Wszędzie lepiej, niż w banku?

Obligacje skarbowe biją rekordy popularności. Swoje oszczędności chronią przede wszystkim zamożniejsi Polacy, ale nie tylko. Zmusza do tego polityka banków, drastycznie obniżających oprocentowanie rachunków.

Ministerstwo Finansów pochwaliło się niedawno historycznym wynikiem sprzedaży obligacji oszczędnościowych. W ubiegłym miesiącu nabywcy przeznaczyli na ich zakup aż 5,42 mld zł – ponad dwukrotnie więcej, niż wynosił wcześniejszy rekord (ze stycznia tego roku) i więcej niż w całym 2016 r.
Nadzwyczajna popularność papierów Skarbu Państwa nie była zaskoczeniem. 24 kwietnia resort finansów poinformował, że oprocentowanie obligacji emitowanych w maju będzie wyraźnie niższe. Koniec kwietnia były zatem ostatnim momentem na ich zakup na starych warunkach.
W efekcie, na zakupy ruszyła rekordowa liczba Polaków. Jak dowiedział się Bankier.pl, po detaliczne papiery Skarbu Państwa sięgnęło ponad 44,3 tys. osób, o przeszło połowę więcej niż w dzierżącym dotąd rekord lutym.
Tak więc, w kwietniu obligacje oszczędnościowe kupiła najwyższa w historii liczba nabywców, a Ministerstwo Finansów pozyskało rekordową kwotę. Jednak wielu nowych klientów nie przybyło, a bezprecedensowy wynik był rezultatem wzrostu popularności tej formy inwestycji wśród osób zamożnych – wynika z analizy Bankier.pl.
„Promocyjna” oferta nie przyciągnęła nowych oszczędzających – gros nabywców stanowiły osoby, które już wcześniej miały w portfelu obligacje detaliczne. Po papiery skarbowe chętnie sięgały osoby zamożne. Z wyliczeń Bankier.pl na podstawie danych Ministerstwa Finansów wynika, że w kwietniu kupujący wydawali na ich zakup przeciętnie ponad 120 tys. zł.

– Papiery skarbowe są atrakcyjną formą oszczędzania dla zamożnych z kilku przyczyn. Po pierwsze, gwarantują bezpieczeństwo (nawet powyżej kwoty 100 tys. euro, kwoty objętej ochroną Bankowego Funduszu Gwarancyjnego). Po drugie, umożliwiają dywersyfikację portfela. Po trzecie, nie ma limitu zakupów. Po czwarte, przynoszą relatywnie przyzwoity zwrot i do pewnego stopnia chronią przed inflacją. Ponadto, procedura zakupu jest prosta, a nabywcy mogą odsprzedać obligacje w każdej chwili, tracąc niewielką część zainwestowanego kapitału albo odsetki – wyjaśnia Maciej Kalwasiński, analityk Bankier.pl.
Jeszcze nigdy w historii nabywcy tak masowo nie kupowali detalicznych obligacji Skarbu Państwa przez internet. Za zwiększeniem udziału sieci stoi głównie epidemia koronawirusa, ale również wzrost zainteresowania tą formą oszczędzania wśród młodszych Polaków.
W kwietniu 18 na 1000 nabywców nie miało więcej niż 25 lat – to największy udział tej grupy wiekowej od ponad czterech lat. Na zakup zdecydowało się w ubiegłym miesiącu niemal siedmiokrotnie więcej młodych ludzi, niż średnio w ubiegłym roku.
Tym decyzjom sprzyja to, że w ciągu kilku najbliższych tygodni większość banków obniży oprocentowanie na kontach oszczędnościowych – wynika z analizy Bankier.pl. W części banków obniżki zaczną się już na początku czerwca. Stawki spadną do najniższych poziomów w historii i ciężko będzie znaleźć konta, które oferują powyżej 0,5 proc. zysku.
To pokłosie ostatnich obniżek stóp procentowych Narodowego Banku Polskiego.
W marcu i w kwietniu Rada Polityki Pieniężnej dwukrotnie obniżyła stopy procentowe NBP. Stopa podstawowa spadła do poziomu 0,5 proc. Wskaźnik ten jest punktem odniesienia dla banków.
Oprocentowanie obniży m.in. największy bank w kraju – PKO BP. Zrobi to w dwóch turach – pierwsza obniżka wejdzie w życie 15 czerwca, druga – 1 lipca 2020 r. Oprocentowanie spadnie do poziomu 0,2-0,5 proc. w czerwcu (zależne od zdeponowanej kwoty), a następnie do 0,01-0,2 proc. w lipcu. Stawki spadną także w banku Pekao – także do 0,3 – 0,5 proc.

-Konta oszczędnościowe są wygodną alternatywą dla lokaty terminowej. Pozwalają deponować oszczędności bez konieczności ich zamrażania na dłuższy termin. Niestety, w najbliższej przyszłości oprocentowanie rachunków spadnie jeszcze bardziej. W większości kont stawki oprocentowania nie będą już chroniły oszczędności przed zębem inflacji – mówi Wojciech Boczoń, analityk Bankier.pl.

Banki przykręcają śrubę

Ten, kto nie kupił mieszkania czy domu przed wybuchem epidemii, może teraz żałować.

Spada zdolność kredytowa Polaków. Pandemia koronawirusa przemeblowała rynek kredytów hipotecznych – chociaż na razie widzimy dopiero pierwsze efekty zmian w podejściu banków. Kredytodawcy zwiększają wymogi wobec klientów i bardziej konserwatywnie podchodzą do oceny ryzyka.
W ciągu dwóch miesięcy zmieniły się nie tylko oczekiwania co do rozwoju sytuacji gospodarczej, ale również cena pieniądza. Po dwóch obniżkach stóp procentowych wskaźnik WIBOR 3M (Warsaw Interbank Offer Rate – stopa procentowa, po jakiej banki udzielają pożyczek innym bankom) znajduje się na poziomie 0,7 proc. Najniższym w historii i aż o 1 punkt procentowy niższym niż na początku 2020 roku.
Rezultaty rynkowej rewolucji zauważyć można, jeśli porównamy ze sobą oferty, które dzieli zaledwie dwumiesięczna przestrzeń. Wzięliśmy pod lupę „przedepidemiczne” propozycje – i symulacje prezentowane przez banki w kwietniu dla tego samego profilu klienta w rankingu kredytów hipotecznych Bankier.pl.
Założyliśmy, że o kredyt stara się bezdzietne małżeństwo.Klienci mają co miesiąc do dyspozycji 6200 zł. Oboje utrzymują się z umów o pracę na czas nieokreślony. Dochody gospodarstwa obciąża tylko utrzymanie jednego samochodu. Przykładowi klienci nie korzystają w momencie wnioskowania z żadnego produktu kredytowego.
Dwuosobowa rodzina zarabiająca co miesiąc 6200 zł mogła w kwietniu liczyć na kredyt hipoteczny niższy nawet o 140 tys. zł niż w lutym br. – wynika z analizy Bankier.pl.
Banki w różnym tempie aktualizują oprocentowanie kredytów hipotecznych – w symulacjach przygotowanych na potrzeby kwietniowej edycji rankingu część instytucji bazowała już na nowych stawkach, a niektóre nadal na starych.
Można byłoby spodziewać się, że skoro spada oprocentowanie zobowiązania (i zarazem rata płacona przez klientów), to wzrośnie szacowana przez banki zdolność kredytowa gospodarstwa domowego. Tak jednak w większości przypadków się nie dzieje, co świadczy dobitnie o zmianie nastawienia kredytodawców. Obniżka stóp procentowych w większości banków nie spowodowała wzrostu zdolności kredytowej klientów. Zdolność kredytowa przy minimalnym wkładzie własnym to coraz rzadsza opcja.
Zmianę polityki banków widać także w wymaganiach stawianych potencjalnym kredytobiorcom. Minimum wkładu własnego podniósł od lutego m.in. Bank Ochrony Środowiska, Pekao Bank Hipoteczny i PKO BP. Te instytucje jeszcze dwa miesiące temu gotowe były udzielić kredytu klientom wpłacającym tylko 10 proc. wartości nieruchomości ze swoich oszczędności. W kwietniu nie ma ich już na liście potencjalnych kredytodawców w takim scenariuszu.
Zdolność kredytowa profilowych kredytobiorców wzrosła tylko w Alior Banku oraz, symbolicznie, w Banku Millennium. Szczególnie interesującym przypadkiem jest natomiast mBank, w którym klienci mogliby liczyć w kwietniu na kwotę niższą o ponad 140 tys. zł. Ten bank w symulacji opierał się jeszcze na wskaźniku WIBOR 3M sprzed obniżek i jednocześnie podniósł marżę kredytową. Daje to spadek zdolności kredytowej, który zasługuje na miano spektakularnego.
Kredyt mieszkaniowy z 20-procentowym wkładem własnym jeszcze do niedawna mógł być określany mianem „standardowego”. Wszystkie banki aktywne na rynku gotowe były udzielić finansowania na takich warunkach. To jednak także już przeszłość – wyższej wpłaty wymagał w kwietniu ING Bank Śląski oraz Bank Ochrony Środowiska.
W zestawieniu ponownie przewagę mają banki, które obniżyły szacunki maksymalnej zdolności kredytowej (pomimo, przypomnijmy, obniżki stóp procentowych). Najwyższą kwotę proponuje Bank Pocztowy (740 tys. zł), który w lutym oceniał finansową wydolność profilowych klientów na 670 tys. Tak więc, przy 20 proc. wkładu własnego też ubywa kredytodawców.
W kwietniowej edycji rankingu kredytów hipotecznych banki przygotowały także symulacje dla nowego scenariusza – wpłaty własnej w wysokości 30 proc. wartości nieruchomości. Niewykluczone, że jeśli kredytodawcy zdecydują się dalsze zaostrzanie polityki kredytowej, tę opcję będzie można wkrótce nazwać nowym standardem.
Lista takich kredytodawców poszerza się o ING Bank Śląski. Bank Ochrony Środowiska nie został ujęty w zestawieniu – oczekuje wpłaty już 40 proc. wartości inwestycji z oszczędności klienta.
Najostrzejszy szacunek zdolności kredytowej przedstawił Bank Pocztowy. Na kolejnych pozycjach znalazły się BNP Paribas Bank oraz Bank Pekao. Przy maksymalnym wykorzystaniu finansowania, kredytobiorcy musieliby się liczyć z comiesięczną ratą pochłaniającą około połowy dochodu.
To jednak nie wszystko. Zmiany nastąpiły również w cennikach. Częściowo w wyniku zakończenia czasowych promocji (i nie wprowadzeniu nowych), a w części poprzez korekty podstawowych stawek. Porównaliśmy oferty banków dla tego samego profilu gospodarstwa domowego w okresie „przedpandemicznym” (luty 2020 r.) i po zamrożeniu gospodarki.
Założyliśmy, że o kredyt stara się wspomniane bezdzietne małżeństwo, mające co miesiąc do dyspozycji 6200 zł. Klienci zamierzają nabyć mieszkanie na rynku pierwotnym we Wrocławiu. 50-metrowy lokal na peryferiach miasta kosztuje 337,5 tys. zł.
Wyniki zestawienia nie pozostawiają złudzeń – w ciągu dwóch miesięcy znacząco zmieniły się parametry proponowanych kredytobiorcom produktów. W większości banków marże są dziś wyższe o kilkanaście punktów bazowych. Ponieważ w międzyczasie spadły stopy procentowe (a wraz z nimi wskaźniki WIBOR), to raty zobowiązania i tak uległy obniżeniu. Warto jednak pamiętać, że marża w całym okresie trwania umowy jest stała, klienci będą skazani na ustalone dziś warunki. Chyba że za kilka, kilkanaście lat zdecydują się na refinansowanie
Spośród 13 banków aż 8 podwyższyło marżę kredytową. Zmiany mieszczą się w przedziale od kosmetycznej korekty o 0,1 pp. do 0,6 pp. Czterech kredytodawców zaproponowało rankingowym klientom te same warunki cenowe, a w Alior Banku stawka w kwietniu była niższa niż w lutym.
Trend stopniowego podnoszenia marż, zwłaszcza przy niskim wkładzie własnym klienta, obserwowaliśmy od kilkunastu miesięcy. Średnia stawka pięła się powoli, ale systematycznie w górę.
„Epidemiczne” podwyżki mają jednak zupełnie inny charakter – w krótkim czasie na podobny krok zdecydowało się wielu kredytodawców. To niespotykana od lat sytuacja, którą wyzwoliły zewnętrzne warunki – niepewność, spodziewany wzrost kosztów ryzyka, pewne „jak w banku” obniżenie rentowności działania.

Gospodarka 48 godzin

Bankierzy prosperują
Banki komercyjne w Polsce mają się świetnie. Jak podaje Główny Urząd Statystyczny, zysk netto sektora bankowego w 2019 r. wyniósł 14,6 mld zł, to jest aż o 12,2 proc. więcej niż w 2018 r. Suma bilansowa banków zwiększyła się o 5,6 proc. i wyniosła 1 992,4 mld zł. Na wynik finansowy netto w 2019 r. składały się zyski netto 570 banków w kwocie 15,9 mld zł oraz straty netto 30 banków (16 komercyjnych, w tym 11 oddziałów instytucji kredytowych oraz 14 banków spółdzielczych) o wartości 1,3 mld zł. Wartość kredytów udzielonych sektorowi niefinansowemu zwiększyła się o 4,4 proc. do kwoty 1 131,0 mld zł, a wartość depozytów sektora niefinanoswego wzrosła o 9,6 proc. do 1 262,3 mld zł. Według stanu w dniu 31 grudnia 2019 r. największą pozycją aktywów sektora bankowego były aktywa finansowe – 71,2 proc. Po stronie pasywów dominującą pozycją były zobowiązania finansowe, które stanowiły 86,1 proc. pasywów. Kredyty dla przedsiębiorstw zostały w większości (53,6 proc.) zaciągnięte przez małe i średnie przedsiębiorstwa. Kredyty udzielone na nieruchomości mieszkaniowe (w tym 98,3 mld zł powiązane z kursem franka) oraz kredyty konsumpcyjne osób prywatnych stanowiły łącznie 82,8 proc. kredytów gospodarstw domowych.

Niższe odszkodowania
Nie tylko banki lecz i towarzystwa ubezpieczeniowe znakomicie prosperują w naszym kraju. Zyski towarzystw ubezpieczeniowych ogółem w 2019 r. były lepsze niż przed rokiem i wyniosły 7,2 mld zł. Wpłynęły na to korzystniejsze wyniki uzyskane tak przez zakłady ubezpieczeń na życie (dział I), jak i zakłady ubezpieczeń majątkowych (dział II). W strukturze ich przychodów dominującą pozycję stanowiła składka. W 2019 r. składka przypisana brutto ogółem wyniosła 63 831,3 mln zł (więcej o 2,7 proc. niż w 2018 r.), z czego 21 266,4 mln zł stanowiła składka działu I, a 42 564,9 mln zł działu II. Odszkodowania i świadczenia wypłacone brutto ogółem w 2019 r. wyniosły 40 868,6 mln zł i były niższe o 1,9 proc. niż w 2018 r. W dziale I zmniejszyły się do 18 565,7 mln zł, a w dziale II wzrosły do 22 302,9 mln zł. Łączny wynik finansowy netto zakładów ubezpieczeń wyniósł dokładnie 7 224,1 mln zł i był wyższy o 8,0% niż w 2018 r. Towarzystwa ubezpieczeń w dziale I wypracowały wynik w wysokości 2 584,2 mln zł, a w dziale II wynik ten wyniósł 4 639,9 mln zł. W strukturze składki, składka zakładów działu I stanowiła 34,9 proc. , a zakładów działu II – 65,1 proc. Dominującą pozycję w dziale I, pod względem wartości zebranej składki brutto, uzyskała grupa „ubezpieczenia na życie”. Kolejną pozycję zajmowała grupa „ubezpieczenia na życie związane z ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym” – czyli wciąż te osławione, na ogół oszukańcze polisolokaty. Udział tych dwóch grup ubezpieczeń na życie wyniósł odpowiednio 37,0 proc. i 32,1 proc. wartości składek przypisanych brutto działu I. W dziale II największą pozycję (59,5 proc. ) stanowiły składki zebrane z tytułu polis komunikacyjnych. Składki te zwiększyły się o 0,5 proc. i wyniosły 23 593,1 mln zł. Udział ubezpieczeń auto casco w składkach działu II wyniósł 21,9 proc., a ubezpieczeń odpowiedzialności cywilnej 37,6 proc.

Hipoteki w czasie epidemii

Tych kredytów nie da się załatwić bez wizyty w oddziale banku.
Banki komercyjne działające w Polsce deklarują, że nadal bez przeszkód obsługują wnioski składane przez klientów, starających się o kredyty hipoteczne. Część instytucji wprowadza zmiany w procedurach – wynika z informacji zebranych przez Bankier.pl. Umożliwiają na przykład uruchomienie finansowania bez wizyty w oddziale lub wydłużają terminy ważności decyzji.
Bankier.pl zapytał banki o losy wniosków kredytowych składanych przed wprowadzeniem ograniczeń związanych z pandemią oraz zmiany w polityce kredytowania wprowadzone w ostatnim tygodniu. Na pytanie odpowiedziały między innymi Alior Bank, BNP Paribas Bank, Bank Pocztowy, PKO BP, BOŚ oraz mBank.
Aplikacje złożone przed 12 marca są przetwarzane bez zmian – zgodnie deklarują zapytane instytucje. Kredytodawcy wskazują, że nie obserwują na razie opóźnień, ale kilka banków wypowiedziało się nieco ostrożniej. PKO BP podkreśla, że dokłada wszelkich starań, aby utrzymać najwyższą jakość świadczonych usług. W podobnym tonie odpowiada Bank Ochrony Środowiska.
Kilka instytucji wskazuje, że wprowadzało w ostatnim czasie zmiany w samych procedurach przetwarzania wniosków kredytowych. Przykładowo, BNP Paribas Bank wymienia w tym kontekście możliwość złożenia wniosku o produkt hipoteczny bez wizyty w oddziale jeśli wnioskodawca jest już klientem banku (np. posiada już inny produkt banku) i wydłużenie terminu ważności decyzji kredytowej z 60 dni do 90 dni. Bank w imieniu klienta przekazuje wymagane dokumenty do sądu w celu złożenia wniosku o wpis hipoteki. Kredyt można także uruchomić (ostatni element procesu) bez wizyty w oddziale.
Alior Bank podkreśla, że zmniejszył liczbę wymaganych w procesie kontaktów z bankiem. „Wybrane formy standardowych zaświadczeń zastąpiliśmy dokumentami wygenerowanymi elektronicznie. Obejmuje to np. dokumentację fotograficzną nieruchomości, zaświadczenia generowane z portali Zakładu Ubezpieczeń Społecznych i Urzędów Skarbowych” – wskazano w stanowisku banku.
– Większość najprostszych operacji bankowych można wykonać z powodzeniem zdalnie, za pomocą bankowości elektronicznej. Niestety udzielenie kredytu hipotecznego w całości online to nadal pieśń przyszłości. Spora część dokumentacji musi mieć formę papierową, a niektóre etapy procedury wymagają fizycznej obecności klienta w banku. Podczas epidemii koronawirusa to dodatkowa przeszkoda dla osób, które nadzwyczajne okoliczności zastały w trakcie wnioskowania o kredyt mieszkaniowy – komentuje Michał Kisiel, analityk Bankier.pl.

Lokaty przestają się opłacać

Władza postanowiła zniechęcić Polaków do oszczędzania, sprawiając, że oprocentowanie terminowych rachunków bankowych jest coraz niższe.

Średnie oprocentowanie najlepszych lokat kwartalnych było w ubiegłym miesiącu najniższe od początku 2018 r. – wynika z analizy Bankier.pl. Dotyczy to zarówno lokat na 10 tys. zł (bez względu na konieczność spełnienia dodatkowych warunków), jak i depozytów na 100 tys. zł. Niewiele lepiej jest z ofertami na 12 miesięcy.
Bankier.pl stworzył nowy, kwartalny raport, którego bohaterem są lokaty terminowe. DepoTracker Bankier.pl będzie pokazywał, jak zmienia się w czasie oprocentowanie najlepszych lokat na rynku. Za „najlepsze lokaty” uznawać będziemy pięć najwyżej oprocentowanych lokat w danym miesiącu, na określony termin i kwotę.
Informacje o średniej stawce najwyżej oprocentowanych propozycji czerpiemy z publikowanych regularnie od lat rankingów lokat Bankier.pl. Jako punkt startowy do naszych badań wybraliśmy styczeń 2018 r. Biorąc pod uwagę rodzaje lokat, które najczęściej interesują deponentów, DepoTracker będzie analizą:

  1. najlepszych lokat 3-miesięcznych dla kwot do 10 tys. zł – z dodatkowymi warunkami i bez dodatkowych warunków,
  2. najlepszych lokat 3-miesięcznych i 12-miesięcznych na 100 tys. zł.
    W tym zestawieniu nie ma przypadku. Lokaty kwartalne opisane w punkcie 1 już od dawna nie schodzą z pozycji najwyżej oprocentowanych na rynku. Promocyjne oferty na niskie kwoty to obiekt zainteresowania wyjadaczy wisienek, którzy nie chcą zamrażać kapitału na długo. Oferty z dodatkowymi warunkami porównujemy z depozytami bez takich wymogów.
    Lokaty bankowe na 100 tys. zł (punkt 2) to z kolei propozycje dla posiadaczy większego kapitału, którzy część swoich środków chcą wpłacić na bezpieczny depozyt. W tym przypadku konfrontujemy depozyty krótkoterminowe i długoterminowe – na 3 i 12 miesięcy.
    Depozyty 3-miesięczne na 10 tys. zł z dodatkowymi warunkami to od dawna najwyżej oprocentowane oferty na rynku. To właśnie na lokatach na ten okres można było do niedawna otrzymać maksymalną stawkę w wysokości 4 proc. rocznie w kilku bankach.
    Średnie oprocentowanie pięciu najwyżej oprocentowanych ofert przez kilka miesięcy wynosiło dokładnie tyle, ile wspomniany maks. – od sierpnia 2018 r. do czerwca 2019 r. z przerwą w styczniu i lutym ubiegłego roku. Od lipca średnia zaczęła jednak sukcesywnie spadać i w marcu 2020 r. wyniosła 3,60 proc. w skali roku. To najniższy poziom od ponad dwóch lat. Z pięciu ofert na 4 proc. w czerwcu 2019 r. pozostały tylko dwie, a do najwyżej oprocentowanej piątki załapała się propozycja na 2,70 proc. rocznie.
    Badana przez nas średnia odnotowała w marcu bieżącego roku najniższy poziom od początku 2018 r. (1,52 proc.). Swój marsz w dół skali rozpoczęła trochę szybciej, bo równo rok wcześniej – w marcu 2019 r. Dla porównania maksymalna stawka dostępna w lutym 2019 r. wynosiła 3,10 proc. rocznie, ponad rok później było to już 2 proc. w stosunku rocznym.
    Biorąc pod uwagę ostatni kwartał, średnia lokat z dodatkowymi warunkami spadła nieznacznie bardziej – z 3,66 do 3,60 proc. w skali roku. Spadku o 0,06 pp. należy upatrywać w obniżce oprocentowania Lokaty Mobilnej (Getin Noble Bank) z 3,00 na 2,70 proc. rocznie oraz wycofaniu z oferty Lokaty dla nowego klienta (Alior Bank). W przypadku standardowych depozytów była to zmiana z 1,56 na 1,52 proc. rocznie. Cięcie przeprowadził w tamtym czasie Idea Bank na Lokacie NR oraz Nest Bank na Nest Lokacie. Lokata Tradycyjna od Getin Noble Banku doczekała się natomiast podwyżki.
    Osoby ze znacznie wyższym kapitałem nie będą zaprzątały sobie głowy ofertami z ograniczoną kwotą maksymalną do 10 lub 20 tys. zł. Z myślą o zwolennikach bezpiecznego oszczędzania ze znacznie grubszym portfelem sprawdzamy średnią najlepszych ofert na dwa terminy – 3 miesiące oraz 12 miesięcy.
    W ciągu ostatnich dwóch lat średnia osiągnęła swoją maksymalną wartość dwukrotnie – w marcu 2018 r. i w marcu 2019 r. Od kwietnia ubiegłego roku zaczęła jednak spadać i według ostatnich danych wynosi 2,12 proc. rocznie, czyli o 0,92 pp. mniej niż rok wcześniej. Za spadek o 0,08 pp. w ostatnim kwartale odpowiedzialna jest obniżka oprocentowania na Lokacie na Start (BNP Paribas Bank Polska) i Lokacie na nowe środki (Getin Noble Bank).
    Podobnie wygląda krzywa przedstawiająca średnie oprocentowanie lokat rocznych, choć trzeba podkreślić, że jest ona bardziej płaska. Mimo że depozyty o dłuższym terminie powinny dawać większy zysk, to maksymalna stawka odnotowana w lutym 2019 r. była niższa od tej, którą dało się uzyskać zaledwie dwa tygodnie później na depozytach kwartalnych. To kolejny argument za tym, że lokaty na 3 miesiące są chętniej wybierane przez banki na promocyjne oferty. Dane z ostatnich miesięcy pokazują jednak, że po serii obniżek depozyty roczne wpasowały się w regułę, zgodnie z którą zamrożenie kapitału na dłużej powinno przynieść większy procent. Od września 2019 r. średnie oprocentowanie pięciu najlepszych ofert na ten okres jest wyższe od średniej opisującej lokaty kwartalne.
    Ostatnie miesiące nie były jednak łaskawe dla zwolenników lokat 12-miesięcznych. W lipcu 2019 r. badana średnia była najniższa od początku 2018 r. i zatrzymała się na poziomie 2,20 proc. w skali roku. Obecnie wynosi niewiele więcej, bo 2,28 proc. w skali roku. W stosunku do grudnia 2019 r. jest to wzrost o 0,05 pp. spowodowany m.in. wzrostem stawki na Lokacie Facto (BFF Banking Group) i Lokacie NR 1 (Idea Bank).
    To jednak nie koniec spadków na depozytach terminowych. Biorąc pod uwagę, że ranking lokat kwartalnych z marca opublikowany został przed pierwszą obniżką stóp procentowych ogłoszoną 17 marca br., a zestawienie lokat rocznych pomiędzy dwoma ostatnimi cięciami, nie należy spodziewać się szybkiego odbicia od trendu spadkowego. Zapowiedź kolejnych obniżek można już dostrzec w kwietniowym rankingu lokat kwartalnych.

Jak się zarabia na epidemii

Bankierzy opowiadają jak pomagają, udzielając wakacji kredytowych. Tyle, że te wakacje mogą bardzo zaszkodzić klientom. „Oczekuję większej wrażliwości ze strony sektora bankowego i natychmiastowej zmiany niektórych praktyk” – mówi Tomasz Chróstny, szef UOKiK.

Ponieważ przykład idzie z góry, więc i banki komercyjne działające w Polsce uznały, że będą się chwalić – na wzór rządu Prawa i Sprawiedliwości, którego główna aktywność wyraża się właśnie w przechwałkach i uprawianiu propagandy sukcesu.
Bankierzy zaczęli zatem opowiadać o swej działalności …społecznej dla dobra klientów. To się nieco kłóci z ich wizerunkiem w Polsce, bo co jak co, ale empatia i bezinteresowna pomoc drugim, to coś, czego rzadko możnaby się spodziewać po bankach w Polsce. A jednak bankierzy, ustami Związku Banków Polskich, wiele mówią o swych działaniach pomocowych, podejmowanych zarówno przez wielkie banki, jak i te drobne, spółdzielcze. Chodzi tu zwłaszcza o wakacje kredytowe oraz udzielanie preferencyjnych (dzięki państwowym gwarancjom) kredytów dla przedsiębiorstw.
Jak wiadomo, wakacje kredytowe polegają na zawieszeniu rat na pewien czas. Konsument może zawiesić spłatę całej raty, samego kapitału bądź wyłącznie odsetek. I okazuje się, że takie przyznawanie wakacji kredytowych, którymi chwalą się banki w Polsce, bywa raczej próbą oszwabiania klientów, niż pomagania im.
Jak bowiem wynika z obserwacji Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz z otrzymanych sygnałów konsumentów, w niektórych bankach spłata zostaje odroczona w czasie, ale – w oparciu o zawarty aneks – odsetki należne za okres zawieszenia spłaty dodawane są do całkowitej kwoty kredytu i od tej sumy banki obliczają kolejne odsetki. „Ten sposób kapitalizacji rat odsetkowych wiąże się z dodatkową opłatą po stronie kredytobiorców” – jednoznacznie stwierdza UOKiK.
– Takie działanie banków jest kolejną próbą wykorzystania i tak trudnej sytuacji konsumentów. Celem wakacji kredytowych jest wsparcie kredytobiorców mających przejściową trudność w regulowaniu płatności. Niestety, dwukrotne naliczenie odsetek może pogorszać ich sytuację ekonomiczną, zaś sam mechanizm kapitalizowania odsetek nie zawsze jest prawidłowo prezentowany konsumentowi – mówi Tomasz Chróstny, prezes UOKiK.
Ze skarg wpływających do urzędu wynika również, że konsumenci mogą nie być w wystarczający sposób informowani o warunkach finansowych, na jakich decydują się na odroczenie spłaty rat kredytów. Klient powinien mieć przed zawarciem aneksu pełną wiedzę, jak wpłynie to na wysokość pozostałych do spłaty zobowiązań finansowych i ile faktycznie może kosztować go skorzystanie z wakacji kredytowych, oferowanych przez banki w czasie epidemii.
Konsumenci powinni zostać również poinformowani o prawie do odstąpienia od aneksu w terminie 14 dni – i kontynuowania umowy na dotychczasowych warunkach, jeśli np. dojdą do wniosku, że skorzystanie z wakacji kredytowych im się nie opłaca lub też nie pogorszyła się tak ich sytuacja finansowa, jak pierwotnie przypuszczali. Ważne jest również to, aby banki nie wymagały przy tej okoliczności osobistej wizyty w placówce celem rezygnacji z aneksu, jeżeli nie była ona wymagana przy jego zawarciu.
W związku z tymi wszystkimi nieprawidłowościami, prezes UOKiK sprawdzi czy banki rzetelnie informują konsumentów o skutkach zawarcia aneksu i nie utrudniają możliwości odstąpienia od niego. Wszczął też postępowanie wyjaśniające, w którym sprawdza zasady oferowania wakacji kredytowych przez banki.
– Wiele osób w związku z epidemią koronawirusa jest w trudnej sytuacji finansowej i korzysta z odroczenia spłaty rat kredytowych. Jest to oferta banków, z którą mogą się wiązać późniejsze problemy dla konsumentów. Otrzymane przez Urząd sygnały wskazują, że niektóre banki próbują wykorzystywać trudną sytuację, w jakiej znaleźli się klienci. Oczekuję większej wrażliwości ze strony sektora bankowego i natychmiastowej zmiany niektórych praktyk – dodajeTomasz Chróstny, prezes UOKiK.
Urząd wezwał zatem banki do przekazania dokumentów i informacji dotyczących oferowanych warunków wakacji kredytowych, by przeanalizować otrzymywane odpowiedzi.
Odroczenie rat możliwe jest po podpisaniu przez konsumenta specjalnego aneksu. Wątpliwości prezesa UOKiK budzi zawieranie przez banki w aneksach postanowień, które w przyszłości mogą powodować trudności w dochodzeniu przez kredytobiorcę praw przed sądem (np. w sytuacji żądania unieważnienia umowy kredytowej).
Postanowienia sugerują, że konsument złożył oświadczenie o uznanie określonej kwoty zadłużenia. Takie oświadczenie nie ma związku z odroczeniem spłaty rat ze względu na trudności wywołane epidemią. Zdaniem prezesa UOKiK, wymusza ono na słabszej stronie umowy złożenie oświadczenia nie mającego bezpośredniego związku z celem podpisania aneksu, którym jest odroczenie spłaty kredytu.
Do urzędu docierają również informacje o tym, że banki mogą interpretować samo podpisanie aneksu jako uznanie długu przez konsumenta. Konsekwencją tego mogłoby być w przyszłości wykorzystywanie zawarcia przez konsumenta aneksu do przerwania biegu przedawnienia roszczeń. Zdaniem prezesa UOKiK jest to nieuprawniona interpretacja. Zamiarem obu stron jest bowiem odroczenie spłaty kredytu – a nie uznanie długu przez konsumenta czy pozbawienie się przez niego w przyszłości możliwości kwestionowania ważności umowy kredytowej.

– Nie zgadzam się, że podpisanie aneksu dotyczącego zawieszenia spłaty rat kredytu może być traktowane jako uznanie długu. Wykorzystanie aneksów jako sposobu wymuszenia na konsumencie uznania długu oceniam, szczególnie w obecnej sytuacji, jako niedopuszczalne. Takie działanie może podważać zaufanie konsumentów do całego sektora bankowego. Instytucje finansowe, w tym szczególnie trudnym czasie epidemii, powinny wykazać się troską o swoich klientów i oferować im realne wsparcie, a nie zabezpieczać swoje partykularne interesy i pomnażać zyski – zarzuca polskim bankierom Tomasz Chróstny, prezes UOKiK.
Szef UOKiK wezwał również Związek Banków Polskich oraz banki komercyjne do zajęcia jednoznacznego stanowiska, że nie będą w przyszłości wykorzystywać na szkodę klientów aneksów dotyczących wakacji kredytowych, zawieranych w czasie epidemii – np. jako okoliczność powodującą przerwanie biegu przedawnienia roszczeń banków.
Urząd apeluje też do wszystkich konsumentów, by zanim zdecydowali się odroczyć spłatę rat, przeczytali dokładnie aneks przed akceptacją. Niech zapoznają się zwłaszcza z harmonogramem spłaty kredytu oraz wysokością rat przewidzianych po ustaniu wakacji kredytowych – i przemyślą, czy to rozwiązanie jest dla nich korzystne.

Tarcza wciąż za mała

Rząd nie jest w stanie stworzyć spójnego planu ratunkowego, odpowiadającego rzeczywistym potrzebom naszej gospodarki.

Zdaniem ekspertów, polski rząd powinien rozważyć 100-procentową odpowiedzialność państwa za kredyty udzielane w ramach tarczy antykryzysowej. Uważa tak między innymi Lars Gutheil, dyrektor zarządzający Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej. Jego opinia jet o tyle istotna, że Niemcy są przecież głównym partnerem gospodarczym naszego kraju.
Problemy z stosowaniem tarczy kryzysowej zaczęły się od razu po jej wdrożeniu. Średnie przedsiębiorstwa w Polsce już teraz zgłaszają problemy z uzyskaniem pomocy w ramach rozwiązań tarczy antykryzysowej. Kredyty gwarantowane przez Bank Gospodarstwa Krajowego, udzielane firmom przez ich banki w ramach pomocy w utrzymaniu płynności w czasie pandemii koronawirusa, BGK gwarantuje w 80 proc. Problem jednak z pozostałymi 20 proc.
Należy oczywiście docenić, że państwowy BGK wychodząc przedsiębiorcom naprzeciw, nie pobiera prowizji za udzielenie gwarancji kredytowej i przedłuża okres jej obowiązywania do 39 miesięcy. Wciąż jednak firmy muszą zapewnić poręczenie spłaty pozostałych 20 proc., co w sytuacji załamania rynku okazuje się barierą nie do pokonania.
Zdaniem bardzo wielu banków komercyjnych działających w Polsce, ryzyko to, nawet ograniczone do 20 proc. sumy kredytu, jest nadal zbyt wysokie. Niestety, na rynku kredytowym nie ma równości stron. To banki komercyjne dyktują warunki. W rezultacie, mogą one powszechnie dokonywać negatywnej weryfikacji wniosków kredytowych.
Okazuje się, że jest to nie tylko polski problem, lecz także i niemiecki.
„Jak pokazały pierwsze dni po uruchomieniu rozwiązań tarczy antykryzysowej w Niemczech, liczne małe i średnie przedsiębiorstwa nie otrzymywały kredytów od swoich banków mimo gwarancji ze strony państwa – nawet jeśli przed pandemią koronawirusa prosperowały one bez zarzutu. W związku z tym rząd niemiecki podniósł pierwotny pułap gwarancji dla kredytów w wysokości 80 proc. (dla dużych firm) i 90 proc. (dla małych i średnich przedsiębiorstw) na pełne gwarancje 100-procentowe. Szczególnie dla małych i średnich przedsiębiorstw, które stanowią absolutną większość firm w Niemczech – ale także w Polsce – oznacza to w wielu przypadkach gwarancję przetrwania. Warto więc, aby rząd polski rozważył podobne rozwiązanie” – stwierdza w swojej opinii dyr. Lars Gutheil.
Jego zdaniem, upadek wielu dobrych firm byłaby ostatecznie dużo droższym rozwiązaniem dla państwa. Jedyne, co się obecnie liczy, to utrzymanie egzystencji wcześniej zdrowych ekonomicznie firm i zabezpieczenie miejsc pracy, aby gospodarka mogła wrócić na właściwe tory po zakończeniu pandemii.
Z tego samego powodu w ramach poprawianej tarczy 2.0 należy rozważyć rozszerzenie proponowanych instrumentów w zakresie skracania czasu pracy. Zdaniem Larsa Gutheila, dla zachowania dotychczasowych miejsc pracy byłoby dobrze, gdyby firmy w kryzysie mogły w razie potrzeby skrócić czas pracy swoich pracowników o ponad 20 proc.
Pytanie tylko, co wtedy z płacami, które już dziś w wielu przedsiębiorstwach zaczynają być głodowe? Czy w Polsce pogłębi się proces podziału na korzystającą z bezpiecznych form zatrudnienia i wysoko opłacaną kastę urzędniczą, oraz na całą resztę? Ale urzędnicy nie wyprowadzą naszego kraju z kryzysu.

Krajobraz po tarczy

Rząd pomaga największym ofiarom zarazy. Bankierom i działaczom PiS.

Dla ludzi mających pojęcie o ekonomii, opowieści Morawieckiego, Dudy i ministrów o tarczy antykryzysowej za 212 mld zł, oprócz kaszlu wywołanego śmiechem, przywodzą wspomnienie kwoty 2 bilionów złotych.
Tyle państwo PiS miało wydać na inwestycje do roku 2020, w ramach Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju, zwanej również planem Morawieckiego. Te 2 biliony miały sprawić, że dziś winniśmy być zreidnustializowani, innowacyjni, popieprzać szybkimi pociągami, mieć milion samochodów elektrycznych i zarobki na poziomie średniej unijnej. No i państwo mieliśmy mieć silne, sprawne i błyskawicznie reagujące na bolączki obywateli.
Co mamy widać. Inflację już przed epidemią, na poziomie 5 procent. Niesprawne służby. Lecącą na pysk złotówkę. Powiększającą się – dzięki nietrafionym transferom socjalnym – sferę ubóstwa. Film o Zenku Martyniuku. I rosnące z roku na rok, w tempie szybszym niż PKB, zyski sektora bankowego.
Przez cztery lata, niemal co tydzień, piszę o niedowładzie państwa, nieumiejętności robienia przezeń czegokolwiek poza wypełnianiem przekazów bankowych. No i o panoszeniu się pisowskich analfabetów od gospodarki i zarządzania. Do tego wszystkiego doszedł jeszcze koronawirus..
Wirtualny pieniądz
Oficjalną odpowiedzią państwa PiS na zarazę i szykujący się mega kryzys ekonomiczny, stało się to, co można wyczytać w podręcznikach do historii ekonomii. Tylko głupiej znacznie. Czyli rozruszanie gospodarki, przez de facto dodruk pieniądza – wspomnianych 212 miliardów. Nie jest to jednak nawet ćwierć prawdy o „tarczy antykryzysowej”.
Ciekawe są już same proporcje podzielenia tych środków. 30 miliardów ma iść na „Program Inwestycji Publicznych”. Co rząd przez to rozumie, nikt nie wie. Poza tym, oczywiście, że Morawieckiemu et consortes jeszcze żadna inwestycja nie wypaliła. W związku z tym, tą pozycją nie ma sobie co zawracać głowy, bo jakby jej nie było.
Tak samo jak 7,5 miliardami zł, mającymi pójść w „Ochronę zdrowia”. Kasa ta oczywiście do szpitali pójdzie. I na początku nawet na na walkę z koronawirusem, podwyżki dla lekarzy i pielęgniarek oraz sprzęt. Szpitale będą musiały tę kasę błyskawicznie wydawać na prawo i lewo. Tarcza antykryzysowa nie pozwala tych pieniędzy przeznaczać dla komorników ściągających szpitalne wierzytelności. Ale gdy epidemia się skończy, a jakieś niewydane środki pieniądze zostaną na kontach placówek medycznych, to łapę na nich położą wierzyciele. Dlatego jeśli nawet te 7,5 miliarda trafi z budżetu do szpitali, to przynajmniej jedna trzecia tych środków zostanie wydana w pośpiechu i na rzeczy bezsensowne. Mimo to firmy u których zadłużały się szpitale, i tak liczą że co najmniej 2 miliardy po zarazie placówkom zostanie, i komornicy je wierzycielom przekażą. A ponieważ placówki zadłużały się u firm produkujących sprzęt i lekarstwa, które z kolei zadłużały się w bankach, to najbardziej z takiego stanu rzeczy zadowolone będą te ostatnie. Dostaną część kasy, ale za to z dużymi odsetkami.
Resztki z pańskiego stołu
Na dopłaty do zarobków pracowników, którzy z powodu epidemii roboty nie mają, rząd zarezerwował 30 miliardów.
O tym elemencie tarczy nader chętnie wypowiadała się minister Emilewicz. I im więcej mówiła, tym bardziej było widać, że zamiast konkretnej pomocy ludzie dostaną grosze, obarczone na dodatek wypełnianiem stert papierów, które potem i tak w większości zostaną odesłane przez urzędników z powodu braków formalnych.
Rząd oszacował, że bez środków do życia z powodu obostrzeń koronawirusowych jest teraz 2 – 2,5 mln osób do tej pory pracujących na śmieciówkach i samozatrudnieniu. Kolejne 3 miliony pracują w branżach, którym nie wolno prowadzić działalności i nie mają hajsu, żeby zatrudnionym płacić. W związku z czym towarzystwo to, lada moment spodziewa się wypowiedzeń.
Dla „śmieciówkowców” pani Emilewicz zaproponowała początkowo 2 tys zł brutto, czyli po ok.1,4 tys. zł miesięcznie na rękę. Ale tylko przez 2 miesiące. Dla zagrożonych etatowców też nie była szczodrzejsza. Państwo miało sfinansować 40 proc. ich płacy – drugie 40 proc. miał pokrywać pracodawca.
Dla kogoś, kto dysponował kalkulatorem, to się nie trzymało kupy. Gdyby bowiem wszyscy śmieciówkowcy poszli po zasiłek, to budżet byłby uboższy o ledwie 3,5 mld zł. Dokładając do tego dotowanie zagrożonych etatowców kwotą góra 4,5 miliarda zł, do deklarowanych przez rząd 30 miliardów było strasznie daleko.
Tyle, że to był punkt wyjścia do operacji propagandowej. Przez tydzień Emilewicz dostawała joby od wszystkich. I w końcu uznała słuszność zarzutów, wychodząc naprzeciw oczekiwaniom społecznym. Z 2 tys zł brutto zrobiło się zatem dla śmieciówkowców i samozatrudnionych 2080 zł na rękę. I trzy miesiące zwolnienia z ZUS. A na dodatek dla wszystkich, bo kryteria ubiegania się o zapomogę prawie przestały istnieć. Tak jak i biurokracja związana z wnioskami. Poza tym zasiłki będą nie płacone przez miesiąc, ale przynajmniej trzy. Zaprojektowane na to 30 miliardów jest w tej sytuacji kwotą dużo za małą. Więc pani minister zaczęła mówić, że dzięki wsłuchiwaniu się w głos obywateli na pomoc dla pracowników pójdzie 70 miliardów zł. Tyle, że w ustawie taka kwota nie padła.
Udawany sukurs
Są w niej jednak zapisy o 74 miliardach zł, które zdaniem rządu mają trafić do przedsiębiorstw. Gówno otóż prawda. Trafią do niektórych przedsiębiorstw – banków mianowicie.
Pani Emilewicz radośnie zapowiedziała, że pół miliona mikro firm zatrudniających do 9 pracowników będzie mogło skorzystać z pożyczek w wysokości 5 tys. zł.
Po tygodniu zdania nie zmieniła, ale żeby udawać, że słucha ludzi, dołożyła do tego zwolnienie z ZUS przez kwartał wszystkich pracowników, dotkniętych epidemią firm. Tyle, że ustawie o tarczy też nie ma o tym słowa. Jest za to o przesunięciu płatności.
Po zamknięciu knajpy, zakładu fryzjerskiego albo sklepu z butami, czy garnkami zaproponowane właścicielowi 5 tysięcy zł to kwota żenująca. I na dodatek to nie dotacja, ale pożyczka. A na pożyczkach zarobią oczywiście banki. Dlatego żaden drobny biznesmen nie będzie wchodził w obliczu światowego załamania gospodarki w niczego mu nie dający kredyt. Chyba, że jest samobójcą albo cwaniakiem, który z góry wie, że tej kasy nie odda. Ale nawet wtedy bank nie straci, bo pożyczki te gwarantowane są przez państwo. I dlatego za zdefraudowane kredyty zapłaci podatnik. Ale i tak niedużo, bo nawet gdyby wszyscy drobni przedsiębiorcy wzięli kasę i splajtowali bezzwrotnie, to kosztowałoby to budżet ledwie 2,5 miliarda zł.
Tak samo ma się rzecz ze 100 tysiącami firm, na które czekają w bankach komercyjnych, gwarantowane przez państwo kredyty do 3,5 mln zł. Tu przekręciarze mogą się już nachapać, bo 3,5 mln zł to już coś, co warto zawłaszczyć. I za co bankom oczywiście zapłacimy wszyscy.
Jeszcze ciekawiej robi się, gdy w ustawie jest mowa o naprawdę dużych firmach prywatnych. „Tarcza antykryzysowa” jednak nie tyle ma je ochronić, co umożliwi ich przejmowanie przez państwo. Mechanizm jest prosty – Państwowy Fundusz Rozwoju, chętnie wielkich producentów wspomoże i to kasą z budżetu. Tyle, że w zamian za udziały, czy inne obligacje, które potem zamienią się w to, że firma prywatna – jak niegdyś PESA – stanie się firmą państwową. PFR na taki zabieg ma w „tarczy” 6 mld zł.
W tym ostatnim przypadku beneficjentami nie będą akurat banki, ale politycy PiS, bo zrenacjonalizowane za długi firmy będą wymagały na stanowiskach prezesów ludzi z klucza partyjnego.
I właśnie w tym myku tkwi tajemnica, której nie mogą zrozumieć biznesmeni. Dlaczego rząd podzielił firmy na te do 9 pracowników i powyżej. I tym małym dał ulgi, a większym nie. Dlatego otóż, że jak duże firmy szlag trafi, to państwo płacąc ich zagwarantowane długi będzie mogło przejąć te firmy. Ale tylko takie, które uzna za stosowne do obsadzenia swoimi. Stąd państwu zależy, żeby duże przedsiębiorstwa prywatne przędły jak najsłabiej. I jak będą na skraju bankructwa, to się je znacjonalizuje opowiadając w TVP Info, o niesamowitej pomocy dla biznesu.
Prawdziwi beneficjenci
Prawie jedna trzecia z 212 miliardów zł na tarczę, ma iść na „Wzmocnienie Systemu Finansowego”. Ponad 70 mld zł ma zatem wprost trafić do banków w formie tej czy innej pomocy. Doliczając do tego gwarancje kredytowe na drugie tyle, można domniemać, że nasz sektor finansowy będzie bogatszy dzięki kryzysowi o setki miliardów złotych. Bo trzeba pamiętać, że gwarantowane przez państwo kredyty dla przedsiębiorców nie mają żadnych obostrzeń. Banki udzielą ich na zasadach jakie im pasują. W końcu, gdy kredytowana firma splajtuje, to, nawet najwyżej oprocentowany kredyt i tak zapłaci gwarantujące go państwo. I to z odsetkami.
Nie ma co liczyć, że rząd wprowadzi tu jakieś widełki czy kontrolę. Skończy się jak przy wprowadzaniu podatku bankowego, który zdaniem rządu miał nie być przerzucony na klientów. Tymczasem w państwowym, zaprzyjaźnionym z Morawieckim, PKO BP wszystkie usługi zdrożały już tydzień przed pojawieniem się projektu nowej daniny. W innych bankach było to samo. W Santanderze, w którym od 5 lat rośnie kupka pieniędzy dla Morawieckiego – też. I nikomu z tego powodu nie spadł włos z głowy.
Dzień po oficjalnym ogłoszeniu założeń „tarczy antykryzysowej” złotówka poleciała na pysk. Tak światowe rynki oceniły ekonomiczną wiarygodność enuncjacji Dudy i Morawieckiego. To co delikatnie wzrosło, to zagraniczne wyceny polskich banków. Ekonomiści dostrzegli o co w tym chodzi. I są pewni, że w kontekście wspomagania banków rząd Morawieckiego na pewno ze zobowiązań się wywiąże.
Ale do Polaków, prawda o tym, że pomoc dla ofiar kryzysu sprowadza się do pompowaniu zysków bankom i szykowaniu posad dla Pisowców, dociera znacznie wolniej.

Bankierom rośnie

Na co może liczyć dyrektor generalny banku w dobie pandemii koronowirusa, kiedy gospodarka pikuje w dół, na giełdzie pojawia się panika, a akcje banku spadają na łeb i szyję? Oczywiście na solidną podwyżkę. Bez obaw o niegospodarność, bo za ewentualne straty przedsiębiorstwa prawdopodobnie i tak zapłacą podatnicy – przeciętni Amerykanie.
David Solomon, dyrektor generalny banku inwestycyjnego Goldman Sachs, jest szczęśliwcem, który właśnie otrzymał 20 proc. podwyżki pensji. Teraz będzie zarabiał 27,5 mln USD rocznie. Ale to nie wszystko. Solomon dodatkowo dostał premię w wysokości 7,65 mln USD oraz stał się posiadaczem akcji wartych 17,85 mln USD.
Jak uzasadnia ten krok zarząd banku? „Kierował naszym opracowaniem trzyletniego biznesplanu firmy i jasnej długoterminowej strategii, która wykorzystuje nasze fundamentalne zalety, wzmacnia długoterminowe nastawienie firmy i wpaja kulturę innowacji” – czytamy w oświadczeniu. Ponadto dyrektor generalny „wyróżniał się także jako wykwalifikowany rzecznik firmy zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie”.
Gratyfikacja „pierwszego bankstera” ma miejsce w chwili, kiedy z powodu zagrożenia epidemiologicznego wywołanego koronawirusem COVID-19 gospodarka amerykańska zwalnia, a na amerykańskiej giełdzie trwa panika, w wyniku której tylko w ciągu pierwszego tygodnia marca Dow Jones stracił na wartości blisko 9 proc., a w skali całego miesiąca o około 35 proc., zaś NASDAQ aż o 35 proc. wartości.
Ucierpiały również akcje samego Goldman Sachs, notując spadek z 237,33 USD w dniu 19 lutego do 138,41 USD w piątek 20 marca.
Wśród zwykłych Amerykanów poddanych kwarantannie, którzy stracili pracę lub obawiają się jej utraty, a przynajmniej utraty części zarobków, narasta gniew. Pojawiają się wpisy w mediach społecznościowych, że takie zachowanie się klasy wyzyskiwaczy skończy się zamieszkami i gilotyną. Niektórzy porównują gromadzenie bogactwa przez krezusów w czasie pandemii do gromadzenia papieru toaletowego przez zwykłych spanikowanych ludzi.
Amerykanie mają prawo się czuć wkurzeni. Tym bardziej że narasta presja ze strony banksterów, finansjery i plutokratów, by Kongres zasilił ich biznesy publicznymi pieniędzmi, tak jak miało to miejsce podczas kryzysu finansowego w 2008 roku.
Fundamentalna zasada kapitalizmu, która opiera się o prywatyzację zysków i nacjonalizację strat, ma się cały czas dobrze.

Kasa się znalazła

Przez całe lata nie mogą znaleźć kilku miliardów złotych na zdrowie. Przez całe lata system uśmierca dziesiątki tysięcy ludzi przez zbyt długie kolejki, brak środków i brak nowoczesnych terapii. Przez całe lata kłamią w żywe oczy, że tak być musi!!!

A potem zaczyna się kryzys wywołany epidemią. Rząd czuje, że musi coś zrobić.

Kiedy przychodzi do ratowania prywatnych firm i banków, w ułamku sekundy znajdują na to 212 miliardów złotych!

A przynajmniej deklarują, bo część analityków już wyraża obawę, że to liczba z powietrza.

W 212 miliardach jest marne 7,5 na służbę zdrowia. Wniosek jest prosty: mamy w Polsce rząd banksterów i morderców.

Przecież te dodatkowe 7,5 mld złotych na opiekę zdrowotną przy ponad 200 na całą resztę to żart i kpina. To nawet nie jest tyle, ile przyniosłaby rozsądna na czas spokoju podwyżka wydatków na zdrowie do 7,2 proc. PKB, którą od miesięcy postulujemy jako Lewica, wspierani przy tym przez środowiska pracowników medycznych, widzących na co dzień, jak wiele im brakuje do normalnej pracy i niesienia pomocy.

To są absurdalne grosze w sytuacji zagrożenia życia i zdrowia dla setek tysięcy polskich obywateli.

Poważna moc dla szpitali? Zrzutka.pl, może środki z UE…
A pomoc dla firm? Instant 200 mld z budżetu i podatków.