Kabaret

Czterdzieści lat temu byliśmy „najweselszym barakiem w obozie”. Nie traciliśmy humoru, działały kabarety naśmiewające się z naszych wad i z naszej sytuacji politycznej.

Starsze pokolenia pamiętają Tey, Dudka i pokazywany w reżimowej telewizji Kabaret Starszych Panów. Pamiętają krakowską Piwnicę pod Baranami i ówczesną warszawską Syrenę. Pamiętają też o filmach Barei.

Konkurencja

Kabarety były w PRL-u i 30 lat po jej upadku domeną aktorów, piosenkarzy i autorów specjalizujących się w satyrycznych tekstach. Ale przyszedł rok 2015 i to się zaczęło zmieniać. Owszem – jest i dzisiaj kilku starszych i młodszych „kabareciarzy”, którzy piszą dobre teksty. Takie kabarety jak Moralnego Niepokoju czy Młodych Panów nadążają za chlubną przeszłością.
Z niepokojem jednak obserwuję, że niespodziewanie wyrasta im nieprofesjonalna konkurencja. Silna, władcza i bezwzględna. To politycy zgrupowani w rządzącej partii, słuchający tylko swego wodza, Najważniejszego Zwykłego Posła, starający się swoimi działaniami uprzedzać jego życzenia.
Część tych działań jest tak niezgodna z prawem i tak humorystyczna, ze staje się politycznym kabaretem, niekiedy bardziej śmiesznym od pomysłów zawodowców. Ale ma wadę. Budzi – przynajmniej u mnie – śmiech przez łzy, jest niebezpieczna dla obywateli i może grozić destrukcją państwa, jednocześnie spychając je na margines Europy.

Tajne podpisy

Długotrwałym „numerem” kabaretowym, wymyślonym przez rządzącą partię, są manewry wokół powołanej według nowych zasad – czyli przez polityków – Krajowej Rady Sądowniczej. Aby zachować pozory demokracji kandydaci na członków tego „ciała” musieli być poparci podpisami wnioskodawców – aż 25 sędziów. Musieli być znani i uznani w środowisku, bo poinformowano „suwerena”, że zdobyli je z zastanawiającą łatwością. Dokumenty z tymi podpisami natychmiast jednak utajniono i schowano w głębokim sejfie sejmowym.
Występy i działania kabaretowe związane z tą sprawą zaczęły się z chwilą, kiedy Naczelny Sąd Administracyjny zapragnął zobaczyć te podpisy. Odruchy paniki obozu rządzącego były zabawne i zakończyły się decyzją „organu administracji państwowej” powołanego dla ochrony danych osobowych. Nie pokażemy tych podpisów, bo podpisujący boją się ostracyzmu i sobie tego nie życzą. Sejm i Senat w Polsce może jeszcze głosować jawnie, prokuratura noże mieć „przecieki” pozwalające na powszechną wiedzę, komu ma zamiar postawić zarzuty, jawne są oświadczenia o stanie majątkowym – ale suweren nie może wiedzieć, kto popiera członków KRS.
Organ od ochrony danych osobowych zabronił nam ujawniania tych podpisów – powiedziała kancelaria sejmu. Poparł ją publicznie jeden z wiceministrów sprawiedliwości, mimo, że „w międzyczasie” także sąd okręgowy w Olsztynie wykazał się niezdrową ciekawością i zażądał pokazania podpisów.
Jako starzejąca się, mikroskopijna część suwerena, mam charakter przestraszonego baranka. Kancelarię, tak „po ludzku” mogę jeszcze zrozumieć Musi słuchać się szefów. Ale wiceminister sprawiedliwości lekceważący wyroki i żądania sądów zagrał w tym numerze kabaretowym rolę, która w państwie praworządnym powinna natychmiast zakończyć jego karierę.
Nie jestem prawnikiem. Ale lata innych studiów i praktyki utrwaliły we mnie przekonanie, o prymacie wyroków sądów. Może niesłuszne. Może teraz ma być inaczej. Jednak, jeśli policja mnie zatrzymuje, to sąd może mnie zwolnić. Jeśli komornik błędnie mi coś rekwiruje, to sąd może kazać mu to zwrócić. Jeśli sąd może nawet anulować decyzje specjalnej komisji wykrywającej nieprawidłowości w gospodarce nieruchomościami w Warszawie – to nie rozumiem, dlaczego nie może kazać ujawnić nazwisk osób popierających sędziów i dlaczego nie wykonuje się natychmiast takiej decyzji. Chyba, że w założeniu ma to być kabaret pobudzający fantazję. Może w sejfie sejmowym są tylko puste kartki, albo wszystkie listy poparcia są takie same?

Węzeł gordyjski

Krótki, ale błyskotliwy numer kabaretowy mieliśmy ostatnio w czasie posiedzenia sejmu, wybierającego kandydatów na członków wspomnianej Rady Sądowniczej. Przeprowadzono głosowanie, ale nie ogłoszono wyniku – prawdopodobnie niesatysfakcjonującego obozu rządzącego. Za to zdecydowano o powtórzeniu glosowania. Ten drugi wynik był dobry – więc go ogłoszono. U telewidza, (czyli także u mnie) powstała wątpliwość, czy przypadkiem nie marnujemy czasu i pieniędzy suwerena na tworzenie parlamentu, w którym można sobie dowolnie manipulować 460-ciu wybrańcami narodu. Może było by prościej i taniej ograniczyć się do jednego, zwykłego, ale Najważniejszego posła? I można wtedy pozbyć się tych skomplikowanych urządzeń do głosowania. Najważniejszy poseł podniesie rękę – czyli jest za i trzeba to natychmiast realizować. Nie podniesie – jest przeciw i trzeba to ze wstrętem odrzucić do kosza.
Rządowy kabaret sądowniczy niemal równolegle błysnął wyborem kandydatów na nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Kandydatury budziły zastrzeżenia merytoryczno – historyczne uzupełnione wątpliwościami, czy mogą być kandydatami osoby w wieku emerytalnym. O to ograniczenie niedawno upominano się przy ataku na Sąd Najwyższy. Nie ma powodów, aby w TK było inaczej. Wybrani większością PIS kandydaci i tak mi się nie podobają, ale – delikatnie mówiąc – przy wyborze aż na 9 lat, powinni być teraz zdecydowanie przed granicą wieku emerytalnego. A nie są.
Nie mogę też pojąć, dlaczego do ważnego dla suwerena Trybunału powołuje się profesorów, doktorów, ale także magistrów prawa. Powierza się im również kierowanie tym prestiżowym organem. Nasze uczelnie „produkują” dostateczną liczbę doktorów, którzy mogą później uzyskać stopnie prawdziwych profesorów, aby wystarczyło ich na podmianę starzejącej się kadry w Trybunale. To chyba jakaś tajna zmowa magistrów, słynących z umiejętności gastronomicznych i organizowania życia towarzyskiego, które zachwycają nawet Najważniejszego Posła.
W prawniczym zespole numerów kabaretowych aktualna władza tak się „zakałapućkała”, że powstał istny węzeł gordyjski. Sędziowie podejmują uchwały, że nie będą opiniować nowych kandydatów do czasu, aż wyjaśniona zostanie sprawa legalności powołania obecnego składu KRS. Sąd Najwyższy ma się wypowiedzieć o poprawności naszego, zmienianego systemu „kierowania” sprawiedliwością. Na wniosek Komisji UE Trybunał Międzynarodowy w Luksemburgu też jeszcze wróci do sprawy praworządności w Polsce. Rząd traci nerwy. Jego rzecznik mówi coś o „ukróceniu” działalności niezadowolonych sędziów. To brzmi jak groźba z wczesnych lat 50-tych ubiegłego wieku. Podpowiadam nieodpłatnie. Rosja ma opuszczone obozy na Kamczatce i w Obwodzie Magadańskim. Na pewno nie zażąda wysokiej ceny za ich wynajęcie. Wystarczy zadzwonić do Prezydenta Putina. Uratowane tygrysy jadą do azylu w Hiszpanii, a nasi „niegrzeczni” sędziowie mogą pojechać na zasłużony odpoczynek w tych obozach.
Kabaretowy, prawniczy węzeł gordyjski nie nadaje się już – moim zdaniem – do łagodnego rozplątania. Potrzebny jest nowy Aleksander Macedoński z ostrym mieczem, który go przetnie. Problem w tym, że go nie widzę. I to może oznaczać fatalne w skutkach dla szarych obywateli działanie tego numeru kabaretowego nawet do końca kadencji obecnej władzy.

Wszechstronna oferta

Jak ktoś nie lubi problemów prawniczych, to może się pośmiać z z kilku innych kabaretowych numerów oferowanych przez nasz zapobiegliwy rząd. Może się rozbawić historią myśliwców MIG 29, które ciągle stanowią istotną część naszych sił powietrznych. Są i stoją. Bo od dawna niedoszkalanym pilotom skończyły się formalne uprawnienia. Wprawdzie odważny głównodowodzący naszymi siłami zbrojnymi podjął decyzję, że mają jednak latać – ale problem nadal istnieje i trochę narusza, nienaruszalną zasadę zapewnienie „bezpieczeństwa lotów”.
Zachichotać można także przy odtworzeniu historii wyposażania naszej armii w helikoptery. Mieliśmy kupić od Francuzów 50 dobrych Caracali, ale rząd się z tego wycofał zaraz na początku poprzedniej kadencji. Bo za drogo. Znacznie taniej mieliśmy kupować maszyny amerykańskich i włoskich firm, częściowo wytwarzane w Polsce. Ale podobno jest jeszcze drożej i dłużej trzeba czekać.
Jeśli dla kogoś i ta tematyka jest za nudna – może zainteresować się bliżej sprawą krakowskiego hotelu i znajomości prezesa NIK M. Banasia. Już widzę skecz przypominający „Sęk”, słynną rozmowę telefoniczną Dziewońskiego z Michnikowskim, w kabarecie Dudek. Pan Prezes rozmawia z kimś, z kim jest „na ty”, ale nie wie, z kim i nie ma pojęcia, o czym rozmawia. Można też uruchomić zakłady, czy Prezes NIK spełni sugestię wierchuszki PISu i zrezygnuje ze stanowiska, czy też uprze się i postanowi je nadal piastować.
Najodważniejsi wielbiciele kabaretów mogą jeszcze domagać się skeczy ilustrujących wnikliwość i obiektywizm prokuratury. Monolog prokuratora zastanawiającego się nad argumentacją umorzenia śledztwa w sprawie wieszania na szubienicach portretów niektórych euro-posłów i nad sposobami nieprzesłuchiwania Najważniejszego Posła, w sprawie „Srebrnej”, mógł by być gwoździem sezonu.

Lewica: miejsce Banasia to więzienie, a nie NIK

Lewica nie odpuszcza tematu Banasia. Formacja poinformowała, że na najbliższym posiedzeniu Sejmu zażąda od Mateusza Morawieckiego odpowiedzi na kluczowe pytanie: jakim państwo dopuściło kogoś takiego jak „Pancerny Marian” na stanowisko szefa Najwyższej Izby Kontroli?

„Pancerny Marian” pokazuje, że nie bez kozery nosi swój przydomek. Mimo, że afera z nim w roli głównej wybuchła 22 września, nadal piastuje funkcję prezesa NIK. W ubiegły czwartek na prywatnym spotkaniu do złożenia rezygnacji próbował go nakłonić sam prezes.
I stała się rzecz niespotykana – Kaczyński został odprawiony z kwitkiem. Prezes miał grozić usunięciem syna Banasia z intratnych stanowisk i obcięciem ,środków dla jego fundacji. Groźbę zrealizować – Jakub Banaś został w poniedziałek zwolniony z PKO BP. „Pancerny Marian” nadal jest szefuje Izbie. Również wczoraj nie doszedł do porozumienia z marszałek sejmu Elżbietą Witek w sprawie warunków dymisji.
Nieudolność PiS w rozwiązywaniu problemu umiejętnie punktuje Lewica. Najpierw odrzuciła propozycje rządu, który w desperacji sondował możliwość zmiany konstytucji – tak aby móc odwołać Banasia.
– Mówimy jednoznacznie: ręce precz od konstytucji. Nie damy PiS możliwości grzebania przy ustawie zasadniczej, ponieważ zdajemy sobie sprawę z tego, że nie skończyłoby się na sprawie Mariana Banasia – powiedziała posłanka Agnieszka Dziemianowicz-Bąk. Teraz Lewica próbuje zepchnąć PiS do narożnika. Na najbliższym posiedzeniu chce aby premier Morawiecki wytłumaczył społeczeństwu dlaczego Banaś, jako kandydat na prezesa NIK nie został dokładnie sprawdzony przez służby specjalne – ABW i CBA.
Czy było to celowe zaniechanie i próba posadzenia na wysokim stanowisku polityka „na krótkiej smyczy”? Czy też zwykłe zaniedbanie?
„Pomimo deklaracji polityków PiS, na czele jednej z najważniejszych instytucji państwa, pozostaje potencjalny przestępca. Widać wyraźnie, że państwo pod rządami PiS-u jest w sprawie Mariana Banasia bezsilne” – czytamy w komunikacie Lewicy.
„Żądamy informacji o działaniach służb oraz wyjaśnienia, dlaczego na jedno z najwyższych stanowisk w państwie wybrano osobę z tak niejasnymi powiązaniami i nieudokumentowanym majątkiem. Wszystko na to wskazuje, iż miejsce dla pana Banasia jest bardziej w więzieniu, a nie w gabinecie prezesa NIK” – zauważają politycy Lewicy.
Lewica wskazuje też na to, co PiS może zrobić w tej sprawie. Po pierwsze – powinien postawić „Pancernego Mariana” przed Trybunałem Stanu. Lewica zagłosuje za takim wnioskiem. Po drugie – Banaś powinien złożyć wyjaśnienia przed pracownikami instytucji, której podjął się prezesowania, wiedząc doskonale o swoich niejasnych interesach. Po trzecie – uchylić prezesowi NIK immunitet, aby mógł być obiektem prokuratorskiego śledztwa. Również w tej sprawie Lewica zagłosuje za.

Właśnie tak działa mafia…

Obejrzałem wystąpienie przed sądem pozwanego Wojciecha Sadurskiego, którego Prawo i Sprawiedliwość pozwała za stwierdzenie, że PiS to zorganizowana grupa przestępcza. Profesor Sadurski przedstawił swój punkt widzenia i podał kilka przykładów. Szkoda, że jego sprawa nie odbywa się choćby dziś, bo oto pojawił się świeżutki przykład wręcz idealny.

Dzisiejsza Rzeczpospolita (2 grudnia 2019) w artykule pt. „PiS kontra szef NIK: Spółki syna Banasia kartą przetargową” pisze: „Z ustaleń „Rzeczpospolitej” wynika, że sporą część rozmowy (pomiędzy: Marianem Banasiem a Jarosławem Kaczyńskim i Mariuszem Kamińskim, w trakcie której „poprosili” go złożenie dymisji – przyp. aut.) poświęcono synowi prezesa NIK – Jakubowi Banasiowi, który od kilku lat był właścicielem spółek i ich prezesem oraz fundacji mieszczących się w „aferalnej” kamienicy przy ul. Krasickiego 24 w Krakowie.”
Cóż zatem się stało według Rzeczpospolitej – otóż Banasiowi dwaj panowie K. złożyli propozycję, która w każdym wariancie jest dokładną kopią działań mafijnych i jest po prostu ordynarną korupcją w najlepszym zorganizowanym wydaniu.
Bo co ta propozycja w istocie oznacza? Przedstawmy to w dwóch hipotetycznych wariantach:

Wariant 1

Młody Banaś robi wałki w swoich spółkach. Panowie K. mówią – Jak będziesz posłuszny i odejdziesz w ciszy i spokoju z NIK, to my ci obiecujemy, że wszystkie brudy twojego synalka zamieciemy głęboko pod dywan a i tobie włos z głowy nie spadnie. Dowody, które mamy gdzieś się zgubią i to tak skutecznie, że nigdy się nie znajdą. Wszak mamy do dyspozycji całe państwo.

Wariant 2

Młody Banaś jest czysty niczym łza. Panowie K. mówią – Jak nie odejdziesz dobrowolnie z NIK i nie będziesz trzymał języka za zębami, to my ci gwarantujemy, że rozmażemy twojego synalka razem z jego spółeczkami. A i tobie przy okazji łeb urwiemy. Dowody się znajdą takie jakie będą potrzebne. Wszak mamy do dyspozycji całe państwo.
Jakby nie patrzeć dwaj panowie K.: prezes Prawa i Sprawiedliwości i koordynator tajnych służb z nadania Prawa i Sprawiedliwości stosują metody zorganizowanej grupy przestępczej, w skrócie zwanej mafią. Tę technikę w ojcu chrzestnym nazwano „propozycją nie do odrzucenia”.

Banaś przetargowy

Bo czego innego mogłoby dotyczyć zagranie „kartą przetargową” młodego Banasia (nota bene od kilku miesięcy pełnomocnika zarządu w Banku Pekao SA), jak nie wariantu nr 1 lub 2? No jeszcze dodatkowo może wchodzić w grę wywalenie go na zbity pysk z państwowych spółek.
Śmiech przez łzy wywołuje fakt, że Rzeczpospolita podała tę informację jako ciekawostkę w toczącym się pojedynku bokserskim Banaś kontra PiS. Nawet się nie zająknęli, że oto podają jak na tacy przykład przestępczej działalności zorganizowanej grupy zajmującej się korupcją przy wykorzystaniu państwowych stanowisk, politycznych wpływów i pozycji we wszystkich dziedzinach życia naszego kraju.

Mamy Zachód, tyle że dziki

– Jesteśmy państwem rozchwianym, rozmontowywanym, wewnętrznie niespójnym. Nie mam poczucia powagi polskiego państwa w tej sytuacji, bo jeżeli to państwo dopuściło kogoś takiego jak pan Banaś na jeden z najwyższych urzędów państwowych, a teraz nie potrafi sobie z nim poradzić, to to nie buduje powagi Rzeczpospolitej – mówi prof. Marek Migalski w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: O co chodzi w tej grze Mariana Banasia z PiS-em? Dwa dni temu wyglądało na to, że mamy układ – Banaś oddaje NIK pod kontrolę PiS-u mianując polityków tej partii na wiceprezesów NIK-u, a PiS zostawia Banasia w spokoju.

MAREK MIGALSKI: Też miałem wrażenie, że został zawarty jakiś pakt między Banasiem a PiS-em, dlatego że nominacje na wiceprezesów musiały być konsultowane z Nowogrodzką, a po drugie politycy tej partii robili wszystko na komisji pod przewodnictwem posła Szaramy, żeby to zostało szybko i sprawnie przeprowadzone. Wyglądało, że został zawarty jakiś układ, który ma pozwolić obu stronom wyjść z tego z jak najmniejszymi stratami. Dziś widzimy, że jest jakieś przesilenie. Dodam jeszcze, że w piątek wieczorem media podały, że został zwolniony pan Krupiński, czyli szef Pekao, którego nominacja była czysto polityczna, zatem jego dymisja również taka musi być. To oznacza, że coś się dzieje. Oczywiście nie dowiemy się konkretnie, co, bo to wie tylko najwęższy krąg decyzyjny PiS-u, ale chyba został złamany przez którąś ze stron układ, który obowiązywał jeszcze 48 godzin temu.

To, że pozostawanie na funkcji szefa NIK-u pana Banasia jest kłopotliwe dla PiS-u, wiedzą wszyscy, tym bardziej, że mówią o tym już sami politycy pis-u, domagając się jego dymisji.

Premier w końcu przeczytał raport CBA, które z kolei zapowiedziało, że zgłasza sprawę Banasia do prokuratury. Kuriozalnie to wygląda.

Jeszcze lepiej wygląda to, że premier zapowiedział, że przeczyta, a po przeczytaniu zadzwoni do Banasia. Doszło więc do jakiegoś kabaretowego wręcz powtórzenia – rozumiem, że nieświadomie – słów owego gangstera, który na wątpliwości dziennikarza odpowiedział, że „zadzwoni do Banasia”.
To wszystko oznacza nie tylko, że premier nie potrafił poradzić sobie przez ponad tydzień z lekturą krótkiego dość raportu, ale jeszcze dawał powody do tego typu sarkazmu czy ironii, kiedy sytuacja nie skłania raczej do krotochwil, bo każdy dzień pozostawiania Mariana Banasia na urzędzie szefa NIK-u jest – jak powiedziałby Lech Wałęsa – plusami ujemnymi dla PiS-u. Dziś się odżegnują od Banasia, ale cały czas pamiętamy te zdjęcia, kiedy w momencie wyboru Banasia cała rada ministrów, na czele z uszczęśliwionym premierem Morawieckim i ministrem Glińskim, wstają, klaszczą i gratulują mu.
Nawet gdy dziś chcą dymisji banasia, to naważyli sporego piwa, które teraz przychodzi im wypić. Trochę przypomina to stary dowcip o socjalizmie, że ten system świetnie rozwiązywał problemy, które sam stworzył.

Premier mówi o „planie B”, podobno chodzi o zmianę konstytucji lub ustawy.

Pozwoliłem sobie na żart, że może chodzi o wysłanie Banasia do TK, bo do tego nas obóz władzy przyzwyczaił, ale jak rozumiem tu musi nastąpić zmiana ustawy zasadniczej. Moim zdaniem to nie wchodzi w grę, bo musieliby przy tym pomagać posłowie opozycji, a mówiąc cynicznie, opozycja nie powinna być zainteresowana szybkim rozwiązaniem tego problemu, bo z tej awantury może politycznie profitować. Opozycja dziś powinna po cichu wspierać Banasia i trzymać za niego kciuki i mówić „Marian, nie poddawaj się”, bo to jest sytuacja niszcząca dla PiS-u.

Może Marian Banaś powinien dogadać się po cichu z opozycją, bo ma teraz ogromną władzę – może prześwietlić majątek premiera, zająć się prokuraturą czy może nawet spółką Srebrna?

Z punktu widzenia pana Banasia to prawdopodobnie byłoby opłacalne, ale z punktu widzenia opozycji byłoby to samobójcze. Można mówić różne krytyczne słowa pod adresem opozycji, ale nie to, że w osobie pana Banasia znajdzie sobie kolegę. Co ciekawe, skierowanie wniosku do prokuratury przez CBA utwardza Banasia w przekonaniu, że w żadnym stopniu nie powinien się zrzekać immunitetu, bo teraz go chroni, a powaga urzędu go buduje. Sądzę, że ten Ruch CBA go utwardzi w pancerności i wygląda na to, że ta wojna może być długotrwałą i pozycyjną i na wyniszczenie, choć oczywiście wiemy, kto w końcu zwycięży.

Pan wie?

Siły Banasia są nieporównywalne z siłami PiS-u, tylko że to może być pyrrusowe zwycięstwo dla PiS-u. Może być tak, że kiedy w końcu uda im się wyrzucić Banasia z miejsca, w którym go zainstalowali, to koszty społeczne będą o wiele większe, niż ktokolwiek sądził.

Gdyby to był amerykański film, to szybko znalazłyby się jakieś kompromitujące materiały na Banasia, ale rozumiem, że Polska to nie amerykańskie kino sensacyjne.

Moim zdaniem jesteśmy Zachodem, tylko dzikim, więc te zachodnie wzorce mogą być tylko u nas udoskonalone. Musimy pamiętać o tym, że wszystko zaczęło się od tego, że służby specjalne albo zataiły wiedzę o panu Banasiu przed opinią publiczną i prawdopodobnie częścią PiS-u, albo tę wiedzę miały tylko niektóre służby lub tylko niektórzy z tych służb. Być może jakieś „kompromaty” istnieją na Banasia i zostaną uruchomione. Takiego, jak pani powiedziała, amerykańskiego scenariusza bym nie wykluczał, bo wojna jest wyraźnie na wyniszczenie i wszystkie metody mogą zostać użyte.

Czy szarą eminencją tej wojny jest Mariusz Kamiński?

Na pewno służby mają w tej rozgrywce kluczową rolę. One z jakichś powodów – albo dlatego, że nie miały tej wiedzy, albo chciały zachować ją tylko dla siebie – nie poinformowały o tym, co udało się dziennikarzom ustalić w kilka dni. To oznacza, że najpierw miały interes w umieszczeniu pana Banasia na fotelu szefa NIK-u, a dziś być może na polecenie partyjne będą miały interes w zniszczeniu go. Tylko to wszystko pokazuje, że mamy dzikość obyczajów publicznych w Polsce. Nagle się okazało, że służby specjalne rozgrywają własne gry, decyzję co do losów prezesa NIK-u wydaje szef partii, która ma większość w Sejmie, ale to nie jest jednak ani prezydent, ani premier. Jesteśmy państwem rozchwianym, rozmontowywanym, wewnętrznie niespójnym. Nie mam poczucia powagi polskiego państwa w tej sytuacji, bo jeżeli to państwo dopuściło kogoś takiego jak pan Banaś na jeden z najwyższych urzędów państwowych, a teraz nie potrafi sobie z nim poradzić, to to nie buduje powagi Rzeczpospolitej.

 

W pokojach na godziny się odpoczywa

Kolejny akt żenującego przedstawienia z prezesem Najwyższej Izby Kontroli w roli głównej miał miejsce dzisiaj w Sejmie. Marian Banaś przyszedł na Komisję ds. Kontroli Państwowej, by przedstawić kandydatów na swoich wiceprezesów – Marka Opioły i Tadeusza Dziuby. Na pytanie dziennikarzy i polityków nie odpowiedział. Wygłosił za to oświadczenie.

Kolejny akt żenującego przedstawienia z prezesem Najwyższej Izby Kontroli w roli głównej miał miejsce dzisiaj w Sejmie. Marian Banaś przyszedł na Komisję ds. Kontroli Państwowej, by przedstawić kandydatów na swoich wiceprezesów – Marka Opioły i Tadeusza Dziuby. Na pytanie dziennikarzy i polityków nie odpowiedział. Wygłosił za to oświadczenie.
Wszystkich, którzy mieli nadzieję, że prezes NIK zachowa minimum przyzwoitości i odniesie się do licznych pytań spotkał dziś zawód. Banaś stawił się na spotkaniu komisji i wyrecytował oświadczenia, w którym stawiane mu zarzuty określił jako „kłamstwa”. Zapewnił, że nie wykonywał żadnej „optymalizacji podatkowej” oraz nie widzi niczego zdrożnego w tym, co działo się w jego kamienicy w Krakowie. Przypomnijmy, że budynek służył jako dom schadzek dla pracownic seksualnych i ich klientów. Banaś postanowił jednak pójść w zaparte.
– W Krakowie jest wiele hoteli, gdzie można wynająć pokoje na godziny po to, żeby na przykład odpocząć w trakcie podróży lub przed nią. Albo przygotować się do zaplanowanego spotkania – mówił szef NIK. To tłumaczenie wywołało rozbawienie u niektórych członków komisji, w tym również tych z Prawa i Sprawiedliwości.
Banaś skomentował również inny przestępczy proceder, który miał miejsce wśród jego podwładnych. Przypomnijmy, że za czasów sprawowania przez niego funkcji ministra finansów, zatrudnieni w resorcie urzędnicy wysokiego szczebla mieli wyłudzać VAT Od dwóch lat toczy się śledztwo w sprawie wyłudzeń podatku dokonywanych przez grupę przestępczą, w skład której wchodzili podwładni obecnego prezesa NIK.
– W ostatnich tygodniach opublikowano szereg insynuacji, jakobym był patronem byłych urzędników Ministerstwa Finansów, którzy zorganizowali i uczestniczyli w przestępczym procederze wyłudzania podatku VAT. Łączenie mnie z działalnością osób podejrzanych o popełnienie przestępstw karno-skarbowych, a zatrudnionych wcześniej w Ministerstwie Finansów jest manipulacją i nadużyciem – przekonywał szef NIK.
Po smutnym występie Banasia konferencję prasową zorganizowała Lewica. Członek Komisji ds. Kontroli Państwowej Przemysław Koperski powiedział, że „zaskakujące i niepokojące” są zapowiedzi Banasia, że będzie pozywał osoby, które w materiale dziennikarskim dociekają prawdy, a także tych, którzy będą zadawać mu pytania w tej sprawie. Odniósł się w ten sposób do fragmentu oświadczenia Banasia, w którym szef NIK zapowiedział, że na szkalowanie jego dobrego imienia będzie „zdecydowanie reagował”.
Koperski zaznaczył, że zgodnie ze swoim przekonaniem i w uzgodnieniu ze swoim klubem głosował przeciwko przedstawionym kandydaturom na wiceszefów NIK, bo uważa, że wniosek o ich powołanie w ogóle nie powinien teraz paść. – Najpierw trzeba wyjaśnić sprawę pana prezesa (Banasia), a potem dopiero powoływać jego zastępców – przekonywał.
Szef klubu Lewicy Krzysztof Gawkowski powiedział z kolei, że „woda płynąca wokół pana ministra Banasia robi się coraz bardziej mętna, pytań jest coraz więcej, a odpowiedzi – prawie wcale”. –
– Widać, że służby państwa nie chcą wyjaśnić tej sprawy. Cały czas nic nie wiemy o raporcie CBA, cały czas nie ma w tej sprawie jasnej deklaracji prezesa Kaczyńskiego i premiera Morawieckiego i cały czas widać, że PiS próbuje usilnie doprowadzić do sytuacji, w której pan Banaś będzie unikał odpowiedzialności – wskazywał Gawkowski.
Opozycja nie zamierza jednak odpuszczać tej sprawy. W środę senacka Komisja Administracji i Samorządu Terytorialnego zaakceptowała przedstawioną przez jej przewodniczącego Zygmunta Frankiewicza (KO) propozycję zaproszenia Banasia na przesłuchanie w wyższej izbie polskiego parlamentu 10 grudnia.

Flaczki tygodnia

„Nieszczęścia chodzą parami. Odstawiałem samochód do garażu (…) Wczoraj był niefortunny ciąg wydarzeń, którego żałuję”, powiedział pan Artur Zawisza. Lider ruchu narodowo-katolickiego. Powiedział tak przyłapany na przestępstwie. Drugim popełnionym w ciągu jednego dnia.

Najpierw w piątek rano, 25 października, pan były poseł Zawisza potrącił rowerzystkę. W efekcie kontaktu z wielce aktywnym narodowcem poszkodowana ma „złamany bark, zmiażdżone kolano”, czeka ją kilka operacji chirurgicznych.
Swoim mercedesem pan Zawisza jechał nie tylko nieuważnie. Także bezprawnie. Trzy lata temu zabrano mu prawo jazdy po alkoholowym rajdzie przez Starą Hutę.

Tego samego dnia, już około dwudziestej drugiej pan Artur Zawisza znowu zasiadł za kierownicą tego mercedesa. Znowu bez prawnie. Wypadku tym razem nie spowodował, bo został szybko rozpoznany i zatrzymany przez policję.

„Biorąc pod uwagę moją dotychczasową służbę, pierwszy raz spotykam się z sytuacją, kiedy to tego samego dnia zatrzymywany jest kierujący, który najpierw bierze udział w zdarzeniu drogowym i czynności prowadzone są w kierunku spowodowania wypadku drogowego, a potem jeszcze tego samego dnia, porusza się pojazdem, pomimo tego, że nadal nie posiada uprawnień do jego kierowania-skomentował ponowne zatrzymanie pana Zawiszy rzecznik Komendy Stołecznej Policji nadkomisarz Sylwester Marczak.

Pamiętacie „pomroczność jasną”? Taki termin wymyślili adwokaci na potrzeby obrony syna pana prezydenta Lecha Wałęsy. Oskarżonego o spowodowanie wypadku samochodowego.
W przypadku pana posła Zawiszy pojawił się inny termin. Otóż pan Zawisza dla usprawiedliwienia notorycznego łamania prawa przez siebie wymyślił sobie swój „stan wyższej konieczności”. ÓW „stan” ma tłumaczyć go.
A ta „wyższa konieczność” polegać ma na tym, że pan poseł Zawisza musi pracować na wyżywienie swej rodziny i w piątek rano bardzo śpieszył się do pracy. Dlatego zdecydował się na kolejne złamanie prawa.

W 2002 roku pan poseł Zawisza w czasie sejmowej debaty zwrócił się do parlamentarzystów SLD „mołczat’ sobaki”. Jak carski policjant. Już wtedy miał poczucie przynależności do wyższego stanu.

Poza pracą zarobkową pan poseł Artur Zawisza jest liderem patriotycznego ruchu, który stawia sobie za cel wychowanie wzorowego Polaka-katolika. Dobrego ojca wzorcowej polsko-katolickiej rodziny. Polaka o zdecydowanym charakterze i sile woli. Wręcz „nadczłowieka”.
Wzorca osobowego dla miliona młodych Polek i Polaków.

Czy przywołany przez pana posła Zawiszę „stan wyższej konieczności”, stan usprawiedliwiający łamanie polskiego prawa, stan spowodowany koniecznością zarabiania pieniędzy na wyżywienie rodziny, jest fundamentalną cechą tego wzorcowego Polaka-katolika?
Bo jeśli tak jest, to wzorując się na tak sztandarowym patriocie i katoliku, na jakiego się pan Zawisza kreuje, inni narodowcy płci męskiej podążający jego patriotycznym, narodowym i katolickim śladem, też mogą popadać w „stany wyższej konieczności”. I okradać innych, bo są przecież „jedynym żywicielem rodziny”. Zabijać nawet. Zwłaszcza w „stanie wyższej konieczności”.
I dlatego pozostawać, jak pan poseł Zawisza, bezkarnymi. Pomimo stałego łamania prawa.

Zapewne w „stanie wyższej konieczności” pozostawał i pozostaje prezes Najwyższej Izby Kontroli pan Marian Banaś. Też żywiciel swej rodziny.
On pewnie w tym „stanie” prowadził interesy z patriotycznymi, narodowo-katolickimi krakowskimi sutenerami. Wynajmowali „pokoje na godziny”, aby modlitewne pary, a może i całe grupy, mogły tam spokojnie pomodlić się w intencji pomyślności Ojczyzny i kościoła.

Były współpracownik pana prezesa Banasia, pan Andrzej B. siedzi w areszcie śledczym od stycznia tego roku. To jeden z wysokich urzędników służb skarbowych odpowiedzialnych za ściganie mafii VAT-owksiej.
Okazuje się, że ścigał ją tak intensywnie, że sam taką mafię założył i przewalił podatników, czyli nas wszystkich, na przynajmniej 5 milionów złotych. Ale on pewnie też działał w „stanie wyższej konieczności”. Jako żywiciel rodziny.

Pan ksiądz Piotr M. z Ruszowa nie musiał koniecznie zarabiać aby wyżywić swoją rodzinę. Ale też należy do grona narodowych katolików. W przerwach pełnienia posług kapłańskich molestował seksualnie dwie dziesięcioletnie dziewczynki, które przygotowywał do sakramentu komunii świętej.

Decyzją sądu podejrzany o pedofilię ksiądz został zatrzymany w areszcie. W obronie ukochanego księdza stanęła prawie cała wieś. Parafianie z Ruszowa zorganizowali akcję zbierania podpisów pod petycją żądającą zwolnienia go. Publicznie modlą się za cierpiącego księdza, zbiorowo odmawiają różaniec. Śpiewają nu religijną pieśń: „Zbawienie przyszło przez krzyż, Ogromna to tajemnica, Każde cierpienie ma sens, Prowadzi do pełni życia”.
I księdzu lżej się robi.

Środowiska narodowe, których liderem jest pan Artur Zawisza, w dniu 11 listopada zorganizują Marsz Niepodległości. W tym roku jego hasłem przewodnim marszu będą słowa z popularnej pieśni ku czci Matki Boskiej Częstochowskiej: „Miej w opiece naród cały”.
Do udziału w imprezie zachęca plakat i logo Marszu. Zaciśnięta pięść opleciona różańcem. Stylizowanym na kastet.

Bigos tygodniowy

Ogólnie krąży idealistyczna opinia, że aby nie dopuścić PiS do uzyskania większości w Senacie, senatorowie z niepisowskiej strony muszą się okazać szlachetni, uczciwi i nieprzekupni. Jako człowiek żywiący bardziej pesymistyczną opinię o naturze ludzkiej uważam, że jest wręcz przeciwnie. Aby zablokować PiS na drodze do większości w Senacie, senatorzy owi muszą egoistycznie myśleć przede wszystkim o własnym interesie. Chodzi o to, żeby doszli do wniosku, że w ich najlepiej pojętym interesie jest trzymać się z daleka od PiS i jego pokus. Nowej aktualności nabierają słynne słowa z historii wojny trojańskiej: „Timeo Danaos et dona ferentes” („Boję się Greków nawet jeśli niosą dary”). Pożyteczna może się tu okazać przestroga senatora Jerzego Fedorowicza, który oświadczył, że każdy kto da się przewerbować PiS-owi, powinien zostać objęty klątwą do trzeciego pokolenia. Polak jest przesądny, klątw się boi, więc może to skutecznie podziała.

 *****

Jeśli jednak ktoś przypuszczał, że PiS poprzestanie na jakichś podstępnych zabiegach w ramach składu Senatu, ten wykazał się przenajświętszą naiwnością. Oto PiS zaskarżyło prawomocność wyników wyborów w kilku okręgach, Oznacza to, że PiS zdywersyfikuje działania i poza wariantem umeblowania Senatu na swoją modłę metodą salami, w ramach tego, co jest, przygotowuje się jednocześnie do włamania do Senatu.

*****

PiS szuka ponadto chętnego do zrzeczenia się mandatu, tak aby mandat mógł jednak objąć przegrany Stanisław Piotrowicz. PiS już nie traktuje poważnie procedur demokratycznych, ale traktuje swoje działania jako przedsiębiorstwo pod nazwą „Władza. Spółka z.o.o”

*****

Neo-KRS stwierdziła, że nie było afery hejterskiej w resorcie Ziobra, że Piebiak i consortes są niewinni i czyści jak łza. O tego typu zachowaniach mawia się, że „plują im w twarz, a oni mówią, że pada deszcz”. W tej sytuacji Ziobro powinien skrzywdzone niewiniątko Piebiaka przywrócić na stanowisko wiceministra.

*****

Również prokuratura Ziobra orzekła, w innej sprawie, że „nie ma sprawy”. Konkretnie – nie było afery niedoszłych „wież Srebrnej”. PiS stworzyło w prokuraturze taki system, że gdyby nawet redaktor Kittel z TVN ujawnił, że Przewodniczący Mało przetrzymuje i gwałci niemowlęta w piwnicy swej willi przy ulicy Zajączka na Żoliborzu, to też by nie wszczęła przeciw niemu postępowania.

*****

W „Studiu Polska” TVPiS publicysta Piotr Semka, stary chłop, jak dziecko płakał, no normalnie się wzruszał i pocił na wspomnienie dnia, w którym Popiełuszko dostał w czapę, czego nie pochwalam. Tak bardzo nie lubię łzawej czułostkowości, że na przyszłą rocznicę zabójstwa Popiełuszki zafunduję sobie tiszerta z napisem na piersi: „Nie płakałem po Popiełuszce”.

*****

Zacznę od żartu z antologii czerstwych dowcipów: „Złapali Kaczora za Banasia, a Kaczor krzyczy: To nie mój Banaś”. Sprawa Banasia robi się coraz bardziej bajeczna. Okazuje się, że nie tylko kombinował przy swoich zeznaniach podatkowych, ale jak dochodzą słuchy, blokował działania kontrolerów Najwyższej Izby Kontroli w sprawie działalności Wojsk Obrony Terytorialnej, GetBanku i ruchów kadrowych w administracji finansowej. Banasiowi pozostaje teraz trzymać się stołka i grać Przewodniczącemu Mało na nosie (na zasadzie „chuj mi zrobicie”). Gdyby nie jego finansowe machinacje i zblatowanie z gangsterką miałby szansę na wybicie się na niepodległość i bycie rzeczywiście bezstronnym szefem NIK, ale to nie wchodzi w rachubę. Nie ten numer kapelusza. Zwykły żulik. Sprawa Banasia robi się coraz bardziej bajońska. Podobno poza kamienicą od akowca, otrzymał też od tego ubogiego emeryta piękną posiadłość. Zgarnia chłop pieniądze jak magnes opiłki. Toż to istny Ali Baba, który przypadkiem natrafił na Sezam. Pozazdrościć! „Będąc młodym opozycjonistą przyszedł do mnie akowiec…”

*****

Pierwszy sędzia nie dał rady w konfrontacji z „dobrą zmianą”. Tym sędzią jest Wojciech Łączewski, który zrzekł się urzędu. O tyle to zaskakujące, że to pierwszy sędziowski fighter antypisowski, ten który skazał na 3 lata bezwzględnego więzienia „Maria” Kamińskiego.

*****

Dopiero po 20 latach usunięto krzyż z sali ślubów w USC na Białołęce. To bezprawie uprawiano przez dwie dekady i chyba nikt nie protestował, przynajmniej skutecznie. Ten krzyż był wyrazem wyjątkowej klerykalnej bezczelności. Przecież osoby, które biorą śluby w USC, a nie w kościele, to na ogół ateiści, agnostycy, sceptycy, nie chcący mieć do czynienia z religią. Zapewniam, że casus Białołęki, to czubek góry lodowej. Jestem przekonany, że w dziesiątkach a może i setkach sal ślubnych USC w całym kraju, zwłaszcza w Polsce wschodniej i południowej, wiszą dziesiątki a może setki krzyży.

*****

Przewodniczący Mało skrył się i liże rany po zwycięstwie nie takim jakie miało być. Na pewno coś knuje, bo o jego natura.

*****

Korwin oświadczył z goryczą, że „dzisiejsza kobieta nie kocha, ona odbywa stosunek seksualny”. Czy to ogólna, uniwersalna refleksja czy nawiązanie do doświadczeń małżeńskich z młodą żoną?

*****

Ponadprzeciętnie dużo hałasu robią media PiS wokół postaci dwóch wojowniczych księży katolickich-ideologów, polityków – Popiełuszki i Wyszyńskiego, który ma być beatyfikowany. To sygnalizuje wojownicze zamiary PiS. Z tym, że ten pierwszy był fanatycznym ideologiem, co niestety sprowadziło na niego śmierć. Co do tego drugiego, to trzeba jednak przyznać, że potrafił zachować się politycznie. Jego mowa na Jasnej Górze w Częstochowie 26 sierpnia 1980 roku w czasie strajków była bardzo koncyliacyjna wobec władz PRL, wręcz wykazująca zrozumienie wobec dotykających ich trudności. Media solidarnościowe ją później cenzurowały, ale każdy kto zapozna się z całością wspomnianego wystąpienia, ten przekona się, że Wyszyński był wobec Gierka bardzo koncyliacyjny. Czy zatem nadaje się na pisowskiego „świętego Pawła z mieczem”?

Flaczki Tygodnia

”Bóg, Honor, Ojczyna”.

Ten zwrot często miał powtarzać w czasie swej działalności pan Marian Banaś. Nadal pan prezes Najwyższej Izby Kontroli. I jeszcze.
Prominent partii zwącej się nadal „Prawo i Sprawiedliwość”.
Sztandarowy reprezentant nowych elit „Dobrej Zmiany”.
Dzielny, nowy husarz IV Rzeczpospolitej.
Hektor kaczystowskiej „Konserwatywnej kontrrewolucji narodowo – katolickiej w Europie”.
Zalecany przez narodowo – katolickie media wzór do naśladowania dla „patriotycznej, narodowo – katolickiej” młodzieży polskiej.

„Burdel, Hajs, Lewizna”.

Taką „rycerską” dewizą mógłby posługiwać się pan Marian Banaś.
Bo przedstawione przez media fakty są bezlitosne. W trakcie swej wojaczki dla III RP i nowego państwa pana prezesa Kaczyńskiego ten dzielny husarz nie zapominał o swoich łupach.
Walcząc, skutecznie ponoć, z „mafią VATowską” jednocześnie na co dzień kooperował z mafią sutenerską.
Walczą z przestępczymi przemytnikami przejmował atrakcyjne nieruchomości w Krakowie.
„Okazyjnie” rzecz jasna, jak choćby ową kamienicę w cesarsko-królewskim Krakowie, którą ponoć podarował mu przed śmiercią tajemniczy „kombatant Armii Krajowej”.
I którą pan Banaś zamienił w „Hotel na godziny”, czyli quasi burdel.

„Flaczki” nie są pewne, czy ów „kombatant z Armii Krajowej” istniał naprawdę. Czy był on takim samym bytem, jak ów „bezdomny”, który podarował innemu rycerzowi Dobrej Zmiany, Ojcu Dyrektorowi Rydzykowi, dwa wypasione samochody.
Ale nawet gdyby taki „kombatant AK” istniał, to czy teraz, zapewne przebywając w kaczystowskim niebie, cieszy się, że cały dorobek jego życia pan prezes Banaś w zwyczajny burdel zamienił?

O tym, że burdel równa się hajs, każde dziecko, nawet to wychowane w duchu „narodowo – katolickim”, już z Internetu wie. Ale aktualny pan prezes Najwyższej Izby Kontroli wcześniej nie tylko sutenerski chleb jadł.
Jak każdy szanujący się biznesmen wiedział, że przewidywane dochody trzeba zdywersyfikować, czyli czerpać je z różnych źródeł.
Wszelkie znaki na ziemi i niebie, zwłaszcza przecieki w kontroli skarbowej, wskazują, że pan Banaś regularnie, przez wiele lat „optymalizował swe podatki”.

Ten uczenie brzmiący zwrot, czyli „optymalizowanie podatków”, to liczne sposoby umożliwiające niepłacenie państwu polskiemu należnych mu podatków. Dzieje się tak dzięki sprytnemu wykorzystaniu luk prawnych, co czyni takiego złodzieja podatkowego osobą formalnie bezkarną.
I dlatego pan Banaś, wedle doniesień mediów, takie „optymalizacje” stosował.

Ale liczne, inne udokumentowane zarzuty świadczą, że pan prezes NIK nie tylko wykorzystywał luki prawne. On także prawo mógł łamać wpisując do swych zeznań podatkowych nieprawdziwe korzyści czerpane z najmu swych nieruchomości.
Deklarował wyjątkowo niskie przychody, aby płacić państwu polskiemu jak najniższe podatki.
Deklarował tak niskie przychody, że aż nie chce się wierzyć, iż nie brał reszty należności „pod stołem”. Czyli nielegalnie.

Gdyby jakiś inny obywatel IV RP wpisywał w swe zeznania podatkowe tak rażąco niskie przychody z najmu tak atrakcyjnie położonych nieruchomości, to od razu miałby najazd kontroli skarbowej.
Pan prezes Banaś nie miał kontroli, bo jest urzędnikiem państwowym. Bo w latach 2005–2008 i 2015–2016 był podsekretarzem stanu w Ministerstwie Finansów, czyli organie nadzorującym służby kontroli skarbowej. Dodatkowo w latach 2005–2008 i 2015–2017 był szefem Służby Celnej, w latach 2016–2019 wiceministrem w Ministerstwie Finansów, w latach 2017–2019 szefem Krajowej Administracji Skarbowej, a w 2019 ministrem finansów w rządzie Mateusza Morawieckiego. No i teraz nadal jest prezesem Najwyższej
Izby Kontroli.

Dodatkowo pan prezes Banaś to wzorcowy, wręcz kryształowy, działacz „antykomunistycznego podziemia”. W jego oficjalnym życiorysie zapisano, że był „Od 1976 organizatorem kolportażu i kolporter niezależnych wydawnictw w Krakowie i na Podhalu. W latach 1976–1980 jako jeden z założycieli działał w ramach lokalnej Akcji na rzecz Niepodległości. Od 1977 działacz Studenckiego Komitetu Solidarności, od 1978 Instytutu Katyńskiego, w latach 1979–1981 Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela oraz Konfederacji Polski Niepodległej, a w latach 1980–1981 Ruchu Młodej Polski.
W latach 1981–1983 odbywał karę pozbawienia wolności za działalność w „Solidarności”. W 1984 współzałożyciel Komitetu Pomocy Więzionym za Przekonania (od 1985 Komitetu Obrony Więzionych i Prześladowanych za Przekonania Polityczne „Solidarności” Regionu Małopolska). W latach 1984–1987 redaktor naczelny podziemnego pisma „Homo Homini”. W 1985 współtwórca Polskiej Partii Niepodległościowej, był też członkiem prezydium rady naczelnej PPN, w latach 1985–1989 pełnił funkcję przewodniczącego PPN na okręg południowy.
I jeszcze w 1979 ukończył studia na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego. A rok później studia podyplomowe z zakresu religioznawstwa na UJ. Studiował też filozofię na Papieskiej Akademii Teologicznej.

Czy patriota, teolog, kawaler orderów, działacz z tak wzorcowym życiorysem, może być współtwórcą struktur mafijnych stojących ponad prawem i sprawiedliwością w państwie tworzonym przez partię zwącą się nadal „Prawo i Sprawiedliwość”?

Co wie pan prezes Banaś i jego polityczni przyjaciele o elitach PiS, że nie musi już słuchać wezwań liderów PiS nakłaniających go do „honorowego ustąpienia”?

PS. Z życia opozycji demokratycznej. Na Schetynie siadła Mucha. Czy Schetyna to już polityczna padlina?

Bigos tygodniowy

„Republika Bana-siowa”. Dobre i trafne. Kupuję.

Ćwierćinteligent z tytułem profesora i w randze ministra kultury, po czterech miesiącach od konkursu na dyrektora Muzeum Żydów Polskich „Polin” nadal blokuje objęcie stanowiska przez zwycięzcę, profesora Dariusza Stolę. Panie Gliński, kończ waść, wstydu oszczędź. Bo jak się Żydzi zdenerwują, użyją swoich mocy i się odwiną, to waści pogonią takiego kota jak prawie trzy lata temu po zmianie ustawy o IPN i znów będziecie uciekać w popłochu gubiąc gacie. A wtedy będzie wstydu co niemiara. Już jest.

„Zasada autonomii wymaga, aby organy państwa w swoich relacjach z instytucjami kościelnymi opierały się na współdziałaniu, rezygnując z wykorzystywania swoich uprawnień władczych w sposób antagonistyczny” – to fragment pisma zawierającego wytyczne, jakie Prokuratura Krajowa miała skierować do prokuratur w całym kraju, a które to pismo przeniknęło do mediów. Ta monstrualnie skandaliczna dyrektywa nakazuje rezygnację ze stosowania prawa do przestępczych działań funkcjonariuszy kościoła kat. Już bezczelny Głódź gdański odmówił kontynuowania sprawy jednej z ofiar Jankowskiego.

Kryzys w szpitalnictwie i perturbacje w rolnictwie to dwa podstawowe zakłócenia PiS-owi spokoju w prowadzeniu kampanii wyborczej. Pojawiły się jak niespodziewane wrzody na dupie. Ta zapaść kadrowa w szpitalach, zamykanie placówek zwaliło się na PiS jak belka na łeb w kościele. Z tajnej konferencji ministra rolnictwa z ARiMR przeciekło też nagranie słów Ardanowskiego Jana, że kłopoty są takie, iż „nie da się ich zwalić na poprzedników”. I tylko nauczyciele, jak to dupy wołowe, dają się jeść PiS-owi w kaszy i proklamowali strajk włoski na czas po wyborach. Pomoże im to jak umarłemu kadzidło, bo strajk włoski nie jest dokuczliwy dla władzy. Dzieci się zmartwią, że nie pojadą na wycieczkę, ale ucieszą, bo nie pójdą na dodatkowe zajęcia. Rodziców to niewiele ruszy, skoro dzieci będą chodzić do szkoły, a brak wycieczek, to dla nich tylko oszczędność.

Dało się słyszeć szum propagandowy wokół perspektywy beatyfikacji kardynała-prymasa Wyszyńskiego Stefana. W TVPiS z tej okazji odbył się istny klerykalny paroksyzm i wylew katolickiej wazeliny. A to przecież Wyszyński był jednym z budowniczych pychy i rozpasania Kościoła katolickiego w Polsce, więc w jakimś sensie jest praojcem plagi pedofilii, chciwości materialnej oraz heroldem przyszłej bezkarności kleru. Poza tym ta lawina frazesów o pokojowej, koncyliacyjnej, wypływającej z miłości bliźniego postawie Wyszyńskiego, o tym że był gołąbkiem pokoju, niezupełnie jest zgodna z prawdą. Dywizji, podobnie jak papież, nie miał, więc nie mógł walczyć z władzą PRL, potrafił lawirować, ale to był w gruncie rzeczy wojowniczy ideolog marzący o Polsce w postaci Katolickiego Państwa Narodu Polskiego, o czym świadczą już jego przedwojenne pisma.

Jerzy Stuhr oburzył PiS swoją uwagą o tym, że elektorat obecnej władzy, to potomkowie chłopów pańszczyźnianych, a ich obecna dominacja i walka z elitami to forma zemsty za wielowiekowe uciemiężenie przez szlachtę, czyli „ciarachów”. Stuhr powrócił do wątku starego, już historycznego, sięgającego jeszcze połowy XIX wieku. Krakowska rabacja 1846 roku, czyli chłopska, z Jakubem Szelą na czele, rzeź szlachty, to istotnie była zemsta za uciemiężenie i upokorzenie. Mowa o tym m.in. w „Weselu” Wyspiańskiego, w dialogu Dziennikarza z Gospodarzem. Kolejnym etapem tej zemsty miała być była wroga postawa chłopów w stosunku do szlacheckiego powstania styczniowego 1863. Motyw mniej czy bardziej skrytej nienawiści chłopów do szlachty, to stary wątek, jedna z form walki klasowej. A czy to rzeczywiście przełożyło się na świadomość czy podświadomość współczesnych potomków włościaństwa polskiego? Bo ja wiem? Teza to efektowna, ale publicystyczna i meta-ideologiczna, bardzo trudna do empirycznego udowodnienia.

Pożal się boże przedwieczny – minister kultury, wspomniany już wyżej, oświadczył, że wypożyczy Luwrowi „Damę z łasiczką”, jeśli Luwr wypożyczy Muzeum Narodowemu w Polsce „Monę Lisę”. Dowcipny człowiek, dowcipem wprost z Monthy Pytona.

A pisowski Ogórek, dawna mianowanica prawicowego polityka Leszka Millera (dziękujemy!) szaleje jak cała TVPiS i wyrzuca ze studia telewizyjnego osoby mówiące jej w oczy prawdę o jej kłamstwach i manipulacjach. A główne kłamstwo TVPiS polega w tym momencie na tym, że milczy jak głaz o horrendalnej sprawie zblatowania z gangsterami szefa Krajowej Administracji Skarbowej, Ministra Finansów i szefa Najwyższej Izby Kontroli, a grzeje niczym trzęsienie ziemi jakieś durne, knajackie i bez znaczenia chełpliwe bredzenia Sławomira Neumana sprzed dwóch lat.

„Haratanie w gałę” pojawiło się expressis verbis w tekście programu PiS. Widać, że Przewodniczący Mało osobiście maczał palce we frazeologii dokumentu. Czyżby to wyraz kompleksu niewysportowanego maminsynka, nie potrafiącego trafić nogą w piłkę, bitego przez silniejszych kolegów na podwórku – kompleksu w stosunku do wysportowanego gdańskiego ulicznika-łobuziaka Donalda z ulicy Aksamitnej? A przecież Marek Kondrat, znany aktor, kolega podwórkowy braciszków Kaczyńskich opowiadał kiedyś w wywiadzie, że były to dokuczliwe łobuzy, które ciągle coś tam podpalały i niszczyły na osiedlu. I tak zostało.

Przewodniczący Mało najwyraźniej, jak człowiek stworzony do roli dyktatora, fascynuje się budowaniem. Faraonowie budowali sfinksy i piramidy, cezarowie rzymscy – cyrki i posągi na kolumnach, Stalin – Biełomor Kanał. Przewodniczący Mało też chciałby zostać Wielkim Budownikiem (jedno z masońskich określeń Istoty Boskiej), ale na razie więcej fantazjuje niż buduje. O odbudowie zamków kazimierzowskich dawno już się nie mówi, z wież Srebrnej nic nie wyszło, poza wycięciem lasu ani drgnęła budowa kanału na Mierzei Wiślanej, w budowie jest kilka muzeów (można n.p. zobaczyć dość rozbabraną budowę jednego z nich nieopodal Cytadeli warszawskiej). Ostatnio Wielki Budownik mówił o odbudowie przemysłu chemicznego. Jeszcze nam murarzem zostanie na stare lata.

Z braku realnych sukcesów budowlanych, PiS kontynuuje festiwal niepohamowanych, oszalałych i nierealnych obietnic.

Na koniec, tuż przed wyborami, 7 nazwisk liderów listy hańby i niesławy TVPiS, „haniebna siódemka” najbardziej gorliwych pisowskich propagandystów: Magdalena Ogórek, Danuta Holecka Jacek Łęski, Michał Rachoń, Adrian Klarenbach, Michał Adamczyk, Jan Pospieszalski.

Bigos tygodniowy

Jak wynika z afery Banasia, bądź co bądź podobno głównego machera operacji „uszczelnienia luki vatowskiej”, Polska PiS nierządem i pokojami na godziny stoi. Co gorsza, Banaś zamiast zostać wyrzuconym na zbity pysk jak Piebiak, udzielił sobie urlopu, a chwilę przedtem, zrobił czystkę w kierownictwie NiK i powołał na wickę niejaką panią Motylow, jakąś znajomą Kaczyńskiej Marty. Pani Motylow była nawet podobno na którymś z niezliczonych ślubów pani Marty. Jak śpiewano przed wojną, w sanacyjnej Warszawie: „Czy pani Marta jest grzechu warta?”.

Wyjątkowo bezczelna jest narracja PiS, który powiada, że może Banaś może tam coś i mieć za uszami, ale przecież druga strona ma Nowaka, Kropiwnickiego czy Gawłowskiego. Ale ich roli nie da się nawet porównać do wagi funkcji Banasia! Żaden z nich nie był i nie jest szefem Krajowej Administracji Skarbowej, ministrem finansów ani szefem NIK. A poza tym, co łączy Banasia ze „złotym” osobnikiem z hotelu na godziny, że tak błyskawicznie odebrał od niego telefon? On, tak wysoko usytuowany dygnitarz!

Niespodziewanie furiacki atak PiS na „Sok z buraka” (TVPiS od ponad tygodnia grzeje ten temat) nie wziął się z niczego, lecz z zaniepokojenia reżymku dużym zasięgiem portalu (około miliona użytkowników). Chodzi też o wbijanie we łby publiczności komunikatu: krytyka władzy to niedopuszczalny skandal. Niepokoi ich też fakt, że poetyka „Soku z buraka” dobrze trafia do mentalności i estetyki bliskiej młodzieży, która w swojej masie, wyłączając młodzież pielgrzymkową i innych „świętych młodzianków”, na ogół lubi tzw. „bekę”.

Podobne są przyczyny wściekłego, wręcz furiackiego ataku na skromną wrocławiankę Klaudię Jachirę. Z niewinnego warzywnego żartu „Bób, hummus, włoszczyzna” i kpinek mięsno-smoleńskich w stylu odrobinę kojarzącym mi się z makabryzującą poetyką rysunków Rolanda Topora (ciała ludzkie przepuszczane przez maszynkę do mięsa itp.) zrobili zbrodnię stanu. Tu także chodzi o komunikat: z władzy drwić nie wolno. Dlatego hitlerowcy za okupacji w Warszawie tak prześladowali „zakazane piosenki” i „bekę” z hitleriady. Totalniacy najbardziej boją się śmieszności i ośmieszenia, bo na „powadze” budują swój „autorytet”.

Niestety, bardzo brzydko, nielojalnie traktują Klaudię Jachirę kandydaci Koalicji Obywatelskiej. Od Grzegorza Schetyny wszyscy pytani o nią, mniej czy bardziej wyraźnie się odcinają (w cwanym stylu: „to nie mój język”). Akurat w sprawie Jachiry nie sposób uwierzyć, że nie wiedzieli, kogo przyjmują na listę. A skoro ją przyjęli, to powinni jej lojalnie bronić lub milczeć. Nawiasem mówiąc, osobiście żałuję, że Jachira nie jest na liście Lewicy. Natomiast cieszy mnie, że nie ma na niej Moniki Jaruzelskiej, zwłaszcza po jej ostatnich, obrzydliwie plotkarsko-maglarskich wycieczkach w stronę Włodzimierza Czarzastego i Anny Marii Żukowskiej.

W cotygodniowym programie „Przegląd Rzeczypospolitej” w Polsat News (28.09), prowadzący Bogusław Chrabota, naczelny „Rzepy”, określił przeszłą reputację Banasia Mariana jako „nieposzlakowaną” czy „nieskazitelną”, bo rzeczony należał do solidarnościowej opozycji i siedział w więzieniu. Nie rozumiem tej bezkrytycznej, ryczałtowej sakralizacji solidaruchostwa i solidaruchowszczyzny. Nie rozumiem dlaczego każdy solidaruch miałby być „nieskazitelny” czy „nieposzlakowany”, od kolebki po zgon, bez względu na to co czynił po drodze, tylko dlatego, że siedział w kryminale? Podobnie jest z sakralizacją Armii Krajowej, którą tak podobno „obraziła” Jachira udziałem w słitfoci pod pomnikiem nieopodal Sejmu. AK to był półmilionowy konglomerat osób najrozmaitszego elementu. Byli w nim i idealistyczni przedwojenni podchorążowie z harcerską proweniencją, osoby pokroju Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, ale był też element kryminalny (ówczesna odmiana typa w rodzaju „złotego” znajomego Baniasia) czy faszyzująco-antysemicki (m.in. mord bandyckiej grupy Andrzeja Sudeczki na liberalno-lewicowych oficerach konspiracyjnego Biura Informacji Prasowej AK, Makowieckim i Widerszalu) i temu podobna menażeria ludzka.

W poprzedniej „Gazecie Polskiej” (co tydzień). Macierewicz i Wąsik ze służb unoszą się nad tym, jakie to „uczciwe i czyste państwo”, „troszczące się o wspólne dobro” zbudowało PiS. Po krakowskiej, burdelowej aferze Banasia („Dzwonić do Banasia”) te ich inwokacje brzmią jeszcze bardziej komicznie. No, niestety, cykl wydawania tygodnika ma swoje walory, ale i swoje wady.

„I have a dream”. Miałem sen. Śniło mi się, że jestem w obozie odosobnienia zorganizowanym przez PiS dla „gorszego sortu”. Siedzę na zewnątrz (tryb odsiadki „otwarta cela”), pod gołym niebem, na ławie, przy jakimś baraku (przestrzeń w rodzaju tej z Majdanka czy Oświęcimia) i sobie leniwie poddrzemuję. I nagle widzę przewodniczącego Mało wychodzącego z baraku po jakimś spotkaniu, z bukietem kwiatów w ręku, na pożegnanie całującego rączki pań. Już, już ma on wyjść, gdy nagle spogląda mimochodem na mnie, a ja kieruję do niego okropną minę, wrogi grymas. Przewodniczący Mało jeszcze raz spogląda na mnie z niepokojem i lękiem, jakby zobaczył upiora, wycofuje się z progu i kieruje do innego wyjścia, gdzieś wewnątrz baraku. Klnę się na Boga Żywego, że taki miałem sen. W jego poetyce było coś z nastroju filmu „O dwóch takich” Jana Batorego z udziałem braci Kaczyńskich. Byłem na nim w kinie w Lublinie, bodaj w roku 1962, jako dzieciak, więc nieco mroczny nastrój tego filmu trochę mi się wtedy udzielił.

Piotr Owczarski, były dziennikarz TVP, podobnie jak ja usunięty z TVP w roku 2016 w ramach „dobrej zmiany”, porównał atmosferę w tej instytucji do „obozu pracy w Korei Północnej”. Gruba przesada oczywiście, ale fakt, że po przyjściu pisiorów zewnętrznych i ujawnieniu się pisiorów wewnętrznych („śpiochów”) atmosfera (ja akurat byłem przy Woronicza) w tej i poprzednio niezbyt sympatycznej instytucji, zrobiła się zauważalnie ciężka, duszna, pełna podejrzliwości i wrogości. Upowszechniło się wzajemne spoglądanie „wilkiem”.

Nie jestem bezkrytyczny w stosunku do prezydenta mojego miasta Rafała Trzaskowskiego, ale z tym 500 plus to PiS sobie z nim bezczelnie i prowokacyjnie poczyna. Nie przekazali mu kasy odpowiednio wcześnie, bo właśnie chodziło im o to, by zaistniały te perturbacje z wypłatą świadczenia. Chodzi o efekt następującej demonstracji: patrzcie co będzie z 500 plus, gdyby oni wygrali wybory. Natomiast na miejscu Trzaskowskiego podałbym do sądu chama-żulnalistę Ziemkiewicza Rafała, który na Twitterze, zwracając się do niego per „pies cię trącał”, nazwał go też „złodziejem”. Niech teraz ten dziennikarski cham udowodni w sądzie, co Trzaskowski ukradł i jeśli tego nie zrobi, niech to publicznie odszczeka.

Dziwnie ucichło ( i to uderzająco, cisza aż dzwoni w uszach) wokół kościelnej pedofilii. Czyżby ktoś przestawił wajchę?