Jak zostałem zwolennikiem praw kobiet i przestałem mieć wątpliwości

Całkowity zakaz aborcji? Kompromis aborcyjny? Prawo do przerywania ciąży pozostawione w rękach kobiety? To pytania, które my mężczyźni zadajemy sobie obserwując debatę publiczną na temat prawa do przerywania ciąży nawet jeśli nas nie dotyczy.

A może właśnie dlatego, że nas nie dotyczy, mamy potrzebę zajęcia jakiegoś stanowiska? Ja nie mam tych wątpliwości. Chcę wam koledzy opowiedzieć swoją historię, kolejną historię mężczyzny rozprawiającego o prawie kobiet do podejmowania decyzji o tym, czy urodzić dziecko czy nie.

Historia ta jest bardzo osobista i nierozerwalnie związana z moją rodziną, ale ukształtowała mój pogląd w temacie prawa do aborcji. Może i wam, drodzy koledzy, bracia, ojcowie, dziadkowie, mężowie, w jakiś sposób pomoże wyrobić swoje zdanie i przestać mieć wątpliwości.

Nie wiesz nic, Jonie Snow.

Patrząc wstecz na czasy, gdy byłem 25-letnim młodzieńcem określiłbym swoje ówczesne poglądy jako umiarkowane, co oznacza ni mniej ni więcej tylko tyle, że popierałem w zasadzie istniejący w Polsce “kompromis” – dopuszczenie prawa do legalnej aborcji z powodu ciężkiego uszkodzenia płodu, ciąży z gwałtu i ciąży zagrażającej życiu matki. Przerwanie ciąży “na życzenie” wydawało mi się czymś niewłaściwym, czymś czego nie powinno się robić, czymś czego sam bym nigdy nie zrobił i nie chciałbym, żeby tak postępowały inne osoby. Ten pogląd po prostu we mnie był, nie wyrobiłem go sobie, a przynajmniej nie pamiętam żebym to świadomie zrobił. Będąc katolikiem w katolickim kraju wciągnąłem go z powietrzem i przyjąłem za normę, nie poświęcając jego uzasadnieniu większej uwagi.

Wszystko zmieniło się, gdy moja siostra, po dwóch poronieniach, zaszła w kolejną ciążę. Cieszyliśmy się całą rodziną na myśl o dziecku wiedząc, jak bardzo wspólnie z mężem chcieli je mieć. Przyszedł jednak ten dzień, kiedy powiedziała mi, że ich synek jest nieuleczalnie chory i nie wiadomo czy w ogóle się urodzi, a jeśli tak, to nie pożyje długo. Nigdy nie zapomnę tego momentu, kiedy mi to mówiła. Z jakimś nadzwyczajnym spokojem, a nawet z pogodą duchą, w której tle zaledwie czaił się smutek. Bardzo chciałem w tym momencie coś powiedzieć, zrobić coś, coś przydatnego i istotnego, podzielić się jakąś mądrością, doświadczeniem, wesprzeć, uspokoić, okazać zrozumienie, miłość i troskę, ale nie umiałem. Wszystko co wiedziałem i myślałem o życiu okazało się błahe, banalne, nieistotne, miałkie i przede wszystkim kompletnie niestosowne. Jedyne co udało mi się wtedy z siebie wydusić to że nie wiem co powiedzieć. “Nie musisz nic mówić. Tu nic nie trzeba mówić” odpowiedziała siostra uśmiechając się.

Zrozumiałem wtedy, że nie mam nic do powiedzenia na ten temat i nigdy nie będę miał, bo nigdy nie będę kobietą noszącą w łonie dziecko, o którym jeszcze przed urodzeniem wiadomo, że nawet jeśli się urodzi to jego życie będzie można liczyć w godzinach, lub w najlepszym wypadku w dniach. Wiedziałem też, że bez względu na to co siostra planuje zrobić, będę ją w pełni wspierał.

Miej serce i patrzaj w serce

Moja siostra, wspólnie z mężem, zdecydowała się, że urodzi synka. Mając w pamięci dwa poprzednie poronienia chciała urodzić swoje ukochane dziecko, zobaczyć je, przywitać, przytulić i pożegnać. Tak żeby chłopiec mógł poznać kochającą matkę, kochającego ojca i całą rodzinę. Przez całą ciążę siostra starała się zachować pogodę ducha, żeby synek wiedział, że jest kochany i jest wielkim szczęściem. I wszyscy staraliśmy się tak zachowywać. Mój chrześniak urodził się i zakwilił. W obecności rodziny, wspierającego hospicjum dla dzieci nieuleczalnie chorych, księdza i fotografa został ochrzczony. Wszyscy się z nim przywitaliśmy, dotknęliśmy go, przekazaliśmy swoje uczucia, ile ich w nas było. W trakcie ceremonii starałem się trzymać, ale prawie cały czas lały się ze mnie łzy. Nawet teraz gdy piszę te słowa nie mogę ich powstrzymać.

Syn mojej siostry, mój chrześniak, odszedł od nas po jednym dniu. W tym miejscu wielu z was pewnie przyklaśnie lub oburzy się. To nie ma znaczenia.

To było bardzo ważne wydarzenie dla naszej rodziny i dla mnie osobiście. Historia mojej siostry, jej męża i ich synka trafiła do mediów jako opowieść o bezgranicznej miłości i bezgranicznej determinacji. Mimo pozytywnego wydźwięku publikacji pojawiały się liczne, negatywne komentarze. Krytykowano moją siostrę za to, że zdecydowała się urodzić dziecko, a nie przerwała ciąży wcześniej, choć wielokrotnie jej to sugerowano. Zarzucano jej egoizm i ideologiczne zaślepienie. Byłem wściekły i nie mogłem zrozumieć tych ludzi, którzy tak zajadle atakowali moją siostrę za decyzję, którą podjęła z pełnym wsparciem rodziny. Decyzję, którą podjęła w ramach swojego własnego wyboru, który jest dla niej prawem każdej kobiety.

Nie mogłem zrozumieć jak ludzie nie mający pojęcia o jej sytuacji, o emocjach które przeżywała, o wadze tego wydarzenia, które odcisnęło się na nas wszystkich, że ludzie nie mający o tym pojęcia tak kategorycznie wydają swoje żałosne, płytkie osądy na lewo i prawo jakby ktokolwiek ich pytał o zdanie. Jakby ich zdanie miało mieć jakiekolwiek znaczenie dla tego co przeżyła moja siostra, co przeżyliśmy wszyscy.

Co, gdyby zdecydowała się przerwać ciążę? A jakie ma to dla was znaczenie? Jakie może mieć znaczenie dla kogokolwiek z was? Bylibyśmy z nimi. Tylko to się liczy. Nie żadne spokojne sumienie fanatyków, nie żadne przekonania tego czy innego polityka, nie orzeczenie sądu czy trybunału.

Nie twoje ciało, nie twój wybór

Dziś sam jestem ojcem dwóch niesfornych córek. Byłem obecny przy ich narodzinach. Widziałem ich pierwszy wdech powietrza, słyszałem pierwszy płacz, dwukrotnie własnoręcznie przecinałem pępowinę. Narodziny mojego chrześniaka i córek są dla mnie wiecznie żywymi zdarzeniami. To chwile najczystszego humanizmu, które mnie ukształtowały. To przeżycia, emocje i myśli, których nie da się opisać, nie da się powtórzyć, ani nie da się zapomnieć. Przeżywałem je wspólnie z moją żoną, która w czasie porodu pierwszej córki leżała półprzytomna ze zmęczenia i bólu prosząc o znieczulenie, którego nie mogła się doczekać, bo w tym samym czasie było sześć porodów, a jedyny anestezjolog na oddziale mógł założyć znieczulenie maksymalnie u dwóch rodzących na raz.

Siedziałem prawie dziesięć godzin widząc jak żona cierpi coraz bardziej, słuchając wycia kobiety rodzącej obok, która raz po raz błagała swojego partnera, żeby dali jej więcej znieczulenia. Choć byłem blisko przy tych wszystkich momentach wysiłku i bólu, a także w momentach wielkiej radości po zobaczeniu ukochanego dziecka, to jednak zdałem sobie sprawę, że choćbym był najlepszym z ojców jakiego nosiła ziemia to nigdy nie donoszę i nie urodzę dziecka, nigdy nie poczuję nawet części tego, co przez całą ciążę i poród przeżywa matka.

Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że nie wyobrażam sobie, że ktokolwiek mógłby decydować za kobietę o tym czy urodzić czy nie. Decyzja o macierzyństwie, ciąża, poród i to jak te zdarzenia wpływają na życie kobiety jest zbyt osobiste, zbyt indywidualne, zbyt powiązane z kobietą i jej życiem, żeby ktokolwiek inny mógł powiedzieć jej “musisz urodzić” albo “musisz przerwać ciążę”.

Jest też z gruntu nieludzkie, naruszające nie tylko sferę wolności, ale i godności kobiety, której odbiera się jej naturalne prawo decyzji oddając je w ręce obcych ludzi.

My, mężczyźni nigdy nie będziemy uprawnieni do decyzji o urodzeniu czy nie urodzeniu dziecka. Możemy wspierać, kochać, pomagać, troszczyć się, zapewniać, organizować, otaczać opieką, ale nigdy nie będziemy nosić dziecka pod sercem i nigdy nie będziemy rodzić, nie do nas więc należy ostatnie słowo. Nieważne czy zaplanował to Bóg, czy taki wyrok wydała natura – tego nigdy nie doświadczymy, a wszystko co przeżyjemy, choćby nie wiem jak intensywnie, będzie inne, bez porównania do tego co przeżywa matka.

Kto was sędziami sióstr waszych uczynił?

Nie wiem czy aborcja jest OK, czy nie jest OK. Czy jest ciężką, traumatyczną decyzją czy zwykłym zabiegiem medycznym. Nie mam zdania na temat cudzych aborcji, nie chcę go mieć i przede wszystkim mieć go nie muszę. Już nie.

Nie jest jednak tak, że nie mam zdania w kwestii dopuszczalności prawa do przerwania ciąży.

Wierzę, że każda kobieta, i tylko kobieta, powinna mieć wybór.

Nie wziąłem tego z książek czy teoretycznych rozważań. Pogląd mój wyrzeźbiło życie łzami smutku i radości.

Nie ma takiego sądu, takiej sali parlamentu, nie ma takiego gabinetu, nie ma takiej izby, w której można zadecydować za kobietę, czy powinna urodzić dziecko czy nie. Decyzja ta powinna na zawsze pozostać w jej rękach. Każda kobieta powinna mieć prawo podjąć ją w gronie ukochanych ludzi, w atmosferze zrozumienia, miłości i wsparcia. Żadne państwo i żadna władza nie ma moralnego prawa ingerować w tę decyzję. Ma za to obowiązek otoczyć kobietę opieką i zaoferować jej wszystko czego potrzebuje, tak by mogła zadecydować w spokoju wiedząc, że nie zostanie do niczego zmuszona, że nie zostanie odrzucona, oceniona, czy ukarana. Kiedy dziś rozmawiam o tym z siostrą powtarza wciąż: “To był mój wybór. Wybór, nie nakaz. Każda kobieta powinna mieć swój”.

Dlatego hańba spada na wszystkich, którzy chcą naruszyć to święte kobiece prawo i z daleka, z wygodnych foteli, z sejmowych ław czy z sędziowskich tronów, ze swoich zimnych sal, ze swoich złotych pałaców, ze swoich kaplic czy salonów dyktować prawa, które odbiorą kobietom wolność i wejdą w te najbardziej ludzkie z ludzkich spraw butami policjantów, prokuratorów, polityków czy sędziów.

Hańba. Hańba. Po stokroć hańba.

Stanowisko Polskiej Partii Socjalistycznej w sprawie wyroku Trybunału Konstytucyjnego

Zjednoczona Prawica cofa nas do czasów wczesnego średniowiecza, do czasów, gdy w imię szerzenia wiary katolickiej toczyły się wojny.

W czasie wojen wymaga się heroizmu. Teraz Zjednoczona Prawica żąda heroizmu od kobiet, aby były gotowe ryzykować swoim życiem i zdrowiem rodząc dziecko z ciężkimi wadami fizycznymi. Heroizmem jest też znoszenie traumy z powodu wysoce prawdopodobnej śmierci takiego dziecka, a także poświecenie normalnego życia kobiety i całej rodziny dla opieki nad takim dzieckiem, a nierzadko również w jego wieku dorosłym. Traumą psychiczną jest myśl, co się stanie z takim człowiekiem po śmierci opiekunów. Świadome powodowanie u kobiet stanu traumy jest torturą. Konstytucja tego zabrania. Wyrok Trybunału to zderzenie dwóch zapisów
konstytucyjnych.

Wojny wywołują wodzowie, którzy pozostają na dalekim zapleczu i nie ponoszą żadnego uszczerbku, skazując społeczeństwo na cierpienia. Tak jest i w tym przypadku. To polityk, nie mający rodziny i dzieci, realizując polecenia hierarchów kościelnych, którzy też nie znają życia rodzinnego i nigdy nie weszli w posiadanie wiedzy o kobiecie, pobłogosławili ten haniebny wyrok trybunału.

Jak wykazały wielokrotnie badania opinii, zdecydowana większość społeczeństwa wypowiadała się przeciwko zaostrzaniu prawa aborcyjnego, a znaczna część społeczeństwa wypowiada się za jego złagodzeniem. Wypowiedzi popierające wyrok pochodzą od ludzi zindoktrynowanych naukami kościoła lub cyników chcących przypodobać się władzy.

Jako wyraz aberracji umysłowej traktujemy poparcie dla wyroku Konfederacji. Partia ta jest głosicielem nieskrępowanej wolności jednostki, ale chce jej ograniczenia dla kobiet. Traktujemy to jako wyraz pogardy dla tej płci, co w sposób nieskrepowany demonstruje Janusz Korwin Mikke.
Stoimy też w przededniu drugiej wojny religijnej, jaką rozpoczęła Zjednoczona Prawica.

Wypowiedzi nowego ministra Oświaty, Nauki i Szkolnictwa Wyższego p. Czarnka wskazują jednoznacznie, że nasze dzieci będą w znacznie większym stopniu niż dotychczas indoktrynowane ideologią katoprawicową i ograniczy im się dostęp do rzetelnej wiedzy o świecie i nowoczesnym społeczeństwie. W nauce i w szkołach wyższych czeka nas rugowanie rzetelnej wiedzy na rzecz ideologii katolickiej.

Społeczeństwo budzi się z letargu i nie da się podporządkować cynikom i fanatykom. Wojna może trwać, ale zwycięstwo będzie nasze.

Kato-Polakom ku pamięci

Cała narodowo – prawicowo – katolicka Polska święci wielki triumf. Organ zwany Trybunałem Konstytucyjnym, własnoręcznie sklecony przez Prezesa PiS, w dniu 22.10.2020 oficjalnie wyrzucił na śmietnik zgniły kompromis aborcyjny, jaki obowiązywał w Polsce przez ponad ćwierć wieku.

W radosnej euforii działacze PIS, Konfederacji, ONR, Ordo Iuris, i szeregu innych organizacji „pro life” ogłosili, że jest to chwila historyczna. Otóż w dniu tym staliśmy się wzorcowym krajem katolickim i uczyniliśmy milowy krok na drodze budowy wielkiej, bogatej i dumnej Polski. Sprawa jest przesądzona, albowiem biskupi nadzwyczaj ochoczo przyjęli złożony akt wiernopoddańczy, podziękowali i obiecali szczególną opiekę nad naszą ojczyzną.

Podobno historia jest nauczycielką życia, więc zwrot „szczególna opieka hierarchii katolickiej” powinien wzbudzać wyłącznie ciarki, ale do tego potrzebna jest chociaż minimalna znajomość historii. Wszystko niestety wskazuje, że polska prawica nawet z dziejów własnego narodu zna jedynie trzy strony (Chrzest Polski, Grunwald, oraz żołnierzy wyklętych). Proponuję więc, by poznała jeszcze kilka akapitów.

Najpotężniejsze mocarstwo starożytności, wielkie Cesarstwo Rzymskie, w początkach IV wieku zezwoliło na legalne funkcjonowanie chrześcijaństwa. W krótkim czasie biskupi wytępili wszelkie inne religie, a następnie podporządkowali sobie każdą dziedzinę życia imperium, łącznie z polityką. W efekcie po półtora wieku Cesarstwo zniknęło z dziejowej sceny, ale za to kościół wzmocnił się wprost nadzwyczajnie.

W XVI wieku Hiszpania była najpotężniejszym krajem europejskim. Pierwsza odkryła, podbiła i zagarnęła Amerykę oraz inne kolonie, więc statki wypakowane tonami złota, srebrem, korzeniami, niewolnikami, wpływały przede wszystkim do jej portów. Tyle, że królowie Hiszpanii sami się nazwali „katolickimi”, a władzę nad krajem oddali w ręce bezwzględnej i sadystycznej inkwizycji. Po dwóch wiekach Hiszpania była już tylko zubożałym państewkiem drugiej kategorii, ale za to w Watykanie nawet kandelabry zaczęto odlewać ze szczerego złota. Co ciekawe inny kraj, Anglia, właśnie w XVI wieku zerwał całkowicie z katolicyzmem i wkrótce zbudował, trwające aż do XX wieku, największe imperium na świecie.

Polska w XVI wieku była najpotężniejszym mocarstwem Europy środkowo – wschodniej. Pod rządami ostatnich Jagiellonów słynęła z tolerancji, a większość jej senatu stanowili protestanci. Jednak wkrótce królem został prawdziwy katolik i absolutny dewot Zygmunt III Waza. Dzięki niemu w początkach XVII wieku skończyła się tolerancja, a wszelkie sprawy państwowe oddano w gestię katolickiego kleru, jezuitów, dominikanów, etc. Po niecałych dwóch wiekach bezbronna, wyeksploatowana i zacofana Polska zniknęła z mapy Europy. Warto dodać, że czasie Powstania Kościuszkowskiego, ostatniego zrywu dla ratowania kraju, lud Warszawy zdołał ukarać kilku sprzedawczyków i zdrajców szczególnie zasłużonych dla upadku ojczyzny – wśród innych wybitnie szubrawych łotrów powieszono także biskupa Józefa Kossakowskiego oraz biskupa Ignacego Massalskiego. Na ocalenie Polski było jednak już za późno.

Przykładów „szczególnej opieki kościoła katolickiego” można podać znacznie więcej, ale wystarczy zauważyć, że wśród dzisiejszych mocarstw światowych nie ma ani jednego, które pozwoliłoby Watykanowi lub jego urzędnikom na jakikolwiek wpływ na swą politykę – n. p. członkowie Rady Bezpieczeństwa ONZ to: protestanckie USA i Wielka Brytania, prawosławna Rosja, komunistyczne Chiny oraz Francja, która pilnuje swej świeckości jak źrenicy oka. Natomiast państwa w których ewidentny jest wpływ kościoła katolickiego na ich rządy to m. in. Filipiny, Angola, Gabon, Kongo, Kolumbia i Meksyk. Teraz do tego klubu zapisała się także Polska.

Szansa, że polska prawica zdoła przyswoić sobie powyższe lekcje nie jest duża, ale cuda się zdarzają.

Natomiast warto powiedzieć kilka słów także o meritum sprawy, czyli o zagadnieniu aborcji. Urzędnicy kościelni nazwali go walką o życie nienarodzonego dziecka, którym to hasłem z miejsca zamykają usta wszystkim zwolennikom praw kobiet i dopuszczalności przerywania ciąży. Problem jest w tym, że nazwanie zarodka, czy też embrionu, dzieckiem, jest niezwykle skutecznym (biedne, niewinne, bezbronne dzieciątko – czy może być coś bardziej rozczulającego?), ale tylko propagandowym kłamstwem. Równie dobrze można żołędzie nazywać młodymi dębami albo kurze jajka sprzedawać jako młode kurczaki. Oczywiście takie argumenty z miejsca będą odrzucone, bowiem zgodnie z przekonaniami kościoła ludzie są wyjątkowymi stworzeniami boskimi, gdyż zostali wyposażeni w duszę (nie ma pewności, czy mają ją działacze lewicowi i LGBT, ale to inny problem), Wszystko więc sprowadza się do pytania, w którym momencie biologiczny organizm otrzymuje tę duszę do swej dyspozycji i staje się człowiekiem. Pomińmy szczegóły sporów toczących się na ten temat od starożytności i przypomnijmy tylko, że nieomylny w takich sprawach Watykan w drugiej połowie XIX wieku oznajmił, iż dusza pojawia się w embrionie w 5 miesiącu ciąży. To by mogło zamknąć temat, ale od tego czasu nauka poczyniła znaczne postępy, więc Pan Bóg także się zreflektował. Zgodnie z nową doktryną duszę ludzka otrzymują dwie komórki (jajowa i plemnik) natychmiast po połączeniu się.

Właśnie tak powstała zygota jest przez kler, narodową prawicę, a także przez prezes TK panią Przyłębską nazywana nienarodzonym dzieckiem. Natomiast kobiety, które własną krwią karmią i hołubią te komórki, są traktowane przez nich wyłącznie jako inkubatory. Takich drugorzędnych istot nikt nie zamierzał pytać o zdanie, toteż ogromne zdziwienie wywołał fakt, że inkubatory zbuntowały się, masowo wyszły na ulice i klną jak szewcy. Może się więc zdarzyć, że rządzący będą musieli pospiesznie wyciągać ze śmietnika zgniły kompromis aborcyjny, aby wkrótce nie znaleźć się obok niego.

Kryzys państwa czy kryzys Prawa i Sprawiedliwości?

Nasze państwo znajduje się w stanie ostrego kryzysu, którego bezpośrednią przyczyną jest pandemia COVID-19, ale którego głębsze przyczyny tkwią głębiej. Oczywistym przejawem tego kryzysu jest załamywanie się służby zdrowia pod naporem – przyznaję nieoczekiwanego – ataku epidemii. Rządzący pocieszają siebie i nas argumentem, że gdzie indziej nie jest lepiej, ale ten argument ma ograniczoną skuteczność.

Niechętnie mówi się na przykład o tym, że w Szwecji czy Norwegii, gdzie służba zdrowia od dawna znacznie lepiej funkcjonuje niż u nas, skutki epidemii są bez porównania mniej dotkliwe, także dla gospodarki.
Epidemia rozkłada nie tylko służbę zdrowia, ale także gospodarkę i oświatę. Jej skutki będą nam towarzyszyły przez wiele lat. Całkowicie uzasadnione jest więc pytanie o odpowiedzialności rządzących – tych obecnych, ale także ich poprzedników.
Dziś oczywiste jest, że rząd Prawa i Sprawiedliwości zmarnował kilka letnich miesięcy, gdy epidemia osłabła i gdy był czas, by przygotować kraj do jej nawrotu. Zamiast tego mieliśmy uspakajające wypowiedzi premiera Morawieckiego o tym, że epidemia już nie stanowi niebezpieczeństwa, więc powinniśmy wszyscy (a zwłaszcza seniorzy, na głosy których PiS liczył bardziej niż na młodych) ochoczo podążyć do urn. Poprzednie kierownictwo Ministerstwa Zdrowia bardziej zajmowało się podejrzanymi transakcjami z udziałem zaprzyjaźnionych osobników niż przygotowaniem szpitali do czekających je zadań.
Kryzys odsłonił podstawową słabość polskiej służby zdrowia: brak kadr lekarskich i pielęgniarskich. Polska pod tym względem znajduje się w ogonie państw europejskich, a kolejne rządy ten narastający problem odsuwały na bok. Istotą tego problemu jest drastyczne niedofinansowanie służby zdrowia i – w konsekwencji – rażąco niskie płace młodych lekarzy i pielęgniarek. Gdy lekarze protestowali przeciw drastycznie niskim placom, niemądra posłanka PiS wykrzykiwała, że „mogą wyjechać”, a wcześniej marszałek Sejmu z ramienia PiS demagogicznie wołał „pokaż lekarzu, co masz w garażu”. Dysproporcje zarobkowe stały się szczególnie rażące w ostatnich latach, gdy rząd PiS bardzo wysoko opłacał ludzie sobie bliskich – nawet bez szczególnie wysokich kwalifikacji. Więc niech się dziś ich szefowie nie dziwią, że lekarze wyjechali. W okresie Polski Ludowej mieliśmy jeden z najlepszych wskaźników liczby lekarzy i pielęgniarek w stosunku do liczby mieszkańców. Dziś brzmi to jak bajka.
W 1997 roku Jacek Żochowski – najlepszy, moim zdaniem, minister zdrowia demokratycznej Polski – domagał się ustalenia składki zdrowotnej na poziomie 11 procent. Zmarł kilka dni przed wyborami, które oddały władzę AWS, a ta składkę zdrowotną ustanowiła na znacznie niższym poziomie, czego niestety nie poprawiły także rząd SLD w latach 2001-2005 i rządy Platformy Obywatelskiej i PSL w latach 2007-2015. Oszczędzanie na służbie zdrowia teraz wychodzi nam bokiem – także w postaci ekonomicznych konsekwencji takiej polityki.
Płacimy też za ograniczanie liczby studentów medycyny. Jest to wciąż kierunek, na który zgłasza się znacznie więcej kandydatów niż miejsc. Oczywistą rzeczą jest, że powinniśmy na te studia kierować znacznie większe środki. By jednak nie prowadziło to po prostu do kształcenia kadr na eksport, konieczna jest radykalna poprawa warunków płacy młodych lekarzy i pielęgniarek.
Rząd PiS odpowiada za ten stan rzeczy gdyż miał i zmarnował pięć lat doskonałej koniunktury w gospodarce światowej. Czy jednak wyborcy zdecydują się wyciągnąć z tego wnioski?
O tym dowiemy się dopiero za trzy lata (lub wcześniej, jeśli pod presją kryzysu nastąpią przyśpieszone wybory). Już teraz jednak widać przejawy kryzysu w samym obozie władzy.
Pierwszym takim objawem było – jak się okazuje przejściowe – załamanie rządzącej koalicji. Zalatano go za ceną ustępstw, zwłaszcza wobec Porozumienia, którego szef Jarosław Gowin triumfalnie wrócił do rządu jako wicepremier i minister rozwoju gospodarczego, przy okazji upokarzając dotkliwie byłą minister, dla której własna kariera była ważniejsza niż partyjna lojalność. Konflikty wewnątrz koalicji zostały jednak jedynie odłożone w czasie. Będą wracały.
Drugim objawem kryzysu jest nagłe pogorszenie relacji miedzy „Solidarnością” i rządem, a tym samym także kierownictwem PiS. Głośno protestując przeciw nominacji Gowina „Solidarność” wycofała swych przedstawicieli w Rady Dialogu Społecznego i zagroziła, że już nie zagłosuję na PiS.
Trzeci kryzys partia rządząca zafundowała sobie na własne życzenie niespodziewanie i bez przygotowania forsując ustawą o ochronie zwierząt w wersji, która boleśnie godzi w interesy hodowców. Kosztuje ją to utratę poparcia wsi i bunt we własnych szeregach, gdyż dwudziesty posłów i senatorów odmówiło poparcia kontrowersyjnej ustawy. Trudno zrozumieć, jak do tego doszło. Co tak nagle przypiliło Jarosława Kaczyńskiego rzucającego swój osobisty autorytet na szalę w tej trudnej i skomplikowanej sprawie? Czym innym przecież są budzące szacunek intencje, a czym innym zimna kalkulacja politycznych i ekonomicznych realiów.
Podobnie ma się sprawa z czwartym elementem kryzysu: nagłym zaostrzeniem starego sporu o ustawę antyaborcyjną. Nikt rozsądny nie uwierzy, że złożony w większości z mianowańców partii rządzącej Trybunał Konstytucyjny sam z siebie zdecydował się drastycznie ograniczyć możliwość przerwania ciąży – i to w sytuacji, gdy niesie ona za sobą konieczność urodzenia ciężko upośledzonego a nawet skazanego na cierpienia i rychłą śmierć płodu. Wiadomo, że w Polsce nie ma poparcia dla zaostrzania ustawy – i tak najbardziej restrykcyjnej w Europie (poza Maltą). Decyzja Trybunału już skutkuje masowymi protestami i zaostrzoną krytyką ze strony Unii Europejskiej. Nie jest to krok kupujący rządzącym poparcie, gdyż nawet wśród wyborców PiS przeważają przeciwnicy zaostrzenia ustawy. Więc o co tu idzie?
Istnieją dwie – nie wykluczające się wzajemnie – hipotezy wyjaśniające te zdumiewające posunięcia obozu rządzącego.
Według pierwszej, jest to przygotowywanie się na nieuchronną klęskę wyborczą i na oddanie władzy. W tych warunkach ogromnie ważne jest zbudowanie zwartej ideologicznie, wręcz fanatycznej, armii politycznej, która miałaby siłę by przetrwać złe czasy i kiedyś powrócić do władzy. To tłumaczyłoby zaostrzanie restrykcji antyaborcyjnych, ale nie wyjaśniałoby ryzykownej gry w sprawie ochrony zwierząt – chyba ze stosunek do niej potraktuje się jako test osobistej lojalności wobec szefa partii rządzącej.
Drugie wyjaśnienie ma charakter psychologiczny. Jarosław Kaczyński starzeje się i zapewne ma przed oczyma zbliżający się kres kariery politycznej. Chciałby więc, póki jeszcze może, przeforsować takie zmiany, które odpowiadają jego przekonaniom. Po ludzku jest to zrozumiałe, ale politycznie może okazać się samobójcze.
Ceną płaconą przez Polskę za rządy Prawa i Sprawiedliwości jest pogłębianie się i przedłużanie kryzysu państwa. Wyście z niego wymagałoby odważnej i patriotycznej decyzji, jaką byłoby powołanie kompetentnego, pozapartyjnego rządu fachowców i wyposażenie go w prawo do podejmowania kluczowych decyzji z upoważnienia Sejmu i Senaty, ale – przez czas kryzysu – bez ich doraźnych ingerencji. Nie jestem jednak aż takim optymistą, by sądzić, że Jarosław Kaczyński i jego akolici postawią interes państwa ponad własnym interesem partyjnym i osobistym. Czekają nas więc trudne czasy.
Tym większego znaczenia nabiera sprawa strategii politycznej lewicy. Musi ona jak najszybciej wyraźnie określić, jaką drogą chce doprowadzić do zmiany obecnej sytuacji. Tu nie wystarczą same protesty – skąd inąd jak najbardziej potrzebne. Tu potrzebna jest jasna i przekonująca strategia – w tym zwłaszcza określenie z kim i na jakich warunkach zamierzamy doprowadzić do zmiany rządów i jaki program chcemy realizować, gdy powstaną po temu warunki polityczne.

Nur fur PiS

„Każdy funkcjonariusz struktur siłowych wybiera dziś, kogo broni: swojego narodu czy swoich przełożonych. Każdy urzędnik dziś wybiera, komu służy: narodowi czy reżimowi” – Swiatłana Cichanouska.

„Piątka dla zwierząt” miała pozyskać dla PiS młodych wyborców, a wyrok Trybunał Konstytucyjnego tych skłaniających się ku Konfederacji. I przy okazji przesunąć z czołówek dzienników telewizyjnych na plan drugi problem nieprzygotowania przez rząd służby zdrowia do drugiej fali pandemii.
Jak wyszło, każdy widzi. Znienawidzona przez hodowców „Piątka dla zwierząt” powędrowała do sejmowej zamrażarki. Uchwalenie jej po wyroku Trybunału przyniesie PiS jedynie dodatkowe polityczne straty i powiększy już stale pączkujący deficyt budżetowy. A barbarzyński wyrok Trybunału Konstytucyjnego pozbawił elity PiS legitymacji do dalszego rządzenia.
Masowo demonstrujący Polacy pokazali im przecież czerwoną kartkę. Nie tylko za barbarzyński wyrok służalczych sędziów Trybunału. Społeczeństwo polskie oczekuje sprawnych i sprawiedliwych rządów. Takich, które będą rozwiązywać związane z pandemią problemy, a nie kreować nowe. Elity PiS przez ostatnie sześć lat wygrywały wybory wywołując wojny kulturowe i ekonomiczne. Strasząc społeczeństwo grożącymi mu, rzekomymi zagrożeniami. Szczując „milczącą większość” na przeróżne mniejszości. Teraz przegrali, bo żyjąc w swych politycznych bunkrach stracili kontakt z szybko zmieniającą się rzeczywistością. Zlekceważyli zagrożenie pandemią ulegając swym antyoświeceniowym poglądom. Dodatkowo te zadufane, spasione samczyki zapomniały, że kobiety potrafią zorganizować się. Walczyć o swe ludzkie prawa. I kiedy wywołali wojnę kulturową z większością naszego społeczeństwa, to usłyszeli krótki komunikat. Dosadne: „Wypierdalać!”.
Żydzi tyfus, Polki covid
Gdyby elity PiS szanowały wolę społeczeństwa, to już teraz zaproponowałyby protestującym Polkom jakieś polityczne rozwiązanie. Rozmowy, poszukiwanie kompromisu. Ale pan prezes, wicepremier Kaczyński nie potrafi przyznać się do błędu. Zapiekły w swym politycznym szaleństwie wybrał „białoruski wariant”. Władza PiS postanowiła przeczekać protesty kobiet. A nawet zagrozić im użyciem „Tituszek”. Bojówek dresiarzy wypróbowanych do tłumienia społecznych protestów na Ukrainie i Białorusi. Elity PiS uznały, że skoro sondaże wskazują, iż 54 procent obywateli popiera kobiece protesty, a 43 procent ich nie popiera, to trzeba postawić na te czterdzieści procent przeciwnych.
Trzeba zmobilizować prorządowych propagandzistów aby przekonywali społeczeństwo, zwłaszcza ową „milczącą większość”, że obecny rekordowy wzrost zachorowań na covid to jedynie efekt masowych protestów „faszystowskiej lewicy”. Kopiując stare, wypróbowane wzorce. Skoro w propagandzie hitlerowskich Niemczech Żydzi „roznosili tyfus”, to czemu w kaczystowskiej IV RP nie oskarzać Polki, że „roznoszą covid”. Oczywiście tylko te z „faszystowskiej lewicy”. Wspierane przez wraże ośrodki z zagranicy. Aby dodatkowo splugawić demonstrujące Polski prorządowe media oskarżają je o ataki na budynki kościołów i profanacje odbywających się mszy świętych. Potwierdzić mają to dane prezentowane przez MSWiA. Otóż w ostatni weekend służby bezpieczeństwa skrupulatnie odnotowały 22 przypadki demonstracji podczas mszy i 79 przypadków malowania haseł na elewacjach budynków należących do kościoła.
Służby nie dodają, że Polsce mamy 10 673 parafie katolickie. W każdej z nich jest przynajmniej jeden budynek kościelny. Do tego w każdej z nich jest też przynajmniej jeden budynek siedziby parafii, do tego bywają dodatkowe budynki licznych kościelnych instytucji. Aż 79 z nich „sprofanowano” wolnościowymi hasłami. Co niedziela w każdym z 10 273 kościołów obywają się przynajmniej trzy msze, co daje około 31 tysięcy mszy. Aż 22 msze z tych 31 tysięcy zostały zakłócone wolnościowymi hasłami. To w TVP świadczyć ma o zmasowanym ataku „faszystowskiej lewicy” na kościół kat.
Mamy już pierwsze ofiary propagandy TVP. Wybitny polski bokser, urodzony w Częstochowie, Marcin Najman usłyszał w telewizji, że atakowana jest Jasna Góra. Natychmiast ruszył na odsiecz. Tak napisał w Internecie: „Z miejsca wsiadłem, przyjechałem, by spełnić obywatelski obowiązek i bronić Kościoła. A to jest jedna wielka prowokacja. Przecież tu nikogo nie ma. Nikt nie atakuje Jasnej Góry. Co wy pie…cie za głupoty! Przecież wy tylko podsycacie nastroje, nic więcej”. W tym czasie TVP info pokazywała też kilkunastu odzianych w panterki byczków szczelnie blokujących dostęp do stołecznego kościoła św. Krzyża. Znudzonych, bo nikt kościóła nie napadał. Nawet wierni nie zbliżali się tam, bo przy takiej „ochronie” strach było podejść.
Kościół w pułapce PiS
Polski kościół kat. najwięcej straci na tej wojnie religijnej. Pan prezes Kaczyński traktuje kościół kat. jak swoją przystawkę polityczną. Wysłał go na front swej wojny kulturowej z „faszystowską lewicą” i potem wezwał do obrony „atakowanego Kościoła” bojówki „PiS i jego zwolenników”. I tak kościół prezentujący się jako powszechny, reprezentujący aż „92 procent ochrzczonych obywateli” staje się kościołem tylko tych 40 procent głosujących na PiS i Konfederację. Kościołem partyjnym, nie narodowym. Kościołem „nazioli”, politycznym marginesem. Tak to pan prezes Kaczyński ukradł katolicki kościół wszystkim wierzącym jeszcze Polakom.
Narodowcy w pułapce PiS
Wzywając narodowców do „obrony kościołów” pan prezes, wicepremier dowartościował ich politycznie. Ale też uczynił z nich swą polityczną przystawkę i potencjalny polityczny „zderzak”. Zapewne liczy, że podlegające mu spec służby podstępnie zradykalizują demonstrujące kobiety i skierują je do walki z bojówkami narodowców. Ci „Rycerze Maryi” już rwą się by bić „lewaczki”, bo bicie kobiet to przecież stara, katolicko- rycerska tradycja. Każda bójka podczas kolejnych demonstracji jest w interesie pana prezesa i wicepremiera odpowiedzialnego za bezpieczeństwo w Polsce. Nie zdziwmy się, że takie bójki będą pretekstem do zakazu, czasowego na początek, wszelkich demonstracji w Polsce. Przy okazji zamknie się też w aresztach liderki strajków kobiet i wodzów narodowców. Zbliża się dzień 11 Listopada. Narodowcy już zapowiadają swój wielki marsz, a władzą mruczy, że w tym roku, ze względu na zarazę, nie zezwoli na to. Zwłaszcza marsz na błoniach Szpitalu Narodowego. Sprowokowanie „napadu faszystowskich lewaczek na narodową młodzież” rozwiązałoby problem przyszłego marszu narodowców niekontrolowanego przez PiS.
Prezydent w pułapce PiS
Próbę politycznego kompromisu podjęli gowinowcy. Posłużyli się panem prezydentem Dudą ukrywającym się przed mediami w swoim Pałacu. Najpierw córka pana prezydenta wyjawiła w Internecie, że najlepiej byłoby gdyby było tak jak było. A potem telewizja Polsat szczęśliwie dodzwoniła się do niego i uzyskała nieśmiałe wezwanie do kompromisu. Niestety następnego ranka pan prezydent wycofał się z kompromisowych pomysłów i pozostał w ukryciu dalej. Widać po telefonie Polsatu ktoś jeszcze dodzwonił się do niego.
PiS do bunkra
Pan prezes Kaczyński wie, że jego partia przegra najbliższe wybory. Straci zapewne władzę. Dlatego już teraz przygotowuje się do tego. Tworzy w Polsce swoje, osobne królestwo. Ze swoimi strukturami władzy. Ze swoimi wartościami narodowo- katolickimi. Ze swoim kościołem. Ze swoimi mediami. Zasilanymi teraz obficie przez spółki skarbu państwa. Ze swoimi firmami finansującymi przyszłe państwo. Zasilanymi „wianem” z polskiego budżetu. Ze swoimi elitami wianowanymi teraz poduszkami finansowymi, też ze skarbu państwa. Kapitałem na przetrwanie w czasach opozycji i na przyszły powrót do władzy.
Tworzy swoją, lepsza Polskę. Nur fur PiS.

Lewica i samorządowcy razem z kobietami

49 samorządowców – prezydentów, burmistrzów, starostów, wójtów, wsparło protesty kobiet w walce o ich prawa reprodukcyjne i wypowiada wojnę fundamentalistom z PiS.

Wczoraj, 26 października, powstała koalicja „Tak! Samorządy dla Polski”. 49 sygnatariuszy i sygnatariuszek, samorządowców polskich miast, miasteczek i wsi podpisało się pod wspólnym apelem, gdzie deklarują wsparcie dla postulatów strajkujących kobiet w obronie ich praw reprodukcyjnych. Na liście jest między innymi Rafał Trzaskowski, prezydent Warszawy, Jacek Karnowski, prezydent Sopotu, Jacek Sutryk, prezydent Wrocławia, miasta, w którym 26 października o prawa kobiet upominało się na ulicach 50 tys. osób.

Sygnatariusze oświadczenia wyrażają głębokie oburzenie łamaniem praw kobiet i skazywaniem ich na tortury przymusu rodzenia ciężko chorych dzieci.

„Po 27 latach przestało w Polsce obowiązywać prawo aborcyjne. Nie ma naszej zgody na skazywanie kobiet na tortury. Nie ma naszej zgody na koszmar matek, które będą zmuszane rodzić istoty niezdolne do samodzielnego życia i patrzeć na ich powolne umieranie. Albo natychmiastowe. Albo na cierpienie”- czytamy w oświadczeniu przeciwko decyzjom Prawa i Sprawiedliwości. Samorządowcy mają dość „łamania prawa, wprowadzania fundamentalizmu, i jedynej słusznej ideologii Państwa PiS” piszą w oświadczeniu „Tak! Samorządy dla Polski”.
Wszyscy sygnatariusze i sygnatariuszki deklarują wsparcie postulatów kobiecej rewolucji, która rozpętała się po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego w sprawie przerywania ciąży ze względu na ciężkie, letalne wady płodu.

Swoich wyborców i wyborczyń nie zawiodła również sejmowa Lewica. Jej przedstawicielki są na demonstracjach kobiet, razem z nimi skandując hasła i patrząc na ręce często nadgorliwej ostatnio policji. Natomiast 27 października na przedpołudniowym posiedzeniu Sejmu zablokowały mówicę, domagając się, by natychmiast wniesiono pod obrady projekt ustawy zezwalającej na przerwanie ciąży na żądanie kobiety do 12 tygodnia.

Prawicowa paranoja

Pseudotrybunał konstytucyjny (pisać małą literą) orzekł, że cechy letalne płodu nie kwalifikują go do aborcji, powołał się przy tym na interpretację profesora Zolla z 1997 roku.

Wtedy był on przewodniczącym trybunału i orzekł, że życie ludzkie zaczyna się od poczęcia. Dzisiaj konserwatywny profesor Zoll występuje przeciwko PiS-owi. Wtedy spełnił rolę pożytecznego idioty. Taką samą rolę i z takimi samymi poglądami pełnił profesor Rzepliński. Dzisiaj też antypisowiec. Teraz PiS ich już nie chce, ale posłużył się ich interpretacją podejmując decyzję o całkowitym zakazie aborcji.

Powołuje się na tamten werdykt Trybunału i że obecnie trybunał nie mógł podjąć innej decyzji. No i że ta Konstytucja jest lewicowa, więc czego się czepiacie. PiS nadal robi z obywateli idiotów, a spora grupa mu ślepo wierzy.

Poseł Kowalski, gwiazda ziobrystów od dawna pluje antykomunistycznym jadem na otoczenie niczym oszalała kobra. Oto w radiu stwierdził, że aborcja to wymysł komunistów. Jeżeli tak, to cała Europa za wyjątkiem Polski i Malty to komuniści. Komunistą jest premier Johnson i premier Orban. U niego nawet zezwolono na związki partnerskie. Półkomunistą był Lech Kaczyński. Warto by było, aby poseł Kowalski, przed chlapaniem jakiejś głupoty na antenie puknął się najpierw w czoło. Chyba jednak to nie ma sensu. Nic to nie da. Na prawicy ludzi, których myślenie zdradza objawy politycznej paranoi nie brakuje. Niestety ktoś ich wybiera i tutaj zaczyna się problem.

Zamach trwa!

Zaledwie kilka dni temu Trybuna opublikowała mój felietonik pt. Zamach. Leitmotivem tego wysiłku mego sklerotycznego umysłu było ostrzeżenie, że wkraczamy, jako naród i państwo, w etap zamachów na nasze prawa obywatelskie, sygnalizujący bóle porodowe dyktatury.

Widocznie mam zadatki na intratną posadę jasnowidza, bo doczekaliśmy się orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, stwierdzającego, że jeden z zapisów ustawy regulującej dopuszczalność aborcji jest niezgodny z Konstytucją. To taki przepis, który dopuszczał aborcję na wniosek kobiety, w przypadku stwierdzenia nieuleczalnej wady spodziewanego płodu.

Zamach na prawa kobiet

Orzeczenie to spowodowało nagły, jakby przez władze kraju niespodziewany, wybuch niezadowolenia społecznego, w tym zwłaszcza kobiet. Rozpoczęły się manifestacje protestu, które, jak sądzę, mogą być długotrwałe i niebezpieczne.

Na tym tle mam, do miłościwie panującej partii, rządu i ich zaplecza prawnego, pięć pretensji:

– Po pierwsze – o to, że grupa posłów PISu wpadła na idiotyczny pomysł przerwania kontynuacji nienajlepszych, ale względnie spokojne tolerowanych „kompromisowych” przepisów, regulujących dopuszczalność aborcji, funkcjonujących od ok. 30 lat. I że z pytaniem w tej sprawie zgłosiła się do Trybunału Konstytucyjnego, który, zdaniem wielu autorytetów prawniczych, jest obecnie upartyjniony i częściowo powołany niezgodnie z prawem.

– Po drugie, – że tenże Trybunał zdecydował się na rozpatrzenie tej sprawy szybciej, niż normalnie, i w okresie ograniczania zgromadzeń wywołanego pandemią CONVID 19. Podjął taką decyzję zapewne na towarzyskich spotkaniach Pani Prezes Trybunału z Prezesem Partii Rządzącej, jedząc wystawne obiadki. Zarzucam rządowi RP, że na to pozwolił, narażając zdrowie i życie obywateli.

– Po trzecie, – że tenże Trybunał stosuje wyłącznie najszerszą interpretację „życia człowieka”, mimo, że w prawie międzynarodowym i w prawie wielu państw, przyjmuje się częściej początek życia „od narodzenia człowieka”, a nie „od poczęcia”, które zresztą nie jest pojęciem jednoznacznym. Zawsze nasuwało wątpliwość, czy wobec tego żywy plemnik ludzki też może już być uznany za chronionego prawem człowieka, tym bardziej, że zapewne jeszcze w cym stuleciu dojdziemy do sytuacji, w której będzie możliwe nie tylko sztuczne zapłodnienie, ale także przynajmniej wstępne rozwijanie płodu w tworzonych przez ludzi urządzeniach. Oczywiście upraszczam, – ale przypominam, że konstytucja RP (Art. 38) mówi ochronie życia „człowieka”. Reszta – Panowie Prawnicy – jest tylko waszą interpretacją. I domyślam się, że przy tym wysiłku macie w głębokim poważaniu dorobek światowej filozofii. A Kartezjusz powiedział przecież „Cogito ergo sum” . czyli „Myślę, więc jestem”. Eo ipso – nie myślę, to mnie nie ma. Mogę się założyć, że embrion nie myśli.

Prawne sankcjonowanie tortur

Po czwarte – zarzucam Partii Rządzącej, Rządowi i Trybunałowi Konstytucyjnemu, że Interpretuje rozszerzająco jedne postanowienia Konstytucji, a jednocześnie stara się pomijać inne. W Art. 40 jest wyraźny zakaz stosowania tortur. Pytanie – czy nie jest świadomie przez państwo zadawaną torturą zmuszanie kobiet do wielomiesięcznego noszenia niechcianej i nienaprawialnie uszkodzonej ciąży tylko po to, aby potem zorganizować jej pogrzeb?

Po piąte – zarzucam rządowi, że pozwala na doprowadzanie do sytuacji, w której niemające innego wyjścia kobiety, będą na znacznie większą skalę wybierały turystykę aborcyjną. Dochodzą do mnie informacje, że wyspecjalizowane kliniki aborcyjne w Czechach, Słowacji, Niemczech a nawet w Kaliningradzie, na Białorusi i Ukrainie, po informacji o decyzji TK, już szykują specjalne akcje reklamowe kierowane do Polski. Zapewne obniżą ceny, szerzej niż dotychczas zorganizują transport „tam i z powrotem”, kupią lepsze antybiotyki rozdawane po zabiegu. Polki będą jeździć i płacić. To pomoże tym klinikom w poprawie ich sytuacji finansowej nadwątlonej przez pandemię. A w naszych szpitalach ją pogorszy. A przy okazji – nie wiem, czy rządzący zdają sobie sprawę, że jesteśmy bez wyjątku otoczeni przez państwa, w których aborcja jest legalna. My jesteśmy średniowiecznym wyjątkiem.

Może się jednak okazać, że straty wynikające z tego ostatniego punktu, to tzw. „małe piwo” w stosunku do strat, które może wywołać niezadowolenie, a nawet wściekłość kobiet i związanych z nimi mężczyzn. Jeden dzień blokad komunikacyjnych i spowodowanych przez nie kosztów interwencji policji, może być bardziej uciążliwy dla budżetu, niż straty w placówkach medycznych.

Trzeba zupełnie nie mieć wyobraźni i otrzymywać tylko nieudolne analizy nastrojów społecznych, aby podejmować takie decyzje w ogóle, a zwłaszcza w obecnej sytuacji. Rządy i tworzące je partie bez wyobraźni utrzymują się dłużej tylko w warunkach dyktatury. A większość nas do niej nie dąży.

Z doświadczenia ruchu referendalnego

W sprawie dopuszczalności przerywania ciąży w czasie I kadencji Sejmu.

Obserwuję z ogromną uwagą protesty młodych ludzi po ogłoszeniu przez Julię Przyłębską (patrz: „odkrycie towarzyskie”) wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 22 października 2020r. w sprawie zgodności z Konstytucją ustawy dopuszczającej przerywanie ciąży w obecnym kształcie prawnym. Przyłębska ogłosiła, że ustawa nie jest zgodna z Konstytucją, Episkopat jej za to natychmiast podziękował i – jak Polska długa i szeroka- rozpoczęły się w Polsce demonstracje.

Walka o zaostrzenie prawa, określającego warunki przerywania ciąży toczy się w Polsce z przerwami od lata 1989r, czyli ponad 30 lat! Zaczęło się od inicjatywy senackiej, ponieważ po wyborach z 4 czerwca 1989r. mieliśmy już parlament dwuizbowy, a w reaktywowanym Senacie 99 miejsc na 100 zajmowali senatorowie wybrani z list „Solidarności” (czyli sam kożuszek politycznej śmietanki ) + „wolny” senator Henryk Stokłosa. W tym składzie po raz pierwszy objawiła swą obecność klerykalna prawica i ruszyła do boju…W grudniu 89. grupa senatorów na czele z Walerianem Piotrowskim (wybrany w zielonogórskim, w cywilu adwokat) wystąpiła do „sejmu kontraktowego” z pierwszym projektem ustawy „o ochronie prawnej dziecka poczętego”. Jednakże ówczesna większość sejmowa chciała pójść inną drogą: uchwałą z 25 stycznia 1991 r. Sejm Rzeczypospolitej Polskiej postanowił, aby senacki projekt poddać ogólnonarodowej konsultacji. Zaapelowano o nadsyłanie do Sejmu w formie pisemnej opinii i wniosków na temat projektu senackiego w terminie do 31 marca 1991 r.

Społeczeństwo polskie nie było wówczas przyzwyczajone do konsultowania z nim w tej formie projektów ustaw, zaczynało się dopiero od nowa organizować. Szybko jednak okazało się, że prowadzona konsultacja stanowiła okazję do zmobilizowania środowisk i organizacji, związanych z Kościołem katolickim, zwłaszcza, że Episkopat Polski zaapelował do wiernych o wzięcie udziału w ogłoszonej konsultacji. Swoje stanowisko, poparte zbiorowymi listami nadesłały kluby KIK, tworzone wówczas w błyskawicznym tempie regionalne Porozumienia na Rzecz Ochrony Życia, terenowe organizacje PAX, Fundacja SOS Obrony Poczętego Życia, Fundacja Światło-Życie i kilka innych pomniejszych, ale już wówczas bardzo krzykliwych.

W rezultacie przeprowadzenia konsultacji do Sejmu nadesłano 228. 153 listów wyrażających wsparcie dla senackiego projektu ustawy i 62. 753 podpisów, które były przeciw projektowi – proporcje 78% do 22 %. W konsultacji brały udział osoby indywidualne i organizacje społeczne. Zdecydowanie przeciwko projektowi senackiemu wypowiedział się w styczniu 1991 r. Zarząd Główny Zrzeszenia Prawników Polskich. W uchwale swej stwierdził, że przedmiot projektu ustawy należy do sfery moralno-etycznej i dlatego nie powinien podlegać tak daleko idącej regulacji prawnej, bez uprzedniego poddania założeń tej regulacji osądowi społecznemu w drodze referendum.

W kwietniu 1991 r. zaniepokojona atmosferą, jaką wywołał projekt ustawy antyaborcyjnej, głos zabrała Ewa Łętowska – ówczesny Rzecznik Praw Obywatelskich. W liście do Anny Popowicz, napisanym w związku z objęciem przez nią Urzędu ds. Kobiet i Rodziny, Ewa Łętowska napisała m.in: „Z pewnością uwadze pani nie uszły wypowiedzi publiczne, głęboko żenujące, przepełnione pogardą dla podmiotowości kobiety, wskazujące na żałosne niezrozumienie zarówno tego, czym jest dyskusja legislacyjna, jak i tego, że zwłaszcza ustawa wiążąca się z najtrudniejszymi problemami moralnymi, wymaga dyskusji na poziomie adekwatnym do regulowanego przedmiotu”.

Zdaniem RPO, zaproponowane przez grupę posłów referendum było najlepszym możliwym do osiągnięcia rozwiązaniem.
Nastroje społeczne sprzyjały tej propozycji: 74% badanych w tej kwestii Polaków było za referendum, 17 % przeciw. Nad projektem senackim rozpoczęły się jednakże prace, w Sejmie pracowała komisja, trwały dyskusje , ale niezbyt długo, ponieważ X kadencja Sejmu została o dwa lata skrócona i projekt ten nie doczekał się finalizacji.

We wrześniu 1992 r. do Rzecznika Praw Obywatelskich skierowały list działaczki rozwiązanej Komisji Kobiet NSZZ „Solidarność” Krystyna Politacha i Jadwiga Szkutnik. Zaprotestowały w ten sposób przeciwko represyjnemu prawu antyaborcyjnemu. W publikacjach informowały, że – wbrew kierownictwu „Krajówki” – przeprowadziły na ten temat ankietę w zakładach pracy: „Wyniki ankiety były zdumiewające. Od 80 do 90% kobiet i mężczyzn opowiedziało się przeciw ustawie.” Po tej akcji, której nie akceptowało kierownictwo Solidarności „powysyłano pisma do zarządów regionów z oficjalną informacją o rozwiązaniu Komisji Kobiet. Zabroniono im nawet oficjalnego wypowiadania się na ten temat.

Przy okazji dyskusji na ten i inne tematy na oczach wszystkich „Solidarność” gwałtownie przeistaczała się z postępowego, wolnościowego ruchu społecznego w mechanizm władzy, z jednej strony podporządkowany ideologii Kościoła, a z drugiej – liberalnym strategiom ekonomicznym. Szybko też okazało się, że w „Solidarności” aprobaty dla obrony praw kobiet nie będzie, II Zjazd NSZZ „Solidarność” (kwiecień 1990r.) przyjął nawet specjalną rezolucję w celu poparcia restrykcyjnej ustawy antyaborcyjnej, chociaż w uchwale programowej nazwał się na wyrost „związkiem nowoczesnym”.

To były czasy!! Błyskawicznie odradzała się wówczas w Polsce ideologia ultrakonserwatywna, głoszona przez Kościół i jego politycznych sojuszników, gotowych w każdej chwili do pognębienia „komunistów” i „komunizmu”. To dzięki ich aktywności od początku przemian ustrojowych społeczeństwu polskiemu wmawiano, że wszelkie idee, dotyczące wyzwolenia kobiet i ich praw zostały „narzucone przez komunistów” i grupki naiwnych polityków z Europy Zachodniej. Niektórzy mogli w to nawet uwierzyć, zwłaszcza, że większość społeczeństwa Zachód znała głównie z kolorowych obrazków, Pewexu i opowiadań szczęśliwców, którzy na wyjazdach służbowych, bądź stypendiach naukowych mogli się bliżej przyjrzeć „państwom dobrobytu”. Nikt im jednak nie przekazywał, że kościoły na Zachodzie są już od dawna puste i często zamykane, co zapewne bardzo martwiło Jana Pawła II, ale mleko już się wylało. Została mu przecież jeszcze do zagospodarowania ojczysta, ufna Polska, więc Polki i Polacy mogli wsłuchiwać się w świątobliwe nakazy, dotyczące życia seksualnego ludzi dorosłych. Dziś kard. Mateo Zuppi z Bolonii, sympatyk papieża Franciszka, zapowiedział, że najwyższy czas, aby Kościół przestał się interesować ludźmi tylko „od pasa w dół”, bo ma przed sobą inne ważne problemy do rozwiązania. Zgadzam się z kard. Zuppim, zawsze to zainteresowanie osób duchownych sprawami seksu (antykoncepcja, pigułka dzień po) było dla mnie nieco niezdrowe (ostatnio Zuppi- ten „duszpasterz ulic” ) ujął mnie homilią, wygłoszoną 17 października 2020r. na polskim cmentarzu wojennym w Bolonii).

Ale wróćmy do sporu o dopuszczalność aborcji z początku lat 90. Po wyborach z 1991r. szczególnie aktywni na tym polu stali się posłowie nowej partii – Zjednoczenia Chrześcijańsko – Narodowego. SLD miał wtedy 60 mandatów w Sejmie i dwa mandaty senatorskie. Już na początku I kadencji Sejmu posłowie ZChN wnieśli kolejny projekt ustawy „o ochronie prawnej dziecka poczętego”. Dyskusja na ten temat szybko przeniosła się z parlamentu do społeczeństwa, przybierając nienotowany wówczas wymiar protestu, kierowanego przeciw realnym zamiarom prawicy, zasiadającej w ławach parlamentarnych. Kościół organizował demonstracje, księża prowadzili pochody „wiernych” pod Sejm, gotowych w każdej chwili na wyzwiska pod adresem posłanek SLD. Dostawałyśmy listy z pogróżkami i wyzwiskami. Objawiona nagle ze strony kleru bezkompromisowość żądań zaciemniała obiecywaną wcześniej perspektywę demokratycznego sporu, dialogu i szans na kompromis.

Kobiety lewicy parlamentarnej, zorganizowane już w ponadklubową Parlamentarną Grupę Kobiet na czele z Barbarą Labudą i współpracujące z nami środowiska i organizacje kobiece zgłosiły postulat, aby kwestię tę rozstrzygnąć w ogólnonarodowym referendum.

Na fali sprzeciwu wobec poczynań narodowej prawicy powstała koncepcja powołania Społecznego Komitetu na Rzecz Referendum, na czele którego stanął poseł Zbigniew Bujak , a wiceprzewodniczącymi Komitetu zostały aktorka Beata Tyszkiewicz i ówczesna przewodnicząca Ligi Kobiet Polskich – Izabela Jaruga-Nowacka. Podobne komitety samorzutnie powstawały również na szczeblu lokalnym i tam wybierały swoich koordynatorów. W listopadzie 1992 r. Społeczny Komitet na Rzecz Referendum przyjął deklarację, w której m.in. oświadczył: „Prawo do wypowiedzi jest fundamentem wolności obywatelskich. W tak ważnej sprawie, dotyczącej nas wszystkich – kobiet i mężczyzn – prawo to musi być respektowane”.
„Centrum dowodzenia” stał się sekretariat Parlamentarnej Grupy Kobiet z niezawodną Karoliną Marszał, kobiece organizacje i stowarzyszenia rozdawały „na mieście” ulotki, mające przekonać do tego sposobu rozwiązania konfliktu wokół dopuszczalności przerywania ciąży.

Komitety regionalne tworzyli w środowiskach wielkomiejskich posłowie SLD, UP, niektórzy z UD i KL-D oraz różnorakie stowarzyszenia i organizacje kobiece. Do komitetów swoją obecność zgłosili się m.in. Elżbieta Dzikowska, Magdalena Zawadzka, Marek Edelman, Maria Fołtyn, Wojciech Giełżyński, Monika Jaruzelska, Zofia Kuratowska, Jerzy Markuszewski, Stanisław Podemski, Władysław Komar, Krystyna Kofta, Anna Tatarkiewicz, Zbigniew Lew-Starowicz, Mikołaj Kozakiewicz, Magda Umer, Piotr Szulkin, Franciszek Starowieyski, Piotr Kuncewicz, Maciej Zembaty.

W Krakowie uczestniczyli w Komitecie Stanisław Lem, Jan Nowicki, Jerzy Trela, Andrzej Mleczko oraz- jak podała prasa- akces zgłosiła cała „Piwnica pod Baranami” pod wodzą Piotra Skrzyneckiego. Ciekawych nazwisk było znacznie więcej, świadczy o tym prywatne archiwum autorki. Trybuna podawała, że podpisy zbierano w niektórych zakładach pracy, gdzie złożyło je nawet 80% załogi (dziś już nie ma tych zakładów pracy). Redakcja tej gazety wspomagała ruch referendalny, drukując blankiet, na który należało wpisać imienne poparcie, a następnie przesłać go pod adres „Trybuny”. Podpisy zbierano pod tekstem: „Popieram wniosek, aby sprawa karalności za przerywanie ciąży została rozstrzygnięta w referendum”.

27 listopada 1992 r. w Sejmie powołany został Międzyklubowy Zespół Parlamentarny, działający na rzecz przeprowadzenia ogólnokrajowego referendum w sprawie karalności przerywania ciąży. Jego zadaniem było przygotowanie projektu uchwały sejmowej w sprawie referendum i zebranie pod nią podpisów. W skład Zespołu wchodzili m.in. posłowie: Anna Bańkowska, Marek Boral, Zbigniew Bujak, Włodzimierz Cimoszewicz, Piotr Paweł Czarnecki, Radosław Gawlik, Anna Dudkiewicz, Jerzy Jankowski, Zbigniew Janas, Aleksander Krawczuk, Olga Krzyżanowska, Jerzy Kopania, Antoni Kost, Dariusz Kołodziejczyk, Zofia Kowalczyk, Barbara Labuda, Krystyna Łybacka, Irena Maria Nowacka, Aleksander Małachowski, Piotr Mochnaczewski, Jacek Piechota, Wanda Sokołowska, Izabella Sierakowska, Marek Siwiec, Ewa Spychalska, Jerzy Szmajdziński, Iwona Śledzińska-Katarasińska, Danuta Waniek, Andrzej Zakrzewski, Janusz Zemke, Jacek Żochowski.

Projekt uchwały o referendum został wniesiony do Laski Marszałkowskiej w listopadzie 1992 r. przez grupę 119 posłów, wywodzących się z 6 klubów parlamentarnych (UD, SLD, KLD, PPG, PSL i UP).

Projekt uchwały zapowiadał, że problem karalności przerywania ciąży będzie rozstrzygnięty w ogólnonarodowym referendum, a jego treść będą stanowić następujące pytania:

1. czy jesteś za karalnością przerywania ciąży, dokonywanego ze względu na zagrożenie życia i zdrowia kobiety?
2. czy jesteś za karalnością przerywania ciąży, jeżeli płód dotknięty jest ciężkimi, nieodwracalnymi wadami rozwoju lub nieuleczalną chorobą?
3. czy jesteś za karalnością przerywania ciąży, będącej wynikiem przestępstwa (kazirodztwa, gwałtu)?
4. czy jesteś za karalnością przerywania ciąży dokonywanego ze względu na szczególnie trudną sytuację bytową, materialną lub rodzinną kobiety ciężarnej?

Warto również przypomnieć, że w ówczesnej Unii Demokratycznej zdecydowanie przeciw referendum występowała ówczesna premier – Hanna Suchocka (niezmiennie potrzebowała modlitw – w czasie uroczystości oficjalnych wystawiano jej klęcznik). O jej głębokim zaangażowaniu „przeciw” świadczyła reakcja na odrzucenie przez członków UD zakazu angażowania się w ruch referendalny: w momencie przegrania tej kwestii na posiedzeniu władz partii w Poznaniu podarła swój partyjny mandat. W tym samym czasie przeciw akcji referendalnej wypowiedziała się Konferencja Episkopatu Polski. Z inicjatywy Hanny Suchockiej zniesiono w 1993r. oficjalne obchody Międzynarodowego Dnia Kobiet, za to nie przeszkadzało jej po upadku rządu podpisanie konkordatu bez stosownego upoważnienia konstytucyjnego.

W każdym razie organizowany przez nasze komitety masowy protest był najbardziej licznym od czasu powstania „Solidarności” oddolnym ruchem społecznym. Czuliśmy już wówczas, że to nowe nie zawsze będzie demokratyczne. Nasz ruch wywołał rezonans za granicą, czego m.in. skutkiem było skierowanie przez Przewodniczącego Międzynarodowej Federacji Planowanego Rodzicielstwa – „Listu otwartego” do papieża Jana Pawła II, w którym autor opowiedział się za wyborem kobiet, dotyczącym rodzenia dzieci i za skuteczną antykoncepcją. Co ciekawe, inicjatywa ustawodawcza, kryminalizująca w Polsce przerywanie ciąży zbiegło się w czasie z wynalezieniem we Francji „pigułki antyaborcyjnej” – RU 486.
Muszę jednakże zauważyć, że ruch referendalny mobilizował wówczas ludzi w wieku średnim i starszym, młodzieży to wówczas nie interesowało. Starsi przeżyli w okresie stalinowskim zakaz przerywania ciąży, w dyskusjach referendalnych przypominali kobiece dramaty, o których było głośno w okresie międzywojennym. Wtedy „moralnością” zarządzał również Kościół katolicki i klerykalnej propagandzie nie dali rady ani Irena Krzywicka, ani Tadeusz Boy- Żeleński.

Projekt przeprowadzenia referendum z 1992r. został poparty 1 500 tys. podpisów, co świadczyło o gotowości wielu środowisk społecznych do wzięcia na siebie odpowiedzialności za kierunek podjętego rozstrzygnięcia. Jednakże według obowiązującego prawa, to Sejm swoją uchwałą (50%+1 głos) decydował (i decyduje) o tym, czy referendum będzie przeprowadzone.

I zadecydował: projekt uchwały o referendum został odrzucony w Sejmie 7 stycznia 1993 r. następującym stosunkiem głosów: 177 za, 225 przeciw, 16 wstrzymujących się. Zebraliśmy ponad półtora miliona podpisów, złożyliśmy je w demokratycznie wybranym Sejmie, a prawicowi politycy odesłali je tryumfalnie „do kosza”. To wówczas posłanka ZChN – Halina Nowina-Konopka powiedziała, że „o sprawach dla państwa najważniejszych nie może decydować jakieś przypadkowe społeczeństwo”.
Tego samego dnia większość sejmowa uchwaliła restrykcyjną ustawę antyaborcyjną. Znowelizowaliśmy ją w następnej kadencji Sejmu (1993-1997), kiedy lewica parlamentarna została umocniona wejściem do parlamentu Unii Pracy – partii powstałej właśnie z ruchu referendalnego, na czele której stał Ryszard Bugaj. Sprzyjał nam jeszcze jeden czynnik: w Pałacu Prezydenckim zasiadał już nie L. Wałęsa z Matką Boską w klapie, ale A.Kwaśniewski, który podpisał nowelizację ustawy z 30 sierpnia 1996r., dopuszczającą przerwanie ciąży ze względów społecznych.

Jednakże i tu prawica znalazła wyjście, aby grzesznych przymusić do religijnego posłuszeństwa: tym razem grupa prawicowych senatorów (m.in. Alicja Grześkowiak, Piotr Andrzejewski, wspierani w TK przez adwokata Macieja Bednarkiewicza) zaskarżyli tę nowelizację do Trybunału Konstytucyjnego. Wyrok został ogłoszony 28 maja 1997r., a sędzia sprawozdawca – prof. Andrzej Zoll ogłosił, że zaskarżony przepis ustawy „narusza konstytucyjne gwarancje ochrony życia ludzkiego w każdej fazie jego rozwoju”(!).

Siedziałyśmy wówczas z Barbarą Labudą na sali rozpraw i z niedowierzaniem kiwałyśmy głowami, słuchając uzasadnienia, wygłaszanego przez sędziego Andrzeja Zolla. Ku mojemu zdumieniu znakomity karnista jako szef organu państwowego nie zachował w swym wywodzie zalecanej przez Konstytucję światopoglądowej bezstronności. Pełno w nim było sformułowań rodem z encyklik papieskich. Zakładałam, że musiał znać tekst nowej Konstytucji (byliśmy trzy dni po referendum) i dyskusję, jaka toczyła się w Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego wokół sformułowania i interpretacji art. 38. Zdecydowana większość Komisji na pewno nie myślała o prawnej ochronie życia „od poczęcia aż do naturalnej śmierci” (pamiętam, bo byłam przy tym), tak, jak ten przepis nagminnie dziś interpretuje klerykalna prawica. Nie gwarantowała tego ani „mała konstytucja z 1992r., ani też Konstytucja RP uchwalona w kwietniu 1997r. Podkreślał to zwłaszcza przewodniczący Podkomisji Ustroju Politycznego i Społeczno –Gospodarczego poseł Ryszard Bugaj. Był na ten krętaczy wyrok równie oburzony, jak reszta członków podkomisji, można było już wtedy podawać go jako przykład, w którym większość składu sędziowskiego wkroczyła w rolę ustawodawcy, postawiła się ponad literą Konstytucji, ponad intencje i upoważnienie ustrojodawcy. To większość z dwunastoosobowego składu sędziowskiego zbudowała nam osławiony „kompromis trybunalski” z 1997r.(wyrok K.26/96). Na marginesie dodam, że kilka lat temu nie zdziwiłam się, kiedy prof. A.Zoll wypowiedział się przeciwko ratyfikacji Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej (konwencja stambulska). To stanowisko pasowało mi do tamtego wyroku. Co prawda, w ostatnich miesiącach wycofywał się z tego rakiem, kiedy zauważył, czyim stał się sojusznikiem….

W 1997r. na Sali rozpraw TK pachniało mi zmową prawicy, kościoła hierarchicznego i większości składu orzekającego. Dziś pachnie mi tak samo. Sumień tych sędziów nie rusza fakt, że w ślad za tym wyrokiem Polska (papieska! katolicka!) stała się krajem dzieciobójstw i nie mam tu na myśli kilkutygodniowych embrionów, lecz noworodki donoszone, urodzone żywe i wyrzucane natychmiast „w reklamówkach” do śmieci, albo przywożone do szpitali tak pobite, że nie mają szans na przeżycie. Nie ma tygodnia, aby prasa nie donosiła o takich przypadkach! Rodziny patologiczne spotykamy nader często, sędziów bez sumienia także.
Przyjęcie restrykcyjnego prawa antyaborcyjnego w I kadencji Sejmu otworzyło drogę do zgłaszania kolejnych propozycji ustawodawczych, motywowanych religijnie i ideologicznie, jak. n.p. wprowadzenia do prawa rodzinnego instytucji separacji, finansowania religii w szkołach publicznych, klauzul sumienia, czy wreszcie przygotowania i podpisania konkordatu w sposób urągający standardom państwa demokratycznego.
Przypomniałam te kilka faktów, ponieważ nie jest wykluczone, że problem referendum znów do Sejmu powróci. Ale tym razem po wyroku Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej protestuje najmłodsza dorosła generacja Polek i Polaków, która nie ma nic do stracenia, nie musi spłacać Kościołowi żadnych długów. Wobec tej generacji to Kościół ma przewiny na koncie (pedofilia, bezkarność przestępców w sutannach). Nie dziwię się, że nie przebiera w słowach. Może im się w końcu uda rozstrzygnąć, co cesarskie, a co boskie i oddzielą kościół od państwa, czego im szczerze życzę.

Zamach trwa!

Zaledwie kilka dni temu Trybuna opublikowała mój felietonik pt. Zamach. Leitmotivem tego wysiłku mego sklerotycznego umysłu było ostrzeżenie, że wkraczamy, jako naród i państwo, w etap zamachów na nasze prawa obywatelskie, sygnalizujący bóle porodowe dyktatury.

Widocznie mam zadatki na intratną posadę jasnowidza, bo doczekaliśmy się orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, stwierdzającego, że jeden z zapisów ustawy regulującej dopuszczalność aborcji jest niezgodny z Konstytucją. To taki przepis, który dopuszczał aborcję na wniosek kobiety, w przypadku stwierdzenia nieuleczalnej wady spodziewanego płodu.
Zamach na prawa kobiet
Orzeczenie to spowodowało nagły, jakby przez władze kraju niespodziewany, wybuch niezadowolenia społecznego, w tym zwłaszcza kobiet. Rozpoczęły się manifestacje protestu, które, jak sądzę, mogą być długotrwałe i niebezpieczne.
Na tym tle mam, do miłościwie panującej partii, rządu i ich zaplecza prawnego, pięć pretensji:

Po pierwsze – o to, że grupa posłów PISu wpadła na idiotyczny pomysł przerwania kontynuacji nienajlepszych, ale względnie spokojne tolerowanych „kompromisowych” przepisów, regulujących dopuszczalność aborcji, funkcjonujących od ok. 30 lat. I że z pytaniem w tej sprawie zgłosiła się do Trybunału Konstytucyjnego, który, zdaniem wielu autorytetów prawniczych, jest obecnie upartyjniony i częściowo powołany niezgodnie z prawem.

Po drugie, – że tenże Trybunał zdecydował się na rozpatrzenie tej sprawy szybciej, niż normalnie, i w okresie ograniczania zgromadzeń wywołanego pandemią CONVID 19. Podjął taką decyzję zapewne na towarzyskich spotkaniach Pani Prezes Trybunału z Prezesem Partii Rządzącej, jedząc wystawne obiadki. Zarzucam rządowi RP, że na to pozwolił, narażając zdrowie i życie obywateli.

Po trzecie, – że tenże Trybunał stosuje wyłącznie najszerszą interpretację „życia człowieka”, mimo, że w prawie międzynarodowym i w prawie wielu państw, przyjmuje się częściej początek życia „od narodzenia człowieka”, a nie „od poczęcia”, które zresztą nie jest pojęciem jednoznacznym. Zawsze nasuwało wątpliwość, czy wobec tego żywy plemnik ludzki też może już być uznany za chronionego prawem człowieka, tym bardziej, że zapewne jeszcze w cym stuleciu dojdziemy do sytuacji, w której będzie możliwe nie tylko sztuczne zapłodnienie, ale także przynajmniej wstępne rozwijanie płodu w tworzonych przez ludzi urządzeniach. Oczywiście upraszczam, – ale przypominam, że konstytucja RP (Art. 38) mówi ochronie życia „człowieka”. Reszta – Panowie Prawnicy – jest tylko waszą interpretacją. I domyślam się, że przy tym wysiłku macie w głębokim poważaniu dorobek światowej filozofii. A Kartezjusz powiedział przecież „Cogito ergo sum” . czyli „Myślę, więc jestem”. Eo ipso – nie myślę, to mnie nie ma. Mogę się założyć, że embrion nie myśli.
Prawne sankcjonowanie tortur
Po czwarte – zarzucam Partii Rządzącej, Rządowi i Trybunałowi Konstytucyjnemu, że Interpretuje rozszerzająco jedne postanowienia Konstytucji, a jednocześnie stara się pomijać inne. W Art. 40 jest wyraźny zakaz stosowania tortur. Pytanie – czy nie jest świadomie przez państwo zadawaną torturą zmuszanie kobiet do wielomiesięcznego noszenia niechcianej i nienaprawialnie uszkodzonej ciąży tylko po to, aby potem zorganizować jej pogrzeb?
Po piąte – zarzucam rządowi, że pozwala na doprowadzanie do sytuacji, w której niemające innego wyjścia kobiety, będą na znacznie większą skalę wybierały turystykę aborcyjną. Dochodzą do mnie informacje, że wyspecjalizowane kliniki aborcyjne w Czechach, Słowacji, Niemczech a nawet w Kaliningradzie, na Białorusi i Ukrainie, po informacji o decyzji TK, już szykują specjalne akcje reklamowe kierowane do Polski. Zapewne obniżą ceny, szerzej niż dotychczas zorganizują transport „tam i z powrotem”, kupią lepsze antybiotyki rozdawane po zabiegu. Polki będą jeździć i płacić. To pomoże tym klinikom w poprawie ich sytuacji finansowej nadwątlonej przez pandemię. A w naszych szpitalach ją pogorszy. A przy okazji – nie wiem, czy rządzący zdają sobie sprawę, że jesteśmy bez wyjątku otoczeni przez państwa, w których aborcja jest legalna. My jesteśmy średniowiecznym wyjątkiem.
Może się jednak okazać, że straty wynikające z tego ostatniego punktu, to tzw. „małe piwo” w stosunku do strat, które może wywołać niezadowolenie, a nawet wściekłość kobiet i związanych z nimi mężczyzn. Jeden dzień blokad komunikacyjnych i spowodowanych przez nie kosztów interwencji policji, może być bardziej uciążliwy dla budżetu, niż straty w placówkach medycznych.
Trzeba zupełnie nie mieć wyobraźni i otrzymywać tylko nieudolne analizy nastrojów społecznych, aby podejmować takie decyzje w ogóle, a zwłaszcza w obecnej sytuacji. Rządy i tworzące je partie bez wyobraźni utrzymują się dłużej tylko w warunkach dyktatury. A większość nas do niej nie dąży.