Głos wolny przeciw mitologizacji – uwagi i wrażenia po lekturze

Na tę książkę czekałem trzydzieści lat. Może to zabrzmieć cokolwiek dziwnie, bo przecież potrzeba oraz sens znakomitej i niezwykle cennej syntezy autorstwa profesor Danuty Waniek spełniają się dziś m.in. właśnie dlatego, że mamy za sobą przeszło trzy dekady bardzo trudnych doświadczeń z obecnością Kościoła katolickiego w szeroko rozumianym życiu społecznym, politycznym, publicznym w ramach nowego porządku ustrojowo-ideologicznego ustanowionego po 1989 roku.

Jako publicysta od samego początku zajmowałem się problematyką „kościelną”, co prawda nie w trybie bezstronnego, „symetrycznego”, jak by się dziś określiło, opisu, lecz w trybie krytycznym, po jednej, liberalno-lewicowej stronie sporu.
I wtedy taka publikacja pod ręką byłaby nieoceniona, bo zamiast szukać wiedzy, diagnoz i ocen w rozproszonych źródłach miałoby się pod ręką rzecz o walorach – jednocześnie – naukowej syntezy i przydatnego podręcznika.
Taką publikację dziennikarze piszący o „katolickim syndromie polskim” mają już dziś do dyspozycji.
Materiał naukowy i wynikające z niego przemyślenia, zawarte w publikacji profesor Waniek sprzed lat dziesięciu w książce „Orzeł i krucyfiks. Eseje o podziałach politycznych w Polsce” zostały w nowej publikacji rozwinięte i uzupełnione o nowe. „Ołtarz bez tronu…?” rozpoczyna się prologiem, w którym autorka zarysowuje główne zagadnienia publikacji, od kwestii definiowania formuły relacji i rozdziału Kościoła od Państwa, po zarysowanie jego formuły w warunkach polskich początku lat 90-tych, początku transformacji ustrojowej. Już jednak od pierwszych akapitów prologu, czytelnik zainteresowany nie tylko „nagimi” faktami w naukowym ujęciu, ale także przemyśleniami i ocenami autorki będzie usatysfakcjonowany.
Zachowując pełnię atrybutów naukowych, Danuta Waniek nie uprawia w swojej pracy „symetryzmu”, nie stroni w swojej pracy od zdecydowanych ocen. Wędrujemy z jej narracją od kwestii związanych z zagadnieniem związków Kościoła z kwestią niepodległości Polski (przy czym sięga tu autorka nawet do pewnych tematów z XVI wieku i początków I Rzeczypospolitej), poprzez temat roli Kościoła w życiu polskim w okresie trójzaboru i jego stosunku do polskich aspiracji niepodległościowych, aż po odzyskanie niepodległości w roku 1918. Relacje między Kościołem a Państwem w okresie II Rzeczypospolitej podejmuje autorka raczej skrótowo, lakonicznie, niemal wyłącznie w kontekście konkordatu z 1925 roku.
Natomiast obszernie i gruntownie zajmuje się rolą Kościoła w dziejach Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, a następnie w trzydziestoleciu III Rzeczypospolitej, wzbogacając relację faktograficzną bardzo interesującymi, istotnymi diagnozami i ocenami.
Pozwolę sobie odnotować tu kilka z nich, pochodzących ze świetnego prologu, który jest sformułowany w sposób zapowiadający, że nie będziemy mieć do czynienia z oschłą pracą uniwersytecką, lecz także z bogatym zasobem diagnoz i ocen wartościujących, inspiracji do przemyśleń własnych.
Pierwsza z nich dotyka ogólnej „natury” Kościoła: „Kiedy państwo było słabe i niestabilne, Kościół wykorzystywał tę sytuację dla budowy swojego dominium ekonomiczno-moralnego, miał w zwyczaju zwracać się bezpośrednio do ludu (jak to miało miejsce w XVIII wieku) z pominięciem lub lekceważeniem władzy świeckiej (królewskiej). Ołtarz był wyraźnie ponad tronem. Jeśli państwo było obce i silne (zaborcze jak Rosja, lub na dodatek do bólu świeckie jak Prusy) – Kościół był potulny i ostrożny”.
Odnosząc się bezpośrednio do przełomu 1989 roku profesor Waniek formułuje dobitną i jakże trafną ocenę: „Dominowało wówczas poczucie, iż Kościół współgra z obudzonymi aspiracjami wolnościowymi Polaków, a przynajmniej – pewnej grupy.
Po wyborach z czerwca 1989 roku okazało się, że to „współgranie” trwało wyjątkowo krótko, ponieważ jednym z pierwszych aktów politycznych było otwarcie drogi ku drastycznemu ograniczeniu praw kobiet oraz zgłoszenie przez kościół hierarchiczny żądania natychmiastowego wprowadzenia religii do szkół państwowych”.
W tym prologu, będącym efektowną prefiguracją zagadnień, które znalazły się w dalszych częściach pracy, znajdujemy m.in. nawiązanie do meandrów ideowo-religijnych Adama Michnika, z jego niedawną dziwaczną deklaracją oo swoistej „rekonwersji” na „łono wartości religijnych katolickich”.
Nawiasem: jakże chwiejny w tej sferze jest ten, konsekwentny, wydawałoby się, człowiek, o którym profesor Waniek napisała, idealnie dotykając sedna rzeczy, że „Michnik w 2021 roku nadal broni Kościoła, choć fanatyczny, polityczny katolicyzm zniszczył w Polsce już wszystko, co mógł”.
Jest też nawiązanie do głośnego „supportu” Leszka Jażdżewskiego, przedstawiciela nowego, wchodzącego do polityki pokolenia, którego wystąpienie 3 maja 2019 roku na Uniwersytecie Warszawskim można uznać ekspresję stosunku do Kościoła katolickiego, jaki charakteryzuje znaczną część młodej generacji, także tej znacznie młodszej od mówcy.
Bardzo dobitna i trafna jest bardzo gorzka ze strony autorki ocena postawy państwa polskiego w stosunku do „własnego” społeczeństwa: „Odsłaniana w ostatnich latach przez dziennikarzy degradacja moralna polskiego kleru poraża swym wymiarem i bezkarnością.
W zderzeniu z wymuszanym przez Kościół ubezwłasnowolnienia Polek w sferze ich własnej rozrodczości, wpychani jesteśmy w rzeczywistość pełną obłudy, fanatyzmu i diabolicznych, przestępczych interesów. Pod naciskiem kleru państwo opuściło swoje imperium, oddając prawa kobiet pod zarząd reakcyjnych biskupów, demoralizowanych postępującym konformizmem polskiej prawicy”.
W prologu, w którym zasygnalizowany jest bardzo obszerny pakiet zagadnień rozwiniętych w kolejnych rozdziałach, jest także obszerna wzmianka o roli odgrywanej przez ponurą, podejrzanej konduity postać Tadeusza Rydzyka czy uwagi o lekceważenie zapisów Konstytucji (ujęci w preambule „niepodzielający tej wiary” zostali całkowicie zmarginalizowani w swych prawach na rzecz „wierzących w Boga”), i spojenie Kościoła z państwem w trwającym nadal okresie rządów PiS i niedawne buntownicze demonstracje młodzieży sprzed niespełna roku.
Autorka pokłada nadzieję w młodym pokoleniu, które zbuntowało się jesienią 2020 po osławionym wyroku tzw. Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej i które szybko się laicyzuje. Tę nadzieję podzielam. Mniejszą nam nadzieję na naprawę wewnętrzną Kościoła kat. w Polsce. Nowy duch i nowa praktyka Kościoła, którą wniósł wraz ze swoim pontyfikatem papież Franciszek, w polskim episkopacie raczej się nie przyjął (może są jakieś wyjątki?), a on sam traktowany jest często z trudnym do niezauważenia niechętnym dystansem.
Polscy biskupi nie zadali sobie nawet trudu, by zastosować zasadę, że „obłuda jest hołdem, jaki występek składa cnocie” i nie próbują nawet udawać za pomocą zewnętrznych zachowań, że starają się iść śladami Franciszka. Nadal zachowują się na ogól jak butni wielmoże, przemawiają wyłącznie ex cathedra, a arcybiskupowi Jędraszewskiemu wydaje się być może, że jest Hozjuszem naszych czasów.
Z tych powodów trudniej jest dziś niż kiedykolwiek zastosować aktualizująco przytoczony przez profesor Waniek cytat z Józefa Becka z 1940 roku: „Jednym z głównych czynników odpowiedzialnym za tragedię mojego kraju jest Watykan. Uświadomiłem sobie, zbyt późno, że w polityce zagranicznej realizowaliśmy własne cele Kościoła katolickiego”.
Dziś wektory wpływów są dalece odmienne i Polsce mniej szkodzi Watykan, a w większym stopniu oporny na wszelkie zmiany, skrajnie konserwatywny kościół-urząd, kościół-getto, który staje się przy tym coraz bardziej endemiczny, wsobny, lokalny, funkcjonujący jak w „bańce”.
A jest ten Kościół w tym kształcie dziełem m.in. dwóch jego emblematycznych postaci, kardynała Stefana Wyszyńskiego i Jana Pawła II. Ten pierwszy, jak zauważył wybitny człowiek świecki Kościoła, Andrzej Wielowieyski, zakonserwował go „w zakurzonym słoju parafialnej kruchty” i nie jako „kościół ludowy”, lecz jako „konserwatywną strukturę klerykalną”. Ten drugi swoją wizję Kościoła najcelniej streścił w geście obdarowania generała Wojciecha Jaruzelskiego portretem wodza kontrreformacji polskiej kardynała Stanisława Hozjusza.
Było to wówczas komentowane, jak zauważa profesor Waniek, „jako papieskie pragnienie szybkiej i całościowej rekatolizacji Polski” w kształt „katolickiego państwa narodu polskiego”.
„Na całość przedkładanej książki składa się sześć odrębnych historycznie rozdziałów podejmujących sporne problemy z dziedziny stosunków państwo-Kościół.
Autorka zwraca uwagę na trwałą mitologizację historii Kościoła w Polsce, z uwzględnieniem zgubnego wpływu Watykanu na trwanie rozbiorów w XIX wieku, a w późniejszych okresach na kształt suwerenności wewnętrznej Rzeczypospolitej”- czytamy na zakończenie prologu.
Jako czytelnik czekam już na kolejne wydanie tej znakomitej syntezy.
Uzupełniona o kilka dodatkowych tematów i zagadnień będzie jeszcze cenniejsza jako dzieło kanoniczne, które każdy, kto interesuje się czy też publicystycznie lub naukowo zajmuje rolą Kościoła katolickiego w Polsce, powinien stale mieć jej egzemplarz na podorędziu.

Danuta Waniek – „Ołtarz bez tronu…? Walka o rząd polskich dusz”, Oficyna Wydawnicza ASPRA-JR, Warszawa 2021, str. 333, ISBN 978-83-8209-128-1

Tron bez ołtarza

To rozważania o suwerenności państwa polskiego w kontekście jego stosunków z Kościołem katolickim, także o poczynaniach polityków i stanie świadomości obywateli w historycznej i współczesnej perspektywie
Książka prof. Danuty Waniek „ Ołtarz bez tronu? Walka o rząd polskich dusz” , podobnie jak wcześniejsze zainteresowania i dokonania autorki, są ważnym głosem w stale obecnej, acz odmiennie się nasilającej, debacie o relacjach tych instytucji.

Wydany przez ASPRA-JR

w tym roku w Warszawie trzystustronicowy tom zawiera sześć rozdziałów, epilog i aneks, bibliografię obejmującą ponad 400 pozycji. Wrażenie robi indeks prawie 1000 nazwisk, zwracają również uwagę bardzo liczne przypisy niejednokrotnie w poważnym stopniu rozszerzające tekst zasadniczy, przynoszące także wykraczające niejako poza temat, ale bardzo ważne, a czasem nie znane informacje i dokumenty. Do analiz Danuty Waniek dołączony został tekst Jolanty Banach o jakże dziś aktualnym problemie pedofilii w polskim Kościele.

Granice chronologiczne

tych rozważań wyznacza okres upadku I Rzeczpospolitej a zamyka nasza współczesność. Autorka rozpoczyna je od prezentacji kwestii Kościół a niepodległość Polski – stanowiska hierarchów, ale i Watykanu, w stosunku do zmieniającej się sytuacji w obliczu upadku państwa, powstań narodowych, ugodowości hierarchii wobec zaborców, również nadchodzącego odrodzenia Polski. W tej części na uwagę zasługują opis niezwykle zróżnicowanej sytuacji wierzących na ziemiach zaborczych, a w jeszcze większej skali źródła narodzin stereotypu Polak-katolik. To ostatnie, zaprezentowane w historycznej perspektywie, wielokrotnie i na różne sposoby oraz okoliczności wykorzystywane tak przez cały Kościół oraz różne polityczne opcje, posiada wyjątkową aktualność.

Konkordat z 10 lutego 1925 r,.

w nawiązaniu do obecnie obowiązującego, stanowi oczywistą część tych rozważaniach. Poza przywołaniem rządowych dokumentów, jeszcze z okresu II RP, wyrażających krytyczne opinie na temat jego przestrzegania przez stronę kościelną, znajdziemy tu prezentację aspektów prawnych i moralno-politycznych, którymi kierował się w sprawie jego dalszego obowiązywania Tymczasowy Rządu Jedności Narodowej, którego część stanowili politycy skupieni wokół byłego premiera na uchodźstwie, a wtedy wicepremiera TRJN Stanisława Mikołajczyka.

Uwarunkowania prawno-polityczne i międzynarodowe wygaśnięcia konkordatu 1925 r. zostały w III RP uznane jako „bezprawne i jednostronne zerwanie przez komunistyczny rząd”, a Konkordat z 1993 r. stanowić miał zadośćuczynienie m. in. za doznane krzywdy.

Refleksje na temat stosunków państwo-Kościół

po Październiku 1956 obejmują także uwarunkowania polityczno-społeczne zmian w sytuacji Kościoła po II wojnie światowe, rozdział Kościoła od państwa, sekularyzację i laicyzację w polityce władz Polski Ludowej, ale również próby uporządkowania stosunków z Watykanem i ich normalizację w latach 70‘. Kontynuacją tego procesu było powołanie i prace Zespołu Legislacyjnego Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu i propozycje prawnych uregulowań.

Zimna wojna o Polskę,

tak można by też nazwać kolejną część książki, w której przedstawiono wpływ okresu pontyfikatu Jana Pawła II na wydarzenia polityczne w kraju i na świecie, sięgający zresztą w różnej formie i skutkach po dzień dzisiejszy. Odnajdują się one w kwestiach suwerenności wewnętrznej III RP w stosunkach z Kościołem, obliczu współczesnej kontrreformacji, obszarach sporu, interpretacji konkordatu i konstytucji, ale także na przyspieszonej i poszerzonej laicyzacji w Polsce.

„Kościół był jednym z organizatorów Okrągłego Stołu

– pisze w ostatnich partiach swojej pracy Danuta Waniek – i wydawało się. że zarazem gwarantem zawartych tam porozumień, „zaraz po wyborach czerwcowych zaczął iść w inną stronę, to znaczy dążył do uzyskania maksimum przywilejów”. Co ciekawe, w krótkim czasie kościół hierarchiczny „zaczął się wypierać swojej, skądinąd kluczowej, roli w tych wydarzeniach”. W rezultacie tak postępowa zdobycz i wartość, jaką jest świeckość państwa demokratycznego, została przewrotnie zakwestionowana jako pokłosie komunizmu i dowód na niedostatek narodowej treści. W ślad za tym…stanął w pierwszym szeregu politycznie nieskazitelnych, a wkrótce potem nawet w pierwszym szeregu rozliczających. W tych okolicznościach uległość polityków z różnych partii politycznych wobec żądań i oczekiwań Kościoła dała w praktyce państwowej nieoczekiwany wcześniej efekt polityczny: polityczną dwuwładzę co w znacznej mierze przyczyniło się do stopniowego demontażu konstytucyjnego ustroju III Rzeczypospolitej Polskiej. Na gruncie państwowym zaowocowało to głębokimi podziałami społecznymi i otworzyło drogę prawicowemu autorytaryzmowi.”

Opracowanie powyższe,

prezentujące syntetyczny przegląd stosunków państwo polskie a Kościół katolicki na przestrzeni ponad dwóch wieków, w oczywisty i z tego złożenia wynikający sposób, pomija szereg kwestii szczegółowych. Niekiedy jednak podejmuje, jak włączanie się niższego duchowieństwa w czyn bojowy Polaków organizujących walkę o niepodległość, stanowiąc pośrednio przeciwieństwo postaw licznych hierarchów.

Wydaje się, że podobną sprzeczność zaobserwować można, godną także uwagi, pomiędzy osądem Stolicy Apostolskiej a całym polskim Kościołem w okresie II wojny światowej, w czasie której zginęło 3 tysiące księży, nie wspominając już o odważnych decyzjach innych, takich jak mój szkolny katecheta, który walczył w partyzanckim oddziale.

Podobnie wzbogaciłbym tę pracę o teksty dwóch konkordatów, gdyż powszechnie podobno znane akty prawa nie koniecznie są czytane nawet w Internecie.

Ta książka

jest nie do przecenienia z wielu względów. Właśnie w obecnej Polsce ukazała się praca całościowo, źródłowo, kompetentnie, a jednocześnie przystępnie, pomimo spełnienia naukowych wymogów prawniczo-politologicznej analizy, prezentująca wielopłaszczyznowo stosunki państwo polskie a polski Kościół katolicki w historycznej i współczesnej perspektywie.

Opracowanie stanowi ewenement nie tylko naukowy w tej sferze rozważań, ale także niesie w sobie bogactwo przemyśleń dotyczących współczesności, a przede wszystkim przyszłości. Nie można jeszcze nie dodać, że Autorka poprzez właśnie taką wypowiedź wykazała się również wyjątkową osobistą odwagą, na którą nie tak wielu dzisiaj stać, także w naukach historycznych i społecznych, w powszechnej dusznej atmosferze.

Aktualność omawianego dzieła

potwierdzają codzienne wydarzenia. „Ateiści nie nadają się do edukacji – mówił filozof, prof. Paweł Skrzydlewski, który pełni funkcję doradcy ministra edukacji i nauki Przemysława Czarnka. Zapytany o te słowa min. Czarnek odpowiada, że ten doradca »nie doradza w zakresie filozofii, w tym filozofii religii«”.

Jeszcze bardziej kuriozalna jest ostatnia wypowiedź abp Stanisława Gądeckiego, przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski dla Katolickiej Agencji Informacyjnej. „Sprawy, w jakich księża – pod pretekstem zwalczania epidemii – są oskarżani, iż nie godzą się na ograniczenie wiernym dostępu do świątyni, są sprzeczne z konkordatem, Konstytucją i nie znajdują umocowania w ustawach… państwo jednostronnie zawiesiło wszelkiego rodzaju zgromadzenia, na skutek czego Msze święte i nabożeństwa stały się po większej części niedostępne dla wiernych. Nic podobnego nie wydarzyło się w dwutysiącletniej historii Kościoła. Nie wydarzyło się też podczas wojen, bombardowań czy w czasach zarazy, często dotykającej ludność naszego kraju… polskie państwo nakładając swego rodzaju „interdykt” państwowy – nie zachowało w tym przypadku autonomii (suwerenności) Kościoła. Księża i wierni mają przecież prawo bronić się przed ingerencjami w życie religijne, a świątynie zgodnie z prawem – jako miejsca święte – winny cieszyć się autonomią.” Autor wypowiedzi przypomina, że radykalne ograniczenia swobód obywatelskich mogą być zastosowane jedynie po wprowadzeniu stanu nadzwyczajnego.

Powyższa wypowiedź wpisuje się

na liczne sposoby dodatkowym aneksem w strony omawianej książki. Do hierarchy dopiero po ponad rocznym, powszechnym wołaniu o łamaniu Konstytucji dotarł wreszcie ten fakt. I to nie w przekonaniu niszczenia praw i wolności obywatelskich w ogóle, nie mówiąc już o ustroju demokratycznym, a w kontekście konkordatu i interesów Kościoła. Rodzi się więc pytanie co zadecydowało o tak spóźnionej reakcji i dlaczego Kościół tymi słowami po raz pierwszy zganił władze państwowe, tak przecież mu na różne sposoby, decyzje i działania życzliwe. Pamiętał jednak o tym i jak zawsze posłużył się swoim ulubionym, ezopowym językiem, zapewne zapominając, że w tym kraju rządzi Prawo i Sprawiedliwość.

Pandemia przyniosła Kościołowi

także kryzys wiary, o którym mówi szeroko Arcybiskup. M. in.: „Zauważyliśmy jesienią zeszłego roku, z jaką łatwością – w okresie nauki zdalnej licealistów i studentów – można manipulować młodymi podczas tzw. marszów, a jednocześnie musimy z pokorą uznać, że mamy zadanie do wykonania: mamy trudność w wyjaśnianiu młodzieży współistnienia i „napięcia” pomiędzy demokratyczną wolnością a ewangeliczną miłością.”

Rozwiązanie tego

i szeregu innych dylematów polskiego Kościoła katolickiego stanowić niewątpliwie będzie długi i często dramatyczny proces. Aby zrozumieć jego podłoże i przyczyny warto przeczytać książkę Danuty Waniek.

Długi marsz: droga do równouprawnienia kobiet w Polsce

W 2018 roku mijało sto lat od dnia, gdy Tymczasowy Naczelnik Państwa Józef Piłsudski dekretem ustanowił powszechne prawo wyborcze bez – wtedy jeszcze bardzo częstej – dyskryminacji kobiet.

Z tej okazji Społeczny Komitet Lewicy powołany dla uczczenia stulecia niepodległości zorganizował w listopadzie 2018 roku konferencję naukową, materiały której ukazały się ostatnio w książce pod redakcją profesor Danuty Waniek – organizatorski tej konferencji i autorki niemal połowy zamieszczonych w książce tekstów.

Powstała bardzo cenna publikacja, z której można wiele się dowiedzieć o polskim ruchu na rzecz równouprawnienia kobiet i o kobietach, które w tym ruchu odegrały szczególnie wielką rolę. Nie jest przypadkiem, że większość z nich była tak czy inaczej związana z lewicą, zwłaszcza z Polską Partią Socjalistyczną. Wydobycie ich sylwetek, ukazanie kontekstu, w jakim działały i przedstawienie powolnego, ale stałego procesu emancypacji kobiet jest w pierwszym rzędzie zasługą redaktorki tomu, która w kilku przez siebie napisanych rozdziałach zawarła imponującą wiedzę historyczną o tych zagadnieniach.

Kontekst rocznicowy tłumaczy, dlaczego najobszerniejsza (a dodałbym także, najciekawsza) część pracy dotyczy okresu poprzedzającego odzyskanie przez Polskę niepodległości i pierwszych lat Drugiej Rzeczypospolitej. Okres PRL i Trzeciej RP przedstawiony jest interesująco w częściach IV i V, które jednak mają bardziej charakter zbioru przyczynków niż całościowej analizy. W szczególności zabrało mi pogłębionej socjologicznej analizy powojennego procesu feminizacji niektórych zawodów, w przeszłości będących głównie domeną mężczyzn. Dotyczy to zawodu lekarza, a zwłaszcza nauczyciela. W chwili obecnej kobiety stanowią około 80 procent armii nauczycieli – bez porównania więcej niż w latach międzywojennych. W parze jednak z feminizacją tego zawodu poszło wyraźne pogorszenie jego statusu materialnego w porównaniu z innymi zawodami inteligenckimi. Konsekwencje tego zjawiska już obecnie dają o sobie znać.

Utrzymuje się niewielki udział kobiet w elicie politycznej. Wprawdzie po 1989 roku trzykrotnie kobieta zostawała premierem rządu (co nigdy nie miało miejsca w latach międzywojennych i w PRL), ale udział w elicie politycznej nadal zostawia nasz kraj daleko za wieloma demokratycznymi państwami europejskimi. Nigdy na przykład kobieta nie uzyskała liczącego się wyniku w wyborach prezydenckich, podczas gdy w wielu innych państwach (w tym nawet w obyczajowo konserwatywnej Irlandii) kobiety od dawna zajmują to stanowisko. Czy jest to wyłącznie konsekwencją dominacji partii prawicowych? Nie sądzę. W PRL kobiety pojawiły się na szczytach systemu władzy dopiero w latach osiemdziesiątych i to na stanowiskach nie dających realnej władzy (parę z nich zasiadało w Biurze Politycznym, ale żadna w Sekretariacie Komitetu Centralnego). Po 1989 roku kilka kobiet (w tym Redaktorka omawianego tomu) zajmowało ministerialne stanowiska, ale żadna z nich nie kandydowała na stanowisko przewodniczącego największych partii lewicy: SdRP i SLD. Może więc sprawa nie sprowadza się do podziału na lewicę i prawicę?

Brakuje mi w tej książce odniesienia do okresu drugiej wojny światowej, w tym do roli odegranej wtedy przez kobiety. Wiele napisano (pisała o tym także profesor Waniek) o ich udziale w ruchu oporu. Warto zwłaszcza zwrócić uwagę na znaczenie kobiet w działaniach radykalnej lewicy. Małgorzata Fornalska i Hanka Sawicka-Szapiro odegrały wielką rolę w budowaniu podziemnych struktur PPR i ZWM i zapłaciły życiem za tę działalność. Dziś rządząca prawica usiłuje wymazać ich postacie z pamięci narodu. Zaś Wandzie Wasilewskiej Polska zawdzięcza położenie podwalin pod taką politykę, której owocem było powstanie w ZSRR polskiego wojska biorącego udział w wyzwoleniu Polski i w dobiciu nazistowskiego okupanta w jego ostatnim mateczniku – w Berlinie. Nigdy w polskiej historii kobiety nie odegrały tak znaczącej roli, jak w działaniach radykalnej lewicy w czasie ostatniej wojny.

Książki tego typu są bardzo potrzebne, gdyż wydobywają z narzucanej przez prawicę niepamięci tradycje ważne dla rozumienia polskiej historii i – pośrednio – dla budowania przyszłości. Zwłaszcza dziś, gdy o zagrożone prawa kobiet toczy się ostra walka, warto i trzeba wracać do doświadczeń historii.

Danuta Waniek, red., „Polski bieg przez historię: emancypantki, bojowniczki, obywatelki”, Warszawa-Kraków 2020, stron 409

Polska Ewa nadal w drodze do emancypacji

Ileż to było, jeszcze tak niedawno, chichów – śmichów z goździka i rajstop wręczanych paniom 8 marca – w Dniu Kobiet. Dzisiaj czerwona błyskawica Strajku Kobiet zmienia zasadniczo tamte symbole.

Nie tylko ten znak, wcześniej także czarna parasolka na masowych protestach, stawiają kolejny słup milowy, już nie tylko w dążeniu do równości i wolności kobiet, ale nas wszystkich. Pozornie to nowa sytuacja, ale gdy poznać bliżej wcześniejsze wysiłki ruchów kobiecych to okaże się, że zawsze niosły z sobą wartości daleko wykraczające poza interesy tylko tej jednej płci.

Dzień Kobiet jako święto

nie zostało wymyślone przez „komunistów”. Wywodzi się od robotniczego protestu na ulicach Nowego Jorku, a w Stanach Zjednoczonych obchodzony był po raz pierwszy już w 1909 roku. Międzynarodówka Socjalistyczna w Kopenhadze w 1910 roku ustanowiła ten dzień celem krzewieniu idei praw kobiet, w tym również wyborczych. To wyjaśnienia dla tępych łbów i jakby nie było w PRL, to tamten czas stanowił ważny etap na drodze równouprawnienia kobiet.

W polskich warunkach

ta dążność – pisze Danuta Waniek – miała specyficzny charakter. „Polki otrzymały prawa wyborcze jako jedne z pierwszych w Europie, ale wkraczanie do dziedzin tradycyjnie zajmowanych przez mężczyzn postępowo z utrudnieniami prawnymi i obyczajowymi, przede wszystkim ze strony środowisk konserwatywnych. W książce znajdują się notki biograficzne większości Polek, które wyróżniły się w działalności narodowowyzwoleńczej, w organizowaniu tajnej oświaty oraz w walce o prawa polityczne kobiet.

Zmiany ustrojowe wprowadzane po zakończeniu II wojny światowej otworzyły kobietom szeroko drzwi do awansu społecznego i zawodowego. Kobiety tę szansę wykorzystały i od kilkudziesięciu lat są grupą społeczną lepiej wykształconą od mężczyzn na poziomie średnim i wyższym. Odnoszą również sukcesy w polityce. Nic nie wskazuje na to, aby zamierzały zmienić tę drogę.”

Przywołałem słowa ze wstępu Danuty Waniek – redaktora naukowego – do niezwykle interesującej i stojącej na bardzo wysokim poziomie merytorycznym książki pt. „Polki – bieg przez historię. Emancypantki Bojowniczki Obywatelki.” Praca ukazała się w 2020 roku stanowiąc pokłosie konferencji z 2018 roku zorganizowanej przez Komitet Lewicy Stulecia Odzyskania Niepodległości. Obejmuje pięć zasadniczych części prezentujących: czasy zaborów – walkę o prawo do oświaty i dostęp kobiet do uczelni wyższych, uczestnictwo w organizacjach militarnych i działaniach bojowych przed I wojną światową oraz w czasie jej trwania, różne zorganizowane formy aktywności w II Rzeczpospolitej, uwarunkowania masowego awansu społecznego kobiet w socjalizmie i ich położenie w kapitalizmie, wreszcie rozważania na temat nowego początku czy kontynuacji.

Praca o objętości czterystu stron (22,7 arkuszy wydawniczych) stanowi zbiór tekstów dwudziestu siedmiu autorów (w tym osiem D. Waniek) i dopełniona jest ponad trzystoma pozycjami bibliograficznymi. Zamieszczone wypowiedzi, często rożne w swej formie, przynoszą czytelnikowi, wielopłaszczyznową pod względem historycznym i wielowątkową z uwagi na opis zjawisk i osób, wiedzę o aktywności kobiet i ważnych rolach jakie spełniały. Wszystko to w oparciu o źródła, także z uwzględnieniem naukowych wymogów.

Nie sposób więcej pozytywnych opinii napisać o tej wybitnej pozycji, która niewątpliwie na trwale wejdzie w annały tego rodzaju refleksji. Jeszcze lepiej by się stało gdyby także mogła zagościć w świadomości społecznej współczesnych Polek i Polaków. Najlepiej jako obowiązkowa lektura z przedmiotu „Wiedza o świecie” w szkołach średnich..

O wyzwalaniu Polek

pisała także Anna Machcewicz („Gazeta Wyborcza – Ale Historia”, 16.01.2021) przedstawiając książkę Małgorzaty Fidelis, Barbary Klich-Kluczewskiej, Piotra Perkowskiego i Katarzyny -Stańczak-Wiślicz „Kobiety w Polsce, 1945-1989: Nowoczesność -równouprawnienie – komunizm” wydanej również w ubiegłym roku.

„Ruchy feministyczne nie przyszły do nas z Zachodu, tylko wyrastały z dążeń kilku pokoleń żyjących w PRL-u kobiet.” Ta opinia autorów książki jest życzliwie przyjęta przez panią doktor – historyka, która nie rozróżnia ruchów feministycznych od wcześniejszych, trwających dziesiątki lat, aktywnych dążeń Polek do wyzwolenia.

Dalej jest jeszcze ciekawiej, gdy autorka przywołuje bądź omawia wspomnianą książkę:
• „Okazuje się, że w tuż powojennej, a nawet stalinowskiej Polsce paniom było łatwiej – przynajmniej jeśli chodzi o osiągnięcie zawodowej satysfakcji. To zdanie brzmi jak herezja…”
• „Komunizm ów skok Polek w nowoczesność nie tyle załatwił, ile ułatwił, a zaraz po 1956 r. doszło do konserwatywnej kontrrewolucji. Znikły wtedy z plakatów murarki, traktorzystki i górniczki. Wzrosło za to bezrobocie wśród kobiet i ich poczucie frustracji.”
• „Celem państwa i partii stało się utrwalenie konserwatywnej pozycji kobiety w rodzinie i gospodarstwie domowym. W latach 70. państwo dbało o pomoc w organizowaniu życia rodzinnego kosztem zawodowej pracy kobiet. Zaproponowało im (i tylko im) trzyletnie urlopy macierzyńskie i możliwość wcześniejszej rezygnacji z pracy, choć wiązało się to ze skróceniem stażu zawodowego i niskimi emeryturami. Nie dbało za to o sieć żłobków i przedszkoli.”

Podsumowując, co by ten PRL nie zrobił, to i tak wyszło źle. Okres stalinizmu miał dobre strony dla kobiet, bo mogły wykonywać bardzo ciężkie, męskie zawody, „komunizm” jak zwykle niczego nie załatwił (tylko potrafił ułatwić), przetoczyła się jakaś kontrrewolucja (o której nikt nie słyszał), a skandalicznym celem partii była dbałość o życie rodzinne. Nadto tylko zaproponował urlopy macierzyńskie zapominając o tacierzyńskich. Do tych dyrdymałów nadzwyczaj przystaje jeszcze opinia o żłobkach i przedszkolach. I pisze to pani doktor bez jakiejkolwiek refleksji na temat realiów tamtego okresu i rzeczywistych przyczyn powyższych działań, nadto w czasach nienotowanego nigdy w kraju niżu demograficznego. Takie to ahistoryczne wyzwolenie Polek.

Nawiązując do konserwatyzmu,

który hamował proces emancypacji kobiet – pisała o tym Danuta Waniek – z przykrością muszę przyznać, że poza Kościołem katolickim, niektórymi klerykalnymi instytucjami, tradycyjnymi środowiskami czy patiami politycznymi takie przekonanie i rolę spełnia aktualnie w naszym kraju licząca się rzesza mężczyzn.

Poza niejako codziennym nierównouprawnieniem, objawiającym się m. in. w zarobkach, zajmowanych kierowniczych stanowiskach i odpowiedzialności za domowe zobowiązania, w ostatnich politycznych protestach kobiet ukazały się one w szczególny sposób. I nie idzie tu jedynie o decyzję mężczyzny Jarosława Kaczyńskiego burzącą dotychczasowy aborcyjny kompromis, o biadolenie wielu publicznych, niby poważnych, postaci, na temat brzydko wyrażających się pań, którym nie tylko to w*********ć bardzo nie przystoi, podobnie jak nocne włóczęgi po ulicach miast. Nie tylko zresztą o to tu chodzi.

Najlepiej to wyraziła Kaja Puto na portalu „Krytyka Polityczna”: „kobiety wychodzą na ulicę, by domagać się pełni praw obywatelskich i politycznych oraz ostrzec, że będą się tego domagać od każdego polityka, który podniesie na te prawa rękę. Przez ostatnie 30 lat, kiedy mówiliście w kółko te same konserwatywne bzdury, polskie kobiety bardzo się zmieniły. Skończył się czas bezpłatnych praczek, kucharek, psycholożek, asystentek i sekretarek, które nigdy nie mogą liczyć na waszą wzajemność. Oczywiście, jeśli kobieta decyduje się na rezygnację z kariery i opiekę nad domem, wszystko w porządku – ale jeśli obaj partnerzy pracują, „drugi etat” w domu to dla kobiety układ niewiele różniący się od niewolnictwa. Nie jesteśmy od tego, żeby wasze codzienne życie toczyło się „harmonijne i gładko”, skarpetki się same prały, a dzieci odprowadzały do przedszkola. Nie pozwolimy na to, żebyście mówili nam, jakich słów wolno nam używać, jak powinnyśmy się zachowywać i czego żądać od polityków. Skończył się czas waszej wyłączności w debacie publicznej. Dziewczyny, które wychodzą na ulice – a dominują wśród nich te w wieku od 15 do 45 – już o to zadbają.”

Nie licząc na szybką zmianę, o kwiatku dla swojej Ewy przynajmniej 8 marca nie zapomnijcie Panowie.

PS. Pani Machcewicz pisała jeszcze o strajku kobiet („Ale Historia”, 6.02.2021), ale z roku 1971, bo łatwiej przecież użalać się nad ich losem w PRL niż nad współczesnym zniewoleniem.

Uprzejme zapytanie

Z informacji telewizyjnych dowiedziałam się, że oto SLD i rozpadająca się Wiosna utworzyły partię pod nazwą Nowa Lewica. Rozumiem, że tym samym partia pod nazwą „Sojusz Lewicy Demokratycznej” zostaje rozwiązana? Czy mam rację?

W związku z tym, w imieniu własnym (i części tej „starej lewicy”), jako członek SLD zwracam się do „Dziennika Trybuna” z prośbą o pomoc i pośrednictwo w wyjaśnieniu następujących kwestii:
W jakim trybie decyzja ta została podjęta? Czy ślad za nową świecką tradycją „poza trybem”, czyli autorytarnie? Nie dotarły bowiem do mnie informacje np. oo konsultacjach przeprowadzonych w organizacjach lokalnych SLD, choćby w warszawskiej.

Czy była to decyzja odgórna, czy inicjatywa oddolna? Jakie argumenty merytoryczne i polityczne przesądziły o podjęciu takiej decyzji? O ile wiem, nie było żadnego referendum ogólnopartyjnego w tej sprawie – chyba, że je przegapiłam. Jeśli tych czynników zabrakło, uważam, że członków partii potraktowano przedmiotowo, a to nie wróży nic dobrego na przyszłość. Z drugiej strony: dlaczego mnie to nie dziwi?

Kto ma dziś prawo do posługiwania się nazwą „Sojusz Lewicy Demokratycznej”, bo może w sztucznych okolicznościach dokonanej zmiany warto będzie ją od nowa zarejestrować?

Podejrzewam, że wąskie grono członków SLD, które podjęło decyzję o zniknięciu partii, mającej w III RP swoją demokratyczną historię i tradycję, postarało się o to, aby pod względem prawnym nie można było tej decyzji podważyć, chociaż…? Jak kto dobrze pomyśli, to wymyśli.

Dwunastu wspaniałych

Gdyby w wyborach samorządowych głosowano też na najlepsze kandydujące drużyny, to stołeczna reprezentacja komitetu wyborczego SLD – Lewica Razem wygrałaby zdecydowanie.

 

Taka silna drużyna ludzi kompetentnych, doświadczonych zawodowo i pracowitych dowodzi, że wyborcy nie są skazani jedynie na plebiscyt pomiędzy kandydatami prawicowego Prawa i Sprawiedliwości i prawicowej koalicji wokół Platformy Obywatelskiej.
Na wybór między większym prawicowym złem i prawicowym mniejszym złem.
Polscy wyborcy mają dobra, lewicową alternatywę.

 

Kandydatki lewicy do Sejmiku Województwa Mazowieckiego

Katarzyna Maria Piekarska
kandyduje z okręgu nr 1.

Głosują na nią mieszkańcy stołecznej Ochoty, Śródmieścia, Mokotowa, Wilanowa i Ursynowa.
Jest prawnikiem i radną Sejmiku Wojewódzkiego Mazowieckiego. Była posłanką, wiceministrem spraw wewnętrznych i administracji w rządzie Leszka Millera.

 


Małgorzata Sekuła-Szmajdzińska
kandyduje z okręgu nr 2.

Głosują na nią mieszkańcy stołecznego Żoliborza, Bielan, Bemowa, Woli, Włoch i Ursusa.
Jest prawnikiem. Była radną miasta Warszawy i posłanką, wielokrotnie nagradzaną przez tygodnik „Polityka” w plebiscycie na najlepszego parlamentarzystę.

 


Danuta Waniek
kandyduje z okręgu nr 3.

Głosują na nią mieszkańcy stołecznego Rembertowa, Targówka, Wawra i Wesołej.
Jest politologiem, wykładowcą akademickim. Autorką licznych publikacji na łamach „Trybuny”. Była posłanką, szefową Kancelarii Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, przewodniczącą Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

 

Kandydatki i kandydaci do Rady Warszawy

Andrzej Rozenek
kandyduje z okręgu nr 1.

Głosują na niego mieszkańcy stołecznego Śródmieścia i Ochoty.
Jest dziennikarzem i politologiem, zastępcą redaktora naczelnego tygodnika „Nie”. Był posłem i działaczem Zrzeszenia Studentów Polskich.
Andrzej Rozenek kandyduje też na prezydenta Warszawy.

 


Monika Jaruzelska
kandyduje z okręgu nr 2.

Głosują na nią mieszkańcy stołecznego Rembertowa i Pragi Południe.
Jest znana publicystką, uznaną pisarką, działaczką społeczna i wykładowcą akademickim.

 


Sebastian Wierzbicki
kandyduje z okręgu nr 3.

Głosują na niego mieszkańcy stołecznego Mokotowa.
Jest szanowanym znawcą problematyki samorządowej, wieloletnim radnym warszawskim, wiceprzewodniczącym Sojuszu Lewicy Demokratycznej i przewodniczącym SLD w Warszawie.

 


Jan Hartman
kandyduje z okręgu nr 4.

Głosują na niego mieszkańcy stołecznej Woli.
Jest profesorem nauk humanistycznych, autorem licznych publikacji naukowych w kraju i zagranica, od tego roku wykładowcą na Uniwersytecie Warszawskim.

 


Krystyna Barbara Kozłowska
kandyduje z okręgu nr 5.

Głosują na nią mieszkańcy stołecznego Żoliborza i Bielan.
Jest specjalistką w dziedzinie systemów ochrony zdrowia społecznego, była Rzeczniczką Praw Pacjenta.

 


Jan Artymowski
kandyduje z okręgu nr 6.

Głosują na niego mieszkańcy stołecznej Pragi Północ i Białołęki.
Jest sekretarzem generalnym Stronnictwa Demokratycznego wchodzącego w skład koalicji SLD – Lewica Razem.

 


Anna Maria Żukowska
kandyduje z okręgu nr 7.

Głosują na nią mieszkańcy stołecznego Targówka, Wawra i Wesołej.
Jest prawniczka, anglistką, rzeczniczką prasową SLD i wiceprzewodniczącą mazowieckiego SLD.

 


Piotr Gadzinowski
kandyduje z okręgu nr 8.

Głosują na niego mieszkańcy stołecznego Ursynowa i Wilanowa.
Był posłem trzech kadencji, nagradzanym za pracowitość przez stołeczne media. Jest publicystą, autorem popularnych książek, publikacji krajowych i zagranicznych, redaktorem naczelnym „Dziennika Trybuna”, promotorem polskiej kinematografii.

 


Andrzej Golimont
kandyduje z okręgu nr 9.

Głosują na niego mieszkańcy stołecznego Bemowa, Ursusa i Włoch.
Jest publicysta, autorem książek, popularnym radnym, z rekordowym, bo dwudziestoletnim stażem, a także prezesem Szpitala Praskiego.

 

Wielce szanowni Warszawiacy!

Zapamiętajcie te kandydatury.

Głosujcie jak Wam rozum, a nie prawicowe media, wskaże.

Kłamstwo jako oręż polityczny

Kampania samorządowa nabiera tempa, ale tylko w części dotyczy samorządności. Tradycyjnie Platforma PiS biorą się za łby nie przebierając w słowach i środkach. Na dodatek Macierewicz chce znów burzyć w Warszawie Pałac Kultury i Nauki. Można by powiedzieć: wszystko w polskiej normie. Więc o co chodzi?

 

Danuta Waniek kandyduje do Sejmiku Województwa Mazowieckiego z listy nr 5 (SLD – Lewica Razem) z okręgu nr 3.

 

Kiedy na ekranie telewizora pojawi się rozmowa posłów PO-PiS, można spokojnie wstać z fotela, pójść do kuchni i zrobić herbatę. Niczego nie stracimy, niewiele się dowiemy, ponieważ padają w tych „rozmowach” wciąż te same zarzuty, odnoszące się do dawnych (przekaz dnia: „odgrzewane kotlety”) i nowych grzechów prawicy. Szczególnie zabawnie robi się wtedy, gdy na ekranie TVN 24 pojawi się poseł Sasin: w ostatnich minutach „dyskusji” polityk PiS zakrzykuje skutecznie argumenty przeciwnika, jesteśmy wówczas świadkami totalnego chaosu. I pomyśleć, że ten karczemny sposób prowadzenia „rozmowy” jest udziałem wybrańców narodu, dorosłych przecież ludzi!

 

Niespotykany wymiar kłamstw

Nowinkę ostatnich tygodni stanowi natomiast charakter udziału w kampanii wyborczej premiera rządu RP – Mateusza Morawieckiego, który może się tym razem na swej aktywności zdrowo „przejechać” . Po pierwsze, ze względu na niespotykany (nawet w Polsce) wymiar głoszonych kłamstw; po drugie – ze względu na uruchomienie „taśm prawdy”, czyli podstępnych nagrań , w czasie których Morawiecki nie dość, że siedzi wśród polityków PO w charakterze ich zaufanego doradcy (bankstera), to na domiar złego w gronie tej „wrażej” elity ówczesny prezes WBK klnie jak szewc, chociaż na pozór wygląda, jak kulturalny intelektualista. Czyli – na tych nagraniach swymi poglądami i zachowaniem ilustruje inną tożsamość i inną osobowość.

Dziś Mateusz Morawiecki znajduje się w czołówce PiS. Głoszonymi publicznie racjami zaprzecza temu, co opowiadał w gronie polityków PO. Jego kłamstwa powoli stają się niedoścignionym symbolem polskiej polityki , miarą skutecznego robienia ludziom wody z mózgu dla celów politycznych (czytaj: dla utrzymania pozycji i władzy), co w gruncie rzeczy nie dodaje powagi pełnionemu przez niego urzędowi. Dziś Morawiecki, składając nierealne obietnice, buduje sobie wizerunek „obrońcy ciemiężonego ludu”. Czyli – zachowuje się, jak rasowy polityk PiS; jak po maśle przybrał nową tożsamość i nową osobowość. Obserwując go zastanawiam się, czy w sprzyjających dla siebie okolicznościach mógłby z równym przekonaniem służyć jeszcze innej formacji politycznej? Czy jest w stanie wyznaczyć sobie nieprzekraczalne granice politycznej obłudy?

Takich ludzi, jak on, na własny użytek nazywam politycznymi nomadami. W znaczeniu słownikowym „nomadyzm” wyjaśniany jest jako tułanie się, bezdomność, włóczęgostwo – pasuje mi, jak ulał do cywilizowania w Polsce politycznego obyczaju, według którego ambicjonerzy różnej maści, kierujący się własnym interesem, bez skrupułów przenoszą się z miejsca na miejsce. I od razu zapewniają, że w nowym gronie partyjnym czują się świetnie. Rozpracowanie ich szczegółowych motywacji stanowi wdzięczne pole do badań dla psychologów polityki, zwłaszcza, że Morawiecki jest przykładem jednym z wielu. Na lewicy zaskoczyli kiedyś swoimi decyzjami Danuta Hübner i Dariusz Rosati, nie byli zresztą wyjątkami: podobnie zachował się były premier Leszek Miller, kiedy to rozczarowany brakiem miejsca na listach wyborczych SLD postanowił przenieść się w 2005 r. na listy Samoobrony. Podobnie zachował się inny były przewodniczący SLD – Grzegorz Napieralski, wędrując w 2015 r. na senacką listę Platformy (teraz krążą plotki, że stara się o przychylność PSL). Z tego wynika, że nawet czołowi politycy partii, w tym nowych socjaldemokracji, nie wykazali zbyt wielkiego przywiązania do politycznych formacji, które często współtworzyli.

 

Prymat interesu

Niestety, w byłych krajach socjalistycznych nomadyzm polityczny stał się normą. Ileż nowych partii powstało w Polsce po 1989 r., ileż z nich trwa nadal, a ileż zniknęło. Kształtowany w kapitalizmie od nowa system partyjny anihilował dotychczasowe tradycje i nurty polityczne, motywacje ideowe traciły na znaczeniu, zaczął się liczyć – jak to w kapitalizmie – interes, a deklaracje ideowe zastępował tzw. „pragmatyzm”. W wymiarze indywidualnym celem samym w sobie stawało się urządzenie się jakoś w nowej rzeczywistości politycznej, a często co zdolniejsi działali na rynku politycznym pod hasłem „kto da więcej”. Dodałabym jeszcze – więcej i na dłużej. Z czasem ludzie przestali się tym gorszyć, a niektórzy nawet to akceptują, zwłaszcza, gdy spodziewają się „premii” w zamian za opuszczenie dotychczasowy szeregów partyjnych w postaci objęcia eksponowanego stanowiska w strukturach władzy. Tak było n.p. z posłanką PSL Angeliką Możdżanowską, która opuściła słabnący klub partyjny i wkrótce przeszła do PiS, za co spotkała ją nagroda w postaci stanowiska sekretarza stanu w Ministerstwie Rozwoju.

Niedawno z częścią Inicjatywy Polskiej przeszła do Platformy Barbara Nowacka, znana obrończyni swobód obywatelskich, a w szczególności praw kobiet. W oczach opinii publicznej kojarzona jednoznacznie z lewicą, świadczyły o tym wypowiadane przez nią poglądy i działalność. Kiedy Platforma tryumfalnie informowała opinię publiczną o swej nowej zdobyczy – zrobiło mi się niewymownie smutno…

Wiem, że nie tylko mnie. Kiedy dziennikarze pytali ją o motywacje takiej decyzji (byli zdziwieni, bo oto znana feministka poszła pod kopułę prawicy), sięgnęła przy tym po argument, po którym było mi jeszcze smutniej: stwierdziła bowiem, że nie przystała na współpracę z SLD, ponieważ nie podoba się jej… polityka historyczna tej partii. Przypuszczam, że Barbarze Nowackiej chodziło o nasze niedawne hasło „Nie ma 100-lecia, bez 45-lecia”.

 

Nie oddawać pola

Pomyślałam wówczas, że tego jednak w debacie publicznej pominąć nie wolno, stąd pozwalam sobie na kilka słów komentarza:

Nie ulega dla mnie wątpliwości, że w sporze o przeszłość i patriotyzm współczesna lewica zbyt długo oddawała pole ugrupowaniom solidarnościowym. Niestety, kwestia ta nie była również długo podejmowana przez większość lewicowych intelektualistów, którzy – być może spłoszeni poziomem prawicowej agresji – nie mieli w sobie tyle odwagi, aby na przekór wszystkiemu bronić pozytywnego dorobku PRL i nie poddawać się konserwatywnym mitom politycznym oraz narzucanym przez nie wzorcom ocen historycznych. W imię „obalania komunizmu” nowe elity eliminowały z polskiej historii wszelkie wątki, nawet te najbardziej dramatyczne, związane z tradycją lewicową (patrz: walka z caratem Ludwika Waryńskiego i wielu innych patriotów, straconych na Cytadeli, a ostatnio bezceremonialna „dekomunizacja” ulic).W błogosławionym dziele „obalania komunizmu” szła w sukurs prawicy hierarchia kościoła rzymskokatolickiego, co stało się podglebiem dla zgubnego konstruowania sojuszu tronu z ołtarzem. Zresztą, im dalej od PRL, tym więcej było w oficjalnej propagandzie tego „komunizmu”. Kilka lat temu, na łamach krakowskiego lewicowego „Zdania” Marek Zagajewski zauważył, że w Polsce „komunizm zaczął się w 1989 roku, wraz z ogłoszeniem jego upadku”, ponieważ wtedy dopiero powiedziano Polkom i Polakom, że przed wyborami z 4 czerwca żyli w ustroju „komunistycznym”. Do tej daty „ciemny lud” myślał, że to był „realny socjalizm”.

Co ciekawe, do debat na ten temat nie dopuszczano w zasadzie głosu beneficjentów Polski Ludowej, czyli upośledzonych warstw społecznych w poprzednich okresach historycznych. Mam w szczególności na myśli te grupy społeczne i środowiska, które skorzystały na przeprowadzeniu reformy rolnej, uprzemysłowieniu kraju, nowym podejściu do publicznej, świeckiej oświaty, która bez wątpienia dała nowe szanse dzieciom robotników i chłopów. I tylko badania sondażowe pokazywały, że mimo upływu lat, w III RP okres ten niezmiennie cieszył się poparciem połowy respondentów. Stąd hasłem „komunizm”, „komunista” (oczywiście używanego w charakterze obelgi) uciszano te części polskiego społeczeństwa, którym przemiany ustrojowe nie przynosiły poprawy osobistej sytuacji, a wręcz przeciwnie – rozczarowanie i biedę. Uciszano ich zarzutami, że boją się wolności, nie potrafią sobie poradzić w ustroju premiującym przedsiębiorczość, ponieważ są bierni, leniwi i roszczeniowi. Czyli są pogrobowcami PRL i nadają się tylko do umieszczenia „w rezerwacie reliktów komunistycznych”, najlepiej w otoczeniu pomników i nazw ulic z byłej epoki. Szkoda, że tak niewiele środowisk lewicowych w porę wyciągnęło z tego wnioski dla siebie.

Wygrana PiS w 2015 r. sprawiła, że choć w oficjalnej propagandzie nadal obowiązują „komuniści i złodzieje”, to hasło to zostało dziś przesterowane głównie pod adres Platformy Obywatelskiej.

 

Zmierzch zakłamania?

W klimacie ostatnich doświadczeń z praktyką polityczną PiS, skłonność do zakłamywania historii, zwłaszcza tej po październiku 56, powoli wietrzeje. Nawet niektórzy publicyści przeglądają na oczy i zmieniają ton swoich wypowiedzi na temat Polski Ludowej. Niedawno publicysta „Polityki” – Jacek Żakowski – omawiał na łamach tygodnika trzy historyczne kłamstwa, wskazując najpierw na wyidealizowaną I Rzeczpospolitą, a następnie na świetlany obraz międzywojnia. Trzecie wymienione przez niego kłamstwo historyczne dotyczyło obrazu Polski Ludowej, która w obowiązującym przekazie prawicowych elit przedstawiana jest jako kraj naznaczony jedynie latami wojny domowej i stalinowskim terrorem, który przez 40 lat dusił czynny, niepodległościowy opór. A przecież – jak stwierdził Żakowski – „z prostej uczciwości trzeba docenić to, że PRL udźwignął odbudowę nie tylko z podniesienia sporej części kraju z ruin, ale również w sensie odtworzenia straconej na wojnie elity”. W kontekście tym przyznał odważnie, że „jeśli chce się chodzić po ziemi, to trzeba pamiętać, że sukces III RP był możliwy dzięki kapitałom, stworzonym w PRL”.

Pojawia się więc pytanie: czy polityka historyczna SLD, polegająca na przywracaniu pamięci o historycznym dorobku co najmniej dwóch pokoleń Polek i Polaków, jest w naszym gronie motywowana złymi emocjami, czy dążeniem do sprawiedliwej oceny ich wkładu w rozwój narodowy i społeczny? Czy słusznie bronimy dokonań ludzi kultury i nauki polskiej, w tym polskich inżynierów, budujących autorytet polskich uczelni i czołowych instytucji naukowych..? Czy w tym kontekście n.p. Order Budowniczego Polski Ludowej jest powodem do dumy, czy wstydu…?
Elity postsolidarnościowe stworzyły po 1989r źródła nowych, często dotkliwych nierówności społecznych, chociaż nie wszyscy w tym gronie (n.p. Jacek Kuroń, Hanna Świda-Ziemba) popierali ciężką rękę Leszka Balcerowicza. Reformy tego ekonomisty były przecież świadomie wymierzone „w pracowników najemnych, przede wszystkim z wielkich państwowych zakładów pracy, ostoi „Solidarności”. Nie pamiętam, aby kiedykolwiek upomniał się o nich wcześniej n.p. Jarosław Kaczyński, chociaż wpycha się go dziś na siłę w historię robotniczej „Solidarności”. A przecież on nie z podwórka, co pogardliwie swego czasu podkreślał. Warto więc uparcie powtarzać, że niezaprzeczalnym dziełem nowych elit jest zlikwidowanie w Polsce wielkoprzemysłowej klasy robotniczej, czyli prawdziwych autorów robotniczego buntu, do których-jak trzeba – odwołują się dziś ulubiony przeze mnie solidarnościowiec Karol Guzikiewicz i jego przewodniczący Piotr Duda.

 

Kłamstwo płaszczyzną porozumienia

Dziś, elita PiS rozgrywa stworzone po 1989 r. nierówności, posługując się nierealnymi obietnicami, demagogią, kalumniami i kłamstwem. To, co w tym wszystkim może zastanawiać i zdumiewać, to akceptacja takiego postępowania przez wyborców PiS, bowiem na naszych oczach kłamstwo polityczne stało się płaszczyzną porozumienia elit PiS z wyborcami tej partii.
Kłamstwo polityczne jest stare jak historia ludzkości, nie łatwo z nim walczyć i zapobiegać. Zastanawiali się nad nim już Sokrates i Platon, a do wydarzeń nowożytnych nie będę się odwoływać, bo jest ich tak dużo, że na ich opis zabrakłoby całego wydania „Trybuny”.

W 1987 r. nad tym, czym jest kłamstwo polityczne, zastanawiał się ksiądz Józef Tischner w Stalowej Woli na spotkaniu Duszpasterstwa Ludzi Pracy. I choć odnosił swą analizę do PRL-owskiej rzeczywistości, po latach okazało się, że jego wywody nabrały charakteru uniwersalnego, że dzisiejsze okoliczności stosowania kłamstwa politycznego pasują, jak ulał do tischnerowskich analiz sprzed 30 laty. Uczony ksiądz przypomniał oczywistą prawdę, że kłamstwo polityczne „wynika z potrzeby władzy i służy interesom władzy”. I dalej wywodził: „Przy jego pomocy władza pragnie potwierdzić siebie, czyli poszerzyć swoje panowanie, umocnić się, usprawiedliwić we własnych i cudzych oczach”.

W kontekście tym jednakże poczynił ciekawe spostrzeżenie: „Władza jest nie tylko źródłem tego kłamstwa, ale i jego rozgrzeszeniem”. Rozwinął tę myśl, wskazując na zabójczy udział „poddanych w kłamstwie”. I dalej pisał: „W przypadkach kłamstwa politycznego najbardziej zastanawiające nie jest bowiem to, że ten i ów polityk je formułuje i do wierzenia podaje , ale to, że ono samo wykazuje zdumiewającą żywotność i pleni się, jak chwasty, rozsiewane równie dobrze przez władców, jak i poddanych”.

Z danych statystycznych wynika, że elektorat PiS to ludzie starsi i słabo wykształceni, najczęściej o postawach autorytarnych, łatwo ulegający spiskowej teorii dziejów i innym uproszczonym wyjaśnieniom spraw z natury rzeczy złożonych. Z tego wynikałoby, że politycy PiS znaleźli jednakże trafną drogę do emocji swych zwolenników, czyli zrozumieli „duszę tłumu”, odwołując się nie do rozsądku, lecz głównie do jego uczuć i emocji (kłania się Gustave Le Bon).

 

Kłamstwo bezkarne

Z doświadczenia wiadomo, że uporać się skutecznie z kłamstwem politycznym łatwo nie jest. W czasie kampanii zapobiegają temu sądy. Przed rokiem w gronie prawników i naukowców próbowano wypracować przepis do Kodeksu karnego penalizujący kłamstwo polityczne. Propozycja brzmiała następująco:

„Kto będąc funkcjonariuszem publicznym /../ świadomie przekazuje nieprawdziwe informacje wprowadzając opinię publiczną w błąd, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”.
Dalej proponowana regulacja odnosiła się do osób, pełniących funkcje w organach partii politycznych, stowarzyszeniach, fundacjach i innych podmiotach, prowadzących działalność polityczną. Udowodnione przestępstwo połączono z obligatoryjnych zakazem pełnienia funkcji publicznych. Dyskusja na ten temat odbyła się w redakcji tygodnika „Polityka”, ale później sprawa ucichła. A kłamstwo polityczne szaleje i zdobywa nowe przyczółki.

Ważne jest jednak pytanie, czy stosowanie przez rządzących kłamstwa w praktyce politycznej stanowi jednocześnie drogę bezpieczną dla ogólnych interesów społeczeństwa i państwa? Czy odnosi się ono również do kwestii strategicznych? Zauważmy, że w dzisiejszych uwarunkowaniach wewnętrznych i zewnętrznych politycy PiS, oszukując własnych obywateli, przekazują z rozmysłem błędne informacje otoczeniu sojuszniczemu Polski. Myślę, że kłamstwo polityczne, jeżeli jest stosowane przez długi czas (a u nas ta metoda obowiązuje już co najmniej trzy lata), stanowi bardzo niebezpieczną politykę dla interesów naszego kraju, na potwierdzenie tej tezy przykładów i obaw nie brakuje.

 

Błędy nie uczą

Można w tym miejscu przypomnieć o najbardziej tragicznym w skutkach kłamstwie politycznym dla społeczeństwa i państwa polskiego, jakim była sanacyjna propaganda przed wybuchem wojny z 1939 r. Jego skutki tkwią w nas do dziś, ponieważ świadomi jesteśmy nieodżałowanej krwawej ofiary milionów Polek i Polaków, porzuconych na łaskę wojennego losu przez ówczesne „elity”. Wspominano o tym kilka tygodni temu na łamach prasy lewicowej, przy okazji obchodów kolejnej rocznicy wybuchu II wojny światowej. Rozgłaszano wówczas hasła o sile gospodarczej i militarnej RP w rodzaju: „Nie oddamy nawet guzika”. Zapewniano również, że jesteśmy „Silni, zwarci i gotowi”. Dziś dokładnie wiemy, że klęska wrześniowa Polski wynikała nie tylko z przyczyn obiektywnych (polityka Zachodu, plany Hitlera), ale z propagandowego, mentalnego hamowania odruchów obronnych i organizacyjnych narodu w obliczu zbliżającej się agresji. Na okładce lewicowego „Przeglądu” z początku września 2018 r. widzimy zdjęcie „ludzi honoru” – Rydza Śmigłego, Ignacego Mościckiego i Józefa Becka, opatrzone niezwykle trafnym tytułem „Oszukali Polaków i… uciekli”. Dołączyłabym do nich jeszcze prymasa Augusta Hlonda, on też uciekał przez te Zaleszczyki…Wrócił dopiero po wojnie.

W związku z planami Macierewicza na marginesie oświadczam: mi się Pałac Kultury niezmiennie podoba. Kiedy wracając do Warszawy dostrzegam majaczącą z dala sylwetkę Pałacu – wiem, że dom blisko. I niejaki Macierewicz mi tego nie odbierze.

I na koniec: kandyduję do sejmiku, liczę , że ta informacja dotrze do czytelników „Trybuny” z prawobrzeżnej Warszawy, gdzie mieszkam. Gdzieniegdzie wiszę z Andrzejem Rozenkiem na bilboardach, a czasem z autobusową reklamą wyborczą jadę z Darkiem Klimaszewskim, skąd się do Państwa uśmiecham. Będę także wrzucać ulotki do skrzynek.

Proszę – przeczytajcie i jeśli uznacie, że warto – zagłosujcie.

Zróbmy razem mapę polskiej lewicy

28 dni od inauguracji Komitetu za nami. Uporządkowaliśmy sprawy organizacyjne i przygotowaliśmy się do realizacji kolejnych przedsięwzięć. Społeczny Komitet Lewicy w chwili obecnej liczy sobie prawie 500 członków, a liczba ta cały czas rośnie. Oznacza to, że chętnych do wspólnej pracy na rzecz przywracania właściwego miejsca lewicowym wartościom nie brakuje.

 

Przed nami wszystkimi stoi pierwsze wyzwanie: Pokazanie opinii publicznej, że Lewica jest obecna w Polsce i znajduje się tu ogromna liczba miejsc związanych z czynem lub myślą lewicową.
Tym samym oddajemy w Wasze ręce MAPĘ POLSKIEJ LEWICY. Musimy ją wspólnie wypełnić, a następnie pokazać opinii publicznej i zaapelować o dalszą aktywność tych, którzy jeszcze nie są związani ze Społecznym Komitetem Lewicy, ale utożsamiają się z jego celami.
Inspirując się tą myślą, chcemy gromadzić pamiątki przypominające o wkładzie bardziej lub mniej znanych ludzi lewicy, w budowę naszego Kraju. Każde miejsce, tablica, pomnik, czy dokument pokazujący zapomniane lub jeszcze nie do końca poznane dzieje i inicjatywy, ludzi lewicy przypomną lub odkryją nowe wydarzenia i postacie.
Jesteśmy przekonani, że zaangażujecie się w tworzenie Mapy Polskiej Lewicy, żeby pokazać jej siłę.

Co trzeba zrobić?
1. Sfotografować miejsce/obiekt związany z Lewicą
2. Opisać go
3. Umieścić na mapie pod adresem http://daszynski2018.pl/mapa/

Dokumenty oraz nagrania z przekazami ustnymi można przesyłać bezpośrednio do nas.

W razie pytań jesteśmy do dyspozycji pod adresem kontakt@daszynski2018.pl