Sierpniowo-wrześniowa agenda

W polskim kalendarzu obchodzimy rocznice historycznych wydarzeń w jakże różnym, acz jednak podobnym wymiarze, odnoszącym się do współczesności.

1 sierpień – Powstanie Warszawskie 

Pozostając w zbiorowej pamięci zawsze budziło gorące spory wyrażające się w swoim czasie także wkoło nazwy warszawskiego monumentu. Czy ma być to pomnik Powstańców Warszawy czy też Powstania Warszawskiego ? Krytycznie oceniano jego polityczne cele, możliwości militarnego sukcesu i tragiczne, w niewyobrażalnej hekatombie, skutki dla mieszkańców i miasta. Tu wyjątkowo często panowała zgoda między licznymi emigracyjnymi osądami i krajowymi, nie koniecznie rządowymi czy lewicowymi, środowiskami. 

Warszawski Pomnik Bohaterów Powstania Warszawskiego 1944, stanowiący dziś także centrum rocznicowych obchodów, odsłonięty został wreszcie po 45 latach od tamtych wydarzeń. I co prawda tę rocznicę obchodzono publicznie po stalinowskich czasach to w przestrzeni Warszawy przypominały ją tylko powstańcze kwatery na Powązkach. Idea budowy monumentu zrodziła się w 1984 roku, a w 1989  odsłaniał go prezydent Wojciech Jaruzelski. O tym dziś mało kto wie, albo chce pamiętać.

    Rocznica wybuchu Powstania stała się okazją do licznych wypowiedzi: Tomasz Nałęcz, jak zwykle pokrętnie rozwodząc się na temat 250 lat polskiej insurekcji, uniknął jasnej oceny Powstania. Natomiast Anna Machcewicz w materiale  „Czy powstanie nas połączy?” („GW – Ale historia”, teksty z 4-5. 09 i 28-29.08.2021) pisze: „jeśli będziemy pielęgnować nie powierzchowną pamięć ograniczoną do rocznic, pomników… lecz kulturę pamięci – innymi słowy, jeśli będziemy uprawiać krytyczne spojrzenie – odnajdywać będziemy sens tego wydarzenia dla każdego nowego pokolenia”. Skwituje to stwierdzeniem, że całe to wydarzenie czyli Powstanie Warszawskie od samego zamysłu po swój tragiczny koniec było bez sensu. Pozostaje tylko chwała jego bohaterom. 

31 sierpień – porozumienia sierpniowe w Gdańsku 

stały się asumptem dla Romana Kurkiewicza do napisania tekstu „Solidarność, moja miłość” i dopełnienia „Pierwsza Solidarność chciała innej Polski niż ta, którą mamy.” („Przegląd”, 30.08-5.09.2021). Bywa tak w życiu, że pierwsza miłość zawodzi, szczególnie wtedy, gdy wspomnienia snuje ówczesny licealista m. in. o roznoszeniu ulotek i wspaniałym czasie solidarnościowego karnawału. Ja po moich młodzieńczych doświadczeniach – wydarzeniach Polskiego Października i krwawym stłumieniu węgierskiego powstania – pozbyłem się złudzeń na całe życie. I nic to nie miało wspólnego z miłością, a z racjonalnym oglądem Polski w świecie.

31 sierpień – z Afganistanu uciekają, 

po dwudziestu latach zmarnowanego pobytu, żołnierze największej armii świata – bez wcześniejszego planu, ładu, porządku, z wielkimi problemami przy ewakuacji współpracujących z nimi Afgańczyków. Strategiczne oceny sytuacji analityków Pentagonu i rozlicznych służb wywiadowczych były tak samo celne, jak przy rejteradzie z wietnamskiego Sajgonu w 1975 roku. Zostawili wojskowe wyposażenie wartości, wg „The Times”, 85 mld dol. Jak donosi portal Defence24.pl „Amerykańskie wojsko przed opuszczeniem Afganistanu dokonało zniszczenia pozostawionego na lotnisku w Kabulu sprzętu wojskowego. Jak się okazuje, jest to niewielki wycinek tego, co zostało pozostawione przez nich w kraju zajętym przez talibów”. Ciekawe czy znalazły się tam także przeciwlotnicze rakiety Stringer, w które w latach 80’ CIA wyposażało bogato mudżahedinów walczących z wojskami radzieckimi ? Nie ma to jak hodować żmiję za własnym przyzwoleniem, co uświadomiły sobie Stany Zjednoczone wiele lat później. Na tym samym portalu 4 września ppłk. US Army Daniel L. Davis bez ogródek mówi: „Wszyscy doskonale wiedzą co wiedzieliśmy, a co mówiliśmy. Wiedzą, że walczyliśmy w wojnie nie do wygrania, obieraliśmy cele, których nie dało się zrealizować. Wiedzą, że ciągle kłamaliśmy.” I dlatego  już dziś oglądamy zdjęcia talibów w amerykańskich mundurach i z pozostawioną amerykańską bronią. Kiedyś bałagan i bezład slangowo nazywano sajgonem, obecnie zmienił się na kabul.

Porzucili także swoich najbliższych towarzyszy broni – jak donosi „Daily Mail” – wojskowe psy zostały przez Amerykanów zostawione w Afganistanie, co słusznie oburzyło obrońców zwierząt. Cytowana w mediach organizacja American Humane ocenia, że psy będą torturowane przez talibów.  

Zostawiam te fakty bez komentarza (a może wręcz odwrotnie) wszystkim tym, którzy tak bardzo kochają i wierzą w Amerykę. Ciekaw jestem także czy wolne media w postaci TVN zdobędą się na całą prawdę w tej hańbiącej sprawie – może w programie „Szkło kontaktowe” – „Każdy zwierz ma swój Czubaszek.”

Przypomnieć wypada, że wycofujące się w lutym 1989 roku z Afganistanu wojska radzieckie, po dziesięciu latach mało skutecznej obecności, zabrały ze sobą cały swój sprzęt i „swoich Afgańczyków”. Nie było ich zresztą wielu, bo ówczesny rząd afgański, w odróżnieniu od obecnego, upadł dopiero trzy lata później.

1 wrzesień – Wrzesień mógł być lepszy, 

to w nawiązaniu do rozważań Janusza Rolickiego („Przegląd”, 30.08-5.09.2021) o przyczynach naszej wrześniowej klęski, a w dalszej konsekwencji gehenny lat wojny i okupacji kraju przez Niemcy i ZSRR. 

    Poza dawno i skutecznie skompromitowanym pomysłem paktu Ribbentrop – Beck, tym razem obronę i wybielanie polityki Józefa Becka podjęli profesorowie Mariusz Wołos i Marek Kornat obszernie przekonując, że „To nie Beck wywołał wojnę” („GW – Ala historia” – 4-5.09.2021). Apelując do czytelnika o wyciagnięcie z tych wywodów własnych wniosków zgadzam się w pełni w jednym z autorami: to rzeczywiście nie Józef Beck wywołał wojnę.

Dodać jednak do tych wszystkich rozważań koniecznie należy jeden istotny element o znaczeniu polityczno-militarnym. Nie wiedzieć dlaczego powszechnie niedostrzegany, a może marginalizowany, przez wszystkich podejmujących temat tamtych wydarzeń.

Jedynym, który w tamtym szczególnym dla Polski czasie mógł stanowić pewien ratunek, byłby odpowiednio wcześniej zawarty pakt obronny Mościcki – Beneš. Ten związek Polski z Czechosłowacją, wspólnie zagrożonych przez hitlerowskie Niemcy, stanowiłoby jakąś szansę bardziej skutecznego oporu, mającego być może także wpływ na inne rozgrywające mocarstwa. Do bardzo poważnego przemysłu zbrojeniowego Czechosłowacji (wykorzystanego później nadzwyczaj owocnie przez niemieckiego okupanta) dodać należy dużą, nieźle uzbrojoną, także w broń pancerną, lotnictwo i transport, armię oraz poważne fortyfikacje na zachodniej granicy tego kraju. Wspólny wysiłek przemysłów obronnych oraz sztabów wojskowych, wraz z twardym, jednolitym politycznym odporem stanowiłby orzech do zgryzienia przez agresora. Również namysł dla drugiego.

    Z taką propozycją współpracy wielokrotnie i w różnych formach zwracał się do nas południowy sąsiad, o czym zresztą, na podstawie dokumentów, pisała w swoim czasie także „Gazeta Wyborcza”. Ale wrogość rozpoczęta granicznymi sporami po I wojnie światowej, potem odmienna polska i czechosłowacka optyka międzynarodowa, wreszcie lekceważenie południowego sąsiada wraz z okazywaną arogancją, budowały przez lata co najmniej chłodne stosunki. Nie powinno to jednak stanowić barier nie do przekroczenia przez ówczesnych polskich polityków w sytuacji śmiertelnego zagrożenia. Zakończyła się to u nas jak zwykle: my tryumfalnie zajęliśmy w 1938 roku Zaolzie, a potem Hitler powybierał nas razem, jak ślepe kocięta. 

    Zapewne zupełnie nie na temat będzie przypomnienie, że w odróżnieniu od czeskiej Škody gdzieś w transformacyjnej mgle zapodziały się nasze osobowe samochody, ale za to wyłonił się w całej swojej skomplikowanej wyjątkowości polski Turów.

1 września – zakończył się Campus Polska, 

który bardzo wielu zadziwił, gdyż politycy mogli spotkać się z młodymi bez pośrednictwa policyjnych pałek. Rafał Trzaskowski – inicjator imprezy – z racji swojego wieku może nie wiedzieć, że chcący – niechcący „odgapił” pomysł „spotkań z ciekawymi ludźmi”, który stanowił podstawową część programu na wszystkich, bardzo licznych letnich obozach, zimowiskach i seminariach organizowanych w latach Polski Ludowej przez młodzieżowe organizacje ZMS, ZMW i ZSP.  

 Brali w nich udział nie tylko politycy, także ważne publiczne postacie – nie zapomnę studenckiego spotkania z Andrzejem Kurzem (wtedy I sekretarzem Krakowskiego Komitetu Miejskiego PZPR), Jerzym Olszewskim (ministrem przemysłu chemicznego), ze Zbyszkiem Cybulskim oraz Lidią Zamkow i Leszkiem Herdegenem. Także odpowiedzi kuratora na pytanie czy dyrektor szkoły ma prawo obcinać zbyt długie włosy uczniom: „Tak, pod warunkiem, że posiada czeladniczy dyplom fryzjera.” Sam takie spotkania organizowałem, a wiele lat później brałem w jednym z nich udział w Grodku nad Dunajcem. Jak poprzednikom, nie było łatwo i mnie, bo odważnych, młodych nigdy nie brakuje – jak zawsze wtedy i dziś – wyprzedzają bieżący czas oczekując na to aby było wreszcie mądrzej, więcej. lepiej. I bardzo dobrze. Ale była wtedy oczywiście i zabawa, najmodniejsza muzyka do późnej nocy, a czasem i białego rana, która na ogół kończyła się niezawodnym „Obozowym tangiem.”

Opinie na temat Campus Polska Przyszłości są podzielone. W „Trybunie” Izabela Balicka nazywa go po prostu „Campusem Zaprzeszłości” (1-2.09.2021), natomiast w podobnym czasie czytam na Onecie: „Uczestnicy spotkania zadawali Leszkowi Balcerowiczowi wiele pytań, z których wiele było polemicznych. Najostrzejszy spór wywołała sprawa kryzysu klimatycznego…Odpowiedź Balcerowicza wywołała gwałtowne głosy polemiczne młodych uczestników…To człowiek odpowiada głównie za ocieplenie klimatu, wszystkie poglądy są zgodne, że potrzebne są szybkie i masowe redukcje emisji. W tym kontekście stanowisko FOR i pana jest po prostu błędne – mówił jeden z uczestników, wzbudzając aplauz.”

Nie da się osiągnąć wszystkich oczekiwanych efektów w rozchwianym poglądowo gronie gości i młodzieży, tym bardziej pod taką egidą. Także słysząc błędne opinie Trzaskowskiego, że nie ma obecnie podziału w Polsce na lewicę i prawicę, a jedynie na partie anty lub proeuropejskie. Natomiast oczekiwany skutek Campusu w postaci przyciągnięcia młodych do PO jest nadal bardzo wątpliwy. 

To wszystko jednak żadną miarą nie umniejsza tego unikatowego spotkania i ma rację Tomasz Sawczuk („Kultura Liberalna”, 1.09.2021) twierdząc : „Imprezy takie jak Campus Polska powinny odbywać się wiele razy w roku, organizowane przez różne środowiska polityczne. Potrzebujemy żywej, demokratycznej sfery publicznej, a udział młodych ludzi w tych wydarzeniach jest absolutnie niezbędny.”

?  ? wrzesień – Czy samotny lider, 

daleko wyrastający ponad potencjał własnej partii i podzielonej opozycji, może wygrać z całym państwem PiS ? Tak, może choć całe pytanie postawione jest na głowie – odpowiadam Cezaremu Michalskiemu, który w  „Newsweeku” (22 16-22.08.2021) pisze, że Tusk wrócił i co dalej?

    Nie wdając się w semantyczną analizę znaczenia wyrazu „samotny” przypominam, że liderem stać się można tylko będąc przywódcą jakiej grupy, a tego rodzaju stanowisko uzyskuje się wyrastając ponad swoje środowisko. Samotnie to można na przykład iść w góry, ale odradzam. Na pozycję lidera nikt nikogo wołami nie ciągnie, samemu do niej usilnie się dąży przy wielu temu awansowi przeciwnych. Natomiast podziały w politycznej opozycji, z uwagi na znajdujące się w niej różne podmioty są tak naturalne jak codzienny wschód słońca.

    Powszechnie powtarza się fundamentalne pytanie, kiedyś – wejdą czy nie wejdą?, dziś – opozycja zjednoczy się czy nie? „Donald Tusk otwarcie mówi o tym, że najlepszym wariantem byłby wspólny start z jednej listy w wyborach KO, PSL i ruchu Hołowni” („Newsweek”, 30.08-5.09.2021). Dużo wcześniej Jacek Żakowski tłumaczył „Po co komu lewica i jaką ma przyszłość?” („GW”, 10-11.07.2021). Zastanawiał się także czy demokracja może być bez lewicy, bo w Europie to się dotychczas nie udało.

W tuskowym wariancie brak arytmetyki – z obijającym się o próg wyborczy PSL-em nie da się odsunąć PIS od władzy; po prostu brakować będzie tych 8-10 %% lewicowych głosów. 

Jak z powyższego wynika ta samotność lidera jest bardzo ograniczona, choć tu nie idzie tyle o Donalda Tuska, a o naszą wspólną obywatelską podmiotowość.

Sztuka nicnierobienia

Kiedy jedni w Rzplitej rozważają, czy na wschodnich jej rubieżach nie wprowadzić stanu wyjątkowego w obawie przed szturmującą nas hordą uchodźców, inni, bawiący parędziesiąt kilometrów od Usnarza Górnego dumają, jakby tu odpiłować katolików od koryta. Jednym i drugim nic dobrego z ich poczynań nie wyjdzie. Jednym niestety, drugim zresztą też. Ten się jednak nie myli, który nic nie robi. A wystarczyłoby tak, jak my, lewica i jej psy…

Premier nastaje na prezydenta, żeby wprowadzić stan wyjątkowy, bo jesteśmy w trakcie wojny hybrydowej z Białorusią/Rosją, choć może jeszcze tego nie wiemy. Na razie stan wyjątkowy miałby objąć jedynie sto kilkanaście miejscowości na Podlasiu i Lubelszczyźnie, ale, w miarę postępów najazdu wrażych sił inspirowanych Koranem i Putinem, mógłby być rozszerzony na obszar całego kraju. Naturalnie, najwięcej do powiedzenia w tym temacie miałby wicepremier ds. bezpieczeństwa, a że ten jak na razie czuje się bezpiecznie w swoim żoliborskim Sulejówku, niespecjalnie chce zabierać głos na tematy, które go nie zajmują. I słusznie. Po co męczyć prosty lud wizją rozszarpania narodowej tkanki przez dzikusów z Bliskiego Wschodu. Wystarczy, że inflacja przebija już magiczne 20 proc. i za 500 plus można kupić najwyżej 350. Tak czy inaczej, należy się bacznie przyglądać poczynaniom rządzących, bo przy okazji rozprawy z obrońcami praw ludzkich na białoruskiej granicy, zwykli nie obrońcy mogą być też wzięci pod nóż; stan wyjątkowy, przypomnijmy, ten sam, którego domagano się w niektórych kręgach przy okazji pierwszej fali pandemii, pozwala m.in. na cenzurę prewencyjną, zakaz prowadzenia działalności partii i organizacji społecznych czy zakaz zgromadzeń wszelakich do odwołania. Oczywiście, kiedy się taki stan wprowadza, trzeba się liczyć z pozwami za bezzasadne tegoż stanu stosowanie, do czego ludzie względem państwa-ciemiężcy mają prawo i do czego osobiście zachęcam. Sam zresztą sprawdzę, najprawdopodobniej, stanu owego działanie na samym sobie, bo w przyszłym tygodniu wybieram się na wschód w celach zawodowych, a w ustawie o stanie wyjątkowym zapisano, że na ternach objętym jego władztwem, mogą przebywać wyłącznie osoby zameldowane. Gdybym więc zamilknął w następny piątek, szukajcie mnie dobrzy ludzie, w kazamatach Chełma, Lublina albo w Zakładzie Karnym we Włodawie, sekcja „polityczni”.

W Olsztynie, w trakcie trwania Campusu zorganizowanego przez Rafała Trzaskowskiego i Platformę, S. Nitras palnął głupotę. Tzn. powiedział prawdę, ale użył do tego niewłaściwych środków. Nie dziwota więc, że cała bogobojna część jego partii zatrząsła portkami i odżegnała się od słów kolegi. Należy bowiem Państwu przypominać, że Platforma to cały czas „Nike, która się waha”. Strach przed zajęciem konkretnego stanowiska, jak, nie przymierzając D. Tuska w sprawie małżeństw jednopłciowych, jest tam wszechobecny i totalny, żeby czasem nie wyjść na takich, którzy mają skrystalizowane poglądy. Po co zrażać do siebie niedecydowanych, lepiej hamletyzować na wciąż. Na tym samym Campusie prof. Grodzki zdiagnozował, jak przystało na znanego lekarza, główną chorobę toczącą polską służbę zdrowia, którą jest, jego zdaniem, zbyt duża liczba szpitali. Należy zmniejszyć ich sumę z ponad dziewięciuset do stu kilkudziesięciu, jak to zrobiono w Danii, i zrazu choremu się polepszy. Co ważne, wg. zaleceń profesora Grodzkiego, nikt przy tym nie straci pracy. A przynajmniej prawie nikt. Na tym samym Campusie puszył się jak paw Leszek Balcerowicz, co akurat dziwić nikogo nie powinno. Zbywał niewygodne pytania, krytykował młodzież, która ośmieliła się mieć inny pogląd na ekonomię niż on; do tego stopnia gwiazdorzył, że co bardziej niecierpliwi zaczęli opuszczać salę, co z kolei nie przeszkadzało Balcerowiczowi bajdurzyć, choćby o tym, że zmiany klimatyczne i podyktowane przezeń ograniczenia dla rządów i przedsiębiorców, są częstokroć dyktowane wbrew nauce. Prócz cytowanych, głos zabierali też inni, prezydenci miast, samorządowcy, naukowcy. Jedni gadali głupio, inni nieco mniej. Na wieczór przygrywała muzyka młodzieżowa. Swoją drogą, nie wyobrażam sobie, żeby moja kapela zagrała na jakimś parateitagu za kasę, ale dopuszczam taką możliwość u innych, bo muzycy też mają poglądy. Nieliczni, ale zawsze. Po co o tym wszystkim piszę? Nie po to, żeby naigrywać się z Balcerowicza czy Nitrasa. To robią inni, za lepsze pieniądze. Piszę o tym po to, żeby unaocznić czytelnikowi tej gazety, jak mniemam, o lewicowej wrażliwości, że w czasie, kiedy główna opozycyjna formacja próbuje coś robić, coś konstruktywnego, proponuję zmianę dyskursu, otwarcie na młode środowisko, my, lewica w Polsce, zastanawiamy się, kogo następnego wyrzuci Czarzasty z partii. W czasie, kiedy Platforma odrabia straty i lekcję, którą przespała przez ostatnie lata, lewica, nadzieja młodych, jeśli wierzyć badaniu preferencji wyborczych, zajmuje się sama sobą. I to głównie zajmują się nią starzy lub średnio starzy działacze, a młody elektorat odpływa na koncerty Krzyśka Zalewskiego czy Brodki. Pomyślcie o tym, kiedy jeszcze raz przeczytacie o wpadkach tego czy owego na platformianym Campusie. Nie myśli się ten, kto nic nie robi. Niektórzy pośród nas uczynili już z nic nierobienia prawdziwą sztukę!

Okiem socjalliberała

Związki partnerskie, a konfrontacja światopoglądowa, czy Tusk podważa fundamenty państwa wyznaniowego?.

Gorąca dyskusja na temat prawnej dopuszczalności legalizacji związków partnerskich, która stanowi istotę sporu pomiędzy zwolennikami przemian światopoglądowych i ich przeciwnikami ujawniła z cała mocą stosunek konserwatywnej części społeczeństwa do obowiązującego prawa.

Charakterystyczne głównie dla polityków konserwatywnej prawicy instrumentalne podejście do norm prawnych, intelektualna manipulacja, niechęć do stosowania zasad logiki ( nie tylko prawniczej ) oraz zamiłowanie do redukcjonizmu polegającego na zawężaniu nie tylko praw i swobód obywatelskich lecz także całej przestrzeni wolności jako rzekomo zagrażającej ładowi społecznemu spotykała się dotychczas z wyraźną aprobatą znacznej części społeczeństwa. Jest to dobrze widoczne na przykładzie badań opinii publicznej dotyczących wprowadzenia rozwiązań prawnych umożliwiających zawieranie związków partnerskich. Jak wynika z badania zleconego w 2013 roku przez rozgłośnię radiową TOK FM jedynie 30% ankietowanych skłonnych było zaaprobować dopuszczalność prawnej regulacji związków partnerskich, a celowość takiej regulacji uznawało jedynie 39% badanych – przy czym nie jest wykluczone że spośród tej grupy część respondentów reprezentowała pogląd o konieczności prawnego wyłączenia możliwości zawierania takich związków. Kolejne liczne badania jak np. z czerwca 2017 roku sondaż przeprowadzony przez IPSOS na zlecenie Oko. press po raz pierwszy wykazał ponad 50% poparcie dla dopuszczalności związków partnerskich przy 38% przeciwników, a w roku 2019 odpowiednio 56% zwolenników i 38% przeciwników, co więcej wg. danych Oko. press w sondażu 41% poparcia wyrażono dla dopuszczalności zawierania małżeństw jednopłciowych. Tymczasem wg. danych z grudnia 2018 r. wynikających z badania IBRIS dla Rzeczpospolitej za związkami partnerskimi opowiadało się 36% ankietowanych natomiast przeciw było aż 54,2 %, ponowne badanie z 2019 roku wskazywało na 44% badanych akceptujących legalizacje związków partnerskich i 46 % jej przeciwników. Według CBOS regularnie badającego opinie społeczne dotyczące związków partnerskich w latach 2011-2019 poparcie większościowe dla związków partnerskich dotyczyło związków kobiet i mężczyzn, natomiast dla związków partnerskich jednopłciowych poparcie wynosiło 30% przy większości sprzeciwiającej się takim rozwiązaniom.

Przytoczone wyniki są rezultatem w równej mierze stanu świadomości społecznej jak i aktywnej propagandy homofonii przez władze, Kościół i organizacje nacjonalistyczne, co przy braku rzetelnej informacji co do aspektów prawnych regulacji dotyczącej związków partnerskich w dalszym ciągu nie stwarza warunków do jej wprowadzenia. Jeszcze za rządów Platformy Obywatelskiej jednostronna, a szeroko propagowana opinia urzędników Ministerstwa Sprawiedliwości ,na którą powoływał kiedyś minister Gowin jak i stanowisko czy opinia Prezesa Sądu Najwyższego ( stanowiąca prywatny pogląd jej autora ) nie znalazły odpowiedniej przeciwwagi w prezentowaniu opinii przeciwnych, które powinny być wówczas przygotowane i upowszechnione przed głosowaniem nad skierowaniem złożonych projektów ustaw do właściwej komisji sejmowej. W opinii na którą wciąż powołują się przeciwnicy sejmowej dyskusji nad regulacją związków partnerskich zawarte były zdumiewające tezy o jakoby wyłącznej dopuszczalności tradycyjnego małżeństwa w postanowieniach Konstytucji RP co oznaczać ma niezgodność wszelkich projektów regulujących związki partnerskie z przepisem art. 18 konstytucji ,wreszcie o niedopuszczalności tworzenia nowego stanu cywilnego tj. związku partnerskiego jako zapewne konkurencyjnego do konstytucyjnego wzorca małżeństwa. Poglądy takie są jednak merytorycznie bezpodstawne, logicznie błędne i interpretacyjnie niedopuszczalne z następujących względów:

Jak to wynika z treści przepisu art. 18 Konstytucji RP pod ochroną i opieką Rzeczpospolitej Polskiej pozostaje małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo, a więc każdy z wymienionych stanów bez utożsamienia małżeństwa z rodziną, rodziny z macierzyństwem czy rodzicielstwem. Są to zatem pojęcia, które mogą się pokrywać ale nie muszą. Rodzina nie musi opierać się na małżeństwie podobnie jak macierzyństwo czy rodzicielstwo pozostające pod ochroną zarówno w wypadku istnienia związku małżeńskiego jak i jego ustania bądź nieistnienia.( wykładnia językowo-logiczna )

Teza o rzekomej preferencji małżeństwa jest całkowicie bezpodstawna, wywiedziona prawdopodobnie z powyższego przepisu o ochronie i opiece, brak jest jednak jakichkolwiek podstaw do wskazania wobec czego preferencja taka miałaby istnieć , a sama opieka i ochrona nie oznacza preferowania instytucji objętej opieka i ochroną. Projektowane przepisy o związkach partnerskich w żaden sposób nie ingerują w zakres, sposób i środki ochrony przewidziane dla małżeństwa, rodziny i macierzyństwa, a wręcz przeciwnie daje szansę szerszej ochrony godności człowieka zgodnie z art. 30 Konstytucji RP (wykładnia funkcjonalna)

Powołany wyżej przepis art. 30 dotyczący godności człowieka, stanowiącej źródło wolności i jego praw, której poszanowanie i ochrona jest obowiązkiem władz publicznych nie może być interpretowana zawężająco albowiem sama dopuszczalność przyjęcia możliwości takiej wykładni prowadziłaby do tezy o granicach nienaruszalności i poszanowania godności. Przeciwnie – z powołanego przepisu wynika obowiązek władzy do poszanowania praw i godności tej części społeczeństwa, która domaga się wprowadzenia instytucji związku partnerskiego i uregulowania praw osób w takim związku pozostających.

Poziom dyskusji i sporów dotyczących możliwości wprowadzenia w Polsce związków partnerskich ujawnił i ujawnia stale prawdziwe oblicze konfliktu światopoglądowego i politycznego pomiędzy tradycjonalistami i zwolennikami cywilizacyjnego postępu. Prawdziwe oblicze tego konfliktu to konfrontacja pomiędzy religijną, a świecką wizją Polski i świata, to walka o panowanie nad postawami, uczuciami i myślami Polaków, to próba zduszenia w zarodku próby jakiejkolwiek instytucjonalizacji całkowicie świeckiej formy organizacji podstawowej komórki społecznej.

W tym celu przedstawianie związków partnerskich jako instytucji zagrażającej społeczeństwu spełnić ma rolę straszaka, który skuteczny będzie jedynie wówczas gdy nastawienie większości społeczeństwa wobec jakiejkolwiek odmienności będzie negatywne tak jak to się dzieje obecnie. Związki partnerskie stanowią zagrożenie jedynie dla konserwatywno-wyznaniowej świadomości, dla pozycji kościoła i dla polityków bezpiecznie rozgrywających panujące w społeczeństwie nastroje korzystając z jawnego i wszechstronnego wsparcia kościoła. Niezależnie od zajadłości polskich konserwatystów w obronie istniejącego stanu prawnego zdawać sobie oni musza sprawę, że wprowadzenie regulacji prawnej dotyczącej związków partnerskich jak i in vitro jest w państwie należącym do Unii Europejskiej nieuniknione i pozostaje kwestią czasu, chyba że Polska z takiego członkostwa zrezygnuje, ale to już temat na zupełnie inną publikację.

Zapowiedziana przez Tuska na spotkaniu z młodzieżą Campus Polska deklaracja o priorytetowym potraktowaniu kwestii związków partnerskich w wypadku dojścia do władzy i uchwalenia stosownych zmian w prawie nie spełnia już dzisiaj oczekiwań środowiska LGBT+ bo zgodnie z zasadą równości małżeńskiej ich aspiracje są większe, i słusznie zresztą oczekują legalizacji małżeństw jednopłciowych, na co w dalszym ciągu nie ma przyzwolenia społecznego. Stąd rozczarowanie i krytyka stanowiska prezentowanego przez Tuska i pewnym stopniu także Trzaskowskiego. Nie sądzę jednak by krytyka ta była w pełni zasadna. Obaj politycy są bowiem w trudnej sytuacji i to nie tylko ze względu na stopień poparcia zmian w społeczeństwie. Główny problem polega na systemie całego prawa polskiego układanego na aksjologicznych podstawach katolicyzmu, który obecnie jeszcze stał się ideologia państwa polskiego. Wprowadzenie nawet dopuszczalności zawierania jednopłciowych związków partnerskich, nie mówiąc już o małżeństwie stanowi tak istotny wyłom w stanie prawnym, że jest istotnym znakiem odejścia od religijnej podstawy całego systemu prawa rodzinnego zapowiadającym szerokie otwarcie procesu jego laicyzacji.

Campus Zaprzeszłości

Likwidujmy szpitale, bierzmy sprawy w swoje ręce (czyli zakładajmy firmy) i nie przejmujmy się nierównościami społecznymi, bo po co. To nauki z Campusu Polska Przyszłości.

Tak! W tytule wydarzenia była przyszłość, a nie czas przeszły. Ale dla Platformy Obywatelskiej, czy przynajmniej części jej czołowych działaczy czas stoi w miejscu. Dalej mamy rok 2015, albo i wcześniej. Dalej nie ma alternatywy dla cięć, sklejania państwa z kartonu, niskich zarobków i zachęcania, że jeśli chce się jednak zarabiać więcej, to można zrobić tylko jedno: założyć firmę. No, ewentualnie wyemigrować. Bo prowadzenie firmy to ‚‚utrzymywanie pracowników i ich rodzin’’, jak zauważyła jedna z mówczyń na Campusie, Aleksandra Dulkiewicz. Przytoczyła historię znanego jej biznesmena, który ma dość ‚’utrzymywania’’ pracowników razem z rodzinami i rozważa natychmiastowy wyjazd na Wyspy Brytyjskie. Nie udało się tylko ustalić, jak bardzo publiczność przejęła się losem nieszczęśnika, czy płakała rzewnymi łzami nad trudnymi warunkami, w jakich wykuwa się PKB.

A może raczej wzruszyła ramionami, zbiorowo w duchu radząc przebranżowienie? Bo podczas spotkania z Leszkiem Balcerowiczem, gdy jedna z uczestniczek ośmieliła się zapytać o nierówności społeczne, tłum przyjął owacyjnie odpowiedź-pytanie: czy naprawdę są one problemem? Zresztą – czegokolwiek Balcerowicz by nie powiedział, tłum szalałby z radości. Nieprzypadkowo młodzieżówka Nowoczesnej (tak, oni ciągle istnieją) nazwała w mediach społecznościowych to spotkanie… spotkaniem z Panem Bogiem. Inna tytulatura dla Balcerowicza najwyraźniej już się wyczerpała.

A skoro już o Panu Bogu mowa…

Najbardziej przyszłościową wypowiedź Campusu zaliczył Sławomir Nitras, który ośmielił się zasugerować, że w przyszłej Polsce katolicy zostaną opiłowani z przywilejów. Bo tak będzie trzeba, tłumaczył. Jeśli wszystko zostanie po staremu, to znowu podniosą głowę i zaczną przerabiać cały kraj na swoją modłę. Chociaż nie ma pewności, jakie to cywilizacyjne i kulturowe zmiany mieliby, korzystając ze sposobności, odwołać.

Związki partnerskie dla osób tej samej płci? Prawo do aborcji? W drugiej sprawie jasno wyraża się Lewica, Platforma kluczy i kluczyć będzie, skoro nawet w dobie masowych demonstracji kobiet w całej Polsce z trudem zdobyła się na poparcie ich żądań. A w kwestii pierwszej wypowiedziało się inne bożyszcze, czyli Donald Tusk: ludzie muszą to zrozumieć, zaakceptować. Powoli. Nie od razu. Nie weźmiesz szybko ślubu ze swoim chłopakiem, zasugerował aktywiście, który w prostej i osobistej formie zadał mu to pytanie.

Cóż – były już badania opinii publicznej, w których więcej ludzi było gotowych na związki partnerskie niż na powrót PO do władzy.

I tak może zostać jeszcze długo,

bo kolejną gwiazdą Campusu został marszałek Tomasz Grodzki, niestety nie po to, by opowiedzieć o pakcie senackim i odpowiadać na trudne pytania o konstruktywną wspópracę opozycji. Marszałek, z wykształcenia lekarz, podzielił się swoją receptą na uzdrowienie służby zdrowia. Jej prostota powala: mniej szpitali to mniej problemów! Dziś jest 947, czyli o jakieś osiemset za dużo. 130 – padła optymalna liczba.

Czy marszałek powtórzy ją, gdy zjadą do Warszawy protestujący pracownicy medyczni?

Czy wtedy jednak będzie miał mniej animuszu niż w rozmowie z proopozycyjną młodzieżą?

Żeby nie było – organizatorzy Campusu momentami zdawali się przynajmniej starać, żeby impreza nie wyglądała jak sentymentalna podróż w lata 90. Zaproponowali np. panel o zmianach klimatycznych, trafnie zauważając, że to temat, który aktywną politycznie młodzież bardzo interesuje. Zauważono również, że istnieją prawa człowieka. A A Sławomir Nitras nic nie wspomniał o tym, że w nowej lepszej Polsce lewicą zajmą się Konfederaci. Chociaż może to po prostu zbyt oczywiste.

Kto wspiera „Ruch Trzaskowskiego”?

Jeszcze w tym roku, bo pod koniec sierpnia w Olsztynie odbędzie się Campus Polska Przyszłości, na który Ruch Wspólna Polska Rafała Trzaskowskiego zaprasza tysiąc młodych ludzi. „To oferta dla tych, którzy nie chcą się zapisywać do partii” – powiedział prezydent Warszawy. Wśród partnerów wspomnianego wydarzenia znajduje się m.in. kontrowersyjna prawicowa organizacja International Republican Institute (IRI).

Jej prezydent, Dan Sulivan oraz członek zarządu Tom Cotton słyną z ksenofobicznych, nacjonalistycznych i skrajnie prawicowych poglądów.
Międzynarodowy Instytut Republikański, w skrócie IRI (ang. International Republican Institute), który zajmuje się propagowaniem prawicowej wizji świata i amerykańskiego ekspansjonizmu, od lat budzi olbrzymie kontrowersje.

Architekci puczów

– IRI specjalizuje się w próbach obalenia legalnie wybranych rządów, nieprzychylnych USA. Jak zauważa Joshua Kurlantzick z Council on Foreign Relations, wspomnianą aktywność IRI mogliśmy zaobserwować na Haiti, w Wenezueli czy Kambodży, gdzie Instytut wspierał nielegalne pucze wojskowe – skomentował Bartosz Rydliński, prezes zarządu Centrum im. Ignacego Daszyńskiego.

Prezydentem IRI jest republikański senator USA, Dan Sullivan, który zasłynął z tego, że w Senacie głosował zgodnie z linią Trumpa aż w 92 proc. głosowań. Wynik bardzo wysoki, nawet jak na zagorzałego zwolennika trumpizmu.

W ostatnich paru latach, senator z Alaski popierał nieludzką politykę Trumpa wobec uchodźców, budowanie muru na granicy z Meksykiem oraz wiele innych kontrowersyjnych i skrajnie prawicowych polityk Trumpa.
Senator jest także znanym wyznawcą teorii, że globalna zmiana klimatu jest spiskiem. Jest także otwartym przeciwnikiem aborcji oraz praw osób LGBT.

Kolejną kluczową postacią w IRI jest członek zarządu tej organizacji i znany lojalista Trumpa Tom Cotton, który reprezentuje stan Arkansas w Senacie.
Zasłynął nie tylko jako zwolennik przetrzymywania dzieci uchodźców z Ameryki Łacińskiej w klatkach, ale także jako zwolennik tortur, których administracja Busha juniora dokonywała na więźniach pojmanych na Bliskim Wschodzie.

Procedurę „waterboardingu”, uznaną przez ONZ za torturę, uznaje on bowiem jako ‚konieczny i potrzebny środek’.

Nawet w kryzysowym momencie, kiedy część Republikanów przeszła na drugą stronę, gdy Senat USA głosował ws. impeachmentu Donalda Trumpa, Sullivan i Cotton byli wierni odchodzącemu prezydentowi do końca.
Trump nigdy nie pozostawał dłużny wobec Sullivana i poparł go w prawyborach wewnątrz partii republikańskiej, a następnie w wyborach do Senatu.

Cotton i Sullivan nie są odosobnieni, jeżeli chodzi o radykalne tendencje w swojej organizacji. Znaczna część zarządu IRI jest bowiem złożona z polityków wspierających wojskowe przewroty, tortury, nieludzkie traktowanie uchodźców lub dyskryminację osób LGBT i kobiet. Są też przeciwnicy powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego i zwolennicy absolutnie niekontrolowanego dostępu do broni palnej.

Postępowy polityk i jego partnerzy

– Rafał Trzaskowski kreuje się na niezwykle postępowego polityka Platformy Obywatelskiej, ale otrzymuje wsparcie od organizacji, którą wspierają radykalnie prawicowi politycy Partii Republikańskiej, fanatyczni zwolennicy wolnego rynku, dienialisci klimatyczni i gorący orędownicy użycia siły militarnej w stosunkach międzynarodowych – podsumował Rydliński.

Campus Polska Przyszłości ma być formą rekrutacji młodych ludzi do Ruchu Wspólna Polska Rafała Trzaskowskiego. Z informacji PAP wynika, że pobyt na Campusie ma być dla uczestników darmowy.

Zapytaliśmy organizatorów Campusu, jak dokładnie wygląda ich współpraca z IRI i w jaki sposób amerykański podmiot wsparł imprezę, która ma ożywić przygasły ruch Trzaskowskiego. Organizatorzy Campus Polska Przyszłości nie udzielili nam komentarza.