Czy obietnice PiS powiększą nasz dług?

Najnowsze prognozy Międzynarodowego Funduszu Walutowego wskazują, że polskie zadłużenie w relacji do naszego produktu krajowego brutto spadnie poniżej 45 proc. w przyszłym roku.

Będzie to o niemal 9 punktów procentowych mniej, niż szacowano jeszcze półtora roku temu i znacznie lepiej, niż prognozowała Rada Ministrów w pierwszej połowie 2018 r.
Międzynarodowy Fundusz Walutowy w swoich najnowszych prognozach dla Polski przewiduje obniżenie tempa wzrostu gospodarczego z 5,1 proc. w 2018 r. do 3,6 proc. w tym roku oraz 3,0 proc. w kolejnym.

Nasze dobre lata

Te oczekiwania MFW nie są zaskoczeniem. Polska rozwijała się w ostatnich dwóch latach wyraźnie powyżej swego potencjalnego tempa wzrostu (wynoszącego ok. 2,8 proc. według danych MFW). Wynikało to z bardzo dobrej sytuacji zewnętrznej (przynajmniej do trzeciego kwartału 2018 r.) oraz dużego napływu imigrantów z Ukrainy, którzy zasilili krajowy rynek pracy, zmniejszając z jednej strony trudności ze znalezieniem pracowników przez przedsiębiorstwa, a z drugiej zwiększając konsumpcję i wpływy do ZUS-u.
Tempo wzrostu było silne także ze względu na rosnącą wartość inwestycji współfinansowanych ze środków unijnych, a także stymulację polityki fiskalnej w postaci programu Rodzina 500 plus.
Poza tym szczególnie dobra koniunktura pozwalała podwyższyć wynagrodzenia, zmniejszyć bezrobocie i zwiększyć stopę zatrudnienia. Wszystkie te pozytywne dla wzrostu czynniki będą wygasać, stąd tempo wzrostu także się obniży właśnie do okolic 2,8 proc.

Dług w odwrocie

Znacznie ciekawszym elementem publikacji MFW jest analiza przyszłego zadłużenia Polski – Debt Sustainability Analysis (DSA). Nastąpiła tu zasadnicza poprawa w porównaniu do analogicznego opracowania sprzed półtora roku.
Według DSA, polskie zadłużenie sektora finansów publicznych ma spaść do 44,7 proc. w przyszłym roku. Będzie to olbrzymi postęp w zestawieniu z danymi za 2017 r. (50,6 proc.), a także w odniesieniu do zeszłorocznego „Wieloletniego Planu Finansowego Państwa” uchwalonego przez Radę Ministrów.
W „Wieloletnim Planie…” zadłużenie wobec PKB miało obniżyć się do 48,7 proc. Rok temu te szacunki wydawały się bardzo optymistyczne, gdyż prognozy „WPFP” się nie sprawdzały ze względu na finalnie mniejszy od oczekiwań wzrost PKB oraz niższe oszczędności.
Co ciekawe, olbrzymie „przestrzelenie” w prognozach było widoczne także w raporcie MFW z połowy 2017 r. Wtedy Fundusz szacował, że w 2020 r. relacja długu do PKB sięgnie 53 proc., a teraz jest to 44,7 proc.
To o prawie 9 pkt proc mniej w zaledwie półtora roku. Czym spowodowana jest tak silna poprawa polskich finansów?

Polska osiągnie nadwyżkę

Przede wszystkim, jak ocenia Cinkciarz.pl w prognozach MFW z połowy 2017 r. niedoszacowano tempa wzrostu PKB. W ujęciu nominalnym (czyli realny wzrost gospodarczy plus inflacja) odnotowano wzrost w ostatnich dwóch latach aż o 14 proc.
Z kolei w przypadku wielkości deficytu, jego wartości zostały zrewidowane w dół.
Półtora roku temu MFW szacował, że bez kosztów odsetek, deficyt w 2019 r. wyniesie 0,7 proc. PKB. Teraz oczekiwana jest nadwyżka na poziomie 0,9 proc. W rezultacie wzrost zadłużenia (dodając koszty finansowania) jest wolniejszy, niż oczekiwano, a wzrost PKB znacznie szybszy.
Ten podwójny i korzystny efekt to rezultat wcześniej wymienionych czynników związanych zarówno z nadzwyczaj szybkim wzrostem gospodarczym (dobra sytuacja zewnętrzna, imigranci, wzrost zatrudnienia), jak i mniejszymi niż się spodziewano wydatkami.
Zmniejsza to skalę dotacji z budżetu do wypłacanych emerytur oraz redukuje koszty utrzymania bezrobotnych. Pozytywnym elementem, o którym także warto pamiętać, było uszczelnienie systemu podatkowego.

Ostrożnie z obietnicami

Cześć z tych sprzyjających trendów powinna nadal być widoczna w 2019 r. Kolejne lata (po 2020) będą już jednak znacznie trudniejsze, zwłaszcza że unijnych środków będzie mniej.
Mała jest też szansa na pozytywny wpływ imigracji, a procesy demograficzne będą coraz bardziej doskwierać polskiej gospodarce, redukując zasoby siły roboczej i zwiększając koszty utrzymania osób biernych zawodowo.
Kluczowe jest więc teraz utrzymanie sektora finansów w ryzach, branie pod uwagę nieuchronnych procesów demograficznych – i przyjęcie założenia, że sytuacja zewnętrzna będzie znacznie mniej korzystna niż w ostatnich dwóch latach, które tak znacznie przyczyniły się do pozytywnej weryfikacji prognoz MFW.

Będzie już tylko gorzej?

Fot. Pomoc unijna to ważny czynnik naszego wzrostu gospodarczego

 

 

Mija najlepszy rok polskiej gospodarki. Jego powtórzenie będzie praktycznie niemożliwe, choćby dlatego, że w przyszłości zacznie się zmniejszać wsparcie dla naszego kraju z Unii Europejskiej.

 

Szybki wzrost PKB, rekordowo niskie bezrobocie, solidny wzrost płac, dodatnie saldo migracji i umiarkowany przyrost kredytów – wszystko to składa się na wyjątkowy rok dla polskiej gospodarki.
Wprawdzie po 1989 r. zdarzały się już lata z bardziej imponującym tempem wzrostu produktu krajowego brutto – ale nasza gospodarka nigdy jeszcze nie była tak zrównoważona jak obecnie.

 

Szybciej już bywało

Nie było znaczącego ośrodka analitycznego, który pod koniec 2017 r. wskazywałby, że nasz PKB w bieżącym roku wzrośnie aż o około 5 proc. (w miarę dokładny przyrost poznamy w styczniu).
W listopadzie ubiegłego roku Narodowy Bank Polski oceniał, że krajowa gospodarka będzie rozwijać się w tempie 3,6 proc. w 2018 r. Nieco bardziej optymistyczna była Komisja Europejska, ale i tak szacowała ten wskaźnik jedynie na 3,8 proc.
Wyraźne przyspieszenie tempa rozwoju w stosunku do prognoz to jedno z największych pozytywnych zaskoczeń w tym roku. Dlaczego jednak ostatnie 12 miesięcy należy uznać za najlepsze od przynajmniej trzech dekad, skoro w ciągu tego okresu zdarzały się lata ze wzrostem PKB dochodzącym nawet do 7 proc.?
Po 1989 r. Polska przechodziła przez dwie fazy szybkiego wzrostu gospodarczego. Pierwsza nastąpiła w latach 1994-1998. Gwałtowny rozwój został wtedy obarczony inflacją, która wyraźnie przekraczała poziom 10 proc. Utrzymywało się także dwucyfrowe bezrobocie.
Dodatkowo, startowaliśmy wówczas z dość niskiego poziomu PKB na mieszkańca. W parytecie siły nabywczej, według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego, PKB na osobę wynosił zaledwie 10 tys. USD (obecnie ok. 30 tys. USD). Statystyki gospodarcze dużo łatwiej rosną, gdy start następuje z niskiego poziomu.
Drugi okres ponadprzeciętnego rozwoju przypadł na lata 2004-2007, a zwłaszcza schyłek tego okresu (2006 i 2007). Niestety, wtedy gospodarka nie była zrównoważona. Deficyt na rachunku obrotów bieżących przekraczał 6 proc. PKB w 2007 r. Państwo było bardzo silnie stymulowane kredytem.
Dane NBP sprzed dekady pokazywały, że wzrost wartości kredytów mieszkaniowych w badanym okresie sięgał momentami 60 proc. rok do roku, a konsumpcyjnych przekraczał 40 proc. r/r. Jak pamiętamy, bańka na rynku nieruchomości, którą spowodował ten wzrost zadłużenia, szybko pękła.

 

2018 nie ma konkurencji

Mniej więcej pięcioprocentowy wzrost PKB w tym roku jest szybki, a przy tym zbilansowany jak nigdy dotąd. Inflacja pozostaje wyraźnie poniżej celu wyznaczonego przez NBP. Deficyt sektora finansów publicznych prawdopodobnie będzie rekordowo niski i nie powinien przekroczyć 0,5 proc. PKB.
W porównaniu do poprzednich lat, lekkiemu pogorszeniu uległo saldo rachunku bieżącego, ale jego ujemna wartość raczej nie wyjdzie poza granicę 0,5 proc. w relacji do PKB – co ogólnie można uznać za stan zbilansowania zewnętrznego gospodarki.
Nigdy w Polsce nie było równie niskiego bezrobocia, które według Głównego Urzędu Statystycznego, w kwartalnym badaniu aktywności ekonomicznej ludności wynosiło za trzeci kwartał bieżącego roku 3,8 proc. (wyrównane sezonowo). Niskie bezrobocie sprzyja wzrostowi wynagrodzeń w okolicach średnio 7 proc. r/r.
Takie tempo wystarcza, aby większość obywateli poczuła wzrost siły nabywczej swoich zarobków, a jednocześnie nie jest to na tyle dużo, by zagrozić stabilności finansowej przedsiębiorstw.
Nie widać też specjalnych czynników ryzyka, na przykład na rynku nieruchomości. W przeciwieństwie do lat 2006-2007, kredyt rośnie w umiarkowanym tempie (3,3 proc. r/r hipoteczny i 7,9 proc. r/r konsumpcyjny w III kw. br.).
Warto także zauważyć inny aspekt ważny dla wzrostu PKB. Wreszcie zaczynamy mieć prawdopodobnie dodatnie saldo migracji, co przynajmniej minimalnie zmniejsza negatywne skutki starzenia się polskiego społeczeństwa. Dzięki napływowi do Polski Ukraińców czy Białorusinów mniejszy deficyt notuje również Fundusz Ubezpieczeń Społecznych.

 

Są też minusy

Niestety nie wszystkie informacje, napływające w tym roku z gospodarki, są pozytywne. Jak wskazuje Cinkciarz.pl cały czas skromnie wyglądają inwestycje prywatne, a to one są gwarantem trwałego wzrostu PKB. Brakuje strukturalnych reform na rynku pracy – na przykład promocji zatrudnienia osób młodych czy zbliżających się do wieku emerytalnego.
Brakuje również rozwiązań korzystnych dla kobiet, które ułatwiłyby im godzenie życia rodzinnego z zawodowym (chodzi na przykład o możliwość preferencyjnego zatrudnienia na niepełny etat).
W rezultacie, mimo bardzo niskiego bezrobocia, odsetek zatrudnionych w Polsce nadal jest wyraźnie poniżej poziomu liderów naszego regionu czy państw Europy Zachodniej. Zwiększenie zatrudnienia z poziomu 68 do okolic 75 proc. spowodowałoby wzrost zatrudnienia o 1,8 mln osób. Taki przyrost liczby miejsc pracy byłby niezwykle korzystny dla długoterminowej efektywności naszej gospodarki czy stabilności finansów publicznych, nawet w okresach gorszej koniunktury.
Wydaje się również, że złoty okres dotyczący imigracji nie został odpowiednio wykorzystany w celu jej uregulowania. Pracownicy z Ukrainy czy Białorusi są obecnie cenni i inne kraje już o nich konkurują.
Pozytywnie natomiast należy odebrać fakt, że wreszcie udało się wprowadzić optymalny program oszczędności na jesień życia w postaci Pracowniczych Planów Kapitałowych.
Istnieje więc szansa, że pierwszy raz Polska będzie się rozwijać za pomocą krajowego kapitału, a być może za lat naście, ten kapitał uda się też eksportować w postaci zagranicznych inwestycji Polaków.

 

Lata, których jeszcze nie znamy

Sięgający w tym roku 5 proc. wzrost PKB będzie niezwykle trudny do powtórzenia. Wynika to zarówno z ograniczeń demograficznych naszego kraju, jak i niewystarczających inwestycji w badania i rozwój. Zbyt niska jest aktywność zawodowa Polaków, a czas prosperity nie został odpowiednio wykorzystany do jej poprawienia. Obniżenie wieku emerytalnego oraz nietrafnie zaadresowane i zbyt kosztowne programy socjalne mogą odbić się negatywnie na wzroście PKB i zadłużeniu w kolejnych latach.
Sytuacja zewnętrzna także staje się coraz bardziej wymagająca. Strefa euro wyraźnie hamuje, a brak skutecznych mechanizmów dyscyplinujących gospodarki poszczególnych krajów, sprzyja nierównowadze ekonomicznej wewnątrz wspólnoty i zwiększa systemowe zagrożenia.
W rezultacie, najlepszy dla Polski rok od odzyskania suwerenności może się już nigdy nie powtórzyć. Na razie jednak wypada się cieszyć, że ten wyjątkowy okres jeszcze trwa, a problemami przyszłości zaczniemy się przejmować dopiero od pierwszego, a może od drugiego stycznia 2019 r.

Trójka z kłopotami

Coraz gorsze perspektywy dla włoskiej gospodarki, w Turcji istnieje realna groźba recesji, z problemami boryka się również Rumunia.

 

Najnowsze szacunki Komisji Europejskiej pokazują, że włoski deficyt sektora finansów publicznych sięgnie 3,1 proc. w 2020 r. To będzie najgorszy rezultat w całej Unii.
Najwyższy deficyt w całej UE łączy się z najniższym oczekiwanym wzrostem gospodarczym wśród 27 badanych krajów. W 2020 r. ma on wynieść jedynie 1,3 proc. Na kondycję Włoch negatywnie wpłyną też najwyższe w Unii koszty finansowania zadłużenia. Sięgną one 3,8 proc. PKB w 2019 r., czyli o 0,3 pkt proc. (ok. 5 mld euro) więcej, niż szacowano jeszcze wiosną.
Te złe prognozy są związane z wprowadzeniem we Włoszech dochodu gwarantowanego oraz ze zmianami w systemie emerytalnym, które ułatwiają przejście na wcześniejszą świadczenie. KE podkreśla, że „Perspektywa wzrostu jest obarczona wysoką niepewnością, ze względu na rosnące negatywne ryzyka. Utrzymujący się wysoki poziom rentowności skarbowych pogorszy warunki finansowania dla banków i zredukuje dostępność kredytu, podczas gdy wydatki publiczne mogą wypychać prywatne inwestycje”.
Chociaż Turcja nie należy do Unii, to jednak KE przedstawia jej prognozy jako kraju kandydującego do Wspólnoty. Są to pierwsze przewidywania obejmujące wszystkie ostatnie wydarzenia gospodarcze nad Bosforem.
KE spodziewa się recesji w Turcji. W przyszłym roku. PKB ma spaść o 1,5 proc. Załamaniu ulegną inwestycje, które spadną o ponad 12 proc. Wyraźnie wzrośnie bezrobocie, z 10 do niemal 13 proc., a inflacja wyniesie 15,4 proc.
Komisja podkreśla, że na sytuację gospodarczą największy wpływ wywrze wstrzymanie wielkich inwestycji infrastrukturalnych. Innym negatywnym elementem są wydarzenia na rynku nieruchomości prywatnych, gdzie przeinwestowanie z ostatnich lat powoduje konieczność przeprowadzania transakcji po znacznie niższych cenach. Czasami nieruchomości nie można sprzedać w ogóle.
Elementem ryzyka dla Turcji, związanym z obniżeniem się wartości liry o 35 proc. oraz wysoką inflacją i utrudnionym finansowaniem z zagranicy, może być pogarszanie się bilansów banków.
Rumunia jest kolejnym państwem, którego kondycja gospodarcza niepokoi – mimo wzrostu gospodarczego na poziomie 7,3 proc. w 2017 r. i spadku bezrobocia poniżej 5 proc.
O połowę ma zmniejszyć się wzrost PKB w tym roku w porównaniu do 2017 r. Deficyt na rachunku obrotów bieżących sięgnie 4,5 proc. PKB w 2020 r., chociaż jeszcze trzy lata temu wynosił zaledwie 0,8 proc. Bardzo podobnie wygląda sytuacja budżetu, który w 2015 r. był zbilansowany (wyrównany o wpływ koniunktury), a za dwa lata deficyt ma wynieść 4,6 proc. PKB.
Co do Rumunii, warto zwrócić uwagę na wzrost wynagrodzeń. Od końca 2015 r. rosną one w granicach 12-14 proc. rocznie. Dane za wrzesień pokazały wzrost 13,1 proc.
KE zwraca uwagę, że wynagrodzenia w sektorze publicznym zostały podwyższone o 25 proc., a w opiece zdrowotnej oraz w edukacji wzrosły jeszcze więcej. Nierównowagę tworzy również znaczny wzrost wskaźnika indeksacji emerytur.
Te podwyżki spowodowały wybuch konsumpcji. W 2016 r. sprzedaż detaliczna w niektórych miesiącach zwiększyła się o blisko 20 proc. rok do roku, a na przełomie lat 2017 i 2018 wzrost wynosił 15 proc. r/r. W sierpniu br. tempo wzrostu obniżyło się do 1,8 proc. r/r.
Gwałtowny wzrost płac nie nadążał za wzrostem konkurencyjności Rumunii. Deficyt w obrotach towarowych tego kraju ma sięgnąć 8 proc. PKB w 2020 r.
Jak wskazuje portal Cinkciarz.pl, w każdym z tych trzech krajów problemy gospodarcze były rezultatem decyzji rządu. Tylko w bardzo ograniczonym stopniu wynikają one z pogorszenia się zewnętrznej koniunktury – chociaż władze tych trzech państw, co znamienne, widzą sprawy odmiennie.

Apetyt na nasze pieniądze

Rząd Prawa i Sprawiedliwości chwali się, że obniża podatki – podczas gdy w rzeczywistości je podwyższa.

 

Mimo głośno zapowiadanych obniżek podatków, rząd PiS w budżecie na 2019 rok kontynuuje politykę zwiększania obciążeń podatkowych.
Obywatelom trudno to dostrzec, kiedy wzrost obciążeń nie wynika ze zmiany stawek podatkowych. Wciąż zamrożone są progi PIT (podatku dochodowego od osób fizycznych), dzięki czemu corocznie dochody państwa rosną o ok. 1 mld zł, a wprowadzone od 2018 roku wydzielenie źródeł przychodów w CIT (podatku dochodowym od osób prawnych) , oznacza efektywny wzrost opodatkowania przedsiębiorstw o ok. 2 mld zł rocznie.
Oprócz tego trzeba zauważyć, że rząd PiS zapobiega wygaśnięciu podwyższonych stawek VAT (co daje państwu ok. 7-8 mld zł rocznie).
Rząd PiS wprowadza również parapodatki, z których część będzie trafiać do funduszy celowych. Po wprowadzonej w 2018 roku „opłacie recyklingowej” (1,2 mld zł), która jest bezpośrednim dochodem budżetu, rząd wprowadza obecnie „opłatę emisyjną” i „daninę solidarnościową”, które zasilą fundusze celowe.
„Opłata emisyjna” ma przynieść w 2019 roku 1,7 mld zł. Wpływy mają rosnąć wraz z popytem na paliwa i w 2020 roku wynieść już 1,9 mld zł. Przy okazji wzrosną też wpływy z podatku VAT, ponieważ nowa opłata zwiększa jego podstawę.
Ustawa wprowadzająca „daninę solidarnościową” znajduje się obecnie w Sejmie. Jeśli zostanie uchwalona, przyniesie 1,2 mld zł rocznie od 2020 roku. Mówią o tym komunikaty Forum Obywatelskiego Rozwoju.

 

Ciche wyciskanie kasy

„Opłata emisyjna” i planowana „danina solidarnościowa” nie tylko zwiększają obciążenia fiskalne, lecz także pogłębiają wyłom, jaki w budżecie państwa tworzą fundusze celowe. Taka organizacja wydatków państwa utrudnia obywatelom ocenę rozdysponowania środków publicznych, a administracji – efektywne ich wydatkowanie.
Przez lata skład funduszy celowych się zmieniał, ale ich liczba pozostaje podobna.
W projekcie budżetu na 2019 rok zapisano 28 funduszy celowych, ale trwają jeszcze prace nad Solidarnościowym Funduszem Wsparcia Osób Niepełnosprawnych.
Jakkolwiek w ostatnich latach wydatki funduszy celowych w stosunku do PKB spadały, to teraz można się obawiać tendencji odwrotnej.
Rząd PiS, przedstawiając budżet na 2019 rok, podkreśla wprowadzenie obniżonego CIT i „małego ZUS”. Zmiany te są jednak znacznie mniej istotne niż, trudniej dostrzegalne, podwyżki podatków.
Wprowadzenie obniżonego CIT oznacza nieznaczny spadek dochodów państwa (ok. 0,4 mld zł), ale przede wszystkim może tworzyć barierę zniechęcającą firmy do wzrostu.
Konstrukcja ulgi sprawia, że przekroczenie przez firmę progu przychodów nawet o 1 zł będzie skutkowało ponad dwukrotnym wzrostem opodatkowania zysków. Wynika to z konstrukcji preferencji – zyski firmy o przychodach do 1,2 mln euro będą obciążone 9-procentową stawką CIT, natomiast firmę o przychodach o złotówkę przekraczających próg będzie obowiązywała już stawka 19-procentowa.
W praktyce oznacza to, że przy 5-procentowej rentowności sprzedaży firma o przychodach 1 199 999 euro zapłaci 5400 euro podatku, natomiast firma o przychodach o 2 euro wyższych (1 200 001 euro) zapłaci już 11 400 euro podatku
Doświadczenia międzynarodowe pokazują, że tego typu sztywne progi zniechęcają firmy do wzrostu, ze szkodą nie tylko dla samych przedsiębiorstw, lecz także całej gospodarki – wskazuje FOR.
„Mały ZUS” dla najmniejszych przedsiębiorców rozwiązuje tylko część problemów związanych z wysokim opodatkowaniem i oskładkowaniem osób o najniższych dochodach – jednocześnie tworząc nowe.
Ponieważ możliwość jego płacenia jest zależna od uzyskiwanych przychodów, w praktyce z rozwiązania tego nie będą mogły skorzystać osoby zajmujące się handlem (np. osoba, która miesięcznie kupuje towary za 7 tys. zł i sprzedaje je za 8,5 tys. zł będzie miała zbyt wysoki przychód, by objął ją „mały ZUS”).
Zmiana ta nie będzie też dotyczyła osób pracujących na podstawie umowy o pracę, w przypadku których nawet od płacy minimalnej (2250 zł brutto) trzeba odprowadzić składki w kwocie niemal 1000 zł. Co więcej, preferencyjne oskładkowanie osób samozatrudnionych w ramach „małego ZUS” może wypychać część pracowników z umów o pracę na samozatrudnienie – uważa FOR.

 

Rząd PiS poprawił finanse państwa

Dzięki szybkiemu wzrostowi gospodarczemu deficyt sektora finansów publicznych w Polsce – pomimo wprowadzenia nowych wydatków – w ostatnich latach malał. Szybki wzrost gospodarczy przełożył się z jednej strony na wzrost wpływów podatkowych, a z drugiej na obniżenie szeregu wydatków w relacji do PKB.
W latach 2015–2017 deficyt sektora finansów publicznych spadł z 2,6 proc. PKB do 1,7 proc. PKB), mimo że w tym czasie wprowadzono program 500+, a także ograniczono dywidendy wpłacane przez państwowe spółki i wstrzymano sprzedaż państwowej ziemi.
Po stronie dochodów odnotowano wzrost ściągalności VAT, z którego wpływy w relacji do PKB wzrosły dzięki działaniom uszczelniającym system podatkowy (wpływy wzrosły o ok. 1 proc. PKB, z czego ok. 0,7 proc. PKB to efekt działań uszczelniających). Dobra koniunktura w połączeniu z rosnącą liczbą imigrantów płacących składki ZUS przyczyniła się do wzrostu wpływów składkowych (o 0,4 proc. PKB).
Nowe podatki (przede wszystkim podatek bankowy) wraz z zamrożeniem progów PIT (co oznacza efektywny wzrost opodatkowania) zapewniły wzrost dochodów o kolejne 0,3 proc. PKB.
Po stronie wydatków dobra koniunktura na światowych rynkach finansowych pozwoliła na dalszy spadek kosztów obsługi długu publicznego (o 0,2 proc. PKB), a wcześniejsza reforma systemu rentowego, na dalsze ograniczenie wydatków ZUS na renty z tytułu niezdolności do pracy. Jednocześnie rząd PiS utrzymywał dynamikę płac w sektorze publicznym poniżej dynamiki płac w sektorze prywatnym, co zaowocowało spadkiem wydatków na płace w sektorze publicznym w relacji do PKB (o 0,2 proc. PKB).
Szybki nominalny wzrost PKB ułatwia także rządowi relatywne obniżenie wydatków na płace w sektorze publicznym. Poprzez samo utrzymanie dynamiki płac poniżej tempa wzrostu płac w sektorze prywatnym w 2017 roku (czyli bez nominalnego obniżenia płac) rząd obniżył fundusz płac w sektorze publicznym w relacji do PKB do najniższego poziomu w historii. Zakłada również jego dalszy spadek w kolejnych latach.
Konstrukcja istotnej części wydatków publicznych oraz polityczne realia sprawiają, że przy szybkim nominalnym wzroście PKB rząd ma większe pole manewru. Szczególnie dobrze widać to w przypadku emerytur i rent, które stanowią ponad jedną piątą wydatków publicznych.
Chociaż po obniżeniu wieku emerytalnego liczba emerytów wzrosła skokowo, co przełożyło się na wzrost deficytu (o 0,8 proc. PKB), to efekt ten został skompensowany przez relatywny spadek wysokości emerytur (o 0,6 proc. PKB), spadek liczby rencistów (o 0,3 proc. PKB) i wysokości ich świadczeń (o 0,1 proc. PKB) oraz wzrost wpływów budżetowych (o 0,3 proc. PKB).

 

Widmo dużego deficytu

Utrzymujący się od 2014 roku szybki wzrost gospodarczy, związany z dobrą koniunkturą w gospodarce światowej, w sposób naturalny zwiększa dochody państwa, co w połączeniu z ograniczonym tempem wzrostu szeregu wydatków daje rządowi większe pole manewru. Rząd PiS wykorzystuje sprzyjającą sytuację gospodarczą na finansowanie nowych wydatków, a nie na ograniczanie deficytu i przygotowanie finansów publicznych na następne spowolnienie.
Wydatki zapisane w budżecie państwa stanowią mniej niż 45 proc. ogółu wydatków publicznych, na które składają się także wydatki samorządów, ZUS, KRUS, NFZ i szeregu innych podmiotów. O kondycji finansów publicznych świadczy deficyt całego sektora finansów publicznych, a nie tylko samego budżetu państwa.
Pomimo utrzymującej się bardzo dobrej koniunktury prognozowany na 2019 rok deficyt sektora finansów publicznych w Polsce pozostaje – na tle pozostałych państw Unii Europejskiej – wysoki. Wpisana do budżetu wielkość deficytu sektora finansów publicznych (1,8 proc.) jest wielkością maksymalną i choć faktyczny deficyt może być nieco mniejszy, to wciąż pozostaje relatywnie wysoki w porównaniu z innymi państwami członkowskimi.
W majowej prognozie Komisja Europejska przewidywała, że w 2019 r. deficyt w Polsce wyniesie 1,4 proc., czyli będzie sporo wyższy od unijnej średniej (0,3 proc.). Ponadto według tej samej prognozy 13 państw UE będzie miało w przyszłym roku nadwyżki.
Jest to niepokojące w kontekście bardzo dobrej koniunktury w gospodarce światowej i u naszych głównych partnerów handlowych. Według szacunków KE z lipca br. w latach 2017-2018 gospodarka unijna rosła najszybciej od czasu kryzysu finansowego w 2008 roku. Obecne prognozy mówią o nieznacznym spowolnieniu wzrostu w przyszłym roku.

 

Pod rosnącym ciężarem świadczeń

Kiedy nowe podatki służą finansowaniu specjalnie tworzonych funduszy celowych, politycy mogą zwodzić obywateli, twierdząc, że owe podatki są uzasadnione, bo dzięki nim realizuje się popularne społecznie cele. Jednak politycy często kreatywnie dodają poszczególnym funduszom nowe wydatki, niezwiązane z ich pierwotnym przeznaczeniem, a lista funduszy zmienia się co roku.
I tak np. Fundusz Reprywatyzacji dotował m.in. Telewizję Polską i Polskie Radio, a Fundusz Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej był wydatkowany m.in. na dotacje dla uczelni ojca Rydzyka, zakup sprzętu dla Ochotniczej Straży Pożarnej i ustawową działalność Centralnego Biura Antykorupcyjnego.
Rząd PiS nie wykorzystuje dobrej koniunktury do wprowadzenia istotnych reform strukturalnych w budżecie na 2019 rok.
Polskie finanse publiczne pozostają nieprzygotowane na spowolnienie gospodarcze, które przy braku reakcji rządu spowoduje wzrost deficytu. Choć wiele zależy od struktury spowolnienia gospodarczego, to należy się spodziewać, że będzie mu towarzyszył spadek wpływów podatkowych.
Jednocześnie, wolniejszy nominalny wzrost produktu krajowego brutto sprawi, że relatywny ciężar wypłaty świadczeń emerytalnych i rentowych będzie rósł.