Czy PiS przegra przyśpieszone wybory?

Rząd stosuje kreatywną księgowość pokazując sytuację jako nienajgorszą. Oficjalnie „tylko” 109 miliardów złotych deficytu na ten rok.
Dla każdego myślącego człowieka szastanie pieniędzmi przez obecnie rządzących musi budzić niepokój, bo niby skąd budżet państwa może czerpać nieograniczone zasoby finansowe?. Połowa dorosłej ludności Polski łyka jednak propagandę sprawujących władzę bez żadnych wątpliwości i obaw – to wynik mistrzostwa Jarosława Kaczyńskiego i jego podkomendnych w ogłupianiu prostych ludzi, z główną narracją: jakim jesteśmy wspaniałym narodem, a ciemnota, zacofanie, lenistwo czy mierny dorobek to tylko opinie wrogów.
Inną dźwignią popularności rządzących jest rozdawnictwo państwowych pieniędzy (czyli naszych) dla określonych grup społecznych. Na pewno dodatkowe dochody poprawiają ich sytuację finansową. We współczesnych czasach większość państw prowadzi politykę socjalną dla najbardziej potrzebujących. W krajach europejskich działalność pomocowa jest dobrze rozwinięta. Jednak rzucając dodatkowe środki, dający powinni się zastanowić jaki jest cel i skutki takich akcji. W Polsce powinny dzwonić nam w uszach słowa z Pana Tadeusza: „Wiesz także, że część gruntów od zamku dziedzica zabrała i Soplicom dała Targowica”.
Nie dziwi, że w tamtych czasach przedstawiciele elit pchali się tłumnie do Targowicy – przecież dawano im, jak w cytowanym przypadku, zabierając patriotom. W dawnych czasach opowiadano, jakoby organizatorzy Targowicy za zdradę kraju otrzymali od Katarzyny II beczki masła zamiast obiecanych beczek złota. Była to legenda potępiająca rozpowszechnione w tamtych czasach, zjawisko kupowania ludzi, stanowisk, postaw, również głosów. Według zdroworozsądkowo myślących ludzi, obecne rozdawnictwo PiS ma za główny cel kupowanie wyborców, aby rządząca ekipa utrzymywała się przy władzy – i aby podobnie jak przed rozbiorami, rządzący i kler cieszyli się nieograniczoną władzą bez odpowiedzialności za własne czyny.
Niestety jak historia pokazuje, następne pokolenia płacą za błędy przodków, za błędy rządzących w końcu XVI wieku i później, zapłaciły pokolenia końca XVIII wieku – i skretyniały naród nie obronił istnienia państwa, dodatkowo zyskując opinię narodu który zniszczył własne państwo. Jak pisał urzędnik pruski „pośród wszystkich narodów w Europie, tylko wśród Polaków niewiedza i barbarzyństwo są daleko posunięte”. Zapomniano, że kiedyś był to wielki naród i kraj.
Zła opinia ciążyła Polsce podczas odzyskiwania niepodległości. W uzyskiwaniu poparcia alianckich mocarstw co do kształtu granic często padał argument: Polacy w przeszłości udowodnili że nie potrafią się rządzić. Za dzisiejsze rządy też zapłacą następne pokolenia.
Jeszcze nie wiadomo jak daleko postąpi, planowane przez rządzącą formacje, skretynienie narodu. Czy będzie jak przed rozbiorami, że kilka osób w kraju rozumiało co się dzieje, a reszta żyła w marzeniach i przekonaniu o szczególnej opiece opatrzności?. Może nie będzie tak źle – i już dzisiejsi wyborcy Prawa i Sprawiedliwości usłyszą od swoich wnuków czy prawnuków, że kiedyś działali na szkodę kraju i narodu.
Szkody mentalnościowe pojawiają się później i powoli, straty gospodarcze znacznie szybciej. Rządzący uwierzyli w cuda. Przytrafił się koronawirus, jest na kogo zganiać całą winę za trudną sytuację finansową państwa. Rząd stosuje kreatywną księgowość pokazując sytuację jako nienajgorszą. Oficjalne 109 miliardów złotych deficytu na ten rok, Komisja Europejska po wymieceniu poupychanych długów, wylicza na 270 mld zł – a to już tragiczna sytuacja.
Przyszły rok zapowiada się nie lepiej. Dojdą nowe długi, można wprawdzie liczyć na wielką dotację z Unii Europejskiej ale chyba nawet ta dotacja nie uratuje sytuacji – tym bardziej że grozi jej odebranie.
Ścisłą ekipę rządzącą – tych kilku facetów – można posądzać o wiele złego, ale nie o głupotę. Zapewne są to najcwańsi ludzie i przewidują ewentualne wyjście awaryjne. Widać już przygotowania do takiego scenariusza. Kaczyński spacyfikował Ziobrę aby uchwalić tzw. ustawę nieodpowiedzialność plus, dla ochrony przed prokuraturą pod innym kierownictwem. Kolejnym krokiem jest zabezpieczenie w tegorocznym budżecie – co stanowi kuriozum – przyszłorocznych wypłat trzynastej i czternastej emerytury. To chyba w obawie przed szybkim rozsypaniem się przyszłorocznego budżetu.
Chodzi o utrwalenie w głowach prostych ludzi obrazu PiS-u jako tych dobrych, co dają potrzebującym – a że generuje to kłopoty finansowe państwa, to już abstrakcja. To inni, ci co sprowadzą wydatki do możliwości budżetu, będą źli.
Dla naszego społeczeństwa przyszły rok może być ciężki. Jeżeli w ciągu ostatnich dwóch miesięcy pojawiają się informacji o procedurze upadłości czterech hut w Częstochowie, Chorzowie, Szopienicach i Ostrowcu Świętokrzyskim – a takich przedsiębiorstw jest w Polsce kilkanaście – to oznacza to spore załamanie produkcji. Można też się dowiedzieć się o upadłości lub złej kondycji wielu innych przedsiębiorstw. Wpływ na to mają nominacje swoich, miernych lecz wiernych (lub cwaniaków, takich udających).
Może więc Kaczyński zarządzi przedterminowe wyborach i PiS odda władzę w przyszłym roku, aby inni przynajmniej częściowo naprawili ich błędy? Pozwoli to obciążyć przejmujących władzę za kłopoty finansowe i wszystko co złe.
Nieutulony w żalu ludek wybierze ich ponownie za cztery lata – i PiS będzie mógł dalej budować Polskę, jako pośmiewisko Europy, na wzór Polski przedrozbiorowej.

Europa nam ucieka

Polskie władze powinny dokonać świadomego wyboru: czy chcą zapożyczać kraj na wystawną konsumpcję i balansować na granicy bezpieczeństwa w okresach dekoniunktury, czy też roztropnie zarządzać posiadanymi środkami.
Kiedy w marcu 2020 r. Europa stanęła przed widmem kolejnej recesji, zarówno państwa członkowskie, jak i instytucje Unii Europejskiej przystąpiły do działania. Pierwsze krajowe programy pomocowe pojawiły się w ciągu kilkunastu dni i koncentrowały się na utrzymaniu płynności firm oraz zatrudnienia. Były to programy w miarę hojne pod względem wydatków i równocześnie minimalizujące obciążenia administracyjne. Środki krajowe są tu uzupełniane przez strumienie europejskie: przede wszystkim Next Generation EU, ale także fundusze strukturalne z kończącej się i nadchodzącej perspektywy finansowej Unii Europejskiej.
Ta hojność jest na kredyt. Kraje Europy i Unia Europejska zadłużają się w imię szybszego wyjścia z recesji. O ile jeszcze rok temu panował konsensus co do konieczności systematycznej redukcji zadłużenia, dzisiaj rosnący dług przestał być tematem tabu. Zadłużamy się zbyt łatwo, więc proces ten wymaga szczególnej uwagi i transparentności – wskazuje Konfederacja Lewiatan w swym raporcie „Impuls dla Polski”. I zauważa, że w związku z szybko przyrastającym długiem nasz kraj nie może sobie pozwolić na utratę wiarygodności finansowej. Ale z drugiej strony, należy uznać, że dla średniej gospodarki otwartej, takiej jak Polska, nie było możliwości przyjęcia innej strategii niż podążanie za ogólnym trendem.
Tak więc, Europa się zadłuża, a my wraz z nią. Dzięki temu nie tylko ratujemy się przed recesją, ale też niwelujemy potencjalne zagrożenia: kolejnej fali emigracji zarobkowej do krajów radzących sobie lepiej oraz przejęć osłabionych firm przez lepiej wsparte firmy z zagranicy – wskazuje Lewiatan.
W nawiązaniu do tej opinii trzeba jednak dodać, że recesję i tak przecież już mamy, więc nie zapobiegły jej żadne polskie działania pomocowe. Kolejna fala emigracji zarobkowej nam nie grozi, bo atrakcyjne dla Polaków granice są zamknięte, a w krajach zachodnich rośnie bezrobocie i o pracę coraz trudniej. Wreszcie, przejęcie osłabionych polskich firm przez lepiej wsparte firmy z zachodu jest mało prawdopodobne, bo czas ogólnoeuropejskiego kryzysu nie jest dobrą porą na takie działania, a poza tym firmy z zachodu dotychczas już przejęły większość polskich firm, którymi były zainteresowane.
Nie zmienia to oczywiście faktu, że Polska powinna pilnować tego, żeby Europa nam jeszcze dalej nie uciekła, a zwłaszcza żeby nie uciekła nam strefa euro. Zasilanie fiskalne polskiej gospodarki osiągnęło poziom ok. 9,5 proc. naszego produktu krajowego brutto – nieco niższy od Niemiec ale relatywnie wysoki na tle pozostałych krajów UE, co jest uzupełnione także przez gwarancje Narodowego Banku Polskiego – ocenia Lewiatan.
Teoretycznie, jeśli traktować wiążąco wszystkie deklaracje PIS-owskiej ekipy, to wartość koronawirusowego wsparcia przekroczy 200 mld zł. Obejmuje one m.in.: tarczę finansową (100 mld zł), tarcze antykryzysowe (ok. 75 mld zł), bon turystyczny (4 mld zł), zasiłek solidarnościowy (2,5 mld zł) oraz Fundusz Inwestycji Samorządowych (6 mld zł). W przyszłym roku do pakietu dołączy jeszcze tzw. estoński CIT (5 mld zł).
Wiadomo oczywiście, że w rzeczywistości tych pieniędzy będzie znacznie mniej, ale i tak w 2020 r. polska gospodarka może się spodziewać względnie dużego zastrzyku środków. Nie da się wykluczyć, że te 9,5 proc. PKB to dopiero pierwszy etap stymulacji.
Jeśli sytuacja epidemiczna nie ulegnie znaczącej poprawie lub nastroje konsumentów się pogorszą, to nie pozostawiamy sobie dużej przestrzeni do dalszych „impulsów” finansowych. A w skrajnym przypadku może się okazać, że 2021 r. skończymy z dużym długiem, niepełną zdolnością do generowania dochodów i niedostateczną stymulacją fiskalną. W tym wariancie wyjście z recesji będzie jeszcze trudniejsze i bardziej bolesne dla społeczeństwa – uważa Lewiatan.
W swym raporcie zwraca też uwagę, że w Polsce dość powszechna stała się praktyka przenoszenia wydatków do funduszy celowych, których ujemne salda nie powiększają deficytu i długu. Zdaniem Lewiatana, nie oznacza to, że nasze zobowiązania stają się mniejsze, a jedynie, że ich nie widać. Oczywiście można argumentować, że w wielu europejskich krajach takie ograniczenia zobowiązań właściwie nie występują, bo limity zadłużania są opisane inaczej – nie jako poziom długu względem PKB. Nie zmienia to jednak faktu, że zobowiązaliśmy się traktować progi ostrożnościowe 55 proc. i 60 proc. PKB jako bezpieczniki. Swobodne traktowanie metod pomiaru deficytu i długu to nic innego jak wyjmowanie tych bezpieczników, a władza, która to robi, podważa do siebie zaufanie.
Kreatywność w księgowaniu wydatków publicznych nie przechodzi niezauważona także przez pożyczkodawców zagranicznych. Rosnąca dysproporcja między krajową i europejską metodologią szacowania deficytu będzie sygnalizować zagranicznym wierzycielom, że polskie obligacje czy bony skarbowe są jeszcze bardziej ryzykowne, niż wynikałoby to z oficjalnych deklaracji. W tym kontekście, jak dodaje Lewiatan, nie bez znaczenia pozostaje systematycznie niższa wiarygodność Polski jako kredytobiorcy w porównaniu do krajów strefy euro. Zaburzenie zaufania inwestorów zagranicznych przez niejasne operacje finansów publicznych doprowadzą do wzrostu kosztów obsługi długu lub ograniczą naszą zdolność do zadłużania.
Działania na rzecz zwiększenia transparentności sektora finansów publicznych (w szczególności uszczelniania stabilizującej reguły wydatkowej) są zatem niezbędnym krokiem w stronę przywrócenia porządku w obliczaniu dochodów i wydatków państwa. Umożliwi to dokonywanie świadomych wyborów: czy chcemy się zapożyczać na wystawną konsumpcję i balansować na granicy bezpieczeństwa w okresach dekoniunktury, czy też roztropnie zarządzać posiadanymi środkami i przez to być postrzeganymi jako dobrze rokujący, solidni pożyczkobiorcy.

Deficyt na gigancie

Pandemia koronawirusa pozwala rządowi na „przykrycie” wielu problemów w finansach publicznych, które istniały już przed kryzysem.
Liczba 590 kojarzy się z kodem kreskowym produktów pochodzących z Polski. Ale ta liczba to także numer druku sejmowego kolejnej ustawy COVID-owej. Najnowsza rządowa ustawa COVID-owa przynosi zaskakujące rozwiązania: pozwala przenosić w dużej skali wydatki budżetowe z 2020 roku… na rok 2021! Po co? Jaka jest skala wydatków, które zostaną przeniesione? Z powodu pandemii państwa dostały wyjątkowe „przyzwolenie” na wysoki deficyt w roku 2020. Polski rząd chce z tego wyjątku skorzystać podwójnie, bo budżet ugina się pod ogromnym deficytem strukturalnym.
COVID pozwala „przykryć” wiele problemów strukturalnych w finansach publicznych, które były już przed kryzysem. Dodatkową konsekwencją jest to, że przez dwa lata nie będzie dokładnie wiadomo, jaki jest naprawdę deficyt budżetowy w konkretnym roku. W rezultacie rzeczywisty stan finansów publicznych stanie się jasny i klarowny dopiero… na początku 2022 roku! – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Resort finansów zbudował fundamenty tej operacji, składając „Projekt ustawy o zmianie niektórych ustaw w celu przeciwdziałania społeczno-gospodarczym skutkom COVID-19 – Druk 590”, a także autopoprawkę do tego projektu. W nowelizacji budżetu zapisano już m.in. zasilenie Funduszu Ubezpieczeń Społecznych i Funduszu Sprawiedliwości kwotą 38 mld zł na poczet wydatków w 2021 r.
Poza tym, jak wskazuje TEP w projekcie i autopoprawce umieszczono szereg mechanizmów, które pozwalają na dalsze przesuwanie wydatków na kolejny rok. Zawierają one możliwości „upychania” z pomocą dotacji budżetowych „zapasów” w różnych funduszach pozabudżetowych, w tym tych nieobjętych regułą wydatkową. Mimo że stan epidemii pozwala na zastosowanie „klauzuli wyjścia” i przekroczenie reguły wydatkowej, to operacja kreatywnej księgowości trwa na dobre.
W ramach tych projektów przewidziano m.in.:
– zasilenie z budżetu państwa Polskich Linii Kolejowych i Funduszu Dróg Samorządowych, które zapewne będę te środki wydawać w roku przyszłym,
– wydłużono realizowanie tak zwanych wydatków „niewygasających”, czyli takich, które wymagały dokończenia na początku kolejnego roku budżetowego – do tej pory trzeba było je zakończyć do marca, teraz będzie można aż do listopada. A to oznacza, że budżet na rok 2020 tak naprawdę wygaśnie pod koniec roku 2021.
– możliwość wsparcia z budżetu Funduszu Wsparcia Policji, Funduszu Wsparcia Straży Granicznej, Funduszu Wsparcia Państwowej Straży Pożarnej oraz Funduszu Modernizacji Sił Zbrojnych. A te fundusze – podobnie jak w przypadku Funduszu Ubezpieczeń Społecznych i Funduszu Sprawiedliwości – będą mogły przesunąć wydatki na rok kolejny,
– możliwość przekazywania obligacji skarbowych spółkom morskim – taki zabieg, stosowany już w odniesieniu do uczelni czy telewizji publicznej, pozwala na ominięcie reguły wydatkowej.
Te operacje są możliwe, ponieważ w roku 2020 nie obowiązuje w Polsce reguła wydatkowa, a rynki finansowe we wszystkich krajach na świecie zaakceptowały wysoki deficyt w bieżącym roku. To absolutnie wyjątkowa sytuacja. Jednorazowe „zielone światło” do zwiększenia deficytu w celu ratowania gospodarek przed kryzysem po pandemii. Jednak finanse publiczne Polski bez COVID-19 i tak już nie były w dobrej kondycji. Stąd zapewne wzięła się pokusa, by wyjątek roku 2020 wykorzystać dwa razy – zwraca uwagę TEP.
Wymyślono strategię „zapakowania” do maksimum tegorocznego budżetu wydatkami na papierze, których choćby ze względu na brak czasu nie da się zrealizować w ciągu ostatniego kwartału. W księgach będą one wykazane w roku bieżącym, ale rzeczywiste wydatki nastąpią w przyszłym. W ten sposób budżet na rok 2021 otrzyma gigantyczne „doładowanie”, które formalnie będzie przypisane budżetowi na rok 2020.
Nowelizacja złożona przez Ministerstwo Finansów jest więc logicznym uzupełnieniem dotychczasowych elementów „budżetowej układanki”. Wszyscy ekonomiści byli bowiem zaskoczeni niedawnym ogłoszeniem ogromnego deficytu budżetu centralnego w wysokości 110 mld zł. Tej góry pieniędzy nijak nie można było dopasować do wydatków w 2020 roku. Teraz sytuacja się wyjaśniła.
Nie zmienia to jednak faktu, że deficyt całego sektora finansów publicznych na lata 2020-2021 będzie gigantyczny. Według metodologii unijnej ma wynieść w bieżącym roku ponad 270 mld zł, tj. 12 proc. PKB. Dodatkowo rząd wkrótce wyśle do Sejmu projekt budżetu na 2021 r., w którym zakłada utrzymanie wysokiego deficytu w budżecie centralnym (82 mld zł).
Deficyt całego sektora ma na koniec 2021 r. wynieść 140 mld zł, czyli 6 proc. PKB, a dług publiczny przebije 1,5 biliona złotych (65 proc. PKB). Łącznie więc deficyt całego sektora finansów publicznych w dwuletnim budżecie to 410 mld zł! To wiemy, ale jak to się rozłoży na lata 2020 i 2021 wie tylko Minister Finansów.
Dyrektor ds. Europy Wschodzącej Fitch Ratings Paul Gamble skomentował, że wysokość deficytu sektora finansów publicznych Polski na 2020-21 jest „dość interesująca” na tle innych państw. W języku angielskim ma to sarkastyczne, negatywne zabarwienie, choć przekazane w sposób dyplomatyczny.
Określenie użyte przez Paula Gamble’a jest bardzo trafne. Tak naprawdę nie wiemy bowiem, z jakim stanem finansów publicznych skończymy w 2021 r. Zarówno deficyt w 2020, jak i w 2021 r. są nieprawdziwe. Minister Finansów otworzył sobie wszystkie furtki do swobodnego kształtowania budżetu w latach 2020-2021. Oczywiście elastyczność jest konieczna. Ale jaki jest stan finansów publicznych? Czy znowu musimy łamać wszystkie reguły księgowe, nawet te poluzowane?
W zasadzie rok budżetowy nie istnieje. Jakakolwiek dyskusja publiczna czy w Sejmie o osobnych budżetach na lata 2020 oraz 2021 jest w tej sytuacji jałowa. Nie wiadomo, jaka będzie struktura wydatków w 2021 r., jak w szczegółach zostaną rozdysponowane zakładki i rezerwy poupychane w budżecie roku 2020. Jaki będzie faktyczny deficyt w 2021 r.? 7 proc., 8 proc., a może 9 proc. PKB (wobec 6 proc. zaplanowanych, ale bez przesunięć)? Jest to bardzo ważna informacja dla opinii publicznej, gdyż pozwoli określić nam, jaki jest poziom nadmiernego deficytu, który w kolejnych latach będziemy musieli zredukować. Już teraz widzimy wiele działań konsolidacyjnych. W budżecie na 2021 r. zaplanowano wzrost podatków o ok. 11 mld zł, a ostatnio w przestrzeni publicznej pojawiły się dalsze propozycje zwiększenia podatków. Chodzi o CIT dla spółek komandytowych, objęcie składkami wszystkich umów zlecenia czy wzrost akcyzy na samochody używane.
Co ważne, wysoki deficyt w 2021 r. będzie efektem nie tylko walki z COVID-19, ale też obietnic i programów socjalnych sprzed kryzysu. Nie miały one bowiem żadnego pokrycia w trwałych dochodach lub były pokrywane „papierową” ściągalnością z VAT albo dochodami jednorazowymi.
Już przed kryzysem ostrzegałem, że w spowolnienie gospodarcze wchodzimy z deficytem strukturalnym na poziomie 3 proc. Warto jednak podkreślić, że było to jeszcze bez 14-tej emerytury i kolejnych trwałych wydatków. Tłumaczenie, że wzrost podatków jest po to, aby sfinansować tarcze antykryzysowe, jest ogromnym nadużyciem. Tarcze były jednorazowe, a podatki są na stałe. Ich celem jest pokrycie trwałych obietnic socjalnych sprzed kryzysu.

Lipna walka z mafiami VAT-owskimi

Rząd PiS wielokrotnie chwalił się, jak to skutecznie zwalcza przestępczość podatkową. Okazuje się, że to bujda.
W 2020 r. w Polsce relacja długu publicznego do produktu krajowego brutto przekroczy granicę 60 proc. Wzrośnie bowiem na koniec roku do 62,2 proc. W przyszłym roku przekroczy tę granicę jeszcze bardziej, rosnąc do 64,7 proc.
Tym razem nasz kraj nie zostanie jednak objęty unijną procedurą nadmiernego deficytu, którą ma wszczynać Rada Unii Europejskiej po przekroczeniu wspomnianej granicy 60 proc. Państwo musi wtedy podjąć odpowiednie działania korygujące, zmniejszające deficyt. Dotychczas podlegaliśmy tej procedurze za pierwszych rządów Prawa i Sprawiedliwości i ostatnich rządów Platformy Obywatelskiej.
Procedura nadmiernego deficytu ma charakter nieco polityczny, stosowany wobec członków Unii Europejskiej uznawanych za państwa mniej znaczące. Mimo naruszania dyscypliny fiskalnej nigdy nie objęto nią Niemiec i Francji.
Na razie nie zanosi się, aby jakiejkolwiek państwo zostało objęte tą procedurą, gdyż w marcu tego roku Komisja Europejska uruchomiła specjalną klauzulę, zapisaną w Pakcie Stabilności i Wzrostu z 1997 r., która umożliwia państwom członkowskim czasowe odejście od zaleceń dotyczących relacji długu publicznego do PKB. Nastąpiło to w związku z obserwowanym w całej Unii Europejskiej poważnym spowolnieniem gospodarczym wywołanym pandemią koronawirusa.

– Elastyczne podejście UE nie zawiesza unijnych reguł budżetowych, ani nie wyklucza procedury nadmiernego deficytu, ma natomiast ułatwić skoordynowaną reakcję państw na kryzys – uważa główny ekonomista Business Centre Club prof. Stanisław Gomułka.
Jednocześnie, zdaniem prof. Gomułki, prognoza polskiego ministerstwa finansów dotycząca wpływów do budżetu z podatku VAT w latach 2020 oraz 2021 podważa, a wręcz obala, jedną z ważnych politycznie dla rządów PiS teorii, o niezwykle skutecznej wojnie z przestępczością gospodarczą. Okazuje się, że w rzeczywistości tej wojny nie ma.
Co bowiem mówią dane? Według informacji podawanych przez rządowy Polski Instytut Ekonomiczny podlegający premierowi, relacja VAT do produktu krajowego brutto wynosiła w latach 2008-2015 przeciętnie 7,3 proc. Tymczasem przyjęta niedawno nowelizacja budżetu państwa na 2020 r. ustanawia tę relację na poziomie 7,1 proc. – zaś projekt budżetu na rok 2021 zakłada wzrost relacji VAT do PKB do 7,7 proc. Nie da się ukryć, że gdyby rząd PiS rzeczywiście walczył z wyłudzeniami VAT-u to relacja tego podatku wobec PKB byłaby znacznie wyższa.
Rzeczywiście, w latach 2016 – 2018 relacja VAT do PKB wynosiła nieco więcej niż średnio w wspomnianych latach 2008 – 2015, bo 7,75 proc. Nie jest to jednak różnica mogąca wskazywać na jakikolwiek wzrost skuteczności w zwalczaniu mafii VAT-owskiej.
– Wzrost tej relacji nastąpił z racji działania tzw. efektu procykliczności, czyli po prostu dodatniego wpływu tempa wzrostu PKB na relację VAT do PKB. O tym efekcie mówiłem sejmowej komisji do spraw VAT-u blisko rok temu – zauważa prof. Stanisław Gomułka.
Według niego, rząd PiS stworzył teorię dotyczącą jakoby bardzo dużej rezerwy dochodowej w podatkach, szczególnie w VAT. W związku z tym rząd miał do niedawna nadzieję, że relacja VAT/PKB i wpływy z tego podatku będą po 2019 roku nadal rosnąć.
Jednak pospolitość skrzeczy coraz mocniej, więc niedawno Rada Ministrów zmuszona była przyjąć bardziej realistyczne szacunki relacji VAT do PKB na lata 2020 i 2021. Twardych danych nie da się łatwo ukryć, a prawda jest taka, iż cały sektor finansów publicznych trzeszczy pod naporem wysokiego deficytu: 12 proc. PKB w 2020 r. oraz 6 proc. PKB w 2021 r.

Deficyt nie taki straszny

Ostatnimi czasy wiele słyszy się o deficycie, najczęściej w złym świetle. Traktuje się to zjawisko jako coś złego, jednak zapomina się jak istotną rolę gra deficyt w gospodarkach państw i makroekonomii. Czy należy się bać?

Deficyt – nie taki diabeł straszny jak go malują.

Sektor prywatny ma to do siebie, że nie potrafi w pełni wykorzystać potencjalnej produkcji, dlatego państwo poprzez środki z deficytu może wpływać na zagregowany popyt, który wpływa na zatrudnienie, produkcję i inwestycje. W momencie niewykorzystanego potencjału produkcyjnego państwo podnosi produkcję, wydając środki z deficytu na zwiększanie popytu efektywnego. Popyt efektywny jest wyznaczany przez punkt funkcji zagregowanego popytu, w którym popyt staje się efektywny, przy danych warunkach podaży odpowiada poziomowi zatrudnienia, przy którym przedsiębiorstwa osiągają maksimum zysku. Wielkość popytu efektywnego wyznaczają łącznie skłonność do konsumpcji i stopa nowych inwestycji, które razem decydują o wielkości zatrudnienia. W przypadku gdy popyt efektywny nie będzie dostatecznie wielki, faktyczny poziom zatrudnienia będzie niższy od potencjalnej podaży siły roboczej przy określonej bieżącej płacy realnej. Jeżeli dany rząd oficjalnie deklaruje politykę pełnego zatrudnienia lub po prostu niwelowania bezrobocia, musi mieć świadomość, że niedostatecznie silny popyt efektywny będzie hamował wzrost zatrudnienia, co w efekcie przełoży się na zatrzymywanie produkcji. Jednak wracając do tytułu tekstu, w jaki sposób deficyt może wpływać na dochód państwa? Przede wszystkim jak wykazaliśmy, dzięki deficytowi państwo może wpływać na krańcową skłonność do konsumpcji, która jest najwyższa w mniej zamożnych społeczeństwach (o wpływie oszczędności na produkcję odniosę się później). Zatrudnienie pełni funkcję konsumpcji i przewidywanych inwestycji, konsumpcja jest natomiast funkcją dochodu netto, która jest sumą konsumpcji i inwestycji netto. W przypadku spadku dochodu netto należy szukać przyczyny w spadku zatrudnienia. Gdybyśmy jako państwo wykorzystywali środki do umarzania długu, doprowadzilibyśmy do tłumienia potencjału produkcyjnego przez spadek skłonności do konsumpcji, co w efekcie przełożyłoby się na spadek popytu efektywnego. W momencie wykorzystania w pełni potencjału produkcyjnego doprowadzimy do pełnego zatrudnienia. Przykład wpływu deficytu USA na spadek zapadalności jest dobrym zobrazowaniem, do czego tutaj dążymy:

Jak widać na powyższym wykresie, deficyt przyczynił się w szczególny sposób do spadku wskaźnika zapadalności. Deficyt przy prowadzeniu odpowiedniej polityki, tj. polityki pełnego zatrudnienia i pobudzania zagregowanego popytu może doprowadzić do stabilności gospodarczej a w długim okresie, przy lepszej koniunkturze spłacić dług. Bo czym innym jest długi okres jak nie sumą krótkich okresów. Tutaj też warto podkreślić oczywisty fakt, że długu publicznego w przeciwieństwie do długu prywatnego nie trzeba spłacać, a przynajmniej nie spłaca się go na tej samej zasadzie.

Oszczędzanie w czasie kryzysu. Czy to dobry pomysł?

Jak doskonale wiemy bieżącego popytu na konsumpcję, nie zastępuje popyt na konsumpcję w przyszłości. Kiedy skłonność do oszczędzania w społeczeństwie rośnie, prowadzi to do tłumienia działalności związanej z bieżącą konsumpcją, nie ożywiając produkcji dla przyszłej konsumpcji – popyt konsumpcyjny się zmniejsza. Jedynie konsumpcja obecna pozwala na przewidywania konsumpcji przyszłej, a skoro bieżąca konsumpcja zostaje zahamowana przez akt oszczędzania, konsekwencją musi być spadek przewidywanej dochodowości. Rezultatem oszczędności jest niekorzystne odbijanie się na cenach, w momencie braku polityki niwelującej bezrobocie, lepkość cen (opóźnione dostosowanie się cen do sił popytu i podaży) jest pogłębiana przez spadek zatrudnienia. Nie trudno sobie wyobrazić tragicznych dla gospodarki konsekwencji rządu, który postulowałby „budżet bez deficytu” (lub gorzej, nie tylko dla gospodarki, ale naszego społeczeństwa odwołując się do słów Alexisa de Tocqueville „Nie ma takiego okrucieństwa ani takiej niegodziwości, której nie popełniłby skądinąd łagodny i liberalny rząd, kiedy zabraknie mu pieniędzy”). Podsumowując, oszczędzanie i stan zatrudnienia znajdują się w ujemnej korelacji – oszczędności wymuszają wycofanie zatrudnienia na konsumpcję bieżącą.

Kwestia inwestycji.

W przypadku wprowadzania stanu pełnego zatrudnienia wzrost inwestycji musi doprowadzić do wzrostu cen (bez względu na krańcową skłonność do konsumpcji) i wtedy faktycznie dojdziemy do zjawiska inflacji, jednak zanim to się stanie, rosnącym cenom będzie towarzyszył wzrost zagregowanego dochodu realnego (jednak w celu zapobiegania wysokiej inflacji, państwo ma obowiązek użyć takich mechanizmów jak progresja podatkowa, która „wypompowywałaby” pieniądze z rynku przy ekspansywnej polityce fiskalnej, mechanizmy kontroli cen oraz wypełnianie luki inflacyjnej przez zamykanie luki popytowej – wykorzystywanie w pełni potencjału produkcyjnego). Gdy krańcowa skłonność do konsumpcji jest niewiele mniejsza od jedności, małe wahania inwestycji wywołują znaczne wahania zatrudnienia, natomiast słaby wzrost inwestycji wywoła pełne zatrudnienie. Tutaj warto sobie podkreślić, że zamożne społeczeństwa są bardziej rozpięte między produkcją faktyczną a produkcją potencjalną. Mniej zamożne społeczeństwo będzie skłonne do znacznie większej konsumpcji swej części produkcji, co w efekcie daje nam prosty wniosek, że niewielkie inwestycje wystarczą do osiągnięcia pełnego zatrudnienia. W przypadku bogatej społeczności należy szukać więcej możliwości inwestycyjnych, aby oszczędzanie bogatszych mogło iść w parze z zatrudnieniem biedniejszych.

Kwestia płac i cen

Jak doskonale wiemy stan zatrudnienia i płace realne znajdują się w ujemnej korelacji. Kiedy płace nominalne spadają, konsekwencją jest spadek zatrudnienia. W przypadku prowadzenia polityki wysokich stóp procentowych i ograniczonej polityki fiskalnej (a wszystko celem „budżetu bez deficytu” postulowanego przez liberałów) doprowadzi to do obniżki płac nominalnych, czego skutkiem będą: obniżka cen, która doprowadzi do spadku dochodu realnego oraz dochód pracowników zostanie przesunięty do innych uczestników produkcji, co zmniejszy skłonność do konsumpcji. Za pomocą polityki fiskalnej i progresji podatkowej możemy zmniejszać nierówności ekonomiczne, które doprowadzą do zwiększenia dochodu rozporządzalnego mniej zamożnych społeczeństw, co w efekcie przełoży się pobudzenie globalnego popytu przez zwiększenie konsumpcji. Jednak kwestia płac to nie wszystko, celem utrzymania stabilności gospodarczej jest prowadzenie polityki sztywnych płac nominalnych i giętkiej polityki pieniężnej. Rezultatem takiego układu jest duża stabilność cen, poziom cen w krótkim okresie będzie się zmieniał o tyle, o ile zmiana stanu zatrudnienia będzie miała wpływ na krańcowe koszty bieżące. W długim okresie ceny oczywiście będą zmieniały się wraz ze zmianami kosztu produkcji.

Gospodarka 48 godzin

Bez równowagi

Ministerstwo Finansów poinformowało, że deficyt budżetowy na koniec lipca 2020 r. wyniósł 16,3 mld zł. W okresie styczeń – lipiec dochody budżetu osiągnęły 235,8 mld zł, a wydatki 252,1 mld zł. W opinii przedstawicieli rządu lipiec pokazał, że polska gospodarka zaczyna wychodzić ze spowolnienia, o czym świadczy zwłaszcza dobre wykonanie dochodów z VAT. W okresie styczeń – lipiec br. wpływy z VAT były o 6,5 mld zł mniejsze, niż w tym samym okresie ubiegłego roku, ale w samym lipcu już o 1,7 mld większe w porównaniu z lipcem 2019 r.

Bierni i aktywni

Jak pokazuje Badanie Aktywności Ekonomicznej Ludności, w Polsce na koniec IV kwartału 2019 r. było 13,3 mln osób biernych zawodowo w wieku 15 lat i więcej. Największą część z nich, bo 56,2 proc. stanowiły osoby, które nie podejmowały pracy z powodu przebywania na emeryturze. Kolejnymi przyczynami bierności były nauka i uzupełnianie kwalifikacji (15,8 proc.), obowiązki rodzinne (13,7 proc.) oraz choroba i niepełnosprawność (11,5 proc.). Natomiast wśród osób w wieku produkcyjnym (18 — 59/64 lata) głównymi przyczynami bierności zawodowej były obowiązki rodzinne (34,1 proc.), spoczywające w Polsce głównie na kobietach. W wyjściu ze stanu bierności zawodowej teoretycznie powinny pomagać aktywne formy przeciwdziałania bezrobociu. W ciągu 2019 r. skorzystało z nich zaledwie 43,7 tys. osób, podejmując zatrudnienie przy pracach interwencyjnych i robotach publicznych (często przybierających formę aż nadto częstego koszenia trawników miejskich). Ponadto, 34,2 tys. osób rozpoczęło szkolenie, a aż 101,7 tys. staże u pracodawców (stanowiąc tanią, okresową siłe roboczą).

Orlen bliżej Lotosu

PKN Orlen podpisał ze Skarbem Państwa porozumienie w sprawie nabycia akcji grupy Lotos. Nie jest to jeszcze transakcja kupna akcji Lotosu od Skarbu Państwa. Porozumienie zbliża jednak PKN Orlen do przejęcia kontroli nad Lotosem. Ma ono formę zbliżoną do listu intencyjnego (aczkolwiek formalny list intencyjny podpisano już w 2018 r.) – bo obie strony potwierdziły zamiar przeprowadzenia transakcji kupna akcji oraz zapowiedziały prowadzenie rozmów w celu dopracowania jej szczegółów. Najważniejszym elementem porozumienia jest zapis o konieczności spełnienia warunków, od których Komisja Europejska uzależniła zgodę na tę fuzję. Orlen będzie musiał przekazać część swego potencjału innemu konkurentowi, co ma zapobiec w zdobyciu dominującej pozycji na polskim rynku przez koncern powstały w wyniku wchłonięcia Lotosu. Przy okazji prezes Orlenu Daniel Obajtek powtórzył kilka sloganów o pożytkach z powstania jednego silnego państwowego koncernu. Oprócz Orlenu i Lotosu ma należeć do niego także Energa i PGNiG, a koncentracja powinna służyć zarówno rozwojowi tych firm, jak i bezpieczeństwu energetycznemu Polski. Tak silny podmiot gospodarczy będzie miał bowiem większe możliwości inwestycyjne i mocniejszą pozycję negocjacyjną. Jak stwierdza oświadczenie PKN Orlen, strategicznym celem tej transakcji jest budowa silnego koncernu multienergetycznego, odpornego na zmienne otoczenie makroekonomiczne oraz zdolnego do realizacji ważnych inwestycji rozwojowych, wpisujących się w założenia transformacji energetycznej.

Nie bójmy się deficytu!

Na wstępie pragnąłbym podkreślić, że tekst jest krytyką wymierzoną w politykę gospodarczą rządu Prawa i Sprawiedliwości oraz każdego liberalnego (gospodarczo) rządu żyjącego przeświadczeniem, że w dobie pieniądza fiducjarnego utrzymywanie zrównoważonego budżetu jest najważniejszym celem, do którego należy dążyć nawet kosztem załamania popytu wewnętrznego.

Niewątpliwie takie błędne przeświadczenie wynika z wiary w prakseologiczne tezy klasycznej szkoły ekonomii, która zaślepiła rządy do tego stopnia, że mając w rękach ogromne możliwości prowadzenia polityki fiskalnej, na widok wysokiego popytu na pieniądz klasy średniej i niższej boją się zwiększyć podaż pieniądza oraz zwiększyć jego emisję tłumacząc się, że… „nie stać nas”.

Co z tym deficytem?

Na początek powiedzmy sobie jedno, celem odkłamania mitu o deficycie – gospodarka państwa oraz samo państwo nie działa na tej zasadzie co gospodarstwo domowe. W odróżnieniu od osób fizycznych państwo ma możliwości „brania pieniędzy z powietrza” i wpływania na popyt wewnętrzny. Żyjemy w epoce pieniądza fiducjarnego, który w swojej istocie jest oparty na zaufaniu. Deficyt nie jest problemem, który należy rozwiązywać cięciami wydatków i zwiększaniem bezrobocia. Podstawowa wiedza z zakresu makroekonomii tłumaczy nam, że spadek zagregowanego zatrudnienia jest konsekwencją spadku płac nominalnych i wzrostu płac realnych. W przypadku zatrudnienia i poziomu płac realnych zachodzi ujemna korelacja. Pracownicy nie bez powodu łączą się w związki, partie i ruchy społeczne, które mają na celu zmusić rząd do zapewnienia określonej płacy nominalnej, to wynika z racjonalnego przeświadczenia pracowników, którzy zauważają, że spadek płac nominalnych powoduje spadek zatrudnienia – dlatego z uporem maniaka powtarzam, że pracownicy są najlepszymi ekonomistami.

Musimy sobie podkreślić, że w przypadku wzrostu cen artykułów konsumpcji podstawowej w porównaniu z płacą nominalną, łączna podaż siły roboczej, która jest gotowa do podjęcia pracy za określone wynagrodzenie według stawek płac nominalnych, jak i łączny popyt przy tych stawkach byłby większy od istniejącego poziomu zatrudnienia. W przypadku równości płacy realnej i krańcowej przykrości pracy (ujemnej użyteczności, inaczej względy skłaniające jednostkę do powstrzymywania się od pracy) sprowadzamy się do sytuacji braku bezrobocia ,,niedobrowolnego”, czyli „Pełnego zatrudnienia” (świadomie pomijam bezrobocie frykcyjne).

Więcej zatrudnionych = większy PKB

Pozwolę opisać sobie prosty mechanizm, który pozwoli nam zrozumieć korelację wzrostu zatrudnienia ze wzrostem dochodu realnego. Na początku podajmy sobie termin popytu efektywnego, który oznacza punkt złączenia się funkcji łącznego popytu i łącznej podaży. O wysokości i sile popytu efektywnego wpływ mają skłonność do konsumpcji i stopa nowych inwestycji, które łącznie decydują o wielkości zatrudnienia, a ta wyznacza poziom płac realnych (tutaj odnoszę się do wcześniejszego akapitu). Wzrost skłonności do konsumpcji, który powoduje wzrost zagregowanego popytu a tym samym wzrost dochodu realnego, jest ekwiwalentny ze wzrostem dochodu rozporządzalnego, który możemy zwiększyć przez mechanizmy polityki fiskalnej, która w swojej istocie ma większe wahania od polityki monetarnej oraz przez wzrost zatrudnienia. Dlatego działania Banku Centralnego jak np. obniżka głównej stopy procentowej do poziomu 0,1% jest uzasadnione i konieczne, lecz nie będzie miało to takiego wpływu na zagregowany popyt wewnętrzny co sprawna polityka fiskalna i nacisk rządu. W skrócie wzrost zatrudnienia jest gwarantem wzrostu zagregowanego dochodu realnego i rozwoju gospodarczego państwa. Naturalną konsekwencją polityki pełnego zatrudnienia będzie rosnąca inflacja, która absolutnie nie jest problemem i w przypadku prowadzenia takiej polityki ekonomicznej jest obrazem rozwoju gospodarczego. W przypadku osiągnięcia stanu pełnego zatrudnienia wzrost inwestycji musi doprowadzić do nieustannego zwyżkowego wzrostu cen, bez względu również na krańcową skłonność do konsumpcji – wtedy dojdziemy do zjawiska inflacji. Zanim to się jednak stanie, rosnącym cenom będzie towarzyszył wzrost zagregowanego dochodu realnego.

Czy inflacja rzeczywiście jest problemem?

Gdy mówimy już o inflacji, to trzeba sobie podkreślić, że inflację można oczywiście łagodzić przez progresję podatkową, która mogłaby również być narzędziem zmniejszania współczynnika Giniego, zmuszając zamożne jednostki do zwiększania dochodu rozporządzalnego i zwiększenia skłonności do konsumpcji. Nie powinna jednak ona szczególnie dotykać małych przedsiębiorców dopiero wchodzących na rynek oraz osoby mniej zamożne, klasę pracującą. Tutaj musimy też podkreślić, że „pompowanie” pieniędzy w rynek nie powinna polegać na „pompowaniu” pieniędzy w najsilniejsze podmioty gospodarcze; celem „pompowania” pieniędzy powinno być zwiększanie zagregowanego popytu przez mechanizmy zaspokajające popyt na pieniądz przez podmioty średnio i mniej zamożne, które mają największą skłonność do konsumpcji. Dlatego tutaj kieruję mój zarzut do rządu Mateusza Morawieckiego i „Tarcz Antykryzysowych”, który były bardziej pomocą finansową biznesu, a nie ratowaniem pracowników z jarzma kryzysu.

Wracając jeszcze do deficytu, to musimy powiedzieć sobie jasno, że fundusze do umorzania długu są oszczędnościami publicznymi, które nie wpływają korzystnie na skłonność do konsumpcji, ale także tłumią jej potencjał, tym samym tłumiąc i osłabiają popyt efektywny. Jeżeli chcemy zapewnić sobie rozwój, nie możemy bać się deficytu.

Co robić?

Moim podstawowym zarzutem do społeczeństwa jest przeświadczenie, że oszczędności w przypadku obecnego zatrudnienia i kryzysu (natomiast tutaj chciałbym podkreślić, że ten kryzys różni się od kryzysu spowodowanego pękniętą bańką spekulacyjną, gdyż ten „koronawirusowy” jest całkowicie egzogeniczny) są czymś dobrym. Musimy przestać „kisić” pieniądze i zacząć je wydawać w interesie nas wszystkich. Jak wyżej opisałem mechanizm zatrudnienia, przez zwiększenie wydatków zapewniamy miejsca pracy. Musimy przestać myśleć egoistycznie i dbać o wspólny interes, jeżeli rząd boi się ryzykować, to weźmy sprawy w swoje ręce. Wyciągnijmy lekcję z PRL-u i zapewnijmy ludziom pracę, przy prowadzeniu takiej polityki niwelowania bezrobocia nawet „Gierkowski” kredyt nie był na tyle odczuwalny… W długim okresie stał się jedną z najlepszych inwestycji naszego kraju. Dlaczego? Władze PRL nie bały się deficytu i zadłużenia, a w ten sposób zapewniły dach nad głową obywatelom.

Warto sobie tutaj zacytować najwybitniejszego ekonomistę XX w. Johna Maynarda Keynesa – „Wznoszenie piramid, trzęsienia ziemi, nawet wojny mogą się przyczynić do wzrostu bogactwa, jeśli nasi mężowie stanu wychowani na zasadach ekonomii klasycznej nie potrafią się zdobyć na nic lepszego.”

Władza i kasa

Dzięki partii aktualnie i od lat rządzącej przywykamy powoli do przekonania, że politycy z górnej półki, ci z PiS-u, i nie tylko oni, nie są nędzarzami. Upubliczniono niedawno Polakom stan posiadania (dochody) wybrańców narodu. Robią wrażenie.

Coraz bardziej umacniają w przeświadczeniu, przynajmniej tych nieco myślących, że do polityki idzie się zasadniczo (ew. również) dla wpływów i pieniędzy. Że, dla czynienia dobra publicznego to taka ściema przy okazji, aby naród głosował i wybrał. Nawet ci najbardziej ideowi przestają z czasem stronić od konfitur. Jasne, że nie wszyscy politycy grzeszą pazernością, jednako polityka, zwłaszcza ta długotrwała i niepodzielna zasadniczo jak aktualnie w Polsce, korumpuje, niestety. Zapewne to nie polski wynalazek, jednako w europejskiej demokracji, do której rzekomo należymy, aspekt ten winien podlegać skutecznej kontroli, hamującej finansowe apetyty i zapędy parlamentarnych wybrańców i rządowych nominantów. Ale kto będzie kontrolował Kaczyńskiego i jego polityczną sitwę ?!
Mając przewagę w sejmie, poukładali wszystko w taki sposób, aby zapewnić sobie nietykalność prawną i polityczną. Np. zapisali w prawie, że w czasie pandemii koronawirusa urzędnicy państwa zwolnieni są: .. od odpowiedzialność za podjęte decyzje. To jakieś kuriozum, za którym można skryć każdy przekręt władzy. Przykłady cudownie znikającej grubej kasy już się pojawiają, i nikt za to nie odpowiada – maseczki i respiratory. Rodzą zasadne podejrzenia pod adresem władzy. Do beznadziejnie smutnych wniosków dochodzę obserwując rozpanoszoną prywatę i bezwstydny ciąg na kasę polityków Prawa i Sprawiedliwości, przyssanych od pięciu lat do cycka z publicznym groszem. Nie zamierzają puścić. Póki co, nie ma siły, aby ktoś im tego skutecznie zabronił. Łamią prawo ?? Skądże !! Wszystko jest legal artis. Ci, co pomstują na kasową niesprawiedliwość, grymaszą i zrzędzą, mogą im naskoczyć. Co najwyżej są w stanie się wkurzać buszując po Internecie na stronach z ujawnionymi dochodami polityków. Są tam prawdziwi rekordziści.
Jakkolwiek nie wyłącznie od Kaczyńskiego, ci od prezesa robią wrażenie szczególne, bo aktualnie i od paru lat przy korycie, jak zwykł to nazywać naród. Warto poczytać. Taki np. Zbigniew Ziobro, minister i prokurator w jednym – nie tylko on – tłucze kasę i nadyma majętność własną z godnym podziwu i pozazdroszczenia rozmachem. I niech kto spróbuje powiedzieć, że mu się nie należy. Ziobro jest żywą personifikacją zła nagrodzonego, nie tylko kasą, również rozległością przypisanych jego urzędowi uprawnień, które zaprzągł skutecznie dla prywaty m. innymi. . Zresztą, są lepsi od niego w mnożeniu kasy własnej. Przy politykach obławiają się kumple i familianci na licznych posadach zależnych od Państwa i samorządów. Pierwszy z brzegu przykład: media ostatnio donoszą, że lokalny działacz partii Kaczyńskiego, chyba z Ostrołęki lub okolic, rozwalił skutecznie w kolizji drogowej służbowy samochód należący do żony. Miał zakaz prowadzenia pojazdów. Właścicielka służbowego auta, żona sprawcy, pani Katarzyna, jest – trzeba trafu, gdyż to zapewne zdolna kobieta – wiceprezesem zarządu Energa Elektrownie Ostrołęka SA. Nie czepiam się: każdy może być wpływowym działaczem partii rządzącej, rozwalić prowadzony bez uprawnień samochód, przy tym mieć małżonkę na wypasionym stanowisku w spółce skarbu państwa. Dotąd takie wypasy przynależały wyłącznie, jak nieustannie obwieszcza propagandowa młócka, do (tfu!) komunistów. Ten przykład, jeden z mnogich w sieci wzajemnych powiązań i partyjnych zależności w Prawie i Sprawiedliwości, ukazuje patologię władzy, w której z elegancją hipopotama tapla się PiS. Tak oto rodzi się, rozrasta i krzepnie rządowy, kumpelski i familijny układ żywotnie i dożywotnio zainteresowanych rządami nominatów Prawa i Sprawiedliwości. Wszak, należy im się !! Dopisuje się do tego krąg kolejny, równie krzepki i rozległy, zadawalający się tym, co łaskawie spadnie z pańskiego stołu, pod postacią 500 plus i innych socjałów. To ostanie da się po ludzku zrozumieć, gdyż dla wielu beneficjentów są to kwoty spore, nie bez znaczenia dla domowych budżetów. Nie zmienia to faktu, że głosujący na partię Kaczyńskiego pogrążają się w myślowym letargu. Kochają Dudę i Morawieckiego, nie mówiąc o prezesie. Wcale zapewne niemała grupa miłośników Prawa i Sprawiedliwości nie ma zamiaru splamić się pracą, Po co, skoro Państwo daje. Tak trzymać. Jesteśmy na finansowej prostej typu „greckiego”. Jeśli do tego dodać wiszącą nad Polską prezydencką recydywę z Dudy, to już jakieś szaleństwo. Pozostaje tylko sprawą czasu, kiedy pogrążymy się w gospodarczej zapaści i UE będzie musiała wyciągać nas z tego bagna. Media zwane publicznymi, z TVP i jej odnogami na czele, mącą we łbach skutecznie. Doprawdy, coraz trudniej zrozumieć, jak coś takiego jest możliwe w demokratycznym, i chcącym uchodzić za wzorzec kultury rozmaitej i nieskończonej, państwie. Poczucie osobistej bezsilności wobec tego co dzieje się w polskiej polityce – wobec Dudowego zagrożenia zwłaszcza – próbuje rekompensować sobie, między innymi, zapisem jak wyżej. Uspokoić się jednak jakoś nie mogę. Niech to szlag trafi.

Gospodarka 48 godzin

Rośnie deficyt
Rząd PiS, niemal w całości wprzęgnięty w kampanię wyborczą Andrzeja Dudy, nie ma czasu, a pewnie i ochoty, by zajmować się takimi „drobiazgami” jak nowelizacja, kompletnie już zdezaktualizowanego budżetu państwa. Tymczasem czas goni. „Kluczowe jest przygotowanie nowelizacji budżetu państwa na 2020 rok oraz założeń makroekonomicznych przyszłorocznego budżetu. Obecnie obowiązujący budżet państwa, podpisany przez prezydenta 30 marca, zakłada zerowy deficyt i szybki wzrost gospodarczy. Potrzebne są więc nowe założenia budżetu, zakładające, że nastąpi spadek naszego produktu krajowego brutto o około 4-7 proc. W konsekwencji dużo mniejsze będą wpływy podatkowe. W rezultacie, deficyt sektora finansów publicznych, liczony według metodologii Eurostatu wyniesie około 200 mld zł.” – twierdzi prof. Stanisław Gomułka, ekspert Business Centre Club. Rządowi PiS jednak nieśpieszno do nowelizacji budżetu. Prawdopodobnie nadal będzie zaangażowany w kampanię wyborczą Andrzeja Dudy, a przed drugą turą wyborów niezręcznie przedstawiać projekt budżetu z dużym deficytem, bo to mogłoby ograniczyć szanse wyborcze obecnego prezydenta. Niewykluczone więc, że nowelizacja budżetu odbędzie się na raty. Najpierw, jeszcze przed drugą turą wyborów, zostanie przedstawiony projekt budżetu z stosunkowo niewielkim deficytem. Jesienią zaś, po drugiej turze nastąpiłaby kolejna nowelizacja budżetu, już rzeczywista i dopasowana do warunków gospodarczych.

Szubienica pod urzędem

Ostatnie dni roku szkolnego część wrocławskiej młodzieży uczciła postawieniem szubienicy pod tamtejszym Urzędem Wojewódzkim. Protestujący żądali wprowadzenia edukacji klimatycznej. Podobne protesty zaplanowano w kilku innych miastach za sprawą tzw. Młodzieżowego Strajku Klimatycznego oraz brytyjskiego, już dorosłego ruchu Extinction Rebellion. Aktywiści i aktywistki protestowali zwłaszcza z powodu braku jakiejkolwiek odpowiedzi Ministra Edukacji Narodowej Dariusza Piontkowskiego na apel o wprowadzenie do programów nauczania edukacji o klimacie. Młodzieżowy Strajk Klimatyczny przesłał do Ministerstwa Edukacji Narodowej ów apel po pojawieniu się przygotowanego przez ministerstwo materiału edukacyjnego na temat zmian klimatu, gdzie pokazano globalne ocieplenie jako zjawisko niosące niemal same korzyści dla naszej planety. Protestujący żądali, by Dolnośląski Kurator Oświaty spotkał się z delegacją wrocławskiej młodzieży, która chciała przedstawić swoje racje oraz domagać się interwencji w Ministerstwie Edukacji. Od ministra Piontkowskiego żądali zaś odpowiedzi na złożony apel. „Ministrze! Domagamy się rzetelnej i ogólnodostępnej wiedzy na temat naszej przyszłości!” – głosił m.in. ich apel. Zbudowano też szubienicę, pod którą uczennicę stojącą na książkach, symbolicznie trzymała przy życiu nauka o klimacie. Protestujący przygotowali deklarację wsparcia wprowadzenia edukacji klimatycznej, domagając się, by podpisał ją kurator podczas żądanego przez nich spotkania. Kurator się z nimi nie spotkał, tłumacząc to innymi zajęciami, natomiast zaprosił ich na 14 lipca, co protestujący przyjęli z niezadowoleniem, uznając iż zmniejsza to szanse na wprowadzenie edukacji klimatycznej w nadchodzącym roku szkolnym.

Gospodarka 48 godzin

Deficyt już czeka
Nie będzie pierwszego w historii III RP budżetu bez deficytu. Zamrożenie naszej gospodarki spowodowało, iż konieczna staje się nowelizacja ustawy budżetowej, aby uwzględnić skutki nieuniknionego kryzysu. Minister finansów Tadeusz Kościński oświadczył, że deficytu nie unikniemy, a nowelizacja budżetu czeka nas prawdopodobnie w drugiej połowie lipca. Na razie nie wiadomo, jaka wielkość deficytu zostanie zapisana w projekcie nowelizacji ustawy budżetowej. Niewykluczone, że będzie to nawet niemal 100 miliardów złotych.
Małe Zaolzie
Przypomina się dawny, dobry rok 1938 oraz świetne (acz krótkie) mocarstwowe tradycje II Rzeczypospolitej, tak bliskie obecnemu obozowi rządzącemu. Właśnie wtedy, w październiku 38, niektórzy przedstawiciele ówczesnych polskich władz uznali rządzony przez siebie kraj za mocarstwo. Ukazała się też książka, pod prostym, bezpretensjonalnym tytułem: “Polska jest mocarstwem”. Owym mocarstwem staliśmy się, gdy korzystając z wystąpienia Niemiec przeciwko Czechosłowacji “zdobyliśmy” Zaolzie, na zasadzie zgarniania okruchów z pańskiego stołu. Wtedy to nasz wielki wódz Rydz-Smigły wydał genialny w swej lapidarności rozkaz: Maszerować!. Niedługo potem marszałek Rydz-Smigły w popłochu odmaszerował za granicę uciekając przed Niemcami, a II Rzeczpospolita przestała być mocarstwem (oraz przestała być w ogóle).
I oto teraz, w groźnym czasie pandemii, po raz trzeci w ostatnich wiekach (licząc wraz z sojuszniczym najazdem w 1968 r.), żołnierze polscy dzielnie wkroczyli na czeskie ziemie. Polskie wojsko “sforsowało” most na potoku Troja oraz zajęło z góry upatrzone pozycje, okupując część czeskiej wsi Pelhrimovy. Po zakończeniu tej ofensywy, nasze linie obronne wyposażone w broń maszynową, otoczyły zabytkową kapliczkę, z pewnością ważny punkt strategiczny. Polscy żołnierze, mimo przewagi liczebnej wroga, bohatersko odpierali wszelkie ataki Czechów, pragnących odwiedzić swoją kapliczkę. Ostatecznie, nieprzyjaciela odepchnięto na dystans 10 metrów od polskich linii obronnych wokół kapliczki. Strat w ludziach i sprzęcie nie było.
Nie wiadomo, kto tym razem wydał polskiemu wojsku rozkaz: Maszerować!. Zgodnie z trwałą praktyką rządu PiS, nikt z tej ekipy nigdy nie przyznaje się do błędu. Również i w tym przypadku nie ma winnego po polskiej stronie. Polski rząd w postaci Ministerstwa Obrony Narodowej oraz Ministerstwa Spraw Zagranicznych oczywiście nie czuje się winny. W wyniku interwencji dyplomatycznej z czeskiej strony, polskie ministerstwa wydały oświadczenie, które stwierdza krótko: „Uważamy, że było to niewielkie nieporozumienie”. W ten sposób rząd PiS daje do zrozumienia, że jeżeli można tu mówić o winie, to leży ona po obu stronach. Ot, po prostu jakoś nie dogadaliśmy się z Czechami, chcieliśmy im pomóc (podobnie jak w 1968 r.), może nawet prosili nas o tę pomoc, ale przez ten ich dziwny język doszło do małego przekłamania. Nie bądźmy zresztą drobiazgowi, parę kilometrów przesunięcia wojsk w jedną czy drugą stronę, naciśnięcie takiego czy innego guzika, skierowanie sterów samolotu w górę czy w dół – to przecież żadne różnice, a Czesi niepotrzebnie robią zaraz halo, zakłócając dobrosąsiedzkie relacje.