Możemy wymrzeć zanim zbiedniejemy

Pandemia koronawirusa nie wpędza nas w biedę. Problem jest inny. Za sprawą nieudolności rządu PiS i jego obojętności na cierpienia Polaków, wpędza nas do grobu.
COVID-19 wprawdzie uderza w portfele wielu gospodarstw domowych, ale w znacznie mniejszym stopniu niż się obawiano. Nie sprawdziły się też obawy o wzrost zadłużenia konsumentów – dziewięć na dziesięć osób zaprzecza, by aktualna sytuacja gospodarcza zmusiła ich do sięgnięcia po kredyt lub pożyczkę. Co więcej, ponad połowa ankietowanych (55 proc.) odrzuca taką możliwość w kolejnych miesiącach. W czasach kryzysu nie chcemy zaciągać długów, a częściej wspieramy się zaskórniakami.
Koronawirus uszczuplił oszczędności co trzeciej rodziny. Choć ekonomicznych skutków pandemii trudno nie zauważyć, to jednak nie są one aż tak dotkliwe jak spodziewano się jeszcze sześć miesięcy temu. Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Federację Konsumentów i Fundację Rozwoju Rynku Finansowego, 61 proc. gospodarstw domowych nie odczuwa negatywnych efektów pandemii dla stanu swoich finansów.
Pogorszenie sytuacji materialnej zadeklarowała jedna trzecia badanych. W grupie tej, co oczywiste przeważają osoby młode, w wieku 18 – 24 lata i 25 – 34 lata. Mimo zauważalnego pogorszenia, nie zmienili oni jednak swoich dotychczasowych nawyków finansowych. Nie zajęli się też większą kontrolą swoich wydatków – do ich ograniczania przyznaje się bowiem jedynie 16 proc. ankietowanych. Generalnie, w większości rodzin w Polsce (56 proc.) poziom wydatków pozostał na takim samym poziomie jak przed marcem 2020 r.
COVID-19 nie spowodował również zbytnich trudności w spłacie stałych miesięcznych zobowiązań, takich jak np. czynsz za mieszkanie czy rata kredytu. Tylko 1 na 10 osób wskazuje na taki problem.
Pomimo dosyć powszechnego przekonania, że Polacy często żyją na kredyt i chętnie sięgają po pożyczki, to w przypadku gorszych i niepewnych czasów sytuacja jest niemal odwrotna. Raczej nie zaciągamy długów, gdy istnieje realne ryzyko, że możemy mieć problem z ich spłatą. Zresztą, gdybyśmy nawet wtedy chcieli je zaciągać, trudno byłoby znaleźć chętnych do udzielania pożyczek.
Polacy, spytani o to jakie byłyby ich zachowania finansowe w przypadku znalezienia się w trudnej sytuacji ekonomicznej wskazują w pierwszej kolejności na rezygnację z wydatków na abonament za telefon, internet czy dostęp do popularnych serwisów muzycznych i filmowych. Co drugi badany uznaje ów scenariusz za prawdopodobny.
Następnym w kolejności rozwiązaniem, wskazywanym przez jedną trzecią respondentów jest sprzedaż części swojego majątku, np. biżuterii czy samochodu. Dopiero na trzecim miejscu znalazła się możliwość zaciągnięcia kredytu lub pożyczki – taką opcję rozważyłoby 30 proc. ankietowanych. Świadczy to o tym, że Polacy realnie oceniają działalność banków komercyjnych w swoim kraju i rozumieją, że gdy znajdą się w trudnej sytuacji finansowej, żaden bank nie pożyczy im nawet grosza. Wiadomo, że banki w Polsce najchętniej pożyczają pieniądze ludziom zamożnym. Firmy pożyczkowe wprawdzie pożyczą – ale tym bardziej zaostrzają warunki zwrotu i zdzierają skórę z pożyczkobiorców, im są oni biedniejsi.
Zastawienie swojego majątku w lombardzie lub innym podobnym miejscu dopuszcza co piąty respondent. Natomiast jako ostateczność traktujemy zaprzestanie spłacania stałych zobowiązań – aż 72 proc. osób wprost odrzuca ten wariant zachowania, nawet w razie kłopotów finansowych. Rozumiemy bowiem, że niepłacenie stałych rachunków grozi poważnymi konsekwencjami, nawet tak groźnymi jak utrata mieszkania. – Jedną z obaw, jaka towarzyszy nam przy decyzji kredytowej, jest ryzyko nagłej utraty zdolności do terminowej spłaty długu. To świadczy o ostrożnym i odpowiedzialnym podejściu konsumentów do kwestii zadłużania się – uważa Agnieszka Wachnicka, prezes Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego.
Tak więc, wyniki badania nie tylko wskazują na to, że w czasach kryzysu z dystansem podchodzimy do kredytów i pożyczek, ale równocześnie obalają popularny mit, że te służą nam głównie do regularnego uzupełniania luk w budżecie domowym. – Jako główny powód zaciągania kredytów i pożyczek konsumenci wskazują na pojawienie się u nich dużego wydatku, którego nie są w stanie pokryć z bieżących dochodów. Częściej w ten sposób finansujemy impulsywne zakupy, na przykład związane z atrakcyjną promocją na jakiś produkt lub usługę, niż ratujemy się pożyczkami w razie chwilowych problemów finansowych – mówi Kamil Pluskwa-Dąbrowski, prezes Federacji Konsumentów.
Respondenci wskazali, że w razie kłopotów finansowych częściej skorzystamy z debetu na koncie lub karty kredytowej niż wesprzemy się kredytem bądź pożyczką. Jednak zamiast sięgać po produkt kredytowy z dużą dozą prawdopodobieństwa w pierwszej kolejności sięgniemy po nasze zaskórniaki. Problem jednak w tym, że one mocno stopniały w ostatnich miesiącach.
Koronawirus uszczuplił nasze oszczędności. Wprawdzie większość Polaków radzi sobie finansowo, a przynajmniej nie narzeka na kondycję swojego domowego budżetu w czasie pandemii. Jednakże fakt, iż co trzecia osoba przyznaje, że jej oszczędności zmalały w związku z COVID-19, wyraźnie zmniejsza poczucie naszego bezpieczeństwa finansowego. Dochody wielu z nas nieco zmniejszyły się w czasie kolejnych lockdownów, więc te ubytki pokrywaliśmy w pierwszej kolejności właśnie oszczędnościami. Po to zresztą odkładamy pieniądze. Respondenci zapytani o cel gromadzenia oszczędności wskazują właśnie na nieprzewidziane wydatki (53 proc.) oraz na tzw. czarną godzinę, związaną z chorobą, jakimś nieszczęściem losowym, utratą pracy lub innego źródła dochodu (46 proc.).
Niepokojący jest fakt, że 14 na 100 Polaków informuje, iż nie posiada jakiegokolwiek zabezpieczenia finansowego. Badani nie widzą też większych szans na zmianę sytuacji w kolejnych miesiącach. Oznacza to, że dosyć łatwo można w Polsce osunąć się w biedę – ale jakoś nie widać, aby taka ewentualność specjalnie nas martwiła.
Ponadto, nie za bardzo wierzymy, że doświadczenia z pandemii zmotywują Polaków do oszczędzania. Zaledwie co trzecia osoba uważa COVID-19 za jakiś impuls do gromadzenia środków na gorsze czasy. Czyli, koronawirus nie uderzył na po kieszeni na tyle boleśnie, byśmy zaczęli poważnie martwić się o naszą finansową przyszłość.
Tak więc, pandemia na razie nie wpędza nas w biedę. Problem jest inny. Za sprawą nieudolności rządu PiS i jego obojętności na cierpienia Polaków, wpędza nas do grobu. Dzienne liczby zgonów przerażają – są najwyższe w Europie, choć przecież wiele krajów europejskich ma znacznie więcej mieszkańców niż Polska.
Rząd Prawa i Sprawiedliwości w ubiegłym roku chwalił się, jak to świetnie radzi sobie z pandemią. W rzeczywistości radzi sobie fatalnie. Rząd dysponował wszelkimi możliwościami, aby przygotować Polskę na nadejście koronawirusa. Miał czas, pieniądze i wiedzę o doświadczeniach krajów, które wcześniej zostały dotknięte tym nieszczęściem. Mimo to, nie uchronił Polaków przed tragicznym wymiarem pandemii – zresztą, nawet wcale się nie starał. Dla członków obecnej ekipy istotna jest bowiem władza i stanowiska, a nie życie ich poddanych – bo za takich uważają oni obywateli.

Chcecie oszczędzać? No to płaćcie!

Szefowie banków działających w Polsce rozważają wprowadzenie ujemnego oprocentowania depozytów.
Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów Tomasz Chróstny oświadczył, że sprzeciwia się planom wprowadzenia przez banki ujemnego oprocentowania depozytów dla klientów indywidualnych.
Pytanie, czy nie jest to tylko wyimaginowany problem, którego wywołanie miałoby pokazać publiczności rzekomą aktywność szefa UOKiK i jego trzymanie ręki na pulsie konsumenckich zagrożeń?
Tym razem jest chyba jednak coś na rzeczy, choć trudno sobie wyobrazić, aby ewentualny sprzeciw prezesa UOKiK mógł być tu skuteczny. Związek Banków Polskich stwierdził bowiem, że biorąc pod uwagę inflację, referencyjna stopa procentowa Narodowego Banku Polskiego jest już realnie ujemna. W związku z tym ZBP uznaje, że ujemne oprocentowanie depozytów może zostać wprowadzone, zwłaszcza, że żadne przepisy prawa tego nie zabraniają.
Zdaniem prezesa UOKiK, próba wprowadzenia ujemnego procentowania depozytów mogłaby podważyć i tak już nadwyrężone zaufanie społeczeństwa do systemu bankowego – i doprowadzić do wycofywania oszczędności na dużą skalę. W związku z tym prezes skierował do 23 banków w Polsce pismo, które określił „wezwaniem”. W tymże wezwaniu przedstawił on zastrzeżenia UOKiK wobec pomysłu ujemnego oprocentowania. Jak twierdzi, „zażądał” także wyjaśnień, czy i jakie działania prowadzą poszczególne banki w tej sprawie.
Według Tomasza Chróstnego, z doniesień medialnych oraz zapowiedzi Związku Banków Polskich wynika, że sektor bankowy rozważa wprowadzenie ujemnego oprocentowania depozytów lub środków zgromadzonych na kontach klientów indywidualnych. Taka sytuacja oznaczałaby, że konsument byłby zmuszony płacić bankowi za swoje oszczędności zgromadzone na przykład na rachunku oszczędnościowo – rozliczeniowym, w oparciu o które sektor bankowy udziela kredytów. Prezes UOKiK negatywnie ocenia te sygnały napływające ze środowiska bankowego. – Wprowadzenie ujemnego oprocentowania depozytów uderzy w konsumentów, powodując jednocześnie szereg ryzyk o charakterze makroekonomicznym. Nie można karać konsumentów za oszczędzanie. Tego typu zakusy ze strony niektórych banków i ich organizacji branżowej z pewnością podważą i tak już nadwyrężone zaufanie społeczeństwa do systemu bankowego. Oszczędności konsumentów narażone są na uszczuplenie siły nabywczej z powodu zerowego oprocentowania depozytów, rosnących opłat i prowizji bankowych czy wyższej niż w ostatnich latach inflacji. Wprowadzenie ujemnego oprocentowania depozytów przez banki byłoby jednak nieporównywalnie potężniejszym ciosem wymierzonym w oszczędności konsumentów – wyjaśnia prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
W efekcie wprowadzenia przez banki ujemnego oprocentowania lokat, konsumenci mogliby szukać alternatywnych i nie zawsze bezpiecznych sposobów lokowania pieniędzy. Skutkiem mogłyby być na przykład dalszy wzrost cen nieruchomości czy rozwój ryzykownych inwestycji. Ponadto w sytuacji, gdyby konsumenci zaczęli wycofywać pieniądze z banków i trzymać je w domach, wzrosłaby najprawdopodobniej skala kradzieży i oszustw dokonywana na szkodę konsumentów. Już obecnie, jak wskazują dane Narodowego Banku Polskiego, około 300 mld złotych stanowią środki w obiegu gotówkowym – wycofanie pieniędzy z lokat oraz kont bankowych może więc dodatkowo zwiększyć liczbę gotówki w obiegu, a także szarą strefę. Jest to o tyle istotne, iż na wysokie koszty obiegu gotówki skarżą się same banki.
Depozytami zgromadzonymi przez klientów indywidualnych na rachunkach bank obraca udzielając kredytów i pożyczek innym klientom, zarabiając na tego typu świadczonych usługach. Dodatnie oprocentowanie depozytów jest niejako wynagrodzeniem dla klienta za to, że bank obraca jego pieniędzmi, w wyniku czego osiąga korzyści ekonomiczne dla siebie jako instytucji. Wprowadzając oprocentowanie ujemne, banki żądałyby od konsumentów opłat za to, że obracają ich pieniędzmi, osiągają z tego tytułu zyski – uważa, nie bez racji szef UOKiK. Szkoda jednak, że swoje uwagi kieruje on tylko pod adresem banków komercyjnych, zamiast zaapelować do władz NBP o zerwanie z polityką utrzymywania drastycznie niskich stóp procentowych. Tego Tomasz Chróstny woli jednak nie robić.
Prezes Urzędu zapowiedział, że będzie się „bardzo wnikliwie przyglądał” działaniom banków. – Na bieżąco analizujemy sytuację oraz śledzimy kroki podejmowane przez sektor finansowy. Wprowadzenie ujemnego oprocentowania depozytów przez którykolwiek z banków przy nieujemnych stopach procentowych byłoby działaniem sprzecznym z zasadami współżycia społecznego i dobrymi obyczajami. Jeśli do tego dojdzie, podejmiemy działania dostępne w ramach naszych kompetencji, aby chronić konsumentów – oświadczył Tomasz Chróstny. Rzecz jednak w tym, że w praktyce konsumenci już od dawna nie są chronieni, gdyż oprocentowanie lokat jest niższe od inflacji, co powoduje realny spadek wartości pieniędzy odkładanych w bankach. Wprowadzenie formalnego, ujemnego procentowania depozytów dodatkowo pogłębi ten problem – ale go nie stworzy.
UOKiK stoi na stanowisku, iż wprowadzanie ujemnego oprocentowania lokat byłoby zarówno „bezpodstawne prawnie”, jak i szkodliwe dla całego rynku finansowego i gospodarki, w szczególności ze względu na zmiany postaw konsumentów wobec oszczędzania. Warto zauważyć, iż w przeciwieństwie do klientów korporacyjnych, klienci indywidualni mogą stosunkowo łatwo przejść na obrót gotówkowy. „Europejskie banki komercyjne zdają sobie z tego sprawę, dlatego nawet pomimo obowiązujących od lat w strefie euro ujemnych stóp procentowych, 99 proc. depozytów gospodarstw domowych ma nieujemne oprocentowanie” – stwierdza UOKiK.
99 proc. to dużo, ale jednak nie wszystkie. Ujemne oprocentowanie depozytów nie jest zaś czymś nowym i już kilkadziesiąt lat temu zdarzało się w niektórych bankach szwajcarskich. Klienci bez oporów płacili za bezpieczeństwo swoich pieniędzy oraz dyskrecję bankierów.
Polska to jednak nie Szwajcaria, a bezpieczeństwo i dyskrecja są tu na innym poziomie. Prezes UOKiK oznajmił, że apeluje do banków o rozsądek i odpowiedzialność w materii ujemnego oprocentowania depozytów. Niezależnie od skuteczności tego apelu, trudno się z nim nie zgodzić.

Gospodarka 48 godzin

Co w firmach piszczy

W polskiej gospodarce zauważalny spadek rentowności nastąpił w: górnictwie, części działalności usługowej, energetyce, kulturze, hotelach i restauracjach oraz obsłudze nieruchomości. To oczywisty skutek pandemii. Tak zwany syntetyczny wskaźnik sytuacji bieżącej przedsiębiorstw w czwartym kwartale ubiegłego roku kształtował się na najniższym poziomie od globalnego kryzysu z lat 2008 – 10. Firmy nie przewidują raczej poprawy swej bieżącej kondycji ekonomicznej oraz stopnia wykorzystania zdolności produkcyjnych. Jednakże, jak zauważa Narodowy Bank Polski, sporo przedsiębiorstw zanotowało poprawę wyników finansowych w sytuacji spadku przychodów, co wynikało głównie z wyraźnej redukcji kosztów usług obcych oraz towarów zakupionych w celu dalszej odsprzedaży. Mimo „wstrząsów podażowych” spowodowanych pandemią, firmy nie sygnalizowały problemów związanych z zakłóceniami w łańcuchach dostaw, ani nie występowały istotniejsze niedopasowania poziomu zapasów do potrzeb. W firmach nieco obniżył się deklarowany poziom niepewności, ale wciąż jest on bardzo wysoki. Ogólna sytuacja na rynku pracy pogarsza się, ale stosunkowo łagodnie. Mimo to, są branże, w których w ubiegłym roku spadki zatrudnienia były dwucyfrowe. Trudniejsza sytuacja na rynku pracy istotnie zmniejsza także presję pracowników na podniesienie płac i w efekcie obniża prognozy ich wzrostu. Jak zauważa NBP, w czwartym kwartale 2020 r. do historycznie wysokiego poziomu wzrósł odsetek firm, które nie miały problemów z płynnością finansową. Prognozy co do płynności na ten rok są lekko ujemne, ale znacznie lepsze niż w najtrudniejszym, drugim kwartale minionego roku. W firmach nieznacznie tylko wzrosło ryzyko bankructwa. Wyraźnie poprawiły się w nich nastroje inwestycyjne, ale nadal pozostają słabsze niż przed wybuchem kryzysu COVID-19. W świetle deklaracji przedsiębiorstw, w pierwszym kwartale 2021 r. poziom nakładów inwestycyjnych może się nawet obniżać w relacji rocznej, zaś plany inwestycji na cały 2021 r. zakładają, że te nakłady najwyżej zbliżą się do ubiegłorocznych i eksporterzy. Z punktu widzenia konkurencyjności polskiej gospodarki istotne jest to, że następuje zwiększenie zainteresowania eksporterów rozszerzaniem zdolności produkcyjnych i zastosowaniem nowoczesnych technologii. Według deklaracji ankietowanych przez NBP firm, koniec ubiegłego roku przyniósł niewielkie zainteresowanie kredytami bankowymi – zaledwie 15 proc. badanych przedsiębiorstw ubiegało się o kredyt. Ci co się ubiegali, przeważnie dostali. Odsetek zaakceptowanych przez banki wniosków kredytowych sięgnął 88 proc. W prognozach na bieżący rok widoczny jest jednak przyrost odsetka firm, które przewidują, że nastąpi pogorszenie jakości obsługi zobowiązań kredytowych – a to raczej nie wskazuje na możliwość szybkiego rozwoju w 2021 r.

Nadzieje bankierów
Na pierwszy kwartał 2021 r. banki komercyjne w Polsce deklarują łagodzenie kryteriów udzielania kredytów mieszkaniowych i generalnie oczekują dostrzegalnego wzrostu popytu na kredyty. W ten sposób władze banków liczą na poprawę sytuacji ekonomicznej swoich firm.

Gospodarka 48 godzin

Banki po nowemu
Jeśli parlament zaakceptuje rządowe propozycje, to nastąpią zmiany w funkcjonowaniu banków. Polskie prawo bankowe zostanie dostosowane do rozwiązań obowiązujących w Unii Europejskiej. Do tej pory bowiem, czego rząd PiS nie ujawniał, metody działania banków w naszym kraju daleko odbiegały od standardów unijnych. W zmianach chodzi o zwiększenie odporności banków i domów maklerskich na wypadek kryzysu na rynku finansowym. Prawo bankowe obejmie swoim zakresem także finansowe spółki holdingowe (i o działalności mieszanej). Usprawniony zostanie przepływ informacji między Komisją Nadzoru Finansowego i Bankowym Funduszem Gwarancyjnego na temat banków i domów maklerskich. Komisja Nadzoru Finansowego będzie mogła nałożyć na bank i dom maklerski dodatkowe obowiązki sprawozdawcze lub zwiększyć ich częstotliwość. Podmiot składający wniosek o zezwolenie na utworzenie banku, oprócz dotychczas wymaganych dokumentów, powinien także przekazać informacje o podmiotach należących do tej samej grupy oraz o powiązaniach w ramach grupy. Oddziały banków zagranicznych będą musiały przedkładać Komisji Nadzoru Finansowego roczne sprawozdanie z prowadzonej działalności.

Ile można zarobić
Raport Instytutu Emerytalnego przedstawił analizę efektów finansowych płynących z przystąpienia pracownika do Pracowniczego Planu Kapitałowego. Jak policzył dyr. Grzegorz Chłopek, uczestnik, który zarabia średnią krajową, po dziewięciu miesiącach tego roku przeciętnie zarobiłby na czysto 935 zł. Zysk ten w większości pochodziłby z wpłat pracodawcy (599 zł) i tzw. opłaty powitalnej z Funduszu Pracy (250 zł). Przy tym wyliczeniu jest jednak kilka „ale”. I tak, trzeba pamiętać, że jest to kwota przeciętna – a więc odchylenia od niej mogą być bardzo duże. Kwota zysku została wyliczona na podstawie warunków już minionych, które wcale nie muszą powtórzyć się w pierwszych dziewięciu miesiącach 2021 r. Zarobki w wysokości nie mniejszej od średniej krajowej osiąga w Polsce około jednej trzeciej ogółu zatrudnionych, a więc dla pozostałych ewentualny zysk z PPK byłby sporo niższy. W miarę upływu kolejnych miesięcy, opłata powitalna straci na znaczeniu, a coraz bardziej będzie się liczyć zysk wypracowywany przez instytucje finansowe zarządzające pieniędzmi zgromadzonymi w PPK. Zysk ten może być zaś ujemny przez całe lata.

Najpierw kwalifikacja
Rada Ministrów oświadczyła, że zgodnie z Narodowym Programem Szczepień przeciw COVID-19, planowane jest stworzenie tzw. funduszu kompensacyjnego dla osób, u których wystąpią niepożądane odczyny poszczepienne. Szczegółowe zasady tego funduszu mają być określone w ustawie, której jeszcze nie ma. Wiadomo już natomiast, że kwalifikacji do szczepień ochronnych przeciwko COVID-19 będzie dokonywał lekarz na podstawie przeprowadzonego badania oraz wywiadu z pacjentem, co zostanie udokumentowane w ankiecie i stosownej dokumentacji medycznej. Nie będzie możliwe prowadzenie badania kwalifikacyjnego na zasadzie teleporady. Trzeba się więc będzie pofatygować do przychodni i liczyć na to, że badanie pozwoli na uzyskanie pozytywnej kwalifikacji. Przyjęcie szczepionki zostanie zapisane w systemie komputerowym. Osoby zaszczepione, po zweryfikowaniu tego faktu będą mogły bez dodatkowych testów korzystać z usług publicznej służby zdrowia, nie będą uwzględniane w limitach dotyczących spotkań towarzyskich, nie muszą też odbywać kwarantanny w wypadku kontaktu z zakażonym.

Polska przed poważnymi wyzwaniami

Utrzymanie wzrostu gospodarczego w naszym kraju będzie wymagać zwiększenia wydajności pracy oraz inwestycji publicznych i prywatnych, czego nie da się osiągnąć bez nowych funduszy unijnych.
Eksperci Międzynarodowego Funduszu Walutowego zalecają, aby polska polityka gospodarcza w większym niż dotychczas stopniu ułatwiała przemiany modernizacyjne, likwidowała luki w umiejętnościach fachowców i kadry kierowniczej naszego przemysłu oraz przygotowywała gospodarkę do czasu po pandemii, kiedy konieczne będzie odchodzenie od węgla oraz nadrabianie zapóźnień w cyfryzacji.
Przedstawiciele MFW wskazują na „znaczną niepewność co do ożywienia gospodarczego” w Polsce. Prognozują, iż nastąpi spadek średniej inflacji z 3,4 proc. w 2020 r. do 2,4 proc. w roku przyszłym. W tym kontekście zauważają, iż Narodowy Bank Polski odpowiednio złagodził politykę pieniężną, a jego program skupu aktywów był skutecznym narzędziem polityki gospodarczej.
Przy niekorzystnym scenariuszu dla Polski, przewidującym dodatkowe zakłócenia aktywności gospodarczej i zmienną sytuację na rynku, NBP mógłby zwiększyć skalę zakupów aktywów, która, jak zauważa MFW, od lata znacznie się zmniejszyła.
Eksperci funduszu zwracają uwagę, że trwający w Polsce kryzys stanowi wyzwanie dla naszego systemu finansowego. Konieczność zwiększania rezerw i niskie marże odsetkowe zmniejszają zyski systemu bankowego. Utrzymywanie w naszym kraju niskich stóp procentowych może być szczególnie trudne dla małych banków spółdzielczych – ponieważ w większym stopniu niż duże banki komercyjne opierają się one na dochodach z odsetek.
Generalnie, ryzyko kredytowe w Polsce jeszcze wzrośnie, gdy skończą się programy antykryzysowego wsparcia dla rozmaitych sektorów gospodarki. Dlatego szczególnie ważne jest dokładne monitorowanie zmian w zakresie kredytów zagrożonych w 2021 r.
Banki w Polsce funkcjonują w warunkach zwiększonej niepewności, spowodowanej licznymi sprawami sądowymi dotyczącymi kredytów hipotecznych w walutach obcych (czyli głównie we frankach). Dlatego banki zwiększyły swoje rezerwy na ryzyko prawne już od końca ubiegłego roku.
Wielkość potencjalnych strat dla banków jeszcze nie jest znana. Będzie ona zależeć od orzeczeń sądowych oraz wielkości zaciągniętych kredytów i może stanowić poważne wyzwanie dla niektórych banków. Dlatego eksperci MFW zalecają, by organy nadzoru i banki tak prowadziły swe strategie działania, żeby wyprzedzać możliwe konsekwencje orzeczeń sądowych.
Jest to tym ważniejsze, że utrzymanie poziomu kredytowania sektora prywatnego będzie mieć kluczowe znaczenie dla ożywienia gospodarczego w Polsce po pandemii. Banki, którym brakuje płynności, ratują się obligacjami skarbu państwa. Zwolnienie skarbowych papierów wartościowych z bankowego podatku od aktywów zachęca bankierów do ich zakupów.
„Kryzys prawdopodobnie pozostawi blizny, co będzie miało długofalowy wpływ na poziom produkcji” – zauważają eksperci MFW, choć pojęcie „blizn” nie stanowi jakiejkolwiek kategorii ekonomicznej. W każdym razie, ich zdaniem, przed Polską stoją poważne wyzwania.
Przede wszystkim, utrzymanie naszego wzrostu gospodarczego będzie wymagać zwiększenia wydajności pracy, aby zrównoważyć nadchodzące niekorzystne zmiany demograficzne. Konieczne są też duże inwestycje publiczne i prywatne, czego nie da się osiągnąć bez nowych funduszy unijnych. Należy też rozszerzyć aktywne programy rynku pracy, by ułatwić przepływy siły roboczej w gospodarce.

Frankowicze ruszyli do sądów

Szybko przybywa pozwów przeciwko bankom, które niegdyś udzielały kredytów opartych na frankach szwajcarskich.
Banki zaczynają mieć już problem z sprawami sądowymi. Notowane na warszawskiej giełdzie banki mają w portfelach łącznie ponad 80 mld zł kredytów hipotecznych opartych na frankach szwajcarskich, wynika z analizy Bankier.pl. Na koniec września wartość umów objętych sporami sądowymi wyniosła już 5 mld zł. Coraz więcej jest pozwów sądowych przeciw bankom, w przeszłości udzielających kredytów hipotecznych opartych na frankach szwajcarskich.
Notowani na warszawskiej giełdzie kredytodawcy na koniec III kwartału 2020 r. uczestniczyli w 24,1 tys. spraw indywidualnych. Skala zjawiska nie jest już marginalna, a dynamika przyrostu pozwów osiągnęła 30 proc. kwartał do kwartału.
Bankier.pl porównał dane o wielkości portfela kredytów hipotecznych w CHF giełdowych banków, z informacjami o łącznej wartości przedmiotów sądowych sporów. Na czele zestawienia znajduje się PKO BP, który obsługuje umowy o wartości brutto ponad 24 mld zł. Kredyty będące przedmiotem indywidualnych sporów sądowych w tej instytucji odpowiadają za około 1 mld zł. Drugą lokatę zajmuje Bank Millennium (14,7 mld zł kredytów hipotecznych „walutowych”), a trzecią mBank (13,6 mld zł). Kolejne instytucje na liście to Santander Bank Polska (9,9 mld zł) oraz Getin Noble Bank (8,9 mld zł).
Porównując łączną wartość przedmiotów sporu z wartością portfela kredytów hipotecznych opartych na franku można uszeregować banki pod względem obciążenia pozwami sądowymi. Na czele takiego zestawienia znalazłby się Getin Noble Bank (13,2 proc.), a na kolejnych miejscach ING Bank Śląski (10,5 proc.) oraz mBank (8,5 proc.). „Raportowane przez banki wartości spornych kredytów mogą wydawać się niewielkie, jeśli porównać je z całością portfela hipotek opartych na walutach obcych. Warto jednak pamiętać, że szybki napływ spraw sądowych obserwujemy dopiero od roku, czyli rozstrzygnięcia Trybunału Sprawiedliwości UE. Tempo wzrostu liczby pozwów jest wysokie. W III kwartale 2020 r. wyniosło 30 proc. w porównaniu z poprzednim kwartałem. Sądowe potyczki nie pozostają bez wpływu na finanse kredytodawców. Banki zmuszone są zawiązywać rezerwy na ryzyko prawne, a to istotnie obniża wynik sektora” – komentuje dr Michał Kisiel, analityk Bankier.pl.

Angliki nie trzymają się mocno

Gospodarka Wielkiej Brytanii spisuje się poniżej oczekiwań ekspertów. Trudne wychodzenie z Unii Europejskiej jeszcze może pogorszyć sytuację.

Gospodarka Wielkiej Brytanii, po dobrych dwóch miesiącach (czerwiec i lipiec), w sierpniu 2020 r. odnotowała obniżenie dynamiki wzrostu gospodarczego. Na to nałożyło się nadejście drugiej fali koronawirusa, która zmusiła rząd brytyjski do wprowadzenia pewnych ograniczeń w gospodarce. Te ograniczenia natomiast sprawiły, że rząd zdecydował się na kontynuację programów pomocowych, choć w nieco ograniczonej formie.
Początek drugiej połowy 2020 roku przyniósł w Wielkiej Brytanii gospodarcze ożywienie, podobnie jak w większości krajów Europy Zachodniej. Po rekordowym spadku produktu krajowego brutto w drugim kwartale (- 19,8 proc.), w czerwcu i lipcu nastąpiło odbicie, odpowiednio o 8,3 proc. i 6,6 proc. miesiąc do miesiąca, co było w dużej mierze spowodowane stopniowym znoszeniem restrykcji, nałożonych podczas wiosennych działań nakierowanych na ograniczenie rozprzestrzeniania się koronawirusa.
Nie dziwi zatem, że wśród sektorów prym wiodły gałęzie gospodarki związane z szeroko pojętym wypoczynkiem (hotelarstwo, gastronomia), których wartość dodana pomiędzy czerwcem a sierpniem wzrosła z 20 proc. do około 50 proc. poziomu sprzed pandemii.
Najnowszy, sierpniowy odczyt miesięcznego wzrostu PKB (+ 2,1 proc. m/m) był już jednak znacznie niższy od oczekiwań analityków. Jest on tym bardziej niepokojący, że rząd wciąż wspiera wybrane sektory, m.in. wspomnianą gastronomię i hotelarstwo, gdzie tymczasowo obniżył VAT i dopłacał klientom do rachunków w restauracjach. Ponadto sierpień był miesiącem o relatywnie niskiej uciążliwości restrykcji związanych z pandemią.
Dane te powodują, że rośnie prawdopodobieństwo niższego niż wcześniej oczekiwano wzrostu w trzecim kwartale (który teraz szacowany jest na ok. 15 proc. kwartał do kwartału), a najnowsze prognozy zmian PKB w 2020 roku mówią o ponad 10 procentowym spadku – zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Należy jednak pamiętać, że miesięczne odczyty PKB w obecnej sytuacji gospodarczej mogą być obarczone istotnym błędem szacunkowym i możemy spodziewać się w przyszłości znacznych rewizji sierpniowego odczytu.
Sierpniowe obniżenie dynamiki odbicia gospodarczego, połączone z nadejściem drugiej fali koronawirusa i ponownym wprowadzeniem ograniczeń dotyczących między innymi działalności pubów sprawiły, że rząd zdecydował się na kontynuację programów pomocowych, ale w nieco ograniczonej formie. Program ochrony miejsc pracy (Coronavirus Job Retention Scheme), w ramach którego państwo między innymi pokrywało 80 proc. pensji przymusowo urlopowanych (furloughed) pracowników, zostanie wygaszony do końca października. Na jego miejscu pojawi się półroczny program wsparcia miejsc pracy (Job Support Scheme), w ramach którego pracodawca będzie wypłacał całość pensji za przepracowane godziny i jedną trzecią za godziny których pracownik nie przepracował (ponieważ został ograniczony wymiar jego czasu pracy) – a rząd będzie pokrywał kolejną jedną trzecią pensji za nieprzepracowane godziny.
Nowy program, w przeciwieństwie do poprzedniego, zobowiązuje pracodawcę do uiszczania składek na ubezpieczenie społeczne pracowników ze zmniejszonym wymiarem pracy. Ograniczenie wysokości wsparcia każe spodziewać się istotnego wzrostu bezrobocia, którego do tej pory udało się uniknąć, z obecnych 4,6 proc. do około 7 proc. na przełomie roku – wskazuje TEP.
Kolejnym z zagrożeń dla odbicia gospodarczego Wielkiej Brytanii są brexitowe negocjacje z Unią Europejską dotyczące relacji gospodarczych i handlowych po tym, gdy skończy się okres przejściowy (to jest po 31.12.2020 r.), podczas którego zachowane zostało status quo. Najnowsze doniesienia wskazują na bardzo duże ryzyko fiaska rozmów i tym samym przejścia handlu pomiędzy Wielką Brytanią i Unią Europejską na ogólne zasady WTO (Światowej Organizacji Handlu. To z kolei może spowodować olbrzymie problemy, przede wszystkim związane z handlem i koniecznością przeprowadzania czasochłonnych odpraw celnych. Ekonomiści z Oxford Economics szacują, że brak umowy regulującej te kwestie obniży poziom PKB Wielkiej Brytanii o minimum 1 proc. do 2022 roku.
Pesymistyczne prognozy gospodarcze i ryzyko znacznego wzrostu liczby bezrobotnych sprawiły, że Bank Anglii po raz kolejny zaczął dopuszczać możliwość obniżenia stóp procentowych poniżej zera (obecnie stopa referencyjna jest na poziomie 0,1 proc.). Pomimo braku oficjalnej decyzji ze strony Banku, spekulacje przybrały na sile po ujawnieniu listu, jaki Prudential Regulation Authority (odpowiednik polskiej Komisji Nadzoru Finansowego) wysłała do brytyjskich banków, w którym zażądała od nich informacji na temat przygotowania do ewentualnego obniżenia stóp procentowych przez Bank Anglii.
Mimo tych spekulacji, wydaje się jednak, że korzyści z poluzowania polityki monetarnej w obecnym, bardzo niepewnym otoczeniu gospodarczym, byłyby bardzo niepewne, a mogłyby negatywnie odbić się na i tak już nienajlepszej kondycji brytyjskich banków.

Gospodarka 48 godzin

Państwowe banki ukarane
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wymierzył dwie kary za nielegalne postanowienia określające zasady ustalania kursów walut. Ukarane zostały banki PKO BP i Pekao, na łączną kwotę około 62 mln zł. UOKiK zakwestionował postanowienia zawarte w aneksach do umów kredytów hipotecznych odnoszących się do walut obcych, oferowanych przez wspomniane banki. Postanowienia te nieuczciwie określają zasady ustalania kursów, w oparciu o które banki przeliczają raty kredytów. W rezultacie banki te mogą dowolnie kształtować kursy walutowe, a kredytobiorcy nie są w stanie przewidzieć wysokości płaconych rat. Podstawą do zajęcia się sprawą były sygnały od konsumentów. – Uznałem, że zarówno PKO BP, jak i Pekao stosują w aneksach do umów postanowienia, które rażąco naruszają zbiorowe interesy konsumentów. W efekcie oba banki mają możliwość jednostronnego wpływania na wysokość kursów a tym samym na wysokość zadłużenia konsumentów. Niedopuszczalne jest przyznawanie sobie przez banki tak daleko idącej swobody w ustalaniu kursu walutowego – mówi Tomasz Chróstny, prezes UOKiK.
UOKiK uznał za niedozwolone postanowienia dotyczące sposobu określania wysokości kursów walut stosowanych przez wskazane banki. Są one nieprecyzyjne, ustalane dowolnie. Przykładowo PKO BP zastrzega, że kurs oblicza w oparciu o „średni kurs międzybankowy”, „płynność rynku wymiany walut”, „konkurencyjność kursów”. Z kolei Pekao odsyła konsumentów do „kursów rynkowych”. Jednak ani przepisy, tak jak i postanowienia umowne lub inne obiektywne i dostępne źródła, nie precyzują żadnego z powyższych pojęć. Aby poznać kurs międzybankowy, PKO BP odsyła konsumentów do serwisu Reuters. Pekao wyjaśniło w toku postępowania, że również z tego serwisu bierze swoje kursy. Żaden z tych banków jednak nie określa, o którą dokładnie stronę internetową chodzi. Wątpliwości UOKiK wzbudziła również klauzula dająca PKO BP prawo do zmiany źródła danych, jeśli kursy walutowe w serwisie Reuters przestaną być dostępne – bank nie wskazuje jednak zasad na jakich odbywać będzie taka zmiana. Ponadto, PKO BP przyznaje sobie prawo do jednostronnej zmiany wysokości spreadu, jeżeli zrobią to „przynajmniej 2 z 10 największych pod względem sumy aktywów banków o co najmniej 0,5 proc.” Zarówno PKO BP jak i Pekao odsyłają konsumentów do tabel, które same sporządzają. Jednak nie wskazują kiedy będą opracowywane i publikowane. W rezultacie, kredytobiorca nie może sam oszacować kursu, po którym bank przeliczy ratę. Istnieje zatem możliwość, że banki narzucą konsumentom najkorzystniejsze dla siebie stawki. Tym samym, mają możliwość swobodnego kształtowania wysokości zadłużenia konsumentów.
Za stosowanie klauzul niedozwolonych prezes UOKiK Tomasz Chróstny nałożył następujące kary: PKO BP – 40 741 440 zł, natomiast Pekao – 21 088 642 zł. Po uprawomocnieniu się decyzji banki mają również powiadomić o nich konsumentów i poinformować ich, że zakwestionowane postanowienia jako niedozwolone nie są wiążące dla konsumentów – więc należy je traktować tak, jakby w ogóle ich nie było w aneksie do umowy. Ułatwi to również konsumentom dochodzenie swoich roszczeń. Decyzje w podobnych sprawach prezes UOKiK wydał już wobec: Deutsche Bank Polska (prawie 7 mln zł kary), Getin Noble Bank (prawie 13,5 mln zł), BNP Paribas (26,6 mln zł), Bank Millennium (10,4 mln zł), Santander Bank Polska (23,6 mln zł). Urząd prowadzi także postępowania wobec banku Raiffeisen AG oraz BPH. Jak widać, banki państwowe w Polsce stosują takie same metody, jak banki komercyjne.

Gospodarka 48 godzin

Nabierają jak zawsze
Mijają lata, a banki w Polsce niezmiennie oszukują przy okazji przeliczania walut na złotówki. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów orzekł właśnie, że trzy banki komercyjne – BNP Paribas, Millennium oraz Santander – stosują niedozwolone klauzule ustalania kursów walut, na podstawie których naliczane są raty kredytów w euro i frankach. Prezes UOKiK nałożył na nie kary finansowe w wysokości: 26,6 mln zł dla BNP Paribas, 10,5 mln zł dla Millennium oraz 23,6 mln zł dla Santander Bank, zakazał również stosowania zakwestionowanych klauzul.
Rzecz w tym, że kursy ustalane przez banki są określane przez nie dowolnie – w oparciu o pojęcie „średniego kursu walutowego na rynku międzybankowym”, który nie jest zdefiniowany w żadnych przepisach. Co więcej, klient nie wie, gdzie dokładnie powinien szukać tych kursów, ponieważ postanowienia bankowe odsyłają go do serwisu Reuters, nie precyzując o którą dokładnie stronę internetową serwisu chodzi. Z wyjaśnień BNP Paribas i Santander Bank Polska wynika, że są to płatne serwisy dostępne wyłącznie dla instytucji finansowych. Kredytobiorcy nie mają do nich dostępu, nie znają nawet ich nazw. BNP Paribas ponadto wylicza kursy w oparciu o „średnie rynkowe kursy walut” i wartość Współczynnika Korygującego Kupna (WKK) oraz Współczynnika Korygującego Sprzedaży (WKS). Te WKK czy WKS zależą jakoby od płynności poszczególnych walut oraz konkurencyjności oferowanych klientom kursów, czego w żaden sposób nie da się sprawdzić. Są to, zdaniem UOKiK, określenia niejasne i nieprecyzyjne, niemożliwe do zweryfikowania przez klientów banku. Dodatkowo banki zastrzegają, że wartości kursu kupna i wartości kursu sprzedaży mogą odbiegać od kursu bazowego czy od średniego rynkowego kursu waluty. Banki nie wskazały jednak, jakimi kryteriami kierują się, ustalając odchylenia kursu kupna i kursu sprzedaży. W rezultacie, kredytobiorca nie wie, po jakim konkretnie kursie bank przeliczy ratę. „Istnieje więc możliwość, że bank narzuci konsumentom najkorzystniejsze dla siebie stawki. Tym samym, banki mają możliwość swobodnego kształtowania wysokości zadłużenia konsumentów” – wskazuje UOKiK. – Stosowane przez banki kryteria dotyczące ustalania tzw. spreadu rażąco naruszają interesy konsumentów. Kredytobiorcy nie mają możliwości sprawdzenia, w jaki sposób banki wpływają na kursy walut publikowane w ich tabelach i czy nie naliczają im zbyt wysokich rat kredytu. Banki poprzez zapisy klauzul niedozwolonych zapewniły sobie możliwość subiektywnego ustalania wysokości kursów walutowych, w efekcie czego konsumenci mogli płacić zawyżone raty kredytów. Jest to sytuacja niedopuszczalna. Zasady ustalania zobowiązań finansowych muszą być uczciwe, przejrzyste i weryfikowalne przez konsumentów – mówi Tomasz Chróstny, prezes UOKiK. Chodzi bowiem o to, by każdy kredytobiorca mógł bez problemu sprawdzić, jak wysoka będzie jego rata i czy została ustalona w oparciu o rzetelnie wyliczony kurs sprzedaży waluty obcej. W Polsce niestety jest to wciąż niewykonalne.

Jak wyjść z recesji

Sprzedaż nowych samochodów w Europie pozostaje na poziomie najniższym od 2013 r. Koncerny samochodowe w tym roku zainwestowały już 53,8 mld euro w badania i rozwój, które mają pomóc w produkowaniu ekologicznych, oszczędnych i relatywnie tanich pojazdów. Nie wiadomo jednak, czy doprowadzi to do ożywienia rynku i przywrócenia normalnego poziomu produkcji.

Gospodarka 48 godzin

Aktywa rosną wolno

W Polsce w ubiegłym roku, mimo doskonałej koniunktury, aktywa finansowe netto zwiększyły się tylko o 3,9 proc. co stanowi ich najniższy wzrost od 2011 r. Wysokość aktywów na jednego mieszkańca wyniosła 8757 euro, co dało 37. miejsce w rankingu najbogatszych krajów pod względem aktywów finansowych netto na osobę. Depozyty bankowe wzrosły u nas o 9,5 proc (w tym roku to się zmieniło) – i nadal są najpopularniejszymi aktywami finansowymi w portfelach polskich gospodarstw domowych (udział prawie 52 proc.). Wartość wszystkich papierów wartościowych spadła zaś o 2,0 proc. (mają one 25 proc. udziału w naszych portfelach). Natomiast należności ubezpieczeniowe i emerytalne nie odnotowały wzrostu w 2019 r. (ich udział to 13 proc.). Niepokojące jest to, że już przed pandemią aktywa w Polsce rosły wolniej niż w innych regionach – i to zanim koronawirus zaczął wpływać na zamożność naszych gospodarstw domowych. Wskaźnik zadłużenia Polski należy zaś do najwyższych w Europie Środkowej i Wschodniej

Co warto zastosować

„Praca zdalna zniwelowała ryzyko zarażenia się w drodze do i z pracy, a zwłaszcza podczas jej wykonywania. Zdalny system pracy okazał się bezpieczniejszy, tańszy i wygodniejszy dla większości. To dobry kierunek działania” – uważa Zbigniew Żurek, ekspert Business Centre Club do spraw rynku pracy. Takie podejście nie jest jednak powszechnie aprobowane przez polskich przedsiębiorców, gdyż uważają oni, że praca zdalna ogranicza możliwości kontrolowania i sztorcowania pracowników. Tym niemniej niektóre rozwiązania towarzyszące pandemii, które na stałe rekomenduje ekspert BCC, cieszą się dużym poparciem pracodawców. Chodzi zwłaszcza o doraźne badania stanu zdrowia pracowników oraz sprawdzanie stanu ich trzeźwości. „Stan pandemii wymusił i wymusza nadal, tworzenie nowych relacji i rozwiązań. Należy im się przyglądać, niwelując te niekorzystne, a jednocześnie rozwijając pozytywne. Niektóre z rozwiązań, wytworzonych w czasie pandemii mogą okazać się słuszne także w czasie, gdy wirus zostanie ostatecznie pokonany” – dodaje Zbigniew Żurek.

Banki duszą gospodarkę
W trzecim kwartale tego 48,2 proc. polskich przedsiębiorców nie rozpoczęło żadnych inwestycji – podaje sondaż BIG InfoMonitor. W czwartym kwartale, w miarę pogarszającej się sytuacji gospodarczej Polski, skłonność do działań inwestycyjnych będzie zapewne jeszcze słabsza. Wpływa na to polityka banków komercyjnych działających w naszym kraju. Banki uznają bowiem, że pożyczki, udzielone przedsiębiorstwom w ramach tarcz antykryzysowych, zmniejszają ich zdolność kredytową – i nie chcą im udzielać własnych kredytów, do czasu wywiązania się z zobowiązań, nałożonych na firmy przez tarcze antykryzysowe. Bankierzy uważają, iż subwencja ze strony państwa polskiego zwiększa zadłużenie. Tymczasem przedsiębiorstwa, korzystające z tarcz antykryzysowych, nie oczekiwały takiego podejścia ze strony banków. To nie pierwszy przypadek, gdy banki komercyjne działające w Polsce, próbują dusić rozwój gospodarczy naszego kraju, zamiast go wspierać.