Milik goni Lewego

W miniony weekend dwóch polskich napastników śrubowało swoje strzeleckie rekordy. W Serie A Arkadiusz Milik w przegranym przez SSC Napoli 1:2 meczu z AS Roma zdobył bramkę w czwartym meczu z rzędu, a w Bundeslidze Robert Lewandowski w przegranym przez Bayern 1:5 spotkaniu z Eintrachtem strzelił gola w dziesiątym ligowym meczu z rzędu, co jest rekordem niemieckiej ekstraklasy.

W minionym tygodniu Milik zdobył w Serie A dwie bramki. Najpierw w środę trafił w zremisowanym 2:2 spotkaniu z Atalantą Bergamo i był to jego 31. gol w Serie A, dzięki czemu wyrównał strzeleckie osiągnięcie Zbigniewa Bońka, przewodzącego na liście najskuteczniejszych polskich piłkarzy w Serie A. W sobotę Milik został samodzielnym liderem tego zestawienia, zdobywając bramkę w rozegranym w ramach 11. kolejki wyjazdowym meczu z AS Roma (1:2). Napastnik reprezentacji Polski ma teraz w dorobku w Serie A łącznie 32 trafienia. W obecnym sezonie Milik zdobył już pięć bramek, z czego cztery z rzędu w czterech ostatnich ligowych występach. Z pobicia kilkudziesięcioletniego już osiągnięcia Bońka trudno robić jakieś epokowe wydarzenie, bo przecież obecny prezes PZPN nie grał na pozycji napastnika, a zatem wszelkie porównania jego strzeleckich osiągnięć z osiągnięciami Milika nie mają większego sensu.

Trzeba się jednak cieszyć, że Milik odzyskał skuteczność z poprzedniego sezonu (zdobył w nim w Serie A 20 goli) we właściwym momencie. Dla niego to korzystne, bo działacze SSC Napoli właśnie prowadzą z nim negocjacje o przedłużeniu kontraktu. Jeśli wierzyć włoskim mediom, reprezentant Polski ma dostać nową umowę ważną do 2024 roku i zarabiać na jej mocy ponad cztery miliony euro rocznie.

Na Lewandowskim taka presja nie ciąży, bo ona ma już te sprawy uregulowane. Długo to trwało, ale ostatecznie doszedł do porozumienia z szefami Bayernu i przedłużył kontrakt do 2023 roku. Jeśli wierzyć medialnym doniesieniom, kapitan naszej reprezentacji wynegocjował przy tej okazji solidną podwyżkę. W zamian porzucił jednak wszelkie pomysły zmiany barw klubowych i całkowicie poświęcił się grze dla bawarskiego potentata. Zmiana nastawienia „Lewego” została przychylnie przyjęta przez zespół, więc Polak nie ma już pustych przebiegów w oczekiwaniu na podania. W każdym meczu w dziesięciu dotychczas rozegranych kolejkach Bundesligi zdobywał bramki (w sumie ma ich na koncie 14) i jest liderem klasyfikacji strzelców. Tak na marginesie, nie tylko w niemieckiej ekstraklasie, lecz także w pięciu najsilniejszych ligach europejskich i ma duże szanse na zdobycie „Złotego Buta” – nagrody dla najskuteczniejszego strzelca w Europie.

Lewandowski jest jak na razie dużo skuteczniejszy od Milika, bo ma więcej trafień na koncie i dłuższą serię meczów ze strzelonym golem, ale obaj nasi reprezentacyjni napastnicy mają ten sam kłopot – ich klubowe drużyny nie prezentują aktualnie wysokiej formy. Napoli po dobrym starcie zanotowało serię porażek i remisów, a po sobotniej przegranej z Romą wypadło z czołowej czwórki Serie A. Bayern z kolei totalnie się skompromitował przegrywając w miniony weekend z Eintrachtem Frankfurt aż 1:5. „Lewy” zdobył honorowego gola i podtrzymał nieprawdopodobną serię meczów ligowych z rzędu ze zdobytą bramką, wydłużając ją do dziesięciu, lecz tym razem niemieckie media potraktowały jego wyczyn dość obojętnie. Ich uwagę przykuła bardziej szokująco wysoka porażka Bayernu, która może zaważyć na dalszych losach trenera Niko Kovaca. Chorwacki szkoleniowiec ucieknie spod topora tylko wówczas, jeśli wygra dwa najbliższe spotkania – najpierw w środę z Olympiakosem Pireus w Lidze Mistrzów, a potem w sobotę z Borussią Dortmund w 11. kolejce Bundesligi.

 

Odrodzenie Milika w Neapolu

Długo czekał Arkadiusz Milik na udany występ w tym sezonie w Serie A. I wreszcie się doczekał. Trener SSC Napoli Carlo Ancelotti uznał, że strzelony przez polskiego napastnika gol w meczu reprezentacji z Macedonią Północną może być przełomy i wystawił go w ligowym spotkaniu z Veroną (2:0). Miał nosa, bo Mili strzelił oba gole.

Milik w tym sezonie nie miał zbyt wielu okazji do gry, bo najpierw dochodził do formy po wyleczeniu kontuzji, a potem miał problemy ze skutecznością. W spotkaniu 8. kolejki Serie A z Veroną Ancelotti dał mu pograć od pierwszej minuty i trzymał na placu gry przez 81 minut. Napastnik reprezentacji Polski nie zmarnował szansy. Pierwszego gola strzelił w 37. minucie, po znakomitej asyście Fabiana Ruiza. Milik dopadł piłki, wyprzedził obrońcę i z kilku metrów skierował piłkę do siatki obok bramkarza. Drugie trafienie zaliczył po przerwie, pakując piłkę w podbramkowym zamieszaniu efektownym strzałem z woleja. Jego bramki wyraźnie ucieszyły nie tylko kibiców Napoli, lecz także kolegów z zespołu, w tym także konkurentów Milika do gry w linii ataku. Wiadomo, sezon jest długi, a zespół z Neapolu walczy nie tylko o mistrzostwo Italii. W środę czeka go przecież trudny wyjazdowy mecz w Champions League z RB Salzburg.

Wracając do potyczki z Veroną, w tym spotkaniu kibice zobaczyli na boisku jeszcze dwóch innych polskich piłkarzy. Drugi z naszych graczy w SSC Napoli, Piotr Zieliński, zaczął mecz na ławce rezerwowych, ale po przerwie pojawił się na boisku. W ekipie z Werony przez godzinę walczył natomiast Mariusz Stępiński, a cały mecz na ławce rezerwowych przesiedział obrońca Paweł Dawidowicz.

Z bramkarzy naszej kadry w meczu Juventus – Bologna Wojciech Szczęsny był rezerwowym, grał natomiast Łukasz Skorupski.

 

Tylko Lewy nie zawodzi

W ostatnim ligowym weekendzie przed przerwą dla reprezentacji, z kadrowiczów powołanych przez Jerzego Brzęczka nikt nie błysnął w meczach swoich klubowych drużyn. Jeszcze bardziej powinno zmartwić selekcjonera słaba skuteczność biało-czerwonych, oczywiście poza Robertem Lewandowskim, który gola strzelił.

Bayern Monachium zapłacił cenę za miażdżące wyjazdowe zwycięstwo z Lidze Mistrzów z Tottenhamem (7:2) i w minioną sobotę w 7. kolejce Bundesligi przegrał na swoim stadionie sensacyjnie z Hoffenheim 1:2. Autorem honorowego gola dla bawarskiej jedenastki był niezawodny Robert Lewandowski, dla którego było to już 11. trafienie w tym sezonie. Kapitan reprezentacji Polski tydzień wcześniej został pierwszym graczem w historii niemieckiej ekstraklasy, któremu udało się zdobyć w pierwszych sześciu kolejkach 10 goli. Teraz będzie pierwszym, który w siedmiu pierwszych kolejkach zdobył 11 bramek i kolejne pokolenia piłkarzy będą musiały mierzyć się z tym jego osiągnięciem. Tymczasem „Lewy” golem strzelonym ekipie Hoffenheim poprawił swój łączny dorobek w Bundeslidze do 213 trafień, co dało mu awans na czwarte miejsce w klasyfikacji wszech czasów, które dzieli teraz ze zmarłym nie tak dawno legendarnym niemieckim piłkarzem Manfredem Burgsmuellerem. Trzy czołowe miejsca w tym zestawieniu zajmują Gerd Mueller (365 goli), Klaus Fisher (268) i Jupp Heynckes (220).

Bilans Lewandowskiego we wszystkich klubowych rozgrywkach jest w tym sezonie imponujący – w 10 spotkaniach zdobył już 14 bramek, strzelając gola średnio co 62 minuty! Trafiał w każdym meczu tego sezonu oprócz pierwszego, o Superpuchar Niemiec z Borussią Dortmund (0:2). Kapitan reprezentacji Polski przybliżył się do osiągnięcia Pierre’a-Emericka Aubameyanga, który w barwach Borussii Dortmund strzelał gole w pierwszych ośmiu kolejkach sezonu i jest pod tym względem rekordzistą Bundesligi, ale „Lewy” zdobył bramki już w siedmiu kolejkach, więc niewykluczone, że Gabończykowi dorówna, a nawet jego wynik poprawi.

Wypada jedynie żałować, że Lewandowski nie jest taki zabójczo skuteczny w meczach reprezentacji. Oba wrześniowe występy, przeciwko Słowenii i Austrii, zakończył bez trafienia, ale też nikt go nie wyręczył. Miejmy nadzieję, że w czekających biało-czerwonych październikowych spotkaniach z Łotwą i Macedonią Północną nasza drużyna narodowa wyciągnie z tego wnioski i tym razem wszyscy gracze bez wyjątku będą ofiarnie pracować nad stworzeniem „Lewemu” dogodnych okazji strzeleckich. Nie ma co stawiać na nagłe przebudzenie przeżywającego głęboki kryzys formy Krzysztofa Piątka czy irytującego podobną nieskutecznością Arkadiusza Milika. Z Łotwą i Macedonią nasz zespół musi wygrać, a bez goli tego celu nie osiągnie, zaś sam Lewandowski bez wsparcia kolegów tych goli nie zapewni.

 

Bayern posłał ostrzeżenie

Nie brakowało emocji i zaskakujących rezultatów w drugiej kolejce Champions League. Zagrało w niej sześciu polskich piłkarzy i większość zanotowała udane występy, ale najlepiej wypadł Robert Lewandowski, zdobywca dwóch bramek dla Bayernu Monachium w wygranym 7:2 wyjazdowym meczu z Tottenhamem Hotspur.

Lewandowski w tych prestiżowych rozgrywkach ma już na koncie 56 trafień i w klasyfikacji wszech czasów zajmuje obecnie, na spółkę z Holendrem Ruudem van Nistelrooyem, piąte miejsce. Przed nimi na liście najskuteczniejszych jest trzech czynnych jeszcze zawodników – Cristiano Ronaldo (127 goli), Leo Messi (110 goli) i Karim Benzema (60 goli), którego wyprzedza przebywający już od dawna na piłkarskiej emeryturze Raul Gonzalez Blanco (71 goli). Za „Lewym” reszta graczy sklasyfikowanych w Top 10 tego zestawienia: Ruud van Nistelrooy (56 goli), Thierry Henry (50 goli), Alfredo Di Stefano (49 goli), Zlatan Ibrahimović (48 goli) i Andrij Szewczenko (48 goli). Na dogonienie Cristiano Ronaldo i Leo Messiego ani Benzema, ani Lewandowski szans nie mają, ale w tym sezonie obaj pewnie będą się ścigać o czwartą lokatę w klasyfikacji wszech czasów, bo Raula też nie przeskoczą.

Nawet Lewandowski, chociaż imponuje niesamowitą skutecznością. Zdobyte przez niego dwie bramki w spotkaniu z Tottenhamem były jego 13. i 14. trafieniem w tym sezonie. W pięciu najsilniejszych ligach Europy żaden inny piłkarz nie może pochwalić się podobną zdobyczą. Kapitan reprezentacji Polski od kilku tygodni jest chwalony przez niemieckie media, które za ten występ przyznały mu notę 1, co za Odrą oznacza „klasę światową”. UEFA na swoim portalu wyróżniła jednak nie gole Polaka, lecz jego efektowne zagranie piłki piętą nad głową środkowego obrońcy Tottenhamu Belga Jana Vertonghena. Ale to nie „Lewy” był bohaterem wieczoru w bawarskiej jedenastce, tylko reprezentant Niemiec Serge Gnabry, strzelec aż czterech goli dla Bayernu. Znakomicie grali też niemal wszyscy pozostali gracze mistrza Niemiec. Efektowna wygrana nie czyni jeszcze drużyny trenera Niko Kovaca głównym pretendentem do wygrania Ligi Mistrzów, ale bez wątpienia „Lewy” i spółka wysłali rywalom sygnał, że w tym sezonie zamierzają bić się w tych rozgrywkach o najwyższe laury.

Nie jest to cel na wyrost, bo póki co, sądząc po wynikach, wielu potencjalnych konkurentów mocno obniżyło loty. Po dwóch kolejkach, oprócz Bayernu, komplet punktów mają jeszcze tylko zespoły Paris Saint-Germain, Manchesteru City i Ajaksu Amsterdam. Wielki Real Madryt nawet w swojej świątyni na Santiago Bernabeu nie potrafił pokonać belgijskiego słabeusza Club Brugge, a do przerwy nawet przegrywał 0:2. Hiszpańskie media surowo oceniają „Królewskich”. Dziennik „As” napisał, że ostatnie miejsce w grupie to wstyd dla tego utytułowanego klubu. Na razie jednak nikt nie przekreśla szans Realu na awans do 1/8 finału, a właśnie w tej fazie rozgrywek zacznie się dopiero prawdziwa walka.

Z naszych piłkarzy rywalizujących w tym sezonie w Lidze Mistrzów udane występy, oprócz Lewandowskiego, zanotowali jeszcze Łukasz Piszczek w Borussii Dortmund (2:0 na wyjeździe ze Slavią Praga), Wojciech Szczęsny w Juventusie Turyn (3:0 u siebie z Bayerem Leverkusen), Grzegorz Krychowiak i Maciej Rybus w Lokomotiwie Moskwa (0:2 u siebie z Atletico Madryt), natomiast słabo wypadł w ekipie SSC Napoli (0:0 na wyjeździe z KRC Genk) irytująco nieskuteczny Arkadiusz Milik. Drugi z Polaków w ekipie z Neapolu, Piotr Zieliński, tym razem cały mecz grzał ławę.

 

Rachunek do wyrównania

Reprezentacja Polski wraca do walki o awans do mistrzostw Europy. W piątek 6 września nasi piłkarze zagrają na wyjeździe ze Słowenią. Z tym rywalem ostatni raz biało-czerwoni mierzyli się 10 lat temu i przegrali wtedy sromotnie 0:3. W obecnej kadrze zostało tylko dwóch graczy, którzy grali w tamtym meczu – Robert Lewandowski i Jakub Błaszczykowski.

Mecz ze Słowenią sprzed dekady zapisał się w historii polskiego futbolu także z innego powodu – był ostatnią potyczką reprezentacji Polski pod wodzą holenderskiego trenera Leo Beenhakkera. Ówczesny prezes PZPN Grzegorz Lato ogłosił dymisję selekcjonera w mało elegancki sposób, bo niemal tuż po zakończeniu rozgrywanego w Mariborze spotkania, w emocjonalnej wypowiedzi udzielonej przed kamerami TVP. Urażony takim potraktowaniem Beenhakker nie wrócił już z kadrą do Polski. Tym razem nic takiego się nie wydarzy, oczywiście wyłącznie w odniesieniu do dymisji trenera. Obecny prezes PZPN Zbigniew Boniek, nawet gdyby miał wystarczający powód do zwolnienia Jerzego Brzęczka, to przecież nie zmarnowałby takiej wyśmienitej okazji do poprawienia swoich wskaźników oglądalności na Twitterze i potrzymałby kibiców w niepewności przez jakiś czas.

Matjaż Kek powrócił

Powtórki wyniku 0:3 wykluczyć jednak nie można, choć jest on raczej mało prawdopodobny. Przypomnijmy, że reprezentacja Polski po czterech kolejkach gier prowadzi z kompletem 12 punktów i bilansem bramkowym 8:0. Tymczasem Słoweńcy wygrali tylko jedno spotkanie (z Łotwą na wyjeździe 5:0), zremisowali po 1:1 z Izraelem i Macedonią Północną oraz przegrali 0:1 z Austrią. Z pięcioma punktami na koncie zajmują dopiero czwarte miejsce w grupie G.

Jeśli coś powinno nas niepokoić, to osoba selekcjonera słoweńskiej kadry. Po sześciu latach przerwy funkcję tę ponownie sprawuje bowiem Matjaż Kek, ten sam, pod wodzą którego reprezentacja Słowenii w 2009 roku zlała ekipę Beenhakkera i pozbawiła ją resztek szans na awans do mundialu w RPA. Słoweńców natomiast Kek po barażach z Rosją wprowadził do finałów mistrzostw świata w 2010 roku, gdzie wygrali z Algierią, zremisowali z USA i przegrali z Anglią, żegnając si,ę z turniejem na trzecim miejscu w grupie. Potem jednak przyszły nieudane eliminacje do Euro 2012, po których Kek stracił posadę selekcjonera. Na krótko znalazł pracę w Arabii Saudyjskiej, ale wrócił do Europy, konkretnie do Chorwacji i przez pięć sezonów pracy z zespołem HNK Rijeka przełamał z nim hegemonię Dinama Zagrzeb i zdobył pierwsze w historii klubu mistrzostwo Chorwacji.

Dołożył do tego dwa krajowe puchary.

W tym czasie reprezentację Słowenii ponownie prowadził Srecko Katanec, ale bez powodzenia – przegrał eliminacje do trzech kolejnych wielkich turniejów – MŚ 2014, Euro 2016 i MŚ 2018. Po ostatnim niepowodzeniu został zdymisjonowany, a jego miejsce latem 2018 roku zajął Tomaz Kavcić. Pod jego wodzą Słoweńcy słabo wypadli w Lidze Narodów UEFA. W grupie C rywalizowali z Norwegią, Bułgarią i Cyprem. Po trzech remisach i trzech porażkach spadli do Dywizji D. W trakcie dokonano zmiany selekcjonera i kadrę na chwilę przejął Igor Benedejcić, lecz w listopadzie 2018 roku działacze słoweńskiej federacji uznali, iż lepszym rozwiązaniem będzie ponowne zatrudnienie Keka.

Wracając po sześcioletniej przerwie Kek zastał w kadrze nowe pokolenie piłkarzy. Z ekipy, z którą pracował przed odejściem w 2012 roku, zostało tylko pięciu graczy (Jokić, Krhin, Ilicić i Matavz). Gwiazdą zespołu jest najbardziej znany dzisiaj słoweński piłkarz, Jan Oblak, bramkarz Atletico Madryt. W dotychczasowych spotkaniach pod wodzą Keka słoweńska drużyna grała w takim samym ustawieniu, w jakim gra najczęściej reprezentacja Polski, czyli 1-4-2-3-1, ale dało się zauważyć próby z ustawieniami 1-4-3-3 oraz 1-4-4-2. Sądząc po personalnych preferencjach ujawnionych już przez obecnego selekcjonera kadry Słowenii, w piątkowym spotkaniu z ekipą Jerzego Brzęczka powinniśmy zobaczyć taki mniej więcej skład: Jan Oblak (Atletico Madryt) – Petar Stojanović (Dinamo Zagrzeb), Miha Mevlja (Zenit Petersburg), Aljaż Struna (Houston Dynamo), Bojan Jokić (FK Ufa) – Jasmin Kurtić (SPAL), Jaka Bijol (CSKA Moskwa) – Josip Ilicić (Atalanta Bergamo), Miha Zajc (Fenerbahce Stambuł), Benjamin Verbić (Dynamo Kijów) – Andraż Sporar (Slovan Bratysława), ale równie dobrze w wyjściowym składzie może znaleźć się któryś z rezerwowych – Rene Krhin (FC Nantes), Denis Popović (FC Zurich), Robert Berica (Saint-Etienne), Luka Zahovic (NK Maribor), Miha Mevlja (Zenit Petersburg), Martin Milec (NK Maribor), Jure Balkovec (Empoli), Uros Korun (Piast Gliwice), Jaka Bijol (CSKA Moskwa) czy Tim Matavż (Vitesse Arnhem).

Najgroźniejszym w tym towarzystwie graczem wydaje się być Josip Ilicić, który w poprzednim sezonie był motorem napędowym Atalanty Bergamo , walnie przyczyniając się do jej awansu do Ligi Mistrzów. Ale znakomicie grał też w drużynie narodowej. W czterech meczach eliminacyjnych policzono mu dziesięć strzałów, dwa gole i udział przy pozostałych pięciu zdobytych przez Słowenię.

Dobra okazja do rewanżu

Piątkowy mecz w Lublanie będzie 11. występem reprezentacji Polski pod wodzą Jerzego Brzęczka. W dotychczasowych meczach biało-czerwoni pod jego kierunkiem wygrali cztery mecze, trzy zremisowali i doznali trzech porażek. Trzeba jednak podkreślić, że wszystko co złe za jego rządów wydarzyło się w ubiegłym roku. W Lidze Narodów nasz zespół nie wygrał spotkania, zaliczając po remisie i porażce z Włochami i Portugalią, a ponadto towarzysko przegrali z Czechami i zremisowali z Irlandią. W tym okresie Brzęczek nie miał dobrej prasy i z wielu stron spadała na niego lawina krytyki. W 2019 roku sytuacja uległa diametralnej zmianie. W marcu reprezentacja udanie zaczęła eliminacje do mistrzostw Europy pokonując w Wiedniu Austrię 1:0 po golu Krzysztofa Piątka, a trzy dni później na w Warszawie biało-czerwoni pokonali Łotwę 2:0 po trafieniach Roberta Lewandowskiego i Kamila Glika. Jeszcze lepiej spisali się w czerwcowych potyczkach – najpierw po bramce Piątka wygrali na wyjeździe z Macedonią Północną 1:0, a następnie na Narodowym rozbili ekipę Izraela 4:0 po golach Piątka, Lewandowskiego, Kamila Grosickiego i Damiana Kądziora.

A zatem w tym roku nasze piłkarska reprezentacja jak na razie jest niepokonana, zaś po serii czterech zwycięstw trenerskie statystyki obecnego selekcjonera kadry prezentują się już całkiem znośnie: 10 meczów; 4 zwycięstwa, 3 remisy, 3 porażki, bramki 13:8. Najskuteczniejszym strzelcem kadry w erze Brzęczka jest w tej chwili Krzysztof Piątek, który ma na koncie cztery gole. Dwa trafienia zaliczył Robert Lewandowski, a po jednym Jakub Błaszczykowski, Kamil Glik, Kamil Grosicki, Damian Kądzior, Mateusz Klich, Arkadiusz Milik i Piotr Zieliński.

Jakie szanse mają Polacy na zwycięstwo w Lublanie? W przededniu starcia ze Słoweńcami forma kadrowiczów jest dość zróżnicowana. Zdecydowanie pod tym względem wyróżnia się Lewandowski, najlepiej oceniany w sierpniu piłkarz w pięciu czołowych ligach europejskich, ale solidnie zaczęli sezon też inni kluczowi gracze – Wojciech Szczęsny (także jego rywal w bramce Łukasz Fabiański), Jan Bednarek, Tomasz Kędziora, Bartosz Bereszyński, Grzegorz Krychowiak, Kamil Grosicki czy Piotr Zieliński. Do kadry wrócili nieobecni w niej w marcu i czerwcu z powodu kontuzji Maciej Rybus, Jakub Błaszczykowski i Dawid Kownacki. Problemy selekcjonera to nieobecność kontuzjowanego Arkadiusza Milika, problemy zdrowotne Kamila Glika (ostatecznie nie zagra w piątek) oraz słabsza forma strzelecka Krzysztofa Piątka. Mimo wszystko w piątek mamy prawo oczekiwać kolejnego zwycięstwa i rewanżu za porażka 0:3 sprzed dziesięciu lat.

 

Znów bez polskich drużyn

UEFA dokonała losowania fazy grupowej europejskich pucharów. Finał Ligi Mistrzów zostanie rozegrany 30 maja w Stambule, natomiast finał Ligi Europy odbędzie się 27 maja w Gdańsku. W kwalifikacjach wzięły udział cztery polskie zespoły (Piast, Cracovia, Lechia i Legia), ale wszystkie odpadły.

Już trzeci sezon z rzędu nie ma polskiej drużyny w fazie grupowej europejskich pucharów. W obecnej edycji oprócz Polski swoich zespołów nie zobaczą też kibice w Albanii, Andorze, Armenii, Białorusi, Bośni i Hercegowinie, Czarnogórze, Estonii, Finlandii, Gibraltarze, Gruzji, Irlandii, Irlandii Północnej, Islandii, Izraela, Kosowa, Liechtensteinu, Litwy, Łotwy, Macedonii Północnej, Malty, Mołdawii, San Marino, Walii i Wysp Owczych. Polska ekstraklasa w rankingu UEFA znajduje się obecnie na 25. miejscu w rankingu UEFA.

Liga Mistrzów 2019/2020

Grupa A: Paris Saint-Germain (Marcin Bułka), Real Madryt, Club Brugge, Galatasaray Stambuł. Grupa B: Bayern Monachium (Robert Lewandowski), Tottenham Hotspur, Olympiakos Pireus, Crvena Zvezda Belgrad. Grupa C: Manchester City, Szachtar Donieck, Dinamo Zagrzeb (Damian Kądzior), Atalanta Bergamo. Grupa D: Juventus Turyn (Wojciech Szczęsny), Atletico Madryt, Bayer Leverkusen (Adrian Stanilewicz), Lokomotiw Moskwa (Grzegorz Krychowiak, Maciej Rybus). Grupa E: FC Liverpool, SSC Napoli (Piotr Zieliński, Arkadiusz Milik), FC Salzburg, KRC Genk (Jakub Piotrowski). Grupa F: FC Barcelona, Borussia Dortmund (Łukasz Piszczek), Inter Mediolan, Slavia Praga. Grupa G: Zenit Petersburg, Benfica Lizbona, Olympique Lyon, RB Lipsk. Grupa H: Chelsea Londyn, Ajax Amsterdam, Valencia CF, OSC Lille.

Liga Europy 2019/2020

Grupa A: FC Sevilla, APOEL Nikozja, Karabach Agdam, Football 1991 Dudelange. Grupa B: Dynamo Kijów (Tomasz Kędziora), FC Kopenhaga, Malmoe FF, FC Lugano. Grupa C: FC Basel, FK Krasnodar, Getafe, Trabzonspor. Grupa D: Sporting Lizbona, PSV Eindhoven, Rosenborg Trondheim, LASK Linz. Grupa E: Lazio Rzym, Celtic Glasgow, Stade Rennes, CFR Cluj. Grupa F: Arsenal Londyn, Eintracht Frankfurt, Standard Liege, Vitoria Guimaraes. Grupa G: FC Porto, Young Boys Berno, Feyenoord Rotterdam, Glasgow Rangers. Grupa H: CSKA Moskwa, Łudogorec Razgrad (Jacek Góralski, Jakub Świerczok), Espanyol Barcelona, Ferencvaros Budapeszt. Grupa I: VfL Wolfsburg, KAA Gent, Saint-Etienne, FK Ołeksandria. Grupa J: AS Roma, Borussia M’gladbach, Basaksehir Stambuł, Wolfsberger AC. Grupa K: Besiktas Stambuł, SC Braga, Wolverhampton, Slovan Bratysława. Grupa L: Manchester United, FK Astana, Partizan Belgrad, AZ Alkmaar.

 

Liga Mistrzów w komplecie

W minionym tygodniu zakończyły się kwalifikacje do Ligii Mistrzów i stawka 32 zespołów została skompletowana. Wśród ekip z 16 krajów znów zabrakło mistrza Polski, bo Piast Gliwice odpadł już w pierwszej rundzie. Szanse na udział w fazie grupowej ma natomiast dziesięciu polskich piłkarzy.

W ostatnich potyczkach kwalifikacji Ligi Mistrzów wygrali faworyci. Półfinalista poprzedniej edycji tych rozgrywek, Ajax Amsterdam, wyeliminował cypryjski APOEL Nikozja (0:0, 2:0), belgijski Club Brugge okazał się lepszy od austriackiego LASK Linz (1:0, 2:1), Slavia Praga wygrała z rumuńskim CFR Cluj (1:0, 1:0), chorwackie Dinamo Zagrzeb z norweskim Rosenborgiem Trondheim (2:0, 1:1), grecki Olympiakos Pireus z rosyjskim FK Krasnodar (4:0, 2:1), a serbska Crvena Zvezda Belgrad szwajcarski Young Boys Berno (2:2, 1:1) – te sześć zespołów uzupełniły stawkę 32 drużyn, które będą w tym sezonie rywalizować w fazie grupowej Ligi Mistrzów UEFA.

32 zespoły z 16 krajów

Obrońca trofeum Liverpool FC, triumfator Ligi Europy Chelsea FC, a także sześciu mistrzów najsilniejszych lig według rankingu UEFA, FC Barcelona, Manchester City, Bayern Monachium, Juventus Turyn, Paris Saint-Germain i Zenit Petersburg, miały przywilej rozstawienia w losowaniu, które odbyło się w miniony czwartek w Monako (zakończyła się po zamknięciu wydania). Po czterech przedstawicieli w fazie grupowej mają Anglia, Hiszpania, Niemcy i Włochy. W Champions League wystąpią ponadto trzy zespoły z Francji, dwa z Rosji i Belgii oraz po jednym z Portugalii, Ukrainy, Turcji, Austrii, Serbii, Chorwacji, Grecji, Czech i Holandii. W sumie w tegorocznej edycji zagrają zespoły z 16 krajów: Anglii (Chelsea, Liverpool, Manchester City, Tottenham), Hiszpanii (Atletico, Real Madryt, FC Barcelona, Valencia), Niemiec (Bayer Leverkusen, Bayern Monachium, Borussia Dortmund, RB Lipsk), Włoch (Atalanta, Inter, Juventus, SSC Napoli), Francji (Lille, Olympique Lyon, Paris Saint-Germain), Rosji (Lokomotiw Moskwa, Zenit Petersburg), Belgii (KRC Genk, Club Brugge), Portugalii (Benfica), Ukrainy (Szachtar), Turcji (Galatasaray), Austrii (Red Bull Salzburg), Serbii (Crvena Zvezda), Chorwacji (Dinamo Zagrzeb), Grecji (Olympiakos), Czech (Slavia Praga) i Holandii (Ajax Amsterdam).

Dzieląc kluby na tzw. koszyki, UEFA musiała podczas czwartkowego losowania respektować zasadę, żeby w fazie grupowej nie trafiły do jednej grupy zespoły z tego samego kraju.

Skromna reprezentacja Polaków
Podział na koszyki wyglądał następująco: 1. koszyk: FC Liverpool (zwycięzca Ligi Mistrzów), Chelsea Londyn (zwycięzca Ligi Europy), FC Barcelona, Manchester City, Juventus Turyn (Wojciech Szczęsny), Bayern Monachium (Robert Lewandowski), Paris Saint-Germain (Marcin Bułka), Zenit Petersburg; 2. koszyk: Real Madryt, Atletico Madryt, Borussia Dortmund (Łukasz Piszczek), SSC Napoli (Arkadiusz Milik, Piotr Zieliński), Szachtar Donieck, Tottenham Hotspur, Ajax Amsterdam, Benfica Lizbona; 3. koszyk: Olympique Lyon, Bayer Leverkusen, RB Salzburg, Olympiakos Pireus, Club Brugge, CF Valencia, Inter Mediolan, Dinamo Zagrzeb (Damian Kądzior); 4. koszyk: Lokomotiw Moskwa (Grzegorz Krychowiak, Maciej Rybus), KRC Genk (Jakub Piotrowski), Galatasaray Stambuł, RB Lipsk, Slavia Praga, Crvena Zvezda Belgrad, Atalanta Bergamo, OSC Lille.

Którzy z polskich piłkarzy znajdujący się w kadrach zespołów zakwalifikowanych do Ligi Mistrzów może liczyć na sukces? Największe szanse mają na to Lewandowski z Bayernem, Szczęsny z Juventusem i Piszczek z Borussia Dortmund, a także, chociaż w mniejszym stopniu, jeszcze Krychowiak i Rybus z Lokomotiwem i Milik (jeśli zostanie) z Zielińskim w Napoli.
Faza grupowa rozpocznie się 17-18 września, a ostatnia, szósta kolejka zostanie rozegrana 10-11 grudnia. Spotkania 1/8 finału odbędą się 18-26 lutego oraz 10-18 marca 2020 roku. Ćwierćfinały zaplanowano na 7-8 kwietnia i 14-15 kwietnia, półfinały zaś na 28-29 kwietnia i 5-6 maja. Finał odbędzie się 30 maja W Stambule na stadionie Galatasaray.

 

 

Polska kolonia w Serie A

Rozgrywki piłkarskiej ekstraklasy we Włoszech rozpoczną się dopiero 24 sierpnia, ale polscy kibice z uwaga śledzą sytuację kadrową w klubach Serie A. Nic dziwnego, w tej lidze gra najwięcej naszych piłkarzy, nie licząc rzecz jasna rodzimej PKO Ekstraklasy. W tej chwili w kadrach znajduje się 15 polskich zawodników, w tym kilku reprezentantów kraju.

Z naszych piłkarzy zatrudnionych w klubach Serie A dałoby się zmontować całkiem niezły zespół. Gdyby selekcjoner reprezentacji Polski Jerzy Brzęczek był wystarczająco leniwy lub chciałby się mocno przypodobać prezesowi PZPN, to od biedy zgrupowania kadry mógłby organizować w okolicach Rzymu, bo większość kadrowiczów nie musiałaby sie ruszać z Włoch. Na szczęście nie jest, ale nie ulega kwestii, że w lidze włoskiej komuś udało się w kilka lat umieścić spora grupę piłkarzy.
Spróbujmy ogarnąć piłkarski potencjał tej grupy.

Bramkarze
Wojciech Szczęsny (Juventus)
W zespole mistrza Włoch jest bramkarzem numer 1, nawet po sensacyjnym powrocie legendy tego klubu Gianluigiego Buffona. 40-letni włoski golkiper podpisał roczny kontrakt, a jego celem jest ponoć tylko pobicie rekordu Paolo Maldiniego w liczbie występów w Serie A, do czego potrzebuje zagrać co najmniej w ośmiu meczach. A w Juventusie jest jeszcze reprezentant Italii Mattia Perin, który miał odejść na wypożyczenie do Benfiki Lizbona, ale nie przeszedł pozytywnie testów medycznych. Szczęsny będzie musiał mocno się starać, żeby utrzymać miejsce bramce Juve.
Łukasz Skorupski (FC Bologna)
W poprzednim sezonie był w swoim zespole pierwszym wyborem trenera. Latem do kadry nie dołączył nowy golkiper, a zatem Skorupski powinien ponownie bez trudu wygrać rywalizację ze swoim dublerem Angelo da Costą.
Bartłomiej Drągowski (Fiorentina)
Podstawowy bramkarz poprzedniego sezonu, Alban Lafont, został wypożyczony do Nantes. Drągowski po powrocie z wypożyczenia do Empoli miał odejść, ale nagle stał się dla klubu zbyt cenny. Polak podpisał nowy, pięcioletni kontrakt i patrząc na kadrę Fiorentiny, w której konkurentem Polaka jest tylko 29-letni Pietro Terracciano, nasz piłkarz powinien bronić regularnie.

Obrońcy
Thiago Cionek (SPAL)
W poprzednim sezonie był na środku obrony wystąpił w największej liczbie spotkań. Reprezentant Polski obok Felipe i Francesco Vicariego cieszy się największym zaufaniem trenera i nic nie zapowiada, żeby miało to ulec zmianie.
Bartosz Salamon (SPAL)
Będzie jednym ze zmienników wyżej wymienionej trójki obrońców SPAL. W poprzednim sezonie był na wypożyczeniu we Frosinone, z którym spadł do Serie B.
Arkadiusz Reca (Atalanta)
W minionym sezonie więcej grał w kadrze Polski niż w klubowym zespole, ale mimo to nie został w kadrze. Może w końcu zacznie grać, obojętnie gdzie.
Sebastian Walukiewicz (Cagliari)
Został wykupiony z Pogoni Szczecin na początku roku i od razu wypożyczony do ekipy „portowców”. Trudno na razie stwierdzić jaki los czeka go teraz w Cagliari. W środku obrony pewniakami są tam Luca Ceppitelli i Fabio Pisacane, a aspiruje do tej roli jeszcze 21-letni Włoch, Filippo Romagna. Być może trener zdecyduje się wrzucić do rotacji także Walukiewicza, tworząc zestawy dwóch doświadczonych i dwóch młodych środkowych obrońców. Jeśli nie, Walukiewicz będzie miał stracony sezon.
Bartosz Bereszyński (Sampdoria)
Sytuacja Bereszyńskiego w Sampdorii mocno się pogorszyła. Zamiast niego ma grać 22-letni Fabio Depaoli, który przyszedł z Chievo, a w odwodzie jest jeszcze Jacopo Sala, który również regularnie gościł w zespole Sampdorii. Nasz piłkarz z podstawowego gracza stał się nieoczekiwanie rezerwowym i jego przyszłość nie rysuje się w jasnych barwach.
Paweł Dawidowicz (Verona)
W zeszłym sezonie był wypożyczony, jeszcze do Serie B. Pomógł wywalczyć awans, co zaowocowało transferem definitywnym. Spośród obrońców zaliczył najwięcej występów. W składzie jest siedmiu stoperów, ale to Dawidowicz był najdroższym transferem klubu w tym okienku. Możemy być chyba o niego spokojni.

Pomocnicy
Karol Linetty (Sampdoria)
Jego pozycja w zespole wydaje się niepodważalna.
Szymon Żurkowski (Fiorentina)
Podobnie jak Walukiewicz on także został wykupiony w styczniu, ale sezon dokończył w Górniku Zabrze. Chociaż to piłkarz wielce utalentowany, może mieć problem z przebiciem się do składu.
Piotr Zieliński (SSC Napoli)
W minionym sezonie był jednym z filarów klubu z Neapolu i nic nie zwiastuje, żeby w obecnych rozgrywkach wypadł z łask trenera Carlo Ancelottiego.
Filip Jagiełło (Genoa)
Został wykupiony w styczniu, jak Walukiewicz i Żurkowski, sezon dokończył w Zagłębiu Lubin, lecz póki co na grę w Genoi nie ma szans.

Napastnicy
Arkadiusz Milik (SSC Napoli)
Wokół niego wciąż panuje wielkie zamieszanie. Carlo Ancelotti mówi, że Milik ma grać obok Driesa Mertensa, chociaż ma trochę zaległości pod względem przygotowania fizycznego. Jest jeszcze Lorenzo Insigne, ale u Ancelottiego do rozdysponowania są dwa miejsca w ataku, więc istnieje spore prawdopodobieństwo, że Milik będzie pierwszym wyborem. Zwłaszcza, że Insigne i Mertens to zawodnicy o podobnej charakterystyce.
Krzysztof Piątek (AC Milan)
Trener Marco Giampaolo w meczach towarzyskich wystawiał dwóch napastników. Jednym z nich był zawsze Piątek. W klubie nie ma już jego największego konkurenta, bo Patrick Cutrone odszedł do Wolverhampton. Sam Polak mówił, że podoba mu się taktyka nowego trenera, więc jeśli tylko będzie zdobywać bramki, może liczyć na stałe miejsce w wyjściowej jedenastce. Problem w tym, że w sparingach nie zaliczył ani jednego trafienia i włoskie media już zaczynają z nim „jazdę”. Dla Piątka będzie to piekielnie trudny sezon, bo łatwiej jest wspiąć się na szczyt, niż się na nim utrzymać.
Łukasz Teodorczyk (Udinese)
Miał odejść, ale ostatnio w sparingu zaliczył hat-tricka. Może się jeszcze odrodzi?

 

Piątek już droższy od Lewego

Działające w Szwajcarii Obserwatorium Futbolu CIES publikuje co jakiś czas wyliczane przez siebie rynkowe wyceny piłkarzy. W najnowszym zestawieniu wedle CIES najdroższym polskim piłkarzem nie jest już nie 30-letni Robert Lewandowski, tylko 23-letni Krzysztof Piątek.

Wedle wyliczeń Obserwatorium Futbolu CIES wartość Krzysztofa Piątka nie przestaje rosnąć i obecnie za występującego w AC Milan polskiego napastnika w przypadku transferu do innego klubu trzeba byłoby zapłacić nie mniej niż 79,2 mln euro. Wartość Roberta Lewandowskiego CIES obniżył natomiast do kwoty 75,5 mln euro.

Na ile są to wiarygodne rachuby trudno ocenić, bo wyżej wymienione kwoty zostały wyliczone na podstawie jakiegoś specjalnego algorytmu, biorącego pod uwagę wiele zmiennych jak wiek, długość kontraktu, pozycję na boisku, czas gry, strzelone gole, ale także status na arenie międzynarodowej oraz wyniki drużyny w której oceniany zawodnik aktualnie występuje. W poprzednim notowaniu rankingu, w kwietniu tego roku, wartość Piątka oceniano na 68,2 mln euro, a „Lewego” na 66 milionów. Obu polskim piłkarzom daleko do najdroższych graczy na liście CIES. Piątek zajmuje na niej dopiero 44. lokatę, a Lewandowski 52.

W czołowej setce znalazło się jeszcze dwóch innych polskich piłkarzy – Piotr Zieliński z wartością 68,9 mln euro jest 68., a Arkadiusz Milik z 61,5 mln euro zajmuje 96. miejsce. Najbardziej wartościowym zawodnikiem jest 20-letni Francuz Kylian Mbappe (252 mln euro), a granicę dwustu milionów przekraczają jeszcze Egipcjanin Mohamed Salah (219,6) oraz Anglik Raheem Sterling (207,8). Zdumiewa natomiast miejsce Leo Messiego, który z wyceną 167,4 mln euro jest według oceny CIES dopiero czwarty.

 

Walczą o tytuł króla Serie A

W 35. kolejce Serie A Sampdoria Genua zremisowała z Parmą 3:3. Dwa gole dla ekipy z Genui strzelił lider klasyfikacji strzelców Fabio Quagliarella, który powiększył swój dorobek do 25. trafień. Krzysztof Piątek znów gola nie strzelił.

Quagliarella zdecydowanie prowadzi w rywalizacji strzelców włoskiej ekstraklasy. 36-letni włoski napastnik ma na koncie 25 bramek. Drugi w zestawieniu Kolumbijczyk Duvan Zapata ma o trzy trafienia mniej. Kolumbijczyk w 35. kolejce zdobył bramkę dla Atalanta Bergamo w spotkaniu z Lazio Rzym (3:1). Dzięki temu zwycięstwu jego zespół (żelaznym rezerwowym jest w nim powoływany do kadry Polski Arkadiusz Reca), umocniła się na czwartym miejscu w tabeli i jest coraz bliżej pierwszego w historii awansu do Ligi Mistrzów. Po dłuższej przerwie gola strzelił też Cristiano Ronaldo (zapewnił Juventusowi remis 1:1 w derbach z AC Torino), dzięki czemu z dorobkiem 21 trafień awansował na trzecie miejsce w klasyfikacji i dzieli je teraz ze snajperem AC Milan Krzysztofem Piątkiem. Niestety, napastnik reprezentacji Polski ostatnio przeżywa kryzys formy i przestał regularnie zdobywać bramki. W kończącym 35. kolejkę poniedziałkowym meczu z Bologną (2:1) także nic nie ustrzelił.

Zaciął się także zajmujący piąte miejsce inny z reprezentantów Polski, Arkadiusz Milik. Jego bramkowy licznik zatrzymał się na 17 trafieniach. Piątek w poprzedniej kolejce został przez trenera AC Milan zesłany na ławkę rezerwowych i wszedł na boisko dopiero po przerwie. W poniedziałek przeciwko drużynie Bologny zagrał od pierwszej do ostatniej minuty. Niestety, opuściło go snajperskie szczęście. Może odnajdzie je w następnej kolejce, w której AC Milan zagra na wyjeździe z Fiorentiną i musi wygrać, jeśli chce wyprzedzić Atalantę w wyścigu o czwarte, premiowane awansem do Ligi Mistrzów miejsce.