Karuzela aborcyjna

W Polsce od dekad tli się spór dotyczący dostępu do zabiegów aborcyjnych. Zawodowy mediator, absolwent Wydziału Prawa i Administracji UAM Mateusz Gierczak, opowiedział Normanowi Taborowi o możliwości poprowadzenia dialogu pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami zabiegu.

Jak przygotować mediacje pomiędzy zwolennikami obu przeciwnych ruchów? Potrzebne jest wcześniejsze zapoznanie się z ich argumentami?
Mediacje same w sobie mogą wymagać (i często wymagają) dwóch rodzajów przygotowania od mediatora. Pierwszy, wspomniany w pytaniu, dotyczy zapoznania się z argumentami przed samą mediacją. Dotyczy to na co dzień spotkań informacyjnych, gdzie to strona inicjująca mediację, tudzież strony skierowane na spotkanie informacyjne, przedstawiają część swojej argumentacji mediatorowi, która później jest rozwijana w trakcie mediacji. Alternatywą do tego jest zapoznawanie się z aktami sprawy, jeżeli taka sprawa jest już przed sądem, a strony nie sprzeciwiły się tej czynności mediatora.
Z naszej dotychczasowej rozmowy wnioskuję, że pytając o przeciwne ruchy, ma pan na myśli ruchy liberalne i antyaborcyjne. Tutaj przygotowanie ma nieco inny charakter. Nie chodzi tylko o zapoznanie się z argumentami stron potencjalnej mediacji, ale również poszukanie argumentów i rozwiązań podobnych w dotychczasowych sporach. Mam na myśli, iż podobne porozumienia, głównie na poziomie porozumień społecznych, miały miejsce w historii, w różnych państwach. To na tej wiedzy mediator powinien, w mojej ocenie, opierać swoje przygotowanie w pierwszej kolejności. Kolejnym aspektem, jest przygotowanie merytoryczne co do argumentów jednej i drugiej strony. Są one powszechnie znane i szeroko omawiane w dyskursie publicznym, jednak nie zderzają się one w sposób bezpośredni – co musiałoby mieć miejsce podczas mediacji, gdyby do takiej doszło. Tutaj obowiązkiem profesjonalnego rozjemcy byłoby przeanalizowanie wszelkich argumentów, aby, w razie potrzeby, móc je omówić ze stronami w sposób możliwie chłodny i logiczny, co być może umożliwiłoby nie tyle zniesienie wszelkich różnic pomiędzy ich stanowiskami, ale zrozumienie uzasadnienia dla tych różnic.
Jak rozmawiać z tak różnymi środowiskami? Podczas ostatniej sejmowej debaty Kaja Godek powiedziała, że „aborcja jest gorsza niż koronawirus”. Przeciwnicy aborcji porównują ją do ludobójstwa oraz nazistowskich zbrodni… Zwolennicy zabiegu przywołują natomiast sformułowanie „piekło kobiet”.
Pozwolę sobie nieco przeformułować pańskie pytanie – pyta pan jak rozmawiać z tak różnymi środowiskami, ja raczej zasugeruję, że po prostu należy rozmawiać. Nie tylko powinno to być rolą mediatora, ale przede wszystkim polityków, a także samych środowisk. Aby rozmawiać i pokazać, że można być wysłuchanym. Proszę pamiętać, że wiele osób, które najgłośniej wyrażają swoje poglądy, chce mieć wpływ na swoje otoczenie. Ale jeszcze większy odsetek ze wspomnianej grupy nigdy nie został wysłuchany – pod względem swoich obaw, odczuć, emocji. Mediacja jest często pierwszym miejscem, gdzie każda ze stron zostanie wysłuchana, będzie mogła się podzielić tym, co leży jej na sercu.
Wskazane przez pana argumenty są argumentami służącymi do wywołania określonej reakcji u słuchacza, zawierające m.in. tak popularny argument ad hitlerum, który ma zazwyczaj na celu obrzydzenie odbiorcy przekazu danej osoby, czy czynności. Są to treści mające odwoływać się do konkretnych emocji i konkretne emocje wywoływać. W przypadku mediacji, czy w ogóle rozmów, nazwijmy je, rozjemczych, potrzebujemy kilku warunków. Jednymi z nich jest dążenie przez strony do ugody, a drugą z nich jest szacunek do drugiej strony konfliktu. Oba te warunki, jak również wiele innych, trzeba stronom wytłumaczyć i pilnować, aby ich przestrzegały, jako podstawowego, minimalnego wręcz, wymogu mediacji.
Kiedy zaczyna się granica, której nie wolno przekraczać i potrzebne jest wejście mediatora? Czy dyskusja powinna być przerwana np. w przypadku, gdy rozmówca użyje argumentu w stylu Grzegorza Brauna z Konfederacji. „Kiedy was tak słucham, jestem tylko człowiekiem, nachodzi mnie ochota, żeby jakoś tak zrobić żebyście zniknęły, ale nigdy w życiu nie głosowałbym za tym, żeby was odessać jakimś dużym odkurzaczem, albo żywcem poćwiartować” – powiedział polityk.
To jest właśnie przykład daleko idącego przekroczenia rzeczonej granicy. Poseł Braun swoją wypowiedzią, w mojej ocenie, narusza nie tylko wszelkie standardy dyskursu społecznego, a co za tym idzie, zasady mediacji. Mediacja musi się opierać na minimalnym wzajemnym szacunku stron do siebie. Proszę tylko zważyć, żeby nie mylić szacunku z sympatią. Na ten moment żyjemy w społeczeństwie, gdzie naucza się, że każdy, kto się z nami nie zgadza, jest naszym wrogiem. A tak być nie musi i nie powinno. Powinniśmy móc rozmawiać w sposób cywilizowany, kulturalny, nawet z osobami o odmiennych poglądach. Wymieniać się nimi, porównywać je i, albo wybierać te najlepsze, albo po ludzku zgodzić się co do tego, że się nie zgadzamy. Co więcej, na mediacji każdy jej uczestnik powinien czuć się bezpiecznie, więc sugestia, że ktoś chciałby „tak zrobić żebyście zniknęły”, jest dla mnie najzwyklejszą groźbą. A na to nie ma miejsce na mediacji.
Mediator może i powinien tłumaczyć, jakie zachowania są akceptowalne, a jakie nie. Podczas rozmów każdy ich uczestnik ma też różną odporność na zachowania pokroju wyżej wymienionych. Ale są momenty, kiedy mediator musi zakończyć mediację, tudzież ją zawiesić lub zmienić formę jej prowadzenia – chociażby, gdy pojawi się retoryka taka, jak u posła Brauna.
Da się poprowadzić debatę bez pyskówek i obrażania między dyskutantami? Co pan jako mediator zrobiłby w takiej sytuacji i zaproponował stronom?
Jak najbardziej jest to możliwe, ale proszę zwrócić uwagę na jedno: mediacje odbywają się za zamkniętymi drzwiami, są poufne (na tyle, na ile to możliwe). Nie ma tutaj możliwości wpływania na publikę swoimi wypowiedziami. I tutaj to należy stronom uświadomić – że rozmawiają na mediacji, w miejscu, gdzie mogą rozmawiać merytorycznie i w zależności od umocowania w tej materii, wspólnie kształtować przyszłość swoimi decyzjami.
Strony mediacji czasem dają się ponieść emocjom i nie jest to nic dziwnego, bo tego się nas uczy, taki jest przekaz z mediów – kto nie jest z nami, ten jest przeciwko nam. Przekazywane argumenty też są problematyczne, gdyż bardzo często w nie najzwyczajniej nie wierzymy. Z jednej strony żyjemy w epoce fake newsów, a z drugiej nie wierzymy autorytetom. W obecnej sytuacji ciężko odróżnić prawdziwe informacje od tych wątpliwej jakości, a jednocześnie odrzucamy argumenty, które przeczą naszym przekonaniom. Możemy do tego dodać jeszcze brak wiary w argumenty drugiej strony, właśnie ze względu na ich źródło – gdyby powiedział to samo ktoś inny, bardziej dla danej strony wiarygodny, może byłby inny efekt. I tutaj pojawia się mediator, który pokazuje stronom możliwość analizy logicznej danych przykładów, omawiania ich skutków – zarówno teoretycznie, jak i na przykładach sprawdzonych w przeszłości przez inne podmioty, które znajdowały się w podobnych, problematycznych sytuacjach.
Istnieją techniki mediacyjne pomocne w prowadzeniu tego typu rozmów?
Oczywiście, każdy, dobrze przygotowany mediator dysponuje zestawem umiejętności i technik radzenia sobie z nadzwyczaj trudnymi sprawami i rozmówcami. Takie techniki mediacyjne oczywiście częściowo są wykształcone na etapie edukacji mediatora, będące połączeniem wiedzy książkowej i doświadczenia zawodowego nauczyciela, jednakże olbrzymią rolę pełni doświadczenie życiowe samego mediatora – co warto mieć na uwadze wybierając takowego. Co ciekawe – bardzo często mylimy doświadczenie życiowe z wiekiem, gdzie trzydziestolatek może mieć zdecydowanie szersze horyzonty, niż sześćdziesięciolatek – co też oczywiście nie jest normą.
Każda ze stron aborcyjnego konfliktu jest całkowicie przekonana o swojej racji. Zwolennicy aborcji twierdzą, że działają w imieniu ograniczanych przez państwo kobiet, przeciwnicy natomiast uważają się za obrońców życia. Możliwe jest wypracowanie konsensusu? Jak mógłby on wyglądać?
Przy niemalże każdym sporze strony są przekonane o swojej nieomylności. Niezależnie od przedmiotu sporu – czy jest to spór światopoglądowo-polityczny, gospodarczy, pracowniczy, czy nawet rodzinny. Proszę zauważyć, że nawet dzieciom mówi się o konieczności okazywania pewności siebie – podczas gdy to właśnie wątpliwości pozwalają na dalszy rozwój. Niepewność generuje zadawanie pytań, a to z kolei prowadzi do poszukiwania odpowiedzi. Pewność siebie, nawet ta sztuczna, generuje konieczność podawania natychmiastowych odpowiedzi – nawet, jeżeli nie mają one oparcia w rzeczywistości.
Ale wracając do pańskiego pytania – konsensus został już wypracowany – są w sposób stosunkowo prosty i zrozumiały sprecyzowane przez naszego ustawodawcę przypadki, gdy aborcja jest dozwolona. O ile mnie pamięć nie myli, to próby zmiany tego porozumienia były i są prowadzone cały czas – zarówno w kierunku liberalizacji zapisów, jak i ich zaostrzenia. W wielu krajach konsensusy społeczne w tej materii nie są w ogóle konsensusami – ponieważ nie są omawiane, a jedynie narzucane przez większość – np. parlamentarną. Nie mnie oceniać, co jest właściwe, a co nie – proszę wybaczyć, ale jako mediator preferuję pozostać bezstronnym, również w tej materii.
Czego panu jako mediatorowi brakuje w polskim dyskursie publicznym? Dostrzega pan w nim błędy, jeśli tak, to co warto poprawić i jak to zrobić?
Postawione pytanie jest o tyle trudne, że ciężko w nim zachować bezstronność, jednak się postaram. W polskim, i nie tylko, dyskursie publicznym brakuje mi konsekwentności i odpowiedzialności za swoje decyzje. Brakuje kultury i szacunku do drugiego człowieka. Brakuje podmiotu, który w sposób faktycznie bezstronny byłby w stanie dopilnować tych prostych zasad.
Istnieją w Polsce spory, szczególnie światopoglądowe, których w ogóle nie da się załagodzić? Może czasem lepiej nie rozmawiać, bo i tak nic to nie da? Skrajność polityczna (prawicowa, lewicowa i religijna) wpływa na otwartość dyskutantów na argumenty przeciwnej strony?
Ciężko jest przede wszystkim załagodzić spory, których nikt nie chce załagodzić. Albo których jedna ze stron nie chce załagodzić. Nie jestem, nie byłem i mam nadzieję, że nie będę fanem teorii spiskowych, jednakże świadomość stosowanych socjotechnik jest… nieco smutna pod względem konsekwencji. Społeczeństwem skłóconym rządzi się łatwiej, bo zawsze można odwrócić uwagę danej grupy społecznej wskazaniem nowego przeciwnika.
Wychodzę z założenia, że nie ma sytuacji, w których lepiej nie rozmawiać, bo nic to nie da. Zawsze trzeba rozmawiać. Ale rozmawiać, a nie tylko mówić. Rozmowa ma dwa podstawowe elementy – mówienie i słuchanie. Jeżeli do tego jeszcze dodamy rozsądek i kulturę, to wydaje mi się, że nawet spory nie do pogodzenia mogą stać się po prostu różnicami, które akceptujemy i szanujemy u naszych sąsiadów, przyjaciół i rodaków.
Skrajności będą zawsze – ale to nie znaczy, że to są nasze jedyne wybory. Znam osoby z niemalże każdego środowiska – od lewicowych, przez centrowe, prawicowe, ludzi religijnych, ateistów, chrześcijan, muzułmanów, agnostyków. Wśród nich są osoby o podobnym światopoglądzie, ale różnym jego natężeniu, a także różnym wpływie na rozsądek tej osoby. I po raz kolejny – to rozsądek wraz z empatią pozwala otworzyć się na argumenty naszych rozmówców.
Czy spotykał się pan w pracy zawodowej z problemami dotyczącymi np. światopoglądu, ideologii, religii lub nawet polityki? Konflikty tego rodzaju spotykamy przecież na co dzień wśród krewnych i przyjaciół.
Tak, oczywiście. Są to konflikty należące do moich „najnieulubieńszych”. Już tłumaczę dlaczego – wartości, którymi kierują się ludzie, nie zmienimy na mediacjach. Co więcej, nie powinniśmy nawet próbować. Wartości są wpajane i kreowane przez lata, dekady – nie sposób na nie wpłynąć podczas półtoragodzinnego spotkania mediacyjnego, czy nawet czterech takich spotkań – i nie powinniśmy nawet próbować. Gdy mediujemy w sprawach dotyczących różnic co do wartości mediator może, co do zasady, jedynie pomóc stronom pogodzić się w materii tego, że się nie zgadzają i co dalej z tym począć. Trzeba szukać wówczas rozwiązań dla stron, które nie mogą się pogodzić na dotychczasowej stopie konfliktu, poprzez budowanie szacunku do wzajemnych wartości i szukanie rozwiązań, które docelowo nie wpływają na czyjekolwiek poglądy.
W życiu codziennym, w środowisku rodzinnym, czy koleżeńskim wydaje mi się, że warto obdarzyć nasze otoczenie pewną dozą szacunku i zrozumienia, że poglądy mogą się różnić. Problemem niestety staje się sytuacja, gdy jedna osoba stara się ten szacunek okazać, a ta druga tego nie robi. Wtedy mamy odruch, żeby zakończyć rozmowę lub zmienić temat. Trudniejszym, ale bardziej wartościowym, rozwiązaniem jest wskazanie naszego problemu, naszego odczucia i naszych oczekiwań. Jest to o tyle trudne, że nie jesteśmy przyzwyczajeni do rozmawiania o tym, w żadnej szkole (z tego co wiem) nie prowadzi się zajęć z komunikacji, z tego jak rozmawiać. Ale warto, gdyż często nasz rozmówca nie ma świadomości wpływu, jaki na nas wywiera – przynajmniej w tych najbliższych nam kręgach.
Czego wystrzegać się, jeżeli chcemy uniknąć kłótni ze znajomymi, która wywołana zostanie drażliwą dyskusją światopoglądową? 
Skrajności i natychmiastowego oceniania naszych rozmówców. Słuchajmy i zadawajmy pytania. Postarajmy się zrozumieć drugą stronę, nawet jeżeli się z nią nie zgadzamy. Czasem oczywiście nie da się uniknąć kłótni – głównie wtedy, gdy ponoszą nas emocje, gdy chcemy, aby nasz rozmówca koniecznie przyjął nasze argumenty i nasz światopogląd w danej sprawie. Pozostaje postawienie sobie pytania – czy naprawdę nam tak bardzo na tym zależy?

Mamy Sejm jak z czasów sanacji

Wszystko to, co robi Prawo i Sprawiedliwość, to wzorowanie się na czasach sanacji, na Piłsudskim.
Jarosław Kaczyński nie jest w stanie wykreować żadnej oryginalnej myśli. Również jeżeli chodzi o prawa kobiet chce on przywrócić stan, który był w 20-leciu międzywojennym. Chce przywrócić zakaz aborcji. To, co robi polska prawica, nawiązując do sanacji, robi nie tylko w zakresie praw reprodukcyjnych. Mamy sytuację, która jako całość zaczyna przypominać, niestety, tamte czasy. 
Ostatni wywiad prezesa Kaczyńskiego, w którym mówi o tym, że „opozycja nie dorosła do demokracji”, może sugerować, że może chodzi mu po głowie by rozwiązać parlament, wzorując się na swoich poprzednikach, ansestorach ideowych. Przecież Konstytucję Kwietniową uchwalono pod nieobecność ówczesnej opozycji.
Ale jest iskierka nadziei. To jesteśmy my – Lewica! Dlatego że nie pozwolimy, by błędy opozycji z tamtych czasów, powtórzyły się w XXI w. Nie pozwolimy cofnąć cywilizacji XXI w. do wczesnego XX w. Tadeusz Boy-Żeleński walczył o prawa kobiet, my jesteśmy kontynuatorami jego myśli. Uważamy, że kobieta powinna mieć prawo do decydowania o swoim ciele. Dlatego jest na stole projekt Lewicy, który złożyliśmy, dotyczący nie tylko prawa do przerwania ciąży do 12-tego tygodnia, jeżeli taką wolę wyrazi kobieta. Bez żadnych innych pytań, obostrzeń, chodzenia do psychologa, pytania się „czy na pewno”, bo kobieta nie jest upośledzona, ani nie jest dzieckiem. Ma prawo decydować. Ma też prawo dbać o swoje zdrowie, chodzić do ginekologa, skoro od 15 roku życia można legalnie w naszym kraju uprawiać seks, to powinniśmy również móc dbać o nasze zdrowie seksualne. Dlatego w tym projekcie również jest takie rozwiązanie, żeby nie trzeba było pytać się mamusi, tatusia, wujka, dziadka, czy mogę pójść do ginekologa i sprawdzić czy na pewno wszystko jest w porządku. To jest kolejne rozwiązanie. Następnym rozwiązaniem jest poszerzenie dostępu do badań prenatalnych. W tej chwili taki test, który umożliwia jak najbardziej skuteczne wykrycie wad płodu, jest dla większości kobiet po prostu niedostępny. Chcemy również darmowej antykoncepcji, przywrócenia pigułki dzień po i również przede wszystkim edukacji seksualnej w szkołach, bo dzieci muszą wiedzieć skąd się bierze życie i jak zdrowo prowadzić życie seksualne. Zdrowo z punktu widzenia fizjologicznego i psychicznego. Stąd jest nasz projekt, on jest na stole i nie pozwolimy na wprowadzenie drakońskiego, szaleńczego, kolejny raz przepychanego projektu, który cofnąłby nas w czasy, o których chcielibyśmy zapomnieć!

Zemsta

W czasie gdy epidemia covid-19 odebrała wszystkim poczucie bezpieczeństwa, a wielu zdrowie i życie, w momencie gdy z trwogą wyczekujemy kolejnych komunikatów o nowych zakażeniach, zamkniętych oddziałach szpitalnych i odciętych od świata Domach Pomocy Społecznej, panujący w Polsce reżim zamiast skupić się na zdrowiu i życiu obywatelek i obywateli oraz ratowaniu zagrożonej rozpadem gospodarki, postanowił zemścić się na kobietach.

Jedynej jak dotąd grupie społecznej, której nie udało się odebrać reszty praw. Gdy cały świat zwija się z bólu, władza wprowadza pod obrady marginalizowanego, tabletowego sejmu projekt „Zatrzymaj aborcję”. Projekt pozbawiający przymusem polskie kobiety reszty wolności osobistej. Bo jeśli człowiekowi odbiera się możliwość decydowania o sobie samym w najbardziej intymnym obszarze decydowania o tym czy, ile i kiedy chce urodzić dziecko, to człowiek staje się niewolnikiem tych, którzy o nim decydują. Cyniczna pisowska władza wiedząc, że ustawowy nakaz urodzenia dziecka zgwałconej kobiecie albo dziewczynce i przymus rodzenia bez względu na to czy ciąża przebiega prawidłowo jej autorstwa mógłby odebrać część zwolenników, posługuje się tzw. projektem obywatelskim.

Pierwsza próba przegłosowania tego barbarzyństwa w poprzedniej kadencji sejmu wywołała wielotysięczne protesty kobiet rozumiejących, że muszą stawić opór, bo walczą o życie. Po prostu. Zagrożone życie własne, swoich córek i wnuczek. Hasło „Walczymy o życie, życie kobiet”, obywatelskie nieposłuszeństwo wzywających do oporu i zapowiadających „Nie składamy parasolek” zmusiło PiS do odwrotu. Chwilowego. PiS, jako fanatyczna grupa politycznych bandytów dobrze rozumie, że do pełnego podporządkowania sobie całego społeczeństwa zaczyna mu już brakować sił, a możliwości kupowania wyborców za pomocą transferów socjalnych się skończyły. Nadszedł więc czas wyjąć przemyślnie ukryty w czeluściach sejmowych komisyjnych szaf projekt firmowany przez osławioną fanatyczkę Kaję Godek. Po co? Z dwu powodów. Po pierwsze by skłonić do intensyfikacji współpracy zagniewany obecnie na władzę Kościół, a po drugie, by wziąć odwet za poprzednie niepowodzenie. Za to, że choć Kaczyńskiemu udało się zmarginalizować i wykorzystać dla utrzymania swoich rządów prawie wszystkie instytucje państwa, zniszczyć demokratyczne struktury i obyczaje, to grupa „słabych kobiet” skutecznie mu się sprzeciwiła. Kaczyński pamięta, że kiedy ogłosił, że „nie przekracza granic interwencji państwa w życie ludzi” wprowadzenie prawa nakazującego, by „nawet przypadki ciąż trudnych, gdy dziecko jest skazane na śmierć, zdeformowane, kończyły się porodem, by to dziecko mogło być ochrzczone, pochowane, miało imię” – kobiety rzuciły mu w twarz – „Najpierw urodź, potem będziesz chrzcił”. Takiego despektu tyran nigdy nie zapomina.

Tak samo jak w 1993 roku ograniczając prawo do aborcji życiem, zdrowiem i poniżeniem godności kobiet władza zapłaciła Kościołowi za poparcie, teraz próbuje zachęcić Kościół do wspierania swoich rządów. Kościół się gniewa, bo restrykcje wprowadzone przez rząd z powodu koronawirusa pozbawiły go kasy. Brak wpływów z codziennej tacy, z wielkanocnych ślubów i chrztów jest przyjmowany przez część księży jako wymierzona w Kościół represja. Mało tego, część episkopatu dostrzegła w tym zagrożenie dla ekonomicznej potęgi Kościoła w Polsce. Niektórzy biskupi uznali, że pozostawanie wiernych w domach, a nawet o zgrozo „święcenie pokarmów” przez wiernych zamiast przez księży, może skłonić do myślenia, że pośrednictwo duchownych skompromitowanych pedofilskimi aferami i pospolitą chciwością stanie się i po zarazie zbędne. Więc Kościół na rząd się gniewa. A Kościół to filar podtrzymujący władzę PiS.
Bezrozumne okrucieństwo projektu firmowanego prze Kaję Godek przeraża i napawa obrzydzeniem. Bo grozę i wstręt musi budzić prawo, które nakazuje kobietom rodzić wtedy, gdy ciąża jest skutkiem kazirodztwa albo zbrodni gwałtu. Bo przerażenie w każdym czującym człowieku budzi prawo pozbawiające możliwości aborcji i zmuszanie kobiet do donoszenia ciąży, która musi się skończyć urodzeniem człowieka skazanego na śmierć. Poprzedzoną cierpieniem.

Kiedy w Szpitalu Bielańskim konało w bólu dziecko urodzone dlatego, że fanatyczny lekarz Bogdan Chazan okłamał matkę nie informując jej o wadzie letalnej płodu i w ten sposób kłamstwem zmusił oboje rodziców do przeżywania męki umierania dziecka, Polki i Polacy współczuli i płakali razem z nimi. Widać było, że cierpienie noworodka i ból nieszczęsnych rodziców skłoniły ludzi do refleksji. Jeśli nawet nie do uznania argumentów opartych na wiedzy medycznej, to przez współczucie dla matki i ojca bezradnie patrzących na tortury, które przechodziło dziecko, do przyjęcia jedynego sensownego rozwiązania „sporu o aborcję”. To rozwiązanie jest banalnie proste – jeśli nie chcesz aborcji, to jej nie rób. Jeśli bierzesz na swoje sumienie i własną odpowiedzialność decyzję o skazaniu twojego dziecka na cierpienie, prawo ci tego nie zabrania. Jeśli chcesz donosić ciążę z gwałtu i nie przeraża cię urodzenie dziecka zbrodniarza, prawo ci tego nie zabrania. Społeczeństwo zrozumiało tę prostą prawdę. Nawet jeśli większość ludzi niezdających sobie sprawy z tego, że prawo do aborcji już teraz jest w Polsce fikcją (tylko 10% szpitali wykonuje obowiązujące przepisy), nadal opowiada się za utrzymaniem obecnego stanu prawnego pozwalającego na terminację ciąży w 3 przypadkach: zagrożenia życia kobiety, wtedy gdy ciąża jest skutkiem przestępstwa oraz gdy badania prenatalne wykazują chorobę lub ciężką wadę płodu, to ogromna część Polek i Polaków chce liberalizacji i pozostawienia decyzji o urodzeniu lub nieurodzeniu dziecka kobietom. Za złagodzeniem restrykcyjnych przepisów w badaniu socjologicznym „Polityczny cynizm Polaków” z 2019 roku opowiedziało się 43 proc. wyborców i wyborczyń PiS, 68 proc. – Platformy Obywatelskiej i 75 proc. – Lewicy.

Społeczeństwo zrozumiało, ale pisowska władza, obrażony na opór kobiet despotyczny prezes nie chce zrozumieć. Chce zemsty i chce cierpienia kobiet. Dlatego tchórzliwie kryjąc się za restrykcjami uniemożliwiającymi uliczny protest, wyciąga z niebytu projekt „Zatrzymaj aborcję”. Czy sejm zdoła go odrzucić? Jeśli nie, bunt zniewolonych i poniżonych wybuchnie z siłą, o której władza i jej prezes jeszcze nie ma pojęcia.

Bigos tygodniowy

Święta Wielkanocne spędziłem pożytecznie, pisząc tekst o Włodzimierzu Iljiczu Leninie z okazji zbliżającej się 150 rocznicy Jego urodzin. Innym pożytecznym efektem ubocznym tej nieszczęśliwej i dokuczliwej sytuacji, w jakiej się znajdujemy, było zniknięcie (niestety tylko okresowo) zabobonu religijnego z przestrzeni publicznej.

Jego Kacza Mość kilkakrotnie złamał przepisy antyepidemiczne. Otoczony ścisłym kręgiem przydupasów oddawał cześć bałwanom na placu Piłsudskiego w dniu 10 kwietnia. Mimo to nie zapłacił mandatu, ani nawet nie został pouczony przez policję, która za to ostro zajęła się samotnym, spokojnym obywatelem z transparentem. W podobnie stłoczonym jak sardynki w puszce gronie pojechał Jego Kacza Mość na cmentarz na Powązkach. Jemu i świcie jego przydupasów otwarto odrzwia nekropolii, choć wstęp jest tam zakazany. No cóż, jak w „Folwarku zwierzęcym” Orwella, są świnie równe i równiejsze. Warto też zwrócić uwagę na scenkę z placu Piłsudskiego, gdy kuzyn JKM, niejaki Tomaszewski, podchodząc do niego, kornie ściąga maskę z twarzy, wyraźnie w reakcji na niezadowolenie malujące się na facjacie JKM. To, że pisiory wbrew nagim faktom rzuciły się w obronie JKM, nie dziwota, ale że to samo czyni policja ustami pana rzecznika Ciarki, zamiast wlepić mandaty JKM i jego przybocznym, to już hańba i skandal. Od 16 kwietnia, jak każdy obywatel i mieszkaniec kraju mam obowiązek mieć na twarzy maskę przy każdym pojawieniu się w przestrzeni publicznej. Czy obywatel JKM także będzie ją nosić?

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej zdecydował w zeszłą środę o zawieszeniu Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. TSUE zobowiązał „Polskę” do natychmiastowego zawieszenia stosowania przepisów krajowych dotyczących właściwości Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego w sprawach dyscyplinarnych sędziów. Trybunał Sprawiedliwości podkreślił, że choć organizacja wymiaru sprawiedliwości należy do państw Unii Europejskiej, to mają one obowiązek trzymania się unijnego prawa. Polska musi teraz zawiesić funkcjonowanie Izby, jeżeli postąpi inaczej, to Komisja Europejska może wnioskować o dzienne kary dla Polski. Póki co pisiorstwo próbuje to zbagatelizować, ale nie wiadomo, jak długo da radę.

Szczujnie PiS w obłąkanym dążeniu do wyborów ogłosiły „sondaż”, według którego większość zapytanych stwierdziła, że w warunkach epidemii wybory korespondencyjne są bezpieczniejsze niż bezpośrednie. Wartość tego sondażu o odpowiada wartości sondażu, w którym postawiono by pytanie: czy bezpieczniej jest dostać w mordę dwa razy czy tylko raz ? Oczywiście, że bezpieczniej tylko raz. Poza wszystkim jednak te „wybory”, jeśli zostaną przeprowadzone na wydrę, nie będą miały nic wspólnego ani z powszechnością, ani z bezpośredniością, ani z tajnością.

„Bardzo mu się dziwię. To jest chyba efekt jakiegoś oszołomienia. On nie panuje nie tylko nad sytuacją, ale nad sobą. Być prezydentem wybranym w takim trybie, w taki sposób, w takich okolicznościach, to po prostu hańba” – stwierdził trafnie Włodzimierz Cimoszewicz. Jego zdaniem Duda „nie zdaje sobie sprawy, że może doprowadzić do niestabilności politycznej” i „ostrego konfliktu politycznego, który może skończyć się dramatycznymi wydarzeniami, jakich nie widzieliśmy od 30 lat”. „ Ja bym nie wykluczył i takiego scenariusza, w którym on w pewnym momencie będzie musiał uciekać z Pałacu Prezydenckiego. Niech sobie przypomni historię Wiktora Janukowycza (były prezydent Ukrainy musiał w 2014 roku uciekać z kraju – red.). Co prawda Polacy do tej pory nie zachowywali się aż tak radykalnie, ale nic nie jest wykluczone wtedy, kiedy cierpliwość społeczeństwa zostanie tak brutalnie pogwałcona” – przekonywał Cimoszewicz. Co ciekawe, podobne odczucia ma odległy mu ideowo Aleksander Hall.

Według badania pracowni Poller 78 procent respondentów jest przeciw jakimkolwiek wyborom w maju, a tylko do 14 procent jest za, a 8 procent nie ma zdania. Z drugiej strony PiS nadal przoduje w sondażach. I bądź ty mądry i pisz wiersze o tym rozchwianym mentalnie narodku.

Dziennikarz mieszkający na Kabatach skontrolował tamtejszy kościół i stwierdził, że na obrzędzie religijnym zebrało się kilkanaście, zamiast pięciu osób. Dewocja wyhejtowała go za to o „nadgorliwość gorszą od faszyzmu”. Od faszyzmu to gorsza jest bezmyślna dewocja.

Ki diabeł podkusił kogoś, by w tych warunkach wrzucić pod obrady Sejmu „antyaborcyjny” projekt obłąkanych fundamentalistów spod znaku Godek Kai? Oficjalne wyjaśnienie jest takie, że projekt społeczny musi być procedowany. Bez względu na wszystko? Jakoś wiele innych praw obywatelskich, łącznie z elementarnym prawem do swobodnego poruszania się zawieszono, a obłąkańczych obsesji godkowszczyzny odstawić do kąta nie można? Ona może sobie hulać? W związku z tym 14 kwietnia rozpoczął się Ogólnopolski Protest Kobiet, choć w obecnych okolicznościach jest on drastycznie utrudniony. Dramatyzmu dodaje sprawie fakt, że godkowszczyzna chce zakazu aborcji płodów chorych. Nawiasem mówiąc, szczególnie w warunkach ogólnoświatowej choroby, chore płody są nam szczególnie potrzebne jak dziura w moście.

Skończyć z piekłem kobiet

Lewica spełniła kolejną obietnicę z kampanii wyborczej. Zapowiadała projekt ustawy liberalizującej dostęp do przerywania ciąży – projekt powstał. Posłanki zaprezentowały go 7 marca wspólnie z kandydatem na prezydenta Robertem Biedroniem.

W przededniu Dnia Kobiet Lewica przedstawiła zapowiadany projekt ustawy o dostępie do antykoncepcji i aborcji. Przerywanie ciąży miałoby być dostępne na życzenie do 12 tygodnia, w szczególnych przypadkach także później. W myśl ustawy środki zapobiegające zapłodnieniu miałyby natomiast bez wyjątku być sprzedawane bez recepty. To rozwiązania, które w rozwiniętych państwach zachodnich – a przecież nieustannie słyszymy, że Polska jest częścią cywilizacji zachodnioeuropejskiej – nie budzą już kontrowersji w głównym politycznym nurcie. Nad Wisłą prawica nadal jest skłonna przedstawiać je bardziej jako katastrofę i zagrożenie. Generuje lęki, uprzedzenia i antykobiece stereotypy, wcale nie kierując się społecznymi oczekiwaniami. W sondażu, jaki na temat aborcji przeprowadził w marcu IPSOS, 53 proc. ankietowanych było za prawem kobiet do aborcji na życzenie do 12. tygodnia ciąży (wśród samych kobiet – 57 proc.). Przeciwnych było 35 proc. odpowiadających.

Podobnie 57 proc. ankietowanych w 2017 r. wyraziło w badaniu IPSOS przekonanie, że antykoncepcja po stosunku powinna być ponownie dostępna bez recepty. Tak, jak w niemal całej Europie, poza Polską i Węgrami.

Antykoncepcja, aborcja, edukacja

Ale Lewica chce nie tylko zagwarantować kobietom prawo do decydowania o własnym ciele. Zamierza wyposażyć wszystkich obywateli w wiedzę o seksualności i prokreacji, umożliwiając w pełni świadome planowanie rodziny i prowadzenie bezpiecznego życia seksualnego. I nie chodzi o zajęcia, które były koszmarem wielu Polaków, utrwalające płciowe stereotypy oraz postawy transfobiczne i homofobiczne, wciskające do głów jeden słuszny katolicki światopogląd.

– Koniec z piekłem kobiet! Polki i Polacy zasługują na rzetelną edukację seksualną. Obecna ustawa nie reguluję wszystkich kwestii, a wręcz ogranicza prawa kobiet. Czas wprowadzić przepisy w państwie, które wprowadzą normalność, które będą chroniły i broniły praw kobiet. Lewica chce refundacji testów PAPPA dla wszystkich i legalnej aborcji do 12 tygodnia ciąży. Czas zapewnić Polkom pełnię praw! – podsumowała wszystkie cele ustawy posłanka Anna Maria Żukowska.

Prawicowi hipokryci

Działaczka SLD, posłanka i członkini Parlamentarnego Zespołu Praw Kobiet, Joanna Senyszyn, jasno wytłumaczyła, że sprawy edukacji seksualnej, antykoncepcji i aborcji są ze sobą nierozerwalnie powiązane. Wynika to ze zwykłej logiki.

– Liczba aborcji w Polsce może się zmniejszyć tylko wtedy, jeżeli będzie rzetelna edukacja seksualna oraz dostępność antykoncepcji – przekonywała. – Ustawa z 1993 roku zepchnęła tylko 100 tys., lub nawet więcej aborcji, do podziemia – jest to wyraz niezwykłej hipokryzji katoprawicy, ponieważ im naprawdę nie chodzi o zmniejszenie liczby aborcji i również próba zaostrzenia ustawy jest jedynie próbą likwidacji tych 2 tysięcy legalnych aborcji, natomiast nikt nie myśli o tym, żeby zmniejszyć ogólną liczbę aborcji i to jest dopiero w naszym projekcie – podsumowała parlamentarzystka z Gdyni.

Sojusznik kobiet

Posłanki Lewicy przypomniały również, że tylko jeden z kandydatów w wyborach prezydenckich jest skłonny podpisać taką ustawę.
Prawa kobiet i dostępność aborcji to jedna ze spraw, w których Robert Biedroń reprezentuje stanowisko radykalnie odmienne od konkurentów i konkurentki, wszystkich mniej lub bardziej prawicowych, konserwatywnych, katolickich. Tylko Biedroń deklaruje, że podpisałby ustawę w takiej postaci, jak proponuje Lewica. Po innych można się raczej spodziewać chowania głowy w piasek lub wręcz dodatkowego uderzenia w kobiety – wszak Andrzej Duda sugerował, że gdyby dostarczono mu na biurko ustawę kasującą prawo do aborcji z uwagi na bardzo poważne uszkodzenie płodu, to ze spokojnym katolickim sumieniem by ją podpisał.

O tym też przypomniał Robert Biedroń. – Polska prawica, która startuje dziś w wyborach jest zjednoczona. Jednoczy ich jedno: albo chcą utrzymać ten niesprawiedliwy kompromis, albo zaostrzyć ustawę antyaborcyjną – zauważył. – Obecnie obowiązujące prawo dotyczące aborcji jest jednym z najbardziej drakońskich praw w Europie. Polska jest dzisiaj jednym z niewielu krajów na świecie, w którym obowiązuje aż tak bardzo restrykcyjne prawo dotyczące przerywania ciąży. W Europie są tylko trzy kraje, które zakazują aborcji bardziej niż w Polsce. To San Marino, Malta i Watykan – zakończył zestawieniem, z którego można łatwo wywnioskować, kto buduje piekło kobiet, z jakim chce walczyć Lewica.

Chwała bohaterkom

One jednak nie dają się zastraszyć.

– Dziękuję kobietom, które od lat wychodzą na ulice protestować przeciwko jednemu z najbardziej drakońskich praw, to piekło kobietom zgotowali mężczyźni! – powiedział Robert Biedroń.

Parlamentarzystki Lewicy wiedzą doskonale, że walka będzie trwała jeszcze przez pewien czas. W obecnym parlamencie ustawa nie ma praktycznie szans na akceptację i w klubie Lewicy nie mogą nie zdawać sobie z tego sprawy. Z drugiej strony wiedzą równie dobrze, jak kończy się oddawanie prawicy pola, pozwalanie jej na swobodne kształtowanie języka i wyobraźni społecznej. Wystarczy już, że zwolennicy zmuszania kobiet do rodzenia w każdych okolicznościach, niezależnie od ich woli i nawet niezależnie od stanu ich zdrowia, nazywani są środowiskami występującymi „za życiem”. Nie ma też żadnej gwarancji, że środowiska te nie zaczną ponownie naciskać na PiS, by znowu zajął się tematem aborcji.
O tym właśnie mówiła posłanka Marcelina Zawisza.

– To, że Polską rządzi dziś prawica, nie zwalnia nas z obowiązku walki o podstawowe prawa kobiet. Obowiązujące dziś rozwiązania uderzają bezpośrednio w życie i zdrowie polskich kobiet. Mamy najbardziej nieludzkie prawo antyaborcyjne w Europie, a prawicowi fanatycy próbują doprowadzić do jego dalszego zaostrzenia. Widać już jasno, że nawet jeśli raz udało się ich powstrzymać, to groźba może powrócić – ostrzegała. Na konwencji Lewicy przed wyborami działaczka Lewicy Razem zapowiadała, że będzie posłanką sprawozdawczynią projektu liberalizującego dostęp do aborcji. Słowa dotrzymała – obok niej odpowiedzialność za projekt biorą Anna Maria Żukowska i Katarzyna Kotula.

– Nawet jeśli konserwatywna większość w polskim parlamencie będzie chciała kolejny raz zatrzymać projekt wprowadzający europejskie standardy do Polski, musimy dalej walczyć. I będziemy to robić tak długo, jak będzie to potrzebne. Praw kobiet w Polsce nie da się wyrzucić do śmietnika! – podsumowała Zawisza.

Kobiety mają serce po lewej stronie

Potwierdzeniem jej słów są manify, które odbywają się w kilkunastu polskich miastach 7 i 8 marca. Co krzepiące i znamienne, ich uczestniczki nie zamykają się wyłącznie w katalogu spraw „ściśle kobiecych” czy nawet ściśle dotyczących praw człowieka. Na demonstracji w Warszawie z niektórych transparentów dało się wyczytać hasła antykapitalistyczne czy wyrazy niepokoju z powodu globalnych zmian klimatycznych. Wszystkie te sprawy łączą się ze sobą i aktywne politycznie kobiety z sercem po lewej stronie to rozumieją.

Na koniec znowu sondaż IPSOS. Gdyby polski Sejm wybierały same obywatelki, silniejszą niż dziś pozycję miałaby w nim opozycja (176 mandatów KO i 54 Lewicy), słabszą – PiS (221 miejsc), zaś prawicowych ekstremistów z Konfederacji nie byłoby w nim wcale. To mężczyźni okazują się znacznie podatniejsi na kręcony przez prawicę „lęk przed LGBT” . Kobiety myślą praktycznie – obawiają się zmian klimatu oraz martwi je stan polskiej służby zdrowia. A jednak to one słyszą nieustannie od mężczyzn, że nie myślą racjonalnie i dlatego pewne prawa muszą im być ograniczane. Czas to zmienić.

Komisja Polityki Społecznej wróci w ręce prawicy

„Największym niebezpieczeństwem zagrażającym pokojowi jest dzisiaj aborcja” – te słowa wypowiedziała 10 stycznia 2018 r. posłanka PiS Urszula Rusecka. To ona prawdopodobnie zastąpi posłankę Lewicy Magdalenę Biejat na stanowisku przewodniczącej sejmowej Komisji Polityki Społecznej i Rodziny.

Po umiarkowanej socjaldemokratce przyjdzie czas na antyaborcyjną fundamentalistkę. Rzeczniczka PiS w rozmowie z Polską Agencją Prasową przedstawiła kandydaturę obozu władzy.„Chcemy, aby Urszula Rusecka zastąpiła na stanowisku przewodniczącej komisji panią Biejat” – powiedziała Anita Czerwińska.

Tym samym PiS ostatecznie potwierdził, że chce się pozbyć Biejat. Stoi to w sprzeczności z deklaracjami wygłoszonymi w listopadzie, kiedy wicerzecznik partii Tadeusz Fogiel zapewniał, że posłanka Lewicy pozostanie na stanowisku, bo zgodnie z sejmowym zwyczajem, opozycja też musi mieć przewodniczących komisji. W międzyczasie jednak Biejat stała się celem ataków prawicowej propagandy, która nazywała ją „aborcjonistką” i podważała kompetencje do szefowania komisji. W końcu głos zabrał prezes Kaczyński, który zapowiedział, że „sprawa zostanie wkrótce rozwiązana”.

Antyaborcyjna bojowniczka

Kim jest Urszula Rusecka? W latach 2010-2014 była zastępczynią burmistrza Wieliczki, potem pełnomocnikiem zarządcy tego miasta ds. edukacji. W latach 1998–2002 i 2006–2010 zasiadała w wielickiej radzie miejskiej. W 2014 roku dostała się z ramienia PiS do sejmiku małopolskiego. W ostatnich wyborach starała się o urząd burmistrza w Wieliczce. Bezskutecznie.

Posłanka PiS kierowała Komisją Polityki Społecznej i Rodziny w poprzedniej kadencji. Zasłynęła z wielu kontrowersyjnych wypowiedzi. „Jeżeli matce wolno zabić własne dziecko, cóż może powstrzymać ciebie i mnie, byśmy się nawzajem nie pozabijali. To słowa Matki Teresy z Kalkuty” – to fragment jej sejmowego wystąpienia z 10 stycznia 2018 roku, kiedy w parlamencie trwała debata przed głosowaniem w sprawie projektu „Zatrzymaj Aborcję”, który zakładał zniesienie możliwości usuwania ciąży również w przypadku ciężkiego uszkodzenia czy choroby płodu. Rusecka była oczywiście za.

„Wśród naturalnych praw człowieka na pierwszym miejscu jawi się prawo do życia. Jest ono powszechne i niezbywalne, a przerywanie ciąży w celu podporządkowania poczętego życia potrzebom i dążeniom innych ludzi wprost sprzeciwia się temu prawu” – przekonywała.

„Zdiagnozowana choroba czy niepełnosprawność u spodziewanego dziecka nie może uprawniać rodziców dziecka do aktu aborcji. W przypadku braku sposobności przyjęcia przez rodzinę dziecka, które urodziło się chore bądź niepełnosprawne, istnieją w społeczeństwie inne możliwości pozwalające na godziwe przyjęcie i wychowanie narodzonego dziecka” – mówiła Urszula Rusecka.

Atakowała nauczycieli

Potencjalna następczyni Biejat była aktywna również podczas wiosennego strajku nauczycieli. Podobnie jak była premier Beata Szydło czy kontrolowane przez PiS media publiczne przekonywała wówczas, że protest krzywdzi uczniów i powinien zostać zakończony.

„Nauczyciele sami wywalczyli sobie pozycję zawodu zaufania publicznego. Wolno im protestować, ale nie krzywdząc dzieci. Są bardzo ważne egzaminy, takie jak matura i od tego też zależy kariera młodych ludzi. Stwarzanie takiego zagrożenia i braku poczucia bezpieczeństwa i łamanie ich karier to po prostu nie przystoi, nawet z punktu widzenia przyzwoitości. Oddajemy nauczycielom to co mamy najcenniejsze, czyli własne dzieci i myślę, że nauczyciele tego nie zrobią” – mówiła Rusecka.

Jak stwierdzić gwałt

Pani Kaja Godek zastanawia się, „jak stwierdzić, czy był gwałt”, kiedy kobieta przychodzi do lekarza i domaga się aborcji. Odpowiadam: zdecydowanie łatwiej, niż stwierdzić istnienie katolickiego Boga.
Szkoda, że tylko moralizatorskie zapędy pani Godek pozostają w wieku XIII, bo ambicje finansowe przejawia jak najbardziej współczesne. Zupełnie jak jej mentor Janusz Korwin-Mikke, który najpierw przez lata raczył nas mrożącymi krew w żyłach opowieściami o europejskiej Sodomie i Gomorze, później jednak powędrował prosto w sam środek brukselskiego zepsucia, następnie stwierdził, że to nie na jego nerwy, a teraz znów zamierza dziarsko skierować swe kroki w paszczę lwa. Brukselska pensja najwyraźniej warta jest tego, aby przez najbliższe cztery lata znów udawać zaskoczonego, że inne kraje teorii o powiązaniach pedofilii z homoseksualizmem po prostu nie będą spokojnie słuchać.
Europarlament powinien natomiast skrupulatniej badać wypowiedzi potencjalnych ugrupowań starających się o start i rozszerzyć swoją rezolucję zakazującą działalności grupom neofaszystowskim o kandydatów podcierających sobie publicznie tyłki prawami człowieka.
Bo oto Kaja Godek, kandydatka do zasiadania w organie stanowiącym prawo dla całego kontynentu, który widział dwie wielkie wojny i szereg pomniejszych, deklaruje w biały dzień bez żenady, że zamierza jako standard ustawodawczy wprowadzić systemową opresję wobec ofiar gwałtu. Bo tym właśnie jest podważanie ich słów. Przestępstw, których wynikiem może być ciąża, według danych Federy, dokonuje się w Polsce około 3 tys. rocznie. CBOS wskazuje na miażdżącą liczbę głosów poparcia dla aborcji w tzw. skrajnych przypadkach tj, gwałtu i kazirodztwa (którego, idąc logiką pani Godek, podobnie nie dałoby się stwierdzić jednoznacznie).
„Poród jest konsekwencją bycia w ciąży” – stwierdza Godek, kreując się na nowego Hammurabiego, podczas gdy na usta cisną się zgoła inne porównania. Kilka dni temu świat wstrzymał oddech usłyszawszy historię z Argentyny. 11-letnia dziewczynka, uciekając z rodzinnego domu, gdzie szalał ojczym molestujący jej starsze siostry, trafiła pod opiekę babci, której partner również okazał się gwałcicielem, a państwo wykazało się totalitarną bezwzględnością, każąc jej rodzić w szóstym miesiącu. Lucia dostała od władzy oficjalny nakaz „ratowania obu żyć” – dzięki któremu jedno życie wisi na włosku (dziecko najprawdopodobniej nie przeżyje), a drugie jest złamane wielokrotną traumą po potraktowaniu jak inkubator, a nie czująca istota.
Dla pani Godek mam propozycję: jeśli naprawdę chce się pani przyczynić do ratowania życia dzieci – w tym chorych, zamiast zakazywaniem przerywania ciąży, które dla kobiety nigdy nie jest równoznaczne z wyjściem do fryzjera, niech się pani zajmie zmianą procedur adopcyjnych tak, aby rodziny pragnące przyjąć to ocalone życie nie czekały na nie w upokorzeniu całymi latami i aby później dostawały systemowe wsparcie. Nie musząc wylegiwać podłóg na sejmowych korytarzach w oczekiwaniu na 500-złotową jałmużnę.

Łódź ratunkowa

Poznaliśmy brakujący element egzotycznej układanki politycznej, która szykuje się do startu w wyborach do Europarlamentu. Do hersztów z Marszu Niepodległości, Janusza Korwin-Mikkego, upadłego rapera Piotra „Liroya” Marca i katolickiego fundamentalisty Grzegorza Brauna dołączyła Kaja Godek.

To będzie prawdziwy gabinet osobliwości. Kaja Godek wystąpiła w poniedziałek na konferencji prasowej „eurosceptycznej” koalicji. zapowiedziała, że w Brukseli i Strasburgu będzie walczyć m.in. o „ratowanie dzieci poczętych”.
Koalicję powołali do życia w grudniu Janusz Korwin-Mikke z nacjonalistami z Ruchu Narodowego oraz browarnikiem Markiem Jakubiakiem. W ciągu kolejnych tygodni do sojuszu dołączyły również dwa inne byty politykopodobne – Liroy oraz Grzegorz Braun.
O tym, że do dopięcia projektu brakuje jeszcze osoby cenionej w środowisku Radia Maryja mówił pod koniec grudnia na antenie Komentarza Portalu Strajk dr Przemysław Witkowski, badacz prawicowej ekstremy w Polsce. „Kluczowym elementem w tej całej układance nie jest bowiem Janusz Korwin-Mikke z jego opowieściami o osobach z niepełnosprawnością, kobietach czy Adolfie Hitlerze, nie są nim również ludzie o średniej intelektualnej jakości jak Krzysztof Bosak czy Robert Winnicki, którzy nie są w stanie samodzielnie wytworzyć agendy, która by przekonała do nich Polaków, nie jest nim również Grzegorz Braun, który dysponuje niezwykle kuszącym głosem, ale wypowiada nim fantazje, fake newsy i absolutne absurdy, ale kluczowymi elementami są tutaj Marek Jurek i Tadeusz Rydzyk”.
Prognoza Witkowskiego okazała się trafna, z tym zastrzeżeniem, że reprezentantką Radia Maryja będzie Kaja Godek. – A jednak dokonała się zmiana pokoleniowa wśród zygotarian. Nawet Marek Jurek, mimo namów panów: Brauna i Bosaka nie był tak szalony by wsiąść do tej szalonej łodzi ratunkowej szurów i foliarzy i „prawdziwych Polaków” , jaką coraz bardziej staje się koalicja grupująca się wokół blisko osiemdziesięcioletniego Janusza Korwin-Mikke – powiedział Witkowski dla Portalu Strajk.
Czy szalupa jest już pełna? Czas pokaże. Witkowski ma jeszcze kilka propozycji dla „eurosceptyków”. To Justyna Socha z proepidemicznej organizacji Stop NOP oraz Gabriel Janowski.

Zakaz aborcji czyli hańba domowa

Na obecny rok przypada 90 rocznica ukazania się „Dziewic konsystorskich” (1929), sławnego pamfletu Tadeusza Boya-Żeleńskiego, którym rozpoczął on swoją wielką kampanię krytyczną w stosunku do Kościoła katolickiego w II Rzeczypospolitej i jego szkodliwej roli w sferze życia społecznego, skrajnie restrykcyjnej w warstwie obyczajów, represyjnej wobec praw kobiet, destrukcyjnej w odniesieniu do kultury i wolności słowa oraz praw obywatelskich, hamującej (choć takie określenie było wtedy nieznane) rozwój społeczeństwa obywatelskiego oraz, w konsekwencji, zamykającej większość Polaków w ciasnej, niewolniczej, niedojrzałej, nietolerancyjnej mentalności. Po upływie dekady od odzyskania przez Polskę państwowej niepodległości, Boy uświadamiał swoim tekstem, że okupantów w postaci obcych potęg zaborczych zastąpiła w znaczącym stopniu organizacja, która czerpie legitymizację swoich uroszczeń z – co najmniej dyskusyjnych – zasług historycznych dla utrzymania polskiej świadomości narodowej i dla przywrócenia niepodległości oraz z całkowicie niepodlegających racjonalnej weryfikacji źródeł o charakterze fideistycznym. Rok po „Dziewicach konsystorskich” Boy dał temu pełny wyraz w równie głośnym tekście „Nasi okupanci” (1930), w którym pokazał Kościół katolicki jako agresywną, pasożytniczą, rakowatą narośl na czele narodu i społeczeństwa polskiego, narzucającą mu swoją władzę (nie tylko perswazyjną) i wysysającą z niego soki żywotne. W 1932 ukazał się jego kolejny tekst, „Piekło kobiet”, w którym Boy skoncentrował się na jednym z najbardziej szkodliwych aspektów represyjnej i antywolnościowej roli Kościoła katolickiego, czyli jego wpływowi na prawo karne w Polsce i na mentalność społeczną, co spowodowało zepchnięcie kobiet w sferze ich praw osobistych, w tym związanych z prokreacją, na pozycję pariasów i gorszego, dyskryminowanego ze względu na płeć, sortu.

„Dziewięć rozmów o aborcji”, Krystyny Romanowskiej i Katarzyny Skrzydłowskiej-Kalukin, książka, na którą jeszcze można natrafić w księgarniach, uświadamia, że 87 lat po ukazaniu się pierwszego wydania „Piekła kobiet”, sytuacja kobiet w Polsce w zakresie praw reprodukcyjnych lokuje ich prawa w punkcie wyjścia sprzed blisko 90 lat i że tekst Boya jest przerażająco aktualny. Na kilkadziesiąt lat PRL okupacyjna rola Kościoła katolickiego uległa radykalnej redukcji, ale po przełomie 1989 roku powróciła do stanu bliskiemu czasom II Rzeczypospolitej. Kościół bez skrupułów sięgnął po zapłatę za to, co przypisano mu mocno na wyrost – za udział w kontestacji PRL. Na wyrost, bo Kościół w wielu wymiarach (choćby budownictwa sakralnego) dobrze się w Polsce Ludowej miał, otoczony ogólnym szacunkiem, wspierany finansowo i wolny od obecnej krytyki. Jak widać, pozycję Kościoła w PRL cechuje stan sprzeczności, swoisty paradoks, polegający na tym, że ograniczony w swoich uroszczeniach ideologicznych, cieszył się (na ogół, jeśli nie liczyć trudniejszych okresów czy dramatycznych epizodów) jednocześnie dość wszechstronnym komfortem w funkcjonowaniu. Był więc Kościół katolicki przez znaczącą część okresu PRL – męczennikiem na pluszowym krzyżu. Jest bardzo znamiennie, że tym na co już w pierwszych miesiącach 1989 roku Kościół katolicki i jego polityczni akolici podnieśli rękę, były osobiste prawa kobiet w sferze prokreacyjnej. O dramatycznych tego rezultatach mówi właśnie „Dziewięć rozmów o aborcji”. Zakaz aborcji wywołuje od 30 lat nieustanny, społeczno-polityczny stan zapalny. To nieustające, boyowskie „piekło kobiet” w praktyce, z przerwami aktualne od 90 lat.

Przypomnę pokrótce, dla porządku: tuż po przełomie 1989 roku, zanim jeszcze na dobre uformowały się struktury nowego, demokratycznego państwa polskiego, zanim jeszcze, w rezultacie wyborów 4 czerwca, powstał rząd Tadeusza Mazowieckiego, Kościół katolicki dał sygnał do szturmu politycznego na prawa kobiet i otwarcie wezwał do zniesienia ustawy z kwietnia 1956 roku zezwalającej na aborcję. Hierarchowie i proboszczowie nie cofnęli się przy tym przed kłamstwem, przed manipulacją. Głosili wszem i wobec, wbrew faktom, że ustawa z 1956 roku to prawo stalinowskie, choć w rzeczywistości był to jeden z aktów destalinizacji, o czym świadczy także data jej uchwalenia na fali odwilży przedpaździernikowej. Władze stalinowskie zachowały bowiem przedwojenne prawo antyaborcyjne zawarte w prawie karnym z 1932 roku (osobnej ustawy antyaborcyjnej wtedy nie było) i przez cały okres stalinowski (1945-1955) aborcja, czyli „spędzanie płodu”, jak to wówczas określano, była w Polsce zakazana.

W 1989 roku Kościół znalazł wśród posłów i senatorów „solidarnościowych” pokaźny szereg (ściślej biorąc: miażdżącą większość) promotorów wprowadzenia totalnego zakazu aborcji. W tej walce, która toczyła się przez blisko 4 lata, Kościół katolicki dążył do osiągnięcia maksimum. W krańcowych wariantach rozważano nawet wprowadzenie zakazu niektórych środków antykoncepcyjnych, w szczególności pigułek oraz spiral domacicznych, a także wprowadzenia przymusu regularnych, kontrolnych badań ginekologicznych, na podobieństwo praktyk w Rumunii Nicolae Ceausescu.

W dążeniu do maksymalnych restrykcji Kościół zlekceważył nawet sensowny projekt wybitnego przedstawiciela inteligencji katolickiej, człowieka o nieposzlakowanej moralności, ojca wielodzietnej rodziny, Andrzeja Wielowieyskiego. Proponował on pozostawić kobietom prawo do wyboru, czy chcą czy nie chcą utrzymać ciążę, przy jednoczesnym wprowadzeniu dla nich obowiązku dwukrotnej konsultacji psychologiczno-lekarskiej. Kościół odrzucił to rozsądne rozwiązanie, a jednocześnie odwrócił się od kręgów światłej inteligencji katolickiej skupionej wokół „Znaku” i „Tygodnika Powszechnego”, znajdując sobie sojusznika w radykalnych fanatykach katolickich.

Skończyło się na tzw. „kompromisie”, czyli na restrykcyjnej ustawie zasadniczo zakazującej aborcji, co prawda zostawiającej kilka wyjątków od zakazu, jednak bardzo często trudnych do wyegzekwowania w praktyce, z powodu nieustannego nacisku Kościoła. I tak jest do dziś, choć być może Czarny Protest z 3 października 2016 roku choć trochę otrzeźwił przynajmniej niektórych hierarchów (bo fanatyków od Kai Godek, Mariusza Dzierżawskiego i „Ordo Iuris” już nie).

Ostatnią odsłoną wokół aborcjnej gorączki była inicjatywa środowiska prolajf skupionego wokół wspomnianej Godek, zmierzająca, poprzez projekt „Zatrzymaj aborcję” do radykalnego ograniczenia i tak represyjnego prawa aborcyjnego, poprzez zakaz tzw. aborcji eugenicznej, czyli zniesienia prawa do przerwania ciąży w przypadku wystąpienia znaczących i nieusuwalnych wad płodu. Aktualnie inicjatywa ta została zamrożona przez PiS w obawie przed konfliktem społecznym i masowym protestem kobiet, co mogłoby zagrozić stabilizacji obecnej władzy. Jednak emocje polityczne, hasła i zawołania bojowe, spory aktywistów pro-life i pro-choice, projekty i kontrprojekty ustaw dotyczących tej kwestii, to jedno, a konkretna, bardzo dokuczliwa rzeczywistość, która dramatycznie dotykała i dotyka tysięcy kobiet padających ofiarami opresyjnego prawa i opresyjnych postaw wielu lekarzy, to drugie.

Książka składa się z dziewięciu rozmów, które Krystyna Romanowska i Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin przeprowadziły z kobietami, które stanęły przed problemem niechcianej ciąży. Wiem, że to słowo jest zdewaluowane, ale mogę określić te rozmowy jako „wstrząsające”, przerażające świadectwa kobiet, świadczące o tym w jak zacofanym obyczajowo żyjemy kraju. I jak wielkim jest to powodem do społecznego wstydu i do wyrzutu społecznego sumienia oraz powodem do wstydu po stronie państwa polskiego, które w XXI wieku taki los gotuje swoim obywatelkom.

Krystyna Romanowska, Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin –„Dziewięć rozmów o aborcji”, wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa 2015, str. 258, ISBN 978-83-7700-284-1.

Żegnaj, Profesorze!

Nie żyje Romuald Dębski, wybitny ginekolog, obrońca kobiet, twarz ruchu oporu przez koszmarną zmianą, jaką fundują nam fanatycy pokroju Bogdana Chazana. Przez „obrońców życia” okrzyknięty był aborcjonistą, choć nie da się zliczyć żyć, które uratował.

 

Zmarł 20 grudnia po długiej chorobie. Był ordynatorem oddziału ginekologiczno-położniczego w Szpitalu Bielańskim w Warszawie.
Prawicowe ruchy anti-choice okrzyknęły go „aborcjonistą”, celowo pomijano jednak fakty świadczące o tym, że na jego oddziale co roku ratowano 3 tysiąc dzieci, którym nie dawali szans inni lekarze. „Obrońcy życia”, którzy wystawali pod szpitalem z plakatami zakrwawionych płodów i krzyczeli „W Szpitalu Bielańskim w 2017 roku aborterzy zabili 131 dzieci!” nie chcieli wiedzieć, że pracownicy prof. Dębskiego przeprowadzali skomplikowane operacje (m.in. kardiologiczne) ratujące życie i zdrowie nienarodzonych dzieci – jeszcze w łonie matki.
W plebiscycie „Idealna Klinika” magazynu „Medical Tribune” to jego oddział w Szpitalu Bielańskim wybrano w tym roku najlepszym w kraju. Dębski był autorem i współtwórcą ponad 100 publikacji naukowych, w tym akademickich podręczników czy prac poglądowych z zakresu położnictwa i ginekologii, endokrynologii ginekologicznej i diagnostyki ultrasonograficznej. Leczył także pacjentki z nowotworem, prowadził dla nich program rezerwacji płodności (przed chemioterapią od takich pacjentek pobierało się komórki jajowe bądź fragmenty jajników, by umożliwić im później macierzyństwo pomimo zmagań z chorobą).
Zawsze opowiadał się za wyborem – wyborem kobiety.
– Dopóki w Polsce prawo jest takie, że kobieta ma prawo wystąpić o aborcję i w uzasadnionych przypadkach powinna mieć tego typu procedurę wykonaną, to ja będę się tego trzymał, niezależnie od tego, jakie pikiety będą stały przed szpitalem – mówił.
Jako jedyny miał odwagę powiedzieć przed kamerami: – Gdyby profesor Chazan przyjechał teraz do mnie do kliniki i zobaczył to życie, które uratował, to chyba miałby troszkę inne podejście. To jest dziecko, które nie ma połowy głowy, ma mózg na wierzchu, ma wiszącą gałkę oczną, ma rozszczep całej twarzy, nie ma mózgu w środku i będzie umierało przez najbliższy miesiąc albo dwa, bo ma zdrowe serce i zdrowe płuca, aż umrze w końcu z powodu jakiegoś zakażenia. A kobieta, która urodziła to dziecko musiała mieć zrobione cięcie cesarskie. To jest sukces profesora Chazana. (…) Każda sytuacja, w której dochodzi do podjęcia decyzji o akceptacji prośby pacjenta o zabieg przerywania ciąży, jest dla lekarza trudna. Proszę mi uwierzyć – to nie jest przyjemne, to nie jest ulga ani dla matek, ani dla lekarzy. To naprawdę jest wybór mniejszego zła. Bo nie ma dobrego rozwiązania. Każde rozwiązanie jest złe…
W 2014 przyniósł do studia TVN24 zdjęcia „dziecka Chazana”, ale stacja nie zdecydowała się ich pokazać.
Był profesjonalistą w każdym calu. Nie „kupował” różowej estetyki feministycznej kampanii „Aborcja jest ok” – nie chciał, by kojarzona była z imprezą, świetną zabawą – choć popierał jej „odczarowanie” w społecznej świadomości.
– Generalnie uważam, że prawo, które mamy dziś, jest dobre. Fatalnie, że nie jest przestrzegane. Otworzyłbym jedynie wąską furtkę do przerwania ciąży ze wskazań społecznych. Podkreślam – wąską furtkę. Nie powrót do sytuacji z PRL, gdzie aborcję zrównywano z antykoncepcją. Z tamtego okresu pamiętam 26-letnią dziewczynę w szpitalu, która przyjechała na 12. w jej życiu zabieg. Na którymś „czarnym proteście” usłyszałem hasło: „Dopóki nie masz aborcji, nie jesteś w pełni kobietą”. Straszna bzdura! Nie zgadzam się na to, by dyskusja szła w tym kierunku, żeby robić z aborcji nic nieznaczący zabieg, stawiać go na równi z antykoncepcją. Zdaję sobie jednak sprawę, że otworzenie takiej drobnej furtki „ze wskazań społecznych” jest najtrudniejsze technicznie do dogrania pod względem prawnym – powiedział „Gazecie Wyborczej”, narażając się w ten sposób również niektórym środowiskom kobiecym.
Był ze swoimi pacjentkami na dobre i na złe: – Ja się zajmuję diagnostyką prenatalną, czyli badam dzieci przed urodzeniem, żeby ich rodzice mogli wiedzieć, czy są zdrowe, czy nie. Najfajniej jest powiedzieć, że wszystko jest dobrze. Ale czasem okazuje się, że dziecko jest chore. Dobrze, gdy można je leczyć – ale co, jeśli nie można? Gdzie miałbym tych rodziców odesłać? Prowadzę w tym gabinecie kilka rozmów miesięcznie z parami, które mają postawioną diagnozę, że płód jest bardzo poważnie uszkodzony. Mówię im: macie dwa wyjścia, oba złe.
Moja redakcyjna koleżanka z tygodnika „Nie”, red. Joanna Skibniewska, rozmawiała z profesorem kiedy wybuchła awantura wobec praktyk prof. Chazana. Pokazał jej galerię zdjęć uszkodzonych, ciężko chorych płodów, które widział w swojej lekarskiej praktyce. Tygodnik zdecydował się opublikować kilka drastycznych fotografii. Nie odważyli się za to obejrzeć ich posłowie, kiedy prof. Dębski pojechał z laptopem do Sejmu, żeby uświadomić „obrońcom życia”, że bywa ono bardziej skomplikowane niż im się wydaje. Na oddziałach polskich szpitali na ścianach zobaczymy wyłącznie zdjęcia różowych bobasów w pastelowych ramkach.