Wojny z Iranem można było uniknąć

White House

President Donald J. Trump signs an Executive Order creating an anti-fraud task force to be led by Vice President JD Vance, Monday, March 16, 2026, in the Oval Office. (Official White House Photo by Molly Riley)

Donald Trump atakuje państwa NATO, bo nie chcą z marszu wejść do wojny. Mówi o „bardzo głupim błędzie”, stroi miny obrażonego hegemona i próbuje wmówić światu, że problemem jest słabość Europy. Tyle że problem nie leży w Europejczykach. Problem leży w tym, że im więcej wychodzi na jaw o ostatnich rozmowach USA z Iranem, tym wyraźniej widać, że tej wojny nie trzeba było zaczynać. Nie była ostatnią deską ratunku przed irańską bombą. Była polityczną decyzją podjętą wtedy, gdy ścieżka dyplomatyczna nadal istniała.

Najpierw pojawił się oficjalny sygnał od mediatora. Po rozmowach USA–Iran w Genewie z 26 lutego omański minister spraw zagranicznych Badr Albusaidi ogłosił, że doszło do „znaczącego postępu” i że po konsultacjach w stolicach mają się odbyć dalsze rozmowy techniczne w Wiedniu. To jest fakt podstawowy i bardzo niewygodny dla ogólnej wojennej narracji izraelsko-waszyngtońskiej. Świadczyło to, że rozmowy nie były zerwane. Kanał dyplomatyczny pozostawał otwarty.

Teraz „The Guardian” opisał kulisy tego procesu podając, że w ostatniej rundzie rozmów uczestniczył Jonathan Powell, doradca premiera Wielkiej Brytanii ds. bezpieczeństwa narodowego, a Londyn miał uznać irańską propozycję za na tyle poważną, że wojny można było uniknąć.

Według ustaleń Brytyjczyków Teheran miał zaproponować trzy- do pięcioletnie ograniczenie wzbogacania uranu, utrzymanie ścisłego nadzoru MAEA oraz redukcję zapasów wysoko wzbogaconego materiału. Jednocześnie zakładał zachowanie symbolicznego prawa do wzbogacania i wyłączenie programu rakietowego poza ramy porozumienia. W zamian oczekiwał realnego luzowania sankcji oraz otwarcia ścieżki gospodarczej — w tym potencjalnych kontraktów i współpracy, które mogłyby przynieść wymierne korzyści także firmom amerykańskim. Oferta skrojona pod Trumpa.

Jednym słowem chcieli się dogadać. To była klasyczna konstrukcja układu: ograniczenia w zamian za oddech gospodarczy i polityczny. Innymi słowy, rozmowy były już na etapie negocjowania warunków kompromisu, a nie sprawdzania, czy kompromis w ogóle jest możliwy.

Problem polegał na tym, że – według tej samej rekonstrukcji – po konsultacji z Donaldem Trumpem strona amerykańska zaostrzyła stanowisko i wróciła z żądaniem dziesięciu lat bez wzbogacania. Zamiast negocjować ramy układu, postawiono warunek trudny do zaakceptowania — bo dziesięć lat to nie pauza, lecz faktyczne zamrożenie programu i odebranie Iranowi kluczowej dźwigni politycznej.

Jeśli tak było, to nie wygląda to na wyczerpanie dyplomacji. Wygląda to raczej na moment, w którym warunki zostały zaostrzone, choć rozmowy wciąż mogły być kontynuowane — także po planowanej rundzie w Wiedniu — i niewykluczone, że kompromis, nawet w ostrzejszej formule, nadal był możliwy.

I właśnie dlatego nie dziwi dystans Londynu ani innych państw NATO wobec tej wojny. Skoro mediator mówił o znaczącym postępie i dalszych rozmowach, a późniejsze ustalenia „The Guardian” sugerują, że na stole leżała konkretna propozycja irańska, to teza o „nieuchronności” bombardowań po prostu nie ma absolutnie gruntu pod nogami. W tym świetle pretensje Trumpa do sojuszników nie mają sensu.

Ten obraz jeszcze mocniej wzmacnia rezygnacja Joe Kenta, szefa amerykańskiego National Counterterrorism Center. Kent odszedł w proteście przeciwko wojnie i twierdził, że Iran nie stanowił bezpośredniego zagrożenia dla Stanów Zjednoczonych, a konflikt został uruchomiony pod presją Izraela oraz jego wpływowego lobby w USA. To najmocniejszy i najbardziej politycznie wybuchowy element całej układanki. Dlatego, że taki zarzut pada nie od przeciwników, czy z marginesu, lecz z samego wnętrza trumpowskiego aparatu bezpieczeństwa.

Tego nie da się zbyć prostym machnięciem ręki. Jeśli wysoki urzędnik odpowiedzialny za bezpieczeństwo narodowe odchodzi w środku wojny i mówi wprost, że nie było bezpośredniego zagrożenia ze strony Iranu, a presja izraelska odegrała rolę kluczową, to znaczy, że mówimy już nie o publicystycznym domyśle, lecz o pęknięciu w samym centrum systemu. Kent powiedział głośno to, co wielu podejrzewało od początku. Tu nie chodzi o irańskie zagrożenie i nigdy nie chodziło. To wojna napastnicza, podczas której giną cywile.

Właśnie dlatego nerwowość Trumpa wobec reszty państw NATO wygląda dziś tak żałośnie. Sojusznicy po prostu nie chcą firmować bezsensownej wojny, która pachnie politycznym naciąganiem od samego początku. A jeśli zestawić ustalenia „The Guardian” z tym, co powiedział Kent o presji Izraela i izraelskiego lobby, to coraz trudniej uciec od brutalnego wniosku. W tej historii nie pies merda ogonem. To ogon merda psem.

Aleksander Radomski

Poprzedni

Podwyżki w ochronie zdrowia zostają. Rząd wycofał się z próby uderzenia w pracowników

Następny

Specjalna operacja wojskowa w Iranie idzie wspaniale. Płoną złoża gazu