Wirus znów atakuje Legię

W miniony weekend nasza piłkarska ekstraklasa rozpoczęła nowy sezon. Z kwartetu zespołów, które zagrają w europejskich pucharach, w 1. kolejce swoje mecze wygrały Legia i Cracovia, natomiast Lech i Piast poniosły porażki. Z poważny problemem boryka się ekipa Legi, u której przed meczem z Rakowem wykryto trzeci już przypadek zakażenia Covid-19.

Legia o pozytywnym wyniku testu na obecność Covid-19 u jednego z piłkarzy pierwszej drużyny poinformowała w oficjalnym komunikacie. „Informujemy, że w rezultacie przeprowadzonego w dniu 21 sierpnia testu RT-PCR na obecność wirusa SARS-CoV-2, u jednego z zawodników I Drużyny otrzymano wynik pozytywny. Po konsultacji lekarskiej, od 18 sierpnia zawodnik przebywa w izolacji. Zgodnie z wewnętrzną procedurą 19 sierpnia zostało przeprowadzone badanie na obecność wirusa, które dało wynik ujemny. Klub zachowuje wszystkie rygory bezpieczeństwa i poinformował o sprawie stosowne organy państwowe oraz PZPN i spółkę Ekstraklasa” – napisano w oświadczeniu.
Trzeci przypadek zakażenia
To już trzeci przypadek wystąpienia zakażeniem Covid-9 w ekipie Legii. Na początku sierpnia wykryto koronawirusa u jednego z masażystów, co było oficjalnym powodem odwołania przez PZPN meczu z Cracovią o Superpuchar Polski. Dwa pozostałe opatrzono klauzulą tajne przez poufne, ale z nieoficjalnych informacji jakie pojawiły się w mediach wynikało, że pierwszym zakażonym graczem był pozyskany tego lata z Hajduka Split chorwacki obrońca Josip Juranović. Podejrzenie padło na niego, bo został wycofany z kadry na mecz z I rundy kwalifikacji Ligi Mistrzów z północnoirlandzkim Linfield FC.
Trzeci przypadek został wykryty w klubie po meczu z Linfield, gdy jeden z zawodników sam zgłosił sztabowi medycznemu kiepskie samopoczucie. Następnego dnia, czyli w środę rano, przeszedł pierwsze badania, który dały wynik negatywny. Od tego czasu przebywał w izolacji, ale kolejny test który przeszedł w miniony piątek dał już wynik pozytywny. Niepotwierdzone plotki wskazywały, że zakażonym może być Paweł Wszołek, ale nikt tego w stołecznym klubie nie chciał rzecz jasna potwierdzić. Ale piłkarz ten nie znalazł się w kadrze na wyjazdowy mecz z Rakowem.
Służby prasowe Legii poinformowały natomiast, że występ zakażonego legionisty jest wykluczony także w najbliższą środę, w meczu II rundy eliminacji Ligi Mistrzów z Omonią Nikozja. Do tego spotkania został zgłoszony pozyskany niedawno przez mistrzów Polski Bartosz Kapustka, który na liście uprawnionych graczy zastąpił jednak Josipa Juranovicia.
W poniedziałek wszyscy piłkarze i sztab szkoleniowy Legii przejadą kolejne testy na obecność koronawirusa. Tego wymaga specjalny protokół sanitarny UEFA, który nakazuje przeprowadzenie testów 48 godzin przed meczem u siebie albo 72 godziny przed meczem na wyjeździe, albo dodatkowo jeszcze jeden test po przylocie do kraju, którego przepisy tego wymagają. Nawet jeśli te testy wykażą wiele zakażeń, to dopóki 13 piłkarzy (w tym minimum jeden bramkarz) będzie zdrowych, spotkania pucharowe mają być rozgrywane. Oczywiście pod warunkiem, że władze sanitarne kraju pochodzenia klubu oraz kraju gospodarza nie zadecydują o kwarantannie dla dużej liczby piłkarzy lub dla całej drużyny.
Mimo tych kłopotów Legia w pierwszym ligowym meczu nowego sezonu wygrała w sobotę w Bełchatowie z Rakowem Częstochowa 2:1. Obie bramki dla „Wojskowych” zdobył Thomas Pekhart. Wspomniany Kapustka pojawił się na boisku w 75. minucie i był to jego powrót do PKO Ekstraklasy po czterech latach przerwy. Po jeszcze dłuższej przerwie, bo 15 lat, w naszej lidze ponownie wystąpił bramkarz Artur Boruc.
Legioniści od 45. minuty grali z przewagą jednego gracza, po czerwonej kartce dla stopera Rakowa Macieja Wilusza, ale mimo to po zmianie stron dali sobie wbić wyrównującego gola. Na ich szczęście dobrze tego dnia nastawiony celownik miał czeski napastnik Pekhart, który w 84. minucie poprawił wynik na 2:1. W sumie trudno stołeczny zespół pochwalić za ten występ, co niezbyt dobrze mu wróży przed środową pucharową potyczką z cypryjską drużyną, której trenerem jest dobrze znany na Łazienkowskiej Norweg Henning Berg.
Cracovia przegrywała z Pogonią Szczecin tylko przez minutę, bo tyle potrzebował na doprowadzenie do remisu po golu napastnika gości Adama Frączczaka. Po kolejnych czterech minutach podopieczni trenera Michała Probierza objęli prowadzenie. Oba gole strzelili pomocnicy – niemiecki piłkarz hiszpańskiego pochodzenia Marcos Alvarez i Rumun Sergiu Hanca, nic szczególnego nie pokazał natomiast sprowadzony latem Brazylijczyk Rivaldinho, 25-letni syn słynnego przed laty Rivaldo, gracza m.in. FC Barcelona i mistrza świata z 2002 roku. Zespół „Pasów” w czwartek w I rundzie kwalifikacji Ligi Europy zmierzy się na wyjeździe z Malmoe FF i w takiej formie raczej nie wyjdzie zwycięsko ze starcia z tym szwedzkim zespołem.
Inni mają problemy sportowe
Krzyżyk można też chyba postawić także na ekipie Piasta Gliwice, który na inaugurację ligi przegrał na wyjeździe 0:2 ze Śląskiem Wrocław. Gliwiczan czeka w czwartek w I rundzie kwalifikacji Ligi Europy potyczka z Dynamem Mińsk. Spotkanie transmitować będzie na otwartym kanale TVP, a zważywszy na ostatnie wydarzenia na Białorusi i polityczne napięcie na linii Mińsk – Warszawa, gospodarze zrobią zapewne wszystko, żeby zespół Dynama wygrał. Albo żeby do meczu nie doszło, co w obecnej sytuacji epidemicznej w tym kraju nie jest trudne do przeprowadzenia, bo niemożność rozegrania zawodów z powodu wykrycia koronawirusa i obowiązkowej kwarantanny UEFA karze przecież walkowerem. Ale jeśli jednak spotkanie się odbędzie, Piast z pewnością nie będzie w nim faworytem.
W takiej roli z pewnością natomiast wystąpi w czwartek Lech Poznań, chociaż w pierwszej ligowej kolejce, podobnie jak Piast, także zaliczył falstart, przegrywając w Lubinie z Zagłębiem 1:2. Ekipie „Kolejorza” w losowaniu par I rundy kwalifikacji Ligi Europy trafił się łotewski zespół Valmiera FC, przeciwnik słaby, z którym na dodatek lechici zagrają na własnym stadionie. Ich sobotnia porażka z „Miedziowymi” nie jest tragedią, bo grali od rywali ładniej i lepiej, tylko zabrakło im szczęścia w bramkowych sytuacjach. Jeśli tylko trochę lepiej ustawią celowniki w czwartek, powinni bez większego problemu awansować do II rundy, ale że w przeszłości na Bułgarskiej zdarzały się już pucharowe wpadki ze słabeuszami, lepiej nie dzielić przedwcześnie skóry na łotewskim niedźwiedziu.

PKO Ekstraklasa: Liga znów robi się polska

Mimo pierwszego w piłkarskiej ekstraklasie przypadku zakażenia koronawirusem, do jakiego doszło w Wiśle Płock, wszystkie kluby przygotowują się już do rozpoczęcia nowego sezonu ligowego. I jak podczas każdej przerwy letniej sporo też dzieje się na rynku transferowym.

Hitem okna transferowego jest rzecz jasna pozyskanie przez Legię Artura Boruca, ale w innych klubach dyrektorzy sportowi i trenerzy też nie próżnują. Interesująca strategie przyjęto w Pogoni Szczecin, która powoli staje się przyjazna przystanią także dla cudzoziemców z polskimi korzeniami. Do już grających w ekipie „Portowców” Szweda Pawła Cibickiego i Portugalczyka Tomasa Podstawskiego w ostatnich dniach dołączył Austriak Alexander Gorgon, który ze szczecińskim klubem podpisał trzyletni kontrakt. To wychowanek Austrii Wiedeń, w barwach której występował do 2016 roku i zagrał w 161 meczach, strzelając 52 gole i zanotował 28 asyst. Ostatnie cztery sezony 31-letni ofensywny pomocnik spędził w chorwackim zespole HNK Rijeka, z którym w sezonie 2016/2017 zdobył mistrzostwo kraju, zagrał w fazie grupowej Ligi Europy oraz dwukrotnie zdobył Puchar Chorwacji. Starsi kibice piłkarscy w Polsce zapewne lepiej znają jednak jego ojca, Wojciecha Gorgonia, przed laty piłkarza Wisły Kraków (1082-1985) i Zagłębia Sosnowiec (1985-1986). To dlatego Alexander płynnie mówi po polsku, co z pewnością pomoże mu w szybkiej aklimatyzacji w ekipie „Portowców”.
W Pogoni będzie występował z numerem 20, takim samym z jakim gra w w Chorwacji. „Chciałbym wnieść do drużyny dobrego ducha i pomagać w rozwoju młodym zawodnikom” – zapowiedział nowy nabytek szczecińskiego klubu. Warto podkreślić, że zarówno w Austrii Wiedeń, jak i HNK Rijeka Alexander Gorgoń pełnił funkcje kapitana drużyny.
Na polskich piłkarzy, niekoniecznie urodzonych za granicą, stawiają też inne kluby. Najbardziej zaś Jagiellonia Białystok, która niedawno zmieniła trenera, zastępując Bułgara Iwajło Petewa byłym asystentem Adama Nawałki Bogdanem Zającem, który dostał za zadanie przebudowę kadry zespołu w oparciu o rodzimych graczy. „Przebudowujemy drużynę i zmieniamy sposób myślenia. Będziemy teraz stawiać na naszych. Skoro nie udało się zając miejsca na podium siłami cudzoziemskich graczy, to damy szansę naszym młodym zawodnikom. Może oni też nie dadzą rady powalczyć o czołowe lokaty w lidze, ale przynajmniej ograją się i nabiorą doświadczenia, które zaprocentuje w następnych sezonach” – uzasadnia zmianę strategii przewodniczący rady nadzorczej białostockiego klubu Wojciech Strzałkowski.
Po rodzimych piłkarzy znów zaczął śmielej sięgać trener Piasta Gliwice Waldemar Fornalik. Na miejsce najskuteczniejszego strzelca zespołu w poprzednim sezonie, Hiszpana Rafaela Lopeza, który przeniósł się do Legii Warszawa, ściągnął ze Stali Mielec Michała Żyro, a do środka pomocy z Lechii Gdańsk Patryka Lipskiego, którego dobrze zna z czasów, gdy prowadził go w Ruchu Chorzów. Lipski przeszedł do Lechii w sierpniu 2017 roku. Wystąpił w 69 spotkaniach, strzelając dziewięć goli i notując osiem asyst. Zdobył z gdańskim zespołem Puchar oraz Superpuchar Polski. Ten piłkarz ma dopiero 26 lat i pod wodzą Fornalika może w nowym sezonie być rewelacją ekstraklasy, podobnie jak wspomniany Żyro, który już w Mielcu przypomniał, że sześć lat temu nie bez powodu dostawał powołania do reprezentacji Polski. Ale jeszcze ciekawszym nabytkiem gliwickiego klubu jest pozyskany z Atletico Madryt 19-letni pomocnik Javier Ajenjo Hyjek. Chociaż urodził się i wychował w Madrycie, to ma polskie obywatelstwo i zdecydował się reprezentować polskie barwy. Do tej pory grał w kadrach młodzieżowych od U-17 do U-20. Występuje na środku pomocy, ale dobrze też radzi sobie na skrzydłach.
Zmianę nastawienia wobec polskich graczy zasygnalizował też trener sąsiadującego z Piastem przez miedzę Górnika Zabrze Marcin Brosz. Zabrzański klub w ostatnich dniach pozyskał lidera zespołu Stali Mielec Bartosza Nowaka. Ten 26-letni pomocnik w poprzednim sezonie był gwiazdą I ligi i walnie przyczynił się do awansu mieleckiej drużyny do ekstraklasy strzelając 13 goli i notując 13 asyst. Podpisał z Górnikiem dwuletni kontrakt z opcją rocznego przedłużenia. Oprócz niego w zabrzański klub pozyskał też 23-letniego napastnika Alexa Sobczyka. Urodzony w Wiedniu piłkarz ma polskie korzenie, bo oboje jego rodzice są Polakami. Ma na koncie 10 występów w młodzieżowych reprezentacjach Austrii. Z Górnikiem podpisał trzyletnią umowę.
Wypada mieć nadzieję, że także w innych polskich klubach wróci moda na zatrudnianie polskich piłkarzy, także tych w zaawansowanym już wieku, którzy wzorem Boruca też chcieliby zakończyć karierę w polskiej lidze. A „do wzięcia” są właśnie reprezentanci Polski Maciej Wilusz, Thiago Cionek i Radosław Majewski.

Boruc wrócił do Legii

Powrót Artura Boruca po 15 latach do Legii Warszawa bez wątpienia jest wielkim wydarzeniem. Na razie jednak głównie medialnym, bo 40-letni bramkarz miniony sezon spędził jako żelazny rezerwowy w zespole Bournemouth i nikt nie wie w jakiej jest teraz formie. A podpisał roczny kontrakt i przydzielono mu trykot z numerem 1, co oznacza, że to on ma być pierwszym bramkarzem Legii.

Artur Boruc, 65-krotny reprezentant Polski, na swoją renomę zapracował nie tylko wieloma udanymi występami w kadrze, ale przede wszystkim solidną karierą w wielu zagranicznych klubach. Zaczynał w Pogoni Siedlce, lecz już w wieku 19 lat trafił do Legii, z którą utożsamia się do dzisiaj. Bramkarzem numerem jeden został w sezonie 2002/2003, zdążył rozegrać w jej barwach 88 spotkań, strzelić… jednego gola (dokonał tego w 25. kolejce sezonu 2003/2004, wykorzystując rzut karny w wygranym, przez Legię 6:0 meczu z Widzewem Łódź). W lipcu 2005 roku wypożyczył go z Legii Celtic Glasgow, raczej do roli rezerwowego golkipera, ale Boruc szybko przekonał do siebie trenera oraz kolegów z zespołu i został pierwszym bramkarzem. Szefowie Celticu zadziałali błyskawicznie i wykupili go z Legii za półtora miliona euro.
Długa zagraniczna kariera
Tak zaczęła się barwna zagraniczna kariera Boruca trwająca równo 15 lat. Po pięciu sezonach spędzonych w Celticu przeniósł się na dwa lata do włoskiej Fiorentiny, skąd na trzy sezony trafił do Southampton, a następnie do AFC Bournemouth, w barwach którego spędził pięć lat. Ostatnio sezon był raczej dla niego nietypowy, bo zanim się zaczął trener tego zespołu Eddie Howe postawił sprawę jasno, że pierwszym bramkarzem będzie u niego Aaron Ramsdale. Boruc na rolę rezerwowego się zgodził i chociaż przez rok grzał ławę, szefowie angielskiego klubu byli z jego postawy na treningach i prezentowanej formy na tyle zadowoleni, że byli gotowi przedłużyć z nim kontrakt o kolejny sezon, jeśli rzecz jasna zgodzi się nadal pełnić rolę drugiego bramkarza. Polak nie miał nic przeciwko, bo w jego wieku możliwość zarabiania godziwych pieniędzy tylko za utrzymywanie gotowości do gry można było śmiało uznać za uśmiech losu.
Sytuacja zmieniła się diametralnie w chwili, gdy zespół Bournemouth z hukiem zleciał z Premier League. W drugiej lidze klubu już nie było stać na płacenie Borucowi kontraktu w dotychczasowej wysokości, a na grzanie ławy za mniejsze o ponad połowę wynagrodzenie 65-krotnemu reprezentantowi Polski, bohaterowi Euro 2008, nie pozwalał honor. „Piękna podróż z Bournemouth dobiegła końca… Dziękuję za wasze wsparcie. Przesyłam ogrom miłości wszystkim członkom klubu. Nigdy o was nie zapomnę” – napisał na Instagramie Boruc, a w polskich mediach natychmiast rozgorzały spekulacje, że być może wróci do Legii, która właśnie po sprzedaży Radosława Majeckiego do AS Monaco została po tym sezonie bez klasowego bramkarza. Na takie miano z pewnością nie zasługuje 37-letni Radosław Cierzniak, a 22-letni Wojciech Muzyk dopiero w lipcu tego roku zaliczył debiut w zespole Legii. „Wojskowi” mają jeszcze w kadrze 20-letniego Mateusza Kochalskiego, a w odwodzie wypożyczonego do Radomiaka 18-letniego Cezarego Misztę. Żaden z tych bramkarzy nie gwarantuje jednak wysokiej jakości gry, niezbędnej w czekającej legionistów walce o awans do Ligi Mistrzów.
Czy da radę po roku na ławie?
Inna sprawa, że póki co nikt nie wie, czy odpowiednią jakość będzie jeszcze w stanie zapewnić 40-letni już jednak Boruc,który na dodatek od ponad roku praktycznie nie występował w meczach o stawkę.
W zasadzie to można być spokojnym jedynie o jego motywację, której na pewno mu nie zabraknie, bo od lat zawsze manifestował swoje wielkie przywiązanie do klubowych barwa Legii i ciągle podkreślał, że zakończenie kariery na Łazienkowskiej jest jego wielkim marzeniem. No i właśnie teraz to marzenie spełnia.
„Czy podpisałbym się pod twierdzeniem, że Artur Boruc nigdy z Legii nie odszedł, tylko po prostu pracował w innych klubach?. Myślę, że tak. Wiadomo, że moje serce zostało tutaj. Było kilka okazji do powrotu, ale z różnych powodów wcześniej do tego nie doszło. Bardzo się cieszę, że tym razem sprawy transferowe tak szybko się potoczyły” – wyjawił w rozmowie z oficjalną stroną internetową Legii 65-krotny reprezentant Polski.
Boruc ma zostać numerem jeden w bramce Legii „z marszu”, bo przecież jeszcze tydzień temu uczestniczył w ostatnim meczu Bournemouth w Premier League, a warszawski zespół nowy sezon zacznie już 9 sierpnia meczem o Superpuchar Polski z Cracovią. Bramkarz nie chciał jednak czekać z powrotem i zamiast jechać na krótkie choćby wakacje, zrezygnował z nich i dołączył do ekipy trenera Aleksandara Vukovicia.
„Podpisanie kontraktu z Arturem to wzmocnienie klubu na każdej możliwej płaszczyźnie. Liczymy, że jego umiejętności, doświadczenie zdobyte w kadrze Polski, na wielkich turniejach oraz wyniesione z gry w klubach z najsilniejszych europejskich lig, będą bardzo pomocne, zwłaszcza w kontekście naszego kolejnego celu, jakim są europejskie puchary. Poza tym nasz nowy golkiper to prawdziwy legionista, który podczas całej swojej kariery utożsamiał się z naszym klubem. Doskonale rozumie nasze cele i priorytety w nadchodzącym sezonie. Jestem przekonany, że nam w ich osiągnięciu bardzo pomoże” – przekonuje dyrektor sportowy warszawskiego klubu Radosław Kucharski.
Tomaszewski jest zachwycony
Pozyskanie Boruca przez mistrzów Polski głośno chwali też nasze legendarny bramkarz Jan Tomaszewski. „Według mnie Artur wniesie do szatni Legii pewności siebie. A to że przez ostatni rok nie grał, nie powinno być problemem. On ma taką rutynę, że tej przerwy możemy nawet w ogóle nie zauważyć. Na pewno nie zje go trema, a jak wiadomo, ma on też wielką charyzmę i jeśli chce, potrafi zjednoczyć zespół wokół siebie. A Legia, mam wrażenie, właśnie takiego lidera grupy w tej chwili najbardziej potrzebuje” – twierdzi Tomaszewski.
Trudno nie przyznać mu racji. Obecna kadra „Wojskowych” liczy ponad 30 zawodników, ale jeśli wyłączymy z niej grupę aspirujących dopiero do gry młodzieżowców, to zawężonej grupie liczącej 23-25 graczy będzie 13 obcokrajowców, wśród których są trzej Portugalczycy (do grających tu wcześniej Luisa Rochy i Andre Martinsa tego lata dołączył pozyskany z Cracovii Rafael Lopes, który w minionym sezonie strzelił dla krakowskiego klubu 12 goli), dwóch Chorwatów (Domagoj Antolić i Josip Juranović) oraz po jednym graczu z Gruzji (Walerian Gwilia), Brazylii (Luquinhas), Hiszpanii (Inaki Astiz), Serbii (pozyskany latem z Lechii Gdańsk Filip Mladenović), Czech (Tomas Pekhart) Litwy (Arvydas Novikovas), Gwinei (Jose Kante) i Francji (Wiliam Remy). Żaden z tych graczy nie na takiego piłkarskiego CV jak Boruc, więc możemy z góry założyć, że to on będzie rządził w szatni. A że nigdy nie był „grzecznym chłopcem”, z tym akurat na pewno sobie poradzi.

Klich już w Premier League, Grosicki jeszcze walczy

Zespół Leeds United, którego graczem jest reprezentant Polski Mateusz Klich, na kolejkę przed końcem zmagań w Championship zapewnił sobie awans z pierwszego miejsca do Premier League. Na bezpośrednią promocję z drugiej pozycji wciąż ma szansę drużyna West Bromwich Albion, której zawodnikiem jest Kamil Grosicki.

Ekipa Leeds United spadła z Premier League w sezonie 2003/2004. Urodzony w 1990 roku Mateusz Klich w tym czasie był dopiero obiecującym 14-letnim juniorem Tarnovii Tarnów, którego Cracovia wzięła pod swoje skrzydła. W krakowskim klubie zadebiutował jako 18-latek w ekstraklasie i z niego w 2011 roku wyjechał za granicę, do niemieckiego VfL Wolfsburg. Zanim trafił w 2016 roku do Leeds United, zdążył zaliczyć kilka zachodnich klubów – holenderskie PEC Zwolle i Twente Enschede oraz niemiecki 1.FC Kaiserslautern. Ale w angielskim zespole też nie od razu się przebił, bo rok musiał jeszcze spędzić na wypożyczeniu w holenderskim Utrechcie. Dopiero po powrocie latem 2018 roku zyskał uznanie w oczach nowego szkoleniowca Leeds, Argentyńczyka Marcelo Bielsy, pod rządami którego stał się kluczowym graczem w zespole i jest nim do tej pory. W miniony piątek 23-krotny reprezentant Polski spełnił swoje wielkie sportowe marzenie – awansował z ekipą Leeds United do Premier League. Warto odnotować, że nie jest on jedynym Polakiem w tym klubie. Oprócz niego zawodnikami beniaminka angielskiej ekstraklasy są jeszcze 23-letni bramkarz Kamil Miazek oraz utalentowany 18-letni pomocnik Mateusz Bogusz.
O grze w Premier League marzy też Kamil Grosicki, dlatego zimą odszedł z Hull City do zespołu West Bromwich Albion. Na razie nie jest tak ważnym graczem w ekipie WBA, jak Klich w Leeds. Aktualny wicelider Championship w przedostatniej 45. kolejce nieoczekiwanie przegrał na wyjeździe z Huddersfield Town 1:2 (Grosicki wszedł na boisko w 46 minucie) i po tej porażce nie tylko przekreślił swoje szanse na wyprzedzenie Leeds United i zajęcie pierwszego miejsca w lidze, to jeszcze na dodatek mógł też stracić także premiowaną bezpośrednim awansem do Premier League drugą lokatę. Na szczęście dla zespołu Grosickiego trzeci w tabeli Brentford także przegrał nieoczekiwanie z niżej notowanym Stoke City (0:1), ale ma tylko jeden punkt straty do West Bromwich. W grze o drugą lokatę liczy się też jeszcze czwarte Fulham, które ma na koncie 80 pkt i dwa „oczka” mniej od WBA. Zatem dopiero w ostatniej, zaplanowanej na środę 22 lipca 44. kolejce rozstrzygnie się, który z tych trzech zespołów od razu dołączy do Leeds United, a który o trzecie premiowane awansem miejsce będzie musiał powalczyć w barażach. West Bromwich Albion zmierzy się u siebie z Queens Park Rangers, Fulham na wyjeździe zagra z Wigan Athletic, a Brentford podejmie Barnsley.
W 45. kolejce porażką 3:4 z Queens Park Rangers szans na zajęcie miejsca premiowanego udziałem w barażach pozbawiła się drużyna Millwall, której bramkarzem jest były reprezentant Polski Bartosz Białkowski. Trochę szkoda, bo w przypadku awansu Białkowski mógłby zapełnić lukę w Premier League po Arturze Borucu, gdyby wraz z AFC Bournemouth został zdegradowany do Championship. Tego losu na pewno nie podzieli już nasz aktualny reprezentacyjny bramkarz Łukasz Fabiański, którego zespół, West Ham United, w 36. kolejce Premier League pokonał Watford 3:1 i oddalił się od strefy spadkowej na bezpieczna odległość. Ekipa Fabiańskiego awansowała na 15. miejsce i na dwie kolejki przed końcem rozgrywek ma sześć punktów przewagi na znajdującymi się w strefie spadkowej Bournemouth i Aston Villą, a ma od nich lepszy bilans bramkowy, który rozstrzyga o kolejności przy równej liczbie punktów. W środę West Ham zagrają na wyjeździe z Manchesterem United, a na zakończenie zmagań, 26 lipca, podejmie przedostatnią w tabeli Aston Villę.

Fabiański lepszy od Bednarka

W angielskiej Premier League występuje dwóch aktualnych reprezentantów Polski – Łukasz Fabiański i Jan Bednarek. W minioną sobotę ich zespoły, West Ham United i Southampton, zmierzyły się w meczu 28 kolejki. Lepsza w tym starciu okazała się drużyna Fabiańskiego, która wygrała 3:1.

Sobotnie spotkanie West Hamu United z Southamptonem miało zatem mocny polski akcent, zwłaszcza że obaj nasi reprezentanci wystąpili w podstawowych składach swoich drużyn i spędzili na boisku pełne 90 minut. Niestety, ekipy naszych piłkarzy są w tym sezonie skazane na walkę o utrzymanie w Premier League. W tej chwili w lepszej sytuacji od West Hamu jest Southampton, który mimo porażki jest wyżej w tabeli i z dorobkiem 34 punktów zajmuje 13. lokatę. Ekipa Fabiańskiego nie ma aż takiego komfortu. West Ham po wygranej ze „Świętymi” uciekł co prawda ze strefy spadkowej na 16. miejsce, ale ma na koncie tylko 27 punktów, tyle samo co 18. Bournemouth, którego rezerwowym bramkarzem jest 39-letni Artur Boruc, i tylko dwa „oczka” więcej od 19. Aston Villi, ale ten zespół ma jeden zaległy mecz do rozegrania. Ostatnią 20. lokatę zajmuje Norwich City z dorobkiem 21 pkt i na razie to jest jedyny kandydat do spadku. Obawiać degradacji muszą się też 17. w tabeli Watford (27 pkt), który sensacyjnie ograł w ten weekend FC Liverpool, oraz 15. Brighton&Hove (28 pkt), 14. Newcastle United (32 pkt) i nawet 13. Southampton (34 pkt).
Jeśli nie zdarzy się jakiś piłkarski kataklizm, to wszystko wskazuje, że w przyszłym sezonie do Premier League dołączą dwa zespoły z polskimi piłkarzami. Na czele Championship znajdują się obecnie ekipy West Bromwich Albion, w barwach którego występuje obecnie pozyskany tej zimy z Hull City Kamil Grosicki, zaś wiceliderem jest drużyna Leeds United, w której filarem jest inny z aktualnych reprezentantów Polski Mateusz Klich. Leeds United w miniony weekend w 36. kolejce rozbił na wyjeździe Hull City aż 4:0, a przy dwóch golach asystował Klich. Dla naszego piłkarza był to 36. ligowy występ w tym sezonie i ta liczba mówi wszystko o jego roli w zespole. Klich ma na koncie ponadto cztery bramki i cztery asysty. Leeds United ma 68. punktów i jedno „oczko” straty do lidera West Bromwich, ale pięć punktów przewagi na nad trzecim Fulham. A do Premier League bezpośrednio awansują dwie pierwsze drużyny.

Obywatele mistrzami Anglii

Zakończyły się rozgrywki w najbogatszej lidze piłkarskiej w Europie, której cztery zespoły awansowały do finałów Ligi Mistrzów i Ligi Europy. Nic dziwnego, że w Premier League walka o prymat toczyła się do ostatniej kolejki. Manchester City wyprzedził drugi w tabeli FC Liverpool zaledwie o jeden punkt. Trzy kolejne lokaty zajęli finaliści europejskich pucharów – Chelsea, Tottenham i Arsenal.

Zespół Manchesteru City, którego trenerem jest Hiszpan Pep Guardiol, przed ostatnią kolejką miał jeden punkt przewagi nad Liverpoolem, ale walczył na wyjeździe 17. drużyną w tabeli Brighton&Howe. Mimo wyraźnej przewagi „The Citizens” (Obywatele) pierwsi stracili bramkę, ale ostatecznie wygrali 4:1 i z dorobkiem 98 punktów wygrali krajowe rozgrywki. Liverpool pokonał Wolverhampton 2:0 i kończąc sezon z 97 „oczkami” na koncie musiał zadowolić się jedynie wicemistrzowskim tytułem. W wyjazdowym starciu z Leicester City Chelsea Londyn wywalczyła tylko remis 0:0, ale to wystarczyło jej do utrzymania trzeciego miejsca w tabeli. Swojego meczu nie wygrał bowiem zajmujący 4. lokatę Tottenham, który podzielił się punktami z Evertonem (2:2). Arsenal zwyciężył Burnley 3:1, ale i zakończył sezon poza pierwszą czwórką.

W ostatniej kolejce z czołowych drużyn skompromitował się jedynie Manchester United, który przegrał na Old Trafford ze zdegradowanym już do Championship Cardiff City 0:2.

Na innych stadionach w ostatniej kolejce nie ważyły już losy awansu do europejskich pucharów czy degradacji do Championship, ale i tak sporo się działo. Kapitalne widowisko obejrzeli kibice na stadionie Selhurst Park, gdzie Crystal Palace pokonało Bournemouth 5:3. Niestety, Artur Boruc ponownie cały mecz przesiedział na ławce, bo Eddie Howe znów do gry wystawił 19-letniego Marka Traversa.

Całe spotkania rozegrali natomiast dwaj pozostali Polacy w Premier League – Jan Bednarek i Łukasz Fabiański. Były obrońca Lecha Poznań robił co mógł, ale jego Southampton tylko zremisował u siebie z zamykającym tabelę ekipą Huddersfield Town 1:1. „Święci” stracili gola po błędzie ich bramkarza Angusa Gunna.

West Ham United nie ma takich problemów w bramce, bo strzeże jej Łukasz Fabiański, najskuteczniejszy w tym sezonie golkiper w Premier League. „Młoty” wygrały na wyjeździe z Watfordem 4:1 i zakończyły rozgrywki na 10. miejscu. Wielka w tym zasługa naszego reprezentacyjnego bramkarza, któremu futbolowi statystycy wyliczyli aż 148 obronionych w tym sezonie strzałów. Żaden inny bramkarz w Premier League nie ma takich osiągnięć. Drugi w zestawieniu Neil Etheridge z Cardiff City miał ich 141, trzeci Ben Foster z Watfordu 127, czwarty David de Gea z Manchesteru United 122 interwencje, a piąty Sergio Rico z Fulham 111.

Fabiański wystąpił we wszystkich 38 meczach ligowych West Hamu, z których 15 wygrał, 7 zremisował i 16 przegrał (bramki 52:55). Kibice WHU docenili jego znakomitą grę i przyznali mu trzy nagrody indywidualne – dla najlepszego piłkarza klubu, dla najlepszego transferu i za najlepszą interwencję sezonu.

 

W Bournemouth docenili Boruca

Obecny sezon Premier League Artur Boruc rozpoczął jako rezerwowy bramkarz AFC Bournemouth, ale w styczniu tego roku niespodziewanie wrócił do składu i zaliczył kilkanaście znakomitych występów. Teraz angielski klub oferuje mu nowy kontrakt.

Boruc trafił do ekipy Bournemouth w 2014 roku na zasadzie wypożyczenia z Southampton. Drużyna „Wiśni” grała wtedy z Championship i potrzebowała dobrego bramkarza, a Polak w występującej w Premier League ekipie Southampton musiał ustąpić miejsca ściągniętemu latem 2014 roku z Celticu Glasgow reprezentantowi Anglii Fraserowi Forsterowi. Zmiana otoczenia wyszła Borucowi na dobre, bo swoja znakomitą grą walnie przyczynił się do wywalczenia przez Bournemouth awansu do Premier League, a zadowolone z jego postawy władze klubu wykupiły go z Southamptonu. Przez kolejne dwa sezony polski bramkarz regularnie pojawiał się w wyjściowym składzie i zbierał dobre recenzje, a w głosowaniu fanów został wybrany piłkarzem sezonu. W kwietniu 2017 przedłużył kontrakt o kolejny rok, niestety, latem tego roku Bournemouth kupiło z Chelsea Londyn Bośniaka Asmira Begovicia. Dla Boruca był to ambicjonalny „prztyczek”, bo miał z Begoviciem na pieńku po tym, jak Bośniak, jeszcze jako gracz Stoke City, w 2013 roku strzelił mu gola po wykopie spod własnej bramki, dzięki czemu zapisał się w księdze rekordów Guinnessa jako autor bramki zdobytej z największej odległości.

Begović zgodził się na transfer z Chelsea, gdzie grzał ławę, do Bournemouth pod warunkiem, że będzie bramkarzem numer 1. I dostał taką gwarancję, zaś Boruc chcąc nie chcąc musiał pogodzić się z rolą rezerwowego. Poszło mu to o tyle łatwiej, że zbiegło się to w czasie z wymuszonym pożegnaniem z reprezentacją Polski, a zatem nie potrzebował już regularnych występów w klubie żeby otrzymywać powołania. Sezon 2017-2018 przesiedział karnie na ławce, stając między słupkami jedynie w spotkaniach Pucharu Anglii. Utrzymywał się jednak w znakomitej formie i klub zaproponował mu przedłużenie kontraktu na dotychczasowych warunkach. Boruc przyjął ofertę i obecny sezon ponownie zaczął jako zmiennik Begovicia, ale w spotkaniach pucharowych prezentował się tak wybornie, że fani Bournemouth zaczęli domagać się aby to Polak znów był pierwszym bramkarzem. Nie bez przyczyny, bowiem Bośniak mocno spuścił z tonu i zaczął popełniać błędy, aż w końcu trener „Wiśni” Eddie Howe stracił cierpliwość i w styczniowym meczu w Premier League z West Hamem United niespodziewanie wystawił Boruca. 39-letni Polak nie zawiódł oczekiwań i w nagrodę zagrał w kolejnych jedenastu meczach ligowych.

Wściekły Begović zaczął grozić odejściem w letnim oknie transferowym, więc Howe dokonał roszady, ale tylko na dwa mecze, bo bośniacki bramkarz zagrał w nich słabo i Bournemouth oba mecz z jego udziałem przegrało. Boruc wrócił ponownie, a ostatnio w angielskich mediach zaroiło się od spekulacji, że klub nie bacząc na jego wiek zamierza zaproponować mu przedłużenie kontraktu o kolejny rok. Potwierdził to oficjalnie Eddie Howe: „Jestem pod wielkim wrażeniem pracy, jaką każdego dnia wykonuje na treningach. W jego wieku nie jest łatwo wejść do gry po tak długiej przerwie, ale on świetnie sobie poradził i miał wiele znakomitych interwencji. Uważam, że wciąż ma wiele do zaoferowania, dlatego chciałbym go mieć w zespole na kolejny sezon” – stwierdził szkoleniowiec ekipy „Wiśni”.

Na razie jednak nie wiadomo jakie plany na przyszłość ma sam Boruc. Jakiś czas temu wyjawił, że na zakończenie kariery chciałby pograć za oceanem, w MLS, lecz jak na razie nie pojawiły się żadne konkretne informacje w tej sprawie. Niewykluczone zatem, że przyjmie ofertę Bournemouth, choćby po to, żeby wykazać wyższość nad Begoviciem, albo dokuczyć mu zmuszając do konkurowania o miejsce w bramce.
Póki co 65-krotny reprezentant Polski ma na głowie chyba ważniejszą dla niego sprawę, bo na portalu społecznościowym poinformował, że jego rodzina wkrótce się powiększy. W tej sytuacji znany z zamiłowania do stabilizacji piłkarz chyba nie będzie szukał nowych przygód, tylko zostanie w Bournemouth.

 

Pierwszy spadkowicz

Zespół Huddersfield Town został pierwszym spadkowiczem z Premier League. W 32. kolejce przegrał z Crystal Palace 0:2 i nie ma już szans na uniknięcie degradacji. Zagrożony jest też zespół Jana Bednarka Southampton.

Sytuacja, że spadkowicz został wyłoniony już w marcu, zdarzyła się dopiero po raz drugi w historii tych rozgrywek. Zajmujący ostatnia lokatę w tabeli zespół Huddersfield Town zdobył w 32 kolejkach zaledwie 14 punktów, a plasująca się na 17. miejscu ekipy Burnley, zajmującej pierwsze bezpieczne miejsce w tabeli, ma na koncie 33 punkty. Ponieważ do zakończenia rozgrywek pozostało sześć kolejek, czyli do zdobycia maksymalnie 18 „oczek”, piłkarze Huddersfield już mogą planować nowy sezon w niższej klasie, , podobnie jak ekipa Fulham, która jest na 19. miejscu z 17. punktami. Obroni się może jeszcze 18. w tabeli Cardiff City, bo ma 28 pkt i do Burnley traci pięć „oczek”. Tyle samo punktów co Burnley mają też drużyny Brighton&Hove Albion oraz Southampton, w barwach którego występuje reprezentant Polski Jan Bednarek. W 32. kolejce te zespoły zmierzyły się w bezpośrednim starciu, które na swoją korzyść rozstrzygnęła ekipa „Świętych” wygrywając 1:0. Nasz piłkarz rozegrał cały mecz i zebrał za swój występ pochlebne recenzje.

Obaw przed degradacja nie musi mieć Łukasz Fabiański, bo jego West Ham United, chociaż w ten weekend przegrał u siebie z Evertonem 0:2, z 42. pkt na koncie zajmuje 11. miejsce ze stratą ledwie dwóch „oczek” do siódmego w tabeli Wolverhampton. Fabiański przy obu straconych golach nie miał żadnych szans na obronę. Degradacja nie grozi też drużynie Artura Boruca Bournemouth. Polak w tej kolejce usiadł na ławce, a w meczu z Leicester City (0:2) do bramki wrócił Bośniak Asmir Begović, który ostatnio zagroził odejściem, jeśli nie odzyska roli bramkarz numer 1.

 

Boruc jest jak dobre wino

Artur Boruc po blisko półtorarocznym grzaniu ławy w cieniu Asmira Begovicia, 19 stycznia tego roku niespodziewanie wrócił do bramki AFC Bournemouth i prezentuje formę jak za najlepszych lat.

Były reprezentant Polski zachwycił swoją grą w rozegranym w miniony weekend meczu z liderem Premier League Manchesterem City. 38-letni polski bramkarz bronił wręcz rewelacyjnie, czym zachwycił nawet trenera „The Citizens” Pepa Guardiolę. Hiszpański szkoleniowiec po meczu podszedł do Boruca i szczerze mu pogratulował znakomitego występu. Angielskie media podzieliły opinię Guardioli i uznały polskiego bramkarz za najlepszego gracza na boisku. Tytuł piłkarza meczu przyznały mu m.in. BBC, a specjalistyczny Goal.com umieścił go w jedenastce kolejki. Boruc w sobotnim meczu z Manchesterem City miał mnóstwo okazji do wykazania się bramkarskim kunsztem, bo ekipa Bournemouth przez cały mecz tylko rozpaczliwie się broniła. Gracze mistrza Anglii oddali na bramkę strzeżona przez polskiego bramkarza aż 23 strzały, w tym siedem celnych. Ale tylko Riyad Mahrez zdołał pokonać go strzałem z bliskiej odległości. Po meczu Pep Guardiola podszedł do Boruca i wylewnie mu pogratulował kapitalnego występu.

Polak wrócił do bramki Bournemouth 19 stycznia tego roku i od tej pory zagrał w meczach z West Hamem (2:0), Chelsea (4:0), Cardiff City (0:2), Liverpoolem (0:3), Wolverhampton (1:1), Arsenalem (1:5) i z Manchesterem City (0:1). Pierwszym bramkarzem Bournemouth jest nadal Asmir Begović, ale Bośniak ostatnio obniżył loty i za karę usiadł na ławie, co potwierdził trener zespołu „Wiśni” Eddie Howe. 39-letniemu Borucowi z końcem tego sezonu kończy się kontrakt. Mówi, że chciałby jeszcze zagrać w MLS.

 

Nieudany weekend Polaków w Anglii

Żadnemu z polskich piłkarzy nie udało się w sobotę wygrać na boiskach Premier League. Nie przeszkodziło to Łukaszowi Fabiańskiemu rozegrać kolejnego dobrego meczu i zebrać dobre noty. Media dobrze oceniły także Artura Boruca.

West Ham United nie zdołał pokonać w sobotnim spotkaniu Premier League Crystal Palace. „Młoty” zremisowały 1:1 mimo, że od 27. minuty prowadziły po golu Marka Noble’a. Brytyjskie media nie obwiniają Łukasza Fabiańskiego o stratę bramki. Polak zebrał najlepsze oceny spośród wszystkich piłkarzy West Hamu. „Sky Sports” wystawiła mu notę „8”, a w uzasadnieniu podkreśliła genialną interwencję przy jednym ze strzałów Jamesa McArthura. Szkot uderzył piłkę z bliskiej odległości, ale Fabiański jakimś cudem to obronił.

Dwaj pozostali Polacy występujący w angielskiej ekstraklasie musieli przełknąć gorycz porażki. Bournemouth z Arturem Borucem w bramce przegrało 0:3 z liderem rozgrywek FC Liverpool. Ale chociaż 38-letni golkiper trzykrotnie musiał wyciągać piłkę z siatki, nie został obwiniony za żadną ze straconych bramek i dostał noty lepsze od bramkarza Liverpoolu Alissona.
Porażkę poniosła też drużyna naszego reprezentacyjnego obrońcy Jana Bednarka – Southampton. „Święci” w spotkaniu z Cardiff City do 90 minuty utrzymywali wynik 1:1, lecz w doliczonym czasie gry rywale w ogromnym zamieszaniu zdołali wepchnąć piłkę do siatki i wygrali ostatecznie 2:1. 23-letni polski obrońca rozegrał cały mecz i za swój występ został oceniony tak samo jak pozostali partnerzy z linii obronnej – wszyscy dostali „6” w skali 1 (najsłabszy) – 10 (najlepszy).

Na zapleczu Premier League naszym piłkarzom też się nie wiodło. Hull City Kamila Grosickiego (zaliczył cały mecz) przegrało na wyjeździe 0:2 z Derby County, Leeds United Mateusza Klicha (grał do 58.minuty) zremisowało 1:1 z Middlesbrough, Queens Park Ranger Pawła Wszołka (grał od 62. minuty) przegrało u siebie 3:4 z Birmingham, Bolton Pawła Olkowskiego (cały mecz na ławie) uległo 1:2 ekipie Preston North End, a Ipswich Town z Bartoszem Białkowskim w bramce przegrało 0:3 z Norwich City.