Gospodarka 48 godzin

„Odbudowa” zdrowia
Premier Mateusz Morawiecki zapowiedział zniesienie od najbliższego czwartku limitów w dostępie do lekarzy specjalistów. Ma to być jeden z pięciu punktów zapowiadanego przez ministra zdrowia Adama Niedzielskiego tzw. planu odbudowy zdrowia Polaków. Oczywiście od zniesienia limitów nie zwiększy się liczba lekarzy specjalistów. Będzie ich tak samo mało jak dotychczas, i tak samo trudno będzie się do nich dostać – tyle, że już bez limitów. Tak właśnie prominenci PiS będą „odbudowywać” zdrowie Polaków. W temacie odbudowywania polskiego zdrowia przez Prawo i Sprawiedliwość warto jeszcze dodać, że za czasów rządów tego ugrupowania drastycznie rośnie umieralność mieszkańców naszego kraju. W ubiegłym roku zmarło 477,3 tys. osób, co oznacza, że liczba zgonów w stosunku do 2019 r. wzrosła o prawie 68 tys. Współczynnik zgonów na 100 tys. ludności przekroczył 1240, co jest najwyższą wartością od 1951 r. w trudnym czasie powojennym. Pod panowaniem PiS szybko wymieramy. W okresie 12 miesięcy, licząc od kwietnia 2020 do kwietnia 2021, w Polsce zmarło 529 tys. osób, zaś urodziło się tylko 348 tys. Tzw. deficyt demograficzny wynosi zatem już 181 tys. W czasie funkcjonowania Programu 500 plus następuje także systematyczny spadek liczby urodzeń. W kwietniu bieżącego roku urodziło się 27,5 tys. dzieci, podczas gdy rok temu 28,8 tys.

Kolejowe podróże
Jak zbadał państwowy przewoźnik PKP Intercity, 59 proc. Polaków jest otwartych na spontaniczne wyjazdy, rezerwowane z co najwyżej kilkudniowym wyprzedzeniem. Deklarują oni, że lubią podróżować w ten sposób. Na takie podejście do kolejowych podróży wpłynął ponoć zwłaszcza ostatni, pandemiczny rok. Najwięcej miłośników spontanicznych wyjazdów jest co zrozumiałe, wśród najmłodszych respondentów (do 24 lat). Głównymi powodami tych spontanicznych podróży są zazwyczaj – co za niespodzianka! – chęć odpoczynku (42 proc.) i wolny czas do zagospodarowania (30 proc.). Ponadto 52 proc. Polaków deklaruje, że chętnie wyjeżdża do innych miast na krótki odpoczynek, tzw. city break. Jednocześnie 57 proc. uważa, że city breaki będą coraz popularniejsze w kolejnych latach i jedynie 7 proc. jest odmiennego zdania. Najczęściej (65 proc. wskazań) tak uważają naturalnie osoby młodsze, w wieku 25-34 lata. Z badania wynika też, że 52 proc. respondentów wybrałoby wyjazd pociągiem w mniej popularnym terminie, np. w środku tygodnia (wtorek – czwartek), jeśli cena biletu byłaby znacząco niższa. Jedynie co szósty badany nie uznaje niższych cen za wystarczającą zachętę do podróży. W PKP Intercity można znaleźć w promocji bilety, których cena, jak zapewnia ten przewoźnik, na najpopularniejszych trasach zaczyna się od 49 zł. Dodajmy, że chodzi raczej o te najkrótsze trasy. W ramach obowiązującego już wakacyjnego rozkładu jazdy każdego dnia na tory wyjeżdża średnio 426 pociągów, podczas gdy w ubiegłorocznym okresie letnim na tory wyjeżdżało średnio 410 składów dziennie. Poziom tegoroczny to powrót do ostatnich wakacji przed pandemią – latem 2019 roku PKP Intercity uruchamiał każdego dnia średnio 425 pociągów. Od rozpoczęcia pandemii w marcu 2020 roku PKP Intercity wykonał 456 tys. dezynfekcji swoich pociągów.

„Polski Ład” sprzyja deficytowi mieszkań

Pomysły „zjednoczonej prawicy” nie poprawią znacząco sytuacji mieszkaniowej Polaków, ponieważ barierą jest nie popyt na mieszkania, lecz ich podaż. Przeciwnie, deficyt będzie nadal znaczący.
Prawo i Sprawiedliwość, Porozumienie i Solidarna Polska, ogłaszając „Polski Ład”, przedstawiły w nim szereg propozycji dla rynku mieszkaniowego. Najbardziej istotne z nich to państwowe gwarancje wkładu własnego do kredytu mieszkaniowego oraz dopłaty dla rodzin wielodzietnych i korzystających z budownictwa społecznego. Pamiętając, iż „Polski Ład” jest programem stricte propagandowym, nie można jednak nie zauważyć, że są to propozycje, w ramach których podatnicy będą dopłacać do zakupu mieszkań na własność, co w przeszłości na świecie prowadziło do wzrostu cen mieszkań, a w skrajnych przypadkach baniek cenowych i kryzysów. Zmierza to też, wbrew celowi dotychczas niby podzielanemu przez rząd, do zahamowania rozwoju rynku najmu, który jest tańszy i wspiera mobilność społeczną.
Zaproponowane programy nie zwiększą istotnie dostępności mieszkań, ponieważ barierą w Polsce jest nie popyt na mieszkania, lecz ich podaż. W ostatniej dekadzie coraz więcej firm budowlanych zgłaszało braki wykwalifikowanych pracowników, ceny materiałów oraz niejasne, niespójne i niestabilne przepisy prawne jako bariery działalności – zauważa Forum Obywatelskiego Rozwoju.
Wzrost barier regulacyjnych widać również we wzroście długości oczekiwania na decyzje o warunkach zabudowy i pozwoleniu na budowę w latach 2015–2019. Natomiast niedostateczny popyt był zgłaszany od czasu bańki na rynku nieruchomości coraz rzadziej i jako jedna z ostatnich barier. O skali barier podażowych przekonał się rząd PiS, kiedy fiaskiem skończyła się jego zapowiadana budowa 100 tys. tanich mieszkań na wynajem.
Postulaty budowy domów o powierzchni zabudowy do 70 m2 bez zbędnych formalności i cyfryzacji procesu inwestycyjno-budowlanego są słuszne, nie rozwiążą problemów rynków mieszkaniowych w największych metropoliach, gdzie ceny rosną najszybciej – wskazuje FOR. Rząd powinien zatem wykorzystać cyfryzację do zbierania i corocznej publikacji danych o barierach budowlanych we wszystkich gminach w Polsce. Pozwoliłoby to lepiej ocenić skalę i koszty barier regulacyjnych, a tym samym umożliwiło ich reformowanie w oparciu o dowody.
Zabawne jest, że rząd tzw. zjednoczonej prawicy za swój cel, nakreślony w „Polskim Ładzie” uważa zmniejszenie deficytu mieszkań, których dziś brakuje dla ok. 1,7 mln osób. W 2030 r., w wyniku wykonaniu „Polskiego Ładu” ma ich brakować tylko dla 500 tys. osób.
Rzecz w tym, że Główny Urząd Statystyczny, oceniając tempo wzrostu zasobu mieszkaniowego w Polsce, przewiduje, że w 2030 r., bez żadnego „Polskiego Ładu”, mieszkań będzie brakować dla 430 tys. osób. Tak więc, „Polski Ład” sprawi, że mieszkań zabraknie dla 70 tys osób więcej. Prawicy trzeba pogratulować skuteczności!

Gospodarka 48 godzin

Lepiej niż oczekiwano
Spadek naszego produktu krajowego brutto w ubiegłym roku o 2,8 proc. jest słabszy, niż zakładany przez rząd w projekcie budżetu na 2021 r. spadek o 4,5 proc. Tym niemniej, jest to w dalszym ciągu najgorszy wynik w całym okresie polskiej transformacji. Ponadto, w pierwszym kwartale ubiegłego roku mieliśmy wzrost gospodarczy wynoszący 2 proc. rok do roku, a więc spadek PKB w ostatnich trzech kwartałach wynosił w relacji rocznej 4,4 proc. Recesja byłaby głębsza, gdyby nie podtrzymanie zatrudnienia i płac, a w konsekwencji i spożycia. Kosztem był wzrost długu publicznego – zauważa prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista Business Centre Club. Na tle Unii Europejskiej nasza recesja jest umiarkowana z dwóch powodów: dużej nadwyżki eksportowej (szczególnie w handlu z Niemcami), która podtrzymała i nadal podtrzymuje wysoką aktywność dużej części przemysłu, oraz niewielkiego – w porównaniu z Europą południową i Francją – znaczenia w Polsce sektora turystyki. Duże środki z UE podtrzymały też inwestycje infrastrukturalne. Tym niemniej, pomimo dużego wzrostu budownictwa mieszkaniowego, inwestycje w kapitał trwały spadły w Polsce ogółem w ubiegłym roku o 8,7 proc. w porównaniu z 2019 r., czyli do poziomu 17,1 proc. PKB. Warto zauważyć, że pandemia bynajmniej nie wywołała światowej recesji, ponieważ nadal silny wzrost gospodarczy wciąż trwał m.in. w Chinach, Tajwanie, Wietnamie czy Korei Południowej. W przypadku UE, w tym Polski, oraz USA można oczekiwać odbicia od drugiej połowy bieżącego roku, po wprowadzeniu masowego programu szczepień w jego pierwszej połowie – przewiduje prof. St. Gomułka. W skali całego 2021 roku oczekuje on powrotu polskiego PKB do poziomu z 2019 r.

Deficyt w ryzach
W grudniu ubiegłego roku deficyt budżetowy w Polsce wyniósł 71 miliardów złotych. To najwyższy deficyt miesięczny w ciągu całej polskiej transformacji. Na ten wynik miała jednak w dużej mierze wpływ księgowość, gdyż Polska, jeśli wierzyć słowom premiera Mateusza Morawieckiego, osiągnęła w 2020 r. deficyt budżetowy o 25 mld zł mniejszy od tego, jaki założono w budżecie. Oznacza to, że wyniósł on około 84 mld zł, bo w ustawie zapisano 109 mld zł.

Będziemy bardziej mobilni
Rząd znowelizował prawo oświatowe, wprowadzając rozszerzone mechanizmy kontroli i nadzoru nad karierami zawodowymi Polaków. „Wprowadzony zostanie system monitorowania karier edukacyjno-zawodowych absolwentów szkół ponadpodstawowych” – stwierdziła Rada Ministrów. Dzięki temu, wedle obietnic rządu, system kształcenia miałby lepiej odpowiadać na potrzeby rynku pracy oraz umożliwiać absolwentom tzw. mobilność edukacyjną i zawodową. Nie bardzo wiadomo, w jaki sposób śledzenie zawodowych karier Polaków miałoby zaowocować lepszą odpowiedzią systemu kształcenia na potrzeby rynku pracy. Wiadomo jednak, że umożliwienie, a nawet zgoła wymuszenie mobilności obywateli (niekoniecznie edukacyjnej i zawodowej) ma duże znaczenie dla rządu PiS. Pilotażowo, rząd zaczął już wdrażać program mobilności. Na razie objęto nim prokuratorów, a trwają też przymiarki do spowodowania mobilności sędziów.

Inflacyjny skok na finanse Polaków

W czasie rządów Prawa i Sprawiedliwości inflacja wzrosła. Z jednej strony program socjalny daje, a z drugiej strony inflacja zabiera.

Bardzo ważnym wskaźnikiem, wpływającym na poziom życia jest inflacja. W listopadzie ubiegłego roku w Polsce inflacja była najwyższa w Europie (3,7 proc.). W kolejności za nami były Węgry i Czechy (2,8 proc.), Rumunia (1,7 proc.) oraz Słowacja (1,6 proc.). Najniższą inflację miała Grecja (- 2,1 proc.) i Estonia (- 1,2 proc.), a średnia inflacja dla strefy euro wynosiła minus 0,3 proc. Kraje z inflacją do ok. 4,5 proc. to: Holandia, Niemcy, Malta, Bułgaria, Słowenia, Rumunia, Austria. Dane te zostały podane na podstawie wyliczeń Eurostatu za listopad 2020.
W pierwszych dniach stycznia 2021 r czekała nas jednak niespodzianka. Inflacja za grudzień według wstępnych danych podanych przez Główny Urząd Statystyczny wynosi w Polsce tylko 2,3 proc. w porównaniu do grudnia ubiegłego roku. Pewnym wytłumaczeniem tej sytuacji jest wysoka baza porównawcza – czyli grudzień 2019 r, kiedy bardzo znaczący był wzrost cen artykułów spożywczych (6,9 proc.).
Tym niemniej prognoza inflacyjna Eurostatu dla Polski na 2021 r (2 proc.) i założenia budżetu państwa (1,8 proc.) są nierealne i mają raczej charakter życzeniowy. Obecnie ma miejsce zarówno luka popytowa, jak też podażowa. Oddziaływanie tej drugiej jest zdecydowanie silniejsze ze względu na ograniczenia w podaży usług (gastronomia, hotelarstwo, branża fitness). Należy liczyć się z tym, że kiedy gospodarka „ruszy”, nastąpi wzrost cen w tych branżach. Obecnie nawet mieszkania (wprawdzie dotyczy to niewielkiej części populacji) „trzymają” swoją cenę. Ponadto planowany wzrost cen energii (ok. 10 proc.) i wywozu śmieci (ok. 50 proc.) będzie przekładać się znacząco na wzrost czynszów.
Spośród ogółu zjawisk inflacyjnych warto skomentować jak w ciągu lat kształtuje się indeks cen towarów i usług konsumpcyjnych (CPI = Consumer Price Index) – ponieważ ten wskaźnik najbardziej bezpośrednio wpływa na poziom życia ludności. W Polsce wskaźnik ten rośnie systematycznie od 2000 r., osiągając w 2019 r. 150 proc. jego wielkości w 2000 r.
W ostatnim dziesięcioleciu najniższa inflacja w Polsce miała miejsce w latach: 2003 (0,80 proc.), 2013 (0,90 proc.), a od lipca 2014 r. do października 2016 r. inflacja była poniżej 0,00 proc. Od tego momentu systematycznie rośnie osiągając w listopadzie 2020 r. poziom 3,7 proc. .
Nie od rzeczy będzie przypomnienie, że od lat cel inflacyjny Narodowego Banku Polskiego to 2,5 proc.. W tym kontekście założenia przyjęte w budżecie państwa (inflacja 1,8 proc.) to jakiś „lapsus”. Można też zadać pytanie, dlaczego cel inflacyjny NBP to aż 2,5 proc.?. To już z założenia jest drenowaniem społeczeństwa.
Przy tej okazji należy zwrócić uwagę, że właśnie w czasie ostatnich lat rządów Prawa i Sprawiedliwości inflacja wzrosła. Z jednej strony program socjalny daje, a z drugiej strony inflacja zabiera.
W tym też kontekście należy zwrócić uwagę na zjawiska jakie miały miejsce w końcowych miesiącach 2020 r. w obszarze finansów ludności. Z kont bankowych wycofano 20 proc. gotówki, która zasiliła sferę popytu. Jest to konsekwencja drastycznego obniżenia stóp procentowych. W tym kontekście są więc ekonomiści, którzy zwiastują w 2021 r. inflację w Polsce na poziomie 6 – 7 proc.
W związku z pandemią zmieniło się dotychczasowe restrykcyjne podejście do wielkości długu publicznego. Traktat z Maastricht przewiduje relację długu do produktu krajowego brutto na poziomie 60 proc. Ograniczenie takie jest również zawarte w naszej Konstytucji. W związku z pandemią koronawirusa Komisja Europejska uruchomiła tzw. „ogólną klauzulę wyjścia”, przewidzianą w Pakcie Stabilności i Wzrostu.
Klauzula ta umożliwia państwom członkowskim przekroczenie ustalonej w Traktacie relacji. To elastyczne podejście ma ułatwić reakcję państw na kryzys wywołany pandemią – umożliwia zasilanie finansowe przez państwo tych firm, które w związku z pandemią mają zawieszoną, bądź ograniczoną działalność.
Polska uruchomiła rządowy program walki z pandemią poprzez utworzenie w Banku Gospodarstwa Krajowego Funduszu Przeciwdziałania Covid–19 – oraz Tarczy Finansowej funkcjonującej w Polskim Funduszu Rozwoju. Fundusz i Tarcza zostały zaliczone do sektora instytucji rządowych i samorządowych, a nie do sektora finansów publicznych.
Rozmiary długu wynikają z zaciąganych pożyczek na finansowanie pomocy udzielanej potrzebującym firmom. Jednym ze skutków rozwijającej się pandemii jest bezrobocie. W tym względzie Polska na tle krajów europejskich prezentuje się doskonale – jest na drugim miejscu (ok. 3,0 proc.) po Czechach (ok. 2,5 proc.). Niewątpliwie jest to zasługa wsparcia finansowego dla firm, żeby nie musiały zwalniać pracowników. Najwyższe bezrobocie mają: Litwa (ok. 9,5 proc.) i Hiszpania (ok. 15,5 proc.). Średnia dla UE w listopadzie ubiegłego roku to ok. 7 proc., a dla strefy euro ok. 7,5 proc.,według danych Eurostatu.
Zgodnie z rządową „Strategią zarządzania długiem publicznym” dług sektora instytucji rządowych i samorządowych w relacji do PKB wynosi w 2020 r. 61,9 proc., a na 2021 r. prognozuje się 64,1 proc. Prognozy zakładały też, że deficyt budżetu państwa w 2020 r wyniesie około 100 miliardów złotych.
Przyjęty przez Sejm budżet państwa przewiduje deficyt w 2021 r. w wysokości 82,3 mld zł, co stanowi według metodologii UE około 6 proc. PKB.
Pojawiają się zarzuty, że rząd w celach wizerunkowych zaniża deficyt budżetu państwa przenosząc wydatki związane z koronawirusowym wsparciem do funduszów celowych. Konfederacja Lewiatan sporządziła na tę okoliczność raport., w którym stwierdza, że wartość wsparcia dla firm przekroczy 200 mld zł, które powinno powiększyć deficyt budżetu państwa w 2020 r. (Artykuł na ten temat p.t. „Europa nam ucieka” ukazał się w Trybunie z 16–18.10.2020 r.). Opozycja w różnych wypowiedziach swoich przedstawicieli krytykuje to wizerunkowe rozwiązanie, twierdząc, że deficyt budżetu państwa w 2020 r. wynosił 300 mld zł.
Dużą pomocą w wychodzeniu naszej gospodarki na prostą będą fundusze Unii Europejskiej. Na szczęście nie doszło do zawetowania budżetu UE przez Polskę i Węgry. Po tym kilkutygodniowym spektaklu, którym żyła opinia publiczna w Polsce i w Europie pozostał tylko niesmak.
Polska jest jednym z największych beneficjentów pomocy finansowej, którą UE zorganizowała, aby pomóc państwom członkowskim w podźwignięciu ich gospodarek po regresie spowodowanym pandemią. W ramach tej pomocy dla Polski przewidziane jest wsparcie w postaci: 123 mld euro dotacji z budżetu UE w latach 2021 – 2027 plus 27 mld euro dotacji z Funduszu Odbudowy. Poza tym Polska może starać się o 32 mld euro tanich pożyczek z Funduszu Odbudowy.

MFW bada stan naszej gospodarki

Dotychczas realizacja programów wsparcia przebiegała generalnie szybko i solidnie, co powinno pomóc w ograniczeniu długoterminowych szkód dla gospodarki. W Polsce konieczne jest jednak podwyższenie wieku emerytalnego.
Misja Międzynarodowego Funduszu Walutowego przeprowadziła w Polsce wirtualną wizytę w dniach 2-19 listopada br. Efektem jej prac było oświadczenie na temat stanu polskiej gospodarki oraz działań rządu.
Oświadczenie stwierdza, że aktywność gospodarcza w Polsce spadnie w bieżącym kwartale, co oznacza, że produkcja może spaść o 3,4 proc. w całym 2020 r.
Kluczowym wyzwaniem stojącym przed polskimi decydentami jest kontrolowanie pandemii i zapobieganie trwałym szkodom dla gospodarki. Aby stawić czoła trwającej drugiej fali, Polska powinna wykorzystać istniejące możliwości w celu zapewnienia dodatkowego wsparcia dotkniętym kryzysem firmom i gospodarstwom domowym oraz zwiększać wydatki na ochronę zdrowia w nadchodzącym roku.
Kiedy pandemia zostanie opanowana, a ożywienie gospodarcze utrwali się, polska polityka będzie musiała być w coraz większym stopniu ukierunkowana na zwiększenie podaży siły roboczej i sprzyjanie alokacji zasobów potrzebnych do powrotu do silnego wzrostu sprzed pandemii.
Oczekuje się, że spowolnienie działalności spowodowane wzrostem liczby infekcji wirusowych i związanymi z nimi ograniczeniami sanitarnymi ustąpi w 2021 r. W rezultacie wzrost gospodarczy Polski prognozowany jest na 2,7 proc. w przyszłym roku.
Misja MFW zauważa jednak, że istnieje możliwość nastąpienia kolejnych fal epidemii wirusów, co stanowi wyraźne ryzyko pogorszenia sytuacji. Wczesna dostępność szczepionki na Covid mogłaby jednak spowodować szybsze odbicie w 2021 r.
Ogólnie rzecz biorąc, Polska jest dobrze przygotowana do ożywienia, a sektor przedsiębiorstw wszedł w pandemię ze stosunkowo dobrymi bilansami i korzystał z wsparcia ze strony polityki fiskalnej i pieniężnej podczas pierwszej fali pandemii.
Jak zauważają przedstawiciele Międzynarodowego Funduszu Walutowego, kluczowe działania zachęciły firmy do utrzymania zatrudnienia poprzez dopłaty do wynagrodzeń, zapewniono wsparcie dochodów dla osób samozatrudnionych i bezrobotnych. Ponadto, firmom zaoferowano gwarancje kredytowe, umorzone mikropożyczki i pożyczki na utrzymanie płynności finansowej. Realizacja programów wsparcia przebiegała zasadniczo szybko i solidnie, co powinno pomóc w ograniczeniu długoterminowych szkód dla gospodarki.
W związku z tym misja MFW prognozuje, że polski wzrost gospodarczy w latach 2023 – 25 wyniesie średnio około 3,25 proc. Rezerwy zewnętrzne są wystarczające, aby zapewnić ochronę przed zewnętrznymi wstrząsami i zaburzonymi warunkami rynkowymi. Istnieją też szanse dalszego wsparcia fiskalnego, którego może wymagać rozwój pandemii.
Misja MFW zwraca uwagę, że zmniejszenie wskaźników długu publicznego w ostatnich latach umożliwiło rządowi energiczną reakcję na kryzys. Ponadto rząd zgromadził duże rezerwy gotówki i ma korzystny dostęp do rynków kapitałowych. W ramach konstytucyjnego limitu zadłużenia Polski pozostaje miejsce, a poziom zadłużenia jest stabilny i stworzono miejsce na dodatkowe wsparcie fiskalne w 2021 r. W związku z tym programy rządowe mogą i powinny być przedłużane w miarę potrzeb w nadchodzącym roku, nadal priorytetowo traktując zachowanie zatrudnienia, dochodów i rentowności przedsiębiorstw.
Możliwy też jest jednak niekorzystny scenariusz dłuższego kryzysu w Polsce. Trwająca druga fala stanowi bowiem poważne wyzwanie, a środki pomocowe są mile widziane. Wiele firm zachowuje jeszcze bufor płynności z początkowej rundy wsparcia (tarcza finansowa z funduszu rozwoju). Bufor ten jest pomocny podczas drugiej fali pandemii. Jednak niektóre firmy stają w obliczu trudnego wyzwania w drugiej fali. Zatem rozszerzenie dodatkowego wsparcia na firmy i pracowników podczas drugiej fali pandemii byłoby właściwe.
Podejście oparte na pomaganiu wybranym sektorom może sprzyjać efektywnemu wykorzystaniu zasobów. Jednak grozi to pominięciem niektórych przedsiębiorstw nie powiązanych z dotkniętymi sektorami i dlatego powinno być uzupełnione wsparciem dla wszystkich firm doświadczających trudności.
Przewiduje się, że nawet po rozważeniu zastosowania znaczących środków fiskalnych dług publiczny pozostanie stabilny w średnim okresie – wskazuje misja MFW. Według jej prognoz, wydatki związane z kryzysem zwiększą deficyt budżetowy sektora instytucji rządowych i samorządowych do 8,9 proc. produktu krajowego brutto Polski w 2020 r. Dług brutto sektora instytucji rządowych i samorządowych wzrośnie natomiast do 59 proc. PKB i ustabilizuje się na tym poziomie w następnych latach. W miarę ożywienia gospodarczego deficyt powinien być stopniowo zmniejszany, aby uzupełnić bufory fiskalne, przy czym jego wielkość i tempo ograniczania muszą zależeć od siły ożywienia.
Zdaniem misji MFW, w Polsce konieczna jest poprawa polityki wydatkowej, w tym podwyższenie wieku emerytalnego i lepsze ukierunkowanie świadczeń socjalnych, wraz z dalszym wzmocnieniem strumienia dochodów budżetu państwa.

Czy PiS przegra przyśpieszone wybory?

Rząd stosuje kreatywną księgowość pokazując sytuację jako nienajgorszą. Oficjalnie „tylko” 109 miliardów złotych deficytu na ten rok.
Dla każdego myślącego człowieka szastanie pieniędzmi przez obecnie rządzących musi budzić niepokój, bo niby skąd budżet państwa może czerpać nieograniczone zasoby finansowe?. Połowa dorosłej ludności Polski łyka jednak propagandę sprawujących władzę bez żadnych wątpliwości i obaw – to wynik mistrzostwa Jarosława Kaczyńskiego i jego podkomendnych w ogłupianiu prostych ludzi, z główną narracją: jakim jesteśmy wspaniałym narodem, a ciemnota, zacofanie, lenistwo czy mierny dorobek to tylko opinie wrogów.
Inną dźwignią popularności rządzących jest rozdawnictwo państwowych pieniędzy (czyli naszych) dla określonych grup społecznych. Na pewno dodatkowe dochody poprawiają ich sytuację finansową. We współczesnych czasach większość państw prowadzi politykę socjalną dla najbardziej potrzebujących. W krajach europejskich działalność pomocowa jest dobrze rozwinięta. Jednak rzucając dodatkowe środki, dający powinni się zastanowić jaki jest cel i skutki takich akcji. W Polsce powinny dzwonić nam w uszach słowa z Pana Tadeusza: „Wiesz także, że część gruntów od zamku dziedzica zabrała i Soplicom dała Targowica”.
Nie dziwi, że w tamtych czasach przedstawiciele elit pchali się tłumnie do Targowicy – przecież dawano im, jak w cytowanym przypadku, zabierając patriotom. W dawnych czasach opowiadano, jakoby organizatorzy Targowicy za zdradę kraju otrzymali od Katarzyny II beczki masła zamiast obiecanych beczek złota. Była to legenda potępiająca rozpowszechnione w tamtych czasach, zjawisko kupowania ludzi, stanowisk, postaw, również głosów. Według zdroworozsądkowo myślących ludzi, obecne rozdawnictwo PiS ma za główny cel kupowanie wyborców, aby rządząca ekipa utrzymywała się przy władzy – i aby podobnie jak przed rozbiorami, rządzący i kler cieszyli się nieograniczoną władzą bez odpowiedzialności za własne czyny.
Niestety jak historia pokazuje, następne pokolenia płacą za błędy przodków, za błędy rządzących w końcu XVI wieku i później, zapłaciły pokolenia końca XVIII wieku – i skretyniały naród nie obronił istnienia państwa, dodatkowo zyskując opinię narodu który zniszczył własne państwo. Jak pisał urzędnik pruski „pośród wszystkich narodów w Europie, tylko wśród Polaków niewiedza i barbarzyństwo są daleko posunięte”. Zapomniano, że kiedyś był to wielki naród i kraj.
Zła opinia ciążyła Polsce podczas odzyskiwania niepodległości. W uzyskiwaniu poparcia alianckich mocarstw co do kształtu granic często padał argument: Polacy w przeszłości udowodnili że nie potrafią się rządzić. Za dzisiejsze rządy też zapłacą następne pokolenia.
Jeszcze nie wiadomo jak daleko postąpi, planowane przez rządzącą formacje, skretynienie narodu. Czy będzie jak przed rozbiorami, że kilka osób w kraju rozumiało co się dzieje, a reszta żyła w marzeniach i przekonaniu o szczególnej opiece opatrzności?. Może nie będzie tak źle – i już dzisiejsi wyborcy Prawa i Sprawiedliwości usłyszą od swoich wnuków czy prawnuków, że kiedyś działali na szkodę kraju i narodu.
Szkody mentalnościowe pojawiają się później i powoli, straty gospodarcze znacznie szybciej. Rządzący uwierzyli w cuda. Przytrafił się koronawirus, jest na kogo zganiać całą winę za trudną sytuację finansową państwa. Rząd stosuje kreatywną księgowość pokazując sytuację jako nienajgorszą. Oficjalne 109 miliardów złotych deficytu na ten rok, Komisja Europejska po wymieceniu poupychanych długów, wylicza na 270 mld zł – a to już tragiczna sytuacja.
Przyszły rok zapowiada się nie lepiej. Dojdą nowe długi, można wprawdzie liczyć na wielką dotację z Unii Europejskiej ale chyba nawet ta dotacja nie uratuje sytuacji – tym bardziej że grozi jej odebranie.
Ścisłą ekipę rządzącą – tych kilku facetów – można posądzać o wiele złego, ale nie o głupotę. Zapewne są to najcwańsi ludzie i przewidują ewentualne wyjście awaryjne. Widać już przygotowania do takiego scenariusza. Kaczyński spacyfikował Ziobrę aby uchwalić tzw. ustawę nieodpowiedzialność plus, dla ochrony przed prokuraturą pod innym kierownictwem. Kolejnym krokiem jest zabezpieczenie w tegorocznym budżecie – co stanowi kuriozum – przyszłorocznych wypłat trzynastej i czternastej emerytury. To chyba w obawie przed szybkim rozsypaniem się przyszłorocznego budżetu.
Chodzi o utrwalenie w głowach prostych ludzi obrazu PiS-u jako tych dobrych, co dają potrzebującym – a że generuje to kłopoty finansowe państwa, to już abstrakcja. To inni, ci co sprowadzą wydatki do możliwości budżetu, będą źli.
Dla naszego społeczeństwa przyszły rok może być ciężki. Jeżeli w ciągu ostatnich dwóch miesięcy pojawiają się informacji o procedurze upadłości czterech hut w Częstochowie, Chorzowie, Szopienicach i Ostrowcu Świętokrzyskim – a takich przedsiębiorstw jest w Polsce kilkanaście – to oznacza to spore załamanie produkcji. Można też się dowiedzieć się o upadłości lub złej kondycji wielu innych przedsiębiorstw. Wpływ na to mają nominacje swoich, miernych lecz wiernych (lub cwaniaków, takich udających).
Może więc Kaczyński zarządzi przedterminowe wyborach i PiS odda władzę w przyszłym roku, aby inni przynajmniej częściowo naprawili ich błędy? Pozwoli to obciążyć przejmujących władzę za kłopoty finansowe i wszystko co złe.
Nieutulony w żalu ludek wybierze ich ponownie za cztery lata – i PiS będzie mógł dalej budować Polskę, jako pośmiewisko Europy, na wzór Polski przedrozbiorowej.

Europa nam ucieka

Polskie władze powinny dokonać świadomego wyboru: czy chcą zapożyczać kraj na wystawną konsumpcję i balansować na granicy bezpieczeństwa w okresach dekoniunktury, czy też roztropnie zarządzać posiadanymi środkami.
Kiedy w marcu 2020 r. Europa stanęła przed widmem kolejnej recesji, zarówno państwa członkowskie, jak i instytucje Unii Europejskiej przystąpiły do działania. Pierwsze krajowe programy pomocowe pojawiły się w ciągu kilkunastu dni i koncentrowały się na utrzymaniu płynności firm oraz zatrudnienia. Były to programy w miarę hojne pod względem wydatków i równocześnie minimalizujące obciążenia administracyjne. Środki krajowe są tu uzupełniane przez strumienie europejskie: przede wszystkim Next Generation EU, ale także fundusze strukturalne z kończącej się i nadchodzącej perspektywy finansowej Unii Europejskiej.
Ta hojność jest na kredyt. Kraje Europy i Unia Europejska zadłużają się w imię szybszego wyjścia z recesji. O ile jeszcze rok temu panował konsensus co do konieczności systematycznej redukcji zadłużenia, dzisiaj rosnący dług przestał być tematem tabu. Zadłużamy się zbyt łatwo, więc proces ten wymaga szczególnej uwagi i transparentności – wskazuje Konfederacja Lewiatan w swym raporcie „Impuls dla Polski”. I zauważa, że w związku z szybko przyrastającym długiem nasz kraj nie może sobie pozwolić na utratę wiarygodności finansowej. Ale z drugiej strony, należy uznać, że dla średniej gospodarki otwartej, takiej jak Polska, nie było możliwości przyjęcia innej strategii niż podążanie za ogólnym trendem.
Tak więc, Europa się zadłuża, a my wraz z nią. Dzięki temu nie tylko ratujemy się przed recesją, ale też niwelujemy potencjalne zagrożenia: kolejnej fali emigracji zarobkowej do krajów radzących sobie lepiej oraz przejęć osłabionych firm przez lepiej wsparte firmy z zagranicy – wskazuje Lewiatan.
W nawiązaniu do tej opinii trzeba jednak dodać, że recesję i tak przecież już mamy, więc nie zapobiegły jej żadne polskie działania pomocowe. Kolejna fala emigracji zarobkowej nam nie grozi, bo atrakcyjne dla Polaków granice są zamknięte, a w krajach zachodnich rośnie bezrobocie i o pracę coraz trudniej. Wreszcie, przejęcie osłabionych polskich firm przez lepiej wsparte firmy z zachodu jest mało prawdopodobne, bo czas ogólnoeuropejskiego kryzysu nie jest dobrą porą na takie działania, a poza tym firmy z zachodu dotychczas już przejęły większość polskich firm, którymi były zainteresowane.
Nie zmienia to oczywiście faktu, że Polska powinna pilnować tego, żeby Europa nam jeszcze dalej nie uciekła, a zwłaszcza żeby nie uciekła nam strefa euro. Zasilanie fiskalne polskiej gospodarki osiągnęło poziom ok. 9,5 proc. naszego produktu krajowego brutto – nieco niższy od Niemiec ale relatywnie wysoki na tle pozostałych krajów UE, co jest uzupełnione także przez gwarancje Narodowego Banku Polskiego – ocenia Lewiatan.
Teoretycznie, jeśli traktować wiążąco wszystkie deklaracje PIS-owskiej ekipy, to wartość koronawirusowego wsparcia przekroczy 200 mld zł. Obejmuje one m.in.: tarczę finansową (100 mld zł), tarcze antykryzysowe (ok. 75 mld zł), bon turystyczny (4 mld zł), zasiłek solidarnościowy (2,5 mld zł) oraz Fundusz Inwestycji Samorządowych (6 mld zł). W przyszłym roku do pakietu dołączy jeszcze tzw. estoński CIT (5 mld zł).
Wiadomo oczywiście, że w rzeczywistości tych pieniędzy będzie znacznie mniej, ale i tak w 2020 r. polska gospodarka może się spodziewać względnie dużego zastrzyku środków. Nie da się wykluczyć, że te 9,5 proc. PKB to dopiero pierwszy etap stymulacji.
Jeśli sytuacja epidemiczna nie ulegnie znaczącej poprawie lub nastroje konsumentów się pogorszą, to nie pozostawiamy sobie dużej przestrzeni do dalszych „impulsów” finansowych. A w skrajnym przypadku może się okazać, że 2021 r. skończymy z dużym długiem, niepełną zdolnością do generowania dochodów i niedostateczną stymulacją fiskalną. W tym wariancie wyjście z recesji będzie jeszcze trudniejsze i bardziej bolesne dla społeczeństwa – uważa Lewiatan.
W swym raporcie zwraca też uwagę, że w Polsce dość powszechna stała się praktyka przenoszenia wydatków do funduszy celowych, których ujemne salda nie powiększają deficytu i długu. Zdaniem Lewiatana, nie oznacza to, że nasze zobowiązania stają się mniejsze, a jedynie, że ich nie widać. Oczywiście można argumentować, że w wielu europejskich krajach takie ograniczenia zobowiązań właściwie nie występują, bo limity zadłużania są opisane inaczej – nie jako poziom długu względem PKB. Nie zmienia to jednak faktu, że zobowiązaliśmy się traktować progi ostrożnościowe 55 proc. i 60 proc. PKB jako bezpieczniki. Swobodne traktowanie metod pomiaru deficytu i długu to nic innego jak wyjmowanie tych bezpieczników, a władza, która to robi, podważa do siebie zaufanie.
Kreatywność w księgowaniu wydatków publicznych nie przechodzi niezauważona także przez pożyczkodawców zagranicznych. Rosnąca dysproporcja między krajową i europejską metodologią szacowania deficytu będzie sygnalizować zagranicznym wierzycielom, że polskie obligacje czy bony skarbowe są jeszcze bardziej ryzykowne, niż wynikałoby to z oficjalnych deklaracji. W tym kontekście, jak dodaje Lewiatan, nie bez znaczenia pozostaje systematycznie niższa wiarygodność Polski jako kredytobiorcy w porównaniu do krajów strefy euro. Zaburzenie zaufania inwestorów zagranicznych przez niejasne operacje finansów publicznych doprowadzą do wzrostu kosztów obsługi długu lub ograniczą naszą zdolność do zadłużania.
Działania na rzecz zwiększenia transparentności sektora finansów publicznych (w szczególności uszczelniania stabilizującej reguły wydatkowej) są zatem niezbędnym krokiem w stronę przywrócenia porządku w obliczaniu dochodów i wydatków państwa. Umożliwi to dokonywanie świadomych wyborów: czy chcemy się zapożyczać na wystawną konsumpcję i balansować na granicy bezpieczeństwa w okresach dekoniunktury, czy też roztropnie zarządzać posiadanymi środkami i przez to być postrzeganymi jako dobrze rokujący, solidni pożyczkobiorcy.

Deficyt na gigancie

Pandemia koronawirusa pozwala rządowi na „przykrycie” wielu problemów w finansach publicznych, które istniały już przed kryzysem.
Liczba 590 kojarzy się z kodem kreskowym produktów pochodzących z Polski. Ale ta liczba to także numer druku sejmowego kolejnej ustawy COVID-owej. Najnowsza rządowa ustawa COVID-owa przynosi zaskakujące rozwiązania: pozwala przenosić w dużej skali wydatki budżetowe z 2020 roku… na rok 2021! Po co? Jaka jest skala wydatków, które zostaną przeniesione? Z powodu pandemii państwa dostały wyjątkowe „przyzwolenie” na wysoki deficyt w roku 2020. Polski rząd chce z tego wyjątku skorzystać podwójnie, bo budżet ugina się pod ogromnym deficytem strukturalnym.
COVID pozwala „przykryć” wiele problemów strukturalnych w finansach publicznych, które były już przed kryzysem. Dodatkową konsekwencją jest to, że przez dwa lata nie będzie dokładnie wiadomo, jaki jest naprawdę deficyt budżetowy w konkretnym roku. W rezultacie rzeczywisty stan finansów publicznych stanie się jasny i klarowny dopiero… na początku 2022 roku! – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Resort finansów zbudował fundamenty tej operacji, składając „Projekt ustawy o zmianie niektórych ustaw w celu przeciwdziałania społeczno-gospodarczym skutkom COVID-19 – Druk 590”, a także autopoprawkę do tego projektu. W nowelizacji budżetu zapisano już m.in. zasilenie Funduszu Ubezpieczeń Społecznych i Funduszu Sprawiedliwości kwotą 38 mld zł na poczet wydatków w 2021 r.
Poza tym, jak wskazuje TEP w projekcie i autopoprawce umieszczono szereg mechanizmów, które pozwalają na dalsze przesuwanie wydatków na kolejny rok. Zawierają one możliwości „upychania” z pomocą dotacji budżetowych „zapasów” w różnych funduszach pozabudżetowych, w tym tych nieobjętych regułą wydatkową. Mimo że stan epidemii pozwala na zastosowanie „klauzuli wyjścia” i przekroczenie reguły wydatkowej, to operacja kreatywnej księgowości trwa na dobre.
W ramach tych projektów przewidziano m.in.:
– zasilenie z budżetu państwa Polskich Linii Kolejowych i Funduszu Dróg Samorządowych, które zapewne będę te środki wydawać w roku przyszłym,
– wydłużono realizowanie tak zwanych wydatków „niewygasających”, czyli takich, które wymagały dokończenia na początku kolejnego roku budżetowego – do tej pory trzeba było je zakończyć do marca, teraz będzie można aż do listopada. A to oznacza, że budżet na rok 2020 tak naprawdę wygaśnie pod koniec roku 2021.
– możliwość wsparcia z budżetu Funduszu Wsparcia Policji, Funduszu Wsparcia Straży Granicznej, Funduszu Wsparcia Państwowej Straży Pożarnej oraz Funduszu Modernizacji Sił Zbrojnych. A te fundusze – podobnie jak w przypadku Funduszu Ubezpieczeń Społecznych i Funduszu Sprawiedliwości – będą mogły przesunąć wydatki na rok kolejny,
– możliwość przekazywania obligacji skarbowych spółkom morskim – taki zabieg, stosowany już w odniesieniu do uczelni czy telewizji publicznej, pozwala na ominięcie reguły wydatkowej.
Te operacje są możliwe, ponieważ w roku 2020 nie obowiązuje w Polsce reguła wydatkowa, a rynki finansowe we wszystkich krajach na świecie zaakceptowały wysoki deficyt w bieżącym roku. To absolutnie wyjątkowa sytuacja. Jednorazowe „zielone światło” do zwiększenia deficytu w celu ratowania gospodarek przed kryzysem po pandemii. Jednak finanse publiczne Polski bez COVID-19 i tak już nie były w dobrej kondycji. Stąd zapewne wzięła się pokusa, by wyjątek roku 2020 wykorzystać dwa razy – zwraca uwagę TEP.
Wymyślono strategię „zapakowania” do maksimum tegorocznego budżetu wydatkami na papierze, których choćby ze względu na brak czasu nie da się zrealizować w ciągu ostatniego kwartału. W księgach będą one wykazane w roku bieżącym, ale rzeczywiste wydatki nastąpią w przyszłym. W ten sposób budżet na rok 2021 otrzyma gigantyczne „doładowanie”, które formalnie będzie przypisane budżetowi na rok 2020.
Nowelizacja złożona przez Ministerstwo Finansów jest więc logicznym uzupełnieniem dotychczasowych elementów „budżetowej układanki”. Wszyscy ekonomiści byli bowiem zaskoczeni niedawnym ogłoszeniem ogromnego deficytu budżetu centralnego w wysokości 110 mld zł. Tej góry pieniędzy nijak nie można było dopasować do wydatków w 2020 roku. Teraz sytuacja się wyjaśniła.
Nie zmienia to jednak faktu, że deficyt całego sektora finansów publicznych na lata 2020-2021 będzie gigantyczny. Według metodologii unijnej ma wynieść w bieżącym roku ponad 270 mld zł, tj. 12 proc. PKB. Dodatkowo rząd wkrótce wyśle do Sejmu projekt budżetu na 2021 r., w którym zakłada utrzymanie wysokiego deficytu w budżecie centralnym (82 mld zł).
Deficyt całego sektora ma na koniec 2021 r. wynieść 140 mld zł, czyli 6 proc. PKB, a dług publiczny przebije 1,5 biliona złotych (65 proc. PKB). Łącznie więc deficyt całego sektora finansów publicznych w dwuletnim budżecie to 410 mld zł! To wiemy, ale jak to się rozłoży na lata 2020 i 2021 wie tylko Minister Finansów.
Dyrektor ds. Europy Wschodzącej Fitch Ratings Paul Gamble skomentował, że wysokość deficytu sektora finansów publicznych Polski na 2020-21 jest „dość interesująca” na tle innych państw. W języku angielskim ma to sarkastyczne, negatywne zabarwienie, choć przekazane w sposób dyplomatyczny.
Określenie użyte przez Paula Gamble’a jest bardzo trafne. Tak naprawdę nie wiemy bowiem, z jakim stanem finansów publicznych skończymy w 2021 r. Zarówno deficyt w 2020, jak i w 2021 r. są nieprawdziwe. Minister Finansów otworzył sobie wszystkie furtki do swobodnego kształtowania budżetu w latach 2020-2021. Oczywiście elastyczność jest konieczna. Ale jaki jest stan finansów publicznych? Czy znowu musimy łamać wszystkie reguły księgowe, nawet te poluzowane?
W zasadzie rok budżetowy nie istnieje. Jakakolwiek dyskusja publiczna czy w Sejmie o osobnych budżetach na lata 2020 oraz 2021 jest w tej sytuacji jałowa. Nie wiadomo, jaka będzie struktura wydatków w 2021 r., jak w szczegółach zostaną rozdysponowane zakładki i rezerwy poupychane w budżecie roku 2020. Jaki będzie faktyczny deficyt w 2021 r.? 7 proc., 8 proc., a może 9 proc. PKB (wobec 6 proc. zaplanowanych, ale bez przesunięć)? Jest to bardzo ważna informacja dla opinii publicznej, gdyż pozwoli określić nam, jaki jest poziom nadmiernego deficytu, który w kolejnych latach będziemy musieli zredukować. Już teraz widzimy wiele działań konsolidacyjnych. W budżecie na 2021 r. zaplanowano wzrost podatków o ok. 11 mld zł, a ostatnio w przestrzeni publicznej pojawiły się dalsze propozycje zwiększenia podatków. Chodzi o CIT dla spółek komandytowych, objęcie składkami wszystkich umów zlecenia czy wzrost akcyzy na samochody używane.
Co ważne, wysoki deficyt w 2021 r. będzie efektem nie tylko walki z COVID-19, ale też obietnic i programów socjalnych sprzed kryzysu. Nie miały one bowiem żadnego pokrycia w trwałych dochodach lub były pokrywane „papierową” ściągalnością z VAT albo dochodami jednorazowymi.
Już przed kryzysem ostrzegałem, że w spowolnienie gospodarcze wchodzimy z deficytem strukturalnym na poziomie 3 proc. Warto jednak podkreślić, że było to jeszcze bez 14-tej emerytury i kolejnych trwałych wydatków. Tłumaczenie, że wzrost podatków jest po to, aby sfinansować tarcze antykryzysowe, jest ogromnym nadużyciem. Tarcze były jednorazowe, a podatki są na stałe. Ich celem jest pokrycie trwałych obietnic socjalnych sprzed kryzysu.

Lipna walka z mafiami VAT-owskimi

Rząd PiS wielokrotnie chwalił się, jak to skutecznie zwalcza przestępczość podatkową. Okazuje się, że to bujda.
W 2020 r. w Polsce relacja długu publicznego do produktu krajowego brutto przekroczy granicę 60 proc. Wzrośnie bowiem na koniec roku do 62,2 proc. W przyszłym roku przekroczy tę granicę jeszcze bardziej, rosnąc do 64,7 proc.
Tym razem nasz kraj nie zostanie jednak objęty unijną procedurą nadmiernego deficytu, którą ma wszczynać Rada Unii Europejskiej po przekroczeniu wspomnianej granicy 60 proc. Państwo musi wtedy podjąć odpowiednie działania korygujące, zmniejszające deficyt. Dotychczas podlegaliśmy tej procedurze za pierwszych rządów Prawa i Sprawiedliwości i ostatnich rządów Platformy Obywatelskiej.
Procedura nadmiernego deficytu ma charakter nieco polityczny, stosowany wobec członków Unii Europejskiej uznawanych za państwa mniej znaczące. Mimo naruszania dyscypliny fiskalnej nigdy nie objęto nią Niemiec i Francji.
Na razie nie zanosi się, aby jakiejkolwiek państwo zostało objęte tą procedurą, gdyż w marcu tego roku Komisja Europejska uruchomiła specjalną klauzulę, zapisaną w Pakcie Stabilności i Wzrostu z 1997 r., która umożliwia państwom członkowskim czasowe odejście od zaleceń dotyczących relacji długu publicznego do PKB. Nastąpiło to w związku z obserwowanym w całej Unii Europejskiej poważnym spowolnieniem gospodarczym wywołanym pandemią koronawirusa.

– Elastyczne podejście UE nie zawiesza unijnych reguł budżetowych, ani nie wyklucza procedury nadmiernego deficytu, ma natomiast ułatwić skoordynowaną reakcję państw na kryzys – uważa główny ekonomista Business Centre Club prof. Stanisław Gomułka.
Jednocześnie, zdaniem prof. Gomułki, prognoza polskiego ministerstwa finansów dotycząca wpływów do budżetu z podatku VAT w latach 2020 oraz 2021 podważa, a wręcz obala, jedną z ważnych politycznie dla rządów PiS teorii, o niezwykle skutecznej wojnie z przestępczością gospodarczą. Okazuje się, że w rzeczywistości tej wojny nie ma.
Co bowiem mówią dane? Według informacji podawanych przez rządowy Polski Instytut Ekonomiczny podlegający premierowi, relacja VAT do produktu krajowego brutto wynosiła w latach 2008-2015 przeciętnie 7,3 proc. Tymczasem przyjęta niedawno nowelizacja budżetu państwa na 2020 r. ustanawia tę relację na poziomie 7,1 proc. – zaś projekt budżetu na rok 2021 zakłada wzrost relacji VAT do PKB do 7,7 proc. Nie da się ukryć, że gdyby rząd PiS rzeczywiście walczył z wyłudzeniami VAT-u to relacja tego podatku wobec PKB byłaby znacznie wyższa.
Rzeczywiście, w latach 2016 – 2018 relacja VAT do PKB wynosiła nieco więcej niż średnio w wspomnianych latach 2008 – 2015, bo 7,75 proc. Nie jest to jednak różnica mogąca wskazywać na jakikolwiek wzrost skuteczności w zwalczaniu mafii VAT-owskiej.
– Wzrost tej relacji nastąpił z racji działania tzw. efektu procykliczności, czyli po prostu dodatniego wpływu tempa wzrostu PKB na relację VAT do PKB. O tym efekcie mówiłem sejmowej komisji do spraw VAT-u blisko rok temu – zauważa prof. Stanisław Gomułka.
Według niego, rząd PiS stworzył teorię dotyczącą jakoby bardzo dużej rezerwy dochodowej w podatkach, szczególnie w VAT. W związku z tym rząd miał do niedawna nadzieję, że relacja VAT/PKB i wpływy z tego podatku będą po 2019 roku nadal rosnąć.
Jednak pospolitość skrzeczy coraz mocniej, więc niedawno Rada Ministrów zmuszona była przyjąć bardziej realistyczne szacunki relacji VAT do PKB na lata 2020 i 2021. Twardych danych nie da się łatwo ukryć, a prawda jest taka, iż cały sektor finansów publicznych trzeszczy pod naporem wysokiego deficytu: 12 proc. PKB w 2020 r. oraz 6 proc. PKB w 2021 r.

Deficyt nie taki straszny

Ostatnimi czasy wiele słyszy się o deficycie, najczęściej w złym świetle. Traktuje się to zjawisko jako coś złego, jednak zapomina się jak istotną rolę gra deficyt w gospodarkach państw i makroekonomii. Czy należy się bać?

Deficyt – nie taki diabeł straszny jak go malują.

Sektor prywatny ma to do siebie, że nie potrafi w pełni wykorzystać potencjalnej produkcji, dlatego państwo poprzez środki z deficytu może wpływać na zagregowany popyt, który wpływa na zatrudnienie, produkcję i inwestycje. W momencie niewykorzystanego potencjału produkcyjnego państwo podnosi produkcję, wydając środki z deficytu na zwiększanie popytu efektywnego. Popyt efektywny jest wyznaczany przez punkt funkcji zagregowanego popytu, w którym popyt staje się efektywny, przy danych warunkach podaży odpowiada poziomowi zatrudnienia, przy którym przedsiębiorstwa osiągają maksimum zysku. Wielkość popytu efektywnego wyznaczają łącznie skłonność do konsumpcji i stopa nowych inwestycji, które razem decydują o wielkości zatrudnienia. W przypadku gdy popyt efektywny nie będzie dostatecznie wielki, faktyczny poziom zatrudnienia będzie niższy od potencjalnej podaży siły roboczej przy określonej bieżącej płacy realnej. Jeżeli dany rząd oficjalnie deklaruje politykę pełnego zatrudnienia lub po prostu niwelowania bezrobocia, musi mieć świadomość, że niedostatecznie silny popyt efektywny będzie hamował wzrost zatrudnienia, co w efekcie przełoży się na zatrzymywanie produkcji. Jednak wracając do tytułu tekstu, w jaki sposób deficyt może wpływać na dochód państwa? Przede wszystkim jak wykazaliśmy, dzięki deficytowi państwo może wpływać na krańcową skłonność do konsumpcji, która jest najwyższa w mniej zamożnych społeczeństwach (o wpływie oszczędności na produkcję odniosę się później). Zatrudnienie pełni funkcję konsumpcji i przewidywanych inwestycji, konsumpcja jest natomiast funkcją dochodu netto, która jest sumą konsumpcji i inwestycji netto. W przypadku spadku dochodu netto należy szukać przyczyny w spadku zatrudnienia. Gdybyśmy jako państwo wykorzystywali środki do umarzania długu, doprowadzilibyśmy do tłumienia potencjału produkcyjnego przez spadek skłonności do konsumpcji, co w efekcie przełożyłoby się na spadek popytu efektywnego. W momencie wykorzystania w pełni potencjału produkcyjnego doprowadzimy do pełnego zatrudnienia. Przykład wpływu deficytu USA na spadek zapadalności jest dobrym zobrazowaniem, do czego tutaj dążymy:

Jak widać na powyższym wykresie, deficyt przyczynił się w szczególny sposób do spadku wskaźnika zapadalności. Deficyt przy prowadzeniu odpowiedniej polityki, tj. polityki pełnego zatrudnienia i pobudzania zagregowanego popytu może doprowadzić do stabilności gospodarczej a w długim okresie, przy lepszej koniunkturze spłacić dług. Bo czym innym jest długi okres jak nie sumą krótkich okresów. Tutaj też warto podkreślić oczywisty fakt, że długu publicznego w przeciwieństwie do długu prywatnego nie trzeba spłacać, a przynajmniej nie spłaca się go na tej samej zasadzie.

Oszczędzanie w czasie kryzysu. Czy to dobry pomysł?

Jak doskonale wiemy bieżącego popytu na konsumpcję, nie zastępuje popyt na konsumpcję w przyszłości. Kiedy skłonność do oszczędzania w społeczeństwie rośnie, prowadzi to do tłumienia działalności związanej z bieżącą konsumpcją, nie ożywiając produkcji dla przyszłej konsumpcji – popyt konsumpcyjny się zmniejsza. Jedynie konsumpcja obecna pozwala na przewidywania konsumpcji przyszłej, a skoro bieżąca konsumpcja zostaje zahamowana przez akt oszczędzania, konsekwencją musi być spadek przewidywanej dochodowości. Rezultatem oszczędności jest niekorzystne odbijanie się na cenach, w momencie braku polityki niwelującej bezrobocie, lepkość cen (opóźnione dostosowanie się cen do sił popytu i podaży) jest pogłębiana przez spadek zatrudnienia. Nie trudno sobie wyobrazić tragicznych dla gospodarki konsekwencji rządu, który postulowałby „budżet bez deficytu” (lub gorzej, nie tylko dla gospodarki, ale naszego społeczeństwa odwołując się do słów Alexisa de Tocqueville „Nie ma takiego okrucieństwa ani takiej niegodziwości, której nie popełniłby skądinąd łagodny i liberalny rząd, kiedy zabraknie mu pieniędzy”). Podsumowując, oszczędzanie i stan zatrudnienia znajdują się w ujemnej korelacji – oszczędności wymuszają wycofanie zatrudnienia na konsumpcję bieżącą.

Kwestia inwestycji.

W przypadku wprowadzania stanu pełnego zatrudnienia wzrost inwestycji musi doprowadzić do wzrostu cen (bez względu na krańcową skłonność do konsumpcji) i wtedy faktycznie dojdziemy do zjawiska inflacji, jednak zanim to się stanie, rosnącym cenom będzie towarzyszył wzrost zagregowanego dochodu realnego (jednak w celu zapobiegania wysokiej inflacji, państwo ma obowiązek użyć takich mechanizmów jak progresja podatkowa, która „wypompowywałaby” pieniądze z rynku przy ekspansywnej polityce fiskalnej, mechanizmy kontroli cen oraz wypełnianie luki inflacyjnej przez zamykanie luki popytowej – wykorzystywanie w pełni potencjału produkcyjnego). Gdy krańcowa skłonność do konsumpcji jest niewiele mniejsza od jedności, małe wahania inwestycji wywołują znaczne wahania zatrudnienia, natomiast słaby wzrost inwestycji wywoła pełne zatrudnienie. Tutaj warto sobie podkreślić, że zamożne społeczeństwa są bardziej rozpięte między produkcją faktyczną a produkcją potencjalną. Mniej zamożne społeczeństwo będzie skłonne do znacznie większej konsumpcji swej części produkcji, co w efekcie daje nam prosty wniosek, że niewielkie inwestycje wystarczą do osiągnięcia pełnego zatrudnienia. W przypadku bogatej społeczności należy szukać więcej możliwości inwestycyjnych, aby oszczędzanie bogatszych mogło iść w parze z zatrudnieniem biedniejszych.

Kwestia płac i cen

Jak doskonale wiemy stan zatrudnienia i płace realne znajdują się w ujemnej korelacji. Kiedy płace nominalne spadają, konsekwencją jest spadek zatrudnienia. W przypadku prowadzenia polityki wysokich stóp procentowych i ograniczonej polityki fiskalnej (a wszystko celem „budżetu bez deficytu” postulowanego przez liberałów) doprowadzi to do obniżki płac nominalnych, czego skutkiem będą: obniżka cen, która doprowadzi do spadku dochodu realnego oraz dochód pracowników zostanie przesunięty do innych uczestników produkcji, co zmniejszy skłonność do konsumpcji. Za pomocą polityki fiskalnej i progresji podatkowej możemy zmniejszać nierówności ekonomiczne, które doprowadzą do zwiększenia dochodu rozporządzalnego mniej zamożnych społeczeństw, co w efekcie przełoży się pobudzenie globalnego popytu przez zwiększenie konsumpcji. Jednak kwestia płac to nie wszystko, celem utrzymania stabilności gospodarczej jest prowadzenie polityki sztywnych płac nominalnych i giętkiej polityki pieniężnej. Rezultatem takiego układu jest duża stabilność cen, poziom cen w krótkim okresie będzie się zmieniał o tyle, o ile zmiana stanu zatrudnienia będzie miała wpływ na krańcowe koszty bieżące. W długim okresie ceny oczywiście będą zmieniały się wraz ze zmianami kosztu produkcji.