Gumowe ucho Polaków

Donosicielstwem się brzydzę, prawie tak samo, jak złodziejstwem czy śmieceniem w lesie. To obrzydliwe, kiedy ktoś skarży na drugiego, żeby uprzykrzyć mu życie. Jeśli bierze za to pieniądze, to jeszcze pół biedy; ot, jest zwyczajnie chciwy i pazerny, a donosicielstwo to łatwy sposób na dorobienie do pensji; coś jak okradanie grobów albo zwłok na cmentarzu. Gorzej jednak, kiedy człowiek donosi na drugiego bez pieniędzy. Z przekonania, że czyni dobrze.

Ongiś, w szóstej albo siódmej klasie, w szkole podstawowej, nasza wychowawczyni podzieliła dzieci na grzeczne dziewczynki i niegrzecznych chłopców. Chłopakom przewodziliśmy w tryumwiracie, ja i dwóch kumpli. Dziewczyny miały duopol; dwie największe panny, które najlepiej się uczyły. Dla porządku trzeba dodać, że część dziewczyn, takich, które chuliganiły i uczyły się gorzej, trzymała z nami, także mieliśmy liczebną przewagę. Oczywiście to nie podobało się wychowawczyni. Postanowiła więc wprowadzić specjalny zeszyt, w którym dyżurny miał wpisywać uwagi oraz donosy na tego ucznia, który podczas lekcji albo przerwy źle się zachowywał. Później te donosy na godzinie wychowawczej były weryfikowane w obecności obwinionego. Normalnie, jak składanie samokrytyki za źle wykonany plan. Proceder trwał w najlepsze przez parę miesięcy. Dość powiedzieć, że w tym czasie klasa jeszcze bardziej się podzieliła, bo donosicielstwo podobało się tylko tym, którzy z lubością kapowali. Na bardziej posłusznych jednostkach wymusiło karność i pokorę, ale na tych bardziej krnąbrnych zadziałało jak płachta na byka. Wszystko ukróciło się na pierwszej, po wprowadzeniu w klasie książki skarg i wniosków, wywiadówce. Przytomna część rodziców uczniów z klasy zaprotestowała wobec takiego zachowania, podnosząc, skądinąd, słuszny argument, że podobne praktyki to uczenie donoszenia na siebie nawzajem i lepienie moralnych gnid, na co oni zgody nie dają. I tak skończyła się era kapownika, a wraz z nią nastała totalna wrogość między wychowawczynią a renegatami, do końca ich i jej dni w szkole podstawowej, czyli przez jakieś dwa, kolejne lata.

Kiedy patrzę na to, co się dzieje teraz z polskimi kościołami, przychodzą mi na myśl wspomnienia z siódmej klasy. Pod świątyniami stoją chłop i baba, licząc ludzi doń wchodzących. Robią to rzekomo z wysokich pobudek, nie wiedząc, że zachowują się jak stalinowska agentura. Nie ważne, co kto z nas sądzi o polskim kościele i klerze; prędzej czy później, raczej prędzej, księża katoliccy sami zaorają swoje zamki i spiżowe bramy, a to co zostanie, sprzedadzą za psie pieniądze Bezosowi, który urządzi w nich dyskoteki. Tymczasem jednak, donosząc na policję w sprawie ludzi w świątyniach, donosiciele wyrządzają więcej szkody niż pożytku. Po pierwsze, czynią moralną krzywdę samym sobie, przyklejając do siebie samych łatkę kapusiów, a to marne pocieszenie w walce z covidem. Choćby dlatego, że ulegają głupiej propagandzie, jeszcze głupszego rządu. Sam jestem poirytowany do granic wytrzymałości, dlaczego sale koncertowe i kinowe są zamknięte, a kościoły nie, ale sposobem na walkę z nieludzką władzą nie może być donosicielstwo, bo prawo Kalego tu nie zadziała. Jak donosi się na plebana a nie na dyrektora teatru, to nie jest się kapusiem, mówi ten i ów postępowiec. Otóż nie-jest się i to takim samym. I jeden i drugi próbują ratować swój interes, a że rząd woli facetów w sukienkach od artystów, to żadne dla donoszenia usprawiedliwienie. Ja, na ten przykład, nie chciałbym, żeby ktoś doniósł na mojego pana Stasia, u którego ćwiczę potajemnie na siłowni. Pan Stasio nie respektuje bowiem żadnych zaleceń i wpuszcza klientów po uważaniu, bo wie, że bez nich pójdzie na bruk, a klienci wiedzą, że bez pana Stasia zapuszczą się na amen. Obie strony respektują więc tajny układ, którego żadna z nich nie łamie. Nie ma między nami Judaszów, jak to ujął jeden z proboszczów parafii, na którego ktoś złożył donos. Wszelkie bowiem restrykcje, na czele z tymi, że dzieciom lekarskim i milicyjnym wolno chodzić do przedszkoli, a dzieciom sprzątaczek i kasjerek już nie, służą jedynie pogłębieniu rowu w naszym społeczeństwie, podzielonym już i tak zresztą skutecznie przez polityków, na dwa wrogie plemiona. Donosicielstwo jedynie ten stan petryfikuje, niezależnie od tego, kto donosi i na kogo.

Jezus Chrystus nawoływał swoich uczniów i wiernych, aby nie szemrali, jeno wprost wyrażali swoje sądy, bez uciekania się do kapowania. Bo to grzech. Niezależnie więc, czy ktoś słucha Jezusa, wierzy w grzech, chodzi do kościoła, bożnicy czy na piwo (choć na to ostatnie formalnie nie może), to wiedzieć powinien, że donosić jest po prostu nieprzyzwoicie. Że to wstyd. I to, że ktoś myśli, że dzięki telefonowi na policję uchroni ludzi przed wirusem, to jakaś totalna aberracja. Zrobi z siebie tylko idiotę. A covid i tak ludzisków oblecze, czy w kościele, czy bez niego.