Skazany na dyktę czy na nadzieję?

„Z dna” Piotra Jastrzębskiego

Życie, życie jest nowelą,
Raz przyjazną a raz wrogą,
Czasem chcesz się pożalić,
Ale nie masz do kogo.

O prawdziwości słów piosenki z repertuaru Ryszarda Rynkowskiego na własnej skórze przekonał się Piotr Jastrzębski – dziennikarz i felietonista obecnie współpracujący z „Dziennikiem Trybuna”. Jego obycie ze słowem pisanym zaowocowało między innymi laurem Lubelskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz wyróżnieniami na zawodowej niwie, a szczęścia na prywatnym gruncie dopełniał dom z bali budowany bez kredytu, kochająca żona i dzieci jak również Tajga i Małpa – uwielbiane psy, potęgując w mężczyźnie złudne przeświadczenie, że dobra passa może trwać wiecznie.
To, iż „będąc szczęśliwym jest się poniekąd dzieckiem” zrozumiał w latach 1999 – 2000 zaraziwszy się wirusem wojny, kiedy to korespondował z kilkoma redakcjami skupiającymi uwagę wokół konfliktu bałkańskiego. Oglądany naocznie jawił mu się przeciwstawnie do telewizyjnego przekazu znanego przeciętnym odbiorcom i zaowocował publikacją pisaną na cztery ręce wraz z Vladanem Stamenkovićem zatytułowaną „Humanitarna wojna” (2001 r.), jednak to z książką „Z dna” opublikowaną w 2017 roku nakładem Wydawnictwa ARW DK MEDIA POLAND Sp. z o. o., przyszło mi rozpocząć przygodę z twórczością autora zamykającego na niewiele ponad stu sześćdziesięciu stronach pewien etap życia widzianego z perspektywy alkoholika, narkomana i niedoszłego samobójcy, który z rozbrajającą szczerością wyznaje: „(…) moim nałogiem pierwotnym jest alkohol. To on mnie pierwszy zachwycił, uwiódł, porwał i rozkochał tworząc piękne wizje, zupełnie jak robi to namiętna kochanka. Narkotyki (…) stały się zamiennikiem, substytutem pierwszej miłości. Co nie znaczy, że też ich nie pokochałem”.
Przeciwnie – pokochał miłością bezmierną, która co rusz odwzajemniała mu się wystawaniem pod sklepem i zaczepianiem przechodniów, kradzieżami i szukaniem butelek oraz złomu, jak również organizowaniem akcji z towarzyszami niedoli: Damianem, Rybakiem, Główką, Markiem, Magikiem, Felkiem i Dźwignią, w pełni świadomymi, że „miło jest delektować się stanem posiadania czegokolwiek”, choćby nawet pokrytego pleśnią chleba znalezionego na śmietniku i odgrzewanego na patelni, który wybornie smakuje, kiedy głód pokarmowy nie mniejszy jest niż alkoholowo-narkotyczny.
To sytuacje nie do pojęcia dla przeciętnego Kowalskiego, ale Jastrzębski ponad wszelką wątpliwość wykazuje z wykorzystaniem pięknej polszczyzny, iż „koszmarna reguła absurdu determinuje naszą rzeczywistość”, nierzadko spętaną ołowianym łańcuchem zdarzeń, które niczym śnieżne kule spadające z wielkiej góry, przygniatają bez uprzedzenia i wbrew woli, zabijając po drodze wszelkie plany, marzenia i nadzieje na lepsze jutro, ustępując miejsca długom, dragom, denaturatowi oraz depresji spychającym człowieka w czeluści mroku – na dno, skąd „widać wszystkich, ale mało kto je dostrzega”, wszak – zdaniem autora – „pod grubą warstwą pudru chowa się prawdziwa ohyda życia”, a „życie to ułuda, zarówno to trzeźwe, jak i narkomańsko – pijackie. Tyle, że trzeźwe skuteczniej mami”.
Czy właśnie dlatego dziś czterdziestoośmioletni Piotr podejmował – na szczęście nieudane – próby samobójcze? Być może, gdyż w szponach nałogu tkwił przez dwadzieścia pięć lat, a mimo to – co warto podkreślić – upływ czasu nie zabił w nim otwartości i wrażliwości. Na kartach książki poszukuje bowiem odpowiedzi na pytanie o sens i kolory świata, podświadomie wyczuwając, że życie na przekór czasom i ludziom wbrew, potrafi zaskoczyć i ofiarować antidotum na ból duszy. Trzeba tylko chcieć go dostrzec, tak jak uczyniła opisana przez niego tańcząca para staruszków oraz Sarna i Waldik – dwoje zakochanych żuli. Wszyscy oni „na chwilę stają się (…) szczęśliwi. Na moment zapominają”, bo dobrze wiedzą, że „jeśli trwasz w koszmarze, to każda zmiana jest wybawieniem”, przy czym są świadomi, iż „większość ludzi tkwi w błędnym przekonaniu, że to właśnie nałóg prowadzi na dno. Owszem, czasem tak właśnie jest. Jednak nie zawsze. Czasami to właśnie dno prowadzi do nałogu”, albo – jak w przypadku opowiadającego niniejszą historię – także do poszukiwania prawdy o ludziach i o sobie samym. Tę znaleźć najtrudniej, ponieważ żeby chociaż móc próbować, trzeba było wytrzeźwieć…
Wszystko to sprawia, że niniejszą książkę niełatwo jest przyswoić, a jeszcze trudniej o niej pisać, gdyż podczas lektury pojawiają się momenty skutkujące zupełnym rozbiciem i chaosem myśli, które krążą gdzieś wokół szeroko pojętego człowieczeństwa i normalności.
Trudno też oprzeć się wrażeniu, że Piotr Jastrzębski dokonał aktu samooczyszczenia się. To swoiste katharsis – czego zapewne nie planował – dotyka także czytelnika, potrafiącego teraz, jak chyba nigdy wcześniej, docenić choćby ciepłe łóżko i mieć świadomość – o czym często zdaje się zapominać, że nic nie jest dane raz na zawsze, toteż należy dołożyć wszelkich starań, by każdego dnia cieszyć się takim życiem, jakim ono jest.
Owa refleksja wybrzmiewa ze zdwojoną mocą po przeczytaniu epilogu. Autor kreśli w nim niezwykle wymowny list do alkoholu i narkotyków, które za doświadczone chwile pozornej radości wystawiły mu słony rachunek, co z kolei może stanowić przyczynek do postawienia pytań sobie, które mogłyby brzmieć następująco: na jakie nałogi ja jako człowiek, jestem podatny i czy na tę chwilę jestem od nich wolny, a jeśli nie, to czy zdolny, by się od nich uwolnić?
Spojrzę w lustro pytając wciąż: kogo widzisz? I odpowiem: widzę siebie – szczęśliwą kobietę, a może przeciwnie – zalęknioną dziewczynkę o kobiecych rysach?
A teraz wyjdę na ulicę, popatrzę na ludzi i znów zapytam: czy potrafisz zresetować ustawienia wewnętrznego lustra dostrzegając człowieka w każdym mijanym przechodniu? Milczę. Czy to znaczy, że nie potrafię?
Zmuszony więc jestem pójść o krok dalej i postawić ostatnie – fundamentalne pytanie: czy aby na pewno wolny jestem od nałogu egoizmu, który jest jedną z największych bolączek współczesnego świata?
A Ty po której stronie lustra stoisz? Kogo widzisz? Przyjrzyj się sobie z uwagą, wszak życie masz tylko jedno. Nie zmarnuj go i przeżyj jak najpiękniej i najlepiej potrafisz, pamiętając, że istnieje nadzieja na lepsze jutro. Nadzieja, która jest piękna właśnie dlatego, że zawsze umiera ostatnia.
Zainteresowanych książką odsyłam na stronę Wydawnictwa ARW DK MEDIA POLAND Sp. z o. o http://dkmedia.pl/sklep/?37%2Cz-dna&fbclid=IwAR2Aykw5-bagRHXEIi1OFjW1dYLrlwWUEmbiAOyCBLCJtHMxcifV4ekhPjc

Piotr Jastrzębski – „Z dna”, DK Media, Warszawa 2017, str. 160, ISBN 978-83-943859-8-9.

Iwona Niezgoda – inicjatorka niezależnego plebiscytu na polską Książkę Roku „Brakująca Litera”, prowadząca bloga „Góralka Czyta”.

Księga Wyjścia (11)

Ballada o dawnym przyjacielu

Ktoś z bliskich – wbrew pozorom, są takie osoby – wytknął mi, że w każdym z tekstów pojawia się temat narkomanii lub alkoholizmu. Zwrócił również na to uwagę dr Andrzej Kaciuba, którego chyba stałym czytelnikom przedstawiać nie muszę.

W zasadzie leitmotiv cyklu tych felietonów dotyczy trzeźwienia, więc chcąc nie chcąc wspomniane tematy, wzmianki są nieodłącznym elementem – myślałem. Po głębszej refleksji doszedłem do wniosku, że mają rację. Nałogi tak głęboko się u mnie zakorzeniły, że nawet pisząc o czymś innym zawsze musiałem o temat ten przynajmniej zahaczyć. Poza ostatnim odcinkiem, gdzie już świadomie go omijałem.
Ponieważ jest to „Księga Wyjścia”, postaram się wychodzić również i z tego, a kolejnym krokiem będzie wyrugowanie wszelkich alkoholicko-narkomańskich treści. Podnosi to trochę poprzeczkę, bo w przypadku braku pomysłu mogłem opisać jakąś barwną historię z szarego życia nałogowca. Ten felieton jest ostatnim, w którym poruszam ten temat. Po pierwsze dlatego, że zaplanowałem go dwa tygodnie temu, po drugie – historia ta niech będzie takim epitafium literackiego nawrotu i wreszcie po trzecie – być może, zapobiegnie lub da do myślenia osobom, którzy dopiero zaczynają. Uprzedzę wątpliwość jaka nasunęła się zapewne niektórym czytelnikom, że młodzież nie czyta prasy. Być może, ale jest szansa, że przeczytają na FB? Poza tym uzależnić można się w każdym wieku. Ja zachwyciłem się narkotykami mając ponad trzydzieści lat, ale znam też takich, którzy zaczęli po czterdziestce.
Minął już mój miodowy miesiąc, czyli okres zachwytu i fascynacji trzeźwością. Z tych wszystkich miodowych miesięcy jakie miałem, uzbierałbym sobie zapewne z rok. Ale to na tak marginesie. Siłą rozpędu i z mocnym postanowieniem, że tym razem się uda, zacząłem urządzać życie na nowo. Z nadzieją patrząc w przyszłość zrobiłem totalną rewolucję w mieszkaniu, pozbywając się starych mebli i zaopatrując w nowe.
W przychodni leczenia uzależnień, gdzie znajduje się punkt terapii substytucyjnej – czyli miejsce wydawania Metadonu i Suboxonu (Tam gdzie w kiblu jest czerwona żarówka, ci co czytali przedostatni odcinek wiedzą o co chodzi) funkcjonują grupy terapeutyczno-samopomocowe. Przychodzą tam ludzie, nie tylko w celach terapeutycznych. Przychodzą tam, bo to jedyne miejsce, gdzie nikt ich nie wyprosi, nie wytknie palcem. Większość ma HIV, część już AIDS o HCV nie wspominając, prawie wszyscy bladoziemiste cery, zamglone oczy i ciała pokryte ranami nakłuć, tak, że nawet koszule tego nie skrywają.
Jakież było moje zdziwienie gdy zobaczyłem tam mojego dawnego kumpla, którego nie widziałem od kilkunastu lat. Nazwijmy go J. Na początku go nie poznałem, wiedziałem wprawdzie, że nie stroni od dragów, ale nie spodziewałem się, że aż tak bardzo i że aż tak bardzo go zmienią. Dopiero gdy, ktoś go zawołał po imieniu, zaświeciła się lampka i na wychudzonej, obciągniętej bladą jak pergamin twarzy rozpoznałem rysy dawnego, dobrego kumpla.
On nie mnie również nie poznał, ale cóż się dziwić, minęło wiele lat, wtedy miałem długie włosy, a po ostatnim detoksie mój organizm zaczął się gwałtownie zmieniać. W ciągu miesiąca przytyłem ponad dwadzieścia pięć kilo, co nawet mnie ucieszyło, bo od jakiegoś czasu miałem sporą niedowagę. Mając metr osiemdziesiąt dwa, ku mojej radości z niecałych sześćdziesięciu, skoczyło na osiemdziesiąt pięć. Musiałem wymienić garderobę, wszystko było za ciasne. Gdy zaopatrzyłem się w nowe ciuchy, znowu zacząłem chudnąć. Szlag by to – pomyślałem, przeglądając nowe spodnie, bluzy i koszule. Chcąc nie chcąc wyjąłem z szafy stare ubrania, a te upchnąłem w jednej z nowych szafek. Po dwóch czy trzech tygodniach chudnięcia zorientowałem się, że mam problem z założeniem spodni. Przyjrzałem się sobie, stanąłem na wagę i okazało się, że strzałka znowu przekroczyła osiemdziesiąt. Bardzo to dziwne – pomyślałem i przez głowę przeszło mi, że to może jakaś choroba. Ale gdy wychodziłem w lutym ze szpitala zrobili mi kompleksowe badania i wszystko było w porządku. Tak więc jak na razie przywykam do tego, że czasem wbiegam na czwarte piętro bez najmniejszego problemu, a czasami ledwo się tam wtaczam. A te turbulencje masy ciała spowodowane są zapewne trzeźwieniem i Suboxonem. Jeśli tak, to terapia substytucyjna nie dość, że zapobiega i chroni mnie przed narkotycznymi ciągami, to pozwala mi również utrzymać prawidłową wagę. Najlepszy efekt uboczny jaki mógłbym sobie wymarzyć.
Wracając jednak do mojego spotkania z J. rozpoznaliśmy się w końcu, co wywołało zdziwienie, szok i radość. Gadaliśmy jeden przez drugiego wzajemnie ciekawi tych lat, gdy nie mieliśmy kontaktu. W punkcie nie było jednak możliwości na dłuższą rozmowę, więc wymieniliśmy się numerami telefonów.
Zadzwoniłem do niego po dwóch czy trzech dniach. Okazało się, że nawet niedaleko siebie mieszkamy. Licząc krokami pewnie ze dwieście metrów. Tym bardziej dziwne, że nie trafiliśmy na siebie w okresie ciągów, dna, dykty i podłych narkotyków. Może to i lepiej, dzięki temu – mimo, że fizycznie bardzo się zmienił – to w pamięci pozostał tym J. jakiego pamiętałem. A pamiętałem go w sposób najcieplejszy w jaki można kogoś zapamiętać. Zawsze był duszą towarzystwa, przez wszystkich lubiany, nie zadzierający nosa i zawsze pomocny. Mieliśmy wspólną „paczkę” i często wspólnie imprezowaliśmy. Oczywiście każdy miał swoje życie, ale mimo wszystko trzymaliśmy się razem.
J. dużo jeździł po Europie, miał znajomych wszędzie, a zwłaszcza w Holandii, czasami przywoził LSD. W tamtych czasach cała nasza grupa sporadycznie zażywała kwasa – sporadycznie czyli raz, dwa razy do roku. Nie przywoził tego dużo, najlepiej bawiliśmy się przy piwie i to nam wystarczało. Czasem, od wielkiego dzwonu ktoś zapalił i puścił w kółko blanta. Nigdy jednak nie lubiłem tej fazy i gdy nadchodziła moja kolej, to po prostu podawałem dalej nie biorąc nawet do ust. Gandzia za bardzo mnie przymula i zamiast się bawić to zwyczajnie zasypiałem tracąc dalszą część imprezy. To był jedyny nasz kontakt z narkotykami.
Pod koniec lat dziewięćdziesiątych J. przeprowadził się do Warszawy. Dostał pracę w jednej z firm realizujących jakiś popularny programy rozrywkowe dla Polsatu. Ja przeniosłem się z „Dziennika Wschodniego” do tygodnika „NIE” i w sposób naturalny kontakt nam się zaczął urywać. Spotkaliśmy się jeszcze kilka razy, gdy przypadkowo zgrały nam się terminy i obaj byliśmy w Puławach. Spotkania te wyglądały już jednak zupełnie inaczej. Utrzymywałem wprawdzie kontakt z naszą starą „paczką”, ponieważ jednak całkowicie przestałem pić, to przestałem też być atrakcyjny towarzysko, i gdy przyjeżdżałem na kilka dni z delegacji do domu, to zazwyczaj nadrabiałem zaległości rodzinne. Tyle z przeszłości, nafaszerowanej zabawą i rozrywką.
W momencie gdy powinniśmy stać się dorośli i wziąć odpowiedzialność za własne życie, zarówno J. jak i ja zwyczajnie coś popsuliśmy. Z tego co wiem, to cała reszta prowadzi normalne życie.
Teraz druga część życia J., którą mi opowiedział gdy spotkaliśmy się na kawie.
Opowieść J.:
To było w dwutysięcznym, pokłóciłem się z szefem w Polsacie i bałem się, że moje dni są już policzone. Wprawdzie nikt mnie nie wyrzucił, ale już dostałem sygnały.
Chciałem uprzedzić krok, by nie zostać na lodzie, zadzwoniłem do znajomego Holendra, ma firmę i wiedziałem, że szukał pracowników. To była środa. Holender powiedział, żebym przyjechał w sobotę i od razu dostanę pracę. Nie było jeszcze tanich linii lotniczych i do Amsterdamu mogłem dostać się jedynie busem, obdzwoniłem wszystkich przewoźników, jedyny bilet jaki był dostępny, to właśnie na sobotę. Kupiłem, złożyłem wymówienie z pracy, spakowałem i w drogę.
Do Holandii dojechałem w niedzielę, wysiadłem z autobusu, w taksówkę i pojechałem prosto do tego znajomego. Wiesz jak wtedy było z komórkami, roamingiem – opowiada. Nawet nie miałem jak zadzwonić i powiedzieć, że będę w niedzielę. Na miejscu okazało się, że czekał na mnie wczoraj, a ponieważ nie przyjechałem, to na moje miejsce zatrudnił już jakiegoś chłopaka. Zatrzymałem się u znajomych i zacząłem szukać pracy. Skończyły się pieniądze, siedziałem im na głowie, karmili, ale też brali. I to na ostro. Wtedy ja też zacząłem brać dożylnie.
Przerwał na chwilę – gdy sięgał po kawę, zauważyłem cienkie, czerwone kreski – ewidentnie żyletka. Chyba jesteś już za stary na sznyty – zapytałem – spojrzał na rękę, potem podniósł wzrok i powiedział – to nie sznyty. Nie udało się, bo od ciągłych iniekcji mam zanik żył. Wiedziałem co miał na myśli, chciał popełnić samobójstwo. Czemu – zapytałem. Od dziesięciu lat mieszkam sam, w pewnym momencie nie wytrzymałem. Przestałem brać, już od ośmiu lat jestem tylko na Metadonie, trzeźwość mnie przygniotła.
Wciąż wiele nas łączy, odpowiedziałem, niedawno też próbowałem. Z tego samego powodu. Skończyło się na toksykologii. Potem detoks i program substytucyjny – odpowiedziałem mu, chcąc go jakoś pocieszyć. Zmieniliśmy temat i szukaliśmy przyczyny czemu nie udało nam się spotkać w naszym, lokalnym narkomańskim światku. Nie było sensu roztrząsać dlaczego spieprzyliśmy sobie życie. Utrzymujemy kontakt, wprawdzie się nie spotykamy – chyba że przypadkiem w punkcie – ale często do siebie dzwonimy. Wierzcie mi lub nie, czasami taki telefon wart jest więcej niż kumulacja w totku, świadomość, że zawsze mogę wybrać numer, gdzie odezwie się ktoś, kto znajdzie czas by wysłuchać, nawet milczenia. Bo cóż nowego możemy sobie powiedzieć? Ale świadomość, że można po ten telefon sięgnąć daje pewnego rodzaju spokój. A to ogromna ulga. Przecież nic nowego sobie nie powiemy. Czy to przyjaźń, czy jedynie wzajemne zrozumienie? Tego nie wiem. Podobno wśród narkomanów ona nie istnieje. Nie chcę w to wierzyć i na tym zostańmy.
To był ostatni tekst, w którym pojawiły się narkotyki i alkohol, czas podnieść poprzeczkę. Wchodzimy na kolejny etap trzeźwienia. Cdn.

Księga Wyjścia (6)

Ballada niekończącej się drogi

Proces trzeźwienia jest długi i wie o tym każdy. No może prawie każdy, bo są jeszcze ludzie, którzy nie wiedzą, że nałóg to choroba I są również tacy – spotkałem się z takimi przypadkami – którzy znając decyzję Światowej Organizacji Zdrowia, że nałóg to choroba ciężka, śmiertelna i nieuleczalna, decyzję tę kwestionują. Ale w kraju, gdzie alkohol traktowany jest jak lekarstwo na wszystko, trudno przeforsować do powszechnej świadomości ten fakt.

Może dlatego jest spora grupa, która nie przyjmuje tego do wiadomości. Bo jak wiadomo, każdy z nas swoje wie. Zwłaszcza na „podblokowej” ławce i nie będzie jakieś WHO mówiło, co jest chorobą, bo co jak co, ale jako społeczeństwo w dwóch dziedzinach jesteśmy nie do przebicia – medycyna i podejrzliwość. Siedzi więc kilku znawców z taką przypadłością wszechwiedzy i zawsze zgadzając się ze sobą – wiedzą swoje. Wiedzą, że najgorszy jest ból „w sobie”, a gdy strzeli w kolanie to do „szeptuchy”, a nie do lekarza; do lekarza to wtedy jak w mostku piecze. Oni na tej ławce doskonale wiedzą, że nie wolno ufać żadnym światowym agencjom, a już WHO w szczególności bo – co zasłyszałem i powtarzam: „wiadomo kto tam rządzi”. Mężczyźni byli w tym wieku, że mogli być wśród tych, którzy w 1968 krzyczeli „na Madagaskar” do odjeżdżających z Dworca Gdańskiego Polaków.
Ludzie chorzy na podejrzliwość są olbrzymią grupą, zwłaszcza w Polsce. Zastanawiam się czy gdyby zjawisko to – w przybliżonej jak w Polsce skali – występowało na świecie, to faktycznie powinno stać się jednostką chorobową. I to całkiem poważnie. Potrafi skutecznie popsuć człowiekowi jakość życia i z pewnością bywa powodem różnych schorzeń psychosomatycznych.
Żeby była jasność, nie piszę o manii czy paranoi, tylko powszechnej na każdym kroku podejrzliwości i nieufności. Ile razy mówiąc komuś, że znajomy wpadnie w czymś pomóc, albo coś załatwi – słyszeliście pytanie: „Ile za to chce? Nic? To na pewno później będzie czegoś chciał”. Nauczyliśmy się żyć w przekonaniu, że każdy na coś czyha, a bezinteresowność to frajerstwo.
Zostawmy jednak podejrzliwych znawców i wróćmy do tematu trzeźwienia i Czytelników, którzy wiedzą, że piszę o chorobie, na którą sam cierpię. Zacząłem pisać o tym, że trzeźwienie jest procesem długim, bardzo długim, a tak naprawdę nieskończenie długim. Trzeźwienie to proces, który nie ma końca. Wymaga ciągłej pracy nad sobą. I już nie tylko chodzi mi o zachowania czy tak zwane nałogowe myślenie. To akurat można przepracować i do pewnego stopnia jest odwracalne. Owszem, wymaga czasu, niekiedy nawet lat i tytanicznej pracy, ale jest to możliwe.
Niespełna trzy lata temu przeszedłem kolejną w swoim życiu terapię, okazała się najskuteczniejszą z dotychczasowych, a mimo wszystko dwukrotnie zapiłem i raz nażarłem się prochów co zakończyło się toksykologią i detoksem. Ale o książkowych etapach wychodzenia napiszę trochę niżej, gdy za chwilę zweryfikuję to z moimi doświadczeniami.
Nie pierwszy raz przechodzę tę drogę i mimo że miałem niekiedy dosyć długie – nawet wieloletnie, okresy abstynencji, a nawet świadomego trzeźwienia, to jeszcze nigdy nie udało mi się przejść jej do końca. Po prostu nie wpadłem dotychczas, że ona najzwyczajniej w świecie końca nie ma. Można odbudować reputację, zdobyć na nowo zaufanie, tam gdzie się da można naprawić szkody czy odbudować rozwalone relacje z bliskimi. To jest możliwe, ale nie należy przyjmować tego jako pewnik. Czasami lepiej coś zostawić, niż chcąc na siłę naprawiać, popsuć do reszty. Pewnych rzeczy zapomnieć się nie da, wyrządzonych krzywd czy wypowiedzianych słów. My nałogowcy, chcąc trzeźwieć, musimy nauczyć się z tym żyć – nawet jeśli boli. I to chyba jedna z najgorszych konsekwencji. Jak nie najgorsza.
Czasami bardzo trudno rozstrzygnąć, co możemy jeszcze nareperować albo odbudować, a czego lepiej już nie ruszać. To wymaga pewnej mądrości, intuicji i wyczucia. Chyba, że olewamy wszystko co za nami, palimy mosty i zaczynamy życie na nowo. Tylko który już raz?
Zaczynając trzeźwieć, zaczynamy zupełnie inaczej patrzeć na świat, jednak problemem większości nałogowców jest to, że świat nie odwdzięcza się tym samym. Wciąż widzą jedynie ćpuna czy alkoholika, nawet jeśli mamy już jakiś tam staż tego niepicia. Musi upłynąć bardzo dużo wody w Wiśle, by otoczenie dostrzegło normalnego człowieka. To akurat jest możliwe i wykonalne. Łącznie z odbudowaniem zaufania bliskich. Ale jak wszędzie i tu jest haczyk – paragraf 22 nałogowca.
Oczywiście – w zależności od stopnia uzależnienia – wymaga to pracy. Jeśli wcześniej wiecznie się spóźnialiśmy, to teraz za wszelką cenę bądźmy punktualni. Jak to w życiu bywa, nawet przy najsurowszej samodyscyplinie, kiedyś w końcu to spóźnienie nastąpi. Autobus, pociąg, taksówka – wszystko może mieć awarię. Gdy minie ustalona godzina to czekający pomyślą, że znowu ich oszukaliśmy, nadużyliśmy zaufania, bo z pewnością gdzieś zachlaliśmy. Wściekli na siebie, że byli tak głupi, że dali się nabrać, że zaufali, szykują się do wyjścia – gdy zziajani wbiegamy na miejsce spotkania, próbując tłumaczyć awarią czy opóźnieniem pociągu. Oczywiście widać, że jesteśmy trzeźwi, a wytłumaczenie wiarygodne, bo prawdziwe. Potraficie wyobrazić sobie co działo się w głowach tych ludzi?
Po kilku latach i to minie, ale wyobraźmy sobie sytuację, gdy jadąc gdzieś mamy wypadek, nieprzytomnego zabierają do szpitala, brak kontaktu z rodziną i zanim pracownik placówki odnajdzie dokument, numer telefonu i powiadomi bliskich, minie ze dwa trzy dni. Jak sądzicie, co rodzina pomyśli gdy już pierwszej nocy nie wróciliśmy do domu? Poszedł pić, to oczywiste. Kolejne noce tylko to potwierdzą. A telefon ze szpitala przyjmą z ulgą i trwogą jednocześnie.
Największym błędem wracających do normalnego świata jest to, że chcą i naprawiają wszystko. Rzucają się w godzenie z ludźmi, których obrazili, przypominają sobie każdą wyrządzoną szkodę, wszystko skrupulatnie spisują i pukają do drzwi, za którymi jest ktoś, kto nie ma zamiaru ich oglądać – niezależnie czy przyszli się kłócić czy przepraszać. To zjawisko równie groźne, bo w końcu przerasta, powoduje frustracje i jest czymś w rodzaju skrajnej abstynencji. Znałem takich ludzi i właśnie oni najczęściej wracali do nałogu. Wracali, a nie zaliczali nawroty, czyli mieli wpadki – to ogromna różnica.
Niespecjalnie zależy mi na opinii i może dlatego łatwo było mi to napisać. Nie jestem też fanatycznym zwolennikiem naprawiania na siłę szkód. To wszystko może człowieka przerosnąć. Dlatego jak pisałem wcześniej, niektóre rzeczy po prostu trzeba olać.
Ludzie nie wytrzymują też tego, że mimo codziennego trudu, włożonej pracy, permanentnej walki z samym sobą, wszyscy traktują ich wciąż jak czynnych nałogowców. Z mrugnięciem okiem pytają – jak zdrówko? Że niby wiadomo o co chodzi, inni z grobową miną – jakby stali na zwłokami – pytają jak długo nie pijesz i jak się z tym czujesz? itp. – są przy tym żenująco zatroskani.
Przykłady można mnożyć i jeśli nie machniemy ręką i zwyczajnie nie zaczniemy tego olewać, to przyjdzie taki moment, że opadną ręce, w głowie pojawi się pytanie: po co to wszystko, po co być trzeźwym, po jaką cholerę się męczę jeśli nic się nie zmieniło? Wcześniej byłem osiedlową atrakcją, a teraz lokalną ciekawostką. Ot i cała metamorfoza. I nogi same poprowadzą do najbliższego sklepu lub dilera. Zwykła pseudo-żartobliwa uwaga sąsiada spowodowała nawrót. Sąsiad myślał, że jest zabawny, nałogowiec, że złośliwy. A błyskawiczny cykl skojarzeń, na wewnętrznej ścianie mózgu – jak obraz z kinowego projektora w 3D – wyświetlił butelkę ulubionego trunku. To wszystko trwało ułamek sekundy. I nogi poniosły…
Tu jest pułapka. Na pewnym etapie uzależnienia alkohol czy narkotyki wcale nie przynoszą ulgi, to po prostu inny rodzaj cierpienia, świadome wejście do świata koszmaru i nie po to, żeby się znieczulić – bo w tej najgorszej fazie uzależnienia alkohol czy inna substancja, która większości sprawia frajdę – nałogowca tylko przytłacza, potęgując koszmar.
Pojawia się więc pytanie: jeśli uzależniony nie czuje już żadnej przyjemności, nie odczuwa ulgi, to dlaczego przerywa trzeźwienie lub abstynencję. Te pojęcia nie zawsze są synonimem, trzeźwienie to oczywiście również abstynencja, ale sama abstynencja nie zawsze jest trzeźwieniem. Wracając do pytania – dlaczego? Skrajny rodzaj masochizmu? Jeśli uda się komuś znaleźć odpowiedź na to pytanie, powinien dostać jakąś wyjątkową nagrodę. Na przykład – z noblowską pompą – Order Uśmiechu – od jakiegoś czasu nagroda Nobla przestała nobilitować, a zaczęła kompromitować. Być może nadejdzie jeszcze czas, że ludzie będą odmawiać jej przyjęcia. A Order Uśmiechu jest jak najbardziej adekwatny, bo chyba nic na świecie nie byłoby w stanie spowodować tylu uśmiechów jednocześnie. Znając bowiem odpowiedź, leczenie byłoby o wiele łatwiejsze i nieporównywalnie skuteczniejsze.
Z pewnością jednym z powodów jest przystosowanie do własnej opinii. Jeśli już widzą w nas alkoholików, mimo że od miesięcy nie pijemy, to przynajmniej niech mówią i myślą prawdę. Ludzie nienawidzą gdy inni mówią na ich temat kłamstwa. To śmiała interpretacja, ale nie można jej wykluczyć
Jest jednak w życiu każdego narkomana czy alkoholika moment, gdy naprawdę czuje się szczęśliwy. Przerabiałem to wielokrotnie, więc doskonale wiem o czym piszę. Trzeba się wcześniej trochę namordować, ale warto. Podejmując decyzję o zmianie dotychczasowego życia, o odstawieniu zażywanych substancji najlepiej zgłosić się z tym do szpitala, gdzie w miarę łagodnie przeprowadzą przez cały ten proces odwirowania, czyli złagodzą zespół odstawienny – kace, głody itp. I jeśli wciąż trzymamy się decyzji o dalszym trzeźwieniu, to przychodzi etap szczęścia – fachowcy nazywają to „miodowy miesiąc”. Wszystko wtedy cieszy, raduje i naprawdę jesteśmy szczęśliwi. Zalewa nas wtedy dopamina, która działa jak narkotyk – niewidzialna tabletka szczęścia, która działa. Niestety, po trzech, czterech, pięciu tygodniach – u każdego chyba inaczej – szlag to wszystko trafia.
Pozbawiony chemicznej ochrony neuronów czy receptorów mózg staje się bezbronny. Przy długoletnim uzależnieniu, mózg przestał sam się chronić, bo zażywane substancje robiły to za niego. Po „miodowym miesiącu” boleśnie zderzamy się ze światem. Z obnażonym i pozbawionym ochrony mózgiem musimy się jakoś skonfrontować z rzeczywistością. Pozornie jesteśmy już trzeźwi, ale mózg płata różne figle: a to szukamy sensu życia, a to wpadamy w chandrę, stres i kompletnie rozwaleni nie radzimy sobie z emocjami. Pojawia się zupełnie irracjonalne poczucie krzywdy, a każda czynność zakończona niepowodzeniem kończy się projekcją butelki w mózgu. Tej samej o której pisałem wcześniej, ale zakładam, że już mamy na tyle świadomości, że potrafimy się temu oprzeć… Nie wszyscy – tylko jedna czwarta z nas na tym etapie nie wraca do nałogu.
Ten stan trwa około trzech miesięcy i specjaliści nazywają go „fazą muru”.
Po tych trzech miesiącach przychodzi „faza przystosowania”. Stopniowo wraca lepsze samopoczucie i zaczynamy wreszcie w sposób realny patrzeć na rzeczywistość. Zaczynamy stabilizować i układać sobie życie.
Po roku do dwóch rozpoczyna się prawdziwe trzeźwienie. Czyli zaczynając terapię teraz, dopiero za dwa lata zaczniemy trzeźwieć. Podobno wszystko wokół się układa i wzrasta wiara w siebie. Można już w zasadzie funkcjonować, podejmując nawet trudne decyzje czy skomplikowane zadania życiowe.
Tak to wygląda książkowo. A u mnie w praktyce? Cholera wie. Tak naprawdę, nie wiem od kiedy liczyć. Jedno jest pewne, gdyby nie moja ostatnia terapia sprzed blisko czterech lat, to gdy po raz pierwszy zapiłem – kilka miesięcy temu – nie rozmawialibyśmy o zapiciu, lecz o ciągu, bo nie przerwałbym po czterech czy pięciu dniach, ale miesiącach. A jeśli pracowałem nad sobą i trzeźwiałem przez pozostały ten czas, to według akademickich teorii nie powinienem próbować popełnić samobójstwa. Podobno nawroty wpisane są w tą chorobę – z czasem są one rzadsze. Być może, ale wiem, że podczas jednego „niegroźnego” i „wpisanego” w proces trzeźwienia nawrotu, potrafię narozrabiać więcej niż wcześniej gdy miesiącami chlałem.

Korespondencja z Piekła (2)

Poemat o narkomanie

 

Na detoksie dni są do siebie bliźniaczo podobne. Brak pasji, książki czy zajęcia powoduje przygnębienie i wydłuża czas do skali, której nawet Einstein nie przewidział w swojej teorii księżycowego arbuza. Wszechobecna nuda powoduje duży popyt na wszelkiego rodzaju dragi, ale najchętniej kupowany jest tu clonazepam. Pomimo moich nałogów, nie pamiętam bym kiedykolwiek w życiu się nudził. Nawet zamknięty w pustym i dźwiękoszczelnym pomieszczeniu, uciekam w swój autystyczny świat neurotycznej wyobraźni. Udało mi się do perfekcji opanować tę umiejętność i powiem szczerze, że ułatwia ona życie jak jasna cholera.

Tym razem rzuciłem się również w wir pisania, co powoduje, że czas zasuwa z prędkością światła. Albo arbuza w zależności, do której teorii Einsteina się odwołamy.
Poznałem już wszystkich pacjentów i z większością udało się nawet nawiązać zachowawczo koleżeńskie relacje. Zaskoczył mnie jeden chłopak z Warszawy. Facet mniej więcej w moim wieku. Poznałem go, gdy stał pod gabinetem zabiegowym i zwijał się z bólu trzymając za szczękę. Domyśliłem się, że dokucza mu potworny ból zęba. Na pierwszy rzut oka widać było, że okropnie cierpiał.
Zrobiło mi się go żal. Tak po ludzku. Gabinet zamknięty, pielęgniarka wyszła na obchód, a chłop ledwo stoi. Miałem jeszcze paczkę „Mocnych”, pożyczonych od doktora Kaciuby. Przy dużym bólu wiele to nie pomoże, ale jest szansa, ze przynajmniej w jakimś stopniu złagodzi, przytępi cierpienie, a może nawet przyniesie chwilową ulgę.

Zobaczyłem błysk w jego oczach, gdy tylko wyjąłem kieszeni paczkę i zaproponowałem, by się poczęstował.

Gdy następnego dnia ponownie zobaczyłem go w podobnej pozycji pod zabiegowym, znowu wyjąłem „Mocne” i tym razem dałem mu wszystkie, które mi zostały. Nie było to więcej jak pół paczki. Trochę żal, ale takiemu palaczowi jak ja, zawsze żal oddawać szlugi, zwłaszcza, że więcej nie miałem i byłem przekonany, że w żaden sposób ich już nie odzyskam. Ale faceta naprawdę skręcało, inaczej jednak nie potrafiłem mu pomóc.

Jakież było moje zdziwienie, gdy następnego dnia kolega z sali powiedział mi, że tamten mnie szukał. Po chwili przyszedł ponownie, a w ręku trzymał dużą – 100 gramową – paczkę tytoniu (niezorientowanym napiszę, że z tego można zrobić jakieś 150 papierosów). Zaczęła mi wracać wiara w ludzi i honor starych narkomanów.
Zbliża się siedemnasta, za chwile rozdzwonią się telefony. Znowu zadałem sobie pytanie, czy zadzwoni ktoś do mnie?

Wczoraj mogłem pozałatwiać najbardziej palące potrzeby, na jakiś czas dostałem swój telefon z depozytu. To też element terapii, ponieważ wciąż piszę i publikuję, muszę utrzymywać kontakt z redakcjami, udało mi się więc wynegocjować komórkę na kilka godzin.

Przywykłem już nieco do oddziału i zauważyłem sporo różnic między tym, co jest teraz, a tym, co było kilka lat temu. Z cała pewnością jest znacznie mniejszy handel prochami, narkotykami, czy dopalaczami. Ostatnio, jak tu leżałem, wystarczyło wejść do pierwszej lepszej sali, by kupić clonazepam, amfetaminę, metadon czy nawet dopalacze.

Co kilka dni są zebrania, podczas których pacjenci i terapeuci omawiają bieżące sprawy oddziału. Chyba z braku pomysłu, dominantą tych spotkań są „kradzieże” – cudzysłów zamierzony, ale zaraz wyjaśnię dlaczego. Od kiedy jestem, każde zebranie jest niemalże identyczne, głównym tematem są wspomniane wcześniej kradzieże, które według pacjentów stały się już plagą. Rzecz dotyczy Snickersa, jakiegoś wafelka, kilku landrynek, a najcenniejszym skradzionym przedmiotem była Coca-Cola. Do czasu jednak.

Dzisiaj zwołano zebranie, ponieważ jedna z dziewczyn zgłosiła terapeutom, że ktoś ukradł jej pierścionek. Był dla niej bardzo cenny i – choć zrobiony był ze zwykłej blachy – miał dla niej dużą wartość sentymentalną.

Oczywiście, zebranie przeszło hucznie, każdy przekrzykiwał się pomysłami, jak i gdzie szukać zaginionego przedmiotu. Zaproponowałem nawet by zadzwonić do mieszkania tej dziewczyny i dopytać bliskich, czy przypadkiem nie został on w domu. Dziewczyna jednak była pewna, że miała go tutaj, choć nigdy nie nosiła, trzymała w specjalnej szkatułce.

Po godzinie przekrzykiwania, sporów i pomysłów rozwiązania tej kwestii, doszliśmy do wniosku, że wspólnie z terapeutką i poszkodowaną przeszukamy jej rzeczy, a jeśli trzeba to nawet całą salę. Dziewczyna próbowała się wycofać, umniejszając sentymentalną wartość tej blaszanej biżuterii stwierdziła, że tak naprawdę na tym pierścionku aż tak jej nie zależy, chciała jedynie, by skończyły się na oddziale kradzieże.

Terapeutka jednak była zdeterminowana, a i reszta pacjentów miała już dość słuchania o kradzieżach cukierków, czy kilku paluszków, zamiast omawiać poważniejsze sprawy. Takie, jak choćby coraz częstsze odejścia pacjentów. Dzisiaj rano odszedł na własną prośbę warszawiak, który dał mi wspomniany wcześniej tytoń. Spotkania powinny służyć rozwiązywaniu spraw pacjentów, przekonywaniu, by zostali, ale zostały zdominowane ciągłym wałkowaniem wyimaginowanych kradzieży.

Wracając jednak do afery z pierścionkiem: wybrana komisja udała się do jej do sali, by pomóc dziewczynie odszukać zaginioną pamiątkę. Jakież było zdziwienie, gdy terapeutka otworzyła jej kosmetyczkę, zamiast pierścionka wyleciał z niej clonazepam. Psychika niektórych ludzi naprawdę mnie zaskakuje, wątpię by zrobiła to z głupoty. Mówiąc na zebraniach o kradzieżach, zapomniani przez świat pacjenci, usiłują zwrócić na siebie uwagę. I to jest istota tych wszystkich złodziejskich zmyśleń. Pamiętacie film „Dwunastu Gniewnych Ludzi”? Tam, emeryci występowali przed sądem jako świadkowie w sprawach, o których nie mieli pojęcia. Ważniejsze było dla nich to, by chociaż na chwilę zwrócić na siebie uwagę, niezależnie, że mogą tym skazać na śmierć niewinnego człowieka.

Historia ta idealnie pasuje do teorii, znanej w nauce jako „Brzytwa Hanlona”: nie należy doszukiwać się złej woli tam, gdzie wytłumaczeniem może być zwykła głupota
Pamiętam, jak podczas jednego moich pobytów, jeden z pacjentów przemycił 20 gramów dopalaczy. Ukrył je w kuli, którą podpierał zwichniętą nogę. Towar był tak mocny, że przez kilka dni cały oddział chodził naspidowany. Setka tej substancji działa mocniej, niż gram amfetaminy.

Perfidne Uzależnienie.

Opiszę teraz historię z innego oddziału, nie pamiętam dokładnie, z jakiego to było detoksu, czy ośrodka, ale nie jest to w tym momencie istotne.

Leżał na oddziale chłopak, był bardzo głęboko uzależniony od heroiny, dodatkowo podwójnie trafiony (oznacza to, że miał zarówno HIV jak i HCV). Był na wykończeniu i pewnie zdawał sobie sprawę ze swojej sytuacji.

Zgodnie z normami stereotypowego myślenia, sam sobie był winien. Ten przypadek odbiega jednak od schematu wciąganego chętnie na swoje flagi rzez prawicową Mozie. Jeśli jednak chociaż jeden człowiek p przeczytaniu tej historii, spojrzy cieplejszym okiem na narkomana, to warto ją opisać.

Chłopak – nazwijmy go Janek, mieszka w Warszawie. Od urodzenia w tej samej kamienicy. Od dziecka przyjaźnił się z Krzyśkiem. Chodzili razem do przedszkola, podstawówki i szkoły średniej.
W dorosłe życie weszli pod koniec lat osiemdziesiątych.

Pomimo tego, że się rozeszli, pozakładali własne rodziny i wybrali różne drogi życiowe, młodzieńcza przyjaźń przetrwała.

Janek zauważył, że z przyjacielem dzieje się coś niedobrego, ale tamten zapewniał, to wina przemęczenia, że ma anemię, lekką depresję i przy okazji wymyślił tysiąc niespecjalnie groźnych schorzeń, ale jest pod opieką lekarzy i nawet jeden z nich sprowadził mu marihuanę medyczną. Marihuana medyczna, to nic innego jak zwykła marihuana, ale nazwali ja medyczną, by palący gówniarz był przekonany, że jest lepszy od żula pijącego alpagę pod sklepem. Jako Polacy uwielbimy eufemizmy, a hipokryzja jest wartością nadrzędną.

Wrócę jednak do głównego wątku, bo się pogubię

Janek z Krzysztofem spędzali wspólnie masę czasu. Chodzili czasem na piwo, czasami odwiedzali się w domu.

Janek poza alkoholem nigdy ani po żadne narkotyki czy prochy nigdy nie sięgał, nawet trawki nie próbował.

Krzysiek wręcz przeciwnie – nie mógł obejść się bez heroiny. Ponieważ jednak dobrze zarabiał, potrafił ukryć objawy nałogu. Wystarczy kokaina, dobre perfumy, odpowiednie kremy, krople atropinowe do oczu i był gotowy do pracy. I oczywiście do spotkania z przyjacielem.

Cały ten makijaż działał jednak powierzchownie. Wyniki w pracy Krzysztofa były coraz gorsze. Dostał jednak szansę na uporządkowanie swoich spraw i sam prezes zarządu zapewnił go, że praca będzie na niego czekać.

Jak było do przypuszczenia, najpierw wybrał z konta całą gotówkę, następnie zadzwonił do dilera. Przed Jankiem udawał, że wszystko gra, że pracuje i nawet spodziewa się awansu, ponieważ aplikował na stanowisko głównego inżyniera.

Ludzie tacy jak Janek są idealnym łupem dla narkomanów i alkoholików. Nie znają problemu, więc nie potrafią się nawet obronić. Z łatwością można ich sobie owinąć wokół palca.
Umówili się na wieczór i mieli omówić, co dalej z przyszłością Krzysztofa. Zjawił się punktualnie, zaniósł piwo do lodówki i wyciągnął dwa skręty, częstując Janka jednym. Zapewnił, że towar jest najlepszej jakości, przywieziony przez kolegę z Afganistanu.

Janek kompletnie się na tym nie znał, nigdy nie palił, nie wąchał nawet zapachu palonej konopi. Trochę się bał, ale przecież awans kolegi – co ja mówię – przyjaciela, należy oblać z pompą.
Po kilku zaciągnięciach poczuł się dziwnie, sądził że trawka działa inaczej, W końcu dopadły go torsje i pobiegł do toalety wymiotować. I tym razem pojawiło się ogromne zdumienie. Rzyganie sprawiało mu jednak ogromną przyjemność. Był szczęśliwy. Wymiotując do tej muszli, był siódmym niebie.

Krzysztof prawie codziennie zaczął odwiedzać Janka, za każdym razem przynosił „zioło”, co według Janka było zwykłą, bezpieczną „gandzią”. Trochę inaczej wyobrażał sobie jednak jej smak i kolor, ale był dyletantem w tym temacie i wiedział, że Krzysztof nie szprycuje go podejrzanymi dopalaczami.

Gdy, pewnego popołudnia przyszedł Krzysztof i powiedział, że tym razem nie ma towaru, Janek wpadł w rozpacz. Czuł się potwornie. Zalewały go jednocześnie fale zimna i gorąca. Zupełnie nie rozumiał, co się z nim dzieje, jeszcze nigdy tak źle się nie czuł. Wyglądało to na wyjątkowo ciężką grypę. Bo przecież niemożliwe, żeby gandzia tak go uzależniła. W ogóle możliwości uzależnienia nie brał pod uwagę.

Krzysztof doskonale wiedział, co się z nim dzieje. Możemy temu zaradzić – powiedział – ale musisz dać mi pieniądze. Ja jestem już spłukany. W kieszeni Janek miał kilkadziesiąt złotych. Drżącą ręką wyjął z kieszeni i podał banknoty przyjacielowi. Był pewien, że wystarczy ze sporym zapasem. Przecież trawka nie może być droga pomyślał.

Uśmiech Krzysztofa zamarł w cynicznym uśmiechu. – To ciut za mało, mój przyjacielu – powiedział pewnym siebie głosem. – Gram heroiny kosztuje ponad 200 złotych.

– Jak to heroiny?! – zdziwił się Janek. – Paliliśmy przecież zwykłą gandzię, nie znam się na tym, ale nawet jeśli był to hasz, to też chyba tyle nie kosztuje – powiedział zdezorientowany.

Głód jednak dokuczał mu coraz bardziej, zaczęły się początki skręta (skręt – zespół odstawienny u narkomanów uzależnionych od opiatów). Nigdy nie przypuszczał, że człowiek może znieść tego rodzaju ból.

Nie mogąc znieść tego, co się z nim dzieje, poszedł do najbliższego bankomatu wypłacić pieniądze. Krzysztof praktycznie zamieszkał u niego, to właśnie on zajął się zdobywaniem towaru. Za pieniądze Janka oczywiście. Przestali też bawić się w palenie, dożylnie efekt jest znacznie lepszy.

Gdy bankowe konto zaświeciło pustką, Janek wziął jeszcze kredyt – miał dobrą historię kredytową, nie było więc problemu. Gdy i te pieniądze się skończyły, zaczął zadłużać się w parabankach oferujących chwilówki. Miał już długi u wszystkich znajomych, dochody również się skończyły. Janek uprawiał wolny zawód, zarabiał bardzo dobrze, ale gdy nie pracował, nie miał żadnych dochodów. Z domu powoli znikały gromadzone latami sprzęty, wszystko zanosił do lombardów.

Kiedy w mieszkaniu nie było już nic do sprzedania, a firmy windykacyjne zaczęły upominać się o spłatę długów. Krzysztof nagle zniknął. Pojechał szukać drugiego Janka.

Korespondencja z Piekła

Raport z dektoksu.

 

29 we czwartek połknąłem 40 tabletek relanium, które następnie popiłem litrem wódki.

Nie byłoby to jeszcze najgorsze, w szczytowych okresach zażywałem ponad 250 różnych tabletek w ciąg doby. Tu najgorszym było to, że te 40 rolek popiłem litrem wódki.

Ponieważ wciąż utrzymuję kontakt z ordynatorem lubelskiego detoksu, w przypływie świadomości zadzwoniłem do niego. Doktor Kaciuba był przerażony. Kazał niezwłocznie jechać na toksykologię. Nie wiem czy to on, czy Alina Leciejewska – również fantastyczna terapeutka, któreś z nich zadzwoniło najpierw na pogotowie, ale niewiele uzyskali i zadzwonili na policję mówiąc o tej sytuacji. Przyjechało dwóch bardzo sympatycznych funkcjonariuszy i zawieźli mnie do Lublina. Po trzech dniach na toksykologi wyszedłem na własna prośbę i dwa dni później zgłosiłem się na lubelski detoks, gdzie ordynatorem jest dr. Andrzej Kaciuba.

 

Detoksu dzień pierwszy

Mimo, że doskonale znam ten oddział, zawsze jadę tam z pewna obawą. Nigdy nie wiadomo kogo się tam spotka, na jakich ludzi trafi, czy na zgraną, fajna ekipę starych ćpunów, którzy rozpaczliwie walczą o życie, czy też na kreatury kradnące wszystko i usiłując podporządkować sobie oddział terrorem wprowadzając więzienne zwyczaje.

Podczas pięciu czy sześciu poprzednich moich pobytów, z niewielkimi wyjątkami atmosfera była fantastyczna. Oczywiście te relacje z czasem się pourywały, ale pozostały bardzo ciepło w pamięci.
Kilka miesięcy temu, podczas prywatnej rozmowy z doktorem Kaciubą, opowiadał jak zmienił się klimat na oddziale. Porównał to nawet do amerykańskich filmowym made in Hollywood. Przyczyny upatruje w chęci dominacji, więziennej hierarchii przyniesionych tu przez pacjentów z całej Polski. Lubelski detoks znany jest z tego, że przyjmuje wszystkich, nie odmówi pomocy nikomu. Tu przyjmują nawet tych z wilczym biletem, takich, których nikt już w Polsce przyjąć nie chce.

Oczywiście, nigdy nie brakowało ludzi z kryminalną przeszłością, ale teraz brakuje ludzi z zasadami.

Ewenementem tego oddziału jest również rozdźwięk pomiędzy salami dla pacjentów, a tymi dla personelu. Myli się jednak ten, kto sądzi, że to gabinety są wypasione, a sale ubogie. Bardziej skromnych pomieszczeń personelu każdego szczebla nie widziałem nigdzie.

Gabinet ordynatora ma jakieś półtora metra szerokości na niecałe trzy długości i tak naprawdę bardziej przypomina schowek na mopy, niż gabinet poważnego ordynatora jedynego takiego oddziału w województwie. Gdy tylko wyszedłem z toksykologii, natychmiast zadzwoniłem do Kaciuby. Kazał mi natychmiast przyjechać na oddział. Tak też zrobiłem, karnie stanąłem pod doskonale znanymi mi drzwiami, nacisnąłem dzwonek i czekałem. Ordynator pojawił się po chwili. Po załatwieniu formalności, pierwsze kroki skierowałem do świetlicy – palarni. Tak, tak w oddziałach psychiatrycznych są palarnie. Gdy wszedłem i zanim oczy przywykły do ciemności usłyszałem, że ktoś mnie woła. Chwile trwało nim zorientowałem się kim jest właściciel głosu, to był Jarek. Poznaliśmy się na tym detoksie, a potem także wielokrotnie nasze drogi się krzyżowały.

Oprócz Jarka była też moja dobra znajoma Iza – fantastyczna i naprawdę piękna kobieta. Był też Grzesiek z Puław i oczywiście Gacek – człowiek legenda, Każdy, kto kiedykolwiek był na lubelskim detoksie musiał się z nim spotkać.

Stara, dobra i sprawdzona ekipa – pomyślałem i od razu poprawił mi się humor. Dodatkowo personel oddziału pomny artykułu jaki niegdyś napisałem o tym miejscu przyjął mnie bardzo ciepło.
Dochodzi 17.00, przez dwie godziny można dzwonić na oddział. Komórki zabierają do depozytu zaraz przy przyjęciu. Przy tak ogromnym obłożeniu, czasami naprawdę ciężko się dodzwonić. Mam jednak nadzieję, że komuś się uda. Bardzo zależy mi na kilku telefonach, kilkoro starych i kilkoro nowych przyjaciół.

Minuty mijają, a telefon milczy. Terapeuta woła kogoś co chwilę, ale wciąż nie jestem to ja. Powoli tracę nadzieję. Piotr Jastrzębski, do telefonu – dobiegło z korytarza. Serce podskoczyło do gardła. Rozmowa była wprawdzie krótka, ale chyba jedna z ważniejszych w życiu. Dziękuję ci rozmówco.

 

Dzień drugi

Pożyczyłem od Kaciuby dwie paczki papierosów, sprzedałem też bluzę za trzydzieści nabijaków. Podobnie się handlowało w kryminale, faktycznie ordynator nie przesadzał. Ale dobra, mam co palić, na trzy dni wystarczy. Przeszedłem się po salach, chciałem poznać ludzi i zobaczyć, czy nie ma więcej znajomych. Na łóżku jednego z pacjentów leżała książka. Niby nic, gdyby nie to, że były to „Martwe Dusze” Gogola w tłumaczeniu Broniewskiego.

Personel radzi sobie, większości pacjentów zależy na programie metadonowym, więc wychowawcy maja potężną broń w walce o utrzymanie porządku.

Przede mną długi pobyt i równie długie leczenie. Nikt nie potrafi określić terminu, być może nawet do wiosny. Na razie biorę relanium i metadon – syntetyczna heroina. Najgorsze jest to, że od czterech nocy nie spałem. Czuję się mocno odrealniony, Mam jakieś dziwne halucynacje. Przy tej dawce relanium, metadonie i razem z tym biorę jeszcze 100 ml hydroksyzyny w płynie, ale bezskutecznie. Dzisiaj lekarz zaproponował mi, bym poszedł na program. Nieświadomym wyjaśnię – pacjent objęty programem funkcjonuje zupełnie normalnie. Bierze metadon, suboxon lub bupremorfinę. To pozwala funkcjonować bez głodów, skrętów, znam nawet zawodowych kierowców, którzy funkcjonują właśnie na tych substytutach.

Terapia substytucyjna to już chyba moja ostatnia nadzieja. Wszystko inne zawiodło.

Problem polega na tym, że państwo polskie zepchnęło leczenie uzależnień na stowarzyszenia i organizacje.

Nie, daleki jestem od negowania działań klubów AA, AN czy Monaru. Problem polega na tym, że oni pomagają jedynie części chorych, pozostawiając innych samym sobie – a według statystyk ci inni to aż 70 procent. Skuteczność wszystkich wymienionych wyżej terapii wynosi nie więcej niż 30 procent.

Zbliża się noc, ciekawe czy zasnę, czy piątą będę się męczył. Kiedyś, gdy nie mogłem zasnąć napisałem wiersz. Może zamiast prochów on mi dzisiaj pomoże

Panie Śnie mój miłosierny,
zbaw mnie proszę z tej udręki.
Pozwól proszę choć czasami
błogo zasnąć z marzeniami
albo bez nich, byle spać.
Przyjdź Śnie Panie,
przyjdź to dać.

Tanatos przychodzi po pijących. Niepokojący raport WHO na temat spożywania alkoholu

Trzy miliony osób zmarło w 2016 roku w wyniku konsumpcji alkoholu – alarmuje Światowa Organizacja Zdrowia w zaprezentowanym nowym raporcie. Oznacza to, że etanol jest jednym z największych zabójców na świecie – odpowiada za 5 proc. wszystkich zgonów.

 

Światowa Organizacja Zdrowia zamierza podjąć zdecydowane kroki na rzecz walki z niebezpiecznym zjawiskiem, które, jak podkreślają twórcy dokumentu, dotychczas nie było analizowane kompleksowo i w znacznym stopniu bagatelizowane. – Zbyt wiele osób, ich rodzin i społeczności cierpi wskutek efektów szkodliwego użycia alkoholu, jak przemoc, obrażenia fizyczne, problemy ze zdrowiem psychicznym i choroby, m.in. rak czy wylewy. Nadszedł czas, by wzmocnić działania zapobiegające temu poważnemu zagrożeniu dla rozwoju zdrowych społeczeństw – oświadczył dyrektor generalny WHO Tedros Adhanom Ghebreyesus, podczas prezentacji raportu o zdrowotnych skutkach konsumpcji alkoholu na świecie.
Z opracowania dowiadujemy się, że alkohol zabija przede wszystkim mężczyzn. Stanowią oni aż 75 proc. ofiar nadmiernego spożycia. Największe żniwo zbierają urazy doznane po nadmiernej konsumpcji, akty przemocy oraz samookaleczenia- w takich okolicznościach ginie aż 28 proc. ofiar etanolu. Kolejną kategorią są choroby będące pokłosiem długotrwałego zażywania. 21 proc. osób umiera na schorzenia układu trawienia – przede wszystkim raka jelita grubego czy marskość wątroby. 19 proc. żegna się z tym światem w wyniku chorób układu krążenia. Alkohol sprzyja również zakażeniom chorobami zakaźnymi, które prowadzą do śmierci, a także potęguje zaburzenia psychiczne, które przekładają się na wzrost liczby samobójstw oraz wskaźnika zachorowalności na psychiczne choroby.
Dane WHO rodzą powody do niepokoju. Z dokumenty wynika, że 237 milionów mężczyzn i 46 milionów kobiet na świecie cierpi z powodu regularnego zażywania etalonu. Najwięcej osób z takimi problemami znajdujemy w Europie i na kontynentach amerykańskich. Co ciekawe, na choroby poalkoholowe cierpią przede wszystkim obywatele państw rozwiniętych.
Inny raport, opracowany przez naukowców z University od London pokazuje, że nie ma bezpiecznego gatunku alkoholu. Zabijają wszystkie, a także zwiększają ryzyko chorób, zwłaszcza raka. Umiarkowane picie może chronić przed chorobami serca, ale zagrożeń jest więcej. Dopuszczalna dawka tygodniowa to sześć szklanek piwa o niskiej zawartości alkoholu bądź siedem kieliszków lekkiego wina.