Tłum Polaków w Serie A

W rozegranej w miniony weekend 18. kolejce włoskiej serie A wystąpiła spora grupa polskich piłkarzy. Największe powody do zadowolenia z nich miał Wojciech Szczęsny. Bramkarz reprezentacji Polski zagrał w podstawowym składzie Juventusu Turyn w wygranym przez jego zespół 4:0 meczu z Cagliarii.

Szczęsny nie miał wiele pracy w tym spotkaniu, ale utrzymał koncentrację i był zawsze na posterunku w chwilach potrzeby. Włoskie media podały, że Polak na początku roku parafował nowy kontrakt z turyńskim klubem do konca czerwca 2024 roku, wedle którego będzie zarabiał 7 mln euro rocznie, co daje mu miejsce w pierwszej dziesiątce najlepiej opłacanych graczy w Serie A. Bohaterem meczu z Cagliari był jednak numer 1 na tej liście Cristiano Ronaldo, który sam strzelił trzy gole, a przy czwartym zanotował asystę. W przegranym zespole debiut we włoskiej ekstraklasie zaliczył pozyskany z Pogoni Szczecin 19-letni Sebastian Walukiewicz. Nasz młody środkowy obrońca wypadł przyzwoicie i nie zawinił przy żadnej ze straconych bramek, a w kilku sytuacjach popisał się znakomitymi interwencjami.

Z kolei mecz Bologny z Fiorentiną był pojedynkiem dwóch innych polskich bramkarzy – Łukasza Skorupskiego i Bartłomieja Drągowskiego. Spotkanie zakończyło się remisem 1:1, ale gorzej wypadł Drągowski, bo to po jego błędzie w 94. minucie zespół z Florencji stracił prowadzenie.

Kolejne polsko-polskie starcie miało miejsce w potyczce Hellas Verony ze SPAL 2013. Mariusz Stępiński strzelił gola dla Hellas Verona, ale była to dopiero jego druga ligowa bramka w tym sezonie. Stępiński wszedł na boisko w 73. minucie w miejsce Giampaolo Pazziniego, a w barwach Verony zagrał jeszcze Paweł Dawidowicz, który pojawił się na boisku w 90. minucie za Valerio Verre. Natomiast w zespole SPAL cały mecz rozegrał reprezentant Polski Thiago Cionek, a inny z naszych piłkarzy, Bartosz Salamon, spotkanie spędził na ławce rezerwowych. W składzie ekipy gospodarzy zabrakło leczącego kontuzję regularnie powoływanego ostatnio do kadry Arkadiusza Recy.

Na ławce rezerwowych Udinese całe wyjazdowe spotkanie z Lecce spędził natomiast zapomniany już nieco w Polsce Łukasz Teodorczyk. Jego zespół wygrał 1:0, a we włoskich mediach coraz częściej pojawiają się głosy, że ocierający się jeszcze kilka lat temu o kadrę Polski Teodorczyk nie ma żadnej przyszłości w Udinese i szykuje się do zmiany klubu.

Podobne opinie krążą w przypadku Krzysztofa Piątka. Przeżywający kryzys formy napastnik reprezentacji Polski zaczął wprawdzie spotkanie AC Milan z Sampdorią Genua w wyjściowej jedenastce, ale już w 55. minucie został zmieniony przez Zlatana Ibrahimovicia. Był to powrót szwedzkiego napastnika do mediolańskiego zespołu po wielu latach przerwy, więc fani zgotowali mu owację na stojąco. 38-letni weteran nie zdołał jednak poprawić miernego poziomu gry ekipy Milanu i mecz zakończył się wynikiem 0:0. W drugiej połowie sezonu to jednak on będzie podstawowym napastnikiem rossonerich, a Piątek co najwyżej jego zmiennikiem. Chyba, że znów zacznie strzelać gole jak w poprzednim sezonie, na co raczej się nie zanosi. Wypada odnotować, że w zespole Sampdorii w pełnym wymiarze czasowym wystąpiło dwóch polskich piłkarzy – Karol Linetty i Bartosz Bereszyński.

Kolejnych dwóch – Arkadiusz Milik i Piotr Zieliński, rozegrało natomiast pełne spotkania w barwach SSC Napoli w kończącym 18. kolejkę meczu z Interem Mediolan. Drużyna z Neapolu nie wykorzystała atutu własnego boiska i przegrała 1:3, a honorowe trafienie dla gospodarzy uzyskał Milik. Dla reprezentanta Polski było to siódme ligowe trafienie w obecnych rozgrywkach. W klasyfikacji strzelców nasz piłkarz zajmuje odległe 11. miejsce. Prowadzi z dorobkiem 19 goli Ciro Immobile z Lazio Rzym.
Liderem rozgrywek jest Juventus z 45. golami na koncie, tyle samo ma drugi Inter, a trzecia lokatę z 39. punktami i zaległym meczem do rozegrania zajmuje Lazio. Z pozostałych zespołów z Polakami w składzie najwyżej plasuje się Cagliari (6. miejsce), Napoli zajmuje ósmą lokatę, Bologna 10., Milan 11., Hellas Verona 12., Udinese 13., Fiorentina 15., Sampdoria 16., a SPAL jest na ostatnim 18. miejscu.

 

Szczęściarze i pechowcy

W poniedziałek 16 grudnia w siedzibie UEFA w Lyonie odbyło się losowanie par 1/8 finału Ligi Mistrzów, a także 1/16 finału Ligi Europy. W najbardziej prestiżowym z europejskich pucharów w stawce zostały wyłącznie zespoły z pięciu najsilniejszych lig na naszym kontynencie, co jest ewenementem, ale też potwierdzeniem tezy, że najbogatsze kluby mają coraz większą przewagę.

Coś takiego w Lidze Mistrzów zdarzyło się po raz pierwszy. Do tej pory dwukrotnie do 1/8 finału awans zdobywały zespoły z sześciu krajowych lig, ale sytuacja, że wszystkie szesnaście drużyn wywodzi się z pięciu legitymujących się najwyższym rankingiem UEFA (angielskiej, hiszpańskiej, włoskiej, niemieckiej i francuskiej), zdarzyła się po raz pierwszy. Było w tym trochę przypadku, bo na przykład Zenit Petersburg przed ostatnią kolejką fazy grupowej zajmował drugą lokatę i pokpił sprawę w ostatnim spotkaniu. Dla kibiców futbolu taka sytuacja to gratka, bo w gronie 16 zespołów nie ma już słabeuszy, zatem w 1/8 finału czekają nas wyrównane i zacięte potyczki.

W Lidze Mistrzów gra toczy się jednak o wielkie pieniądze, a europejscy potentaci nie zamierzają dzielić się nimi z maluczkimi. Triumfator obecnej edycji tych rozgrywek może tylko z premii zarobić najmniej 65 milionów euro. W sumie 32 uczestniczące w rywalizacji zespoły podzielą między sobą około dwóch miliardów euro. Za awans do fazy grupowej UEFA płaciła 15 mln euro. Zwycięstwo w grupie było premiowane kwotą 2,7 mln euro. Za awans do wielkiego finału UEFA wyznaczyła kwotę 15 mln, a zwycięzca dostanie ponadto bonus w wysokości 4 mln euro. Do tego trzeba oczywiście doliczyć jeszcze blisko 300 mln euro z tytułu marketingowej wartości Champions League, a kwota ta zostanie rozdysponowana wedle wartości medialnej zespołów.

Przed losowaniem par 1/8 finału było wiadomo, że zwycięzcy grup zostaną rozstawieni i że zespoły rywalizujące ze sobą w grupach oraz pochodzące z jednego kraju nie trafią na siebie. Los nie uśmiechnął się do Manchesteru City prowadzonego przez Pepa Guardiolę i Realu Madryt Zinedine’a Zidane’a. Angielski zespół wygrał swoją grupę, ale miał pecha, że z nierozstawionych drużyn trafił akurat na „Królewskich”. Szanse obu zespołów są jednak równe. Broniący tytułu FC Liverpool też nie miał szczęścia w losowaniu, bo wpadł na Atletico Madryt, przeciwnika od lat szalenie niewygodnego dla każdego rywala. Wątpliwe jest też aby zadowoleni z „przydziału” byli gracze Chelsea Londyn, którym los za przeciwnika wyznaczył Bayern Monachium. Czwarty z angielskich zespołów, Tottenham Hotspur, finalista poprzedniej edycji Champions League, wylosował aktualnego lidera Bundesligi RB Lipsk i raczej na pewno z tego powodu w szatni „Kogutów” nie strzelały korki od szampana.

W fazie play off Ligi Mistrzów zobaczymy wiosną cztery zespoły z polskimi piłkarzami w składzie: Bayern Monachium (Robert Lewandowski), Juventus Turyn (Wojciech Szczęsny), Borussia Dortmund (Łukasz Piszczek) i SSC Napoli (Arkadiusz Milik i Piotr Zieliński). Z naszych graczy względnie zadowolony po losowaniu mógł być chyba tylko Wojciech Szczęsny, bo jego Juventus uniknął największych potęg i zmierzy się z przeciętnie w tym sezonie spisującym się w rodzimej lidze Olympique Lyon. Łukasza Piszczka i zespół z Dortmundu czekają natomiast starcie z potentatem francuskiej Ligue 1 Paris Saint-Germain, którego trenerem jest były szkoleniowiec Borussii Thomas Tuchel, zaś Zielińskiego i Milika w barwach SSC Napoli z zawsze wielką Barceloną Leo Messiego.

Pierwsze spotkania 1/8 finału zaplanowano na 18-19 oraz 25-26 lutego. Rewanże odbędą się odpowiednio 10-11 oraz 17-18 marca. Losowanie ćwierćfinałów oraz półfinałów zaplanowano na 20 marca. Finał obecnej edycji Ligi Mistrzów wyznaczono na 30 maja na Ataturk Olimpiyat w Stambule.

W poniedziałek rozlosowano też pary 1/16 ligi Europy. W tych rozgrywkach uczestniczy już tylko dwóch polskich piłkarzy – Jacek Góralski i Jakub Świerczok. Obaj grają w bułgarskim Łudogorcu Razgrad, który ma niewielkie szanse na awans do kolejnej rundy, bo trafił na Inter Mediolan. Pierwsze mecze zaplanowano na 20 lutego, rewanże tydzień później.

Pary 1/8 finału Ligi Mistrzów:
Borussia Dortmund – Paris Saint-Germain, Real Madryt – Manchester City, Atalanta Bergamo – Valencia CF, Atletico Madryt – FC Liverpool, Chelsea Londyn – Bayern Monachium, Olympique Lyon – Juventus Turyn, Tottenham Hotspur– RB Lipsk, SSC Napoli – FC Barcelona.

Pary 1/16 finału Ligi Europy:
Wolverhampton Wanderers – Espanyol Barcelona, Sporting Lizbona – Basaksehir Stambuł, Getafe CF – Ajax Amsterdam, Bayer Leverkusen – FC Porto, FC Kopenhaga – Celtic Glasgow, APOEL Nikozja – FC Basel, CFR Cluj – FC Sevilla, Olympiakos Pireus – Arsenal Londyn, AZ Alkmaar – LASK Linz, Club Brugge – Manchester United, Łudogorec Razgrad – Inter Mediolan, Eintracht Frankfurt – Red Bull Salzburg, Szachtar Donieck – Benfica Lizbona, VfL Wolfsburg – Malmoe FF, AS Roma – KAA Gent, Glasgow Rangers – SC Braga.

 

Hat-trick Milika

Zakończyły się rozgrywki fazy grupowej Ligi Mistrzów. Do 1/8 finału awansowały Paris Saint-Germain, Realu Madryt, Bayernu Monachium, Tottenhamu Hotspur, Manchesteru City, Atalanty Bergamo, Juventusu Turyn, Atletico Madryt, Liverpoolu, Napoli, Barcelony, Borussii Dortmund, RB Lipsk, Olympique Lyon, Valencii i Chelsea Londyn. W grze o zwycięstwo w Lidze Mistrzów pozostał 16 zespołów: po cztery z hiszpańskiej Primera Division i angielskiej Premier League, po trzy z niemieckiej Bundesligi i włoskiej Serie A oraz dwa z francuskiej La Ligi.

Jedynym niepokonanym zespołem w fazie grupowej był Bayern Monachium, który zakończył zmagania w grupie B z kompletem punktów i najlepszym bilansem bramkowym (24:5). To dopiero siódmy zespół w historii tych rozgrywek, który dokonał tej sztuki, a pierwszy z ligi niemieckiej. Wcześniej wszystkie mecze w fazie grupowej wygrały ekipy AC Milan (1992/1993), Paris Saint-Germain (1994/1995), Spartak Moskwa (1995/1996), FC Barcelona (2002/2003) i dwukrotnie Real Madryt (2011/2012 i 2014/2015).

Bawarski zespół zdobył najwięcej bramek w stawce 32 drużyn, a 10 z 24 goli było autorstwa Roberta Lewandowskiego, który w fazie grupowej okazał się najskuteczniejszym graczem. Kapitan reprezentacji Polski w ostatniej kolejce w spotkaniu z Tottenhamem nie wystąpił, przez co stracił okazję do wyrównania osiągnięcia Cristiano Ronaldo. Portugalczyk wciąż jest jedynym piłkarzem, któremu udało się strzelić gola w każdym z sześciu spotkań grupowych. „Lewy” w tym sezonie trafiał w pięciu wcześniejszych meczach.

Osiem zespołów, które uplasowały sie w grupach na trzecich pozycjach, wiosną przeniosą się do Ligi Europy. On ten puchar powalczą: Ajax Amsterdam, Benfica Lizbona, Inter Mediolan, RB Salzburg, Bayer Leverkusen, Olympiacos Pireus, Szachtar Donieck i Club Brugge.

Z polskich piłkarzy występujących w klubach walczących w tym sezonie w Lidze Mistrzów, w szóstej kolejce na boisku nie pojawili się tylko wspomniany już Lewandowski oraz Wojciech Szczęsny, którego w bramce Juventusu zastąpił Gianluigi Buffon. Łukasz Piszczek zaczął spotkanie Borussii Dortmund ze Slavią Praga (2:1) jako rezerwowy i wszedł do gry w 82. minucie, zatem nie zdążył się niczym wyróżnić. Grzegorz Krychowiak i Maciej Rybus rozegrali cały mecz w przegranej przez ich Lokomotiw Moskwa 0:2 wyjazdowej potyczce z Atletico Madryt, ale obaj nasi piłkarze, podobnie jak reszta ich zespołu, byli tylko tłem dla świetnie grających rywali.

Zdecydowanie najlepiej z naszych piłkarzy wypadli Arkadiusz Milik i Piotr Zieliński, którzy walnie przyczynili się do wysokiego zwycięstwa SSC Napoli w meczu z belgijskim KRC Genk (4:0). W rolę bohatera fanów zespołu z Neapolu tym razem wcielił się Milik, który do przerwy ustrzelił hat-tricka. Pierwszego gola belgijskiej drużynie strzelił już w trzeciej minucie po fatalnym błędzie bramkarza Maartena Vandevoordta. Drugie trafienie zaliczył finalizując znakomite podanie Di Lorenzo, a siedem minut przed końcem pierwszej odsłony spotkania Milik trzecią bramkę zdobył z rzutu karnego. Wielka szkoda, że trener Napoli Carlo Ancelotti, który po zwycięskim meczu został zdymisjonowany (w środę jego miejsce zajął Gennaro Gattuso), nie pozwolił naszemu piłkarzowi egzekwować drugiej „jedenastki”, którą w drugiej połowie w 75. minucie na gola zamienił Dries Mertens. Tak więc zamiast pierwszym w karierze „czteropakiem” w Lidze Mistrzów, Milik musiał zadowolić się hat-trickiem, też zresztą pierwszym. Polak został w 78. minucie przez Ancelottiego zmieniony, a gdy schodził z boiska fani Napoli urządzili mu owację na stojąco.

Milik wrócił do gry po prawie miesięcznej przerwie spowodowanej kontuzją. Hat-tricka w spotkaniu z KRC Genk skompletował w 38. minut i były to najszybciej zdobyte trzy bramki w Lidze Mistrzów od 2013 roku, kiedy to Zlatan Ibrahimović zaliczył trzy trafienia w 36 minut w meczu Paris Saint-Germain z Anderlechtem. Dla 25-letniego reprezentanta Polski były to pierwsze gole w tej edycji Ligi Mistrzów, ale w barwach SSC Napoli dorównał już skutecznością wielkiemu Diego Maradonie. Argentyńczyk to legenda klubu z Neapolu, ale on i Milik legitymują się identyczną średnią bramek na mecz – 0,44. Ale to wszystko, co ich na razie łączy.

Maradona był graczem Napoli w latach 1984-1991. Rozegrał 259 meczów, w których strzelił 115 goli. Dwa razy wywalczył z zespołem mistrzem Włoch (1987, 1990), zdobył Puchar Italii (19870 i Superpuchar (1990), a w 1989 roku osiągnął z Napoli największy sukces zdobywając Puchar UEFA (1989). Dokonania naszego piłkarza w barwach Napoli są nieporównanie skromniejsze. Gra w tym zespole od połowy 2016 roku. Rozegrał w tym czasie 96 meczów i strzelił w nich 42 gole, w tym 32 w Serie A. Milik jest najskuteczniejszym polskim piłkarzem w historii włoskiej ekstraklasy.

 

Kary dla graczy Napoli

Właściciel SSC Napoli Aurelio De Laurentiis nie odpuszcza swoim piłkarzom. Za odmowę wykonania jego polecenia wyjazdu na tygodniowe zgrupowanie, nałożył na cały zespół karę finansową na kwotę 2,5 mln euro.

Ekipa SSC Napoli przeżywa trudne chwile, bo po znakomitym początku sezonu dopadł ją regres formy i od jakiegoś czasu notuje słabsze wyniki. Niezadowolony z postawy piłkarzy Aurelio De Laurentiis w końcu nie zdzierżył i po zremisowanym przez jego zespół 1:1 spotkaniu Ligi Mistrzów z RB Salzburg nakazał trenerowi Carlo Ancelottiemu zabrać całą kadrę na tygodniowe zgrupowanie. Zawodnicy po konsultacjach ze swoimi prawnikami jednak odmówili wyjazdu i ostentacyjnie po meczu z RB Salzburg rozjechali się do domów. Doprowadzili tym właściciela klubu do furii, ale De Laurentiis nie od razu ich ukarał. On też wezwał swoich prawników i dopiero po konsultacji z nimi oraz analizie obowiązujących przepisów nałożył na zawodników finansowe kary.

Najmocniej po kieszeni dostał Brazylijczyk Allan, którego ukarano grzywną w wysokości 200 tys. euro. Taka kwota to połowa miesięcznych zarobków tego piłkarza, ale on podpadł szefowi najbardziej, bo jak wieść niesie zwymyślał syna De Laurentiisa, gdy ten przekazał drużynie decyzję o ojca o przymusowym zgrupowaniu.

Inni gracze SSC Napoli, w tym także Arkadiusz Milik i Piotr Zieliński, zostali ukarani obcięciem pensji o jedną czwartą ich wysokości. W sumie, jak donoszą włoskie media, właściciel klubu obciął swoim zawodnikom wypłaty w sumie o 2,5 mln euro. I na tym zapewne sprawa się zakończy, bo na eskalacji konfliktu żadna ze stron nic już nie zyska. Ekipa SSC Napoli przed sezonem zapowiadała walkę o mistrzostwo Włoch, ale ostatnio wiedzie jej się słabo. Na zwycięstwo jej kibice czekają już od ponad miesiąca, a w tym czasie rozegrali sześć spotkań. Po wspomnianym meczu z RB Salzburg, najpierw zremisowali z Genoą 0:0, a w miniony weekend w 13. kolejce Serie A znów tylko wywalczyli remis (1:1) z AC Milan i z 20 punktami na koncie zajmują dopiero siódmą lokatę, tracąc do prowadzącego Juventusu już 15 „oczek”.

 

Milik goni Lewego

W miniony weekend dwóch polskich napastników śrubowało swoje strzeleckie rekordy. W Serie A Arkadiusz Milik w przegranym przez SSC Napoli 1:2 meczu z AS Roma zdobył bramkę w czwartym meczu z rzędu, a w Bundeslidze Robert Lewandowski w przegranym przez Bayern 1:5 spotkaniu z Eintrachtem strzelił gola w dziesiątym ligowym meczu z rzędu, co jest rekordem niemieckiej ekstraklasy.

W minionym tygodniu Milik zdobył w Serie A dwie bramki. Najpierw w środę trafił w zremisowanym 2:2 spotkaniu z Atalantą Bergamo i był to jego 31. gol w Serie A, dzięki czemu wyrównał strzeleckie osiągnięcie Zbigniewa Bońka, przewodzącego na liście najskuteczniejszych polskich piłkarzy w Serie A. W sobotę Milik został samodzielnym liderem tego zestawienia, zdobywając bramkę w rozegranym w ramach 11. kolejki wyjazdowym meczu z AS Roma (1:2). Napastnik reprezentacji Polski ma teraz w dorobku w Serie A łącznie 32 trafienia. W obecnym sezonie Milik zdobył już pięć bramek, z czego cztery z rzędu w czterech ostatnich ligowych występach. Z pobicia kilkudziesięcioletniego już osiągnięcia Bońka trudno robić jakieś epokowe wydarzenie, bo przecież obecny prezes PZPN nie grał na pozycji napastnika, a zatem wszelkie porównania jego strzeleckich osiągnięć z osiągnięciami Milika nie mają większego sensu.

Trzeba się jednak cieszyć, że Milik odzyskał skuteczność z poprzedniego sezonu (zdobył w nim w Serie A 20 goli) we właściwym momencie. Dla niego to korzystne, bo działacze SSC Napoli właśnie prowadzą z nim negocjacje o przedłużeniu kontraktu. Jeśli wierzyć włoskim mediom, reprezentant Polski ma dostać nową umowę ważną do 2024 roku i zarabiać na jej mocy ponad cztery miliony euro rocznie.

Na Lewandowskim taka presja nie ciąży, bo ona ma już te sprawy uregulowane. Długo to trwało, ale ostatecznie doszedł do porozumienia z szefami Bayernu i przedłużył kontrakt do 2023 roku. Jeśli wierzyć medialnym doniesieniom, kapitan naszej reprezentacji wynegocjował przy tej okazji solidną podwyżkę. W zamian porzucił jednak wszelkie pomysły zmiany barw klubowych i całkowicie poświęcił się grze dla bawarskiego potentata. Zmiana nastawienia „Lewego” została przychylnie przyjęta przez zespół, więc Polak nie ma już pustych przebiegów w oczekiwaniu na podania. W każdym meczu w dziesięciu dotychczas rozegranych kolejkach Bundesligi zdobywał bramki (w sumie ma ich na koncie 14) i jest liderem klasyfikacji strzelców. Tak na marginesie, nie tylko w niemieckiej ekstraklasie, lecz także w pięciu najsilniejszych ligach europejskich i ma duże szanse na zdobycie „Złotego Buta” – nagrody dla najskuteczniejszego strzelca w Europie.

Lewandowski jest jak na razie dużo skuteczniejszy od Milika, bo ma więcej trafień na koncie i dłuższą serię meczów ze strzelonym golem, ale obaj nasi reprezentacyjni napastnicy mają ten sam kłopot – ich klubowe drużyny nie prezentują aktualnie wysokiej formy. Napoli po dobrym starcie zanotowało serię porażek i remisów, a po sobotniej przegranej z Romą wypadło z czołowej czwórki Serie A. Bayern z kolei totalnie się skompromitował przegrywając w miniony weekend z Eintrachtem Frankfurt aż 1:5. „Lewy” zdobył honorowego gola i podtrzymał nieprawdopodobną serię meczów ligowych z rzędu ze zdobytą bramką, wydłużając ją do dziesięciu, lecz tym razem niemieckie media potraktowały jego wyczyn dość obojętnie. Ich uwagę przykuła bardziej szokująco wysoka porażka Bayernu, która może zaważyć na dalszych losach trenera Niko Kovaca. Chorwacki szkoleniowiec ucieknie spod topora tylko wówczas, jeśli wygra dwa najbliższe spotkania – najpierw w środę z Olympiakosem Pireus w Lidze Mistrzów, a potem w sobotę z Borussią Dortmund w 11. kolejce Bundesligi.

 

Odrodzenie Milika w Neapolu

Długo czekał Arkadiusz Milik na udany występ w tym sezonie w Serie A. I wreszcie się doczekał. Trener SSC Napoli Carlo Ancelotti uznał, że strzelony przez polskiego napastnika gol w meczu reprezentacji z Macedonią Północną może być przełomy i wystawił go w ligowym spotkaniu z Veroną (2:0). Miał nosa, bo Mili strzelił oba gole.

Milik w tym sezonie nie miał zbyt wielu okazji do gry, bo najpierw dochodził do formy po wyleczeniu kontuzji, a potem miał problemy ze skutecznością. W spotkaniu 8. kolejki Serie A z Veroną Ancelotti dał mu pograć od pierwszej minuty i trzymał na placu gry przez 81 minut. Napastnik reprezentacji Polski nie zmarnował szansy. Pierwszego gola strzelił w 37. minucie, po znakomitej asyście Fabiana Ruiza. Milik dopadł piłki, wyprzedził obrońcę i z kilku metrów skierował piłkę do siatki obok bramkarza. Drugie trafienie zaliczył po przerwie, pakując piłkę w podbramkowym zamieszaniu efektownym strzałem z woleja. Jego bramki wyraźnie ucieszyły nie tylko kibiców Napoli, lecz także kolegów z zespołu, w tym także konkurentów Milika do gry w linii ataku. Wiadomo, sezon jest długi, a zespół z Neapolu walczy nie tylko o mistrzostwo Italii. W środę czeka go przecież trudny wyjazdowy mecz w Champions League z RB Salzburg.

Wracając do potyczki z Veroną, w tym spotkaniu kibice zobaczyli na boisku jeszcze dwóch innych polskich piłkarzy. Drugi z naszych graczy w SSC Napoli, Piotr Zieliński, zaczął mecz na ławce rezerwowych, ale po przerwie pojawił się na boisku. W ekipie z Werony przez godzinę walczył natomiast Mariusz Stępiński, a cały mecz na ławce rezerwowych przesiedział obrońca Paweł Dawidowicz.

Z bramkarzy naszej kadry w meczu Juventus – Bologna Wojciech Szczęsny był rezerwowym, grał natomiast Łukasz Skorupski.

 

Tylko Lewy nie zawodzi

W ostatnim ligowym weekendzie przed przerwą dla reprezentacji, z kadrowiczów powołanych przez Jerzego Brzęczka nikt nie błysnął w meczach swoich klubowych drużyn. Jeszcze bardziej powinno zmartwić selekcjonera słaba skuteczność biało-czerwonych, oczywiście poza Robertem Lewandowskim, który gola strzelił.

Bayern Monachium zapłacił cenę za miażdżące wyjazdowe zwycięstwo z Lidze Mistrzów z Tottenhamem (7:2) i w minioną sobotę w 7. kolejce Bundesligi przegrał na swoim stadionie sensacyjnie z Hoffenheim 1:2. Autorem honorowego gola dla bawarskiej jedenastki był niezawodny Robert Lewandowski, dla którego było to już 11. trafienie w tym sezonie. Kapitan reprezentacji Polski tydzień wcześniej został pierwszym graczem w historii niemieckiej ekstraklasy, któremu udało się zdobyć w pierwszych sześciu kolejkach 10 goli. Teraz będzie pierwszym, który w siedmiu pierwszych kolejkach zdobył 11 bramek i kolejne pokolenia piłkarzy będą musiały mierzyć się z tym jego osiągnięciem. Tymczasem „Lewy” golem strzelonym ekipie Hoffenheim poprawił swój łączny dorobek w Bundeslidze do 213 trafień, co dało mu awans na czwarte miejsce w klasyfikacji wszech czasów, które dzieli teraz ze zmarłym nie tak dawno legendarnym niemieckim piłkarzem Manfredem Burgsmuellerem. Trzy czołowe miejsca w tym zestawieniu zajmują Gerd Mueller (365 goli), Klaus Fisher (268) i Jupp Heynckes (220).

Bilans Lewandowskiego we wszystkich klubowych rozgrywkach jest w tym sezonie imponujący – w 10 spotkaniach zdobył już 14 bramek, strzelając gola średnio co 62 minuty! Trafiał w każdym meczu tego sezonu oprócz pierwszego, o Superpuchar Niemiec z Borussią Dortmund (0:2). Kapitan reprezentacji Polski przybliżył się do osiągnięcia Pierre’a-Emericka Aubameyanga, który w barwach Borussii Dortmund strzelał gole w pierwszych ośmiu kolejkach sezonu i jest pod tym względem rekordzistą Bundesligi, ale „Lewy” zdobył bramki już w siedmiu kolejkach, więc niewykluczone, że Gabończykowi dorówna, a nawet jego wynik poprawi.

Wypada jedynie żałować, że Lewandowski nie jest taki zabójczo skuteczny w meczach reprezentacji. Oba wrześniowe występy, przeciwko Słowenii i Austrii, zakończył bez trafienia, ale też nikt go nie wyręczył. Miejmy nadzieję, że w czekających biało-czerwonych październikowych spotkaniach z Łotwą i Macedonią Północną nasza drużyna narodowa wyciągnie z tego wnioski i tym razem wszyscy gracze bez wyjątku będą ofiarnie pracować nad stworzeniem „Lewemu” dogodnych okazji strzeleckich. Nie ma co stawiać na nagłe przebudzenie przeżywającego głęboki kryzys formy Krzysztofa Piątka czy irytującego podobną nieskutecznością Arkadiusza Milika. Z Łotwą i Macedonią nasz zespół musi wygrać, a bez goli tego celu nie osiągnie, zaś sam Lewandowski bez wsparcia kolegów tych goli nie zapewni.

 

Bayern posłał ostrzeżenie

Nie brakowało emocji i zaskakujących rezultatów w drugiej kolejce Champions League. Zagrało w niej sześciu polskich piłkarzy i większość zanotowała udane występy, ale najlepiej wypadł Robert Lewandowski, zdobywca dwóch bramek dla Bayernu Monachium w wygranym 7:2 wyjazdowym meczu z Tottenhamem Hotspur.

Lewandowski w tych prestiżowych rozgrywkach ma już na koncie 56 trafień i w klasyfikacji wszech czasów zajmuje obecnie, na spółkę z Holendrem Ruudem van Nistelrooyem, piąte miejsce. Przed nimi na liście najskuteczniejszych jest trzech czynnych jeszcze zawodników – Cristiano Ronaldo (127 goli), Leo Messi (110 goli) i Karim Benzema (60 goli), którego wyprzedza przebywający już od dawna na piłkarskiej emeryturze Raul Gonzalez Blanco (71 goli). Za „Lewym” reszta graczy sklasyfikowanych w Top 10 tego zestawienia: Ruud van Nistelrooy (56 goli), Thierry Henry (50 goli), Alfredo Di Stefano (49 goli), Zlatan Ibrahimović (48 goli) i Andrij Szewczenko (48 goli). Na dogonienie Cristiano Ronaldo i Leo Messiego ani Benzema, ani Lewandowski szans nie mają, ale w tym sezonie obaj pewnie będą się ścigać o czwartą lokatę w klasyfikacji wszech czasów, bo Raula też nie przeskoczą.

Nawet Lewandowski, chociaż imponuje niesamowitą skutecznością. Zdobyte przez niego dwie bramki w spotkaniu z Tottenhamem były jego 13. i 14. trafieniem w tym sezonie. W pięciu najsilniejszych ligach Europy żaden inny piłkarz nie może pochwalić się podobną zdobyczą. Kapitan reprezentacji Polski od kilku tygodni jest chwalony przez niemieckie media, które za ten występ przyznały mu notę 1, co za Odrą oznacza „klasę światową”. UEFA na swoim portalu wyróżniła jednak nie gole Polaka, lecz jego efektowne zagranie piłki piętą nad głową środkowego obrońcy Tottenhamu Belga Jana Vertonghena. Ale to nie „Lewy” był bohaterem wieczoru w bawarskiej jedenastce, tylko reprezentant Niemiec Serge Gnabry, strzelec aż czterech goli dla Bayernu. Znakomicie grali też niemal wszyscy pozostali gracze mistrza Niemiec. Efektowna wygrana nie czyni jeszcze drużyny trenera Niko Kovaca głównym pretendentem do wygrania Ligi Mistrzów, ale bez wątpienia „Lewy” i spółka wysłali rywalom sygnał, że w tym sezonie zamierzają bić się w tych rozgrywkach o najwyższe laury.

Nie jest to cel na wyrost, bo póki co, sądząc po wynikach, wielu potencjalnych konkurentów mocno obniżyło loty. Po dwóch kolejkach, oprócz Bayernu, komplet punktów mają jeszcze tylko zespoły Paris Saint-Germain, Manchesteru City i Ajaksu Amsterdam. Wielki Real Madryt nawet w swojej świątyni na Santiago Bernabeu nie potrafił pokonać belgijskiego słabeusza Club Brugge, a do przerwy nawet przegrywał 0:2. Hiszpańskie media surowo oceniają „Królewskich”. Dziennik „As” napisał, że ostatnie miejsce w grupie to wstyd dla tego utytułowanego klubu. Na razie jednak nikt nie przekreśla szans Realu na awans do 1/8 finału, a właśnie w tej fazie rozgrywek zacznie się dopiero prawdziwa walka.

Z naszych piłkarzy rywalizujących w tym sezonie w Lidze Mistrzów udane występy, oprócz Lewandowskiego, zanotowali jeszcze Łukasz Piszczek w Borussii Dortmund (2:0 na wyjeździe ze Slavią Praga), Wojciech Szczęsny w Juventusie Turyn (3:0 u siebie z Bayerem Leverkusen), Grzegorz Krychowiak i Maciej Rybus w Lokomotiwie Moskwa (0:2 u siebie z Atletico Madryt), natomiast słabo wypadł w ekipie SSC Napoli (0:0 na wyjeździe z KRC Genk) irytująco nieskuteczny Arkadiusz Milik. Drugi z Polaków w ekipie z Neapolu, Piotr Zieliński, tym razem cały mecz grzał ławę.

 

Rachunek do wyrównania

Reprezentacja Polski wraca do walki o awans do mistrzostw Europy. W piątek 6 września nasi piłkarze zagrają na wyjeździe ze Słowenią. Z tym rywalem ostatni raz biało-czerwoni mierzyli się 10 lat temu i przegrali wtedy sromotnie 0:3. W obecnej kadrze zostało tylko dwóch graczy, którzy grali w tamtym meczu – Robert Lewandowski i Jakub Błaszczykowski.

Mecz ze Słowenią sprzed dekady zapisał się w historii polskiego futbolu także z innego powodu – był ostatnią potyczką reprezentacji Polski pod wodzą holenderskiego trenera Leo Beenhakkera. Ówczesny prezes PZPN Grzegorz Lato ogłosił dymisję selekcjonera w mało elegancki sposób, bo niemal tuż po zakończeniu rozgrywanego w Mariborze spotkania, w emocjonalnej wypowiedzi udzielonej przed kamerami TVP. Urażony takim potraktowaniem Beenhakker nie wrócił już z kadrą do Polski. Tym razem nic takiego się nie wydarzy, oczywiście wyłącznie w odniesieniu do dymisji trenera. Obecny prezes PZPN Zbigniew Boniek, nawet gdyby miał wystarczający powód do zwolnienia Jerzego Brzęczka, to przecież nie zmarnowałby takiej wyśmienitej okazji do poprawienia swoich wskaźników oglądalności na Twitterze i potrzymałby kibiców w niepewności przez jakiś czas.

Matjaż Kek powrócił

Powtórki wyniku 0:3 wykluczyć jednak nie można, choć jest on raczej mało prawdopodobny. Przypomnijmy, że reprezentacja Polski po czterech kolejkach gier prowadzi z kompletem 12 punktów i bilansem bramkowym 8:0. Tymczasem Słoweńcy wygrali tylko jedno spotkanie (z Łotwą na wyjeździe 5:0), zremisowali po 1:1 z Izraelem i Macedonią Północną oraz przegrali 0:1 z Austrią. Z pięcioma punktami na koncie zajmują dopiero czwarte miejsce w grupie G.

Jeśli coś powinno nas niepokoić, to osoba selekcjonera słoweńskiej kadry. Po sześciu latach przerwy funkcję tę ponownie sprawuje bowiem Matjaż Kek, ten sam, pod wodzą którego reprezentacja Słowenii w 2009 roku zlała ekipę Beenhakkera i pozbawiła ją resztek szans na awans do mundialu w RPA. Słoweńców natomiast Kek po barażach z Rosją wprowadził do finałów mistrzostw świata w 2010 roku, gdzie wygrali z Algierią, zremisowali z USA i przegrali z Anglią, żegnając si,ę z turniejem na trzecim miejscu w grupie. Potem jednak przyszły nieudane eliminacje do Euro 2012, po których Kek stracił posadę selekcjonera. Na krótko znalazł pracę w Arabii Saudyjskiej, ale wrócił do Europy, konkretnie do Chorwacji i przez pięć sezonów pracy z zespołem HNK Rijeka przełamał z nim hegemonię Dinama Zagrzeb i zdobył pierwsze w historii klubu mistrzostwo Chorwacji.

Dołożył do tego dwa krajowe puchary.

W tym czasie reprezentację Słowenii ponownie prowadził Srecko Katanec, ale bez powodzenia – przegrał eliminacje do trzech kolejnych wielkich turniejów – MŚ 2014, Euro 2016 i MŚ 2018. Po ostatnim niepowodzeniu został zdymisjonowany, a jego miejsce latem 2018 roku zajął Tomaz Kavcić. Pod jego wodzą Słoweńcy słabo wypadli w Lidze Narodów UEFA. W grupie C rywalizowali z Norwegią, Bułgarią i Cyprem. Po trzech remisach i trzech porażkach spadli do Dywizji D. W trakcie dokonano zmiany selekcjonera i kadrę na chwilę przejął Igor Benedejcić, lecz w listopadzie 2018 roku działacze słoweńskiej federacji uznali, iż lepszym rozwiązaniem będzie ponowne zatrudnienie Keka.

Wracając po sześcioletniej przerwie Kek zastał w kadrze nowe pokolenie piłkarzy. Z ekipy, z którą pracował przed odejściem w 2012 roku, zostało tylko pięciu graczy (Jokić, Krhin, Ilicić i Matavz). Gwiazdą zespołu jest najbardziej znany dzisiaj słoweński piłkarz, Jan Oblak, bramkarz Atletico Madryt. W dotychczasowych spotkaniach pod wodzą Keka słoweńska drużyna grała w takim samym ustawieniu, w jakim gra najczęściej reprezentacja Polski, czyli 1-4-2-3-1, ale dało się zauważyć próby z ustawieniami 1-4-3-3 oraz 1-4-4-2. Sądząc po personalnych preferencjach ujawnionych już przez obecnego selekcjonera kadry Słowenii, w piątkowym spotkaniu z ekipą Jerzego Brzęczka powinniśmy zobaczyć taki mniej więcej skład: Jan Oblak (Atletico Madryt) – Petar Stojanović (Dinamo Zagrzeb), Miha Mevlja (Zenit Petersburg), Aljaż Struna (Houston Dynamo), Bojan Jokić (FK Ufa) – Jasmin Kurtić (SPAL), Jaka Bijol (CSKA Moskwa) – Josip Ilicić (Atalanta Bergamo), Miha Zajc (Fenerbahce Stambuł), Benjamin Verbić (Dynamo Kijów) – Andraż Sporar (Slovan Bratysława), ale równie dobrze w wyjściowym składzie może znaleźć się któryś z rezerwowych – Rene Krhin (FC Nantes), Denis Popović (FC Zurich), Robert Berica (Saint-Etienne), Luka Zahovic (NK Maribor), Miha Mevlja (Zenit Petersburg), Martin Milec (NK Maribor), Jure Balkovec (Empoli), Uros Korun (Piast Gliwice), Jaka Bijol (CSKA Moskwa) czy Tim Matavż (Vitesse Arnhem).

Najgroźniejszym w tym towarzystwie graczem wydaje się być Josip Ilicić, który w poprzednim sezonie był motorem napędowym Atalanty Bergamo , walnie przyczyniając się do jej awansu do Ligi Mistrzów. Ale znakomicie grał też w drużynie narodowej. W czterech meczach eliminacyjnych policzono mu dziesięć strzałów, dwa gole i udział przy pozostałych pięciu zdobytych przez Słowenię.

Dobra okazja do rewanżu

Piątkowy mecz w Lublanie będzie 11. występem reprezentacji Polski pod wodzą Jerzego Brzęczka. W dotychczasowych meczach biało-czerwoni pod jego kierunkiem wygrali cztery mecze, trzy zremisowali i doznali trzech porażek. Trzeba jednak podkreślić, że wszystko co złe za jego rządów wydarzyło się w ubiegłym roku. W Lidze Narodów nasz zespół nie wygrał spotkania, zaliczając po remisie i porażce z Włochami i Portugalią, a ponadto towarzysko przegrali z Czechami i zremisowali z Irlandią. W tym okresie Brzęczek nie miał dobrej prasy i z wielu stron spadała na niego lawina krytyki. W 2019 roku sytuacja uległa diametralnej zmianie. W marcu reprezentacja udanie zaczęła eliminacje do mistrzostw Europy pokonując w Wiedniu Austrię 1:0 po golu Krzysztofa Piątka, a trzy dni później na w Warszawie biało-czerwoni pokonali Łotwę 2:0 po trafieniach Roberta Lewandowskiego i Kamila Glika. Jeszcze lepiej spisali się w czerwcowych potyczkach – najpierw po bramce Piątka wygrali na wyjeździe z Macedonią Północną 1:0, a następnie na Narodowym rozbili ekipę Izraela 4:0 po golach Piątka, Lewandowskiego, Kamila Grosickiego i Damiana Kądziora.

A zatem w tym roku nasze piłkarska reprezentacja jak na razie jest niepokonana, zaś po serii czterech zwycięstw trenerskie statystyki obecnego selekcjonera kadry prezentują się już całkiem znośnie: 10 meczów; 4 zwycięstwa, 3 remisy, 3 porażki, bramki 13:8. Najskuteczniejszym strzelcem kadry w erze Brzęczka jest w tej chwili Krzysztof Piątek, który ma na koncie cztery gole. Dwa trafienia zaliczył Robert Lewandowski, a po jednym Jakub Błaszczykowski, Kamil Glik, Kamil Grosicki, Damian Kądzior, Mateusz Klich, Arkadiusz Milik i Piotr Zieliński.

Jakie szanse mają Polacy na zwycięstwo w Lublanie? W przededniu starcia ze Słoweńcami forma kadrowiczów jest dość zróżnicowana. Zdecydowanie pod tym względem wyróżnia się Lewandowski, najlepiej oceniany w sierpniu piłkarz w pięciu czołowych ligach europejskich, ale solidnie zaczęli sezon też inni kluczowi gracze – Wojciech Szczęsny (także jego rywal w bramce Łukasz Fabiański), Jan Bednarek, Tomasz Kędziora, Bartosz Bereszyński, Grzegorz Krychowiak, Kamil Grosicki czy Piotr Zieliński. Do kadry wrócili nieobecni w niej w marcu i czerwcu z powodu kontuzji Maciej Rybus, Jakub Błaszczykowski i Dawid Kownacki. Problemy selekcjonera to nieobecność kontuzjowanego Arkadiusza Milika, problemy zdrowotne Kamila Glika (ostatecznie nie zagra w piątek) oraz słabsza forma strzelecka Krzysztofa Piątka. Mimo wszystko w piątek mamy prawo oczekiwać kolejnego zwycięstwa i rewanżu za porażka 0:3 sprzed dziesięciu lat.

 

Znów bez polskich drużyn

UEFA dokonała losowania fazy grupowej europejskich pucharów. Finał Ligi Mistrzów zostanie rozegrany 30 maja w Stambule, natomiast finał Ligi Europy odbędzie się 27 maja w Gdańsku. W kwalifikacjach wzięły udział cztery polskie zespoły (Piast, Cracovia, Lechia i Legia), ale wszystkie odpadły.

Już trzeci sezon z rzędu nie ma polskiej drużyny w fazie grupowej europejskich pucharów. W obecnej edycji oprócz Polski swoich zespołów nie zobaczą też kibice w Albanii, Andorze, Armenii, Białorusi, Bośni i Hercegowinie, Czarnogórze, Estonii, Finlandii, Gibraltarze, Gruzji, Irlandii, Irlandii Północnej, Islandii, Izraela, Kosowa, Liechtensteinu, Litwy, Łotwy, Macedonii Północnej, Malty, Mołdawii, San Marino, Walii i Wysp Owczych. Polska ekstraklasa w rankingu UEFA znajduje się obecnie na 25. miejscu w rankingu UEFA.

Liga Mistrzów 2019/2020

Grupa A: Paris Saint-Germain (Marcin Bułka), Real Madryt, Club Brugge, Galatasaray Stambuł. Grupa B: Bayern Monachium (Robert Lewandowski), Tottenham Hotspur, Olympiakos Pireus, Crvena Zvezda Belgrad. Grupa C: Manchester City, Szachtar Donieck, Dinamo Zagrzeb (Damian Kądzior), Atalanta Bergamo. Grupa D: Juventus Turyn (Wojciech Szczęsny), Atletico Madryt, Bayer Leverkusen (Adrian Stanilewicz), Lokomotiw Moskwa (Grzegorz Krychowiak, Maciej Rybus). Grupa E: FC Liverpool, SSC Napoli (Piotr Zieliński, Arkadiusz Milik), FC Salzburg, KRC Genk (Jakub Piotrowski). Grupa F: FC Barcelona, Borussia Dortmund (Łukasz Piszczek), Inter Mediolan, Slavia Praga. Grupa G: Zenit Petersburg, Benfica Lizbona, Olympique Lyon, RB Lipsk. Grupa H: Chelsea Londyn, Ajax Amsterdam, Valencia CF, OSC Lille.

Liga Europy 2019/2020

Grupa A: FC Sevilla, APOEL Nikozja, Karabach Agdam, Football 1991 Dudelange. Grupa B: Dynamo Kijów (Tomasz Kędziora), FC Kopenhaga, Malmoe FF, FC Lugano. Grupa C: FC Basel, FK Krasnodar, Getafe, Trabzonspor. Grupa D: Sporting Lizbona, PSV Eindhoven, Rosenborg Trondheim, LASK Linz. Grupa E: Lazio Rzym, Celtic Glasgow, Stade Rennes, CFR Cluj. Grupa F: Arsenal Londyn, Eintracht Frankfurt, Standard Liege, Vitoria Guimaraes. Grupa G: FC Porto, Young Boys Berno, Feyenoord Rotterdam, Glasgow Rangers. Grupa H: CSKA Moskwa, Łudogorec Razgrad (Jacek Góralski, Jakub Świerczok), Espanyol Barcelona, Ferencvaros Budapeszt. Grupa I: VfL Wolfsburg, KAA Gent, Saint-Etienne, FK Ołeksandria. Grupa J: AS Roma, Borussia M’gladbach, Basaksehir Stambuł, Wolfsberger AC. Grupa K: Besiktas Stambuł, SC Braga, Wolverhampton, Slovan Bratysława. Grupa L: Manchester United, FK Astana, Partizan Belgrad, AZ Alkmaar.