Chiny zwiększają otwarcie w branży finansowej

Rada Państwa Chin opublikowała 15 października „Decyzję o poprawkach regulaminu ChRL dotyczącego zarządzania towarzystwami ubezpieczeń z kapitałem zagranicznym oraz regulaminu ChRL o zarządzaniu banków zagranicznych”. Rozporządzenia wejdą w życie z dniem ogłoszenia. Zdaniem komentatorów, zapewni to lepsze gwarancje praworządności dla dalszego rozwoju branży ubezpieczeniowej i otwarcia sektora bankowego.

Według doniesień, wyżej wymienione regulaminy zostały opracowane odpowiednio w 2001 i 2006 roku. Wdrożenie tych dwóch rozporządzeń administracyjnych odegrało pozytywną rolę w promowaniu otwarcia branży ubezpieczeniowej i sektora bankowego, wzmocnieniu oraz udoskonaleniu nadzoru i zarządzania zagranicznymi towarzystwami ubezpieczeniowymi i bankami z kapitałem zagranicznym, a także pobudzaniu zdrowego rozwoju branży ubezpieczeniowej i sektora bankowego.
Tym razem zmiany regulaminu ChRL o zarządzaniu banków obejmują cztery aspekty. Po pierwsze, złagodzono warunki wobec akcjonariuszy, którzy chcą zakładać banki z kapitałem zagranicznym i warunki dla zakładania oddziałów zagranicznych banków w Chinach. Po drugie, złagodzono ograniczenie dotyczące zakładania banków jako osoba prawna, a także oddziałów zagranicznych banków. Po trzecie, wprowadzono dalsze złagodzenie ograniczeń dotyczących operacji banków z kapitałem zagranicznym. Po czwarte, wyregulowano wymogi dotyczące nadzoru nad kapitałem obrotowym oddziałów zagranicznych banków.
Poprawiony regulamin ChRL dotyczący zarządzania towarzystwami ubezpieczeń z kapitałem zagranicznym, złagodził warunki wejścia takich towarzystw ubezpieczeń na rynek chiński. W przypadku zagranicznych firm ubezpieczeniowych ubiegających się o utworzenie firm ubezpieczeniowych z kapitałem zagranicznym, nowe przepisy znoszą warunki „prowadzenia działalności ubezpieczeniowej przez ponad 30 lat” i „posiadania przedstawicielstw w Chinach przez dwa lata”.
Zmiany dwóch regulaminów zapewniają bankom i towarzystwom ubezpieczeń z kapitałem zagranicznym bardziej luźne i samodzielne otoczenie ustawowe. To przyciągnie więcej instytucji do działania w Chinach i stworzy lepsze gwarancje praworządności dla dalszego rozwoju branży ubezpieczeniowej i sektora bankowego.
Komentatorzy są zdania, żeby jeszcze bardziej rozszerzyć otwarcie sektora finansowego, Komitet Centralny Partii i Rada Państwa podjęły szereg działań decyzyjnych, takich jak zwolnienie ograniczeń dotyczących inwestycji zagranicznych w sektorach bankowym, papierów wartościowych i ubezpieczeń, złagodzenie ograniczeń dotyczących stworzenia instytucji finansowanych z kapitałem zagranicznym oraz rozszerzenie zakresu działalności zagranicznych instytucji finansowych w Chinach. Natomiast Poprawki niektórych artykułów obu rozporządzeń mają głównie na celu wdrożenie polityki otwarcia na świat, zatwierdzonej przez Komitet Centralny Partii i Radę Państwa, w sprawie dostępu i zakresu działalności firm ubezpieczeniowych i banków finansowanych z kapitałem zagranicznym. Szczególnie w kontekście ogólnego pogorszenia koniunktury gospodarki światowej, polityka otwarcia bankowości Chin jest rozwijana, co pokazuje chińską pewność siebie w gospodarce i dało nowy impuls wzrostowi światowej gospodarki.
Dzięki poprawkom zawartym w tych dwóch rozporządzeniach, w dalszym ciągu łagodzone są warunki dostępu do banków zagranicznych i zakładów ubezpieczeń z kapitałem zagranicznym, wzbogacono formę obecności komercyjnej banków zagranicznych , co zapewniło bardziej luźne i samodzielne środowisko instytucjonalne dla zakładania i prowadzenia zagranicznych banków i zakładów ubezpieczeń. Pokazuje to, że wiara i determinacja Chin do rozszerzenia i pogłębienia otwarcia branży finansowej, niewątpliwie przyciągnie więcej instytucji do prowadzenia działalności w Chinach.
Ponieważ otwarcie finansowe Chin nadal się pogłębia, ludzie powinni również wyraźnie pamiętać o zapowiedzianych przez przedstawicieli chińskich instytucji finansowych trzech zasadach, które muszą być przestrzegane. Po pierwsze, należy przestrzegać zasady dostępu do rynku i systemu listy negatywnej. Po drugie, reforma mechanizmu kształtowania kursu walutowego i proces wymienialności rachunku kapitałowego powinny być koordynowane i promowane wspólnie. Po trzecie, otwarcie sektora finansowego i zapobieganie ryzykom finansowym powinny być traktowane jako tak samo ważne. Te trzy zasady powinny stać się przewodnią ideą, gdyż dzięki nim otwartość finansowa Chin będzie stabilna i będzie wprowadzać żywotną siłę i napęd w światową gospodarkę.
Jako odpowiedzialna, druga co do wielkości gospodarka na świecie, Chiny wyraźnie zapowiedziały, że drzwi otwarcia na świat będą coraz szersze. W swoim przemówieniu podczas ceremonii otwarcia II China International Import Expo w Szanghaju przewodniczący Xi po raz kolejny ogłosił pięć przedsięwzięć promujących poziom otwarcia Chin. Dotyczą one dalszego rozszerzenie otwarcia rynku, udoskonalenia układu otwarcia, optymalizacji środowiska biznesowego, pogłębiania wielostronnej współpracy oraz promowania wspólnej budowy „Pasa i Szlaku” .
Wśród nich zwrócono szczególną uwagę na niektóre konkretne środki, takie jak dalsze obniżenie taryf i kosztów instytucjonalnych, złagodzenie dostępu do rynku kapitałów zagranicznych, dalsze ograniczanie negatywnych list oraz udoskonalenie systemu prawnego w zakresie ochrony własności intelektualnej. Środki te to sygnał dotyczący rozszerzenia otwarcia, który jest odpowiedzią na oczekiwania społeczności międzynarodowej. Niewątpliwie stworzą one bardziej sprzyjające warunki dla zagranicznych inwestorów w wejściu na rynek chiński i przyniesie siłę napędową w budowie nowego systemu otwartej gospodarki.
W obliczu obecnych złożonych i poważnych niepewności dotyczących rozwoju, oczekiwanie poszczególnych krajów na świecie co do otwarcia chińskiego rynku i skorzystania z okazji szybkiego rozwoju Chin jest widocznie większe. China International Import Expo jako pierwsze na świecie targi na szczeblu państw poświęcone importowi jest ważną inicjatywą Chin na otwarcie rynku na świat. Z danych statystycznych wynika, że w 2018 roku podczas I edycji targów Expo intencyjna wartość transakcji zawartych wyniosła 57,83 miliarda dolarów. Od 12 ostatnich miesięcy wiele międzynarodowych firm, produkujących wysokiej jakości produkty, importowało je do Chin i szybko stały się one popularne na rynku. Zagraniczni inwestorzy zdają sobie sprawę, że dopóki można wprowadzić na rynek wysokiej jakości produkty i usługi, trzeba wykorzystać ogromny potencjał rynku chińskiego. Zwłaszcza w kontekście obecnego wzrostu protekcjonizmu i unilateralizmu, spowolnienia globalnego handlu i inwestycji, nieustannie otwierający się rynek chiński jest szansą, której nie można przegapić.

PPK, czyli wciąż te same błędy

Dyskusja na temat tzw. trzydziestokrotności składek skutecznie przyćmiła potrzebę rozmowy o znacznie bardziej radykalnej zmianie w polskim systemie emerytalnym, jaką jest wprowadzenie Pracowniczych Planów Kapitałowych. Tymczasem kondycja polskiego systemu emerytalnego od wielu lat się pogarsza, a jej fundamentami są odejście od systemu opartego na solidarności pokoleń do systemu kapitałowego opartego na indywidualnych kontach oraz stopniowa komercjalizacja świadczeń emerytalnych.

Kluczowym problemem polskiego systemu emerytalnego jest zepsucie go w 1999 r. przez koalicję UW-AWS i z niego wynikają dzisiejsze problemy. To wtedy nastąpiło przejście do systemu kapitałowego i uruchomiono stopniową komercjalizację systemu połączoną ze zdeprecjonowaniem Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. W konsekwencji psucia systemu emerytalnego dzisiaj wybór między zachowaniem trzydziestokrotności i jej odrzuceniem jest jak alternatywa między dżumą i cholerą. Albo uprzywilejowujemy część najbogatszych, zwalniając część ich dochodu od płacenia składek, albo zagwarantujemy im olbrzymie emerytury za kilkanaście lat, zarazem zmniejszając wpływy podatkowe. I tak źle, i tak niedobrze.

Trzydziestokrotność zastępcza

Spór wokół trzydziestokrotności zasłania jednak głębsze zmiany systemu emerytalnego uruchomione przez obecny rząd. Głównym kierunkiem zmian wdrażanych przez władzę jest komercjalizacja systemu emerytalnego, czyli dowartościowanie funduszy zarządzanych przez firmy prywatne, uzależnionych od kaprysów giełdy. Już kilkanaście miesięcy temu rząd postanowił przenieść środki z Otwartych Funduszy Emerytalnych do Indywidualnych Kont Emerytalnych. Skąd taki pomysł? OFE odegrały fatalną rolę w ewolucji systemu emerytalnego, w tym wiązały się z wyprowadzeniem z niego setek milionów złotych poprzez wysokie prowizje pobierane przez podmioty, które nimi zarządzały (na początku 10% wartości wpłaconych środków!). Była to jednak formalnie część publicznych środków, nad którymi państwo sprawowało nadzór. Tymczasem IKE to w pełni komercyjna część systemu emerytalnego, nad którą państwo nie sprawuje żadnej kontroli. Jeżeli fundusze nimi zarządzające zaczną spadać na wartości lub wręcz zbankrutują, państwo nie będzie miało nic do powiedzenia.

Z kieszeni do kieszeni

Przeniesienie środków OFE do IKE to zatem krok ku komercjalizacji systemu. Warto zresztą pamiętać, że politycy PiS do dzisiaj wypominają koalicji PO-PSL, że część środków OFE przeniosły z powrotem do ZUS. Tymczasem była to jednak z lepszych i zarazem bardziej oczywistych decyzji rządu Donalda Tuska. Po prostu zlikwidowano patologiczny mechanizm, zgodnie z którym komercyjne fundusze zarabiały na obligacjach skarbu państwa, biorąc na dodatek za to dodatkową prowizję od obywateli. PiS nie tylko krytykuje poprzedni rząd za wzmocnienie ZUS kosztem OFE, ale wzmacnia IKE kosztem OFE, czyli wspiera najbardziej komercyjny filar systemu emerytalnego. Przy okazji państwo nakłada na obywateli opłatę przekształceniową przy przeniesieniu środków z OFE do IKE, chcąc sfinansować bieżące wydatki budżetowe. Co prawda środki mogą być też przeniesione do ZUS, ale domyślnie pieniądze będą przeniesione do IKE, a zatem władza uprzywilejowuje ten wybór, licząc na bierność obywateli.

Na trzecią nóżkę

Jakby tego było mało, PiS postanowił podnieść składki emerytalne, aby dodatkowo umocnić trzeci filar systemu emerytalnego. Jak rząd się chwali w swoich materiałach propagandowych, „Pracownicze Plany Kapitałowe (PPK) to powszechny, dobrowolny i w pełni prywatny system długoterminowego oszczędzania. Podstawowym celem PPK będzie zwiększenie stopy oszczędności Polaków oraz zapewnienie dodatkowego zabezpieczenia finansowego po osiągnięciu przez nich wieku emerytalnego lub nabyciu uprawnień emerytalnych. Dodatkową korzyścią dla gospodarki będzie wzrost bazy finansowania polskich przedsiębiorstw, co pozytywnie wpłynie na rozwój gospodarczy Polski”. System ma dotyczyć ponad 11 mln Polaków. Pracownik ma płacić co najmniej 2 proc. wynagrodzenia netto, a kolejne 1,5 proc. ma dopłacać pracodawca z możliwością zwiększenia wpłat do 4 proc. tak od pracownika, jak i pracodawcy. Dodatkowe środki ma dopłacać państwo: 250 zł opłaty powitalnej oraz co roku 240 zł.

Towarzystwa wzajemnej zyskowności

PPK mają obsługiwać towarzystwa funduszy inwestycyjnych, czyli w pełni komercyjne instytucje, które mają całkowitą swobodę działalności i są narażone na wahania wartości w zależności od koniunktury gospodarczej. W sytuacji kryzysu mogą zbankrutować i państwo nie ma żadnego wpływu na ich kondycję. Z drugiej strony coroczne wsparcie dla nich przez państwo mogłoby być uznane za niedozwoloną pomoc publiczną, bo wydaje się dyskusyjne, aby państwo finansowało część prywatnych funduszy, nie mając na dodatek żadnego wpływu na podejmowane przez nie decyzje.

Znowu do tych samych

Przynależność do PPK nie jest obowiązkowa, ale domyślna, to znaczy jeżeli ktoś nie chce się zapisywać do PPK, to musi złożyć stosowną deklarację. Jeżeli nie zrobi nic, to zostanie wpisany w system. Trudno taki tryb uznać za uczciwy. To tak jakby państwo podejmowało decyzję o tym, że obywatel bierze pożyczkę w banku, a decyzja o wzięciu byłaby cofnięta dopiero po złożeniu przez obywatela specjalnej deklaracji, w której oświadczałby, że nie życzy sobie kredytu. Na dodatek w deklaracji rezygnacji z PPK czytamy o zaletach programu i negatywnych skutkach wypisania się z niego. Innymi słowy państwo promuje prywatne podmioty, nie wskazując ewentualnych wad PPK, nie mówiąc już o zaletach ZUS.

Niech rośnie filar

Wprowadzenie PPK oznacza wzrost składek dla pracodawców i pracowników, co zdaniem rządu stanowi konsekwencję spadających emerytur. Można się zastanawiać nad przyczynami tego spadku, ale trudno pojąć, dlaczego państwo odgórnie wspiera filar komercyjny zamiast gwarantować społeczeństwu godne emerytury poprzez umocnienie pierwszego filaru, czyli ZUS-u. W tym kontekście trudno też zrozumieć deklaracje Mateusza Morawieckiego z jego expose, aby do konstytucji wpisywać ochronę PPK i IKE. Czy premier chce konstytucyjnie zagwarantować komercjalizację systemu emerytalnego?

Zbankrutują emeryci

Dobrze by było, gdyby polscy politycy uczyli się na błędach. Niestety w przypadku systemu emerytalnego wydaje się, że w kółko powielane są te same, nieudane rozwiązania. Warto pamiętać, że trzeci filar istnieje w Polsce nie od dziś. Powstał już ponad 20 lat temu. Niestety jego ewolucja nie jest zachęcająca. Tylko w 2008 r. Indywidualne Konta Emerytalne poniosły gigantyczne straty, sięgające nawet połowy wartości wpłaconych środków. Wtedy wiele osób, które z nich korzystało, zrezygnowało. Środków nie odzyskały nigdy. Nie mamy żadnych gwarancji, że taka sytuacja się nie powtórzy. Dotyczy to też PPK, które są częścią komercyjnego filaru systemu emerytalnego, tyle że wspieranego przez państwo. A zatem w przypadku bankructwa firmy zarządzającej PPK stracą nie tylko bezpośrednio zainteresowani, ale też zostaną zmarnotrawione środki pobierane z podatków całego społeczeństwa.

Zdefiniujmy świadczenie

Zamiast komercjalizować system emerytalny, wspierać prywatne fundusze i dosypywać do nich pieniądze ze środków publicznych, lepiej powrócić do systemu opartego na solidarności pokoleń oraz umocnić najbardziej stabilny i najtańszy w obsłudze, publiczny filar systemu emerytalnego.

Nie taki zimny prysznic dla banków

Niewykluczone, że na wyroku trybunału unijnego dotyczącego frankowiczów skorzystają firmy pożyczkowe w naszym kraju.

Wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawie kredytów frankowych generalnie jest korzystny dla frankowiczów, chociaż dopiero czas pokaże, w jak szerokim zakresie sądy będą się nim kierować – czy tylko w sprawach kredytów i klauzul analogicznych do rozpatrywanych przez TSUE, czy też szerzej.
Jak już zobaczyliśmy, rynki dobrze przewidziały rozstrzygnięcie TSUE: WIG20 i kurs franka szwajcarskiego do złotego zareagowały spokojnie. Wyrok był już wliczony w ceny.
Banki oczywiście stawiają się w roli ofiar. Zapewne dojdzie do ograniczenia akcji kredytowej, być może niektóre banki będą potrzebowały pomocy. Jednak dostaną ją, bez obaw. Kryzys bankowy jasno pokazał, że rządzący zrobią wszystko, by zachować stabilność sektora finansowego. Za błędy biznesowe banków płacą podatnicy.
Chciałbym wierzyć, że wyrok TSUE będzie zimnym prysznicem, który wyhamuje pęd do tworzenia „innowacyjnych produktów”, jednak raczej nie można na to liczyć. Ostatnią prawdziwie innowacyjnym produktem bankowym był moim zdaniem… bankomat.
Późniejsze „innowacje” to produkty finansowe o coraz bardziej złożonej konstrukcji, coraz mniej zrozumiałe dla klienta. Jak toksyczne obligacje na Zachodzie czy kredyt indeksowany kursem CHF w Polsce. Jak to się skończyło na Zachodzie, wiemy doskonale. W Polsce takiego trzęsienia ziemi nie będzie, ale oznacza to także, że ów zimny prysznic dla banków nie będzie aż tak zimny.
Kredytom frankowym trzeba jednak oddać także zasługi. Dzięki nim, własne mieszkanie mogły kupić rzesze osób, które nie stać byłoby na kredyt złotówkowy. W ten sposób, kredyty frankowe dodatkowo zdynamizowały sektor nieruchomości, przyczyniając się do powstania setek nowych biznesów. Być może, gdyby kredyty walutowe były konstruowane staranniej, udałoby się zachować większość ich zalet, przy ograniczeniu ryzyka dla kredytobiorców.
Czy przegrana frankowa batalia banków będzie szansą dla sektora pożyczek pozabankowych? Chyba za wcześnie, by o tym przesądzać, chociaż rzeczywiście może nią się stać.
Po pierwsze, skupione na procesach sądowych banki, będą wkładać mniej wysiłku w oferowanie bardziej konkurencyjnych produktów.
Po drugie, zmniejszy się też luka w reputacji między sektorem bankowym a branżą pożyczkową. Sposób, w jaki sektor bankowy – a w szczególności Związek Banków Polskich – reaguje na wyrok TSUE, podkopuje zaufanie do tradycyjnych instytucji finansowych.
Tak czy inaczej, wyrok TSUE kończy okres podwyższonej niepewności na rynku, co powinno być dobre i dla banków, i dla ich konkurentów.

 

Księga wyjścia (31)

Ballada o polskiej dolce vita

Gdy dotarłem do Lyonu, Marek który mnie tam zaprosił, z miejsca zaczął oprowadzać po mieście. Detale opiszę przy okazji, bo czas wyborczy i chciałbym skupić się na tym co według mnie ważne. Dlatego nie odniosę się nawet do nudnej debaty zorganizowanej przez TVN24. Wracając do mojej wizyty we Francji, nie mogę się oprzeć, by nie napisać o tym jak bardzo zaskoczyła mnie ogromna ilość księgarni. Prawie w każdym kiosku czy małym sklepiku był wydzielony fragment dla książek.
Spacerując po mieście i zagłębiając się w jego zakamarki rozmawialiśmy nie tylko o architekturze, ale przede wszystkim o polityce. W zasadzie głównie to Marek mówił, a ja z zaciekawieniem słuchałem. Oprócz historii miasta, opowiadał mi o sposobie sprawowania urzędu przez Emmanuela Macrona, od kampanii, aż po prezydenturę. Niezależnie czy jest jego zwolennikiem czy nie – tak naprawdę tego nie wiem, niektóre pomysły chwalił do innych podchodził sceptycznie, a czasami nie pozostawiał na nim suchej nitki. Nie pytałem wprost, bo nie wydawało mi się to wtedy istotne. Ważniejsze były wnioski, jego opinia i moja ciekawość miasta i francuskiej polityki, której prostota wydała mi się genialna.
Szczególnie zainteresowało mnie w jaki sposób prezydent Francji radzi sobie z bieżącą polityką. A konkretnie z problemami. Gdy pojawia się jakiś, to po prostu zwraca się do wszystkich i mówi: spróbujmy wspólnie to rozwiązać. I rozwiązują. Fakt, było to przed protestem „żółtych kamizelek”, ale nie zmienia to zapamiętanej przez mnie prostej zasady. Może Macron zapomniał. Kolejnym zaskoczeniem było jak spokojnie o tym opowiadał. Bez politycznych emocji, podnoszenia głosu, tylko gdzieś pomiędzy opowiadaniem o mijanek kamienicy czy jakimś daniu, wtrącał wątek polityczny. Wchodziliśmy do restauracji, dowiadywałem się, że ten sposób stawiania stolików nazywa się „korek lyoński”, by za chwilę usłyszeć o wolontariuszach, którzy przed wyborami pukali od drzwi do drzwi i wypytywali ludzi o ich problemy. Gdy mówił o kaszance, za chwilę dowiedziałem się w jaki sposób zatrzymał ludzi w wioskach i małych miasteczkach, ludzi którzy wcześniej masowo emigrowali do dużych miast szukając tam pracy.
Wystarczyło wywrzeć nacisk na operatorów, by okablowali całą Francję i wszyscy ci, którzy pracują zdalnie pozostali w swoich wioskach. Chyba naprawdę się rozmarzyłem, a tu trzeba zejść na ziemię. Podczas przełomu ustrojowego w Polsce coś poszło nie tak. Przynajmniej nie tak, jak ludzie sobie to wyobrażali. Kolejne rządy zamiast spróbować rozwiązać nabrzmiewające jak ropień problemy, i zapobiec nadchodzącej katastrofie, zajęli się tworzeniem nowych elit finansowych i kuriozalnych etosów ze zmianą historii włącznie. Zajęci i zacietrzewieni posłowie mieli gdzieś społeczeństwo i z bigoteryjną wiarą w „niewidzialną rękę rynku”, zajęli się zwalczaniem rywali i realizacją własnych ambicji. Często przerastających ich wrodzone predyspozycje. Dzika prywatyzacja ogarnęła kraj, spory ograniczały się do walki o posady, kłótni o krzyże w szkołach, urzędach, konkordat, wypominaniem przeszłości czy tworzeniem nowej klasy społecznej – milionerów, kosztem całej reszty społeczeństwa. Z powierzchni ziemi zniknęła w całości jedna grupa społeczna jaką byli chłoporobotnicy, mieszkańcy popegeerowskich osad.
Fajnie było pośmiać się z bohaterów filmu „Arizona”, ale to właśnie demokratycznie wybrani przedstawiciele zrobili z normalnych ludzi systemowych inwalidów i obiekt kpin „zdrowej klasy średniej”. Ci ludzie niejednokrotnie spędzali osiem godzin w pracy, by potem jeszcze uprawiać własne pola czy zajmować się hodowlą. Mało kto tak tyrał jak oni. Po przełomie przestali być potrzebni i nowy system podobnie jak zrzucona z samolotu „enola gay”na Hiroszimę bomba atomowa o wdzięcznej nazwie „little boy”, zmiótł ich z powierzchni ziemi. Żeby jakoś to wyglądało, to posłowie zaczęli tworzyć nowe ustawy. Jeśli komuś podczas golenia strzeliło coś do głowy, natychmiast robił z tego projekt. Przedstawiał znudzonym posłom na komisji, którzy specjalnie się na tym nie znając i mając inne problemy na głowie, rekomendowali ją sejmowi. A że nikt się specjalnie na tym nie znał, to ustawa przechodziła wszystkie kolejne czytania.
Na zakończenie znudzeni i przysypiający na prawie pustej sali plenarnej członkowie parlamentu, bezrefleksyjnie głosowali za lub jeśli im się nacisnęło, to przeciw, a niekiedy i za sąsiada. Chyba, że spór dotyczył interesów kościoła, aborcji lub nowych bohaterów. Wtedy była pełna frekwencja i zagorzała walka o mównicę. Poza tym dokładali kolejne ustawy, poprawki, nowele i przepisy do tych już istniejących tworząc ogromną ilość zbędnych papierów, których treść każdy interpretował jak chciał, czyli „Paragraf 22”. Ponieważ jednak sami nie mieli pojęcia ani kompetencji powstawały one niejako „same”, a urzędnik gdy miał dobry humor zinterpretował na korzyść, a jeśli zły to odwrotnie i wtedy petent miał przechlapane. Mam na myśli te dotyczące zwykłego człowieka. Bo z przepisami odnoszącymi się do wybranych grup interesów, wyglądało to zupełnie inaczej.
Według Witolda Modzelewskiego prawo bankowe sami sobie napisali bankierzy, tak było ze wszystkimi, istotnymi dla najróżniejszych grup wpływu ustawami. Jedynie ludowcy zawsze mieli swoją reprezentację, która też różnie funkcjonowała głownie jako koalicjant, ale jednak ktoś tam ich interesów pilnował. Nie było to idealne, ale zawsze. Resztę pisali albo sami zainteresowani, albo ich lobbyści. Oprócz bezdomnych i najbiedniejszych. Politycy co najwyżej mogli tworzyć jakieś pozorowane działania osłonowe, z których nic nie wynikało, ale sankcjonowało ich obecność w parlamencie. Przez lata trwała ta dziwna gra pozorów, tworzenia niepotrzebnych nowelizacji i poprawek do poprawek, istniejących już przepisów, albo niepotrzebnych, a kosztownych reform. To zaskakujące, że Jerzy Buzek wciąż jest z nich dumny. Ale wracając do ustaw. Przypomina to trochę nieopróżniony śmietnik, do którego ciągle się coś dokłada. To nic, że z niego cuchnie i miejsca już brak, ważniejsze są rozgrywki personalne i ukrycie tego smrodu, krzykiem, oskarżeniami można maskować brak pomysłów. Można zwalić na poprzedników moralnie wątpliwe zapisy. A w sytuacjach ekstremalnych nie odpowiadać na zadawane pytania. To, że podczas kampanii opowiadają co zrobią, o niczym nie świadczy, bo po wyborach nie zrobią nic. Oczywiście najlepiej byłoby wszystko zresetować i zbudować kraj od nowa. Dokładnie jak po wojnie. Ale jeśli jest to jeszcze niemożliwe, to trzeba skupić się na tym co jest naprawdę ważne. Należy przede wszystkim zadać sobie pytanie: co jest najważniejsze? I chociaż mój głos i tak utonie, to podpowiem przyszłym posłom jak w trzech krokach rozwiązać wszystkie nasze wspólne problemy. „I have a dream” chciałbym powiedzieć za Martinem L. Kingiem, ale obawiam się, że ten mój prywatny „dream” na zawsze pozostanie jedynie niezauważonym, sennym marzeniem. Skupiłbym się na lekko zmodyfikowanej piramidzie Masłowa. Tym, którzy nie wiedzą wyjaśnię czym jest ten stożek. Maslow w formie schodkowej piramidy rozrysował kolejność niezbędnych do życia potrzeb. Na samym dole znajdują się potrzeby fizjologiczne, czyli wszystko co jest niezbędne do życia w sensie biologicznym: jedzenie, spanie, ubranie itp, wyżej jest potrzeba bezpieczeństwa. Nie chodzi jednak o wojsko i zbrojenia, a tym bardziej o ten dziwny twór jakim są Wojska Obrony Terytorialnej, ale bezpieczeństwo ekonomiczne, medyczne, spokój o przyszłość i przewidywalność jutra, bezpieczeństwo na ulicy i wszystko co umożliwi spokojny sen, bez lęku o przyszłość czy obawa jakiejś „czarnej godziny”. To także bezpieczeństwo wyrażania własnych poglądów, wolność słowa. Podobno jest, ale czy gej starający się o pracę, podczas rozmowy kwalifikacyjnej z prezesem o którym wie, że jest homofobem nie będzie ukrywał kim tak naprawdę jest?czy teraz pracownicy państwowych społek i przedsiębiorstw nie muszą udawać głęboko wierzących? Gdzie tu wolność słowa. Każda próba sprzeciwu wiąże się z dyscyplinarką, sprzeciwu religijnego, bo wystarczy zadrzeć z przełożonym, by już coś wymyślił, dał niewykonalne zadanie i wywalił z roboty za niewykonanie polecenia. Kolejny szczebel będzie już ode mnie, bo o tym akurat Maslow zapomniał. Potrzeb tolerancji. Niezależnie kim jesteśmy, jak wyglądamy i jakie są nasze poglądy, to musimy mieć pewność, że zostaną one zaakceptowane i nikt nie będzie wtrącał się w nasze prywatne życie. Ani żadna instytucja, ani wredny sąsiad homofob, ksenofob, sąsiadofob etc. Trzy pozostałe szczeble powinny pozostać w indywidualnej gestii obywateli. Tu rola polityków się kończy. Każdy według własnych potrzeb sam sobie może je realizować. Lub nie, jeśli nie chce. Ambicja nie jest obowiązkowa. Te indywidualne szczeble to potrzeba przynależności – najczęściej do jakiejś grupy (partia polityczna, religia, koło wędkarskie itp.). Uznania, a raczej potrzeba podziwu – czyli najczęściej poprzez bogactwo, albo osiągnięcia np. sportowe. No i wreszcie samorealizacji – to dla tych najbardziej ambitnych. Mój prywatny „I have a dream” wyglądał tak, że grupa fachowców siada przed ogromną tablicą z rozrysowanymi trzema podstawowymi szczeblami i po burzy mózgów, zakasając rękawy, kolejno zaczynają pracować nad rozwiązaniem tych trzech podstawowych problemów. Punkt, po punkcie. Jeśli prawo bankowe napisali bankowcy, to czy może być ono korzystne dla zwykłego człowieka? Oczywiście, że nie. A to tylko jeden setek, tysięcy przykładów. Czy ludzie, których wybierzemy będą umieli ochronić nas przed takimi właśnie praktykami? Czy słynne sejmowe zasłony mogłyby dotyczyć jedynie lobbystów, nie zaś dziennikarzy? Gdy przymykam oczy i przypominam sobie kto zasiada w sejmie i czy byłby w stanie zablokować szkodliwą społecznie ustawę (Żalek, Suski, Waszczykowski, Brudziński, Błaszczak, Jurgiel, Szyszko…), to dochodzę do wniosku, że nie. I zamiast sennego marzenia, po wewnętrznej stronie czaszki pojawia się ogromne graffiti z ponuro ociekającym napisem: „NO FUTURE”. Była kiedyś w Polsce Ludowej bardzo szeroko propagowana akcja pod nazwą: „niewidzialna ręka, to także ty”. Polegało to na tym, by anonimowo pomóc w czymś komuś, zostawiając jedynie ślad odciśniętej dłoni. W wakacje narąbać drewna staruszce, naprawić zepsuty rower komuś, kto akurat tego nie potrafił. Była to akcja dobrowolna, a jakże miła. Nie ma już tamtej, skierowanej do zwykłego człowieka „niewidzialnej ręki”, zastąpiła ją niewidzialna ręka rynku, której cel jest odwrotny. Poprzez udawanie bezinteresownej pomocy wplątać człowieka w spiralę zadłużenia, i udając pomoc, pogrążyć go w tym bagnie, aż straci mieszkania, bez zostawiania śladu. Raz jeszcze pójdę na wybory chociaż wiem, że głosowanie się nie sprawdza. Potem pomyślę jak zamienić niewidzialną rękę w jak najbardziej widoczną pięść.

Jednym świecę, drugim ogarek

Wyrok w sprawie frankowiczów był salomonowy, więc za wiele oni nie skorzystają, a ewentualne straty banków będą nikłe i rozłożone w czasie.

W polskiej gospodarce zaczynamy powoli dostrzegać wpływ spowolnienia globalnego. Indeks koniunktury PMI dla sektora przemysłowego w Polsce od października 2018 lokuje się poniżej poziomu 50 pkt (czyli wskazując na recesję) – i w pobliżu sześcioletniego minimum.
Natomiast publikowany przez Biuro Inwestycji i Cykli Ekonomicznych wskaźnik wyprzedzający koniunktury zanotował największy jednorazowy spadek od blisko czterech lat. Produkcja przemysłowa w czerwcu i w sierpniu w stosunku do poprzednich miesięcy spadła.
Jak ocenia Towarzystwo Ekonomistów Polskich, naszą gospodarkę będą podtrzymywały transfery socjalne, ale to oszczędzi nam poważnego spowolnienia tylko wtedy, jeśli na świecie nie zagości recesja.
Nasza giełda i rynek walutowy z niepokojem czekały na wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie kredytów we frankach.
Już 20 września zapowiedź ogłoszenia wyroku 3 października doprowadziła do dużego osłabienia naszej waluty, ale przed wyrokiem i po nim sytuacja się uspokoiła, a kursy wróciły do poziomów sprzed tej zapowiedzi.
Przed wyrokiem Związek Banków Polskich szacował koszt niekorzystnego dla banków wyroku na 60 mld złotych. Agencja ratingowa Moody’s twierdziła, że przekształcenie umowy o kredyt indeksowany do franka w kredyt w złotych oprocentowany według stopy LIBOR, oznaczałyby w najgorszym przypadku dla systemu bankowego koszt 20 mld złotych (1,5 razy większy niż zysk sektora za 2018 roku). Profesor Dariusz Filar szacował ten koszt na 35 mld złotych.
Jak widać, wyrok mógł poważnie zaszkodzić bankom, ale okazało się, że TSUE zachował się bardzo racjonalnie, a wyrok był zaiste salomonowy w związku z czym straty banków będą dużo mniejsze i do tego bardzo rozłożone w czasie.
Trybunał zawyrokował, że jeśli umowa indeksowana (indeksowana, ale nie denominowana) do franków zawiera niedozwolone klauzule (o czym ma zadecydować polski sąd) to albo jest nieważna albo na wyraźne żądanie klienta może być kontynuowana.
Poza tym TSUE stwierdził też, że jeśli po usunięciu klauzul niedozwolonych umowa straci charakter walutowej „równocześnie podlegając stopie oprocentowania opartej na stopie obowiązującej w odniesieniu do tej waluty, prawo Unii nie stoi na przeszkodzie unieważnieniu tych umów”.
Mówiąc po polsku, TSUE wykluczył sytuację, w której usunięcie klauzul niedozwolonych zamieniłoby kredyt frankowy na złotowy z oprocentowaniem jak dla szwajcarskiej waluty (czyli ujemnym). A to właśnie byłoby bardzo groźne dla banków.
Jak widać, banki nie stoją na straconej pozycji. Nie wiemy ilu „frankowiczów” pójdzie do sądu, chociaż kancelarie prawnicze z pewnością będą intensywnie grupowały kredytobiorców do pozwów grupowych. Ewentualne koszty dla banków mocno rozłożą się w czasie.
Nie dziwi więc to, że zarówno Adam Glapiński, prezes NBP, jaki i Jerzy Kwieciński, minister finansów, nawoływali do zachowania spokoju, twierdząc, że nic groźnego się nie wydarzyło.
Co nas teraz czeka? Przede wszystkim, to dni od 10 do 13 października. Będą wtedy kontynuowane rozmowy USA – Chiny. Poza tym, Boris Johnson przystawił pistolet do głowy UE, przedstawiając swoją wersję umowy rozwodowej i dając Unii czas do 11 października na jej zaakceptowanie.
W Polsce dochodzi jeszcze 13 października, czyli wybory parlamentarne. Wątpię jednak, żeby ich wynik poruszył na dłużej rynkiem walutowym i rynkiem akcji.

 

To nie opowieść wigilijna lecz przedwyborcza

Władza postanowiła, że pomoże lichwiarzom w zerwaniu z ich niecnym procederem.

Pomocą będą kary. Rząd postanowił bowiem wziąć się za lichwę – czyli pobieranie zbyt dużych opłat od pożyczek. Rada Ministrów przyjęła więc projekt ustawy w celu przeciwdziałania temu zjawisku.
Nowe regulacje przewidują karę pozbawienia wolności od 3 miesięcy do 5 lat dla każdego, kto w zamian za udzielone osobie fizycznej świadczenie pieniężne, będzie żądać od niej zapłaty kosztów pozaodsetkowych i odsetek co najmniej dwukrotnie wyższych niż maksymalnie dozwolone.
Koszty maksymalne, w zależności od rodzaju pożyczki, będą mogły wynosić od 22 do 45 proc. jej wartości. Odsetki – 10 proc.
Ściganie lichwiarza nie będzie już zależeć od tego, czy wiedział, że osoba biorąca pożyczkę jest w trudnej sytuacji życiowej i dramatycznie potrzebuje pieniędzy na zapewnienie sobie podstawowych warunków życia. Dotychczas taka uznaniowość często bywała przyczyną bezkarności lichwiarzy.
Problem lichwy niewątpliwie istnieje, bo plaga bandycko drogich pożyczek dotyczy wielu ludzi w Polsce. Ofiarami tego procederu są często osoby starsze, których trudna sytuacja materialna jest wykorzystywana przez nieuczciwe firmy pożyczkowe.

Mieszkania tracone za parę tysięcy

Przede wszystkim, będą obowiązywać nowe zasady przy zaciąganiu krótkoterminowych pożyczek na niewielkie kwoty, czyli chwilówek. Klienci, zachęcani umiarkowanym oprocentowaniem nominalnym, często nie zdają sobie bowiem sprawy jak wysoką kwotę będą musieli w rzeczywistości spłacić. Koszty pożyczek są powiększane o bardzo wysokie prowizje, marże czy opłaty.
Dlatego limit dodatkowych opłat w przypadku „chwilówek” zostanie ograniczony do 45 proc. kwoty pożyczki w skali roku. Przy pożyczce na okres miesiąca limit ten wyniesie 22 proc. Natomiast maksymalna wysokość odsetek od samej pożyczki będzie, jak dotąd, wynosić 10 proc. w skali roku.
Nowe prawo wprowadza także ograniczenia co do ustanawianych zabezpieczeń. Chodzi o to, aby nie dochodziło do pozbawiania dorobku całego życia osób, które nie spłaciły pożyczki o wielokrotnie niższej wysokości.
Zgodnie z nowymi regulacjami, zabezpieczenie pożyczek (np. w postaci hipoteki na nieruchomości) nie będzie mogło przekraczać wysokości pożyczonej kwoty powiększonej maksymalnie o 45 proc.
Niedopuszczalne stanie się żądanie przenoszenia własności nieruchomości w celu zabezpieczenia zaciąganej pożyczki.
Wyeliminowano też możliwość prowadzenia egzekucji komorniczej z mieszkania, jeżeli wysokość zadłużenia nie przekracza 5 proc. wartości domu lub lokalu. Trudno to sobie wyobrazić, ale dziś ludzie tracą mieszkania, bo nie mogą zwrócić pożyczki o wysokości kilku tysięcy złotych.
Zmiana nie jest jednak radykalna, bo komornik wciąż będzie mógł zabrać mieszkanie pożyczkobiorcy, jeśli niespłacona pożyczka choćby o grosz przekroczy wartość 5 proc. mieszkania dłużnika.

Limity dla wszystkich

Również i banki nie będą mogły dowolnie ustalać dodatkowych opłat za pożyczki udzielane osobom fizycznym.
W przypadku kredytu konsumenckiego (czyli o wartości do 255,5 tys. zł udzielonego na podstawie ustawy o kredycie konsumenckim) dodatkowe opłaty nie mogą przekroczyć 45 proc. wartości zaciągniętej pożyczki w skali roku, a maksymalne odsetki – 10 proc. w skali roku.
Taki limit będzie także obowiązywać w przypadku innych bankowych pożyczek dla osób fizycznych, udzielanych na wyższe kwoty.
Natomiast dla pożyczek udzielanych na podstawie umów cywilno-prawnych, czyli zaciąganych przez jedną osobę u drugiej, limit opłat dodatkowych ma wynosić 25 proc. pożyczonej kwoty. Limit odsetek – także 10 proc.

 

 

Porządki w portfelu

Banki bezlitośnie łupią nam skórę, ale możemy próbować jakoś się bronić.

Czasem warto sprawdzić ile naszych pieniędzy oddajemy niepotrzebnie bankom komercyjnym. Policzmy więc, ile płacimy za konto osobiste w naszym banku i czy przypadkiem nie warto przenieść środków do innego, który zaproponuje nam lepsze warunki, i możliwość korzystania z dodatkowych usług. Warto też zapoznać się z najnowszymi metodami płatności, które wcale nie muszą być droższe od dotychczasowych.
Nie należy zatem przyzwyczajać się do korzystania z tych samych rozwiązań i produktów oferowanych przez banki przez długie lata – lecz pomyśleć co możemy zyskać, decydując się na zmianę.
W Polsce skończyły się już czasy taniego oszczędzania. Obecnie zdecydowana większość banków wprowadziła dla swoich klientów opłaty za prowadzenie kont osobistych.
Aby nie ponosić kosztów związanych z korzystaniem z popularnego ROR-u, musimy spełnić określone warunki. Najczęściej jest to wymóg dokonywania regularnych transakcji kartą płatniczą na określoną kwotę w danym miesiącu.
Nawet jeżeli jesteśmy zadowoleni z oferty banku, w którym obecnie trzymamy swoje środki, nic nie stoi na przeszkodzie, by przejść do konkurencji. Nowi klienci mogą bowiem liczyć na specjalne warunki i skorzystanie z promocji.
– Są to promocje za otwarcie rachunku oraz tzw. moneybacki. Najczęściej otrzymujemy wtedy określoną kwotę w zamian za transakcje przeprowadzone na konkretną sumę przez pewien okres po założeniu konta – mówi Leszek Zięba, ekspert Związku Firm Pośrednictwa Finansowego.
Przykładowo, jeżeli w ciągu pierwszego miesiąca wydamy 1000 zł., to bank w ciągu następnych 30 dni zwróci nam 5 proc. wydatków, czyli 50 zł.
Jest to oczywiście zachęta do tego, byśmy wydawali jak najwięcej, ale nie dajmy się zwariować. Gdy bowiem wydamy np. tylko 500 zł, to bank wprawdzie zwróci nam jedynie 25 zł (albo nic, jeśli kwota od której zaczyna oddawać przekracza 500 zł) – ale w sumie li i tak skorzystamy na tym, że wydaliśmy o 500 zł mniej.
W każdym razie ofert tego typu jest wiele na rynku, a porównując je ze sobą i wybierając najlepsze, możemy zaoszczędzić kilkadziesiąt złotych w skali miesiąca.
Polacy posiadają blisko 6 mln kart kredytowych. Chętnie sięgamy po to źródło finansowania, gdy nagle spadają na nas niespodziewane wydatki. Zaciągnięcie kredytu przy pomocy plastiku jest szybkie i wygodne, ale z takiej karty należy umiejętnie korzystać.
Banki oczywiście zachęcają do częstego korzystania z kart. Jeśli jednak chcemy się dać namówić, upewnijmy się czy bank, który wybraliśmy, oferuje jakieś bonusy za korzystanie z przyznanego limitu na karcie kredytowej.
Wiele z nich – ale nie wszystkie – nagradza posiadaczy kart punktami lojalnościowymi, które mogą oni wymieniać na zniżki w niektórych sklepach czy sieciach partnerskich.
– Dosłownie można „zarobić” za zaciągnięciu kredytu, trzeba tylko być dobrze zaznajomionym ze specjalnymi ofertami, które coraz częściej nie są proponowane tylko stałym klientom banków – mówi Ewa Kozłowska, ekspert ZFPF.
Bankowość internetowa, z której już powszechnie korzystamy, umożliwia zapłacenie rachunku online w każdym momencie, z każdego miejsca na świecie. Ale otwierając rachunek osobisty lub ściągając na smartfona aplikację jakiegoś banku, możemy liczyć na więcej niż tylko podgląd stanu naszych finansów czy wykonywanie przelewów. Niektóre banki dają też dostęp do usług dodatkowych, takich jak np. wirtualny asystent finansowy pomagający kontrolować budżet domowy czy planować wydatki i ustalać „cele oszczędnościowe”. – Dzięki nim możemy założyć, jaką kwotę chcemy oszczędzić i w jakim czasie, a bank może nam podpowiedzieć, jaki produkt czy rozwiązanie dodatkowe wybrać, aby pomóc sobie w wytrwaniu w tym założeniu – dodaje Ewa Kozłowska. Niektóre banki oferują też swoim internetowym klientom możliwość wykupienia za pomocą szeregu kilku kliknięć ubezpieczenia na życie czy wejścia do jakiegoś funduszu inwestycyjnego. Przeważnie za korzystanie z takich opcji nie trzeba ponosić dodatkowych opłat.

W niewoli banków

Gazeta Wyborcza korupcyjną propozycję złożoną przez szefa KNF-u Leszkowi Czarneckiemu sprowadziła do „afery PiS-u”. Tymczasem problem jest o wiele poważniejszy. Komisja Nadzoru Finansowego nie od dziś jest elementem wszechwładzy sektora finansowego nad Polską, a nie kontroli obywateli czy państwa nad bankami. Sektor bankowy zajmuje u nas niezwykle uprzywilejowaną pozycję i stoi niejako ponad prawem. Tak jak Watykan jest państwem kościelnym, Polska jest państwem bankowym.

 

Kiedy Leszek Czarnecki w marcu br. odwiedził KNF, jego imperium chyliło się już ku upadkowi. Szedł prosić by KNF krył jego wpadki i nie ostrzegał klientów przed lokowaniem pieniędzy w jego placówkach. Miał więc prosić o coś co jest całkowicie sprzeczne z zadaniami tej instytucji. Dlaczego? Ano dlatego, że KNF nieraz już „szedł na rękę” bankowcom, czy jak kto woli ich nazywać „banksterom”. Tylko dlatego możliwe były te wszystkie afery: frankowa, polisolokat, Amber Gold czy choćby masowo stosowane niedozwolone klauzule w umowach kredytowych.

Nikt jakoś nie pokusił się jeszcze o zbadanie jak wielu urzędników KNF podjęło później pracę na lukratywnych stanowiskach w sektorze bankowym, ale wystarczy powołać emblematyczny przykład zatrudnienia w mBanku byłego szefa KNF Andrzeja Jakubiaka, po niespełna trzech miesiącach od czasu, kiedy instytucja ta była przez niego nadzorowana. Prawo wprawdzie nie zakazuje takich praktyk, ale konflikt interesów i korupcyjny charakter tego typu przepływu kadr jest oczywisty. Cezary Mech, twórca ustawy o nadzorze nad rynkiem finansowym i tym samym KNF, zapytany o ewentualność ograniczenia teg procederu, oświadczył, że nie wierzy w skuteczność ewentualnych zapisów prawnych, które uniemożliwiałyby tego tupu praktyki. Ta niewiara w skuteczność regulacji mających zapobiegać działaniom nieuczciwym i aspołecznym jest wśród ludzi związanych ze sferą finansów dość powszechna. Innego zdania jest profesor Witold Modzelewski, który nie tylko wypowiada się za zakazem podejmowania zatrudnienia w instytucjach finansowych przez byłych funkcjonariuszy KNF przez kilka lat, ale postuluje by warunkiem sprawowania odpowiedzialnych funkcji w Komisji Nadzoru Finansowego było ukończenie 55-60 lat, tak aby było to uwieńczeniem kariery, a nie punktem wyjścia do „wicia sobie gniazdka w sektorze bankowym lub ubezpieczeniowym”.

Autor z portalu Wirtualna Polska, chcąc podsumować aferę korupcyjną w KNF, sprowadza charakterystykę jednego z bohaterów dramatu, Leszka Czarneckiego, do jednego określenia : „prężny biznesmen”. Wielu ekspertów jednak uważa, że ten „prężny biznesmen” od dawna prowadzi raczej podejrzane interesy.

Kogoś kto wątpi wystarczy odesłać do licznych forów klientów prowadzonych przez niego instytucji finansowych, aby się przekonać jak złe i to od wielu lat są opinie o ich usługach. Oto wpis na stronie „oszukani przez Getin Bank” z 9 sierpnia 2012 r.: „Na stronie www.wrobieni.org dowiedziałem się, że jest mnóstwo osób poszkodowanych przez Getin Bank, który obciął ich lokaty o ponad 35 %. Tym niemniej produkt Getin Banku o nazwie Plan Systematycznego Oszczędzania Zabezpiecz Przyszłość jest jeszcze większym przekrętem Getin Banku. Okazuje się, że po roku od założenia tej lokaty/produktu i ulokowaniu w nim 5500 zł, mogę zgodnie z pokazaną mi tabelą bankową- której wcześniej nikt mi na oczy nie pokazywał- wypłacić 700 zł ! Czyli niecałe 15 % wpłaconych środków. Takie coś jest możliwe w Polsce? W banku? I Komisja Nadzoru Finansowego nie może nić z tym zrobić?”

Takich wpisów są setki na rozmaitych forach i przewija się pytanie: co na to KNF? A KNF na to nic. Jak Leszek Czarnecki nakłaniał nadzór finansowy do milczenia ws. swoich szwindli tego nie wiemy, ale jego ostatnia wizyta u szefa KNF dowodzi, że jakoś dotychczas się z nim „dogadywał”.

Banki i bankierzy stanowili dotąd sanktuarium niedostępne nie tylko dla mediów, ale i dla prokuratury. Pokrzywdzeni przez instytucje finansowe na ogół nie mogą liczyć na pomoc powołanych do tego celu publicznych instytucji. Pozostaje im poszukiwać pomocy w różnych stowarzyszeniach i obywatelskich instytucjach pomocowych. Dobrą ilustrację tezy, iż nieuczciwe banki na ogół są nietykalne stanowi historia pary starszych ludzi, którzy poszukiwali pomocy w Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej. Żyli z rent w wysokości 600 zł. Chcąc polepszyć swoją sytuację bytową sprzedali jedyną swą własność, działkę, za którą uzyskali 170 000 zł. Żeby nabywca mógł dokonać przelewu otworzyli konto w Getin Banku. Ktoś jednak w banku skopiował karty płatnicze zanim oni wyjęli je ze skrzynki pocztowej. Kiedy poszli do baku na skargę zostali zrugani i przepędzeni. W trakcie krótkiego śledztwa prokurator nie odważył się przekroczyć drzwi banku, nie przesłuchano żadnego z jego pracowników, po czym śledztwo umorzono.

Trafiło też do Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej młode małżeństwo. Ludzie ci zaciągnęli w Getin Banku kredyt na budowę domu. Kredyt żyrowali również rodzice jednego z małżonków. Kiedy nie dali rady z ratami, bank przejął dopiero co postawiony dom, więc cała rodzina z dwójką dzieci przeprowadziła się do małego domku o powierzchni 60 metrów kwadratowych zajmowanego przez rodziców. Kiedy Getin Bank wszczął procedurę by również i ten domek zlicytować, podjęto próbę dotarcia do osoby, która jest bliską znajomą Leszka Czarneckiego. Owa znajoma właściciela banku, z pełnym przekonaniem oświadczyła, że nie podejmie tak naiwnych rozmów, ponieważ pan Leszek tak właśnie dorobił się swoich milionów i nie będzie z dłużnikami negocjował.

Oczywiście nikt by Leszkowi Czarneckiemu nie zaglądał w papiery i nie ścigał jego machinacji, gdyby nie zaglądające mu w oczy widmo bankructwa. Teraz kiedy zaczął tonąć cena za ochronę wzrosła, a ponieważ nie było go stać to nagrał całą rozmowę i ujawnił. Ujawnił z wielomiesięcznym opóźnieniem, bo wiedział, że jego imperium i tak upadnie. Postanowił więc upaść z hukiem. Uznał najwidoczniej, że skoro źle mu poszło w biznesie, to spróbuje się wykaraskać z kłopotów dołączając do obozu Koalicji Obywatelskiej. Jeżeli plan obalenia rządu na tej samej zasadzie na jakiej taśmy Rywina obaliły rząd SLD powiedzie się, to może rząd PO pozwoli Czarneckiemu powrócić do finansowej potęgi. Nie byłby to pierwszy raz kiedy za pieniądze podatnika ratuje się prywatne banki.

Komisja Nadzoru Finansowego powstała by kontrolować sektor bankowy i ubezpieczeniowy w imieniu państwa, ale też w imieniu milionów klientów, obywateli. Tymczasem dotychczasowa praktyka jego funkcjonowania od lipca 2006 roku wskazuje, że chronił on wyłącznie interesy banków, firm ubezpieczeniowych, a nie państwa czyli interesu publicznego czy obywateli.

Przykładem jest sprawa polisolokat. Ten dziwny instrument finansowy polegał na nakłanianiu klientów banku do niekorzystnego rozporządzenia swoim majątkiem poprzez wprowadzenie ich w błąd, co wyczerpuje znamiona przestępstwa zwanego oszustwem.

W sprawie polisolokat oferowanych przez Getin Bank zapadł nawet wyrok w procesie cywilnym, ale bardzo łagodny.

Getin Bank nie obronił swoich racji przed sądem, który utrzymał w mocy 5 mln zł kary za sprzedawane klientom polisolokaty. W podobne produkty w innych bankach weszło kilka milionów Polaków. Zdaniem Rzecznika Finansowego praktycznie nie dawały klientom szans na obiecywany zarobek. Te kilka milionów klientów nigdy nie odzyskało swoich pieniędzy a w grę wchodzi suma ok. 60 miliardów złotych.

Sąd uznał, że bank należący do Leszka Czarneckiego wprowadzał klientów w błąd, proponując im grupowe ubezpieczenia na życie z Ubezpieczeniowym Funduszem Kapitałowym (UFK), co powszechnie nazywa się polisolokatami.

Najwięcej kontrowersji wzbudzały opłaty likwidacyjne. Okazało się, że chcąc przed wygaśnięciem produktu zerwać polisolokatę i wycofać swój kapitał, klient w różnych firmach tracił nawet 90 proc. środków z tytułu opłaty likwidacyjnej. Jeszcze większy problem polegał na tym, że często myślał, że zawiera umowę o lokatę, a nie polisolokatę, nie wiedział zatem, że nie może zerwać umowy przed czasem, bo wtedy straci niemal wszystkie swoje pieniądze. A umowy zawierane były często na 10, 15, a nawet 30 lat.

I w tej sprawie w latach 2008-2009 Urząd Rzecznika Ubezpieczonych wspólnie z Urzędem Ochrony Konkurencji i Konsumentów wystąpiły z pismem do KNF wskazując na nienormalnie wysoką opłatę likwidacyjną jako na niedopuszczalną. Jednak KNF odpowiedział pismem, w którym uspokajał, że tego rodzaju praktyki to norma, i że podobnie jest w krajach Zachodniej Europy. Było to wierutne kłamstwo, gdyż w krajach starej Unii opłata likwidacyjna przy podobnych instrumentach finansowych to najwyżej kilka a nie 90%. Wystarczyło to jednak, by na jakiś czas uspokoić instytucje, które zajmują się ochroną obywateli przed nadużyciami.

Najgorsze jest to, że mimo nacisku Urzędu Rzecznika Finansowego i UOKiK-u nikt nie zwraca klientom wyłudzonych w ramach polisolokat pieniędzy, a instytucją, która broni interesów banków jest wciąż ten sam KNF. Podobnie zresztą jest w sprawie domniemanych kredytów frankowych, które przecież nigdy „frankowe” nie były i stanowiły kolejny masowy szwindel bankowców przeciw obywatelom. I tu KNF dawał pełną ochronę bankom, a władza, która ustami Andrzeja Dudy obiecywała, że zmusi banki do częściowego podzielenia się z klientami zyskami z tego przekrętu, odsyła ich teraz do sądów. Tych samych sądów, na których na co dzień nie zostawia suchej nitki.

Komisja Nadzoru Finansowego teoretycznie miała za zadanie stać na straży interesu publicznego. Niestety ten interes utożsamia się u nas z interesami banków, a nie państwa czy jego obywateli. Niewątpliwie propozycja zatrudnienia protegowanego szefa KNF w banku Czarneckiego była skandaliczna i miała charakter korupcyjny. Nie odbiegała jednak od dotychczasowych praktyk tej instytucji. Różnica jest taka, że poprzednich rozmów o podobnych „transferach” nikt nie nagrał, albo jeszcze nie ujawnił nagrania. O tym, że tych rozmów było więcej świadczy fakt, że w siedzibie KNF funkcjonują zagłuszarki. Może tylko tym zagłuszarkom zawdzięczamy, że nie dysponujemy nagraniem z rozmowy, w której pan Jakubiak, były szef KNF, załatwiał sobie robotę w mBanku. W sytuacji, w której urzędnicy KNF od razu po skończonej kadencji mogą zatrudniać się w instytucjach finansowych powoduje, że takich korupcyjnych propozycji nie trzeba nawet formułować wprost, ponieważ przypuszczenie, że potężna i bogata firma może w przyszłości odwdzięczyć się życzliwemu ekspertowi narzuca się samo.

Afera KNF, podobnie jak poprzednio reprywatyzacyjna, to tylko przydatne narzędzia w międzypartyjnej wojnie PiS-PO. I tak jak nikt nigdy nie zamierzał powstrzymać oddawania kamienic z lokatorami, tak też nikt nie wynagrodzi oszukanym klientom banków ich strat, ani nie zapobiegnie dalszym oszustwom banksterów. PiS musi ponieść polityczną odpowiedzialność za swego urzędnika, ale byłoby źle, gdyby przy okazji nie wyszło na jaw, że my, społeczeństwo, my, opinia publiczna, my, klienci banków i konsumenci, nie mamy żadnej kontroli nad bankami. Organ kontrolny od początku swego istnienia kryje oszustów, którzy krzywdzą, oszukują i naciągają obywateli. I to niezależnie, kto aktualnie sprawuje władzę.

Media podają, że Leszek Czarnecki nie jest już miliarderem. Są gorsze nieszczęścia. Wciąż jednak Leszek Czarnecki nie wynagrodził choćby ułamka strat na które naraził swych klientów za sprawą nieuczciwych praktyk. Jeżeli plan zadziała i nowi protektorzy Czarneckiego, czyli PO dojdzie do władzy, Czarnecki nie będzie musiał niczego już nikomu zwracać. A interesy będą dalej kwitły wśród płaczu i zgrzytania zębów dla nikogo nieważnych, zwykłych ludzi.

SKOK: résumé na dzisiaj

Wczorajszą rozmowę red. Werner z Wojciechem Kwaśniakiem, byłym zastępcą przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego przed kamerami tvn24 uznać trzeba za jedno z najważniejszych wydarzeń politycznych ostatniego okresu. Ponieważ jest ono publicznie dostępne, oraz jest przedmiotem licznych komentarzy, ograniczę się do wypunktowania głównych moim zdaniem tez związanych z aferą SKOK.

 

SKOK-i są prywatnymi instytucjami finansowymi działającymi w formie spółdzielni i korzystającymi od 2013 r. z gwarancji wkładów swoich członków, wypłacanych ze środków publicznych, którymi dysponentem jest Bankowy Fundusz Gwarancyjny.
Aferą SKOK Wołomin nie można przykryć ogólnopolskiej afery SKOK. Koszty przestępczej działalności SKOK Wołomin, pokryte przez BFG stanowią około 1/3 wszystkich środków publicznych (około 4,5 mld zł), jakie do tej pory wypłacone zostały członkom upadłych SKOK w ramach systemu gwarancji bankowych.
Wyjaśnić należy społeczeństwu przyczyny upadku wielu Kas. Z wypowiedzi przewodniczącego Kwaśniaka wynika, że było nimi wycofywanie swoich udziałów w spółdzielniach przez ich udziałowców, prawdopodobnie wobec wiedzy o ich niewłaściwym funkcjonowaniu.
Wyjaśnić należy społeczeństwu scenariusz biegu wypadków, gdyby Kasy nie zostały objęte gwarancjami BFG. Wyjaśnić należy skutki finansowe, ekonomiczne i polityczne. Nieobjęcie SKOK gwarancjami BFG doprowadziłoby do mega afery, która prawdopodobnie pogrzebałaby PiS.
Wyjaśnić należy kto w strukturze SKOK, zwłaszcza w Krajowej Radzie i jaką miał wiedzę na temat rzeczywistych problemów poszczególnych kas. Czy Rada starała się te problemy rozwiązywać (jak?) czy też uczestniczyła w ich tuszowaniu.
Wyjaśnić należy, czy celem ustawowego objęcia gwarancjami BFG udziałów ich członków w 2012 r. nie było w istocie stworzenie mechanizmu ratunkowego dla tych udziałów wobec powszechnej już wówczas wiedzy o poważnych problemach wielu SKOK. Wyjaśnić należy, czy w ten sposób nie doszło do świadomego przerzucenia na dysponenta środków publicznych skutków niewłaściwego zarządzania lub/i przestępczej działalności kas?
Wyjaśnić należy rolę i znaczenie spółki SKOK Holding zarejestrowanej w Luksemburgu dla efektywności całego systemu finansowego SKOK.
Skoro dwóch niezależnych rewidentów finansowych nie dostrzegło w dokumentacji SKOK Wołomin nieprawidłowości, dociec należy przyczyn i skali tego zjawiska. Jest on o niezwykle groźne dla całego systemu niezależnej rewizji finansowej w Polsce.
Wyjaśnić należy rolę warszawskiej prokuratury w aferze SKOK Wołomin oraz sprawdzić reakcję prokuratury na ewentualne zawiadomienia o naruszaniu prawa przez inne SKOK.
Jeżeli, jak się okazuje, zawiadomienie do prokuratury kierował Główny Inspektor Informacji Finansowej to znaczy, że nabrał on uzasadnionego podejrzenia wykorzystywania SKOK Wołomin do prób legalizacji środków finansowych pochodzących z nielegalnych źródeł. Wyjaśnienia wymaga stanowisko prokuratury w tej sprawie.
Afera SKOK, chociaż dotyczy prywatnych podmiotów, negatywnie rzutuje na wiarygodność polskiego systemu finansowego i wielu instytucji państwowych odpowiedzialnych za bezpieczeństwo. Uwikłani są w nią politycy głównie PiS, ale jak wynika z relacji przew. Kwaśniaka również z innych opcji. Dlatego musi być wyjaśniona całościowo, a jedynym forum na którym można tego dokonać jest sejmowa komisja śledcza sejmu następnej kadencji. Zadanie takie winno więc stać jednym z głównych publicznych zobowiązań ubiegających się o mandaty posłów i senatorów w kampanii wyborczej do parlamentu w 2019 r.
Jako ciekawostkę i bonus dla wytrwałych czytelników zamieszczam diagram powiązań kapitałowych i osobowych spółki SKOK Holding za raportem opracowanym przez Komisję Nadzoru Finansowego.

 

Tekst ukazał się na blogu Jacka Uczkiewicza „Wołania na puszczy”.

Nadzór sprawdza się całkiem nieźle

Dzięki jego działaniom banki komercyjne w Polsce rosną w siłę, a ich szefom i akcjonariuszom żyje się coraz dostatniej.

 

W posiadaniu banków komercyjnych jest około 70 proc. aktywów całego polskiego systemu finansowego. Sektor bankowy jest głównym źródłem finansowania gospodarki, a depozyty bankowe – to z kolei największy składnik zasobów finansowych gospodarstw domowych.
Dlatego truizmem jest stwierdzenie, że utrzymanie stabilności sektora bankowego ma szczególne znaczenie dla zachowania stabilności całego systemu finansowego państwa.

 

Działano raczej skutecznie

Na koniec ubiegłego roku łączna wartość aktywów bankowych wynosiła 1 781 693 mln zł, fundusze inwestycyjne i domy maklerskie posiadały 410 138 mln zł (także złożonych przecież w bankach), sektor emerytalno – rentowy (głównie ZUS i OFE) 378 232 mln zł, zaś dogorywające SKOK-i 10 200 mln zł.
Najwyższa Izba Kontroli przeprowadziła kontrolę stabilności sektora bankowego. Badała okres od listopada 2015 do listopada 2017, czyli faktycznie pierwsze dwa lata władzy Prawa i Sprawiedliwości.
Generalnie, NIK uznała, że sektor bankowy w Polsce jest stabilny, a co za tym idzie, oszczędności obywateli objęte ochroną bankowego funduszu gwarancyjnego są bezpieczne.
W ramach tej kontroli NIK badała także funkcjonowanie nadzoru ostrożnościowego nad sektorem finansowym – którego celem jest zapewnienie stabilności, bezpieczeństwa oraz przejrzystości rynku finansowego. Jak twierdziła Izba, został on wdrożony skutecznie i podniósł ogólny poziom bezpieczeństwa sektora bankowego, a także jego odporność na niepożądane zjawiska i zawirowania rynkowe.

 

Świadectwo wiarygodności

Prezesem NIK jest Krzysztof Kwiatkowski, kiedyś w Porozumieniu Centrum braci Kaczyńskich, który, gdy zawiały inne polityczne wiatry, został działaczem Platformy Obywatelskiej i za jej rządów był ministrem sprawiedliwości. Nie ma on specjalnych powodów by kochać obecną ekipę, a więc pozytywna dla niej ocena NIK posiada z pewnością walor wiarygodności.
Głównymi instytucjami odpowiedzialnymi ustawowo za zapewnienie bezpieczeństwa i stabilności sektora bankowego są: Ministerstwo Finansów, Narodowy Bank Polski, Komisja Nadzoru Finansowego i Bankowy Fundusz Gwarancyjny.
Nadzór jest niezwykle istotny z punktu widzenia państwa, bo sektora bankowy jest głównym źródłem finansowania gospodarki, a depozyty bankowe to największy zasób aktywów finansowych gospodarstw domowych. Dlatego szczególne znaczenie dla zachowania stabilności całego systemu finansowego ma stabilność banków.

 

Nadzór w nowej odsłonie

W listopadzie 2015 r. weszła w życie ustawa z dnia 5 sierpnia 2015 r. o nadzorze nad systemem finansowym – i zarządzaniu kryzysowym w systemie finansowym.
Nadzór ten obejmuje ocenę i monitorowanie ryzyka, powstającego w instytucjach i na rynkach finansowych lub w ich otoczeniu, a przede wszystkim działania na rzecz jego wyeliminowania lub ograniczenia.
Ustawa zmieniła nieco dotychczasowe zadania i uprawnienia Ministra Finansów, NBP, KNF i BFG, dotyczące przeciwdziałania ryzyku na rynku finansowym. Wprowadziła ponadto nowe, wyższe wymogi kapitałowe dla banków. Ten kapitał stanowi bufor bezpieczeństwa na wypadek ryzyka zakłócenia funkcjonowania sektora bankowego.
Wdrożenie postanowień tej ustawy było ważne dla bezpieczeństwa rynku finansowego, w tym szczególnie sektora bankowego, i dla całego państwa.
Głównym organem odpowiedzialnym za nadzór makroostrożnościowy i zarządzanie kryzysowe stał się Komitet Stabilności Finansowej. Gdy KSF zajmuje się kwestiami nadzoru makroostrożnościowego na jego czele stoi Prezes NBP, a członkami są: Minister Finansów, Przewodniczący KNF i Prezes Zarządu BFG.
Gdy zaś przedmiotem obrad KSF jest zarządzanie kryzysowe, rolę przewodniczącego przejmuje Minister Finansów. Zarządzanie kryzysowe obejmuje działanie na rzecz utrzymania lub przywrócenia stabilności systemu finansowego w przypadku bezpośredniego jej zagrożenia.

 

Frankowicze zostali na lodzie

Jednym z istotnych zagadnień, którym zajmował się KSF, była kwestia walutowych kredytów mieszkaniowych i potencjalnych konsekwencji ich restrukturyzacji.
Na podstawie przeprowadzonych analiz KSF uznał, że uzasadniona jest potrzeba restrukturyzacji walutowych kredytów mieszkaniowych – ale na zasadzie dobrowolnego porozumienia pomiędzy bankami i kredytobiorcami. Szczególnie miałoby to dotyczyć to kredytobiorców, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji finansowej, w niezawinionych przez siebie okolicznościach.
KSF ostrzegał jednocześnie przed ryzykiem systemowym, które może powstać w wyniku rozwiązań prawnych o przewalutowaniu tych kredytów. W swych komunikatach KSF podkreślał, że inicjatywy legislacyjne, dotyczące tego zagadnienia, powinny być wdrażane ostrożnie, tak aby nie naruszały stabilności systemu finansowego, a także nie ograniczały zdolności banków do kredytowania gospodarki.
I tak też się stało. W wyniku tych działań KSF „frankowicze” zostali na lodzie. Nie przyjęto żadnych ustaw dotyczących tych kredytów, swojej obietnicy nie dotrzymał też prezydent Andrzej Duda.
Pozostały więc, proponowane przez KSF, dobrowolne porozumienia między bankami a kredytobiorcami – które w rzeczywistości były dyktatem narzucanym przez banki.

 

Nie wszystko było idealnie

Najwyższa Izba Kontroli oceniła, że w okresie od listopada 2015 r. do listopada 2017 r., Narodowy Bank Polski i Minister Finansów rzetelnie wykonywały swoje zadania nadzorcze na rzecz zapewnienia stabilności sektora bankowego.
Są jednak i uwagi krytyczne. NIK zwróciła uwagę, że Minister Finansów, odpowiedzialny za implementację prawa Unii Europejskiej dotyczącego instytucji finansowych, przyczynił się do przyjęcia wymaganych aktów prawnych z opóźnieniami.
Działania Komisji Nadzoru Finansowego także nie były wolne od nieprawidłowości. NIK stwierdziła bowiem, że Komisja podejmowała za mało działań nadzorczych wobec banków spółdzielczych.
Zdarzały się również przypadki braku skutecznej reakcji na nieprawidłowości w tych bankach. Urząd KNF nie nadzorował w sposób wystarczający pracy kuratorów bankowych oraz nie przestrzegał zasad doboru kandydatów na te stanowiska.
Czy także i za to odpowie PiS-owski, odwołany już prezes KNF?

 

Świetnie im się wiedzie

Działania KNF były jednak w sumie korzystne dla banków komercyjnych w Polsce. Przyniosły one wzrost ich płynności, a w 2017 r. zahamowana została (kosztem klientów) spadkowa tendencja zyskowności banków.
Nie są one wszakże stuprocentowo zdrowe. Na dzień 30 czerwca 2017 r. postępowaniem naprawczym było objętych siedem banków komercyjnych i 43 spółdzielcze. NIK oceniła, że KNF nie podjęła działań w celu poprawy efektywności wdrażania programu naprawczego przez dwa banki.
Dość stabilna była sytuacja banków spółdzielczych (ich aktywa stanowią około 7 proc. całego sektora bankowego) – choć niepokoją kłopoty ze spłacaniem kredytów zaciągniętych w bankach spółdzielczych.
NIK stwierdziła jednak przypadki braku skutecznych działań nadzorczych wobec banków spółdzielczych, nierzetelnie prezentujących swe dane w formularzach przekazywanych do KNF.
Ponadto, w okresie do końca I kwartału 2017 r. 84 proc. banków spółdzielczych nie było objętych żadnymi czynnościami kontrolnymi ze strony KNF.
W tej grupie były banki, które powinny być objęte szczególnym nadzorem, z uwagi na podwyższony poziom ryzyka i realizowanie programów naprawczych.
Generalnie, nasz system nadzoru bankowego wypadł jednak nieźle – choć nie wiadomo, jak sprawdzi się on w warunkach nadciągającej, słabszej koniunktury gospodarczej.