłasza mniejsze zapotrzebowanie na półprodukty z Polski.
Warto zauważyć, że również udział Rosji w polskim imporcie zmniejszył się w porównaniu z analogicznym okresem 2018 r. o 1,0 pkt. proc. i stanowił 6,0 proc. To z kolei efekt mniejszego importu rosyjskiego gazu, stopniowo zastępowanego gazem z krajów arabskich i Norwegii. Zarówno w polskim eksporcie, jak i imporcie, najważniejszą pozycję stanowią maszyny, urządzenia i środki szeroko pojętego transportu. Przypada na nie średnio 37 proc. naszych obrotów handlowych. To struktura typowa dla państw rozwiniętych.
Można mieć nadzieję, iż zaobserwowany w pierwszym półroczu szybszy wzrost polskiego eksportu niż importu, sprawi, że cały rok 2019 zakończy się dodatnim saldem naszej wymiany gospodarczej.

Kim są dziś Zieloni?

Ogromne czarne morze z małymi, zielonymi, miejskimi wyspami, gdzieniegdzie czerwone i niebieskie plamki pośród peryferyjnych obszarów położonych na wschodzie – tak wygląda mapa wyborcza Niemiec po ostatnich wyborach europejskich.Były one niekwestionowanym sukcesem Zielonych, którzy osiągnęli bezprecedensowy wynik. Co więcej, wiele sondaży wskazuje obecnie, że mogą być również zwycięzcami wyborów do parlamentu federalnego. Jest to niewątpliwie przełomowy moment w politycznej historii Niemiec, w której tradycyjne partie tracą masowe fundamenty; głosy wyborców idą zasadniczo w dwóch kierunkach, albo dla Zielonych, albo dla skrajnie prawicowej alternatywy dla Niemiec (AfD). Sukces tego stronnictwa politycznego został przyjęty z nadzieją przez lewicę na całym kontynencie, która chce w nim widzieć szansę na to, że gniew ludzi udręczonych neoliberalnym zaciskaniem pasa może być zagospodarowany nie tylko przez różnej maści nacjonalistów. Czy są to nadzieje uzasadnione?

Zieloni wygrali na dużych obszarach metropolitalnych i są szczególnie popularni w bogatych miastach, takich jak Hamburg, Monachium (stolice trzeciego i siódmego najbogatszego regionu europejskiego) oraz Stuttgart. Innym pewnym faktem jest to, że ich wyborcza baza znajduje się w rdzeniu Europy Zachodniej, a mianowicie w Niemczech, Francji i Wielkiej Brytanii. Są oni dość słabo reprezentowani w innych częściach Europy Zachodniej i Północnej, a na Wschodzie zupełnie nie istnieją, chociaż zaistnienie tam przydałoby im się najbardziej.
Wątpliwe praktyki, niezły program
Przed rzutem oka na historię i program Zielonych, spójrzmy na artykuł w Der Spiegel, poświęcony Katharinie Fegebank, przywódczyni Zielonych w Hamburgu, ich twierdzy w Niemczech, i jej walkę o fotel burmistrzyni Hamburga. Jak dowodzi dziennik, jej publiczne występy i opinie są mieszaniną wszystkiego: oportunizmu, kiczowatych zagrywek, między innymi gdy śpiewa kolędy i opowiada historie na jarmarku bożonarodzeniowym, lub gdy obdarowuje gorącą kawą przybyłych na pogrzeb Helmuta Schmidta, ambiwalencji. Ta ostatnia objawia się zwłaszcza w stosunku do Olafa Scholza (burmistrza Hamburga rządzącego podczas protestów G20 w 2017 roku, w międzyczasie ministra finansów): z początku Fegebank współpracowała z nim i jego administracją przy organizacji szczytu, ale potem, gdy protesty przeciwko szczytowi nasiliły się, zmieniła stronę i zaczęła go gwałtownie krytykować. Jej działania najlepiej opisuje postawa „vernünftige Mitte” – pojęcie to tłumaczone jest jako „racjonalny polityczny centryzm”, trafniej jednak można je zdefiniować następująco: to świadomość istniejących problemów społecznych, a następnie zwalczanie ich, niezależnie od tego, czy oznaczałoby to koalicje z konserwatystami czy z korporacyjnymi pieniędzmi. Fegebank nie jest jedyną Zieloną, która zdaje się kierować w polityce taką właśnie metodą.
W eurowyborach wątpliwe praktyki niektórych czołowych Zielonych jeszcze jednak aż tak nie raziły. Za to znaczny segment wyborców porwał program, w którym zapisano, iż w 2030 r. 45 proc. energii ma pochodzić ze źródeł odnawialnych. W przyszłości, do 2050 r., Zieloni chcieliby dojść do poziomu 100 proc. W Unii Europejskiej pod względem postulatów progresywnych w kwestii środowiska znajdują się na czele. Ten śmiały plan, przekonują, powinien być finansowany przez nową instytucję federacyjną, rodzaj ogólnoeuropejskiej agencji ochrony środowiska, a pieniądze powinny pochodzić głównie z wkładów państw członkowskich: „Lepiej przeznaczyć 0,7 proc. na projekty ogólnoeuropejskie, a nawet globalne środowiskowe, niż 2 proc. dla armii i jej wyposażenia”. Tak Zieloni odnoszą się do budżetu NATO. Ponadto finansowanie ma zostać również osiągnięte poprzez opodatkowanie wydobycia paliw kopalnych, gigantów IT oraz europejskich rajów podatkowych. Oczywiście potrzebne jest europejskie ministerstwo finansów, jego powołanie to kolejna propozycja w ich agendzie programowej.
Jeśli chodzi o instytucje europejskie, Zieloni uznają, że Parlament Europejski odgrywa raczej niewielką rolę w forsowaniu nowych przepisów, dlatego potrzebna jest reforma, tak zwana „demokratyzacja” instytucji UE. Sposób, w jaki to się musi wydarzyć, nie jest jasno określony, ale Zieloni są pewni, że „potrzebna jest lepsza komunikacja między parlamentami krajowymi a europejskimi”. Gdy chodzi o międzynarodowe umowy handlowe i ochronę pracowników, są oni wyraźnie przeciwni umowom TTIP oraz CETA, przynajmniej w ich obecnej formie, jednocześnie głoszą, że World Trade Organization „musi przestrzegać postanowień Międzynarodowej Organizacji Pracy”. W ich programie pojawia się również minimalna płaca europejska, ale bez objaśnienia, w jaki sposób można ją dostosować do lokalnych standardów życia w różnych częściach Unii.
Kulejący internacjonalizm
Wniosek? Program jest mieszanką eleganckich formuł, skupionych na bardzo pilnych, aktualnych tematach, prezentowanych ze względnie progresywnych pozycji, jednak w taki sposób, by za bardzo nie zakłócać dotychczasowego neoliberalnego porządku społeczno-gospodarczego. Podejście Zielonych można w najlepszym razie nazwać umiarkowanie lewicowym – nie wskazuje ono i zarazem nie krytykuje pochodzenia problemów nowoczesnego społeczeństwa. Ta retoryka może być łatwo pomylona z linią dawnej europejskiej partii ALDE (obecnie ReNew Europe), być może z tą różnicą, że brakuje im swojego Verhofstadta (lidera byłej partii europejskiej ALDE), który pytał: „Dlaczego nie mamy własnego europejskiego Google?” Zieloni sprawnie posługują się narzędziami z arsenału politycznego marketingu, wyczuwając, że dawny dualistyczny podział sceny politycznej w krajach, gdzie są mocni, upada, a coś będzie musiało wypełnić polityczną pustkę po socjaldemokratach. Z pewnością w ich agendzie są ważne i bardzo potrzebne tezy i postulaty, zwłaszcza te, które odwołują się do silniejszej ochrony środowiska i wzmocnionej solidarności finansowej krajów UE. Ich program ma niewątpliwie coś z internacjonalistycznego tonu lewicy, postuluje on rozwiązywanie problemów globalnie, co odróżnia go od typowego neoliberalnego merkantylizmu gospodarczego poszukującego ciągle i wszędzie wskaźników wzrostu gospodarczego.
Problem tylko w tym, że wszystko to jest niekompletne: krytyczny ton Zielonych w stosunku do ostatniego kryzysu strefy euro i obecnego spowolnienia gospodarczego nękającego Europę Południową nie wskazuje na rzeczywistego sprawcę, a mianowicie na wielką francusko-niemiecką koalicję kapitału. W dyskusji dotyczącej uchodźców i migracji ekonomicznej nie wspominają oni o migracji wewnątrzeuropejskiej, masowych przemieszczaniu się wykwalifikowanej siły roboczej z krajów takich jak Rumunia czy Bułgaria. Jeśli chodzi o jakość powietrza i zanieczyszczenie środowiska, w ich programie nie ma wzmianki o rażących różnicach między dwoma geopolitycznymi częściami Europy, Wschodem i Zachodem. Badania Air Quality Monitoring Agency wyraźnie pokazują, że żelazna kurtyna w ogóle nie upadła jeśli chodzi o tę kwestię. A gdy wspominany jest Europejski Bezwarunkowy Dochód Podstawowy, który jest bardzo modnym tematem, trudno jest spostrzec, w jaki sposób zielone „racjonalne centrum polityczne” różni się w tej materii od przemówień z Davos.
Obrońcy Snowdena i wielbiciele Macrona
Dzieje Zielonych mają swój formalny początek w styczniu 1980 roku, kiedy to kilku lewicowych polityków z ówczesnych środowisk opozycyjnych, związanych z obroną praw człowieka, pacyfizmem i aktywizmem antynuklearnym spotkało się na pierwszym kongresie w Karlsruhe. Jednak korzenie partii można znaleźć w protestach z 1968 roku, oraz w inicjatywach obywatelskich i ruchach studenckich, które powstały później w wyniku tamtych protestów. Teraz Zieloni są niezwykle popularni w dużych aglomeracjach i bogatych ośrodkach metropolitarnych, ale swoje pierwsze zgromadzenia partyjne, a nawet pierwsze sukcesy polityczne odnotowali w wiejskiej Badenii-Wirtembergii. Tam też 16 marca 1980 roku po raz pierwszy weszli do parlamentu regionalnego. W niemieckich wyborach federalnych z 1983 roku, których głównym wydarzeniem był upadek koalicji socjalno-liberalnej kierowanej przez Helmuta Schmidta, po raz pierwszy weszli do Bundestagu (parlamentu federalnego). Już nigdy go nie opuścili; równocześnie jednak ten sukces oznaczał początek walk wewnętrznych, które niekiedy zacięte były do tego stopnia, że realny wydawał się rozpad organizacji. Cały program i struktura partii zostały zasadniczo ukształtowane przez frakcje Realos i Fundis.
Realos jest frakcją kompromisu i jest otwarta na negocjacje z innymi stronami w celu utworzenia koalicji, a nawet rządów. Najważniejszymi osobistościami politycznymi tej frakcji są Joschka Fischer, Cem Özdemir i Winfried Kretschmann. Fundis, co znaczy tyle, co fundamentaliści, są radykalnie lewicową frakcją, która nie chce porzucić podstawowych zasad partii. Walczą zatem o rozbrojenie, zniesienie NATO, eko-socjalizm, a w polityce wewnętrznej są absolutnie przeciwni sprzymierzaniu się i dogadywaniu z tradycyjnymi partiami, SPD i CDU. Fundis tworzą Jutta Ditfurth i Rainer Trampert (żadne z nich nie jest powszechnie znane na poziomie polityki europejskiej, w przeciwieństwie do przywódców Realos), członkowie i członkinie Ligi Komunistycznej z byłych Niemiec Zachodnich, oraz byli antyrewizjoniści z Jusos (młodzieżówki SPD). Fundis to również takie postacie jak Hans-Christian Ströbele, który angażuje się w nagłaśnianie skandali związanych z informacjami opublikowanymi prze Edwarda Snowdena. Do tego stopnia, że zaproponował nawet, aby Snowden otrzymał niemieckie obywatelstwo i azyl polityczny. Jest też Jürgen Trittin, który jest w dużej mierze twórcą krajowego planu stopniowego wycofywania broni jądrowej z Niemiec; kiedy był ministrem środowiska, nie mógł być związany jawnie z Fundis, ale wielokrotnie wspierał ich poglądy i stanowiska.
Najbardziej wpływowymi postaciami Zielonych nie są jednak ci odważni i nieszablonowi w poglądach ludzie. Nieporównywalnie więcej do powiedzenia mają Realos. A tam postacią pierwszoplanową jest choćby wspomniany już Winfried Kretschmann, który od ponad ośmiu lat kultywuje bardzo bliskie i serdeczne stosunki z CDU w Badenii-Wirtembergii, ale także z gigantami przemysłu motoryzacyjnego z okolicy, Daimlerem i Porsche. Sympatia dla nich, a także bagatelizowanie ich odpowiedzialności za skandal związany z niemiecką emisją dwutlenku węgla, a nawet częściowe lobbowanie na ich rzecz, to postawy, które sprawiłyby, że ktoś mógłby zastanawiać się, co ten człowiek jeszcze robi w „ekologicznej” partii.
Cem Özdemir to z kolei ucieleśnienie społeczno-kulturowego modelu integracji społeczności tureckiej. Wychował się w rodzinie gastarbeiterów i z tej niezbyt dobrej pozycji startowej doszedł na główną scenę niemieckiej polityki. By prezentować na niej poglądy typowo liberalne. Özdemir to m.in. wielki zwolennik propozycji Macrona, głoszącej wzmocnienie gospodarcze i militarne Europy wokół francusko-niemieckiego rdzenia. Wzywał on Angelę Merkel, by „nie opuszczała Francji czekającej z wyciągniętą ręką”. Oprócz przedstawiania stosunkowo stereotypowej wizji współczesnych europejskich problemów, która zaczyna się począwszy od „nieliberalnych reżimów w Polsce i na Węgrzech”, „gwałtownych i niebezpiecznych protestów Żółtych Kamizelek”, polityk Zielonych spokojnie akceptuje fakt, że Włochy i Grecja nie mogą sobie same poradzić z kryzysem uchodźczym, nie wspomina, że obecnie oba kraje przechodzą przez jedną z najostrzejszych recesji w historii), a kwestia środowiska i kryzysu klimatycznego, w której powinno się poszukiwać powodów globalnych migracji, zostaje po prostu przemilczana. W ostatecznym rozrachunku „alternatywne” przesłanie tego polityka dla Europy i Niemiec to realizm polityczny, otwartość na „centrum” i straszenie prawicowymi populistami.
Torby to nie wszystko
Trudno przewidzieć, czy taką właśnie drogę Zieloni obiorą w przyszłości. Jeśli „otwartość na centrum” będzie nadal w tej partii zwyciężać, przepadnie nie tylko jej główny atut, czyli wizerunek ugrupowania alternatywnego wobec tych dawno skompromitowanych, ale i cały sens istnienia organizacji – dążenie do wdrożenia agendy ekologicznej, która może zapobiec obecnej, coraz bardziej wyraźnej, katastrofie klimatycznej. Zieloni mogliby być alternatywą. Mając tylko 80 000 członków w całych Niemczech, zdecydowanie wygrali w ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego z SPD, do której należy 400 tys. obywatelek i obywateli. Mogą jednak popisowo ten potencjał roztrwonić, wygaszając swoje postulaty w sprawach klimatycznych czy też modyfikując je w taki sposób, by zadowolony był wielki kapitał.
Bo nie chodzi tylko o kupowanie samochodów elektrycznych, unikanie podróży samolotem, recykling plastikowych toreb i niejedzenie wołowiny. Cały kryzys klimatyczny związany jest ze sposobem produkcji, dystrybucji i konsumpcji, zintegrowanym z systemem gospodarczym opartym na zysku, stałym wzroście gospodarczym i wyzysku pracowników. Przełomowy moment w globalnym ekosystemie wiąże się również z ponownym przemyśleniem i przewartościowaniem tych kwestii gospodarczych oraz skierowaniem uwagi globalnego społeczeństwa na tych, którzy mają moc i wpływ na zatrzymanie, a nawet odwrócenie dotychczasowego kursu.

Tłumaczył Wojciech Łobodziński. Skróty i adaptacja pochodzą od redakcji. Tekst ukazał się w oryginale na bułgarskim portalu lewicowym Baricada.org. Autor jest aktywistą DIEM25.

Prawicowa ekstrema bez funduszy

Ugrupowania ekstremistycznej prawicy, a chodzi przede wszystkim o Narodowo-Demokratyczną Partię Niemiec (NPD) być może już wkrótce zostaną odcięte od finansowania z budżetu państwa. Do Trybunału Konstytucyjnego w Karlsruhe wpłynął już pisemny wniosek w tej sprawie.

O tym, że niemiecki rząd postara się o wykluczenie NPD z systemu subwencyjnego poinformowali przedstawiciele Bundestagu oraz Bundesratu – drugiej izby parlamentu.
We wniosku znalazły się poważne zarzuty pod adresem radykałów, którzy poparcie społeczne zyskują głównie we wschodnich landach. Odnotowano m.in., że „NPD nadal planowo realizuje swój cel likwidacji wolnościowego demokratycznego porządku”. A zatem, w imię art.21 ustawy zasadniczej można pozbawić tę partię państwowych dotacji.
Dokumenty skierowane do Karlsruhe zawierają ponad 300 dowodów na „nieustająco wrogie wobec konstytucji działania NPD”. Znajdujemy w nich przykładu działań, w ramach których „NPD lekceważy demokrację parlamentarną, a jej nacjonalistyczny sposób myślenia zaprzecza zasadom ludzkiej godności”
Niemieckie władze od lat próbują uniemożliwić działalność partii, która m.in. zaprzecza liczbie ofiar Holocaustu, odwołuje się do tradycji kombatanckiej Wehrmachtu, głosi hasła rasistowskie i ksenofobiczne, w tym także jadowicie antypolskie. W 2017 roku Trybunał Konstytucyjny po raz drugi, na wniosek landtagów nie przychylił się do wniosku o delegalizację ugrupowania.
Przewodniczący konferencji premierów landów Hans Joachim Grote (CDU) stwierdził, że postawienie wniosku ws. NPD było konieczne i jest konsekwentnym krokiem. – Kto dąży do likwidacji naszego liberalno-demokratycznego porządku, ten nie może za swoją pracę otrzymywać środków państwowych – powiedział Grote. Również szef AfD Jörg Meuthen okazał pełne zrozumienie dla tego rozwiązania, mówiąc dziennikarzom: „NPD jest wg mnie partią ekstremistyczną”. Zdaniem tego polityka państwo nie musi wcale poczuwać się do obowiązku finansowania tego ugrupowania.
Jak wynika z danych Bundesratu, NPD otrzymało w 2018 r. subwencje w wysokości 878 tys. euro.

Reparacji nie będzie

Jarosław Kaczyński z pewnością się tego spodziewał i zapewne wykorzysta stanowisko Niemiec do wzmocnienia swojej nagonkowej narracji na UE i RFN.

Serwis „Deutsche Welle” donosi, iż eksperci Bundestagu zakwestionowali wysunięte przez Polskę żądania dotyczące reparacji wojennych. Co ciekawe jednak, za uzasadnione uznano roszczenia Grecji w tej sprawie.
Opinia dotycząca reparacji została sporządzona na wniosek klubu parlamentarnego Lewicy. Jest to 15-stronicowy dokument zatytułowany „Greckie i polskie roszczenia reparacyjne wobec Niemiec” .Mówiąc o Grecji, zespół ekspertów proponuje, by dla uzyskania „jasności prawnej” sprawę rozpatrzył Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze. Konieczna jest do tego jednak dobra wola Berlina. Spór dotyczy bowiem zdarzeń sprzed ponad 70 lat, rząd federalny musiałby zdecydować się na taki krok dobrowolnie.
Na początku czerwca br. władze w Atenach oficjalnie zwróciły się do RFN z prośbą o wszczęcie rozmów ws. reparacji wojennych. Grecki parlament zobowiązał do tego rząd wówczas jeszcze przewodzony przez Aleksisa Ciprasa. Powołana przez parlament komisja ekspertów oszacowała straty wojenne Grecji na 290 mld euro.
Sprawa nie wygląda na rozwojową. Niemiecki rząd jest zdania, że „Traktat o ostatecznej regulacji w odniesieniu do Niemiec”, tzw. traktat zjednoczeniowy „2+4” z 1990 r. zawiera „ostateczną regulację kwestii prawnych powstałych w związku z II wojną światową”.
Strona grecka argumentuje, że w traktacie „2+4” zawartym między Republiką Federalną Niemiec, Niemiecką Republiką Demokratyczną oraz czterema byłymi mocarstwami okupacyjnymi: USA, Wielką Brytanią, ZSRR i Francją w ogóle nie ma zapisów dotyczących ewentualnych reparacji. Poza tym Grecja nie uczestniczyła w tych rozmowach, więc nie może być stroną porozumienia.
Polskie roszczenia również zostały odrzucone i nikt nie będzie ich traktował w Niemczech poważnie. Piszą o tym również dziennikarze agencji DPA. Warto zaznaczyć, że Polska jeszcze nie wystąpiła z oficjalnym żądaniem wypłaty reparacji. Poseł PiS Arkadiusz Mularczyk, który przewodzi parlamentarnemu zespołowi prowadzącemu prace w tej sprawie, twierdzi, że wkrótce oficjalna nota zostanie wystosowana, a kierowany przez niego zespół szacuje, iż Polska może żądać nawet 800 mld euro.

Kto do Syrii?

„Nie jesteśmy bananową republiką!” – powtarzają od niedzieli tenorzy SPD i innych niemieckich partii politycznych. Rząd w Berlinie odrzucił prośbę amerykańskiego gubernatora nielegalnie okupowanej, wschodniej Syrii Jamesa Jeffreya, wysłania tam swoich wojsk lądowych. Amerykanie szukają ochotników, którzy zastąpiliby część ich kontyngentu. Polska raczej nie odmówi.

„Kiedy mówię, że rząd niemiecki ma zamiar przedłużyć swoją obecność w koalicji przeciw Państwu Islamskiemu (PI), to znaczy, że – jak wiadomo – nie przewiduje wysłania do Syrii wojsk lądowych” – mówił wczoraj Steffen Seibert, rzecznik niemieckiego rządu, na konferencji prasowej. Inaczej mówiąc Niemcy nie wycofają swoich samolotów rozpoznawczych latających nad Syrią, nie przestaną też szkolić irackiej policji, ale nie zgadzają się na wysłanie żołnierzy na syryjskie terytorium okupowane.
Postulat amerykański od razu wywołał debatę w łonie kruchej koalicji rządowej kanclerz Angeli Merkel. Jej prawicowa partia CDU jest generalnie pozytywnie nastawiona do większego zaangażowania Niemiec w zagranicznych konfliktach i twierdzi, że jest otwarta na dyskusję tym bardziej, że widzi w tym drogę do polepszenia niezbyt ostatnio dobrych stosunków z imperium amerykańskim, ale SPD jest temu zdecydowanie przeciwna. Wysłanie wojsk lądowych nie przeszłoby przez parlament. Zresztą nawet wśród posłów CDU trudno znaleźć popierających oficjalne stanowisko swej partii.
W zeszłym roku prezydent Trump ogłosił „zwycięstwo” Amerykanów nad PI w Syrii, ale sytuacja nie jest różowa. W ciągu ostatnich lat Amerykanie rekrutowali i szkolili siedzących w obozach dżihadystów do walki przeciw syryjskiemu rządowi, lecz znaczna część tych oddziałów po prostu zniknęła z bronią. Wschodnia Syria ma być w oczach USA i Izraela „zaporą” przeciw Irańczykom, którzy walczą przeciw PI i Al-Kaidzie w Syrii, ale są uważani za potencjalne zagrożenie również dla państwa żydowskiego.
Według SPD, „Stany Zjednoczone bardziej wolą wasali, niż sojuszników”, więc powinny zwrócić się do kogoś innego. Amerykanie z pewnością sondują m. in. władze polskie. Polacy oddali już do amerykańskiej dyspozycji w Kuwejcie część samolotów F-16, które zakupili w Stanach. Misja ta zakończyła się w zeszłym roku.

PiS broni interesów Niemiec

A jednocześnie, ekipa rządząca obecnie Polską, skutecznie podejmuje działania, leżące także i w interesie rosyjskim.

Prawo i Sprawiedliwość bardzo aktywnie zabiegało o to, by przedstawiciel Niemiec objął kierownictwo Komisji Europejskiej.
Premier Mateusz Morawiecki osobiście zaangażował się w działania, zmierzające do uczynienia Ursuli von der Leyen, partyjnej koleżanki Angeli Merkel, szefową Komisji Europejskiej.
Szef polskiego rządu odbywał w tej sprawie zakulisowe spotkania – i w głównej mierze to on doprowadził do tego, że najważniejszym kandydatem do kierowania Komisją Europejską został nie Holender lecz reprezentantka Niemiec.
Działania przedstawicieli PiS-owskiego obozu rządzącego jednocześnie przyczyniły się do sytuacji, w której Polsce przypadło tylko jedno stanowisko wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego, zamiast dwóch, jak było w poprzedniej kadencji europarlamentu. To także leży w interesie Niemiec – i osłabia pozycję naszego kraju na arenie międzynarodowej.

Obóz prawicy wspiera Niemcy

Liderzy Prawa i Sprawiedliwości nie od dziś prowadzą politykę proniemiecką, reprezentującą interes naszego wielkiego sąsiada.
Przykładem może być rezygnacja Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów z działań mogących doprowadzić do wstrzymania budowy gazociągu Nord Stream 2, prowadzącego z Rosji do Niemiec na dnie Bałtyku. Władze Niemiec bardzo skutecznie, przy przyzwoleniu polskiego rządu, forsują zbudowanie tego gazociągu, który jest korzystny dla niemieckiej gospodarki ale stanowi zagrożenie dla interesów Polski.
Inny przykład to wyciszenie tematu polskich reparacji wojennych od Niemiec. Przedstawiciele rządu PiS unikają podejmowania kwestii reparacji w jakichkolwiek rozmowach z reprezentantami strony niemieckiej. Liderzy PiS także i na gruncie krajowym nie chcą podnosić, że Polsce należą się jakiekolwiek reparacje od Niemiec.

Polska na rzecz Rosji

PiS skutecznie łączy prowadzenie polityki proniemieckiej z jednoczesnym podejmowaniem działań korzystnych dla Rosji. Państwu rosyjskiemu także bardzo zależy na dokończeniu budowy gazociągu Nord Stream 2 – a władze Polski nie przeciwstawiają się temu ani na forum międzynarodowym, ani w jakichkolwiek rozmowach dwustronnych.
Polska zwiększa import rosyjskich surowców. W naszych zakupach dominuje ropa naftowa i gaz ziemny. Władze Polski unikają jednak podawania ubiegłorocznej wielkości importu tych produktów z Rosji. W tej sytuacji najbardziej konkretny charakter ma informacja Narodowego Banku Polskiego, stwierdzająca „W III kwartale 2018 r. wartość importu ropy naftowej do Polski wyrażona w złotych zwiększyła się o prawie 60 proc.”.
Sprowadzamy także coraz więcej rosyjskiego węgla kamiennego, co szkodzi polskiemu przemysłowi wydobywczemu, ale jest oczywiście dobre dla gospodarki Rosji.
Import z Rosji miał bardzo duży wpływ na to, że w ubiegłym roku Polska zanotowała ujemny bilans w całym swoim handlu zagranicznym. Łączny import do naszego kraju aż o około 5 miliardów euro przekroczył eksport.
Deficyt w naszej wymianie gospodarczej jest zjawiskiem dość nowym. W 2015 r, ostatnim roku w którym jeszcze nie rządziło Prawo i Sprawiedliwość, Polska zanotowała przewagę eksportu nad importem.

PiS pomaga wielkim sąsiadom

Warto zauważyć, że w ubiegłym roku nasz kraj najbardziej zwiększył swój import właśnie z Rosji. Jak podało Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii, wartość importu Polski z Rosji w 2018 r. wyniosła 16,6 miliarda euro i wzrosła aż o 26,9 proc. w porównaniu z 2017 r. To największy skok wśród naszych wszystkich partnerów gospodarczych.
Tak gigantyczny wzrost importu Polski z Rosji w znaczącym stopniu przyczynił się do ratowania rosyjskiego bilansu handlowego.
W ubiegłym roku Polska oczywiście zwiększyła też import z Niemiec – ale tylko o 6,1 proc.
Sam handel zagraniczny to nie wszystko. Za sprawą PiS współpraca z naszym wielkim wschodnim sąsiadem rozwija się coraz lepiej na wielu polach.
Bardzo dobrze funkcjonuje rządowy program Polska – Rosja. Jak stwierdziło nasze Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju, „Program Współpracy Transgranicznej Polska-Rosja wspiera rozwój w sferze społecznej, środowiskowej, gospodarczej i instytucjonalnej”.
Ważne dla dobra relacji polsko-rosyjskich są też i inne działania – jak choćby brak skutecznego przeciwdziałania wobec pełnoprawnego powrotu Rosji do decydowania w Radzie Europy. A także nie podejmowanie skutecznych kroków w celu sprowadzenia do Polski wraku tupolewa rozbitego pod Smoleńskiem (poza rytualnym powtarzaniem w kraju, zwykle w kwietniu, że Polska oczekuje jego zwrotu).
Łatwo zauważyć, że to, co PiS-owska propaganda mówi na temat obrony naszych interesów w kontaktach z Rosją i Niemcami, diametralnie różni się od rzeczywistego charakteru obecnych relacji Polski z tymi krajami.
Zapewne nieprędko – jeśli w ogóle – dowiemy się, co kierowało liderami PiS, że w swych poczynaniach przykładali tak wielką wagę do dobra interesów Rosji i Niemiec.

Korzenie niemieckiego antysemityzmu

Antysemityzm w Niemczech, także jego skrajne wynaturzenia, kojarzymy z Trzecią Rzeszą, z Hitlerem, Goebbelsem et consortes. Tymczasem oni czerpali już z praźródeł antyżydowskiego piętna, sięgającego XIX wieku, o czym w naszych publikacjach historycznych głucho. Wertując własne archiwalia znalazłem kilkukolumnowe recenzje trzech książek wydawnictw niemieckich dokumentujących, że już na długo przed Trzecią Rzeszą antysemityzm był w społeczeństwie głęboko zakorzeniony.

John C.G.Röhl „Wilhelm II” 1994 r. (Tygodnik „Die Zeit”, 25.11.1994), Dirk Walter „Antisemitische Kriminalität und Gewalt. Judenfeindschaft in der Weimaier Republik” 1999 r. („Die Zeit”, 11.03.1999) i Cornelia Hecht „Deutsche Juden und Antisemitismus in der Weimaier Republik” 2003 r. („Die Zeit” 8.01.2004).

Jeżeli streścić opinie recenzentów tych trzech książek, przez nasze wydawnictwa niezauważonych bądź zlekceważonych, to rysuje sie następujący obraz klimatu antyżydowskiego już na długo przed 1933 rokiem. Poprzednikiem Hitlera był najwyższy w cesarskiej Rzeszy autorytet – Wilhelm II – autor następującej wypowiedzi: „Najlepszym sposobem na Żydów byłby gaz”. Zdanie to wyłowili historycy z listu Cesarza do gen Augusta von Mackensena z 2 grudnia 1919 r. Takich lub podobnych wypowiedzi najwyższy dla kraju autorytet pozostawił więcej. W połowie 1890 r uznał rasizm za fundament swego światopoglądu. W jego notatniku znaleziono zdanie: „Żydzi i komary to zaraza, od której ludzkość musi sie uwolnić”. Uznał, że „90 procent wszystkich Niemców potępiłoby go za sympatyzowanie z syjonistami”.
Wilhelm II był autorem publicznie wyrażonej opinii, że do Klubu Oficerskiego przyjmuje się również Żydów, tymczasem kontaktowanie się z nimi jest dla oficera niedopuszczalne. Autor biografii „Wilhelm II” twierdzi, że gdy w roku 1888 Wilhelm II zasiadł na tronie, antysemici od Paryża po Wiedeń zareagowali entuzjastycznie. Jeden z nich powiedział, że „jedyną nadzieją, by Niemcy pozbyli sie żydowskiego jarzma jest cesarz Wilhelm”.
Po przegranej przez Niemcy w 1918 r. wojny światowej Wilhelm II szukał schronienia w Holandii, lecz również stamtąd przekazywał wypowiedzi antysemickie. Dopiero gdy w 1938 r. dotarły doń sygnały o Nocy Kryształowej powiedział : „Po raz pierwszy w moim życiu wstydzę się, że jestem Niemcem”. Antysemickie drogowskazy cesarza znajdowały w społeczeństwie skwapliwych wykonawców. Bardzo aktywna wówczas Partia Niemiecko-Konserwatywna włączyła w 1892 r. antysemityzm do swego programu. W jednej z recenzji czytamy: „Od końca 1918 roku miasta i wsie zalewane były ulotkami antysemickimi, które wzywały wyraźnie do stosowania przemocy wobec Żydów”. W roku 1894 kolportowano na ulicach Berlina ulotkę o treści: „Albo w 1950 r. Niemcy uporają się ostatecznie z żydowskim niebezpieczeństwem, albo Żydzi opanują Berlin”.
Recenzujący książkę Röhla stwierdza, że „Autor ukazał przerażające dowody nienawiści wobec Żydów, nienawiści rasowej ostatniego cesarza niemieckiego.”
Dominujące w pierwszych latach Trzeciej Rzeszy hasło „Oczyścimy Niemcy z Żydów” było w obiegu już 50 lat wcześniej. W 1881 r., ponad ćwierć miliona Niemców podpisało petycję, zamykającą Żydom możliwość osiedlania się w Niemczech. Tych zaś, którzy już tu mieszkają, należy pozbawić pracy we wszystkich urzędach publicznych. Zredukować także odsetek studentów żydowskich na uniwersytetach. Czystka winna objąć również korpus oficerski. Już w roku 1890 weszło do obiegu publicznego słowo „aryjczyk” jako synonim nie Żyda.
Głosy protestu opinii publicznej przeciwko tej kampanii rozlegały się niezbyt donośnie. Pochodziły zresztą głównie od środowisk żydowskich. Monachijskie „Stowarzyszenie obywateli niemieckich wyznania żydowskiego” wydało w 1919 r. ulotkę protestująca przeciwko obwinianiu Żydów za wszelkie zło, niegodziwości i nieszczęścia wówczas odczuwane.
Recenzent książki Dirka Waltera zauważa: „Dotychczas uspakajaliśmy się opinią, że przed rokiem 1933 atmosfera wrogości w Niemczech wobec Żydów nie różniła się bardzo od sytuacji w innych państwach zachodnich oraz, że była ona zdecydowanie mniej agresywna w porównaniu z tym, co działo się w Europie Wschodniej. Dopiero po przejęciu władzy przez Hitlera miał pojawić się dla Żydów stan zagrożenia. Obraz taki wymaga jednak korekty”. Dirk Walter miał możliwość zapoznać się w – jak to określa – specjalnym archiwum moskiewskim z aktami „Centralnego Stowarzyszenia Obywateli Niemieckich pochodzenia żydowskiego”. Myszkował także w archiwach niemieckich. Doszedł do wniosku, że już w Republice Weimarskiej przemoc antysemicka była codziennością. Ofiarą padały nie tylko synagogi, cmentarze żydowskie, sklepy, lecz mniejszość atakowano także bezpośrednio. Rząd rozważał ograniczenie Żydom praw obywatelskich. Skrajni antysemici uważali, że ograniczanie Żydom praw obywatelskich toczy się zbyt wolno, połowicznie. Dlatego nazywali Republikę Weimarską pogardliwie „Republiką Żydowską”.
Rozgoryczenie wywołało w środowisku żydowskim wydane w 1916 roku zarządzenie ministra wojny cesarskich Niemiec, by liczono Żydów służących w armii. Postawieniem ich na cenzurowanym byli zaskoczeni, bo czynili przecież wszystko by pokazać się rządzącym jako przykładni Niemcy. Poborowych względnie ochotników żydowskich było wówczas blisko 100 tys. Z tego 30 tys. otrzymało odznaczenia wojenne, a 20 tys. awansowano. Przewodniczący „Stowarzyszenia żydowskich żołnierzy frontowych”, Leo Löwenstein, zareagował na decyzje ministra: „Jesteśmy rozczarowani i zawiedzeni”. Zabiegając o zacieranie zewnętrznej różnicy między Niemcami a Żydami, rodziny żydowskie już za cesarstwa Rzeszy nie tylko zmieniały nazwiska, lecz noworodkom nadawały imiona niemieckie. Władze hitlerowskie położyły kres tym praktykom.
Nastroje antyżydowskie sięgały szczytu w połowie lat Republiki Weimarskiej. Według badań Dirka Waltera, co kilka tygodni rejestrowano spektakularne akty agresji, niszczenia synagog, cmentarzy żydowskich. Szczególnie skrajnymi aktami agresji padali „Ostjuden”, żydzi którzy napływali do Rzeszy ze wschodu Europy. Osiadli już w Niemczech Żydzi bogaci i cywilizowani w porównaniu z „Ostjuden” nawet sami włączali się do tej kampanii, patrząc z pogardą na tych ze wschodu, bo szkodzili wizerunkowi miejscowych Żydów. W Bawarii władze uruchomiły nawet obóz, kierując tam wyłapywanych Żydów ze wschodu.
Według opinii Cornelii Hecht „jest oczywiste, że w porównaniu z Rzeszą cesarską w Republice Weimarskiej doszło do jeszcze większej radykalizacji ataków na Żydów”. Oczywiście do głosu dochodziły wówczas także siły nie akceptujące prześladowań. Na przykład głośno protestowała socjaldemokracja. Jej aktywność jednak w miarę upływu lat stopniowo malała.
Narodowi socjaliści przejmując władzę stąpali już na dobrze przygotowanym gruncie antysemickim.
Z głęboko zakorzenionym antysemityzmem Niemcy zdają się mieć wieczny problem. Przewodniczący Centralnej Rady Żydów w Niemczech, Paul Spiegel w wywiadzie dla „Der Spiegel” nr 12 (2005) powiedział: „Niszczenie cmentarzy żydowskich to nie przypadki zdarzające się raz na miesiąc, nawet nie raz w tygodniu, lecz prawie codziennie”. Mimo, że i synagogi i inne ośrodki żydowskie pilnuje tam na co dzień policja”.
Przy okazji aktualny aneks. Polskie incydenty antysemickie to drobiazg na tle sytuacji chociażby w Niemczech czy we Francji. Dlaczego wobec tego akurat o Polsce tak głośno w Izraelu?

Nie leczyć LGBT

17 maja 1990 roku homoseksualizm został wykreślony przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) z listy chorób. Od tej pory nie powinno się go leczyć, choć są środowiska, które do tej pory to robią wbrew wiedzy medycznej.

Do dzisiaj istnieją w Polsce ośrodki oferujące terapie, których celem jest wyleczenie z homoseksualizmu. Są one najczęściej związane ze strukturami religijnymi. Terapie, oferowane w tych ośrodkach mają doprowadzić pacjenta do niezgody na jego orientację, co w konsekwencji prowadzi do depresji, zaburzeń i niekiedy prób samobójczych.
Zapewne przeciwko takim praktykom występuje proponowana przez Niemcy ustawa, która zakaże „leczenia” homoseksualizmu m.in. terapiami konwersyjnymi. Nowe prawo zaproponował Jens Spahn, minister zdrowia Niemiec. Przygotowując swój projekt niemiecki urzędnik oparł się na nowych ekspertyzach naukowych, które udowadniają, że terapie te nie przynoszą ani skutków, ani korzyści, a wręcz przeciwnie – mogą stwarzać zagrożenie dla samych pacjentów.
Rezolucję zakazującą terapii konwersyjnych w stosunku do homoseksualistów podjął Parlament Europejski, ale ma ona jedynie charakter postulatywny, a nie obowiązujący.
W Niemczech, jak informuje portal onet.pl funkcjonują ośrodki „leczące” homoseksualistów, a ich reklamy prezentował na swojej stronie Związek Wolnych Gmin Ewangelickich.
W przypadku uchwalenia proponowanych zmian prawnych w Niemczech, można się spodziewać że część z „pacjentów”, którzy chcą poddać się podobnej terapii na skutek własnej decyzji lub pod naciskiem otoczenia, mogą szukać takowych w Polsce. A z tym nie będą mieli najmniejszego problemu.

Prominenci PiS trzęsą portkami przed Niemcami

Propaganda Prawa i Sprawiedliwości jest jednak skuteczna.

Tej propagandzie czasami dają wiarę nawet i mądrzy ludzie, jak choćby prof. Bronisław Łagowski, który w tygodniku „Przegląd” napisał: „Polski rząd występuje z żądaniem odszkodowań od Niemiec za szkody wyrządzone Polsce w czasie wojny”.
A tymczasem prawda jest taka, że rząd Prawa i Sprawiedliwości nigdy NIE wystąpił, nie występuje i nie wystąpi z żądaniem jakiegokolwiek odszkodowania wojennego od Niemiec.
Co więcej, nigdy żaden przedstawiciel rządu, czy choćby szeroko pojętej administracji PiS-owskiej, nawet słowem nie pisnął o domaganiu się reparacji podczas jakichkolwiek spotkań z udziałem oficjalnych przedstawicieli władz niemieckich.
Rzekome domaganie się reparacji od Niemiec przez PiS to wyłącznie propagandowy teatr, odgrywany na użytek naiwnej krajowej publiczności – żeby wmówić jej, iż obecna ekipa twardo walczy o polskie interesy, podnosi kraj z kolan i żąda tego, co się nam słusznie należy. Ale to wszystko lipa.
W rzeczywistości o odszkodowaniach wojennych od Niemiec czasami mówią posłuszni posłowie i wynajęci publicyści, ale oczywiście w kraju. Polski rząd nawet i w kraju milczy o tym konsekwentnie.
Raz jeden, półtora roku temu, nasz minister spraw zagranicznych, po spotkaniu z swym niemieckim odpowiednikiem, oświadczył na wspólnej konferencji prasowej, że obaj zgodzili się, by o reparacjach rozmawiali eksperci. Był to – bez złośliwości – akt niesłychanej odwagi ze strony szefa polskiej dyplomacji, bo prominenci PiS boją się władz niemieckich jak diabeł święconej wody. Nawet prezes Jarosław Kaczyński, grzmiąc niedawno, iż Polsce należą się odszkodowania wojenne, powiedział, że należą się one od „niektórych” – gdyż bał się wspomnieć, że od Niemców.
Należy się domyślać, że polski minister spraw zagranicznych nie działał pochopnie i w afekcie, gdy odważył się na zuchwalstwo, polegające na wypowiedzeniu słowa „reparacje” w obecności ministra niemieckiego. Zapewne doszło do tego w ten sposób, że najpierw strona polska poprosiła stronę niemiecką o pozwolenie, tłumacząc, że to tylko tak, dla potrzeb polskiej opinii publicznej, i że, broń Boże, nikt z polskiego rządu nigdy nie będzie zawracać głowy reparacjami niemieckim kolegom.
I Niemcy łaskawie się zgodzili – ale na tej samej wspólnej konferencji prasowej niemiecki minister dla porządku dodał, iż sprawa reparacji jest prawnie zakończona i zamknięta, po to żeby nikt w Polsce nie snuł rojeń, że z zapowiedzianych półtora roku temu „rozmów ekspertów” mogłoby cokolwiek wyniknąć.
A i sam polski minister wkrótce potem oświadczył, iż temat reparacji nie istnieje w relacjach między rządami Polski i Niemiec. Miał rację – nie istnieje i nie zaistnieje, bo rząd PiS boi się władz Niemiec, co widać także i w innych sprawach, na przykład przy okazji budowy rosyjsko-niemieckiego gazociągu Nord Stream 2 pod Bałtykiem. Tu także rząd lęka się wspomnieć Niemcom, iż chciałby zażądać wstrzymania budowy gazociągu.
Niełatwo dociec przyczyn tego organicznego lęku PiS-owskich władz przed reprezentantami państwa niemieckiego. Trudno silić się tu o jakiekolwiek zawiłe wyjaśnienia psychologiczne, więc chyba wystarczy ograniczyć się do mądrych słów Poety: „Gdy wieje wiatr historii, ludziom jak pięknym ptakom rosną skrzydła, natomiast trzęsą się portki pętakom”.