Antykomunistyczna antylogika

Jeżeli ktoś w Polsce chce komuś dokopać to porównuje go do tzw. komuny, PRL a co po niektórzy niuchają gdzie popadnie marksistowskiej ideologii.

Dlatego duet Jędraszewski-Czarnek usiłuje w LGBT czy antyaborcyjnych protestach doszukiwać się neomarksistowskiej inspiracji. Dlatego na wiecach wykrzykuje się: komuniści i złodzieje przy czym pierwszy element tego hasła ma być oczywiście obraźliwym epitetem a nie wyrazem uznania dla pragnących przestrzegania praworządności komunistów. Z kolei opozycja i osoby jej sprzyjające często szafują porównaniami działań i wypowiedzi przedstawicieli sfery (żeby nie rzec sfory) rządzącej do Polskiej Rzeczpospolitej, która w pewnym momencie przestała nie tylko nominalnie być Ludową.

Jednym z najnowszych przykładów może być wypowiedź jaka przemknęła się w jednej ze stacji telewizyjnych. Otóż pewien jegomość dostrzegł w działaniach nieumundurowanych pałkarzy podobieństwo do metod stosowanych przez „komunistyczną” milicję. Szewc Fabisiak widzi tu brak elementarnej logiki. Bowiem w PRL funkcję pałowania wykonywali umundurowani milicjanci a nie przyodziani w cywilne ubrania antyterroryści majora Dziewulskiego. Szewc Fabisiak zauważa też, że nie tylko w PRL, lecz także w innych krajach do reagowania na niewygodne dla władzy demonstracje na ogół nie wykorzystuje się tajniaków każąc im do wchodzić w tłum i wybiórczo pałować kogo popadnie. A tym bardziej nie wysyła się jednostek antyterrorystycznych mających zgoła inne zadania. Ktoś jednak wydał im taki rozkaz i ktoś taki powinien być z tego rozliczony – uważa szewc Fabisiak.

Można te dostrzec i inne przykłady antykomunistycznej antylogiki i to w wydaniu pań o potencjale intelektualnym przewyższającym standardy PiS. Przykładowo, posłanka Nowacka ni z gruchy ni z pietruchy twierdzi, iż Kaczyński mówi głosem Gomułki i Jaruzelskiego nie podpierając tej hipotezy żadnymi cytatami. Bardziej trafne – zdaniem szewca Fabisiaka – byłoby porównanie sejmowych oracji Kaczyńskiego do wystąpień naczelnika Piłsudskiego, który z podobnym poważaniem odnosił się do parlamentarzystów. Jednakże takie porównywanie nie mieści się w regułach poprawności politycznej Koalicji Obywatelskiej. Za z gruntu nielogiczne jest samo porównywanie Jarosława Kaczyńskiego do Wojciecha Jaruzelskiego, podobnie jak krążące w internecie wizerunki Kaczyńskiego w mundurze wojskowym szykującego się do ogłoszenia stanu wojennego. Tymczasem między obu tymi postaciami istnieją zasadnicze różnice. O ile Kaczyński prowokuje i podjudza konflikty, to Jaruzelski starał się dopóki to było możliwe je łagodzić. Szewc Fabisiak pamięta słowa generała z 1981 r.: jak długo ręka wyciągnięta do zgody będzie się spotykać z zaciśniętą pięścią.

Natomiast gdyby, bądź co bądź zaprawieni w antykomunistycznej retoryce koalicjanci obywatelscy byli bardziej czujni, to w niektórych poczynaniach nacjonalistycznej prawicy niechybnie odkryliby całkiem współczesną komunistyczną inspirację. Chodzi tu o samochodowy rajd z okazji święta 11 listopada. Pierwsi bowiem na pomysł zastąpienia pochodów pierwszomajowych przejazdami samochodami przez ulice miast wpadli rosyjscy komuniści i zamiast paradować poruszali się swoimi autami. Szewc Fabisiak ma jednak wątpliwości, iżby – mając na uwadze ich mikroskopijną orientację na temat tego co się dzieje w świecie – nasi narodowcy zechcieli kopiować obce im ideowo komusze wzorce. Bardziej prawdopodobne jest to, że pomysł ten zrodził się w ich głowach samoczynnie i jak gdyby równolegle do pomysłów rosyjskich. Jednakże rosyjscy komuniści nie wzniecali awantur ulicznych ani nie podpalali mieszkań. I tym się różnią od polskich nacjonalistów – wnioskuje szewc Fabisiak.

Kto następny?

Sianie wrogości przez PiS względem obywateli myślących inaczej, to jego sposób rządzenia krajem. Jest ona (wrogość) twórczo rozwijana i podtrzymywana.

Na górnej półce PiS-owskiej nienawiści są komuniści. Niewiele niżej jest PO, może nie jej wyborcy, ale partia jako uosobienie zła, korupcji i III RP. Ziobro dostał patent na nienawidzenie kasty sędziowskiej. Przede wszystkim straszy się elektorat PiS ludźmi wykształconymi, którzy mogą mącić w głowach obywateli. Niezależni dziennikarze zawsze są dyżurną solą w oku obecnej władzy. Co i rusz wychodzi na wierzch skrywana niechęć do Żydów i straszenie nimi. Niechęć do Niemców i do UE to międzynarodowy poziom zastraszania przez PiS swoich wyborców. Mamy lubić Węgrów, choć nie wiem specjalnie za co. W dwóch światowych wojnach byli przecież w koalicji z Niemcami, których obecna władza nie lubi.

Są także strachy sezonowe, czasowe, albo sytuacyjne. Kilka lat temu zagrożeniem byli obcy niosący ze sobą wszy i choroby. Kiedy temat ograł się i okazał nieprawdziwy, wskazano na LGBT i neomarksizm, z którego LGBT, jak wiadomo, wywodzi się. Temat też powoli przestaje interesować i męczyć nawet wyborców PiS, bo zagrożenia żadnego nie widać. No, ale przecież te wrogie względem narodu, działania lewaków mogą być prowadzone w podziemiu i dlatego trzeba być zawsze czujnym.

Pandemia i polityczna wojna przyspiesza życie polityczne i wywołuje nerwowość u rządzących. Dlatego wzrasta i będzie nasilać się częstotliwość ataków na różne grupy społeczne., Kilka dni temu poseł Brudziński, ten od „komunistów i złodziei”, zaatakował ludzi kultury. Ci od kultury domagali się pomocy rządowej, a wstydu nie mają, bo przecież rządowe, czyli wg PiS ich pieniądze, dawane są tylko swoim. Zreflektowano się i publicznie wycofano z ataku, ale to nie zmienia faktu, że pieniądze nadal idą tylko do swoich.

Pandemia nie daje za wygraną, więc wskazano, że to lekarze słabo przykładają się do leczenia i dlatego jest, jak jest. Rządowi nie idzie, trzeba wskazać winnego. Wkrótce można spodziewać się ponownych ataków na nauczycieli, bo problemy z nauczaniem w szkołach narastają. Uczniowie też nie powinni czuć się bezpieczni. Coraz mniej chętnie chodzą na religię, ulegają złym wpływam lewactwa i ciekawi ich świat. To już może wystarczyć, by zaatakować młodzież za lewackie odchylenia i przy okazji skarcić rodziców, by podążali drogą, jaką PiS im wskazuje. Minister Czarnek (in spe) już jest szykowany do takich zadań. Generalnie każda grupa obywateli może być obwiniona o jakieś niepowodzenia władzy, czy zwyczajne sypanie politycznego piachu w PiS-owskie tryby co też jest naganne.

Na razie wyłączone jest z ataków wojsko i służby utrzymujące porządek, bo to jest wewnętrzne, zbrojne ramię PiS-owskiej władzy. Nie muszą się obawiać ataku dziesiątki tysięcy księży, bo aktualnie PiS żyje z nimi w konkubinacie. Jedni drugich wspierają w utrzymywaniu PiS-owskiej władzy, bo, że na to, co dzieje się w Polsce życzliwie patrzy z góry Opatrzność, szczerze nie wierzę.

9 maja

Z szacunku dla narodów Rosji i Związku Radzieckiego, które wyzwoliły Polskę spod okupacji niemieckiego nazizmu napisałem te kilka słów właśnie 9 maja, choć Europa świętuje rocznicę Zwycięstwa dzień wcześniej.

Umysłowość polskich elit politycznych plasuje się dzisiaj na takim poziomie, że nie sposób wspominać o historii bez tej oto refleksji, że doprowadziliśmy do sytuacji, w której robimy jeśli nie wszystko, to bardzo wiele, by odnoszono się do nas bez krzty poważania. Trudno bowiem oczekiwać takich gestów wobec społeczności, która zakłamuje własną przeszłość, pluje i pozwala pluć na pamięć poległych, dzieląc ich na lepszych i gorszych. Która kwiatami składanymi przez najwyższych przedstawicieli państwa czci swoich bandytów, antysemitów i wspólników nazistowskiego ludobójstwa i tych, którzy marzyli o III wojnie światowej, która dla umęczonego społeczeństwa byłaby ostatnią. Nie szanuje trudu pokoleń, którzy odbudowywali kraj z ruin, często odkładając na bok urazy i niesprawiedliwości. Daliśmy uprać sobie mózgi do tego stopnia, że państwowa narracja historyczna obraża pamięć żołnierzy, którzy ramię w ramię z żołnierzami Armii Czerwonej nieśli ocalenie polskiemu narodowi, razem z nimi umierali na polach bitew, a ich potomkowie w naszym kraju nie reagują w żaden sposób. W rezultacie ich zwycięstwa przestały dymić kominy Auschwitz. Zapamiętanie tego faktu nie powinno być trudne, a jednak.

Jesteśmy na tym etapie gnicia naszej świadomości, że minister spraw zagranicznych może bez zmrużenia oka kłamać publicznie, że po II wojnie światowej państwo polskie „pozbawione zostało owoców zwycięstwa” oraz łgać że „od wielu lat włączamy się w przeciwdziałanie konfliktom w różnych częściach świata”, będąc rozkosznie pewnym, że nikt nie będzie miał odwagi, by mu niegodziwe słowa wytknąć. Mówi to człowiek, który żył i wykształcił się w kraju zapewne niedoskonałym, zapewne nie w pełni suwerennym, ale który przez 45 lat miał zagwarantowane pokojowe granice, a jego rozwój społeczny i ekonomiczny – owoce tamtego zwycięstwa – jest bezdyskusyjny. Dziś pluje na tamtą historię członek politycznych elit państwa, które wysyłało swoich żołnierzy, by brali udział w krwawych wojnach w imię cudzych interesów. Państwa, członka agresywnego wojskowego paktu, kroczącego od jednej zbrodniczej wojny do drugiej.

Od 1989 r. obserwuję w okolicach każdego 9 maja takie właśnie makabryczne podrygi kolejnych polskich polityków wszelkiej maści, czyniących wszystko, co w ich mocy, by pominąć w przemówieniach najważniejszą część najnowszej polskiej historii, umniejszyć wagę daniny krwi żołnierzy z gwiazdami i orłem bez korony na czapkach. I, co dla nich najważniejsze, by za wszelką cenę nie wyrazić w jakiejkolwiek formie podstawowego uczucia, które winniśmy tym ludziom – wdzięczności.

Nie wiem, czy żołnierze i oficerowie, których groby rozsiane są po całej Polsce tej wdzięczności oczekiwali. Nie mam jednak wątpliwości, że jednym z fundamentów całej ludzkiej cywilizacji jest wdzięczność za uratowane życie. A oni nas przed niechybną zagładą ocalili.

Niech się święci Dzień Zwycięstwa!

Armagedon postsolidarnościowego mitu i polityki

Wypowiedzi Andrzeja Romanowskiego należą do jednych z najcelniejszych ocen polskiej rzeczywistości. Najnowsza jego książka, w pełni to potwierdzając, jest obowiązkowa dla polityków, ale oni takich lektur nie czytają.

Magdalena Środa, zagubiona, jak bardzo wielu w dzisiejszym, niepewnym życiu politycznym pyta: „gdzie dziś są intelektualiści, którzy przez lata pełnili funkcje sumienia narodu, którzy byli punktem orientacyjnym dla obywateli pogubionych w politycznych dyskursach i racjach? Gdzie ci, którzy wskażą stanowisko, którego trzeba bronić za wszelką cenę, i powiedzą jak Luter na sądzie w Wormacji: „Stoję przy tym, bo inaczej nie mogę”, czy jak Bartoszewski zakrzykną: „Warto być przyzwoitym” („GW”, 28.04.2020).

To dobre, lecz spóźnione pytanie,

na które już dużo wcześniej, bo były ku temu poważne powody, podejmowano próby odpowiedzi. Można tych naszych myślicieli umownie usystematyzować:

Optymiści – jest dobrze, a będzie coraz lepiej – zachwyceni bezrefleksyjnie zwycięstwem Solidarności i nowym polityczno-ekonomicznym ładem;
Pragmatycy – co prawda szereg problemów jest nadal do rozwiązania, jednak wywalczone warunki wolności, demokracji i wolnego rynku umożliwiają ich pokonanie;
Symetryści – popełniliśmy wiele błędów, ale mamy ogromne zasługi;
Samokrytycy – Solidarność i jej kontynuatorzy winni są wielu poważnych uchybień, nie bardzo jednak wiadomo co dalej;
Umiarkowani nihiliści – stan obecny naszego państwa i społeczeństwa jest w tak krytycznym położeniu, nadto dopełnionym przeszłością i narodowymi wadami, że tylko jakieś nadzwyczajne wydarzenia bądź nadprzyrodzone siły mogą temu zaradzić.

Radykalny pogląd, niejako podsumowujący tę kategoryzację, wyraziła Mira Suchodolska („Gazeta Prawna’, 21.08.2016): „aby dostosować się do zmieniającego świata, potrzeba elit. A tych nie mamy. Pełno za to na każdym kroku intelektualnych celebrytów suflujących maluczkim swoją narrację. Mającą na celu nie postęp, ale obronę status quo.”

Wszechogarniająca fala aktywności

takich właśnie elit, których współczesna mowa-trawa przyjmowana z satysfakcją przez kolejne rządowe gremia i upowszechniana przez mas-media, zalewa każdą odważną i krytyczną wypowiedź. Są jeszcze inne sposoby: przemilczanie i niedostrzeganie, nie podejmowanie polemiki, wreszcie obrzucenie autora postkomunistycznym błotem. Zresztą w naszym kapitalistycznym ustroju, o którym marzyło sporo intelektualistów, i o który równie wielu aktywnie walczyło, okazało się, że są obecnie zupełnie zbędni, gdyż z powodzeniem zastępują ich elity finansowe i podlegli im politycy, wyznaczający, według własnych potrzeb, naszą codzienność i przyszłość.

Na szczęście, na przekór tej nijakiej, miałkiej narracji o współczesności, są jednak w Polsce postacie odważne, wszechstronnie wykształcone i logicznie myślące, wiarygodne, zasługujące na miano intelektualnej elity. Niestety – w powszechnie w tym kraju panującej głuchocie i upadku czytelnictwa – te Ich mądre, a czasem prorocze, słowa przez niewielu są słyszane i zrozumiane.

Od ukazania się książki

Andrzeja Romanowskiego w 2011 roku „Wielkość i upadek „Tygodnika Powszechnego” oraz inne szkice”, którą zdecydowanie zaistniał na krajowej arenie publicystycznej, jestem stałym czytelnikiem jego prasowych tekstów. Uwiodły mnie, poza wielką erudycją udokumentowaną treścią oraz najlepszymi, modelowymi wręcz, cechami tego dziennikarskiego gatunku, w równym stopniu postawa autora. Wiedzieć bowiem trzeba, że Andrzej Romanowski, literaturoznawca, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego i redaktor naczelny Polskiego Słownika Biograficznego, w latach 1976 –2002 publikował i był również redaktorem „Tygodnika Powszechnego”, wchodził w skład władz Unii Wolności, a w 2012 roku został członkiem rady politycznej Partii Demokratycznej.

Do tamtego czasu nawiązał w jednym z tekstów: „Nie chodzi mi… o piętnowanie kogokolwiek, wypominanie dawnych grzechów i dawnej postawy – najbardziej winien jestem ja sam, bo zbyt długo służyłem złej sprawie i zbyt długo milczałem.” Taka właśnie droga życiowa, niewątpliwie pełna doświadczeń i przemyśleń, dokonana samoocena i wybory tak rzadko spotykane, a wśród postsolidarnościowych działaczy jednostkowe, nie tylko stawiają autora poza tradycyjnym atakiem za postkomunizm, lewicowość czy lewactwo, ale stanowią fundamentalną podstawę dla głęboko przemyślanych wypowiedzi.

Najnowsza książka

Andrzeja Romanowskiego „Antykomunizm czyli upadek Polski. Publicystyka lat 1998-2019”, wydana przez UNIVERSITAS Kraków, składa się z sześciu części: W stronę destrukcji, Polskie piekło, Cywilizacja kłamstwa, Kościół i Kraków, Szukanie równowagi, Miejsce pod słońcem.
Obszerna, ponad czterystu stronicowa praca stanowi zbiór czterdziestu opublikowanych wcześniej tekstów, jednego, który nie doczekał się publikacji i kolejnego „Wszyscy jesteśmy z PiS”, którego sekwencja brzmi następująco: „A tymczasem wróg czaił się zupełnie gdzie indziej. Nie mogliśmy go dostrzec, skoro był jednym z nas.” Poważne jej fragmenty przedstawił ostatnio „Przegląd” (27.04-3.05.2020).

Najlepiej problematykę książki przedstawił autor

„Upadek Polski następował od początku Trzeciej Rzeczypospolitej. Niezależnie od jej wyjątkowych, wręcz niewyobrażalnych, sukcesów. Przyczyną był ideowy fundament tego państwa: solidarnościowy anty-komunizm (faktycznie: łże-antykomunizm), sprzężony z politycznym katolicyzmem (faktycznie: łże-katolicyzmem). Rozumiane w ten sposób antykomunizm i katolicyzm paraliżowały odzyskane państwo od początku. Stawały się ważniejsze niż Polska.

Trzecia Rzeczpospolita była najlepszym państwem w polskich dziejach. Ale była nie do utrzymania – podkopywana przez antykomunizm i katolicyzm, została skazana w kolebce. Ta sekwencja wydarzeń dopiero dziś układa się w logiczną całość. Bo dopiero dziś możemy zobaczyć, co naprawdę się stało w momencie zaprzysiężenia przez prezydenta Andrzeja Dudę sędziów-dublerów Trybunału Konstytucyjnego. Jakże łatwo, jak niemal niezauważalnie, wtedy, nocą 2/3 grudnia 2015 roku, Trzecia Rzeczpospolita przestała istnieć.”

Ten przebieg wydarzeń,

którego spiritus movens były postsolidarnościowe elity, opisywały wcześniej inne, lewicowe publikacje, ale ta książkowa ma szczególną wymowę z uwagi na dokonany ich zbiór i osobę autora. Publikowane teksty Romanowskiego, te o IPN, rotmistrzu Pileckim czy „Polska, Ruś i racja stanu”, wzbudzały w swoim czasie żywą polemikę. Opublikowana książka daje nadzieję na poważną, szeroką, ogólnopolską dyskusję na wzór – to może dla niektórych nie do przełknięcia – wielkich rozważań, przede wszystkim na łamach licznych wtedy tygodników społeczno-kulturalnych, w zniewolonej Polsce Ludowej. Warta jest tego niewątpliwie, gdyż dotyczy najżywotniejszych, w ostatecznym rozrachunku, spraw każdego z nas.

Można by z pewną dozą ironii

stwierdzić, że Prawo i Sprawiedliwość stanowi najwyższe stadium postsolidarnościowego mitu i polityki. Ale jednak nie, bo jego rozliczni kontynuatorzy, twórczo rozwijając dotychczasowe osiągnięcia tej partii, mogą nam jeszcze urządzić nie symboliczną a rzeczywistą polsko-polską wojnę.

„Czerwoni chcą unicestwić Finlandię”

Polska prawica może pozazdrościć estońskiej – i wyobraźni, i brawury!

Wprawdzie spiskowe antykomunistyczne obłąkanie jest nową normą świadomościową także w Polsce, jednak warto zwrócić uwagę na różnicę skali. Estońska prawica konserwatywno-narodowa rozwinęła antyintelektualne standardy typowe dla prawicy europejskiej i amerykańskiej, dodając do nich lokalny koloryt i wchodząc tym samym na jeszcze „wyższy” poziom. Taka jest i nasza przyszłość, jeśli nie dojdzie do masowego politycznego opamiętania.
Popis upadku politycznej kultury dał estoński minister spraw wewnętrznych Mart Helme. W popularnej publicystycznej audycji radiowej stacji TRE Raadio pt. Räägime asjast (est. porozmawiajmy o tym) polityk ten wygłosił w minioną niedzielę (15 grudnia) serię wstrząsających oświadczeń na temat Finlandii – państwa, z którym Estonię łączą bardzo bliskie więzy ekonomiczne i kulturowe. Minister Helme nie tylko obraził najważniejszą polityczkę najważniejszego partnera kraju, w którym sprawuje rządową funkcję, ale też zademonstrował paranoiczne myślenie i prostactwo.
Helme nie mógł przejść do porządku dziennego nad postacią nowej premierki tego kraju – Sanny Marin. Powiedział m. in., że ma ona emploi „kasjerki”, co wzdryga moralnie i politycznie estońskiego ministra, gdyż nasuwa mu mroczne skojarzenia z wypowiedzią „radzieckiego przywódcy, Władimira Uljanowa Lenina, który mówił, iż każda kucharka powinna zostać ministrem. No, to widzimy właśnie jak ekspedientka została szefową rządu” – grzmiał Helme. Nie szczędził też słów „krytyki” członkiniom gabinetu Marin. Określił je jako „zbiorowisko jakichś aktywistek” i „niewykształcone osoby”.
To oczywiście nie koniec osobliwych poznawczych wycieczek estońskiego ministra. Helme wyjaśnił m. in., że triumf „czerwonych” w Estonii to faktyczna realizacja rzekomych ich historycznych rewanżystowskich dążeń. „To kwestia – w pewnym stopniu – historycznej zemsty czerwonych na białych, czyli tych, którzy dążyli do zniszczenia fińskiej państwowości już dawno [chodzi o fińską robotniczą rewolucję z lat 1917-18 inspirowaną zwycięstwem „października” w Rosji, krwawo stłumioną przez miejscową prawicę przy pomocy niemieckiej – przyp. red.]. Oni teraz doszli do władzy i podejmują desperacką próbę unicestwienia Finlandii. Chcą jej przekształcenia jakiś euro-land, który będzie się nazywał Suomi czy Finlandia, ale zostanie on całkowicie podporządkowany ideologicznej filozofii tzw. końca historii, o którym pisał Fukuyama” – bredził minister Helme.
Sana Marin jest premierką Finlandii raptem kilka dni, została zaprzysiężona 10 grudnia. Siłą rzeczy nie mogła jeszcze podjąć żadnych szerzej zakrojonych działań. Co więcej, obserwatorzy fińskiego życia politycznego wróżą jej raczej poważne problemy już na starcie: przez kraj przechodzi fala strajków, a pracownicy i związki zawodowe krytykują socjaldemokratyczny rząd za brak dostatecznego wsparcia. Skąd zatem tak jednoznaczne oceny?
Otóż Marin wywołuje apoplektyczne reakcje u co bardziej zaślepionych prawicowców samą swoją osobą. Jest młodą kobietą, dorastała w tzw. tęczowej rodzinie, gdzie miała dwie matki, deklaruje lewicowe poglądy, jest energiczna i szybko stąpa po coraz to wyższych szczeblach politycznej kariery. Mało tego – jako osoba wychowana przez parę jednopłciową, nie została, jak widzi się to prawicy, przyuczona do homoseksualizmu; jest mężatką, pozostaje w heteronormatywnym związku z Markusem Räikkönenem, mają roczną córkę Emmę. Trudno doprawdy o konglomerat cech skuteczniej rozbudzający prawicowe kompleksy i agresję. Jeśli dodać do tego, że w rządzie Marin 12 na 19 resortów objęły kobiety, a każda z koalicyjnych partii ma obecnie przewodniczącą, a nie przewodniczącego, można sobie jedynie wyobrazić, jak poważny Weltschmertz musiało to wywołać na całej prawicy. W kontekście przywołanych wyżej enuncjacji ministra Helme warto dodać, iż jego konstatacja o „niewykształconych osobach”, które do rządu powołała Marin żenują w kontekście ignorancji, którą on sam ujawnił w tych kilku zdaniach.
Po pierwsze, Yoshihiro Francis Fukuyama w swoim powszechnie już uznanym za porażkę manifeście filozofii politycznej pt. Koniec Historii niczego nie pisał ani o Finalndii, ani jakimś wypieraniu państwowości przez ideologie. „Dzieło” to zawiera jedynie kilka luźnych spekulacji, iż rzekomy kapitalistyczny dobrobyt i liberalno-demokratyczna poza, tudzież – jak to się często mówi – „zachodnie wartości”, są największą i ostateczną cywilizacyjną zdobyczą ludzkości i teraz już wszystko zawsze dobrze, pięknie do końca świata i jeden dzień dłużej. Sam Fukuyama już dawno odżegnał się od tych wniosków. Teraz otwarcie mówi o konieczności wdrożenia rozwiązań socjalistycznych, jeśli ludzkość ma w ogóle przetrwać.
Po drugie, minister Helme, jak to prawicowcy mają w zwyczaju, powołuje się na jakieś słowa klasyków socjalistycznej myśli i praktyki, znając je tylko ze słyszenia i nie mając pojęcia, w jakich okolicznościach padły i czego tak naprawdę dotyczy. Słowa „Każda kucharka powinna nauczyć się rządzić państwem”, pochodzą z plakatu propagandowego (dziś nazywa się to reklamą społeczną) z 1925 r. autostwa Iliji Pawłowicza Makaryczewa. Rysownik podpisał pod tym sformułowaniem Lenina, jednak cytatu z Lenina w dokładnie takim brzmieniu nie ma. To jednak uproszczenie nieszkodliwe, gdyż ten ostatni zawarł podobne sformułowanie w bardzo pouczającej politycznej rozprawie pt. Czy bolszewicy zdołają utrzymać władzę w państwie?. Została ona wydana 14 października 1917 r., a dokładny cytat w tłumaczeniu na j. polski brzmi następująco: „Nie jesteśmy utopistami. Zdajemy sobie sprawę z tego, że nie każdy robotnik i nie każda kucharka mogą w tej chwili, z dnia na dzień, przejąć funkcję rządzenia państwem”. Potem tłumaczy, że w tym aspekcie zgadza się z innymi stronnictwami prorewolucyjnymi w Rosji. Niemniej piszący domaga się, by jak najszybciej „zerwać z tym przekonaniem, jakoby zarządzać państwem, wykonywać powszednią, regularną pracę zarządzającą byli w stanie tylko ludzie bogaci lub urzędnicy pochodzący z bogatych rodzin”. Tym samym Lenin wyrażał polityczną troskę o możliwość szybkiej, skutecznej i powszechnej demokratyzacji państwa, a nie o ustanowienie rządu głupków po to, by państwowość zamienić na ideologię. To już teoria spiskowa z kosmosu.
Na koniec warto dodać, że Mart Helme oraz jego syn Martin, też parlamentarzysta, słyną nie od dziś ze swojego ekstremistycznego skrajnego ekscentryzmu. Mówił on m. in., że celem jego i jego partii jest „Estonia biała w każdym znaczeniu”, skarżył się, że „liczba Murzynów w Tallinnie wzrosła lawinowo”, imigrantów zarobkowych z Ukrainy nazywał „ludźmi a priori obcymi kulturowo”. Obaj Helme nie znoszą też Unii Europejskiej, gdyż ta każe akceptować „zboczeńców” itp. Szerzej na temat tych indywiduów oraz antykomunistycznej histerii, dzięki której do głosu doszła w Estonii proto-faszystowska ekstrema piszą Małgorzata Kulbaczewska-Figat i Radosław Czarnecki w artykule Jak naśladowcy Donalda Trumpa i żołnierze Odyna podbili europejską demokrację?
Pewną nadzieją napawa fakt, iż Helmemu tym razem może się nie upiec. Od jego wypowiedzi odciął się Jüri Ratas, premier Estonii i przewodniczący Estońskiej Partii Centrum, ten sam zresztą, który, chcąc utworzyć rząd, zaprosił do niego ekstremistów z EKRE i niewiele lepszych od nich (może bardziej oględnych w słowach) konserwatystów z partii Ojczyzna (Isamaa). Jednocześnie do ofensywy szykuje się liberalna opozycja – Estońska Partia Reform, której liderzy już zażądali dymisji nie tylko ministra spraw wewnętrznych, ale całego rządu. W tej chwili szefostwo tego stronnictwa dyskutuje nad podjęciem dalszych kroków.

Przeciw antykomunistycznym represjom

Kostas Papadakis, eurodeputowany z Komunistycznej Partii Grecji (KKE) podczas debaty z komisarzem Vĕrą Jourovą poruszył sprawę represji spadających na komunistów w Polsce i na Ukrainie.

Debata odbywała się na forum Komisji Swobód Obywatelskich i Spraw Wewnętrznych Parlamentu Europejskiego. Poseł Papadakis określić w swoim wystąpieniu nazwał stanowisko Komisji Europejskiej hipokryzją. „Pani komisarz – stwierdził – odpowiadając na niedawno postawione pytanie w sprawie nieakceptowalnych działań przeciwko Komunistycznej Partii Polski i członków redakcji jej pisma, powiedziała pani, że Komisja przyjmuje do wiadomości, że pewne państwa członkowskie przyjęły ustawodawstwo zakazujące użycia symboli z czasów komunistycznej przeszłości i że Komisja zawsze była oddana sprawie pamięci o reżimach komunistycznych. Powiedziała pani, że każde państwo członkowskie znajduje swój własny sposób upamiętnienia swojej historii.”
Tymczasem zrównanie komunizmu z faszystowskim potworem jest ahistoryczne i bezpodstawne”. „Równocześnie, UE robi zamieszanie wokół sytuacji w wymiarze sprawiedliwości w Polsce (…) i przechodzi do porządku dziennego nad prześladowaniami antykomunistycznymi w tym kraju” – dodał. Europoseł Papadakis poruszył również sprawę wydania przez ukraiński Trybunał Konstytucyjny zakazu działania Komunistycznej Partii Ukrainy.
„Wychodzi na to, że Unia Europejska pamięta o prawach człowieka i politycznych wolnościach jako o użytecznych narzędziach do interweniowania w sytuacjach, gdy służy to ochronie konkretnych interesów. Wtedy może występować w roli zatroskanego nieproszonego adwokata praw człowieka, mieszając się w wewnętrzne sprawy państw z całego świata, a godzi się przymykać oczy na eskalację antykomunizmu w państwach członkowskich, któremu towarzyszy intensyfikacja antypracowniczej i antyludowej polityki. W tym samym czasie usiłuje się oczernić w świadomości robotników osiągnięcia socjalizmu. Osiągnięcia, które narody tych krajów pamiętają, pomimo całego błota i pomówień, jakimi się je obrzuca” – oświadczył.
KKE jest obecnie najsilniejszą legalnie działającą partią komunistyczną w Europie, posiadającą swoich przedstawicieli w PE i krajowym parlamencie. Greccy komuniści często zabierają głos w obronie partii komunistycznych innych państw, które nie mają możliwości wypowiadać się w swoim imieniu na forach instytucji Unii Europejskiej.

Nie wierzcie antykomunistom

Karol Modzelewski, uznawany za skutecznego ongiś bojownika o prawa pracownicze i inne zjawiska z gruntu miłe lewicy, awansował dość szybko na jednego z jej bohaterów w III RP. Czy z braku lepszego dżemu, czy dlatego, że nie wpisał się dostatecznie miękko w transformacyjne narracje? Chyba jednak głównie z powodu naiwności odbiorców jego komunikatów. Szkoda, że ujawnia się to po raz kolejny; tym bardziej, że nie zanosi się, by i przy tym ostrym zakręcie ktoś zechciał pokusić się o wnioski i zmiany.
Wspomniany działacz i komentator był uprzejmy niedawno zabrać głos w sprawie polskiej polityki zagranicznej i obronnej. Stwierdził, iż instalacja niezwykle drogiej bazy wojsk amerykańskich w Polsce o kuriozalnej nazwie roboczej Fort Trump to pomysł znakomity, ale ze względu na mroczne chmury PiS-owszczyzny, które zawisły nad Polską, nierealny. A dokładniej, powiedział, że byłby to projekt zbieżny z polską racją stanu, ale Duda i Kaczyński na pewno to spieprzą.
Cokolwiek zdumiewa podobna opinia z ust człowieka szczycącego się krytycznym myśleniem. Każdy bowiem, komu udało się zachować elementarną przytomność umysłu w tych dziwacznych postczasach III i IV RP zdaje sobie sprawę, że inwestycja 2 mld dolarów w jankeskie zabawy z bronią jest po prostu szkodliwym idiotyzmem. Jeszcze bardziej zaskakuje jednak konstatacja, iż prominenci PiS-u mieliby się do tego nie przyłożyć. Modzelewski myli się więc wielokrotnie i daje dowodny wyraz temu, iż cała ta jego niemal trzydziestoletnia kawalkada przeciw ułomnościom polskiej transformacji jest pustą pozą, wentylem bezpieczeństwa wkręconym w niszę.
Nikt inny przecież nie zrobi tego lepiej niż właśnie obecny rząd. Jedyną treścią „polityki”, którą prezes i prezydent proponują społeczeństwu, jest wszak emocjonalna huśtawka i żonglowanie symbolami. A jednym z najważniejszych z tychże jest fantazmat groźnej Rosji, fałszywie zreinkarnowego ZSRR, które wraz z cyrkową kopią Reagana okupującą obecnie Biały Dom, trzeba pilnie ponownie obalić. Niczego innego duet ten nie rozegra lepiej, niż właśnie kolejnego festiwalu brzdękania szabelką na Moskwę. A jeśli da się przy tym zademonstrować hiperserwilizm utrzymując komediowo-lokajską nazwę, to będzie to sukces wielkiej miary i materiał do PR-owej eksploatacji na dekady wprzód.
Natomiast twierdzenia o rzekomej zgodności rusofobicznych ekscesów za obłędne pieniądze, to dowód na myślenie magiczne, że się tak wyrażę – najgorszego sortu. W polityce jeszcze bardziej groźne od lekkodusznej, infantylnej naiwności. Jeżeli ktoś uważa, że jedna baza jankeskich wojsk w Polsce stanowi jakiś realny czynnik awersyjny dla wyimaginowanej przez chore umysły rosyjskiej nawały, to polecić można takiej osobie jedynie wycieczkę do kuchni, wyszukanie najcięższej dostępnej tam patelni i wymierzenie sobie nią ciosu prosto w czoło.
A jednak okazuje się, że Modzelewski tak właśnie sądzi. Osobiście jest mi to zupełnie obojętne, albowiem dla mnie Modzelewski nie był, nie jest i nie będzie żadnym punktem odniesienia. Reprezentuję nurt lewicy w Polsce praktycznie nieobecny – czyli lewicę nieantykomunistyczną. Ale wyobrażam sobie zgrzyty zębów i obfite bóle wiadomego fragmentu anatomii, tych, którzy żyją nadętymi ponad wszelką przyzwoitość legendami Kuronia i Modzelewskiego właśnie. Oraz, ma się rozumieć, innych eksponentów frymuśnej lewicy, która wprawdzie nie lubi PO, PiS-u, czy Balcerowicza, ale jeszcze bardziej nienawidzi PRL-u i Rosji. Ja od początku swojego świadomego życia w Polsce z radością popluwałem okazjonalnie na zachwyty i westchnienia polskiej lewicy wobec takich ośrodków jak Nowy Obywatel, Tygodnik Powszechny czy Gazeta Wyborcza oraz na jej perwersyjne do granic obrzydliwości z nimi romanse. Ich wspólnym mianownikiem jest oczywiście antykomunizm i nieodłącznie podążająca z nim w parze antyrosyjska ksenofobia. Do dziś zachodzę w głowę, czy w polskiej kulturze politycznej to pierwsze jest funkcją drugiego, czy odwrotnie.
W zbiór ten wpisują się wszyscy apologeci (nawet umiarkowani) transformacji, którzy dogmatycznie odrzucają prostą tezę, iż PRL można było reformować, zamiast wysadzać w powietrze i że III RP ze swoimi Wałęsami, Mazowieckimi, Glempami, Balcerowiczami, Niesiołowskimi, Moczulskimi oraz właśnie Modzelewskimi, Kuroniami, Bonieckimi, Michnikami, Lisami i Żakowskimi nie była żadną dziejową koniecznością, tylko politycznym wyborem. Czasy bieżące poświadczają jego głupotę i ujawniają miałkość przesłanek, tudzież krótkowzroczność planistów. Polska droga do przemian prowadzi wyłącznie do PiSlandu i nigdzie indziej. Jeśli nie zaprowadziłby go Kaczyński, zrobiłby to Modzelewski, zresztą – jak sam twierdzi – lepiej.

Antykomunistyczni idioci

Już niebawem zakazana będzie, pod groźbą kary więzienia, współpraca polsko-chińska, polsko-wietnamska, polsko -rosyjska, a nawet polsko-czeska. I nie tylko.
Zakazanymi będzie nie tylko działalność Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Chińskiej i Polsko-Wietnamskiej. Bo propagują przyjaźń z państwami „komunistycznymi”.
Zakazane będą przede wszystkim wszelkie oficjalne rozmowy polityczne, gospodarcze i kulturalne z reprezentantami tych państw, bo zakazane będzie pokazywanie państwowych i partyjnych symboli podczas tych rozmów. Jak choćby flag chińskich i wietnamskich.
Zakazanymi będzie działalność chińskich Instytutów Konfucjusza.
Zakazane będą kontakty z Komunistyczną Partią Czech i Moraw. Partią legalnie działającą w Republice Czeskiej. Koalicjanta parlamentarnego aktualnego rządu Republiki Czeskiej.
Zakazane będą kontakty z Komunistyczną Partią Rosji, największą opozycyjna siłą w tym państwie.
Zakazane będzie też posiadanie na prywatny użytek czerwonych flag z wizerunkiem sierpa i młota, symboli pięcioramiennych gwiazd, zwłaszcza czerwonych, książek napisanych przez Mao Mao Zedonga, Ho Chi Minha, Deng Xiaopinga, i aktualnego prezydenta Chin Xi Jinpinga.
Zakazane będzie nawet posiadanie przedmiotów z wizerunkami tych światowych przywódców. I rzecz jasna z wszelkimi innymi, uznanymi za „komunistyczne” symbolami.
Zakazane to wszystko będzie, bo rząd PiS chce propagandowo wykorzystać postulowaną przez liberalne i lewicowe środowiska walkę z faszyzmem do walki z „komunizmem”. Zrealizować swoje antykomunistyczne fobie korzystając z haseł walki z faszyzmem.

 

Raz sierpem, raz młotem

Jak poinformowała gazeta „Rzeczpospolita” wkrótce „oddawanie czci Hitlerowi stanie się w Polsce czynem zabronionym. Nowelizację kodeksu karnego w tym zakresie planuje rząd”.
To efekt reportażu w TVN o polskich faszystach czczących urodziny Adolfa Hitlera. Po jego emisji na wniosek szef MSWiA Joachim Brudzińskiego powołano Międzyresortowy Zespół do spraw Przeciwdziałania Propagowaniu Faszyzmu i Innych Ustrojów Totalitarnych.
Dnia 3 lipca 2018 roku zespół wysłał do Kancelarii Premiera propozycje zmian obowiązującego prawa. Zaproponowano „penalizację zachowań związanych z oddawaniem czci lub inną formą upamiętnienia postaci odpowiedzialnych na zbrodnie nazistowskie i komunistyczne”.
Nielegalne stanie się nie tylko fetowanie wodza III Rzeszy, ale też przykładowo Józefa Stalina lub Mao Zedonga. Z pisma MSWiA wynika, że spenalizowane będą nawet „zachowania niepubliczne”. Czyli to co robimy i to ci posiadamy w domu.
Jakie będą groziły za to kary? Z informacji udostępnionym zainteresowanym posłom wynika, że czyny zostaną spenalizowane „w ramach typu kwalifikowanego”, co oznacza kary więzienia.
Ale to nie koniec propozycji Zespołu. Chce on też zwiększenia sankcji karnej za przestępstwa z art. 256 kodeksu karnego, który mówi o nawoływaniu do nienawiści oraz propagowaniu ustroju faszystowskiego lub innego totalitarnego. Obecnie grożą za to dwa lata więzienia, a niebawem mają grozić trzy.
W nowym brzmieniu przepisu ma się znaleźć też zakaz „propagowania komunizmu”. Czyli przynajmniej kilkudziesięciu legalnie działających na świecie partii komunistycznych. Rządzących w gigantycznych Chinach, a także w Wietnamie, z którym Polska ma „strategiczne stosunki partnerskie”.
Zespół proponuje również wprowadzenie zakazu oferowania przedmiotów zawierających symbolikę faszystowską i komunistyczną. Pisał o ty m pod koniec sierpnia „Nasz Dziennik”, powołując się na odpowiedź na jedną z interpelacji poselskich udzieloną przez wiceministra sprawiedliwości Marcina Warchoła. Zdaniem gazety karalne ma być oferowanie wszelkich przedmiotów z wizerunkami sierpa i młota.
Zrównanie komunizmu z faszyzmem chwali Jerzy Bukowski z krakowskiego Porozumienia Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych. „Obecnie bez większych problemów działa Komunistyczna Partia Polski, która posługuje się sierpem i młotem oraz hasłem „proletariusze wszystkich krajów, łączcie się. W kraju tak mocno doświadczonym przez komunizm powinno być to niedopuszczalne”, apeluje do władz.

 

Głupi, polski antykomunizm

Apel ten będzie posłuchany, bo rządzące obecnie elity PiS, jak i opozycyjnej Platformy Obywatelskiej, wyznają ideologię „głupiego polskiego antykomunizmu”.
Polega ona na postawieniu znaku równości pomiędzy faszystami włoskimi, niemieckimi, japońskimi i komunistami chińskimi, wietnamskimi, francuskimi, greckimi, radzieckimi rzecz jasna, i wszystkimi innymi jeszcze.
Na postawieniu znaku równości pomiędzy japońskimi militarystami z okresu II wojny światowej a chińskim i wietnamskimi komunistami walczącymi po stronie koalicji antyfaszystowskiej. Na zrównaniu zbrodni Hitlera nie tylko ze zbrodniami Stalina, ale też doklejenie do tego zbrodniczego duetu, Mao Zedonga, Lenina, Trockiego, Ho Chi Minha.
Takie postulaty to efekt olbrzymiej ignorancji, tradycyjnego nieuctwa polskiej prawicy z PiS i PO.
To efekt prowincjonalnego postrzegania historii świata jedynie z perspektywy polskiego kurnika.
To także efekt karłowatej geopolitycznej myśli polityków i propagandzistów z PiS, PO i innych polskich partii prawicowych. Myśli obecnych niestety też w środowiskach liberalnych, wśród tak zwanej „młodej lewicy”.
Wszyscy oni nie potrafią dostrzec podstawowej różnicy pomiędzy światowym ruchem faszystowskim a komunistycznym.
Partie faszystowskie, i faszystowsko-podobne, rządziły w XX wieku w Niemczach, Japonii, Włoszech, Hiszpanii, Portugalii, Rumunii, na Węgrzech i innych państwach. Wszędzie przegrały. Przegrały przede wszystkim z państwami o ideologii liberalnej i komunistycznej podczas II wojny światowej. W XXI wieku faszyzm na świecie stał się marginesem.
Partie komunistyczne, i komunistyczno-podobne, rządziły w XX wieku w Europie Środkowo-Wschodniej i w Azji. Wygrały II wojnę światową. W Europie „komuniści” potem przegrali „zimną wojnę” z liberalnym Zachodem.
Ale w Azji stworzyły w XXI wieku system państwowy, który przyniósł szybszy rozwój gospodarczy i polityczny Chinom, Wietnamowi, Laosowi niż zachodnie liberalne systemy demokracji parlamentarno-gabinetowej.
Zakazywanie symboli zwycięskich w II wojnie światowej i obecnie najszybciej rozwijających się gospodarek świata – chińskiej i wietnamskiej – bo one się głupim polskim antykomunistom źle kojarzą, jest działaniem antypolskim.
Działaniem na szkodę interesów społeczeństwa polskiego, państwa polskiego i polskiej gospodarki.
Rządowe projekty „dekomunizacyjne” przypominają niedawną antyizraelską, antyamerykańską i antyukraińską nowelizację ustawy o IPN. Ustawę, która niedawno na całym świecie nadała Polakom wizerunek głupich antysemitów i ukrainożerców.
Teraz dzięki głupiemu antykomunizmowi wyznawanemu przez polskich prawicowców zyskają Polacy na całym świecie dodatkowo wizerunek głupich wrogów azjatyckich narodów.
Staną się światowym pośmiewiskiem, obiektem niewybrednych dowcipów w globalnych mediach.

 

PS. Odpowiadając na liczne zapytania, potwierdzam, że kandyduję do Rady Miasta Warszawy z listy największej koalicji lewicowej, czyli SLD – Lewica Razem.

Subtelny antysocjalizm

…i jego konsekwencje.

 

Karl Popper tworząc swoją wizję społeczeństwa otwartego opartego na egalitaryzmie, indywidualizmie i racjonalizmie potępiał wszelkie ideologie kolektywne w których jednostka podporządkowana jest interesom państwowym, narodowym lub klasowym. Karl Popper, chociaż z szacunkiem wyraża się o dorobku naukowym Karla Marksa, odrzuca go jako postheglowskie dziedzictwo. Autor 2-tomowej pracy „Społeczeństwo Otwarte i jego wrogowie” popiera nawet marksowską krytykę kapitalizmu. Popper jednak twierdzi, że ta krytyka straciła na aktualności, a nieludzki kapitalizm XIX-wieku to już przeszłość. Niezależnie od tego czy zgodzimy się z analizami Poppera, jest to krytyka o charakterze merytorycznym. Współcześni zwolennicy społeczeństwa otwartego są bardziej reakcyjni, a ich krytyka Marksa bardziej Marksowi wroga i mniej merytoryczna. Najczęściej po prostu płytka. Krytyka ta ma wyrażać interes pewnej grupy, a właściwie klasy: średniej i wyższej, a także zwolenników neokonserwatyzmu.

 

Antysocjalizm środowisk liberalnych

Większość krytyków Marksa głosi na jego temat kłamstwa. Są to „oczywistości” doby neoliberalizmu. Potoczne kłamstwa głosi się także na temat ZSRR i Bloku Wschodniego. Podstawą tej narracji jest określona intencja klasy rządzącej i neokonserwatystów, pragnienie utrzymania kulturowego i ekonomicznego panowania. Po to stawia się propagandowe „pomniki” typu Europejskie Centrum Solidarności. Ta „bardziej umiarkowana” narracja nie epatuje IPN-owską „zamkniętością”.
Subtelny antykomunizm opiera się na tendencyjnej krytyce PRL-u i Bloku Wschodniego, tyle że zachowuje pozory umiarkowania. Subtelność ta kryje w sobie olbrzymie pokłady nienawiści. W gruncie rzeczy ta forma propagandy niewiele się różni od religijnego antykomunizmu IPN, ale ma nad sobą kontrolę. IPN wpada w chorobę psychiczną, subtelny antykomunizm zachowuje pozory zdrowego rozsądku. I nie atakuje Wałęsy za współpracę z SB. Przykładem takiej subtelnej antykomunistycznej propagandy jest gdańskie Europejskie Centrum Solidarności. ECS hołduje mało oryginalnej narracji popularnej w głównym nurcie III RP: neokonserwatywny paradygmat w ocenie Bloku Wschodniego, pokazanie represyjności PRL-u i innych demoludów, długie kolejki, puste półki itd. Na wystawie nie brakuje ukazania roli Kościoła w tworzeniu opozycji, znaczenia Jana Pawła II w obalaniu „komunizmu”, a nawet subtelnego wspomnienia o Żołnierzach Wyklętych. Nie pominięto też ukazania znaczenia festiwalu w Jarocinie, polskiego rocka i subkultury w „obalaniu komuny”. Przedostatnia sala wystawy to jakby wizualizacja „Końca historii” Francisa Fukuyamy: upadły autorytarne dyktatury, zapanowała zachodnia demokracja.
Ogółem w ECS panuje lekkostrawna, centroprawicowa propaganda mająca zjednać sobie lwią część społeczeństwa ukształtowanego przez konserwatywno-liberalne media. Gdy tworzono wystawę w ECS, środowiska „demokratyczno-liberalne” raczej nie były skłócone z IPN-em. Nawet do dziś ECS współpracuje z IPN-em w niektórych projektach. Poziom antykomunizmu w ECS chwilami sięga jednak IPN-owskiego absurdu. Ofiarą krytyki pada nawet… budownictwo mieszkaniowe w PRL, co świadczy nie tylko o antykomunistycznym, ale o zasadniczo antysocjalistycznym charakterze wystawy. Ewentualne akcenty lewicowe czy socjalistyczne (KOR, PPS na emigracji itd.) mają zachować pozory obiektywności i pokazać, jak różne siły sprzeciwiały się „komunistycznej” władzy. Ostatecznie i tak wyciągnąć należy antysocjalistyczne wnioski np. co do „nieracjonalności” państwowej gospodarki i społecznego budownictwa mieszkaniowego.
W Europejskim Centrum Solidarności oczywiście nie może zabraknąć też ruchu robotniczego. Proletariat jest atrakcyjny tylko jeśli występuje przeciw PZPR-owi i tworzy „Solidarność”. O tragedii proletariatu po transformacji ustrojowej oraz Stoczni Gdańskiej, która była trzecią co do wielkości stocznią na świecie i pracowało w niej 17 tysięcy ludzi wystawa ta nie wspomina. Już IPN jest bardziej krytyczny wobec transformacji.
W ECS-ie jest niewiele eksponatów, najważniejszym zaś jest tablica z 21 postulatami Solidarności. Mało kto zagłębia się w treść tych postulatów. Przewodnikom zdarza się podejść do nich krytycznie, szczególnie do 14 postulatu, głoszącego skrócenie wieku emerytalnego dla mężczyzn – 55 lat, dla kobiet – 50 lat. Liberał uzasadni swoją krytykę tego postulatu niską emeryturą, liberalna feministka – dyskryminacją kobiet.
Subtelny antykomunizm jest ahistoryczny, a nawet antyhistoryczny zgodnie z dyrektywami Karla Poppera (który gardził wszelką deterministyczną historiozofią) czy Francisa Fukuyamy. Afirmuje ideały wolności z mistyczną, intersubiektywną ślepotą na realia historyczne, historyczne prawidłowości i determinanty a także święcie wierzy w demokrację liberalną jako w koniec historii. Środowiska liberalne niezbyt interesują się historią. Tę przestrzeń liberałowie oddali więc prawicowym ekstremom współtworząc z nimi IPN. Antykomunizm jest potrzebny środowiskom liberalnym dla umocnienia swojej pozycji społeczno-ekonomicznej i do umocnienia tezy o końcu historii.
Społeczeństwo otwarte stworzyło przestrzeń dla rozwoju postaw egoistycznych, nawet takich, które godzą w idee liberalnej otwartości. Środowiska liberalne, pozostające na utrzymaniu biznesu, najchętniej wspominają więc o kolejkach „za komuny” umacniając w ten sposób swoją pozycję i profity. Nie zawsze też rozumieją procesy do których się przyczyniają. Albo rozumieją, lecz nie przyznają się do tego i udają „otwartość”.
Subtelny antykomunizm potrafi pożenić się nawet z feminizmem czy działaniem na rzecz osób LGBT. Jest on rozmyty, elastyczny, nieokreślony. Zanim jednak zaczął sięgać po strategie społeczeństwa otwartego był bardziej konserwatywny. Subtelni antykomuniści związani dziś z PO czy Nowoczesną to właściwie spadkobiercy Unii Wolności, współodpowiedzialni za falę klerykalizacji, która nastąpiła po 1989 r. Oni też współtworzyli i utrwalali tzw. „kompromis aborcyjny”.

 

Liberalne Hitlerjugend

Liberalny mistycyzm nadaje ton temu subtelnemu antykomunizmowi. To pozornie mniej groźna propaganda niż religijny antykomunizm, któremu hołduje IPN. Narracja ta jest bardziej lekkostrawna i przenika do większego grona odbiorców, nawet do umysłów, które chcą być „apolityczne” czy takich, których polityka niezbyt interesuje. Subtelny antykomunizm przenika do czegoś co nazwałbym „potoczną politycznością”.
Józef Piłsudski mawiał: „Kto za młodu nie był socjalistą, na starość będzie świnią”. Panująca w okresie III RP propaganda nie szczędziła wysiłków by urodzeni w latach 80-tych i później byli na starość świniami. IPN współorganizował Bombowy Dzień Dziecka, gdzie najmłodsi mogli się przekonać jak wspaniale iść na wojenkę. Nie tylko IPN jednak prowadzi indoktrynację dla najmłodszych. Europejskie Centrum Solidarności organizuje zajęcia „edukacyjne” dla przedszkolaków, podstawówek i starszej młodzieży podczas, których opowiada się o szarości PRL-u, tyrani ZSRR, wspaniałości wolnego świata zachodniego itd. Najczęściej poruszanym tematem są kolejki i puste półki. Panie prowadzące zajęcia tłumaczą bardzo młodym ludziom, że w okresie PRL-u nie było tych dóbr konsumpcyjnych, które dziś można bez problemu nabyć i nie było sklepów wielkopowierzchniowych. Tym samym kształtuje się w młodych ludziach określoną postawę: nie tylko postawę antykomunistyczną, ale przede wszystkim prokonsumpcyjną. To takie liberalne Hitlerjugend, „wizja historii” Platformy Obywatelskiej i podobnych środowisk liberalnych.
W taki sposób produkuje się konsumentów i utrwalaczy kapitalizmu. I wbrew intencjom Poppera mało krytyczne jednostki. Krytyczne myślenie nie może podważać kapitalistycznych świętości. Ta liberalna wiara to forma alienacji. Ta wiara nadawała tożsamość pokoleniom III RP, które nie znały innej rzeczywistości poza tą kapitalistyczną. Wypracowała modelową, liberalną tępotę wyniesioną do rangi zdrowego rozsądku.
Skoro młode umysły zaprawia się w antykomunizmie to tracą one jednocześnie szansę na jakąkolwiek – obiecywaną przez liberalizm – apolityczność. W okresie dorastania są już antykomunistami albo buntują się przeciw tej narracji. Liberalna pustka sprawia, że ten subtelny antykomunizm jest wrogi młodym ludziom i nie wystarcza im do opisu rzeczywistości. Ostatecznie triumfują prawicowe mity na czele z Żołnierzami Wyklętymi. Młodzież chcąca odrzucić liberalne paradygmaty, odnaleźć własną tożsamość i wspólnotowość pozostając na gruncie antykomunizmu siłą rzeczy musi przejść więc na pozycje faszyzujące.
Centroprawicowa narracja zdominowała całą III RP i to ona jest odpowiedzialna za skrajnie prawicową hegemonię. Historyczne publikacje popularno-naukowe, nawet jeśli nie zawsze emanowały antykomunistyczną wścieklizną, to marginalizowały postacie lewicy np. poza Piłsudskim prawie nie wspominano o innych działaczach Polskiej Partii Socjalistycznej. Dla tej „umiarkowanej” narracji bardziej interesującą postacią był generał Józef Haller czy Roman Dmowski, który choć był nacjonalistą „którego liberałowie nie popierają” to jednak zasłużył się dla niepodległości Polski.
Na gruncie potocznego antykomunizmu III RP rozwijał się też szaleńczy, religijny antykomunizm w wersji IPN-owskiej. Na gruncie liberalnej dezintegracji, w zalewie popkulturowej tandety, konsumpcjonizmu i pustki kulturalno-oświatowej dorasta nie tylko pokolenie antykomunistów, ale i antysocjalistów, antylewicowców, indywidualistów i egoistów. Część młodzieży nie jest nawet tego w pełni świadoma. Utrwalone konserwatywno-liberalne schematy nie jest też łatwo odrzucić. Takie wychowanie sprzyja politycznemu panowaniu liberalnego kapitalizmu. O to właściwie chodzi tzw. Społeczeństwu Otwartemu, dla którego antykomunizm to narzędzie.
Środowiska liberalne święcie wierzyły, że historia się skończyła i nikt już nie ma prawa podważać demokracji liberalnej. To miało też zapewnić utrwalanie negatywnego obrazu realnego socjalizmu. Nachalna antykomunistyczna nagonka miała zagwarantować brak powrotu do tamtej rzeczywistości, a nawet do socjalistycznych rozwiązań w ogóle. Nie udało się całkowicie wyplenić sentymentu za Polską Ludową. Propaganda ta jednak odniosła „sukces” wśród tych, którzy nie żyli w tamtym okresie, bądź byli zbyt młodzi by cokolwiek pamiętać. Wśród młodych szczególnie popularny jest antykomunizm motywowany religijnie.
Młodzi antykomuniści podważający III RP są jej niechcianymi dziećmi. Nie uświadamiają sobie, że zostali światopoglądowo zaprogramowani przez socjotechnikę III RP. Antykomunizm deklarujący swoją „demokratyczność” staje się swoim przeciwieństwem i jest programem radykalnie antydemokratycznym. Liberałowie nie chcą wziąć odpowiedzialności za swoje wychowawcze błędy, za synczyznę w której syntetyzują się neoliberalizm i skrajna prawica. Uczenie w szkole „podstaw przedsiębiorczości” i wpajanie antykomunizmu wyhodowały już nowego człowieka.
Kończy się czas liberalnej postpolityki i liberalnych dogmatów. Po około 30 latach od upadku bloku wschodniego antykomunizm zamiast słabnąć staje się coraz bardziej zajadły i coraz popularniejszy. Centroprawica bardziej liberalna z prawicą populistyczną licytują się o to kto jest bardziej antykomunistyczny. Ostatnia fala dekomunizacji jest już kolejnym stadium antykomunistycznej indoktrynacji.
Kapitalizm staje się coraz bardziej autorytarny, burżuazja coraz bardziej zdegenerowana. Antykomunizm – niezależnie od tego jakie formy przybiera – ma jednak na celu przede wszystkim ratowanie samego kapitalizmu. Czym to się może skończyć? Historia pokazała, że po republice rzymskiej przyszedł czas na cezaryzm, po Rewolucji Francuskiej – cesarstwo Napoleona Bonaparte, po demokracji we Włoszech – faszyzm, po Republice Weimarskiej – nazizm itd. Co powstanie na gruncie polskiego neoliberalizmu? Oczywiście, nie trzeba popadać w fatalizm. Potencjalni hunwejbini póki co są bardzo brunatni.