Wielka dziura w polskich finansach

Zamiast wykazanych oficjalnych 85 mld zł deficytu budżetu, faktycznie wynosi on aż 162 mld zł. Rzeczywisty dług to już 197 proc. PKB.
Minister finansów Tadeusz Kościński stwierdził, że finanse publiczne są zdrowe i przewiduje deficyt budżetu na koniec roku na około 13 mld zł. Nie dodał, że to nie obejmuje setek miliardów złotych płynących ostatnio równolegle do budżetu. Gdyby je uwzględnić, wtedy teza o zdrowiu finansów publicznych byłaby zdecydowanie na wyrost.
Minister posługuje się polską definicją deficytu, tymczasem prawdziwa dziura w finansach jest dużo większa. Definicja unijna, która uwzględnia nie tylko sam budżet, ale też finanse państwowych instytucji, pokazuje, że jest dużo gorzej
Z wyliczeń Business Insider połączonych z danymi Eurostatu wynika, że zamiast oficjalnej nadwyżki budżetowej 28 mld zł, w pierwszym półroczu jest około 15 mld zł. Ubiegłoroczny deficyt był dwukrotnie wyższy, niż podaje rząd. Zadłużenie sektora publicznego doszło już według standardów unijnych do poziomu 57,5 proc. produktu krajowego brutto, co daje już niewielki margines rządowi, bo limit w unijnych kryteriach konwergencji wynosi 60 proc.
Jeśli gospodarka rozwijałaby się w takim tempie jak teraz, a wydatki budżetowe były takie, jak sobie zaplanowaliśmy, to deficyt mógłby wynieść ok. 13 mld zł. Finanse publiczne są zdrowe, wpływy ze wszystkich podatków rosną – wskazał minister Tadeusz Kościński. Sytuacja nie jest jednak tak różowa. Wpływy z podatków i owszem szybko ostatnio rosły, ale jeszcze szybciej rosły wydatki państwa. Finanse państwa to nie 35 mld zł nadwyżki po lipcu, ani nawet 13 mld zł deficytu budżetu na koniec roku. To duża dziura, w której tworzeniu biorą udział państwowe instytucje finansowe.
Kiedyś był to Krajowy Fundusz Drogowy w Banku Gospodarstwa Krajowego, teraz bezpośrednio BGK i Polski Fundusz Rozwoju uczestniczą w wyciąganiu wydatków państwa poza ramy budżetowe. Emitują obligacje, które gwarantowane są przez skarb państwa i pozyskane tak pieniądze wrzucają na rynek poprzez państwowe programy pomocowe na okoliczność covidowych lockdownów. Nie prościej byłoby, gdyby obligacje wyemitował od razu skarb państwa, po co takie kombinacje?
Otóż, cała procedura umożliwia ominięcie konstytucyjnego limitu długu w wysokości 60 proc. PKB. Konstytucja wskazuje na ustawy przy określaniu co jest tym długiem, więc przed laty gdy rządowi zaczęło brakować pieniędzy, ustawa wyłączyła państwowe instytucje finansowe typu BGK z krajowej definicji długu. Łatwiej zmienić ustawę niż konstytucję. Trochę to nas kosztuje, bo oprocentowanie obligacji BGK i PFR jest nieco wyższe od obligacji skarbowych, ale ten koszt rząd przyjął dla większej swobody w wydatkach na okoliczność wydłużania się kryzysu.
Z tego wynika wielość definicji długu, które stosuje Ministerstwo Finansów. Najważniejsze są dwie. Pierwsza to definicja Państwowego Długu Publicznego (PDP), która służy do określania konstytucyjnych progów. Dług PDP wynosił na koniec czerwca 1 152 192 mln zł – podaje MF. Ale jest inny wskaźnik, który określa całkowitą wartość zadłużenia. To zgodny z definicjami międzynarodowymi, w tym unijnymi dług general government, który określa, jakie łączne zobowiązania przyjęły na siebie finanse publiczne. Na koniec czerwca wynosił 1 401 620 mln zł – wynika z danych MF.
Na marginesie, i to nie jest pełnia prawdy, bo przecież są jeszcze zobowiązania państwa względem przyszłych i obecnych emerytów. Te uwzględnia licznik długu FOR, który dobił właśnie do kwoty 4 807 949 mln zł.
Spójrzmy, jak polski deficyt budżetowy jest wyliczany według standardów unijnych i skonfrontujmy to z deficytem oficjalnym – wskazuje Business Insider. Dane Eurostatu dochodzą do pierwszego kwartału br., policzymy więc drugi kwartał, odejmując różnicę między długiem general government a PDP. Nadwyżka budżetowa w drugim kwartale br. wyniosła oficjalnie 31,5 mld zł, ale jednocześnie dług general government przyrastał wtedy szybciej od PDP o 12,2 mld zł. Wysoki plus, który wykazał budżet, skorygujmy o 12,2 mld zł wzrostu długu, jaki wykazały państwowe instytucje, więc realnie zostaje około 19 mld zł nadwyżki za drugi kwartał.
Za wcześniejsze kwartały są dane Eurostatu, który podawał realny deficyt budżetu, włączający instytucje państwowe. W pierwszym kwartale deficyt realny wyniósł 4,2 mld zł w porównaniu z 3,4 mld zł deficytu oficjalnego. Razem za pierwsze półrocze wychodzi nie 28 mld zł, ale 15 mld zł nadwyżki finansów publicznych. A ta liczba może być jeszcze niższa, bo w pierwszym półroczu wzrost długu general government był wyższy od PDP o aż 25 mld zł. Wygląda to i tak wciąż na plus w finansach państwa, choć już niewielki. Ale ten plus następuje po gigantycznym minusie ubiegłorocznym. Statystyki za 2020 r. były bardzo złe.
Zamiast wykazanych oficjalnych 85 mld zł deficytu budżetu według definicji Ministerstwa Finansów, z danych Eurostatu wynika, że było to aż 162 mld zł na minusie. Rzeczywisty dług to 197 proc. PKB.
Policzmy teraz, jak kształtuje się dług publiczny w relacji do PKB, przyjmijmy za wartość PKB przyjmuje produkt za 12 miesięcy kończące się w czerwcu 2021 r., czyli od trzeciego kwartału 2020 r. do drugiego kwartału 2021 r. – stwierdza Business Insider. Zgodnie z wstępnym szacunkiem GUS było to 2 437 793 mln zł.
I tak, dług PDP to 47,3 proc. PKB, dług general government to 57,5 proc. PKB, a łączne zadłużenie według licznika długu to 197,2 proc. PKB. Dla porównania najbardziej zadłużone kraje świata mają obecnie dług general government na następujących poziomach: Japonia – około 266 proc. PKB, Grecja – 209,3 proc. PKB, Włochy – 160 proc. PKB.
Minister Kościński zaznaczył (w wywiadzie dla „Super Expressu”), że nie ma planów szybkiego zmniejszania wydatków państwa. Wręcz przeciwnie, uważa on, że przy wychodzeniu z recesji to nie jest dobry moment, by wstrzymać wsparcie państwa. To jest czas, w którym należy dalej wspierać gospodarkę.
Żeby jednak utrzymać wydatki i jednocześnie poziom zadłużenia poniżej 60 proc. PKB, trzeba będzie podnosić podatki. Rząd może też liczyć na odblokowanie zawieszonych w związku z praworządnością środków na odbudowę po COVID-19. Komisja Europejska wstrzymuje blisko 24 mld euro dla Polski z Funduszu Odbudowy z powodu łamania praworządności.

Chleba i aquaparku

Polska lokalna to miejsce, gdzie tak wielu zrzuca się na to, żeby tak niewielu zjechało plastikową rurą.

Mogłoby się wydawać, że budowanie za samorządową kasę aquaparków mamy już od kilku lat za sobą. Nic z tych rzeczy. Radnych z Częstochowy, Szczecina, czy Opola wielomilionowe wtopy innych, niczego nie nauczyły. Będą opowiadać, że nie stać ich dać nauczycielom podwyżki dodatku motywacyjnego o 100 czy 200 zł miesięcznie, ale będą topili dziesiątki milionów w budowę i kolejne miliony w podgrzewanie wody w parkach wodnych.
Deficyt kąpielowy
Niemal każdy aquapark wybudowany kilka lat temu za unijne i samorządowe pieniądze ssie gminną kasę. W Wągrowcu na budowę parku wodnego poszło 25 mln zł. I choć samorząd zakładał, że będzie do interesu dokładał, to skala deficytu przerosła jego możliwości. Z planowanych 600 tys. zł zrobiły się 2 miliony. Aquapark w Suwałkach za 40 mln zł, dostaje od miasta co roku ponad milion złotych. W niewielkich Chojnicach, równie niewielki, park wodny wymaga wsparcia na poziomie niemal 100 tys zł rocznie. To prawie nic przy stracie aquaparku w Polkowicach wynoszącej rocznie – 4,5-5 mln zł.
W olsztyńskiej „Aquasferze” mają, o 20 proc. większe od zakładanego, zatrzęsienie kąpiących się, ale samorząd i tak co roku dopłaca do działalności ponad 1 mln zł. Chełmski Park Wodny wymaga comiesięcznego zasilania go 80 tys zł.
O Lidzbarku Warmińskim, który miał korzystać z geotermii, która okazała się na tyle zimna, że na podgrzewanie wody miasto wydaje prawie milion rocznie, napisali już wszyscy. Ale o Redzikowie liczącym 500 mieszkańców, który strzelił sobie samorządowy aquapark za 28 milionów, prawie nikt. Ale gdy otworzą zadaszone kąpielisko z rurami w nieodległym Słupsku i nie będzie w Redzikowie kto się miał moczyć – to park wodny trafi na czołówki.
Basen w Rudzie Śląskiej zmusił miasto do zaciągnięcia pożyczki w wysokości 119 mln zł. I choć błędnie oszacowano, że kąpiących się powinno być rocznie o 100 tys więcej niż jest; i mimo tego, że zamiast 3 godzin, ludzie spędzają w aquaparku 2 godziny, to utrzymanie obiektu nawet by się bilansowało. Ale budżet samorządu i tak musi dokładać po kilka milionów – w ramach odsetek i spłaty kredytu.
Wszystkie te dane dotyczą czasu sprzed pandemii. Teraz strat inwestowania w moczenie się, można się tylko domyślać. I mnożyć to co powyżej, razy cztery.
Mokra dotacja
Prawdziwy boom aquaparkowy mieliśmy w ramach unijnej siedmiolatki kończącej się w roku 2014. Bruksela finansowała innowacyjne projekty basenowe nader chętnie. A do innowacyjności starczyła przybasenowa plastikowa zjeżdżalnia oraz sauna i jacuzzi. Jak w projekcie występowały te elementy, to samorząd mógł na basen dostać z Unii, nawet 80 proc. pieniędzy. A ponieważ wszyscy wokół krzyczeli, że ani jedno euro nie może się zmarnować, to samorządowcy z najmniejszych miejscowości powpadali na pomysł, że każdej gminie należy się aquapark. Suweren brał to w ciemno, wierząc, że basen z rurą zapewni miejscowości przynależność do zachodniej cywilizacji. Nic zatem dziwnego, że z puli środków na unijną politykę spójności, na parki wodne poszło w poprzedniej perspektywie finansowej setki milionów euro.
Na wodno-parkową głupotę narodu polskiego szybko zwrócili uwagę unijni urzędnicy. Ale słowo się rzekło, więc środki poszły. Jedyne co Bruksela mogła zrobić, to zastrzec w kolejnym budżecie, że jeśli ktoś chciałby dotację na aquapark, to po pierwsze ma mieć mocny biznesplan, a po drugie finansowanie prywatno-publiczne. A poza tym dotacja i tak nie będzie wyższa, niż 20 proc. inwestycji.
Skąd pomysł z prywatnym kapitałem? Stąd otóż, że unijni urzędnicy zorientowali się dzięki internetowi, że w wielkich polskich miastach jest mnóstwo prywatnych parków wodnych. Wybudowanych bez udziału unijnych dotacji i nie wymagających dotowania pieniędzmi niekąpiących się w nich podatników. Aquaparki te, otóż, radziły sobie całkiem dobrze. Ba, ceny przez nie proponowane były na tym samym poziomie, co w nierentownych parkach wodnych podległych samorządom.
Choć i one padały. Jak najstarszy w Polsce – otwarty w 1993 r. – Aquapark w Lesznie. Na początku 2018 roku został przez swoich prywatnych właścicieli zamknięty. Ludziom odechciało się masowo moczyć, a ceny energii szły w górę. Na pomoc ruszył leszczyński magistrat. Chciał dotować aquapark 200 tys zł rocznie i zwolnić go z podatku w wysokości 100 tys zł. Prywaciarze wyciągnęli kalkulator i wyszło im, że mimo to, musieliby rocznie dokładać do interesu prawie milion zł. No i Leszno aquaparku nie ma.
Ocieplanie lustra
Biznes z wodnymi rozrywkami przy polskich, chorych cenach energii, może się powieść tylko, gdy otwiera się go w naprawdę dużym mieście, albo takim, w którym niemal cały rok roi się od turystów. Dlatego na dużym plusie są aquaparki we Wrocławiu, Poznaniu, czy Łodzi. A nawet te w okolicach Zakopanego.
Choć te ostatnie z jeszcze innego powodu. Tamtejszą wodę podgrzewają bowiem ciepłe źródła spod ziemi. I dlatego koszty prowadzenia interesu są w miarę sensowne. Z dokładnie tego samego powodu na minusie nie jest również park wodny w Tychach.
Nie, żeby miał gejzery. Zamiast nich, Tychy mają oczyszczalnię ścieków. Taką, w której produkuje się biogaz. Ten zaś rurami wędruje do parku wodnego. W nim jest spalany i służy do podgrzewania wody i produkcji prądu. Dzięki temu Wodny Park Tychy jest samowystarczalny energetycznie, a nawet na sprzedaży nadwyżek prądu i ciepła zarabia. I się tym bardzo chwali.
Nie wiadomo jednak czym. Bo sprzedają ledwie 15 proc. wyprodukowanego przez siebie ciepła i prądu. 85 proc mocy biogazu idzie tylko i wyłącznie na potrzeby aquaparku. Aquaparku, który kosztował 112 mln zł i nie ma siły, by kiedykolwiek ta inwestycja się zwróciła. Szczególnie, gdy dodamy do tego miliony wpakowane w urządzenia produkujące biogaz. Abstrahując już od tego, że zamiast podgrzewać i oświetlać basen, ekologicznie można by tym metanem ogrzać i doelektrycznić tysiące tyskich mieszkań.
Jednak jak widać, zapewnienie rozrywki nielicznym wyborcom za pieniądze wszystkich, jest dla lokalnych włodarzy najważniejsze. Dlatego tak w Tychach jak i w dziesiątkach innych miejscowościach z samorządowymi aquaparkami, jak pacierz powtarzają bzdury, że „tego typu obiekty nie utrzymają się bez wsparcia finansowego gminy, bo przypominają domy kultury czy biblioteki”. Bzdury, bo niech któryś mądrala pokaże bibliotekę czy dom kultury postawiony i utrzymywany przez prywaciarza. A skoro nie pokażą – a aquaparki i owszem – to może zamiast tracić publiczne miliony, lepiej pozostawić sprawę budowy i utrzymania basenów z bajerami biznesowi prywatnemu.
Jaki problem znaleźć inwestora. I nawet dać mu wieczystą dzierżawę gruntu na symboliczną złotówkę. Można go też zwolnić z podatków lokalnych i gdyby to nie wystarczyło wykupić w prywatnym aquaparku basen dla jakiejś pobliskiej szkoły, czy szkół. Wszystkie te wypłacane prywatnemu parkowi wodnemu pieniądze wraz z ulgami i tak byłyby dla samorządów mniejsze, niż odsetki od liczonego w setkach milionów złotych kredytu. O dotacjach na utrzymanie obiektu, nie wspominając.
Niestety dla samorządów, gdy właścicielem aquaparku będzie firma prywatna, to gmina nie powoła kolejnej miejskiej spółki. Takiej do wybudowania i zarządzania parkiem wodnym. Takiej, w której prezes i wiceprezesi zaproponowani przez prezydenta, wójta, czy burmistrza, będą zarabiali po kilkanaście tysięcy złotych. Takich, które będą miały rady nadzorcze, których też winni zasiadać krewni i znajomi królika. Biorąc za to po parę tysięcy zł miesięcznie.
Skok na główkę
I pewnie dlatego w Częstochowie, ukończono trzykondygnacyjny budynek, w którym „powierzchnia lustra wody zespołu basenów ma liczyć blisko 900 m kw. Do tego zjeżdżalnie, dwie rurowe i jedna otwarta, a także część przeznaczona tylko dla dzieci. Z atrakcji będzie można liczyć także na tzw. dzikie i leniwe rzeki oraz basen ze sztuczną falą. Będą też ławeczki i leżanki z hydromasażem. Powstanie saunarium, a w nim sauny suche, parowe, miejsca do schładzania oraz tężnia solankowa.” Idą na to 52 mln zł. I to z własnych funduszy miasta.
Z kolei w Szczecinie kończy się budowa aquaparku na Gontynce. Inwestorem jest miejska spółka Fabryka Wody, która załatwiła z bankiem kredyt na 350 mln zł. Bo tyle aquapark ma kosztować.
Opole też buduje park wodny. Na początek wydało jednak tylko 5 mln zł. Tyle kosztowało „przygotowanie dokumentacji inwestycji.”
Ale prezydent Opola Arkadiusz Wiśniewski, biegał po mediach i opowiadał, że „tego typu obiekt to także inwestycja w zdrowie mieszkańców we wszystkich kategoriach wiekowych – od dzieci po seniorów. Mam świadomość, że to obiekt, do którego trzeba będzie dokładać, ale do oświaty czy komunikacji miejskiej też dokładamy?”
O tym, że z wymienionych przez Wiśniewskiego usług publicznych korzystają wszyscy Częstochowianie, zaś z saun i zjeżdżalni najwyżej, co dziesiąty – pan prezydent jakoś nie wspomniał.

Za Bidena jest trochę biedniej

Gospodarka Stanów Zjednoczonych w tym roku rozwija się szybko, ale średnie dochody mieszkańców USA znacznie częściej spadają, niż rosną.
Co nowego u statystyków w USA? Otóż, Biuro Analiz Ekonomicznych (Bureau of Economic Analysis) podało, że produkt krajowy brutto w przemyśle w pierwszym kwartale 2021 r. (trzecie oszacowanie) wzrósł o 6,4 proc. w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku. W tymże kwartale istotny wpływ na ten wzrost miały płatności z tytułu pomocy rządowej przekazane przedsiębiorstwom i gospodarstwom domowym z tytułu ustawy o przeciwdziałaniu koronawirusowi i pomocy uzupełniającej, oraz ustawy o amerykańskim planie ratunkowym. Natomiast w IV kwartale 2020 r. wzrost PKB wynosił 4,3 proc.
BEA informuje także, że wzrost PKB w USA według poszczególnych stanów jest bardzo zróżnicowany: od 2,9 proc. w Dystrykcie Columbia (tam gdzie mieści się stolica Waszyngton) do aż 10,9 proc. w stanie Newada, czy 9,2 proc. w stanie Utah.
Jak wskazuje BEA, zróżnicowany jest także poziom PKB na mieszkańca w poszczególnych stanach, choć zdawać by się mogło, że po ponad 200 latach od zjednoczenia stanów ten poziom mógłby być, jak przystało na gospodarkę rynkową, bardziej wyrównany. Tymczasem mierząc to zróżnicowanie według odchylenia standardowego i współczynnika zmienności jest ono dość wysokie bo w 2018 r. wyniosło 20,3 proc. – i było w dodatku wyższe niż 10 lat wcześniej gdy wyniosło 18 proc. Zróżnicowanie to było też dużo wyższe niż na przykład w „starej” Unii Europejskiej (liczącej 15 państw).
BEA informuje również o spadku w samym maju dochodów osobistych do dyspozycji w stosunku do kwietnia: w cenach bieżących o 2,3 proc., a w cenach stałych o 2,8 proc. Znacznie wyższe spadki były także w lutym i kwietniu, przy wzrostach w styczniu i marcu.
Indeks cen w maju w stosunku do maja ubiegłego roku wyniósł 3,9 proc, a po wyłączeniu cen żywności i energii, 3,4 proc. Tempo wzrostu cen od początku tego roku systematycznie się zwiększało – od 1,4 proc. w styczniu 2021 do 3,9 proc. w maju.
BEA oraz Biuro Spisów (US Census Bureau) podają także, iż w maju bieżącego roku eksport towarów i usług wyniósł 206 mld USD (co oznacza wzrost o 0,6 proc.), a import – 277,3 mld USD (wzrost o 1,3 proc.). Deficyt wyniósł zatem w maju tego roku 71,2 mld USD (wzrost o 3,1 proc.). Wskaźniki te oznaczają wzrost w maju w stosunku do kwietnia bieżącego roku.
Licząc od początku roku, eksport USA wzrósł o 101,6 mld USD (o 11,4 proc. w stosunku do okresu styczeń – maj ubiegłego roku) natomiast import o 212,5 mld USD (o 18,7 proc.). Deficyt zwiększył się o 110,9 mld USD, czyli o 45,8 proc.
BEA zwraca uwagę, że w ubiegłym roku nowe bezpośrednie inwestycje zagraniczne w USA wyniosły 120,7 mld USD i były mniejsze niż w 2019 r. o 45,4 proc. W okresie 2014 – 2019 średniorocznie wynosiły zaś 314,4 mld USD.
W 2020 r. wydatki na przejęcia firm wynosiły 116,3 mld USD, czyli zdecydowanie przeważały nad pozostałymi wydatkami na zakładanie nowych firm lub rozwój istniejących. W sektorze produkcyjnym największe inwestycje dotyczyły branży chemicznej oraz miały miejsce w komputerach i produktach elektronicznych, a także w telekomunikacji.
Największymi inwestorami w USA były Niemcy, Kanada i Szwajcaria. Inwestorzy europejscy wnieśli dwie trzecie nowych inwestycji bezpośrednich w USA. Najwięcej inwestycji zlokalizowano w Teksasie, Kalifornii i New Jersey. Zatrudnienie w nowo nabytych, założonych i rozbudowanych firmach zagranicznych w Stanach Zjednoczonych wynosiło 197,5 tys. pracowników.
Z kolei Biuro Statystyki Pracy (Bureau of Labor Statistics) informuje, że wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych dla wszystkich konsumentów miejskich wzrósł (rok do roku) o 5,4 proc. od czerwca 2020 roku do czerwca 2021 r., co stanowi największy dwunastomiesięczny wzrost licząc od sierpnia 2008 r. Od lutego 2020 r. ceny żywności wzrosły o 5,4 proc., podczas gdy ceny energii wzrosły aż o 8,9 proc. W tym samym okresie ceny wszystkich artykułów bez żywności i energii zwiększyły się o 4,2 proc.
Ceny nowych pojazdów wzrosły o 5,3 proc., podczas gdy ceny używanych samochodów osobowych i ciężarowych wzrosły aż o 43,3 proc. Z kolei ceny wynajmu samochodów i ciężarówek wzrosły o 70,8 proc.
Biuro Statystyki Pracy podaje ponadto, że realne średnie zarobki godzinowe, biorąc pod uwagę wzrost cen konsumpcyjnych, zmniejszyły się w ciągu ostatnich 12 miesięcy (czerwiec bieżącego roku do czerwca 2020 r.) o 1,7 proc. Dotyczy to zarobków w prywatnych firmach pozarolniczych.
Natomiast Biuro Spisów (US Census Bureau) obliczyło, że sprzedaż detaliczna w czerwcu bieżącego roku wzrosła w cenach bieżących o 18 proc. w porównaniu z analogicznym miesiącem ubiegłego roku i o 0,6 proc. w porównaniu z majem tego roku. Sprzedaż hurtowa w maju 2021 w porównaniu z majem ubiegłego roku zwiększyła się zaś o 36,8 proc, a w porównaniu z kwietniem tego roku, o 0,8 proc.

Gospodarka 48 godzin

„Odbudowa” zdrowia
Premier Mateusz Morawiecki zapowiedział zniesienie od najbliższego czwartku limitów w dostępie do lekarzy specjalistów. Ma to być jeden z pięciu punktów zapowiadanego przez ministra zdrowia Adama Niedzielskiego tzw. planu odbudowy zdrowia Polaków. Oczywiście od zniesienia limitów nie zwiększy się liczba lekarzy specjalistów. Będzie ich tak samo mało jak dotychczas, i tak samo trudno będzie się do nich dostać – tyle, że już bez limitów. Tak właśnie prominenci PiS będą „odbudowywać” zdrowie Polaków. W temacie odbudowywania polskiego zdrowia przez Prawo i Sprawiedliwość warto jeszcze dodać, że za czasów rządów tego ugrupowania drastycznie rośnie umieralność mieszkańców naszego kraju. W ubiegłym roku zmarło 477,3 tys. osób, co oznacza, że liczba zgonów w stosunku do 2019 r. wzrosła o prawie 68 tys. Współczynnik zgonów na 100 tys. ludności przekroczył 1240, co jest najwyższą wartością od 1951 r. w trudnym czasie powojennym. Pod panowaniem PiS szybko wymieramy. W okresie 12 miesięcy, licząc od kwietnia 2020 do kwietnia 2021, w Polsce zmarło 529 tys. osób, zaś urodziło się tylko 348 tys. Tzw. deficyt demograficzny wynosi zatem już 181 tys. W czasie funkcjonowania Programu 500 plus następuje także systematyczny spadek liczby urodzeń. W kwietniu bieżącego roku urodziło się 27,5 tys. dzieci, podczas gdy rok temu 28,8 tys.

Kolejowe podróże
Jak zbadał państwowy przewoźnik PKP Intercity, 59 proc. Polaków jest otwartych na spontaniczne wyjazdy, rezerwowane z co najwyżej kilkudniowym wyprzedzeniem. Deklarują oni, że lubią podróżować w ten sposób. Na takie podejście do kolejowych podróży wpłynął ponoć zwłaszcza ostatni, pandemiczny rok. Najwięcej miłośników spontanicznych wyjazdów jest co zrozumiałe, wśród najmłodszych respondentów (do 24 lat). Głównymi powodami tych spontanicznych podróży są zazwyczaj – co za niespodzianka! – chęć odpoczynku (42 proc.) i wolny czas do zagospodarowania (30 proc.). Ponadto 52 proc. Polaków deklaruje, że chętnie wyjeżdża do innych miast na krótki odpoczynek, tzw. city break. Jednocześnie 57 proc. uważa, że city breaki będą coraz popularniejsze w kolejnych latach i jedynie 7 proc. jest odmiennego zdania. Najczęściej (65 proc. wskazań) tak uważają naturalnie osoby młodsze, w wieku 25-34 lata. Z badania wynika też, że 52 proc. respondentów wybrałoby wyjazd pociągiem w mniej popularnym terminie, np. w środku tygodnia (wtorek – czwartek), jeśli cena biletu byłaby znacząco niższa. Jedynie co szósty badany nie uznaje niższych cen za wystarczającą zachętę do podróży. W PKP Intercity można znaleźć w promocji bilety, których cena, jak zapewnia ten przewoźnik, na najpopularniejszych trasach zaczyna się od 49 zł. Dodajmy, że chodzi raczej o te najkrótsze trasy. W ramach obowiązującego już wakacyjnego rozkładu jazdy każdego dnia na tory wyjeżdża średnio 426 pociągów, podczas gdy w ubiegłorocznym okresie letnim na tory wyjeżdżało średnio 410 składów dziennie. Poziom tegoroczny to powrót do ostatnich wakacji przed pandemią – latem 2019 roku PKP Intercity uruchamiał każdego dnia średnio 425 pociągów. Od rozpoczęcia pandemii w marcu 2020 roku PKP Intercity wykonał 456 tys. dezynfekcji swoich pociągów.

„Polski Ład” sprzyja deficytowi mieszkań

Pomysły „zjednoczonej prawicy” nie poprawią znacząco sytuacji mieszkaniowej Polaków, ponieważ barierą jest nie popyt na mieszkania, lecz ich podaż. Przeciwnie, deficyt będzie nadal znaczący.
Prawo i Sprawiedliwość, Porozumienie i Solidarna Polska, ogłaszając „Polski Ład”, przedstawiły w nim szereg propozycji dla rynku mieszkaniowego. Najbardziej istotne z nich to państwowe gwarancje wkładu własnego do kredytu mieszkaniowego oraz dopłaty dla rodzin wielodzietnych i korzystających z budownictwa społecznego. Pamiętając, iż „Polski Ład” jest programem stricte propagandowym, nie można jednak nie zauważyć, że są to propozycje, w ramach których podatnicy będą dopłacać do zakupu mieszkań na własność, co w przeszłości na świecie prowadziło do wzrostu cen mieszkań, a w skrajnych przypadkach baniek cenowych i kryzysów. Zmierza to też, wbrew celowi dotychczas niby podzielanemu przez rząd, do zahamowania rozwoju rynku najmu, który jest tańszy i wspiera mobilność społeczną.
Zaproponowane programy nie zwiększą istotnie dostępności mieszkań, ponieważ barierą w Polsce jest nie popyt na mieszkania, lecz ich podaż. W ostatniej dekadzie coraz więcej firm budowlanych zgłaszało braki wykwalifikowanych pracowników, ceny materiałów oraz niejasne, niespójne i niestabilne przepisy prawne jako bariery działalności – zauważa Forum Obywatelskiego Rozwoju.
Wzrost barier regulacyjnych widać również we wzroście długości oczekiwania na decyzje o warunkach zabudowy i pozwoleniu na budowę w latach 2015–2019. Natomiast niedostateczny popyt był zgłaszany od czasu bańki na rynku nieruchomości coraz rzadziej i jako jedna z ostatnich barier. O skali barier podażowych przekonał się rząd PiS, kiedy fiaskiem skończyła się jego zapowiadana budowa 100 tys. tanich mieszkań na wynajem.
Postulaty budowy domów o powierzchni zabudowy do 70 m2 bez zbędnych formalności i cyfryzacji procesu inwestycyjno-budowlanego są słuszne, nie rozwiążą problemów rynków mieszkaniowych w największych metropoliach, gdzie ceny rosną najszybciej – wskazuje FOR. Rząd powinien zatem wykorzystać cyfryzację do zbierania i corocznej publikacji danych o barierach budowlanych we wszystkich gminach w Polsce. Pozwoliłoby to lepiej ocenić skalę i koszty barier regulacyjnych, a tym samym umożliwiło ich reformowanie w oparciu o dowody.
Zabawne jest, że rząd tzw. zjednoczonej prawicy za swój cel, nakreślony w „Polskim Ładzie” uważa zmniejszenie deficytu mieszkań, których dziś brakuje dla ok. 1,7 mln osób. W 2030 r., w wyniku wykonaniu „Polskiego Ładu” ma ich brakować tylko dla 500 tys. osób.
Rzecz w tym, że Główny Urząd Statystyczny, oceniając tempo wzrostu zasobu mieszkaniowego w Polsce, przewiduje, że w 2030 r., bez żadnego „Polskiego Ładu”, mieszkań będzie brakować dla 430 tys. osób. Tak więc, „Polski Ład” sprawi, że mieszkań zabraknie dla 70 tys osób więcej. Prawicy trzeba pogratulować skuteczności!

Gospodarka 48 godzin

Lepiej niż oczekiwano
Spadek naszego produktu krajowego brutto w ubiegłym roku o 2,8 proc. jest słabszy, niż zakładany przez rząd w projekcie budżetu na 2021 r. spadek o 4,5 proc. Tym niemniej, jest to w dalszym ciągu najgorszy wynik w całym okresie polskiej transformacji. Ponadto, w pierwszym kwartale ubiegłego roku mieliśmy wzrost gospodarczy wynoszący 2 proc. rok do roku, a więc spadek PKB w ostatnich trzech kwartałach wynosił w relacji rocznej 4,4 proc. Recesja byłaby głębsza, gdyby nie podtrzymanie zatrudnienia i płac, a w konsekwencji i spożycia. Kosztem był wzrost długu publicznego – zauważa prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista Business Centre Club. Na tle Unii Europejskiej nasza recesja jest umiarkowana z dwóch powodów: dużej nadwyżki eksportowej (szczególnie w handlu z Niemcami), która podtrzymała i nadal podtrzymuje wysoką aktywność dużej części przemysłu, oraz niewielkiego – w porównaniu z Europą południową i Francją – znaczenia w Polsce sektora turystyki. Duże środki z UE podtrzymały też inwestycje infrastrukturalne. Tym niemniej, pomimo dużego wzrostu budownictwa mieszkaniowego, inwestycje w kapitał trwały spadły w Polsce ogółem w ubiegłym roku o 8,7 proc. w porównaniu z 2019 r., czyli do poziomu 17,1 proc. PKB. Warto zauważyć, że pandemia bynajmniej nie wywołała światowej recesji, ponieważ nadal silny wzrost gospodarczy wciąż trwał m.in. w Chinach, Tajwanie, Wietnamie czy Korei Południowej. W przypadku UE, w tym Polski, oraz USA można oczekiwać odbicia od drugiej połowy bieżącego roku, po wprowadzeniu masowego programu szczepień w jego pierwszej połowie – przewiduje prof. St. Gomułka. W skali całego 2021 roku oczekuje on powrotu polskiego PKB do poziomu z 2019 r.

Deficyt w ryzach
W grudniu ubiegłego roku deficyt budżetowy w Polsce wyniósł 71 miliardów złotych. To najwyższy deficyt miesięczny w ciągu całej polskiej transformacji. Na ten wynik miała jednak w dużej mierze wpływ księgowość, gdyż Polska, jeśli wierzyć słowom premiera Mateusza Morawieckiego, osiągnęła w 2020 r. deficyt budżetowy o 25 mld zł mniejszy od tego, jaki założono w budżecie. Oznacza to, że wyniósł on około 84 mld zł, bo w ustawie zapisano 109 mld zł.

Będziemy bardziej mobilni
Rząd znowelizował prawo oświatowe, wprowadzając rozszerzone mechanizmy kontroli i nadzoru nad karierami zawodowymi Polaków. „Wprowadzony zostanie system monitorowania karier edukacyjno-zawodowych absolwentów szkół ponadpodstawowych” – stwierdziła Rada Ministrów. Dzięki temu, wedle obietnic rządu, system kształcenia miałby lepiej odpowiadać na potrzeby rynku pracy oraz umożliwiać absolwentom tzw. mobilność edukacyjną i zawodową. Nie bardzo wiadomo, w jaki sposób śledzenie zawodowych karier Polaków miałoby zaowocować lepszą odpowiedzią systemu kształcenia na potrzeby rynku pracy. Wiadomo jednak, że umożliwienie, a nawet zgoła wymuszenie mobilności obywateli (niekoniecznie edukacyjnej i zawodowej) ma duże znaczenie dla rządu PiS. Pilotażowo, rząd zaczął już wdrażać program mobilności. Na razie objęto nim prokuratorów, a trwają też przymiarki do spowodowania mobilności sędziów.

Inflacyjny skok na finanse Polaków

W czasie rządów Prawa i Sprawiedliwości inflacja wzrosła. Z jednej strony program socjalny daje, a z drugiej strony inflacja zabiera.

Bardzo ważnym wskaźnikiem, wpływającym na poziom życia jest inflacja. W listopadzie ubiegłego roku w Polsce inflacja była najwyższa w Europie (3,7 proc.). W kolejności za nami były Węgry i Czechy (2,8 proc.), Rumunia (1,7 proc.) oraz Słowacja (1,6 proc.). Najniższą inflację miała Grecja (- 2,1 proc.) i Estonia (- 1,2 proc.), a średnia inflacja dla strefy euro wynosiła minus 0,3 proc. Kraje z inflacją do ok. 4,5 proc. to: Holandia, Niemcy, Malta, Bułgaria, Słowenia, Rumunia, Austria. Dane te zostały podane na podstawie wyliczeń Eurostatu za listopad 2020.
W pierwszych dniach stycznia 2021 r czekała nas jednak niespodzianka. Inflacja za grudzień według wstępnych danych podanych przez Główny Urząd Statystyczny wynosi w Polsce tylko 2,3 proc. w porównaniu do grudnia ubiegłego roku. Pewnym wytłumaczeniem tej sytuacji jest wysoka baza porównawcza – czyli grudzień 2019 r, kiedy bardzo znaczący był wzrost cen artykułów spożywczych (6,9 proc.).
Tym niemniej prognoza inflacyjna Eurostatu dla Polski na 2021 r (2 proc.) i założenia budżetu państwa (1,8 proc.) są nierealne i mają raczej charakter życzeniowy. Obecnie ma miejsce zarówno luka popytowa, jak też podażowa. Oddziaływanie tej drugiej jest zdecydowanie silniejsze ze względu na ograniczenia w podaży usług (gastronomia, hotelarstwo, branża fitness). Należy liczyć się z tym, że kiedy gospodarka „ruszy”, nastąpi wzrost cen w tych branżach. Obecnie nawet mieszkania (wprawdzie dotyczy to niewielkiej części populacji) „trzymają” swoją cenę. Ponadto planowany wzrost cen energii (ok. 10 proc.) i wywozu śmieci (ok. 50 proc.) będzie przekładać się znacząco na wzrost czynszów.
Spośród ogółu zjawisk inflacyjnych warto skomentować jak w ciągu lat kształtuje się indeks cen towarów i usług konsumpcyjnych (CPI = Consumer Price Index) – ponieważ ten wskaźnik najbardziej bezpośrednio wpływa na poziom życia ludności. W Polsce wskaźnik ten rośnie systematycznie od 2000 r., osiągając w 2019 r. 150 proc. jego wielkości w 2000 r.
W ostatnim dziesięcioleciu najniższa inflacja w Polsce miała miejsce w latach: 2003 (0,80 proc.), 2013 (0,90 proc.), a od lipca 2014 r. do października 2016 r. inflacja była poniżej 0,00 proc. Od tego momentu systematycznie rośnie osiągając w listopadzie 2020 r. poziom 3,7 proc. .
Nie od rzeczy będzie przypomnienie, że od lat cel inflacyjny Narodowego Banku Polskiego to 2,5 proc.. W tym kontekście założenia przyjęte w budżecie państwa (inflacja 1,8 proc.) to jakiś „lapsus”. Można też zadać pytanie, dlaczego cel inflacyjny NBP to aż 2,5 proc.?. To już z założenia jest drenowaniem społeczeństwa.
Przy tej okazji należy zwrócić uwagę, że właśnie w czasie ostatnich lat rządów Prawa i Sprawiedliwości inflacja wzrosła. Z jednej strony program socjalny daje, a z drugiej strony inflacja zabiera.
W tym też kontekście należy zwrócić uwagę na zjawiska jakie miały miejsce w końcowych miesiącach 2020 r. w obszarze finansów ludności. Z kont bankowych wycofano 20 proc. gotówki, która zasiliła sferę popytu. Jest to konsekwencja drastycznego obniżenia stóp procentowych. W tym kontekście są więc ekonomiści, którzy zwiastują w 2021 r. inflację w Polsce na poziomie 6 – 7 proc.
W związku z pandemią zmieniło się dotychczasowe restrykcyjne podejście do wielkości długu publicznego. Traktat z Maastricht przewiduje relację długu do produktu krajowego brutto na poziomie 60 proc. Ograniczenie takie jest również zawarte w naszej Konstytucji. W związku z pandemią koronawirusa Komisja Europejska uruchomiła tzw. „ogólną klauzulę wyjścia”, przewidzianą w Pakcie Stabilności i Wzrostu.
Klauzula ta umożliwia państwom członkowskim przekroczenie ustalonej w Traktacie relacji. To elastyczne podejście ma ułatwić reakcję państw na kryzys wywołany pandemią – umożliwia zasilanie finansowe przez państwo tych firm, które w związku z pandemią mają zawieszoną, bądź ograniczoną działalność.
Polska uruchomiła rządowy program walki z pandemią poprzez utworzenie w Banku Gospodarstwa Krajowego Funduszu Przeciwdziałania Covid–19 – oraz Tarczy Finansowej funkcjonującej w Polskim Funduszu Rozwoju. Fundusz i Tarcza zostały zaliczone do sektora instytucji rządowych i samorządowych, a nie do sektora finansów publicznych.
Rozmiary długu wynikają z zaciąganych pożyczek na finansowanie pomocy udzielanej potrzebującym firmom. Jednym ze skutków rozwijającej się pandemii jest bezrobocie. W tym względzie Polska na tle krajów europejskich prezentuje się doskonale – jest na drugim miejscu (ok. 3,0 proc.) po Czechach (ok. 2,5 proc.). Niewątpliwie jest to zasługa wsparcia finansowego dla firm, żeby nie musiały zwalniać pracowników. Najwyższe bezrobocie mają: Litwa (ok. 9,5 proc.) i Hiszpania (ok. 15,5 proc.). Średnia dla UE w listopadzie ubiegłego roku to ok. 7 proc., a dla strefy euro ok. 7,5 proc.,według danych Eurostatu.
Zgodnie z rządową „Strategią zarządzania długiem publicznym” dług sektora instytucji rządowych i samorządowych w relacji do PKB wynosi w 2020 r. 61,9 proc., a na 2021 r. prognozuje się 64,1 proc. Prognozy zakładały też, że deficyt budżetu państwa w 2020 r wyniesie około 100 miliardów złotych.
Przyjęty przez Sejm budżet państwa przewiduje deficyt w 2021 r. w wysokości 82,3 mld zł, co stanowi według metodologii UE około 6 proc. PKB.
Pojawiają się zarzuty, że rząd w celach wizerunkowych zaniża deficyt budżetu państwa przenosząc wydatki związane z koronawirusowym wsparciem do funduszów celowych. Konfederacja Lewiatan sporządziła na tę okoliczność raport., w którym stwierdza, że wartość wsparcia dla firm przekroczy 200 mld zł, które powinno powiększyć deficyt budżetu państwa w 2020 r. (Artykuł na ten temat p.t. „Europa nam ucieka” ukazał się w Trybunie z 16–18.10.2020 r.). Opozycja w różnych wypowiedziach swoich przedstawicieli krytykuje to wizerunkowe rozwiązanie, twierdząc, że deficyt budżetu państwa w 2020 r. wynosił 300 mld zł.
Dużą pomocą w wychodzeniu naszej gospodarki na prostą będą fundusze Unii Europejskiej. Na szczęście nie doszło do zawetowania budżetu UE przez Polskę i Węgry. Po tym kilkutygodniowym spektaklu, którym żyła opinia publiczna w Polsce i w Europie pozostał tylko niesmak.
Polska jest jednym z największych beneficjentów pomocy finansowej, którą UE zorganizowała, aby pomóc państwom członkowskim w podźwignięciu ich gospodarek po regresie spowodowanym pandemią. W ramach tej pomocy dla Polski przewidziane jest wsparcie w postaci: 123 mld euro dotacji z budżetu UE w latach 2021 – 2027 plus 27 mld euro dotacji z Funduszu Odbudowy. Poza tym Polska może starać się o 32 mld euro tanich pożyczek z Funduszu Odbudowy.

MFW bada stan naszej gospodarki

Dotychczas realizacja programów wsparcia przebiegała generalnie szybko i solidnie, co powinno pomóc w ograniczeniu długoterminowych szkód dla gospodarki. W Polsce konieczne jest jednak podwyższenie wieku emerytalnego.
Misja Międzynarodowego Funduszu Walutowego przeprowadziła w Polsce wirtualną wizytę w dniach 2-19 listopada br. Efektem jej prac było oświadczenie na temat stanu polskiej gospodarki oraz działań rządu.
Oświadczenie stwierdza, że aktywność gospodarcza w Polsce spadnie w bieżącym kwartale, co oznacza, że produkcja może spaść o 3,4 proc. w całym 2020 r.
Kluczowym wyzwaniem stojącym przed polskimi decydentami jest kontrolowanie pandemii i zapobieganie trwałym szkodom dla gospodarki. Aby stawić czoła trwającej drugiej fali, Polska powinna wykorzystać istniejące możliwości w celu zapewnienia dodatkowego wsparcia dotkniętym kryzysem firmom i gospodarstwom domowym oraz zwiększać wydatki na ochronę zdrowia w nadchodzącym roku.
Kiedy pandemia zostanie opanowana, a ożywienie gospodarcze utrwali się, polska polityka będzie musiała być w coraz większym stopniu ukierunkowana na zwiększenie podaży siły roboczej i sprzyjanie alokacji zasobów potrzebnych do powrotu do silnego wzrostu sprzed pandemii.
Oczekuje się, że spowolnienie działalności spowodowane wzrostem liczby infekcji wirusowych i związanymi z nimi ograniczeniami sanitarnymi ustąpi w 2021 r. W rezultacie wzrost gospodarczy Polski prognozowany jest na 2,7 proc. w przyszłym roku.
Misja MFW zauważa jednak, że istnieje możliwość nastąpienia kolejnych fal epidemii wirusów, co stanowi wyraźne ryzyko pogorszenia sytuacji. Wczesna dostępność szczepionki na Covid mogłaby jednak spowodować szybsze odbicie w 2021 r.
Ogólnie rzecz biorąc, Polska jest dobrze przygotowana do ożywienia, a sektor przedsiębiorstw wszedł w pandemię ze stosunkowo dobrymi bilansami i korzystał z wsparcia ze strony polityki fiskalnej i pieniężnej podczas pierwszej fali pandemii.
Jak zauważają przedstawiciele Międzynarodowego Funduszu Walutowego, kluczowe działania zachęciły firmy do utrzymania zatrudnienia poprzez dopłaty do wynagrodzeń, zapewniono wsparcie dochodów dla osób samozatrudnionych i bezrobotnych. Ponadto, firmom zaoferowano gwarancje kredytowe, umorzone mikropożyczki i pożyczki na utrzymanie płynności finansowej. Realizacja programów wsparcia przebiegała zasadniczo szybko i solidnie, co powinno pomóc w ograniczeniu długoterminowych szkód dla gospodarki.
W związku z tym misja MFW prognozuje, że polski wzrost gospodarczy w latach 2023 – 25 wyniesie średnio około 3,25 proc. Rezerwy zewnętrzne są wystarczające, aby zapewnić ochronę przed zewnętrznymi wstrząsami i zaburzonymi warunkami rynkowymi. Istnieją też szanse dalszego wsparcia fiskalnego, którego może wymagać rozwój pandemii.
Misja MFW zwraca uwagę, że zmniejszenie wskaźników długu publicznego w ostatnich latach umożliwiło rządowi energiczną reakcję na kryzys. Ponadto rząd zgromadził duże rezerwy gotówki i ma korzystny dostęp do rynków kapitałowych. W ramach konstytucyjnego limitu zadłużenia Polski pozostaje miejsce, a poziom zadłużenia jest stabilny i stworzono miejsce na dodatkowe wsparcie fiskalne w 2021 r. W związku z tym programy rządowe mogą i powinny być przedłużane w miarę potrzeb w nadchodzącym roku, nadal priorytetowo traktując zachowanie zatrudnienia, dochodów i rentowności przedsiębiorstw.
Możliwy też jest jednak niekorzystny scenariusz dłuższego kryzysu w Polsce. Trwająca druga fala stanowi bowiem poważne wyzwanie, a środki pomocowe są mile widziane. Wiele firm zachowuje jeszcze bufor płynności z początkowej rundy wsparcia (tarcza finansowa z funduszu rozwoju). Bufor ten jest pomocny podczas drugiej fali pandemii. Jednak niektóre firmy stają w obliczu trudnego wyzwania w drugiej fali. Zatem rozszerzenie dodatkowego wsparcia na firmy i pracowników podczas drugiej fali pandemii byłoby właściwe.
Podejście oparte na pomaganiu wybranym sektorom może sprzyjać efektywnemu wykorzystaniu zasobów. Jednak grozi to pominięciem niektórych przedsiębiorstw nie powiązanych z dotkniętymi sektorami i dlatego powinno być uzupełnione wsparciem dla wszystkich firm doświadczających trudności.
Przewiduje się, że nawet po rozważeniu zastosowania znaczących środków fiskalnych dług publiczny pozostanie stabilny w średnim okresie – wskazuje misja MFW. Według jej prognoz, wydatki związane z kryzysem zwiększą deficyt budżetowy sektora instytucji rządowych i samorządowych do 8,9 proc. produktu krajowego brutto Polski w 2020 r. Dług brutto sektora instytucji rządowych i samorządowych wzrośnie natomiast do 59 proc. PKB i ustabilizuje się na tym poziomie w następnych latach. W miarę ożywienia gospodarczego deficyt powinien być stopniowo zmniejszany, aby uzupełnić bufory fiskalne, przy czym jego wielkość i tempo ograniczania muszą zależeć od siły ożywienia.
Zdaniem misji MFW, w Polsce konieczna jest poprawa polityki wydatkowej, w tym podwyższenie wieku emerytalnego i lepsze ukierunkowanie świadczeń socjalnych, wraz z dalszym wzmocnieniem strumienia dochodów budżetu państwa.

Czy PiS przegra przyśpieszone wybory?

Rząd stosuje kreatywną księgowość pokazując sytuację jako nienajgorszą. Oficjalnie „tylko” 109 miliardów złotych deficytu na ten rok.
Dla każdego myślącego człowieka szastanie pieniędzmi przez obecnie rządzących musi budzić niepokój, bo niby skąd budżet państwa może czerpać nieograniczone zasoby finansowe?. Połowa dorosłej ludności Polski łyka jednak propagandę sprawujących władzę bez żadnych wątpliwości i obaw – to wynik mistrzostwa Jarosława Kaczyńskiego i jego podkomendnych w ogłupianiu prostych ludzi, z główną narracją: jakim jesteśmy wspaniałym narodem, a ciemnota, zacofanie, lenistwo czy mierny dorobek to tylko opinie wrogów.
Inną dźwignią popularności rządzących jest rozdawnictwo państwowych pieniędzy (czyli naszych) dla określonych grup społecznych. Na pewno dodatkowe dochody poprawiają ich sytuację finansową. We współczesnych czasach większość państw prowadzi politykę socjalną dla najbardziej potrzebujących. W krajach europejskich działalność pomocowa jest dobrze rozwinięta. Jednak rzucając dodatkowe środki, dający powinni się zastanowić jaki jest cel i skutki takich akcji. W Polsce powinny dzwonić nam w uszach słowa z Pana Tadeusza: „Wiesz także, że część gruntów od zamku dziedzica zabrała i Soplicom dała Targowica”.
Nie dziwi, że w tamtych czasach przedstawiciele elit pchali się tłumnie do Targowicy – przecież dawano im, jak w cytowanym przypadku, zabierając patriotom. W dawnych czasach opowiadano, jakoby organizatorzy Targowicy za zdradę kraju otrzymali od Katarzyny II beczki masła zamiast obiecanych beczek złota. Była to legenda potępiająca rozpowszechnione w tamtych czasach, zjawisko kupowania ludzi, stanowisk, postaw, również głosów. Według zdroworozsądkowo myślących ludzi, obecne rozdawnictwo PiS ma za główny cel kupowanie wyborców, aby rządząca ekipa utrzymywała się przy władzy – i aby podobnie jak przed rozbiorami, rządzący i kler cieszyli się nieograniczoną władzą bez odpowiedzialności za własne czyny.
Niestety jak historia pokazuje, następne pokolenia płacą za błędy przodków, za błędy rządzących w końcu XVI wieku i później, zapłaciły pokolenia końca XVIII wieku – i skretyniały naród nie obronił istnienia państwa, dodatkowo zyskując opinię narodu który zniszczył własne państwo. Jak pisał urzędnik pruski „pośród wszystkich narodów w Europie, tylko wśród Polaków niewiedza i barbarzyństwo są daleko posunięte”. Zapomniano, że kiedyś był to wielki naród i kraj.
Zła opinia ciążyła Polsce podczas odzyskiwania niepodległości. W uzyskiwaniu poparcia alianckich mocarstw co do kształtu granic często padał argument: Polacy w przeszłości udowodnili że nie potrafią się rządzić. Za dzisiejsze rządy też zapłacą następne pokolenia.
Jeszcze nie wiadomo jak daleko postąpi, planowane przez rządzącą formacje, skretynienie narodu. Czy będzie jak przed rozbiorami, że kilka osób w kraju rozumiało co się dzieje, a reszta żyła w marzeniach i przekonaniu o szczególnej opiece opatrzności?. Może nie będzie tak źle – i już dzisiejsi wyborcy Prawa i Sprawiedliwości usłyszą od swoich wnuków czy prawnuków, że kiedyś działali na szkodę kraju i narodu.
Szkody mentalnościowe pojawiają się później i powoli, straty gospodarcze znacznie szybciej. Rządzący uwierzyli w cuda. Przytrafił się koronawirus, jest na kogo zganiać całą winę za trudną sytuację finansową państwa. Rząd stosuje kreatywną księgowość pokazując sytuację jako nienajgorszą. Oficjalne 109 miliardów złotych deficytu na ten rok, Komisja Europejska po wymieceniu poupychanych długów, wylicza na 270 mld zł – a to już tragiczna sytuacja.
Przyszły rok zapowiada się nie lepiej. Dojdą nowe długi, można wprawdzie liczyć na wielką dotację z Unii Europejskiej ale chyba nawet ta dotacja nie uratuje sytuacji – tym bardziej że grozi jej odebranie.
Ścisłą ekipę rządzącą – tych kilku facetów – można posądzać o wiele złego, ale nie o głupotę. Zapewne są to najcwańsi ludzie i przewidują ewentualne wyjście awaryjne. Widać już przygotowania do takiego scenariusza. Kaczyński spacyfikował Ziobrę aby uchwalić tzw. ustawę nieodpowiedzialność plus, dla ochrony przed prokuraturą pod innym kierownictwem. Kolejnym krokiem jest zabezpieczenie w tegorocznym budżecie – co stanowi kuriozum – przyszłorocznych wypłat trzynastej i czternastej emerytury. To chyba w obawie przed szybkim rozsypaniem się przyszłorocznego budżetu.
Chodzi o utrwalenie w głowach prostych ludzi obrazu PiS-u jako tych dobrych, co dają potrzebującym – a że generuje to kłopoty finansowe państwa, to już abstrakcja. To inni, ci co sprowadzą wydatki do możliwości budżetu, będą źli.
Dla naszego społeczeństwa przyszły rok może być ciężki. Jeżeli w ciągu ostatnich dwóch miesięcy pojawiają się informacji o procedurze upadłości czterech hut w Częstochowie, Chorzowie, Szopienicach i Ostrowcu Świętokrzyskim – a takich przedsiębiorstw jest w Polsce kilkanaście – to oznacza to spore załamanie produkcji. Można też się dowiedzieć się o upadłości lub złej kondycji wielu innych przedsiębiorstw. Wpływ na to mają nominacje swoich, miernych lecz wiernych (lub cwaniaków, takich udających).
Może więc Kaczyński zarządzi przedterminowe wyborach i PiS odda władzę w przyszłym roku, aby inni przynajmniej częściowo naprawili ich błędy? Pozwoli to obciążyć przejmujących władzę za kłopoty finansowe i wszystko co złe.
Nieutulony w żalu ludek wybierze ich ponownie za cztery lata – i PiS będzie mógł dalej budować Polskę, jako pośmiewisko Europy, na wzór Polski przedrozbiorowej.

Europa nam ucieka

Polskie władze powinny dokonać świadomego wyboru: czy chcą zapożyczać kraj na wystawną konsumpcję i balansować na granicy bezpieczeństwa w okresach dekoniunktury, czy też roztropnie zarządzać posiadanymi środkami.
Kiedy w marcu 2020 r. Europa stanęła przed widmem kolejnej recesji, zarówno państwa członkowskie, jak i instytucje Unii Europejskiej przystąpiły do działania. Pierwsze krajowe programy pomocowe pojawiły się w ciągu kilkunastu dni i koncentrowały się na utrzymaniu płynności firm oraz zatrudnienia. Były to programy w miarę hojne pod względem wydatków i równocześnie minimalizujące obciążenia administracyjne. Środki krajowe są tu uzupełniane przez strumienie europejskie: przede wszystkim Next Generation EU, ale także fundusze strukturalne z kończącej się i nadchodzącej perspektywy finansowej Unii Europejskiej.
Ta hojność jest na kredyt. Kraje Europy i Unia Europejska zadłużają się w imię szybszego wyjścia z recesji. O ile jeszcze rok temu panował konsensus co do konieczności systematycznej redukcji zadłużenia, dzisiaj rosnący dług przestał być tematem tabu. Zadłużamy się zbyt łatwo, więc proces ten wymaga szczególnej uwagi i transparentności – wskazuje Konfederacja Lewiatan w swym raporcie „Impuls dla Polski”. I zauważa, że w związku z szybko przyrastającym długiem nasz kraj nie może sobie pozwolić na utratę wiarygodności finansowej. Ale z drugiej strony, należy uznać, że dla średniej gospodarki otwartej, takiej jak Polska, nie było możliwości przyjęcia innej strategii niż podążanie za ogólnym trendem.
Tak więc, Europa się zadłuża, a my wraz z nią. Dzięki temu nie tylko ratujemy się przed recesją, ale też niwelujemy potencjalne zagrożenia: kolejnej fali emigracji zarobkowej do krajów radzących sobie lepiej oraz przejęć osłabionych firm przez lepiej wsparte firmy z zagranicy – wskazuje Lewiatan.
W nawiązaniu do tej opinii trzeba jednak dodać, że recesję i tak przecież już mamy, więc nie zapobiegły jej żadne polskie działania pomocowe. Kolejna fala emigracji zarobkowej nam nie grozi, bo atrakcyjne dla Polaków granice są zamknięte, a w krajach zachodnich rośnie bezrobocie i o pracę coraz trudniej. Wreszcie, przejęcie osłabionych polskich firm przez lepiej wsparte firmy z zachodu jest mało prawdopodobne, bo czas ogólnoeuropejskiego kryzysu nie jest dobrą porą na takie działania, a poza tym firmy z zachodu dotychczas już przejęły większość polskich firm, którymi były zainteresowane.
Nie zmienia to oczywiście faktu, że Polska powinna pilnować tego, żeby Europa nam jeszcze dalej nie uciekła, a zwłaszcza żeby nie uciekła nam strefa euro. Zasilanie fiskalne polskiej gospodarki osiągnęło poziom ok. 9,5 proc. naszego produktu krajowego brutto – nieco niższy od Niemiec ale relatywnie wysoki na tle pozostałych krajów UE, co jest uzupełnione także przez gwarancje Narodowego Banku Polskiego – ocenia Lewiatan.
Teoretycznie, jeśli traktować wiążąco wszystkie deklaracje PIS-owskiej ekipy, to wartość koronawirusowego wsparcia przekroczy 200 mld zł. Obejmuje one m.in.: tarczę finansową (100 mld zł), tarcze antykryzysowe (ok. 75 mld zł), bon turystyczny (4 mld zł), zasiłek solidarnościowy (2,5 mld zł) oraz Fundusz Inwestycji Samorządowych (6 mld zł). W przyszłym roku do pakietu dołączy jeszcze tzw. estoński CIT (5 mld zł).
Wiadomo oczywiście, że w rzeczywistości tych pieniędzy będzie znacznie mniej, ale i tak w 2020 r. polska gospodarka może się spodziewać względnie dużego zastrzyku środków. Nie da się wykluczyć, że te 9,5 proc. PKB to dopiero pierwszy etap stymulacji.
Jeśli sytuacja epidemiczna nie ulegnie znaczącej poprawie lub nastroje konsumentów się pogorszą, to nie pozostawiamy sobie dużej przestrzeni do dalszych „impulsów” finansowych. A w skrajnym przypadku może się okazać, że 2021 r. skończymy z dużym długiem, niepełną zdolnością do generowania dochodów i niedostateczną stymulacją fiskalną. W tym wariancie wyjście z recesji będzie jeszcze trudniejsze i bardziej bolesne dla społeczeństwa – uważa Lewiatan.
W swym raporcie zwraca też uwagę, że w Polsce dość powszechna stała się praktyka przenoszenia wydatków do funduszy celowych, których ujemne salda nie powiększają deficytu i długu. Zdaniem Lewiatana, nie oznacza to, że nasze zobowiązania stają się mniejsze, a jedynie, że ich nie widać. Oczywiście można argumentować, że w wielu europejskich krajach takie ograniczenia zobowiązań właściwie nie występują, bo limity zadłużania są opisane inaczej – nie jako poziom długu względem PKB. Nie zmienia to jednak faktu, że zobowiązaliśmy się traktować progi ostrożnościowe 55 proc. i 60 proc. PKB jako bezpieczniki. Swobodne traktowanie metod pomiaru deficytu i długu to nic innego jak wyjmowanie tych bezpieczników, a władza, która to robi, podważa do siebie zaufanie.
Kreatywność w księgowaniu wydatków publicznych nie przechodzi niezauważona także przez pożyczkodawców zagranicznych. Rosnąca dysproporcja między krajową i europejską metodologią szacowania deficytu będzie sygnalizować zagranicznym wierzycielom, że polskie obligacje czy bony skarbowe są jeszcze bardziej ryzykowne, niż wynikałoby to z oficjalnych deklaracji. W tym kontekście, jak dodaje Lewiatan, nie bez znaczenia pozostaje systematycznie niższa wiarygodność Polski jako kredytobiorcy w porównaniu do krajów strefy euro. Zaburzenie zaufania inwestorów zagranicznych przez niejasne operacje finansów publicznych doprowadzą do wzrostu kosztów obsługi długu lub ograniczą naszą zdolność do zadłużania.
Działania na rzecz zwiększenia transparentności sektora finansów publicznych (w szczególności uszczelniania stabilizującej reguły wydatkowej) są zatem niezbędnym krokiem w stronę przywrócenia porządku w obliczaniu dochodów i wydatków państwa. Umożliwi to dokonywanie świadomych wyborów: czy chcemy się zapożyczać na wystawną konsumpcję i balansować na granicy bezpieczeństwa w okresach dekoniunktury, czy też roztropnie zarządzać posiadanymi środkami i przez to być postrzeganymi jako dobrze rokujący, solidni pożyczkobiorcy.