Flaczki Tygodnia

”Bóg, Honor, Ojczyna”.

Ten zwrot często miał powtarzać w czasie swej działalności pan Marian Banaś. Nadal pan prezes Najwyższej Izby Kontroli. I jeszcze.
Prominent partii zwącej się nadal „Prawo i Sprawiedliwość”.
Sztandarowy reprezentant nowych elit „Dobrej Zmiany”.
Dzielny, nowy husarz IV Rzeczpospolitej.
Hektor kaczystowskiej „Konserwatywnej kontrrewolucji narodowo – katolickiej w Europie”.
Zalecany przez narodowo – katolickie media wzór do naśladowania dla „patriotycznej, narodowo – katolickiej” młodzieży polskiej.

„Burdel, Hajs, Lewizna”.

Taką „rycerską” dewizą mógłby posługiwać się pan Marian Banaś.
Bo przedstawione przez media fakty są bezlitosne. W trakcie swej wojaczki dla III RP i nowego państwa pana prezesa Kaczyńskiego ten dzielny husarz nie zapominał o swoich łupach.
Walcząc, skutecznie ponoć, z „mafią VATowską” jednocześnie na co dzień kooperował z mafią sutenerską.
Walczą z przestępczymi przemytnikami przejmował atrakcyjne nieruchomości w Krakowie.
„Okazyjnie” rzecz jasna, jak choćby ową kamienicę w cesarsko-królewskim Krakowie, którą ponoć podarował mu przed śmiercią tajemniczy „kombatant Armii Krajowej”.
I którą pan Banaś zamienił w „Hotel na godziny”, czyli quasi burdel.

„Flaczki” nie są pewne, czy ów „kombatant z Armii Krajowej” istniał naprawdę. Czy był on takim samym bytem, jak ów „bezdomny”, który podarował innemu rycerzowi Dobrej Zmiany, Ojcu Dyrektorowi Rydzykowi, dwa wypasione samochody.
Ale nawet gdyby taki „kombatant AK” istniał, to czy teraz, zapewne przebywając w kaczystowskim niebie, cieszy się, że cały dorobek jego życia pan prezes Banaś w zwyczajny burdel zamienił?

O tym, że burdel równa się hajs, każde dziecko, nawet to wychowane w duchu „narodowo – katolickim”, już z Internetu wie. Ale aktualny pan prezes Najwyższej Izby Kontroli wcześniej nie tylko sutenerski chleb jadł.
Jak każdy szanujący się biznesmen wiedział, że przewidywane dochody trzeba zdywersyfikować, czyli czerpać je z różnych źródeł.
Wszelkie znaki na ziemi i niebie, zwłaszcza przecieki w kontroli skarbowej, wskazują, że pan Banaś regularnie, przez wiele lat „optymalizował swe podatki”.

Ten uczenie brzmiący zwrot, czyli „optymalizowanie podatków”, to liczne sposoby umożliwiające niepłacenie państwu polskiemu należnych mu podatków. Dzieje się tak dzięki sprytnemu wykorzystaniu luk prawnych, co czyni takiego złodzieja podatkowego osobą formalnie bezkarną.
I dlatego pan Banaś, wedle doniesień mediów, takie „optymalizacje” stosował.

Ale liczne, inne udokumentowane zarzuty świadczą, że pan prezes NIK nie tylko wykorzystywał luki prawne. On także prawo mógł łamać wpisując do swych zeznań podatkowych nieprawdziwe korzyści czerpane z najmu swych nieruchomości.
Deklarował wyjątkowo niskie przychody, aby płacić państwu polskiemu jak najniższe podatki.
Deklarował tak niskie przychody, że aż nie chce się wierzyć, iż nie brał reszty należności „pod stołem”. Czyli nielegalnie.

Gdyby jakiś inny obywatel IV RP wpisywał w swe zeznania podatkowe tak rażąco niskie przychody z najmu tak atrakcyjnie położonych nieruchomości, to od razu miałby najazd kontroli skarbowej.
Pan prezes Banaś nie miał kontroli, bo jest urzędnikiem państwowym. Bo w latach 2005–2008 i 2015–2016 był podsekretarzem stanu w Ministerstwie Finansów, czyli organie nadzorującym służby kontroli skarbowej. Dodatkowo w latach 2005–2008 i 2015–2017 był szefem Służby Celnej, w latach 2016–2019 wiceministrem w Ministerstwie Finansów, w latach 2017–2019 szefem Krajowej Administracji Skarbowej, a w 2019 ministrem finansów w rządzie Mateusza Morawieckiego. No i teraz nadal jest prezesem Najwyższej
Izby Kontroli.

Dodatkowo pan prezes Banaś to wzorcowy, wręcz kryształowy, działacz „antykomunistycznego podziemia”. W jego oficjalnym życiorysie zapisano, że był „Od 1976 organizatorem kolportażu i kolporter niezależnych wydawnictw w Krakowie i na Podhalu. W latach 1976–1980 jako jeden z założycieli działał w ramach lokalnej Akcji na rzecz Niepodległości. Od 1977 działacz Studenckiego Komitetu Solidarności, od 1978 Instytutu Katyńskiego, w latach 1979–1981 Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela oraz Konfederacji Polski Niepodległej, a w latach 1980–1981 Ruchu Młodej Polski.
W latach 1981–1983 odbywał karę pozbawienia wolności za działalność w „Solidarności”. W 1984 współzałożyciel Komitetu Pomocy Więzionym za Przekonania (od 1985 Komitetu Obrony Więzionych i Prześladowanych za Przekonania Polityczne „Solidarności” Regionu Małopolska). W latach 1984–1987 redaktor naczelny podziemnego pisma „Homo Homini”. W 1985 współtwórca Polskiej Partii Niepodległościowej, był też członkiem prezydium rady naczelnej PPN, w latach 1985–1989 pełnił funkcję przewodniczącego PPN na okręg południowy.
I jeszcze w 1979 ukończył studia na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego. A rok później studia podyplomowe z zakresu religioznawstwa na UJ. Studiował też filozofię na Papieskiej Akademii Teologicznej.

Czy patriota, teolog, kawaler orderów, działacz z tak wzorcowym życiorysem, może być współtwórcą struktur mafijnych stojących ponad prawem i sprawiedliwością w państwie tworzonym przez partię zwącą się nadal „Prawo i Sprawiedliwość”?

Co wie pan prezes Banaś i jego polityczni przyjaciele o elitach PiS, że nie musi już słuchać wezwań liderów PiS nakłaniających go do „honorowego ustąpienia”?

PS. Z życia opozycji demokratycznej. Na Schetynie siadła Mucha. Czy Schetyna to już polityczna padlina?

Bigos tygodniowy

„Republika Bana-siowa”. Dobre i trafne. Kupuję.

Ćwierćinteligent z tytułem profesora i w randze ministra kultury, po czterech miesiącach od konkursu na dyrektora Muzeum Żydów Polskich „Polin” nadal blokuje objęcie stanowiska przez zwycięzcę, profesora Dariusza Stolę. Panie Gliński, kończ waść, wstydu oszczędź. Bo jak się Żydzi zdenerwują, użyją swoich mocy i się odwiną, to waści pogonią takiego kota jak prawie trzy lata temu po zmianie ustawy o IPN i znów będziecie uciekać w popłochu gubiąc gacie. A wtedy będzie wstydu co niemiara. Już jest.

„Zasada autonomii wymaga, aby organy państwa w swoich relacjach z instytucjami kościelnymi opierały się na współdziałaniu, rezygnując z wykorzystywania swoich uprawnień władczych w sposób antagonistyczny” – to fragment pisma zawierającego wytyczne, jakie Prokuratura Krajowa miała skierować do prokuratur w całym kraju, a które to pismo przeniknęło do mediów. Ta monstrualnie skandaliczna dyrektywa nakazuje rezygnację ze stosowania prawa do przestępczych działań funkcjonariuszy kościoła kat. Już bezczelny Głódź gdański odmówił kontynuowania sprawy jednej z ofiar Jankowskiego.

Kryzys w szpitalnictwie i perturbacje w rolnictwie to dwa podstawowe zakłócenia PiS-owi spokoju w prowadzeniu kampanii wyborczej. Pojawiły się jak niespodziewane wrzody na dupie. Ta zapaść kadrowa w szpitalach, zamykanie placówek zwaliło się na PiS jak belka na łeb w kościele. Z tajnej konferencji ministra rolnictwa z ARiMR przeciekło też nagranie słów Ardanowskiego Jana, że kłopoty są takie, iż „nie da się ich zwalić na poprzedników”. I tylko nauczyciele, jak to dupy wołowe, dają się jeść PiS-owi w kaszy i proklamowali strajk włoski na czas po wyborach. Pomoże im to jak umarłemu kadzidło, bo strajk włoski nie jest dokuczliwy dla władzy. Dzieci się zmartwią, że nie pojadą na wycieczkę, ale ucieszą, bo nie pójdą na dodatkowe zajęcia. Rodziców to niewiele ruszy, skoro dzieci będą chodzić do szkoły, a brak wycieczek, to dla nich tylko oszczędność.

Dało się słyszeć szum propagandowy wokół perspektywy beatyfikacji kardynała-prymasa Wyszyńskiego Stefana. W TVPiS z tej okazji odbył się istny klerykalny paroksyzm i wylew katolickiej wazeliny. A to przecież Wyszyński był jednym z budowniczych pychy i rozpasania Kościoła katolickiego w Polsce, więc w jakimś sensie jest praojcem plagi pedofilii, chciwości materialnej oraz heroldem przyszłej bezkarności kleru. Poza tym ta lawina frazesów o pokojowej, koncyliacyjnej, wypływającej z miłości bliźniego postawie Wyszyńskiego, o tym że był gołąbkiem pokoju, niezupełnie jest zgodna z prawdą. Dywizji, podobnie jak papież, nie miał, więc nie mógł walczyć z władzą PRL, potrafił lawirować, ale to był w gruncie rzeczy wojowniczy ideolog marzący o Polsce w postaci Katolickiego Państwa Narodu Polskiego, o czym świadczą już jego przedwojenne pisma.

Jerzy Stuhr oburzył PiS swoją uwagą o tym, że elektorat obecnej władzy, to potomkowie chłopów pańszczyźnianych, a ich obecna dominacja i walka z elitami to forma zemsty za wielowiekowe uciemiężenie przez szlachtę, czyli „ciarachów”. Stuhr powrócił do wątku starego, już historycznego, sięgającego jeszcze połowy XIX wieku. Krakowska rabacja 1846 roku, czyli chłopska, z Jakubem Szelą na czele, rzeź szlachty, to istotnie była zemsta za uciemiężenie i upokorzenie. Mowa o tym m.in. w „Weselu” Wyspiańskiego, w dialogu Dziennikarza z Gospodarzem. Kolejnym etapem tej zemsty miała być była wroga postawa chłopów w stosunku do szlacheckiego powstania styczniowego 1863. Motyw mniej czy bardziej skrytej nienawiści chłopów do szlachty, to stary wątek, jedna z form walki klasowej. A czy to rzeczywiście przełożyło się na świadomość czy podświadomość współczesnych potomków włościaństwa polskiego? Bo ja wiem? Teza to efektowna, ale publicystyczna i meta-ideologiczna, bardzo trudna do empirycznego udowodnienia.

Pożal się boże przedwieczny – minister kultury, wspomniany już wyżej, oświadczył, że wypożyczy Luwrowi „Damę z łasiczką”, jeśli Luwr wypożyczy Muzeum Narodowemu w Polsce „Monę Lisę”. Dowcipny człowiek, dowcipem wprost z Monthy Pytona.

A pisowski Ogórek, dawna mianowanica prawicowego polityka Leszka Millera (dziękujemy!) szaleje jak cała TVPiS i wyrzuca ze studia telewizyjnego osoby mówiące jej w oczy prawdę o jej kłamstwach i manipulacjach. A główne kłamstwo TVPiS polega w tym momencie na tym, że milczy jak głaz o horrendalnej sprawie zblatowania z gangsterami szefa Krajowej Administracji Skarbowej, Ministra Finansów i szefa Najwyższej Izby Kontroli, a grzeje niczym trzęsienie ziemi jakieś durne, knajackie i bez znaczenia chełpliwe bredzenia Sławomira Neumana sprzed dwóch lat.

„Haratanie w gałę” pojawiło się expressis verbis w tekście programu PiS. Widać, że Przewodniczący Mało osobiście maczał palce we frazeologii dokumentu. Czyżby to wyraz kompleksu niewysportowanego maminsynka, nie potrafiącego trafić nogą w piłkę, bitego przez silniejszych kolegów na podwórku – kompleksu w stosunku do wysportowanego gdańskiego ulicznika-łobuziaka Donalda z ulicy Aksamitnej? A przecież Marek Kondrat, znany aktor, kolega podwórkowy braciszków Kaczyńskich opowiadał kiedyś w wywiadzie, że były to dokuczliwe łobuzy, które ciągle coś tam podpalały i niszczyły na osiedlu. I tak zostało.

Przewodniczący Mało najwyraźniej, jak człowiek stworzony do roli dyktatora, fascynuje się budowaniem. Faraonowie budowali sfinksy i piramidy, cezarowie rzymscy – cyrki i posągi na kolumnach, Stalin – Biełomor Kanał. Przewodniczący Mało też chciałby zostać Wielkim Budownikiem (jedno z masońskich określeń Istoty Boskiej), ale na razie więcej fantazjuje niż buduje. O odbudowie zamków kazimierzowskich dawno już się nie mówi, z wież Srebrnej nic nie wyszło, poza wycięciem lasu ani drgnęła budowa kanału na Mierzei Wiślanej, w budowie jest kilka muzeów (można n.p. zobaczyć dość rozbabraną budowę jednego z nich nieopodal Cytadeli warszawskiej). Ostatnio Wielki Budownik mówił o odbudowie przemysłu chemicznego. Jeszcze nam murarzem zostanie na stare lata.

Z braku realnych sukcesów budowlanych, PiS kontynuuje festiwal niepohamowanych, oszalałych i nierealnych obietnic.

Na koniec, tuż przed wyborami, 7 nazwisk liderów listy hańby i niesławy TVPiS, „haniebna siódemka” najbardziej gorliwych pisowskich propagandystów: Magdalena Ogórek, Danuta Holecka Jacek Łęski, Michał Rachoń, Adrian Klarenbach, Michał Adamczyk, Jan Pospieszalski.

Bigos tygodniowy

Jak wynika z afery Banasia, bądź co bądź podobno głównego machera operacji „uszczelnienia luki vatowskiej”, Polska PiS nierządem i pokojami na godziny stoi. Co gorsza, Banaś zamiast zostać wyrzuconym na zbity pysk jak Piebiak, udzielił sobie urlopu, a chwilę przedtem, zrobił czystkę w kierownictwie NiK i powołał na wickę niejaką panią Motylow, jakąś znajomą Kaczyńskiej Marty. Pani Motylow była nawet podobno na którymś z niezliczonych ślubów pani Marty. Jak śpiewano przed wojną, w sanacyjnej Warszawie: „Czy pani Marta jest grzechu warta?”.

Wyjątkowo bezczelna jest narracja PiS, który powiada, że może Banaś może tam coś i mieć za uszami, ale przecież druga strona ma Nowaka, Kropiwnickiego czy Gawłowskiego. Ale ich roli nie da się nawet porównać do wagi funkcji Banasia! Żaden z nich nie był i nie jest szefem Krajowej Administracji Skarbowej, ministrem finansów ani szefem NIK. A poza tym, co łączy Banasia ze „złotym” osobnikiem z hotelu na godziny, że tak błyskawicznie odebrał od niego telefon? On, tak wysoko usytuowany dygnitarz!

Niespodziewanie furiacki atak PiS na „Sok z buraka” (TVPiS od ponad tygodnia grzeje ten temat) nie wziął się z niczego, lecz z zaniepokojenia reżymku dużym zasięgiem portalu (około miliona użytkowników). Chodzi też o wbijanie we łby publiczności komunikatu: krytyka władzy to niedopuszczalny skandal. Niepokoi ich też fakt, że poetyka „Soku z buraka” dobrze trafia do mentalności i estetyki bliskiej młodzieży, która w swojej masie, wyłączając młodzież pielgrzymkową i innych „świętych młodzianków”, na ogół lubi tzw. „bekę”.

Podobne są przyczyny wściekłego, wręcz furiackiego ataku na skromną wrocławiankę Klaudię Jachirę. Z niewinnego warzywnego żartu „Bób, hummus, włoszczyzna” i kpinek mięsno-smoleńskich w stylu odrobinę kojarzącym mi się z makabryzującą poetyką rysunków Rolanda Topora (ciała ludzkie przepuszczane przez maszynkę do mięsa itp.) zrobili zbrodnię stanu. Tu także chodzi o komunikat: z władzy drwić nie wolno. Dlatego hitlerowcy za okupacji w Warszawie tak prześladowali „zakazane piosenki” i „bekę” z hitleriady. Totalniacy najbardziej boją się śmieszności i ośmieszenia, bo na „powadze” budują swój „autorytet”.

Niestety, bardzo brzydko, nielojalnie traktują Klaudię Jachirę kandydaci Koalicji Obywatelskiej. Od Grzegorza Schetyny wszyscy pytani o nią, mniej czy bardziej wyraźnie się odcinają (w cwanym stylu: „to nie mój język”). Akurat w sprawie Jachiry nie sposób uwierzyć, że nie wiedzieli, kogo przyjmują na listę. A skoro ją przyjęli, to powinni jej lojalnie bronić lub milczeć. Nawiasem mówiąc, osobiście żałuję, że Jachira nie jest na liście Lewicy. Natomiast cieszy mnie, że nie ma na niej Moniki Jaruzelskiej, zwłaszcza po jej ostatnich, obrzydliwie plotkarsko-maglarskich wycieczkach w stronę Włodzimierza Czarzastego i Anny Marii Żukowskiej.

W cotygodniowym programie „Przegląd Rzeczypospolitej” w Polsat News (28.09), prowadzący Bogusław Chrabota, naczelny „Rzepy”, określił przeszłą reputację Banasia Mariana jako „nieposzlakowaną” czy „nieskazitelną”, bo rzeczony należał do solidarnościowej opozycji i siedział w więzieniu. Nie rozumiem tej bezkrytycznej, ryczałtowej sakralizacji solidaruchostwa i solidaruchowszczyzny. Nie rozumiem dlaczego każdy solidaruch miałby być „nieskazitelny” czy „nieposzlakowany”, od kolebki po zgon, bez względu na to co czynił po drodze, tylko dlatego, że siedział w kryminale? Podobnie jest z sakralizacją Armii Krajowej, którą tak podobno „obraziła” Jachira udziałem w słitfoci pod pomnikiem nieopodal Sejmu. AK to był półmilionowy konglomerat osób najrozmaitszego elementu. Byli w nim i idealistyczni przedwojenni podchorążowie z harcerską proweniencją, osoby pokroju Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, ale był też element kryminalny (ówczesna odmiana typa w rodzaju „złotego” znajomego Baniasia) czy faszyzująco-antysemicki (m.in. mord bandyckiej grupy Andrzeja Sudeczki na liberalno-lewicowych oficerach konspiracyjnego Biura Informacji Prasowej AK, Makowieckim i Widerszalu) i temu podobna menażeria ludzka.

W poprzedniej „Gazecie Polskiej” (co tydzień). Macierewicz i Wąsik ze służb unoszą się nad tym, jakie to „uczciwe i czyste państwo”, „troszczące się o wspólne dobro” zbudowało PiS. Po krakowskiej, burdelowej aferze Banasia („Dzwonić do Banasia”) te ich inwokacje brzmią jeszcze bardziej komicznie. No, niestety, cykl wydawania tygodnika ma swoje walory, ale i swoje wady.

„I have a dream”. Miałem sen. Śniło mi się, że jestem w obozie odosobnienia zorganizowanym przez PiS dla „gorszego sortu”. Siedzę na zewnątrz (tryb odsiadki „otwarta cela”), pod gołym niebem, na ławie, przy jakimś baraku (przestrzeń w rodzaju tej z Majdanka czy Oświęcimia) i sobie leniwie poddrzemuję. I nagle widzę przewodniczącego Mało wychodzącego z baraku po jakimś spotkaniu, z bukietem kwiatów w ręku, na pożegnanie całującego rączki pań. Już, już ma on wyjść, gdy nagle spogląda mimochodem na mnie, a ja kieruję do niego okropną minę, wrogi grymas. Przewodniczący Mało jeszcze raz spogląda na mnie z niepokojem i lękiem, jakby zobaczył upiora, wycofuje się z progu i kieruje do innego wyjścia, gdzieś wewnątrz baraku. Klnę się na Boga Żywego, że taki miałem sen. W jego poetyce było coś z nastroju filmu „O dwóch takich” Jana Batorego z udziałem braci Kaczyńskich. Byłem na nim w kinie w Lublinie, bodaj w roku 1962, jako dzieciak, więc nieco mroczny nastrój tego filmu trochę mi się wtedy udzielił.

Piotr Owczarski, były dziennikarz TVP, podobnie jak ja usunięty z TVP w roku 2016 w ramach „dobrej zmiany”, porównał atmosferę w tej instytucji do „obozu pracy w Korei Północnej”. Gruba przesada oczywiście, ale fakt, że po przyjściu pisiorów zewnętrznych i ujawnieniu się pisiorów wewnętrznych („śpiochów”) atmosfera (ja akurat byłem przy Woronicza) w tej i poprzednio niezbyt sympatycznej instytucji, zrobiła się zauważalnie ciężka, duszna, pełna podejrzliwości i wrogości. Upowszechniło się wzajemne spoglądanie „wilkiem”.

Nie jestem bezkrytyczny w stosunku do prezydenta mojego miasta Rafała Trzaskowskiego, ale z tym 500 plus to PiS sobie z nim bezczelnie i prowokacyjnie poczyna. Nie przekazali mu kasy odpowiednio wcześnie, bo właśnie chodziło im o to, by zaistniały te perturbacje z wypłatą świadczenia. Chodzi o efekt następującej demonstracji: patrzcie co będzie z 500 plus, gdyby oni wygrali wybory. Natomiast na miejscu Trzaskowskiego podałbym do sądu chama-żulnalistę Ziemkiewicza Rafała, który na Twitterze, zwracając się do niego per „pies cię trącał”, nazwał go też „złodziejem”. Niech teraz ten dziennikarski cham udowodni w sądzie, co Trzaskowski ukradł i jeśli tego nie zrobi, niech to publicznie odszczeka.

Dziwnie ucichło ( i to uderzająco, cisza aż dzwoni w uszach) wokół kościelnej pedofilii. Czyżby ktoś przestawił wajchę?

God save the NIK!

Nigdy jeszcze w nowożytnej (po 1989 r. ) nie było takiej wymiany kierownictwa Najwyższej Izby Kontroli jaka zapowiadana jest na dzisiaj. Dyskontynuacja – to nowa jakość, którą PiS wprowadza do bardzo ważnej, wrażliwej sfery działania państwa jaką jest zewnętrzna, niezależna kontrola działalności instytucji publicznych i gospodarowania publicznym majątkiem.

Decyzja świeżo wybranego Prezesa NIK, którego kompetencje do sprawowania tego ważnego urzędu zostały publicznie poważnie zakwestionowane, o zdymisjonowaniu wszystkich wiceprezesów NIK uzasadnia obawę, że okres względnej apolityczności Izby mamy za sobą.
W pierwszym komunikacie o „dobrowolnym” urlopie Prezesa NIK podała, że do czasu wyjaśnienia jego afery funkcje prezesa będzie pełnił najstarszy stażem wiceprezes. Ta decyzja zgodna była z dotychczasową dobrą praktyką i nie budziła zastrzeżeń. Jednak, w ciągu kilku godzin zaszły dwa wydarzenia: Prezes NIK odłożył swój urlop o kilka dni, oraz złożył wniosek o zwołanie nadzwyczajnego posiedzenia sejmowej Komisji Kontroli Państwowej w celu rozpatrzenia jego wniosku o dymisję wszystkich trzech urzędujących wiceprezesów i powołanie jednego – swojej zaufanej współpracownicy. Od razu widać, że scenariusz taki nie był pisany na ulicy Filtrowej co potwierdza moje wcześniej wyrażone obawy, że Prezes NIK będzie kolejną pacynką na palcu „naczelnika” państwa.
Podstawę prawną funkcjonowania Najwyższej izby Kontroli stanowią stosowne zapisy Konstytucji RP i ustawy o NIK z grudnia 1994 r. (z późniejszymi zmianami). Mam prawo uznawać się za współtwórcę tej ustawy, uchwalonej przez Sejm po rocznej, wytężonej pracy specjalnie w tym celu powołanej podkomisji sejmowej, której miałem zaszczyt przewodniczyć. Byłem też sprawozdawcą ustawy przeprowadzając przyjęty przez Komisję Ustawodawczą projekt przez cały proces legislacyjny w Parlamencie. Ustawa miała wszelkie cech ustawy ustrojowej. Stwarzała podstawy do działalności Najwyższej Izby Kontroli w państwie demokratyczny, normowała na nowo relacje pomiędzy kontrolerem a instytucją kontrolowaną oraz między NIK a Parlamentem. Projekt ustawy przygotowała Izba pod kierownictwem jej Prezesa – Lecha Kaczyńskiego, który osobiście prezentował go na posiedzeniu Komisji Ustawodawczej w listopadzie 1993 r. Projekt NIK-owski przykładał olbrzymią wagę do kwestii niezależności Prezesa NIK słusznie uznając, że jest to ważne element stabilności państwa. Przyjęte ostatecznie przez Sejm rozwiązania potwierdzone zostały później w Konstytucji RP.
Ustawa o NIK z 1994 r. była przełomowa, otwierała NIK drogę do roli nowoczesnego, zewnętrznego audytora państwa, strażnika publicznych pieniędzy w nowych uwarunkowaniach ustrojowych. Stworzyła możliwość transformacji NIK z państwowego kontrolera do roli profesjonalnego, nowoczesnego, zewnętrznego, niezależnego audytora funkcjonowania państwa. Uczyniła z Izby ważną państwowotwórczą instytucję rodzącej się demokracji.
Od 1994 r. bardzo wiele zmieniło się w kontrolnym otoczeniu Izby: znacznie ograniczona została państwowa własność w gospodarce, coraz więcej środków publicznych wydawane jest przez samorządy, w kontroli których Sejm wykluczył kryterium celowości, wreszcie Polska stała się członkiem Unii Europejskiej i beneficjentem nowego, potężnego strumienia środków publicznych. Dynamicznie zmieniały się też międzynarodowe standardy audytu finansowego i wykonania zadań. Dramat NIK polegał i nadal polega na tym, że choć ustawa z 1994 r. wymaga od dawna unowocześnienia, udoskonalenia w świetle wyżej wymienionych procesów ale też i w świetle kontrolerskiej praktyki NIK w tym okresie, to dotychczasowe jej zmiany – nie wchodząc w szczegóły – były raczej natury przyczynkarskiej i często cofały NIK na drodze do nowoczesnej według międzynarodowych standardów instytucji audytorskiej. Innymi słowy NIK czeka wciąż na mądrego ustawodawcę, mądrzejszego niż ten z 1994 r. choćby o doświadczenia z 15 lat jej stosowania.
Do tej pory, chociaż okazji do tego było co niemiara, PiS nigdy nie odkrywał swoich kart odnośnie przyszłości Najwyższej Izby Kontroli. Nigdy nie wypowiadał się w sprawach podstaw i zasad jej funkcjonowania, nie wnosił żadnych projektów modyfikacji, doskonalenia ustawy o Najwyższej Izbie Kontroli, zwiększania jej skuteczności i niezależności choćby z duchem projektu wniesionego przez Lecha Kaczyńskiego w 1993 r. Nie czynił tego mając pełną kontrolę nad Parlamentem, w którym ustawy przepychał z prędkością podświetlną niemal. Pierwszym działaniem jest właśnie supermiotła Banasia. Zwiastuje ona wszystko co najgorsze: zastraszenie pracowników, kadrowe trzęsienie ziemi w NIK – bez żadnej – co podkreślam – wizji rozwoju i doskonalenia tej instytucji.
Zwołanie na dzień dzisiejszy nadzwyczajnego posiedzenia sejmowej Komisji Kontroli Państwowej, błyskawiczne odwołanie wszystkich wiceprezesów jest ostatecznym i bezsprzecznym potwierdzeniem upolitycznienia Izby i uczynienia z niej narzędzia do realizacji celów jednej partii. PiS najwyraźniej nie wyklucza tego, że w wyniku wyborów może utracić większość parlamentarną. Całą Izbą, bez żadnego wsparcia ze strony wiceprezesów, kierować będzie więc jednoosobowo osoba bez żadnego doświadczenia w kierowaniu taką instytucją. Jedynym prezentowanym argumentem przemawiającym za kandydatką jest to, że jest „zaufaną osobą pana Banasia”. Już nie chcę nawet dociekać co stanie się, gdy w czasie pełnienia swojej podwójnej funkcji pani nowa wiceprezes nieoczekiwanie zachoruje? Ale jest coś znacznie więcej. Rozwiązanie takie stanowi poważne naruszenie Art. 202 ust. 3 Konstytucji RP, który stwierdza: „Najwyższa Izba Kontroli działa na zasadach kolegialności” oraz Art.1. ust.3 obowiązującej Ustawy o NIK. To właśnie tą, jedną z fundamentalnych, konstytucyjnych zasad działania NIK zamierza złamać dzisiaj PiS.
Jeżeli za dwie godziny dojdzie w Sejmie do wymiany trzech wiceprezesów na jednego, nowego, któremu Prezes NIK zapowiedział powierzenie swoich obowiązki na czas do wyjaśnienia stawianych mu publicznie poważnych zarzutów, będzie to stanowić delikt konstytucyjny, uzasadniający postawienie obecnej Marszałek Sejmu przed Trybunałem Stanu w sprzyjających demokracji okolicznościach – czego, , się domagam.
Jeżeli dzisiaj PiS w taki sposób traktuje konstytucyjne i ustawowe zapisy w stosunku do sytuacji, jaką stworzył wybrany przez niego Prezes NIK, to jak prezes ten stosować będzie prawo kontrolując swoich kolegów?
Dziwić się tylko mogę dlaczego Jarosław Kaczyński zrobił takie świństwo swojemu bratu Lechowi. Dlaczego dopuścił do ośmieszenia i podważenia ex ante wiarygodności NIK w kraju i zagranicą dopuszczając do powołania na stanowisko, które niegdyś piastował jego brat osobę, która sama w sobie jest zaprzeczeniem wiarygodności, na którą przestępcy (a może i specjalne służby krajowe i zagraniczne) mają poważne „haki”. Dlaczego rujnuje to, co Lech Kaczyński, jego brat, na tragicznej śmierci którego wyniesiony został do pozycji władcy niemal absolutnego, dla Najwyższej Izby Kontroli uczynił.
W Krakowie daje się odczuć podziemne wstrząsy. Epicentrum znajduje się ponoć pod Wawelem. To zapewne Lech Kaczyński przewraca się w grobie i tupie nogami.
God save the NIK!

Szokujące informacje, związki z przestępcami

Byli ministrowie finansów napisali list otwarty do prezydenta RP w sprawie Mariana Banasia.

Ujawnione w ostatnich dniach szokujące informacje o Marianie Banasiu, byłym Ministrze Finansów i byłym szefie Krajowej Administracji Skarbowej, są wysoce niepokojące i wymagają natychmiastowych działań.
Przedstawione w mediach relacje biznesowe byłego Ministra Finansów ze światem przestępczym podważają moralną podstawę zaufania obywateli do administracji skarbowej. Jak podatnicy (krajowi i zagraniczni) mieliby ufać polskiemu aparatowi skarbowemu i uważać go za rzetelny, kiedy związki jego byłego szefa z przestępcami pozostają niewyjaśnione. Pracownicy administracji skarbowej nie mogą być pewni uczciwości decyzji swoich przełożonych, kiedy w sprawie ich byłego przełożonego pojawiają się tak poważne wątpliwości.
Jednak sprawa Mariana Banasia daleko wykracza poza Ministerstwo Finansów. Dotyka ona bowiem podstawowej kwestii – uczciwości osób sprawujących wysokie urzędy w państwie oraz zachowania służb, których ustawowym zadaniem jest sprawdzanie przeszłości kandydatów na wysokie urzędy. Dlatego, pytania które wymagają natychmiastowego i szczegółowego wyjaśnienia są następujące:
– Jaki był faktyczny związek Ministra Banasia z osobami prowadzącymi hotel na godziny w kamienicy w Krakowie?
– Dlaczego w oświadczeniu majątkowym wykazał mało wiarygodną kwotę z wynajmu kamienicy? Czy w związku z tym Minister Banaś nie popełnił przestępstwa, poświadczając nieprawdę poprzez zaniżanie dochodu do opodatkowania?
– Czy Minister Banaś wiedział i aprobował niewydawanie paragonów za wynajem pokoi na godziny w swojej kamienicy i czy nieodprowadzenie należnego podatku VAT było tam normalną praktyką?
– Dlaczego CBA przez 8 miesięcy bada oświadczenie majątkowe Ministra Banasia i czy powody tej przewlekłości dotyczą kamienicy w Krakowie?
– Na ile czyjaś wiedza o niejasnościach w oświadczeniu majątkowym mogła stanowić czynnik ograniczający zdolność podejmowania przez Ministra Banasia niezależnych decyzji w organach którymi kierował?
– Kto z najważniejszych osób w państwie posiadał taką wiedzę i dlaczego nie stanowiła ona przeszkody przy kolejnych awansach w karierze Ministra Banasia?
Oczekujemy podjęcia natychmiastowych działań szczegółowo wyjaśniających ww. okoliczności przez właściwe organy państwa. Jest ewidentne, że kontrola oświadczenia Ministra Banasia przez CBA w tak długim czasie jest niewystarczającym środkiem zaradczym w sprawie takiej wagi. Kontrola ta, trwająca już osiem miesięcy, nie odkryła faktów, do których dotarli dziennikarze TVN w ciągu kilku tygodni. Tym samym nie zapobiegła powołaniu Ministra Banasia na trzy wysokie stanowiska państwowe.

Leszek Balcerowicz, Jarosław Bauc, Marek Belka, Marek Borowski, Mirosław Gronicki, Andrzej Olechowski, Jacek Rostowski, Mateusz Szczurek

Dawna stolica Polaków Ważny tunajt

Do Krakowa przyjeżdżam kilka razy do roku. Co najmniej. Głównie na koncerty, ale nie zawsze. Spotkam się to z tym, to z owym. Czasami nawet pobiegam dla sportu przy Wiśle, zwłaszcza kiedy nie pada. Mam tu paru kumpli i ludzi dobrej woli, których znam. Swego czasu poznałem w tym mieście też kilku ludzi złej woli, ale na szczęście nie kontynuowałem tej znajomości. Nie wiem do dziś, jak mieli na imiona, ani czym się zajmowali. Nie dzwonią do mnie, ani ja do nich.

To było po jakimś koncercie grupy na Ka. albo na El. Nie pamiętam. Pamiętam za to, że na dworze było już chłodno, albo dopiero chłodno być przestawało, znakiem tego jesień albo wiosna. Po udanym, a jakże, reczitalu w jednym z krakowskich klubów, zostaliśmy z grupką kilku kolegów w lokalu, przy barze. Posiedzieliśmy tam godzinę, dwie. Znałem raptem jednego czy dwóch krakusów z całego towarzystwa, a było nas tam paręnaście osób. Piliśmy, acz umiarkowanie. Głównie gadaliśmy o duperelach, jak to w knajpie. Wspominkowaliśmy, przedrzeźnialiśmy się etc. Kiedy barman ogłosił, że lokal niebawem zaprzestanie wydawania napojów, posmutnieliśmy. Większość towarzystwa się rozpierzchła. Zostałem ja, kolega z kapeli, nasz wspólny kolega z Krakowa i znajomy kolegi wspólnego, wcześniej nam kompletnie nieznany, zapoznany przy barze. To właśnie on zaproponował, żeby kontynuować zabawę na Rynku. Powiedział, że nas tam zawiezie. Było na pewno po północy. Wsiedliśmy do jego wypasionego auta w białej skórze. Nie pamiętam, czy koleś coś pił czy nie, w każdym razie, sprawiał wrażenie trzeźwego. Po kwadransie typ zajechał z piskiem opon na samiuśki Rynek, nie przejmując się kompletnie żadnymi zakazami. Zaparkował gdzieś przy Barbakanie. Powiódł nas do klubu, którego drzwi strzegł rosły bramkarz. Szedłem akurat na przedzie z kolegą z kapeli. Kolega wspólny z panem od parkowania przy Barbakanie szli za nami. Gdy doszliśmy do klubu, bramkarz spojrzał na nas dwóch, obwiesiów w tenisówkach, uśmiechnął się pod nosem i oświadczył: „W obuwiu sportowym nie wpuszczamy”, na co, słysząc to, wychynął zza nas nowy kolega od auta w białej skórze, spojrzał na bramkarza i zapytał: „Co proszę?”. Ten, gdy go zobaczył, pobladł, po czym grzecznie się ukłonił, przeprosił, i wpuścił nas do środka. Do dziś nie wiem, kim był tajemniczy jegomość. I wiedzieć nie chcę. Cośmy się zabawili w Krakowie na Rynku, to nasze.
Parę dni temu wyszło na jaw, że pewien pan z Krakowa, piastujący wysokie stanowiska państwowe, dostał w prezencie dom od byłego żołnierza AK, w zamian za dożywotnią opiekę i pochówek. Ludzie w Krakowie gadają, że miał być tam Dom Pielgrzyma, ale pan z Krakowa wynajął kamienicę typom z podejrzaną reputacja, do tego za 1/5 rynkowej ceny, a ci zrobili w niej kurwidołek z pokojami na godziny. Ten pan o tym naturalnie nic nie wiedział, albo coś tam słyszał, ale kto by tam robił aferę za taką drobnostkę. Syn jego za to, który właścicielem domu nie był, zastawił nieruchomość, wziął pożyczkę na 2,5 bańki, nie na siebie, ale na firmę, ale ten pan od kamienicy kredytu w oświadczeniu majątkowym nie umieścił, bo przecież nie był na niego, za to zawarł umowę przedwstępną na sprzedaż domu, bo dom już jego był, a bank państwowy nie miał nic przeciwko temu. I czego, człowieku prosty, z tego nie rozumiesz? Przecież to wszystko kryształowo uczciwa sytuacja, jak żupa solna spod ziemi w Wieliczce.
Na stanowisko prezesa NIK-u, tej samej Izby, w której dał się poznać ze swoich wodzowskich ambicji Lech Kaczyński, mianuje się człowieka, członka Opus Dei, do którego numerem dysponuje facet z krakowskiego półświatka. Mało tego. W chwili zagrożenia, nie waha się wybrać doń telefonu i wykonać połączenia. Do tego ta „krystalicznie uczciwa” sytuacja prawna z samą kamienicą plus fakt, że facet odwołujący się do nauki społecznej Kościoła, toleruje pod swoim, było nie było, dachem nierząd i niewierność małżeńską (co wielce prawdopodobne), stawia go w cokolwiek bladym świetle, jako idealnego kandydata do kontrolowania uczciwości ludzi i urzędów, działających za pomocą państwowych i unijnych pieniędzy. A mimo to, szefem NIK-uz zostaje. Czego jeszcze, biedni ludzie, nie rozumiecie z tej układanki? Przecież wszystko tu jest czyste jak łza!

Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”.

Bigos tygodniowy

Stan państwa polskiego po czterech latach rządów PiS – czyli „dobrej zmiany” – przedstawia się następująco. W ciągu minionych 12 miesięcy, licząc od listopada zeszłego roku, ujawnione zostały następujące afery: afera KNF czyli Chrzanowskiego Marka z prezesem NBP w tle, afera spółki „Srebrna”, afera z wynagrodzeniami asystentek prezesa NBP Glapińskiego Adama, afera lotów marszałka Sejmu Kuchcińskiego Marka, afera Piebiaka Łukasza czyli afera hejterska z Ministerstwem Sprawiedliwości z Ziobrą Zbigniewem w tle i – „przed chwilą” – afera Banasia Mariana, wieloletniego szefa Krajowej Administracji Skarbowej w randze wiceministra, następnie ministra finansów i – obecnie – prezesa Najwyższej Izby Kontroli. Banaś wszedł w deal (wynajął kamienicę) z szemranym „biznesmenem” z odsiadką więzienną w tle, specem od wynajmu pokoi na godziny, czyli „burdeltatą”. Ponadto Banaś legitymuje się bardzo podejrzanymi oświadczeniami majątkowymi. Dodajmy, że ma on opinię „człowieka Kamińskiego”, aktualnego szefa służb specjalnych i policji. O takich drobnych aferkach, jak zniszczenie zapisu z przebiegu wypadku z udziałem Szydło Beaty pod Oświęcimiem, czy afera z fałszowaniem podpisów na listach wyborczych, w którą zamieszany jest Andruszkiewicz Adam, obecny wiceminister cyfryzacji, nie warto wobec tego nawet wspominać. Mamy zatem do czynienia z sytuacją, w której jeden z kilku najważniejszych (nie de iure, ale de facto) urzędników państwa, odpowiadający za nadzór i kontrolę nad publicznymi finansami, jeśli nawet tylko otarł się o świat przestępczy, jest totalnie zdyskwalifikowany w tej roli. Dlatego obrona Banasia przez PiS i jego rząd, połączona z propagandową retoryką opartą na przyjęciu lekceważącego tonu wobec tego, co się stało, jest krańcowym wyrazem bezczelności i kłamstwa uprawianego przez tę formację. O tym, że obrona Banasia jest robieniem dobrej miny do złej gry świadczy fakt, że „zawiesił się” on w swojej funkcji. Sam czy na polecenie przewodniczącego Ma(ł)o – to już mało istotne.

Wracam do stanu państwa polskiego za „dobrej zmiany” PiS. Przedstawia się on następująco: 1. na czele rządu stoi pajac-marionetka upajający się niemal każdego dnia wygłaszaniem w tonie lirycznej euforii szumnych, kłamliwych frazesów o rzekomo wspaniałych owocach rządów PiS, w tym odlotowe brednie-majaczenia o „polskiej dolinie krzemowej”. 2. w jego cieniu buszują i kręcą podejrzane lody osobnicy w rodzaju Chrzanowskiego, Kuchcińskiego, Piebiaka czy Banasia. 3. zza tego ponurego obrazu wyłania się skrzywiony pysk obłąkanego karła, kłapiącego ponuro dolną szczęką. 4. z boku funkcjonuje nicość, figurant rezydujący pod żyrandolem w Pałacu przy Krakowskim Przedmieściu. Wszystko to podlane jest sosem politycznego katolicyzmu, z emblematem w postaci wyjątkowo ohydnych figur Rydzyka i Jędraszewskiego, wygłaszających obłąkane i podżegające frazy o „tęczowej zarazie”. Na jakie to wszystko zasługuje określenie? Rządów mafijnych, polskiego „salazaryzmu” a może po prostu rządów „kik”, czyli kryminalistów i klechów? Do tego dochodzi ćwierćinteligent z tytułem profesorskim, minister kultury w randze wicepremiera, który z rozumieniem tej dziedziny innym niż pojmowanie jej jako partyjną propagandę w stylu bogoojczyźnianym ma tyle wspólnego, co ja z szacunkiem dla kleru i który broni przed dociekliwością dziennikarzy podejrzaną w sferze dysponowania finansami tzw. Fundację Narodową.

Funkcjonariusz poczciwej niegdyś, a przez Kuchcińskiego zamienionej w uzbrojoną siłę paramilitarną Straży Marszałkowskiej zagroził śmiercią posłance Katarzynie Lubnauer dołączając do tego wulgarne obelgi. To ewidentny efekt prania mózgów dokonywanego na funkcjonariuszach SM i przerabiania ich w bezwzględną gwardię pisowską. Przerażone skutkami własnego szczucia PiS nie zlekceważyło tego radykalnego hejtu (wizja, że ów osobnik podejdzie do posłanki na sejmowym korytarzu i wypali jej w głowę okazała się nader realistyczna), więc policja namierzyła go i aresztowała w Sejmie wśród nocnej ciszy. Oto do czego nas prowadzi reżym PiS, bo tej atmosferze krew prędzej czy później się poleje. To nieuchronne.

A tymczasem po dziesięcioleciach przerwy pojawiło się zjawisko tzw. „półkownika”, czyli filmu z powodów politycznych zatrzymanego, wycofanego z konkursu festiwalowego. Spotkało to w Gdyni „Solid Gold” Jacka Bromskiego, zrealizowany na kanwie afery „Amber Gold”. Wycofania dokonała TVPiS Kurskiego Jacka, współproducent filmu. Ponieważ jednak, jak uczy Karol Marks, historia powtarza się tylko jako farsa, „półkownikowski” status filmu trwał krótko jak życie jętki jednodniówki. Nie te – technologicznie – czasy, żeby można film zamknąć na kłódkę albo w sejfie. Film został więc jednak pokazany w Gdyni, choć nagrody nie zdobył. Tak wypromowany przez Kurskiego Jacka pójdzie na ekrany kin.

Niestety, podobnej determinacji jak filmowcy nie okazał rektor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, który po kilku bodaj dniach odwiesił z zawieszenia pedagoga Nalaskowskiego Aleksandra, który został ukarany za epatowanie w tygodniku Karnowskich mową dyskryminacji i nienawiści. Takie pobłażanie nie jest wychowawcze. Nie twierdzę, że rektor powinien kazać Nalaskowskiego powiesić, ale co najmniej przez pół czasu orzeczonej kary powinien go przetrzymać, dla ochłonięcia.

„Bób, Hummus i Włoszczyzna” – taka niewinna kpinka grona młodych ludzi z nadętego hasła „Bóg, Honor, Ojczyzna” spotkała się z obłąkańczą furią pisowskiej propagandy. Tu również w tle jest pisowskie nieuctwo historyczne. Gdyby wiedzieli jakim brutalnym językiem posługiwali się wzajemnie politycy i publicyści w tej idealizowanej przez PiS II Rzeczypospolitej, przekonaliby się, że „warzywny” żarcik jest bezkrwisty i delikatny w smaku jak zupa jarzynowa.

By pozostać w pokrewnym klimacie: w sobotę uczestniczyłem, na katolickiej Warmii, w ślubie młodej (także metrykalnie) pary. Ślub odbył się na modłę pogańską, w zielonym gaju, z jeziorem w tle, pod barwnie ukwieconym łukiem ogrodowym („chwalcie łąki umajone”), a ślubu udzieliła pani urzędnik stanu cywilnego. Wszystko odbyło się w uroczej swobodnej atmosferze, bez czyichkolwiek kwasów i szeptanki. I co najważniejsze – swoją obecnością nie zasmrodził atmosfery swoją obecnością żaden katolicki klecha.

Wobec dramatycznej wagi większości powyżej przywołanych zdarzeń, pomysł z certyfikatami na dziennikarzy może sobie PiS włożyć w buty, między słomę. Podobnie nieważne jest wysługiwanie się przez ex-ulubienicę Leszka Millera, Jakubowską Aleksandrę, Rachoniowi Michałowi w jego porannym programie „Jedziemy” w TVPiS, w towarzystwie lubelskiego nazika Kowalskiego Mariana i tym podobnych osobników.

Upadek Najwyższej Izby

Obejmując urząd nowy członek Europejskiego Trybunału Obrachunkowego zobowiązany jest złożyć uroczyste ślubowanie przed pełnym składem Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości.

Ceremonia ślubowania ma charakter publiczny, w obecności przedstawicieli Parlamentu, Komisji Europejskiej i mediów. Jeden z fragmentów roty ślubowania brzmi następująco:
„Ślubuję uroczyście nie przyjmować żadnych instrukcji od rządu, partii politycznych ani innych instytucji oraz nie ubiegać się o takie instrukcje”.
Ślubowanie jest publiczną deklaracją kierowania się w wypełnianiu obowiązków audytora zasadami obiektywizmu i niezależności, gdyż te dwa przymioty (prócz oczywiście profesjonalizmu) decydują o generalnej wartości audytora jaką jest wiarygodność. Niezależność, obiektywizm i profesjonalizm audytora to więc podstawowe międzynarodowe standardy audytu zapisane już w słynnej Deklaracji INTOSAI z Limy (1978), oczko w głowie i bastion każdego szanującego się najwyższego państwowego organu kontrolnego.
W praktyce z tą niezależnością bywa różnie. Na ogół politycy nie doceniają fachowego, zewnętrznego audytu dla prawidłowego funkcjonowania państwa i często zainteresowani są wyłącznie możliwością użycia ustaleń kontrolnych do bieżącej młócki politycznej. Również władza wykonawcza ma tendencje do wpływania na wyniki kontroli bądź traktowania zewnętrznej kontroli jako dopustu bożego. Dlatego wiarygodność najwyższego organu kontrolnego w państwie w decydującej mierze zależy od tego organu, od jego aktywności i determinacji w obronie swojej niezależności. Państwowe najwyższe organy kontrolne wspierane są w tej codziennej walce przez międzynarodowe organizacje jak INTOSAI czy EUROSAI, które ustanawiając międzynarodowe standardy dostarczają im stosowych argumentów.
W minionych czterech latach dyskusja w polskich mediach o polskim najwyższym organie kontroli (NIK) koncentrowała się wokół dwóch obszarów: bieżące wyniki kontroli i domniemane afery Prezesa NIK. Pilnie śledziłem wystąpienia publiczne polityków rządzącego ugrupowania, zarówno wówczas, gdy domagali się dymisji Prezesa Kwiatkowskiego jak i wówczas, gdy już było jasne, że do zmiany na tym stanowisku dojdzie w normalnym trybie ustawowym. Mówiąc wprost interesowało mnie czy nowa władza publicznie wykaże zrozumienie znaczenia niezależności NIK dla państwa i czy zadeklaruje działania dla jej ochrony. Nic takiego nie nastąpiło. Żaden polityk PiS, czy to Marszałek Sejmu, Prezydent, czy nawet „naczelnik państwa”, nigdy oficjalnie nie zająknęli się nawet na ten temat. W świetle niebywałych afer wokół Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego i Krajowej Rady Sądownictwa taka wstrzemięźliwość musiała budzić najgorsze obawy o przyszłość jednego z instytucjonalnych filarów demokratycznego państwa – Najwyższej Izby Kontroli i to w jubileuszowym roku 100-lecia jej działalności. Jakiekolwiek nadzieje, że może będzie inaczej rozwiał wybór nowego Prezesa Izby. I nie chodzi tylko o to, że NIK wpisana została na listę PiS-owskich łupów wojennych. Chodzi o coś większego, o to, że wybór ten w sposób modelowy niemal zaprezentował formułę polskiego państwa, której hołduje Jarosław Kaczyński i jego Grupa Trzymająca Władzę i którą zdecydowani są realizować wszelkimi sposobami. Najdobitniej problem ten wybrzmiał w wystąpieniu Mariana Banasia, świeżo wybranego przez Sejm Prezesa NIK, na forum Senatu podczas „debaty” nad wymaganą Konstytucją zgodą izby dumania na ten wybór. Wystąpienie to zupełnie nie zostało zauważone przez media, co podkreśla tylko postępującą znieczulicę opinii publicznej na proces rujnowania polskiego państwa.
Trzeba powiedzieć wprost: wystąpienie Mariana Banasia, wstępującego Prezesa Najwyższej Izby Kontroli przed Senatem w dniu 30.sierpnia b.r. nie mogę inaczej nazwać jak skandalicznym i powodem do poważnych obaw o przyszłość Polski. I nie chodzi już tylko o to, że było ono nieskładne, niewolne od błędów gramatycznych, składniowych i logicznych – jednym słowem, że od strony formalnej było na poziomie nie licującym w żaden sposób z powagą NIK i wysokim poziomem kultury językowej, której Izba przez lata się dorobiła. Nie chodzi też o to, że osoba Pana Banasia swoim formatem do pięt nie dorasta takim prezesom NIK jak prof. Walerian Pańko czy prof. Lech Kaczyński. Ważne jest to, co Pan Banaś w swoim pierwszym publicznym wystąpieniu w roli Prezesa Najwyższej Izby Kontroli powiedział, a jeszcze ważniejsze jest to, czego nie powiedział. Stanowisko Prezesa NIK należy do tych nielicznych w państwie, jak Prezydent, Premier, Marszałek Sejmu czy Prezes NBP, którego wypowiedzi publiczne są (powinny być) istotne, których się słucha i które są analizowane. Nie mogła o tym nie wiedzieć osoba, która chwali się swoją wieloletnią praktyką w NIK.
Wystąpienie Prezesa Banasia (dostępne na stronie internetowej Senatu oraz, z kronikarskiego obowiązku jako dodatek do tego wpisu) ma bardzo charakterystyczną formę i układ. Jest więc to rzadko spotykana forma autolaudacji, jakby nie było nikogo innego, kto o cnotach Prezesa chciałby Senat poinformować. Już w pierwszym zdaniu, Prezes podkreśla zaszczyt jaki go spotkał, zupełnie nie wspominając o przyjętej na swoje barki odpowiedzialności. Cóż, zaszczyty – rzecz najważniejsza i jak widać jedyna. Zaszczyt, który spłynął na Pana Banasia traktuje on jako nagrodę za swój życiorys opozycjonisty z czasów Polski Ludowej, gdyż to jest przez niego wybite na pierwszym miejscu wśród czterech argumentów, które jego zdaniem przemawiają za zdobyciem tego zaszczytu. Kolejnym argumentem w autopromocji jest oczywiście deklaracja głębokiego patriotyzmu połączona z publicznym wyznaniem głębokiej wiary w Boga oraz uznanie Go za źródło prawdy. To bardzo ważne wyznanie, gdyż założyć należy, że teolog z wykształcenia uznaje tym samym prymat „prawa boskiego” nad „prawem ludzkim” – co w ustach Prezesa NIK musi niepokoić szczególnie. Do tej pory źródłem prawdy o państwie były ustalenia inspektorów Najwyższej Izby Kontroli na podstawie szeregu kryteriów, z których najważniejsze to kryterium legalności, czyli zgodności z obowiązującym prawem (ludzkim). Czyżby od dzisiaj źródłem prawdy o państwie były objawienia? Czyje?
Trzecim (nie pierwszym!) argumentem jest jego przygotowanie merytoryczne, które sprowadził do „ponad dwudziesty lat pracy w NIK” i ścieżki formalnego awansu. Żadnych konkretnych, własnych osiągnięć kontrolerskich nie było?
Najbardziej charakterystyczny jest argument czwarty: wyznanie głębokiej wdzięczności znacznie przekraczające granice uległości Prezesowi PiS i pisowskim posłom za zaufanie.
Czego Pan Prezes – wieloletni pracownik NIK – nie powiedział? Ano właśnie nie powiedział ani słowa o niezależności Najwyższej Izby Kontroli i niezależności jej kontrolerów ani o staraniach przestrzegania najwyższych, międzynarodowych standardów kontroli – co w świetle okoliczności jego wyboru było szczególnie ważne.
Głęboki niepokój budzić musi również wizja zadań NIK pod kierownictwem nowego prezesa. Zabrakło w niej wspierania Sejmu w wypełnianiu jego konstytucyjnego obowiązku kontroli działania rządu i jego agend. Znalazł natomiast Pan Prezes czas i miejsce, aby zadeklarować zadania NIK jako narzędzie PiS (władzy politycznej i wykonawczej) do realizacji jego strategicznych planów i „przeciwdziałania wszelkim zmianom w złym kierunku”. To już brzmi naprawdę groźnie.
Najwyższa Izba Kontroli w swojej najnowszej historii nie miała szczęścia do polityków tego formatu, którzy przed stu laty stworzyli jej fundamenty. O swoją niezależność zawsze musiała walczyć. Dzisiaj widać wyraźnie, że i ta reduta demokratycznego państwa upadła.
Nie z małostkowości, ale dla pełnego obrazu nowego Prezesa NIK dwie uwagi szczegółowe.
Prezes Banaś chwali się, że był doradcą w rządzie Olszewskiego. Po prawdzie był doradcą Antoniego Macierewicza w tym rządzie, ale widać – trochę dzisiaj wstyd…
Prezes Banaś za główne merytoryczne uzasadnienie swojej prezesury podaje „ponad 20 lat pracy w NIK”. W Izbie znajdzie się kilkaset osób o stażu nie krótszym. Rzecz jednak w tym, że faktycznie Pan Banaś przepracował w NIK fizycznie około 15 lat – przez resztę czasu pracował „na oddelegowaniu z NIK” w jednostkach rządów PiS. 25% „pomyłki”, a właściwie świadomego wprowadzenia w błąd w ustach Prezesa NIK nie może wróżyć niczego dobrego.