Na trudnym rynku nad Renem

Niemiecka gospodarka zwalnia tempo, ale to nie odstrasza naszych firm.

Połowa polskich firm działających w Niemczech ocenia stan tamtejszej gospodarki wciąż jako „dobry”, zaś około 24 proc. jako „zadowalający”.

Mniej optymistów

W porównaniu z ubiegłorocznymi badaniami już znacznie mniejszy odsetek ankietowanych (21 proc.) mówi, że gospodarka Niemiec jest w „bardzo dobrej” kondycji. Przed rokiem taki pogląd prezentowało aż 40 proc. naszych przedsiębiorców.
27 proc. polskich spółek przewiduje spowolnienie gospodarcze w Niemczech w kolejnym roku. To najsilniejszy sygnał schłodzenia koniunktury od 2016 r.
Takie wyniki przynosi badanie polskich firm w Niemczech przeprowadzone jesienią tego roku na zlecenie Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej. Firmy te reprezentują przemysł przetwórczy, usługi, handel, budownictwo, zaopatrzenie w energię elektryczną i wodę oraz utylizację odpadów.
Celem badania była ocena niemieckiej koniunktury gospodarczej oraz uwarunkowań prowadzenia biznesu przez przedstawicieli polskich firm działających za Odrą

Nie boją się spowolnienia

Polscy przedsiębiorcy pozostają mimo wszystko optymistami w ocenach aktualnej sytuacji własnych firm. Jedna czwarta ocenia ją jako „bardzo dobrą”, a 43 proc. jako „dobrą”.
Odsetek firm opisujących swoją kondycję jako „zadowalającą” pozostaje na podobnym poziomie (ok. 30 proc. ) od trzech lat.
Mimo prognozowanego spowolnienia, większość ankietowanych firm deklaruje, że utrzyma, bądź zwiększy sprzedaż, zatrudnienie i inwestycje.
W opinii polskich przedsiębiorców, wśród zalet niemieckiego rynku należy przede wszystkim wymienić jakość infrastruktury (transportowej, komunikacyjnej, informatycznej i energetycznej), dyscyplinę płatniczą kontrahentów, przewidywalność polityki gospodarczej Niemiec oraz przychylność administracji w obsłudze przedsiębiorców.
Największy odsetek przedsiębiorców narzeka na koszty pracy, wysokości podatków i brak dostępu do wykwalifikowanych kadr.
Profity wyraźnie przewyższają jednak wszelkie trudności. Dlatego 93 proc. badanych firm potwierdza, że powtórzyłoby decyzję o wejściu na rynek niemiecki – choć w ubiegłym roku mówiło tak aż 97 proc.

Zimny prysznic

W ubiegłym roku polskie firmy funkcjonujące nad Renem prezentowały rekordowe prognozy wzrostu sprzedaży. Wówczas wzrost sprzedaży w kolejnych miesiącach zapowiadało trzy czwarte ankietowanych spółek.
Rzeczywistość niejednokrotnie przyniosła zimny prysznic, toteż w bieżącej edycji badania tylko około połowa ankietowanych mówi o wzroście sprzedaży w najbliższym roku. Niespełna 40 proc. przewiduje obrót na niezmienionym poziomie. Co dziesiąta firma zapowiada zaś obecnie spadek sprzedaży. Wszystko to przekłada się na plany rozwojowe. Niemal 70 proc. badanych firm z Polski prognozuje, że liczba pracowników w kolejnych miesiącach nie ulegnie zmianie. O wzroście zatrudnienia mówi tylko 20 proc. przedstawicieli przedsiębiorstw.
Na te wyniki można jednak patrzeć dość optymistycznie, gdyż w sumie 90 proc. przedsiębiorstw zamierza utrzymać lub zwiększyć zatrudnienie.

Pierwszy zagraniczny rynek

Dosyć pozytywnym sygnałem są deklaracje zwiększania nakładów inwestycyjnych, złożone przez 40 proc. ankietowanych. Połowa firm podaje zaś, że utrzyma wydatki inwestycyjne na dotychczasowym poziomie. Ciąć swe inwestycje zamierza więc tylko 10 proc. naszych firm działających w Niemczech. Nasz wielki zachodni sąsiad to zwykle pierwszy zagraniczny rynek dla polskich firm, zwłaszcza z sektora małych i średnich przedsiębiorstw.
Ponad połowa tych firm zdecydowała się na ekspansję na ten rynek w celu uzyskania dostępu do nowych klientów. 44 proc. chciało zwiększenia skali działania. Prawie co trzecia liczyła na doskonalenie swojej produkcji, zaś co piąta wskazywała na osiągnięcie granicy rozwojowej na polskim rynku.

Drugi silnik zaczął lepiej pracować

Nasz eksport zaczyna nabierać rozpędu po zachwianiu, spowodowanym rządami PiS.
Oznacza to, że drugi, najważniejszy obok konsumpcji krajowej motor polskiego
wzrostu gospodarczego, stopniowo przyśpiesza. Pytanie, na jak długo?

Polski handel zagraniczny wyszedł z dołka. Jak podaje Główny Urząd Statystyczny, obroty towarowe Polski w okresie styczeń – wrzesień bieżącego roku wyniosły 745,9 mld PLN w eksporcie oraz 742,3 mld PLN w imporcie.
Tak więc, dodatnie saldo ukształtowało się na poziomie 3,6 mld PLN, podczas gdy w w tym samym okresie roku ubiegłego wyniosło minus 12,3 mld PLN. W porównaniu ze styczniem – wrześniem 2018 roku eksport wzrósł o 6,5 proc., a import o 4,1 proc.

Na lekkim plusie

Te dane stanowią dobry sygnał, świadczący o tym, że polskie firmy umieją radzić sobie także i w trudniejszych warunkach, spowodowanych wolniejszym tempem rozwoju u naszego głównego partnera gospodarczego, w Niemczech.
Po trzech kwartałach jesteśmy na plusie także i w przeliczeniu na dwie najważniejsze waluty świata. Eksport wyrażony w dolarach USA wyniósł 195,6 mld USD, a import 194,7 mld USD (spadek odpowiednio w eksporcie o 1,1%, a w imporcie o 3,2%). Tak więc, mamy nadwyżkę w wysokości 0,9 mld USD, podczas gdy w tym samym okresie 2018 r. odnotowaliśmy deficyt: minus 3,5 mld USD.
Natomiast eksport wyrażony w euro wyniósł 173,6 mld, zaś import 172,8 mld (czyli wzrost w eksporcie o 5,0 proc. , a w imporcie o 2,7 proc.).
Dodatnie saldo wyniosło zatem 0,8 mld EUR, podczas gdy w ubiegłym roku traciliśmy w tym czasie 2,9 mld EUR.

Z rozwiniętymi notujemy rozwój

Tradycyjnie, największy udział w wymianie gospodarczej Polska osiąga w handlu z krajami rozwiniętymi.
Jeśli chodzi o nasz eksport, to kierujemy tam 86,8 proc. (w tym na Unię Europejską przypada 79,9 proc.). Import z krajów rozwiniętych stanowi zaś 65,6 proc. (w tym z UE 57,9 proc.).
W handlu zagranicznym z tymi państwami osiągamy nadwyżki. Dodatnie saldo w obrotach z krajami rozwiniętymi wyniosło 161,1 mld PLN (42,3 mld USD, 37,5 mld EUR), z czego na kraje Unii Europejskiej przypada 165,8 mld PLN (43,5 mld USD, 38,6 mld EUR).
W sumie, do krajów rozwiniętych wyeksportowaliśmy wyroby o wartości 647,8 mld PLN (169,9 mld USD, 150,8 mld EUR), z czego na UE przypada 595,6 mld PLN (156,2 mld USD, 138,6 EUR).
Polski import z państw rozwiniętych wyniósł zaś 486,7 mld PLN (127,6 mld USD, 113,3 mld EUR), w tym z Unii 429,8 mld PLN (112,7 mld USD, 100,0 mld EUR).

Skazani na deficyt

Najmniejsze obroty mamy natomiast z krajami Europy Środkowo-Wschodniej. Ich udział w naszym eksporcie to tylko 6 proc., zaś w imporcie 7,9 proc. Tu notujemy deficyt – minus 13,7 mld PLN (minus 3,6 mld USD, minus 3,2 mld EUR).
Ten deficyt jest jednak minimalny, w porównaniu z nierównowagą, jaka panuje w relacjach gospodarczych z krajami rozwijającymi się – deficyt aż minus 143,7 mld PLN (minus 37,7 mld USD, minus 33,5 mld EUR).
Przyczyna takiej sytuacji jest oczywista: duże zakupy tanich wyrobów i surowców, czego nie jesteśmy w stanie zrównoważyć eksportem polskich produktów, pożądanych na tamtych rynkach.
W handlu zagranicznym z krajami rozwiniętymi ratuje nas to, że jesteśmy w Unii Europejskiej, więc pełnimy dla nich rolę dostawców części i półproduktów. Dla państw rozwijających się nie możemy być kooperantami, więc w obrotach z nimi jesteśmy skazani na strukturalny deficyt.

Niemcy i długo nic

Po trzech kwartałach roku odnotowaliśmy wzrost eksportu do wszystkich krajów z pierwszej dziesiątki głównych odbiorców wyrobów z Polski (kolejno: Niemcy, Czechy, Wielka Brytania, Francja, Włochy, Holandia, Rosja, Stany Zjednoczone, Węgry, Szwecja).
Jeśli zaś chodzi o import, to zwiększyliśmy zakupy z Chin, Stanów Zjednoczonych, Hiszpanii, Francji, Holandii oraz Niemiec.
Niemcy są od lat naszym najważniejszym partnerem gospodarczym. Po trzech kwartałach tego roku nasz eksport na rynek niemiecki wyniósl 206,5 mld PLN, a import stamtąd 163,6 mld PLN.
Drugie miejsce w naszym eksporcie zajmują Czechy (45,7 mld PLN). Natomiat w imporcie, za Niemcami znajdują się Chiny, skąd sprowadziliśmy produkty o wartości 91 mld PLN.
Udział Niemiec w eksporcie obniżył się w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku o 0,5 punktu procentowego i wyniósł 27,7 proc. W imporcie obniżył się natomiast o 0,7 p. proc., do 22,0 proc.
Dodatnie saldo w obrotach z Niemcami wyniosło 42,9 mld PLN (11,3 mld USD, 10,0 mld EUR) wobec 35,3 mld PLN (10,0 mld USD, 8,3 mld EUR) w trzech kwartałach 2018 r.
Po trzech kwartałach roku w porównaniu z tym samym okresem 2018 r. nastąpił wzrost obrotów w większości grup towarów.

To samo sprzedajemy i kupujemy

W polskim eksporcie najbardziej zwiększyła się sprzedaż olejów, tłuszczów zwierzęcych i roślinnych (o 25,0 proc.) oraz napojów i tytoniu (o 12,2 proc. ). Spadła natomiast sprzedaż paliw mineralnych i smarów (o 4,5 proc.).
Co do importu, to największy wzrost zanotowano w napojach i tytoniu (o 14,8 proc.) oraz różnych wyrobach przemysłowych (o 8,4 proc.) natomiast spadek – w paliwach mineralnych i smarach (o 4,6 proc.), towarach przemysłowych (o 1,3 proc.) oraz w surowcach z wyłączeniem paliw (o 1,1 proc.).
W czasach globalizacji, kraje, zwłaszcza o rozwiniętej gospodarce, sprzedają i kupują od siebie podobne grupy towarów. Nic więc dziwnego, iż Polska jest zarazem eksporterem i importerem na przykład tytoniu i napojów czy paliw.

Rocznica Kryształowej Nocy

W rocznicę pogromu Żydów w miastach Rzeszy Niemieckiej przeprowadzonego w nocy z 9. na 10. listopada 1938 r., prawicowi ekstremiści z partii Die Rechte zorganizowali kilkusetosobowy marsz. Przeciwko nim wyszło ponad 15 tys. ludzi.

Protestowali antyfaszyści i lewicowcy, ale też ludzie, którzy nie potrafią jednoznacznie określić swojej politycznej afiliacji. Opinia publiczna w RFN jest oburzona nie tylko tupetem radykalnej prawicy, ale również decyzją urzędników, którzy udzielili wszelkich niezbędnych formalnych zezwoleń.
Zarówno sam marsz ultraprawicy jak i duża kontrmanifestacja odbyły się 9 listopada w Bielefeld, ważnym ośrodku miejskim w Nadrenii – Północnej Westfalii, w północno-zachodnich Niemczech.
Organizatorem wydarzania, jest partia Die Rechte – Partei für Volksabstimmung, Souveränität und Heimatschutz, co w tłumaczeniu na polski oznacza: prawica – partia na rzecz referendum, suwerenności i obrony ojczyzny. Utworzona została w 2012 r. przez cokolwiek znanego neonazistę Christina Worcha. Treść jego politycznej działalności od lat 70. minionego wieku to głównie dewastacje żydowskich cmentarzy, fizyczne napaści na lewicowców i obcokrajowców oraz upowszechnianie banialuk zaprzeczających zagładzie Żydów podczas II wś. Wraz z grupą akolitów powołał Die Rechte dziewięć lat temu, gdy jego natenczas macierzysta organizacja Deutsche Volksunion (niem. niemiecki związek ludowy) postanowiła zjednoczyć się z inną ekstremistyczną partią – Nationaldemokratische Partei Deutschlands (niem. narodowodemokratyczna partia Niemiec). Ta była dla niego bowiem niedostatecznie ekstremistyczna.
Oficjalnym pretekstem dzisiejszego marszu było wezwanie do uwolnienia niejakiej Ursuli Hedwig Meta Haverbeck-Wetzel – zgoła niepoczciwej dziewięćdziesięciolatki, którą prawicowa chuliganeria określa mianem więźniarki politycznej. W 2015 i 2016 r. została kilkukrotnie skazana za tzw. kłamstwo oświęcimskie, co jest potoczną nazwą upowszechniania informacji, komentarzy i opinii, które zaprzeczają faktyczności masowej zagłady Żydów zorganizowanej przez państwo niemieckie pod wodzą Adolfa Hitlera i NSDAP. W Niemczech jest to surowo zakazane i stanowi przestępstwo w rozumieniu tamtejszego prawa. Haverbeck-Wetzel znana jest swoistą maskotką i rzec można babcią ideową wielu neonazistowskich niemieckich ugrupowań.
Haverbeck-Wetzel, podobnie jak jej polscy naśladowcy, łączy ekstremistyczne prawicowe poglądy ze zjawiskami charakterystycznymi dla lewicowców i progresywistów. Mowę nienawiści i historyczne kłamstwa dot. hitlerowskich Niemiec wiąże np. z kwestiami ekologicznymi.
Niemiecka opinia publiczna nie niuansuje tego rodzaju poglądów, lecz jednoznacznie klasyfikuje je jako kryminalne. Dlatego też naprzeciwko ok. 230 prawicowych łobuzów stanęło aż 15 tys. obywatelek i obywateli. Demonstrujący utworzyli żywy łańcuch wokół synagogi w Bielefeld i prowadzili czuwanie w trakcie gdy neohitlerowcy maszerowali przez miasto.
Policja interweniowała kilkunastokrotnie.

Namiastka emerytury obywatelskiej za Odrą

Niemcy likwidują emerytury których wysokość wynika z wypracowanych składkowo lat.

Berlin wprowadza emeryturę podstawową. Ma ona być o 10 proc. wyższa od minimalnego zasiłku socjalnego i wynosić ok. 450 euro.
Otrzymywać ją mają te osoby, które nie miały możliwości lub nie zdołały uskładać kapitału składkowego wystarczającego na emeryturę w wysokości minimalnego zasiłku socjalnego.
W Niemczech są to przede wszystkim kobiety, które zajmując się przez wiele lat wychowywaniem dzieci lub opiekowaniem się nad chorymi lub starszymi członkami rodziny nie pracowały na etacie.
Przepisy niemieckie stanowią, że prawo do wypłacanego od początku 2021 roku świadczenia przysługiwać będzie po przepracowaniu 35 lat składkowych.
Zdaniem tymczasowej przewodniczącej SPD Malu Dreyer, najniższą emeryturę podstawową otrzymywać będzie nawet 1,5 mln osób. Z kolei szef CSU Markus Soeder podał, że związane związane z nowym rozwiązaniem, koszty budżetowe to najwyżej 1,5 mld euro rocznie.
Emerytura podstawowa, będąca niemiecką wersją emerytury obywatelskiej to wynik kompromisu, w którym SPD zgodziła się na żądane przez chadeków wprowadzenie górnej granicy łącznych dochodów beneficjentów emerytur podstawowych.
Emerytura podstawowa będzie zatem wypłacana jedynie tym osobom, których całość dochodów, wraz z dochodami kapitałowymi, nie przekroczy kwoty 1250 euro w przypadku pojedynczej osoby i 1950 euro w przypadku dwóch osób.
Dzięki wprowadzeniu emerytury podstawowej została zażegnana możliwość rozpadu rządzącej w Niemczech koalicji socjaldemokratów z chadekami.

Niemiecka prawicowa chuliganeria

Patriotyczni fanatycy w Niemczech coraz częściej dopuszczają się aktów przemocy i grożą swoim przeciwnikom śmiercią.

Sytuacja zrobiła się na tyle niebezpieczna, że politycy zaczęli domagać się od rządu zdecydowanej reakcji. Kanclerz Angela Merkel wprawdzie tłumaczy, że resort spraw wewnętrznych nie lekceważy problemu i podejmuje działania; są one jednak krytykowane jako niedostateczne i zbyt opieszale wdrażane. Horst Seehofer, szef tamtejszego MSW indagowany w tej sprawie przez dziennikarzy Süddeutsche Zeitung powiedział jedynie, że „jest to poważny problem naszego społeczeństwa”.
Pod nowymi wezwaniami i apelami do rządu federalnego podpisują się politycy wszystkich opcji. Piszą o tym najważniejsze media w Niemczech, m.in. Deutsche Welle. Domagają się konkretnych kroków w kwestii zwalczania prawicowego ekstremizmu i zapobiegania przestępstwom motywowanym nienawiścią. Bieg temu nadali przywódcy Partii Zielonych Cem Özdemir i Claudia Roth po tym jak neonazistowskie gangi wysłały im korespondencję, w której grożą im śmiercią. Duet ten jednak nie jest wcale odosobniony, są to po prostu najnowsze dwa nazwiska z długiej listy polityków władz centralnych i landowych, którzy stali się obiektem podobnych pogróżek w ostatnich tygodniach i miesiącach.
Deutsche Welle cytuje Thorstena Freia, wiceprzewodniczącego grupy parlamentarnej konserwatystów – zapowiedział on, iż rząd ogłosi wkrótce specjalny „nowy pakiet”, który ma pomóc w zwalczaniu prawicowego ekstremizmu. Póki co niewiele wiadomo na temat rozwiązań, które zostały w nim zapisane. Frei udzielił również kilku wypowiedzi Die Welt. Wyjaśniał m. in., że nacisk zostanie położony na wpisy na różnych forach internetowych i w sieciach społecznościowych. Organa ścigania mają m. in. uzyskiwać łatwiejszy i szybszy dostęp do numerów IP osób, które rozpowszechniają ekstremistyczne prawicowe treści. Nie wydaje się to być rozwiązaniem rewolucyjnym.
– Ktokolwiek podżega i grozi w Internecie, musi być ścigany surowiej i skuteczniej w przyszłości – powiedział Stephan Mayer, sekretarz parlamentarny Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, w gazecie Passauer Neue Presse.
Mayer ma niewątpliwie rację. Niemiecka skrajna prawica poczuła się bowiem bardzo pewnie. Warto przypomnieć, że w ub. miesiącu dwie osoby zostały zabite w mieście Halle w Saksonii-Anhalt. Poniosły śmierć z rąk prawicowego terrorysty, który próbował dokonać zbrojnego rajdu na synagogę. Latem zaś zginął Walter Lübcke, proimigracyjny polityk regionalny z partii Angeli Merkel (CDU), został zastrzelony przez fanatycznego prawicowca. Zarówno o tej antysemickiej zbrodni jak i o śmierci Lübckego informowaliśmy na łamach Portalu STRAJK. Podobnie zresztą jak o groźbach wobec socjaldemokratycznego polityka z Bawarii.
– Po zabójstwie Waltera Lübckego i [wydarzeniach w – przyp. red.] Halle obserwujemy, że prawicowi ekstremiści już nie tylko grożą śmiercią, ale faktycznie zabijają – powiedziała w rozmowie z dziennikarzami Die Welt Renate Künast parlamentarzystka partii Zielonych. Wyjaśniła także, iż popiera rządowe plany walki ze skrajną prawicą, „jednak byłoby lepiej, gdyby stały się one szybko prawem i zaczęły być wdrażane” skomentowała.
Sytuacja wydaje się naprawdę groźna. Berlin już w czerwcu zapowiadał podjęcie poważnych kroków zmierzających do skutecznego przeciwdziałania radykalnej prawicy, ale deklaracje te nie znalazły póki co żadnego praktycznego wyrazu. Tymczasem niemiecka ekstrema się przygotowuje i np. zbroi po zęby.

Gospodarka 48 godzin

Gospodarka Niemiec zwalnia

W tym roku, według prognoz ekspertów, niemiecki produkt krajowy brutto zwiększy się tylko o 0,7 proc. W ubiegłym roku tempo wzrostu niemieckiej gospodarki było ponad dwukrotnie wyższe i wynosiło 1,5 proc. Jeszcze szybciej gospodarka Niemiec wzrastała w 2017 r. Wtedy tempo rozwoju nad Renem i Łabą wynosiło 2,5 proc. Niemcy są jednak w dobrej sytuacji gospodarczej i finansowej, gdyż mają wysoką nadwyżkę handlową wynoszącą ok. 6 proc. PKB – choć w latach 2016-2017 była one jeszcze wyższa i sięgała 7,3 proc. Wolniejsze obroty niemieckiej gospodarki spowodują też oczywiście słabsze tempo rozwoju gospodarczego Polski, która funkcjonuje w dużej mierze dzięki eksportowi na rynki naszego wielkiego zachodniego sąsiada. Następuje to zawsze z dwu, trzyletnim opóźnieniem, więc w przyszłym roku mieszkańcy naszego kraju jeszcze nie powinni odczuć w swoich portfelach skutków słabnięcia polskiej gospodarki. My jednak jesteśmy w o tyle gorszej sytuacji, że rząd PiS, inaczej niż rządy wielu państw członkowskich Unii Europejskiej, nie był w stanie osiągnąć nadwyżki handlowej. Taka nadwyżka może stanowić swoistą poduszkę finansową na trudniejsze czasy – ale dla Polaków będzie ona niedostępna.

Małe można oddać

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów przypomina, że zużytego lub zepsutego sprzętu elektrycznego np. suszarek do włosów czy tabletów nie wolno wyrzucać do zwykłego kosza na śmieci. Można go oddać go w sklepie. „Przy zakupie nowego urządzenia przedsiębiorca musi bezpłatnie przyjąć od ciebie stary sprzęt takiego samego rodzaju” – informuje UOKiK. I nie musi to być sprzęt identyczny sprzęt kupiony wcześniej w tym samym sklepie. Czyli, zdaniem ekspertów z UOKiK, ktoś, kto przykładowo kupuje w sklepie nowe żelazko, możesz oddać tam stare czy zepsute, kupione kiedykolwiek i gdziekolwiek. Podobnie, gdy zamawia się np. telewizor z dostawą do domu, to można przy tej okazji zgłosić, że chce się pozbyć starego, a sprzedawca ma obowiązek zorganizować jego odbiór, choćby to nie był telewizor kupiony u niego. Ponadto, jak informuje UOKiK, sklepy, które mają co najmniej 400 metrów kwadratowych powierzchni i sprzedają artykuły gospodarstwa domowego, muszą przyjmować wszystkie zużyte urządzenia przynoszone tam przez ludzi – ale tylko małe, takie których żaden z wymiarów nie jest większy niż 25 cm.

Niemiecka emerytura dla 75-latków?

Niemiecki bank centralny ogłosił właśnie swój październikowy raport, w którym zaleca przechodzenie na emeryturę najwcześniej w wieku 69 lat i czterech miesięcy, a najlepiej jeszcze później, nawet w wieku 75 lat, by zachować dotychczasowy poziom emerytur. Neoliberalna tendencja powiązania przechodzenia na emeryturę ze średnią długości życia zaczyna wywoływać rosnące niezadowolenie.

Siedem lat temu Niemcy przeżyli pierwszy szok, gdy rząd Angeli Merkel przeforsował reformę podnoszącą wiek emerytalny z 65 do 67 lat. Tak się stało, choć nigdy w historii Niemcy nie były tak bogate jak teraz. Zalecenie Bundesbanku nie oznacza jeszcze zmiany przepisów, ale dla wielu emerytów (i nie tylko) nowa, ewentualna nowa reforma odbiera sens pracy i bogacenia się.
Bardzo wpływowy politycznie Bundesbank podaje trzy powody swej propozycji. Po pierwsze, od lat 20. bieżącego wieku na emeryturę zacznie przechodzić pokolenie „baby-boomersów”; po drugie, wzrasta średnia długość życia, po trzecie, od lat rodzi się coraz mniej Niemców, którzy mieliby finansować emerytury, a imigracja nie wystarczająco temu przeciwdziała. Podobne argumenty podają inne ideologiczne ośrodki światowego neoliberalizmu, jak Komisja Europejska, Międzynarodowy Fundusz Walutowy i OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju skupiająca 36 najbogatszych państw świata).
Tak się składa, że w łonie rządzącej koalicji trwa właśnie konflikt na temat „Grundrente” (emerytury bazowej). W przyszłym miesiącu ma zostać opublikowany „bilans połowy kadencji”, co w razie braku porozumienia da SPD okazję do przewidywanego już wcześniej wycofania się z prawicowej koalicji. Po propozycjach Bundesbanku upadek rządu Angeli Merkel stał się dużo bardziej prawdopodobny.

Po ataku w Halle

Jedynie zamknięte drzwi uratowały Żydów zgromadzonych w synagodze w Halle na obchodach święta Jom Kippur przed rzezią, planowaną przez prawicowego ekstremistę.

Niemcy są w szoku – to tradycyjna fraza w takich wypadkach, nadużywana przez media, ale istotnie, Niemcy muszą stawić czoło faktowi, że prawicowy ekstremizm w ich kraju jest krwawym zagrożeniem.
9 października w Halle 27-letni Niemiec – Stephan B. (choć niektóre media podają inne dane – Samuel Heidegger), uzbrojony w dwa rodzaje broni długiej próbował wedrzeć się do synagogi. Po niedanej próbie sforsowania drzwi i wysadzenia ich (ładunki brał ze sportowej torby, w której było ich znacznie więcej), prawicowy przestępca swój gniew skierował przeciwko przechodniom (jedna ofiara śmiertelna) i personelowi tureckiej jadłodajni z kebabami, w której zabił kolejnego mężczyznę. Przebieg swych krwawych czynów dokumentował na video, zapisanym przy pomocy kamery osadzonej najprawdopodobniej na głowie. W tle słychać wyzwiska wypowiadane przez zamachowca skierowane pod adresem Żydów i Turków.
Początkowo niemieckie organy ścigania przypuszczały, że napastników było dwóch i ta wersja jest wciąż sprawdzana. Sprawca został, według informacji niemieckiej policji, zatrzymany. Obecnie sprawdzane są jego powiązania. Wstępnie media podają, powołując się na źródła w niemieckiej policji, że nie był on wcześniej obiektem zainteresowania policji i służb specjalnych.
Policja informuje też, że w miasteczku Landsberg, 15 kilometrów od Halle też wybuchła strzelanina. Nie wiadomo, czy miała związek z wydarzeniami w Halle.
Policja w Halle zaapelowała do mieszkańców o pozostanie w domach i nie podchodzenie do okien.
Prezydent Niemiec wezwał współobywateli do okazania solidarności z Żydami. Kanclerz Angela Merkel wyraziła głębokie współczucie bliskim ofiar zamachowca, zaś wieczorem przybyła do berlińskiej synagogi, by okazać swoja solidarność z wyznawcami judaizmu.

Prawica uzbrojona

po zęby

Zza naszej zachodniej granicy dobiegają bardzo niepokojące wieści. Broń palna staje się narzędziem codziennego użytku dla skrajnej niemieckiej prawicy.
Rośnie też jej aktywność w popełnianiu przestępstw popełnianych z pobudek podyktowanych wartościami wyznawanymi przez te ugrupowania.
Podczas akcji wymierzonych w prawicowe ugrupowania, które wyznają ekstremalną ideologię, policja w 2017 roku skonfiskowała 1091 sztuk broni palnej. W 2018 roku (to są ostatnie dane Ministerstwa Spraw Wewnętrznych), podczas podobnych policyjnych akcji, broni okazało się o 61 proc. (!) więcej.
Dane, które niemieckie MSW przedstawiło, to odpowiedź na interpelację poselską deputowanego lewicowej Die Linke. Jaki rodzaj broni palnej znalazło się w rękach potencjalnych prawicowych bojówek? Pistolety, karabiny myśliwskie i wojskowe oraz materiały wybuchowe, broń biała, łuki i kusze. Mało tego, bron była ukryta i przechowywana w sposób świadczący o wysokim profesjonalizmie ukrywających, co wskazuje, że zbrojne działania są integralną częścią ideologii niemieckich prawicowców.
Jak informuje DW Polska Matthias Quent z Instytutu Demokracji i Społeczeństwa Obywatelskiego ocenił tę sytuację jako „przerażającą”, ponieważ dane MSW udowadniają, że skrajna prawica zbroi się w sposób planowy. Ocenia się, że gromadzona broń może być użyta przeciwko mniejszościom narodowym i religijnym, przeciwnikom politycznym i reprezentantom niemieckiego państwa.
Niepokój eksperta można zrozumieć – ponad połowa z 24 tysięcy prawicowych ekstremistów jest gotowa używać przemocy, jak informowało MSW Niemiec w maju 2019 roku.
Pierwsze sygnały, że sygnalizowane zagrożenie jest całkiem realne już są – stało się nim zabójstwo mera Karlsruhe Waltera Luebckiego. U podejrzanych o dokonanie morderstwa znaleziono 46 sztuk broni palnej.
Pozostaje otwartym pytanie, jakie są źródła pochodzenia broni i czy jednym z nich nie jest niemiecka armia, w której idee skrajnej prawicy też cieszą się powodzeniem, przynajmniej u części żołnierzy.

Czas na zmianę

Kilka refleksji po państwowych obchodach 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej.

Przebieg niedawnych uroczystości państwowych, związanych z 80. rocznicą napaści Niemiec hitlerowskich na Polskę, mimo upływu dni są nadal przedmiotem komentarzy i analiz prasowych. Głównym uczestnikiem tych obchodów miał być Prezydent USA – Donald Trump, w realizacji tej wizyty przeszkodził mu zapowiadany huragan Dorian i choć trudno jest dziś mierzyć wagę tych spraw (zwłaszcza, kiedy oglądamy szkody wyrządzone na Bahamach) myślę, że swą nieobecnością sprawił rządzącym w Polsce zaskakującą niespodziankę. Ja też czułam się zawiedziona, ponieważ D. Trump zaciekawia mnie swoim myśleniem o świecie i – mówiąc szczerze – czekałam na kolejny, polityczny show w stylu amerykańskim. Wiceprezydent M. Pence nie mógł przecież uwieść nas zachwytami nad A. Dudą i nad stanem praworządności w Polsce – z przesadnymi elementami kaznodziejstwa, bo przecież w tej konkurencji naszym biskupom nikt dorównać nie może (mamy to na co dzień). Odniosłam wręcz wrażenie, że wiceprezydent USA nie był o stanie demokracji w naszym kraju zbyt dobrze poinformowany, natomiast o interesach amerykańskich w Polsce – owszem, czego ewidentnym skutkiem była rezygnacja rządu polskiego z podatku cyfrowego, (na czym bez wątpienia skorzystają amerykańscy giganci medialni), a także podpisanie umowy o budowie sieci komórkowej najnowszej generacji 5G, w istocie rzeczy jest to ruch skierowany przeciw Chinom.
Wracając jednak do obchodów: w kraju nad Wisłą wybuch II wojny światowej to ważna rocznica, która ciąży na myśleniu już piątego pokolenia Polek i Polaków. Myśląc o tym pamiętam, że była to jedna z pierwszych poważnych informacji, jaka dotarła do mojej dziecięcej świadomości w latach 50. W domowych rozmowach rodziców przewijała się często obawa o rychły ponowny konflikt zbrojny tym straszniejszy, że już z prawdopodobnym udziałem bomby atomowej. Polacy żyli wtedy w przeświadczeniu, że to jeszcze nie koniec, że skazani jesteśmy na udział w kolejnym krwawym starciu…
Pamięć o wojennych losach obywateli II Rzeczypospolitej i ranach zadanych na jej terytorium państwowym i poza nim, nieustannie pobudzają naszą wrażliwość na gesty i słowa, które rozumieją ból Polaków z powodu bezmiaru zbrodni i rabunków, dokonanych na ziemiach Rzeczypospolitej.
Polska hekatomba rozpoczęła się 1 września 1939r i trwała pięć lat. Jednakże po jej zakończeniu przywódcy wielkich mocarstw pozostawili Polsce ustalenia z Jałty i Poczdamu, które u samych podstaw zapowiadały pojawienie się groźnych zjawisk dla bezpieczeństwa państwa i bytu narodu polskiego.
Długo nie trzeba było czekać, bo już w marcu 1946 r. W. Churchill w amerykańskim Fulton ogłosił tezę o zapadnięciu żelaznej kurtyny „od Szczecina nad Bałtykiem po Triest nad Adriatykiem”, oddzielającej Europę Środkowo-Wschodnią od Zachodu. Jak pamiętamy, przemówienie to dało początek „zimnej wojnie” i towarzyszącemu jej wyścigowi zbrojeń, a na przestrzeni 1949 r. powstało sojusz militarny – NATO.
W klimacie narastającego napięcia międzynarodowego pierwszoplanowym zagrożeniem dla bytu narodowego Polaków była stalinowska koncepcja ochrony interesów ZSRR na wypadek wybuchu III wojny światowej, która wyrażała się w strategii „daleko od Moskwy” (patrz: doświadczenie wywodzące się jeszcze z wojen napoleońskich). Chodziło o wytyczenie terytorium ochronnego poza granicami ZSRR, a to ze względu na ówczesny zasięg broni rakietowej, wyposażonej w taktyczne głowice nuklearne. W koncepcji tej miejscem destrukcji „pierwszego uderzenia” miała być Europa Środkowa, na obszarze której mieściła się Polska, a w tym znana z planów militarnych linia Wisły. Z różnych opracowań analitycznych wynika, że podobnie myślał o swoim bezpieczeństwie Zachód. Ewentualne starcie miało odbywać na umownej „ziemi niczyjej”: bez wątpienia, oznaczało to groźbę zniszczenia Polski.
Zdawały sobie z tego sprawę odsądzane dziś od patriotyzmu i czci ówczesne polskie elity polityczne, które po październiku 56. uznały, że celem polskiej strategii bezpieczeństwa musi stać się zneutralizowanie tego zagrożenia. Torami wiodącym do tego celu mogły być tylko: z jednej strony – propozycje pokojowych rozwiązań, zgłaszane drogą dyplomatyczną (prowadzenie systematycznych negocjacji i dialogu na gruncie międzynarodowym) i – z drugiej – mobilizowanie polskiego społeczeństwa na rzecz pokoju i współpracy międzynarodowej. Najważniejszym elementem tej strategii było jednakże międzynarodowe uznanie granicy na Odrze i Nysie, która w czasie konferencji w Poczdamie nie została ustalona ostatecznie (od 6 lipca 1950 r. obowiązywał jedynie układ w tej sprawie, zawarty w Zgorzelcu między PRL a NRD). Pozostawienie przez aliantów kwestii granicy polsko-niemieckiej do późniejszej konferencji pokojowej było najpoważniejszym „kukułczym jajem”, jakie podrzuciły Polsce wielkie mocarstwa w Jałcie i Poczdamie.
Warto w tym kontekście zauważyć, że powojenna walka władz polskich o trwałość granicy na Odrze i Nysie – poza zabiegami dyplomatycznymi – łączyła się z potężnym wysiłkiem gospodarczym i militarnym całego narodu. Zastanawiam się bowiem, ile Polskę kosztowało na przestrzeni 40 lat utrzymywanie blisko 400 tys. żołnierzy, plus uzbrojenie Ludowego Wojska Polskiego ( w tym Marynarki Wojennej). Nigdzie nie znalazłam takich danych, w PRL były głęboko poufne, ale może teraz udałoby się to wyliczyć….W każdym razie uważam, że i taką wymierną, ekonomiczną cenę naród polski zapłacił za utrzymanie granicy zachodniej i – co warte podkreślenia – w tej sprawie w społeczeństwie polskim panowała zgoda, jedność – od Gomułki po „Solidarność”! Było to niezwykle ważne – zwłaszcza, że wkrótce mogliśmy się przekonać, iż ZSRR za rządów Chruszczowa (lata 60.) miał do tej granicy stosunek „elastyczny” (czytaj: sprzedajny).
Dobitnym przykładem starań na drodze dyplomatycznej o zapewnienie Polakom bezpiecznego bytu narodowego był t.zw. plan Rapackiego, przedstawiony przez polskiego ministra spraw zagranicznych w październiku 1957 r. na posiedzeniu Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Chodziło w nim o projekt utworzenia strefy bezatomowej w Europie i oddalenie w ten sposób z jej terytorium wybuchu konfliktu z udziałem broni jądrowej. Koncepcja ta została następnie potwierdzona w memorandum rządu PRL w lutym 1958r, zyskując zainteresowanie wielkich mocarstw. Plan Rapackiego zawierał pojęcie demilitaryzacji, które – w dużym skrócie – oznaczało odstąpienie stron umowy od produkcji i magazynowania broni jądrowej, a także nierozmieszczanie na swych terytoriach sprzętu ani urządzeń, przeznaczonych do obsługi broni atomowej.
Plan Rapackiego zaowocował odprężeniem między blokiem socjalistycznym a Zachodem; okazało się, że obie strony dojrzały w tej koncepcji dla siebie korzyści i to zarówno natury ideologicznej, jak i politycznej. A dyplomacja PRL udowodniła, że w warunkach porządku pojałtańskiego potrafi narzuconą z zewnątrz ograniczoną suwerenność państwową rozciągnąć do granic „sojuszniczego” ryzyka; jej determinacja brała się stąd, że w sprawach niemieckich do końca nie ufała przywódcom ZSRR. W każdym razie, po sukcesie planu Rapackiego, Polska była bezpieczniejsza, niż miało to miejsce wcześniej, bowiem inicjatywa ta skutecznie zapoczątkowała pokojową linię polityki międzynarodowej Polski, polegającą na budowie pomostów między Wschodem a Zachodem, osiągając swoje apogeum w „dekadzie Gierka”.
Że brak zaufania do przywódców ZSRR był uzasadniony – można było przekonać się w 1964 r., kiedy to zięć Nikity Chruszczowa – A. Adżubej (redaktor naczelny „Izwiestii”) prowadził w Bonn poufne rozmowy m.in. w sprawie zjednoczenia Niemiec. Przypomnę, że polskie ziemie zachodnie i północne znajdowały się wówczas w naszych granicach od niespełna lat. Wspominał o tym na łamach Trybuny w swym ubiegłotygodniowym artykule Zygmunt Tasjer („Nieuzdrawialność polskiej duszy”). Informacja o misji Adżubeja przedostała się metodami wywiadowczymi do władz PRL. Janusz Rolicki relacjonował to w jednej ze swych książek następująco:
„Polscy oficerowie w sposób zaskakująco skuteczny nagrali wypowiedzi zięcia Chruszczowa wygłoszone na nieoficjalnych spotkaniach. Świadczyły one niezbicie, że wysłannik Kremla jest skłonny oferować Niemcom, kosztem Polski, nie mówiąc już o NRD, znaczne ustępstwa terytorialne za cenę wystąpienia Niemiec zachodnich z NATO ”.
To musiało wywołać ostrą reakcję Polski. Jednak nie wszyscy sukces ten przypisują tylko wywiadowi polskiemu. N.p. mój przyjaciel polityczny – Zbigniew Siemiątkowski – opisał tę kwestię z pewną korektą w wydanej 10 lat temu książce p.t. „Wywiad a władza”. Potwierdził, że Gomułka posiadał nie tylko relacje pisemne, ale i nagrania rozmów Adżubeja z kanclerzem Ludwikiem Erhardem i szefem bawarskiej CSU – Franzem-Josefem Straussem. Przypomnieć w tym miejscu należy, że obaj rozmówcy Adżubeja – członkowie CDU/CSU – znani byli w Europie z ostrych wystąpień przeciwko uznaniu polskiej granicy zachodniej. Z. Siemiątkowski powątpiewa jednak, czy posiadane przez Gomułkę dowody na nielojalność Chruszczowa wobec Polski mogły być zdobyte tylko przez polski wywiad. Wskazuje również na czujność służb NRD i na dobre kontakty gen. Franciszka Szlachcica ze sławnym szefem wywiadu wschodnioniemieckiego Markusem Wolfem.
W każdym razie, dzięki posiadanej dokumentacji dowiedzieliśmy się, o czym myślał N. Chruszczow. Dowody sprzedajnego stosunku do granicy na Odrze i Nysie uznawane są za bezpośrednią przyczynę upadku Chruszczowa w 1964 r. i objęcie władzy w ZSRR przez Leonida Breżniewa.
Samo wydarzenie wyostrzyło słuch ekipy Gomułki, chociaż los nam tu sprzyjał: po wygraniu wyborów w RFN przez koalicję SPD i FDP we wrześniu 1969 r., kanclerzem został socjaldemokrata Willy Brandt (1913-1992), który stał się autorem nowej polityki wschodniej RFN. W grudniu 1970r przyjechał do Warszawy i podpisał z premierem Józefem Cyrankiewiczem układ o podstawach normalizacji , w którym RFN uznała polską granicę na Odrze i Nysie ( kilka dni wcześniej doszło do podpisania umowy bilateralnej między RFN a ZSRR, chociaż oba państwa ze sobą nie graniczyły).
Podpisanie tego układu wywołało burzę w samym RFN. Po latach bliski współpracownik W. Brandta – Egon Bahr (1922-2015) wspominał zarzuty o zdradę, jakie pojawiły się wobec kanclerza ze strony niemieckiej chadecji. Franz-Josef Strauss miał nawet wykrzyczeć, że „Brandt nas już sprzedał, tylko jeszcze nie wydał”.
Jakie były drogi myślenia Brandta i jego ekipy, która przecież nie tylko chciała zmiany stosunków ze Wschodem, ale także zjednoczenia Niemiec. Egon Bahr kilka lat temu opisywał to następująco:
„myśleliśmy o dwóch sprawach: po pierwsze wiedzieliśmy, że nigdy nie osiągniemy zjednoczenia Niemiec, jeśli nie uznamy polskiej granicy na Odrze i Nysie, bo nikt nam nie pozwoli dążyć do zjednoczenia, jeżeli pozostanie obawa, że będziemy stawiali terytorialne żądania. Po drugie, Brandt miał świadomość, że musi wreszcie pozbawić Niemców, a zwłaszcza wypędzonych, iluzji, że kiedyś powrócą utracone ziemie /…/ Kropką nad „i” było uklęknięcie Brandta przed pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie”.
Egon Bahr przyznał również, że uklęknięcie to nie było wcześniej planowane. Stało się to „pod natchnieniem chwili”. Brandt później Bahrowi powiedział,że pod pomnikiem nagle miał wrażenie, że sam wieniec nie wystarczy.
Myślę, że podpisaniem układu z Polską o podstawach normalizacji Brandt otworzył drogę do Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, która miała miejsce w Helsinkach 1 sierpnia 1975 r. Jego sygnatariuszami było 33 państw europejskich oraz USA i Kanada. Powoli wygasała „zimna wojna”.
Nie bez powodu wspominam dziś w tym miejscu wydarzenie sprzed bez mała 50 laty, bowiem podobnie byłam poruszona przemówieniem, wygłoszonym dwa tygodnie temu w Warszawie przez Franka-Waltera Steinmeiera (rocznik 1956), obecnego prezydenta RFN. Myślę, że po tym, czego dokonał W. Brandt, jest to drugie wystąpienie tej miary historycznej przedstawiciela Niemiec w stolicy Rzeczypospolitej. Przemawiał świadom polskich krzywd wojennych, ale – myślę – również wysiłku własnego narodu, aby po zjednoczeniu Niemiec w październiku 1990 r. państwo nie odstąpiło ani na jotę od ducha i przepisów demokratycznej Ustawy Zasadniczej z 1949 r., prowadziło politykę pokojowej współpracy i zaufania, a na gruncie wewnętrznym dbało o rozwój gospodarczy i pokój społeczny. Gdy skończył, pomyślałam: tak przemawia mąż stanu najwyższej próby. Dodatkową satysfakcje czerpałam z tego, że jest to socjaldemokrata.
Jednakże w kontekście tego uznania dla klasy politycznej Franka-Waltera Steinmeiera stawiam jednocześnie pytanie: czy problem granicy na Odrze i Nysie może w przyszłości powrócić?
Odpowiedzi na nie szukam przede wszystkim w polityce polskiej, ponieważ sądzę,że pojawienie się takiej groźby tkwi dzisiaj w głębokim rozbiciu politycznym społeczeństwa polskiego, które coraz wyraźniej przybiera wymiar cywilizacyjny. Skutecznie bronić swych interesów międzynarodowych może tylko naród, ceniący praworządność i zgodny w sprawach zasadniczych; wewnętrznie skłóceni będziemy omijani i lekceważeni. Już nawet „kochający nas” Donald Trump nie zaryzykował przyjemności kolejnego spotkania z wiernopoddańczym A. Dudą. Publicysta Tomasz Jastrun skwitował ten fakt na łamach „Przeglądu” stwierdzeniem, że „Trump naszą rocznicę 1 września olał”.
Sądzę, że bezpośrednią winę za ten stan rzeczy ponosi kłótliwa, agresywna i fundamentalistyczna prawica na czele z J. Kaczyńskim oraz pasożytujący na niej (i budżecie państwa) kościół hierarchiczny. Słuchając politycznych bredzeń wodza tego bloku (władza sądów nie ma nic wspólnego z demokracją; ustrój trybunalski służy oligarchii, rodzina – to ojciec, matka i dzieci, a poza tym grozi nam ojkofobia i nihilizm), a także obserwując wzrost poparcia faszyzującej prawicy w Niemczech (AfD) obawiam się, że może to zaowocować w niepewnym dziś świecie sojuszami, które – przepraszam za kolokwializm, znów nam wyjdą bokiem. Wszak polscy analitycy stwierdzają, że ze strony radykalnej AfD mogą się pojawić postulaty rewizjonistyczne wobec Polski, o tym pisze również prasa niemiecka. Wszak podzielony głęboko naród łatwiej zaatakować.
Jedynym wyjściem z tego impasu jest wygrana w najbliższych wyborach sił proeuropejskich. Potrzebna jest wyraźna zmiana linii polskiej polityki zagranicznej; zgadzam się z tezą Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz, że dziś grozi nam „odejście w Europie od dotychczasowych zasad ładu międzynarodowego, co doprowadzi do tego, że „wielcy” będą decydować o rozwiązaniach ekonomicznych i kwestiach bezpieczeństwa nad naszymi głowami, z pominięciem interesów Polski”. Chcemy tego…? W tym kontekście zgadzam się również z sugestią autorki – którą zawsze czytam z dużym zainteresowaniem – że czas na nowe otwarcie z Rosją (wcześniej szeroko poruszyli ten problem w swych książkach profesorowie Andrzej Romanowski, Bronisław Łagowski i Andrzej Walicki). Większość państw europejskich wyraźnie tego chce, idą śladem RFN, która na pewno nie zrezygnuje z współpracy z Federacją Rosyjską, widząc w niej korzyści gospodarcze i polityczne. Polska prawica swej polityki wobec Rosji nie zmieni, zresztą z innymi sąsiadami też ma kiepskie stosunki. W Polsce musi nastąpić zmiana układu sił politycznych, jeśli chcemy odbudowywać naszą pozycję w Europie.