Głos lewicy

PiS pracuje na klęskę

Łukasz Moll snuje refleksje przedwyborcze:
Z realnych, a nie życzeniowych scenariuszy na niedzielny wieczór wyborczy najlepszy będzie ten, w którym PiS wyraźnie pokona Koalicję Europejską. Będzie to oznaczało, że Konfederacja przekracza 5 proc. próg wyborczy nieznacznie lub wcale i że na lewo od PO istnieje jakieś życie.
Poza tym mimo że partia rządząca z każdym miesiącem ciężko pracuje na utratę władzy, to opozycja ciągle nie dała ani jednego pozytywnego argumentu, dla którego należałoby jej tę władzę oddać jesienią. Powrót do tej całej gadki o zaciskaniu pasa, o długu publicznym, przywilejach pracowniczych, tanim państwie i ulgach dla korporacji jest dla mnie perspektywą wprost przerażającą. Głównym grzechem PiS jak dla mnie jest to, że do tego powrotu może dojść.

Wybory w kapitalizmie

Na ten sam temat, choć nieco z innej perspektywy, wypowiada się na Facebooku Tymoteusz Kochan:
Całe miasta zaklejone reklamami i bilbordami, na których widnieją tylko same twarze i śmiesznie krótkie hasła, które pasują w zasadzie równie dobrze do każdej partii…
Reklamy wyborcze to coś na co mam szczególną alergię i to od wielu lat.
Niestety w ten postpolityczny cyrk bawią się nie tylko partie prawicowe, które ze zrozumiałych przyczyn programu pokazywać nie chcą i nie muszą, ale i lewica. Z budżetu partii idą więc tysiące złotych na reklamy praktycznie całkowicie pozbawione treści, zbliżone do reklam kosmetyków i mające mniej od nich treści.
Sama twarz i numer oraz logo.
Zamiast wykorzystać okazję i umieścić tam chociażby 1 punkt programu, wymienić jakieś zasługi, rozpisać swoje cele chociaż na dwa dłuższe zdania dla bardziej uważnych i nieobeznanych z lewicową ofertą…
Nie. Lepiej w kółko bawić się w konkurs na najlepszy makijaż. Wyjście poza bańkę najlepiej jeszcze sobie utrudnić.

Lewica czy nie lewica

Swoje trzy grosze dorzucił Piotr Nowak, dziennikarz strajk.eu:
Podobno PiS przejął elektorat socjalny i jest to problemem tzw. lewicy. Dlaczego w takim razie komitet Lewica-Razem na finiszu kampanii wyborczej atakuje liberalną Wiosnę?

Nigdy nie postrzegałem Wiosny jako ugrupowania prospołecznego, ale skoro lewica w nich uderza i mają takie notowania to pewnie są lewicą, a zatem mają mój głos.

Kto startuje

A wszystko trafnie podsumowuje dziennikarz Krytyki Politycznej Przemysław Witkowski:
Niezwykle mnie to bawi.
W Koalicji Europejskiej masa byłych członków PZPR, sekretarze, członkowie KC, ZSMPowcy, dyplomaci;
w PiS aparat bezpieczeństwa, sędziowie, prokuratorzy, za PRL ściśle związani z władzą, TW SB na eksponowanych stanowiskach, w PKP czy na placówce;
w Konfederacji PZPRowskie odpady: zrzuty po Stronnictwie Demokratycznym, trepy, dzieci sekretarzy spod Legnicy, paxowcy.
A w Razem legenda opozycji, banda młodzianków i dziewoj co to w PRL mieli jeno pacholęctwo, dodatkowo wychowanych w duchu zachodniego socdemu.
Ale nie, to tu są Ci słynni „komuniści”.
Za czytanie komentarzy Polaków wypowiadających się o polityce państwo powinno mi wypłacać dodatek za pracę w niebezpiecznych dla zdrowia warunkach.

Dno i dwa metry mułu

Początkowo wydawało się, że PiS mocno trzyma w rękach cugle kampanii wyborczej. „Piątka” za „piątką” spadały na publiczność niczym złoty deszcz.

Miliardy złotych – do tej pory nawet trudne do wyobrażenia – nagle znalazły się w zasięgu ręki „prostego człowieka”. Każdy we własnym portfelu poczuł dobroć pana prezesa i pana premiera. Reszta nie była ważna.
Pani Szydło mogła posługiwać się jedynie monosylabami wydobywanym spoza zaciśniętych warg, a i tak, co by nie powiedziała, to istne objawienie.
Pana premiera nie imały się nawet krzyczące nagłówki o jakichś „mieszkaniach na słupy”, jakiejś „odprawie, która czeka”, a seryjnie udowadniane mu kłamstwa grzęzły bez szkody niczym kule w kamizelce kuloodpornej.
Nad wszystkim czuwał zaś pan prezes, który rozsiewał „swoje” prawdy i wskazywał na „kłamstwa totalnej opozycji”.
Pośród nich najgorsze, najpodlejsze – kłamstwa oznaczające wojnę z kościołem w Polsce. A rola kościoła w Polsce jest niepodważalna i „każdy, kto podnosi rękę na kościół, podnosi rękę na Polskę”…
No i wypowiedział w złą godzinę! Znaleźli się bowiem śmiałkowie, którzy „podnieśli”. Zamiast nic nie mówić nikomu, żeby było jak dotąd, odwrócili pomnik tyłem do przodu i okazało się, że za fasadą ze spiżu jest pustka, jeśli nie liczyć zbutwiałych frazesów i robactwa zjadającego resztki zasad. Porażenie, oburzenie, wstyd, kompromitacja, przerażenie, zażenowanie – istne tsunami spadło na instytucję tak długo nietykalną. Nagle nie tylko przed rządem, przed PiS-em, ale też i przed wszystkimi jego wyborcami i zwolennikami, stanęło pytanie: kim oni właściwie są, czym jest ich wiara, jakiego kościoła są fundamentem?
No i, co teraz myśleć o tych ministrach, prezesach, urzędnikach wysokiej rangi, którzy trzymając za ręce biskupów, księży, i inne „sługi boże”, kolebiąc się na boki niczym górnicy na Barbórkę w „karczmie piwnej”, wyśpiewują pod niebiosa swą radość z bycia „wspólnotą”. Zaiste piękna to wspólnota…
I nagle, z dnia na dzień, „przestało żreć”! Film braci Sekielskich obejrzała cała Polska. Ciągle jeszcze niesie się przez kraj ten szlagwort: „kto podnosi rękę na kościół, podnosi rękę na Polskę”, tylko, że te same słowa znaczą coś zupełnie innego. Groźbę: kto zagląda do księżych sypialni, kto publicznie daje wyraz oburzeniu i niezgodzie na maltretowanie i deprawowanie dzieci, łamanie im życia u zarania, ten godzi w tysiącletnią tradycję pod karą niepolskości…
Geniusz pana prezesa legł w gruzach, a on sam zapewne, gdyby mógł, połknąłby własny język.
Niestety liczni dziennikarze i dziennikarscy halabardnicy, którzy porobili kariery dzięki dobrej zmianie, nie mogą języka połykać, bo z gadania żyją. Tylko, co mówić w takiej sytuacji? Jak bronić przegranej sprawy? Jakoś trzeba, bo żyć przecież z czegoś trzeba…
Jesteśmy więc świadkami kuriozalnych wypowiedzi, wygibasów słownych, gotowości do wypowiedzenia każdego idiotyzmu w służbie partii-karmicielki. Najwyżej mierzą oczywiście najbardziej znani, najgłośniejsi, wyniesieni na kominy. Taka praca – od nich przecież oczekuje się najwięcej, zwłaszcza w godzinie próby.
Rekord świata w kategorii „włazidupstwo ekstremalne” pobił bezapelacyjnie pan redaktor Piotr Semka, który na Twitterze napisał: „Zarzucacie kościołowi pedofilię, a jego biskupi cierpieli za komuny głód. Ja wiem, że to pozornie nie ma związku z filmem Sekielskiego, ale chciałbym to w tej chwili przypomnieć…”
Jasne! Pamiętam jak dziś – generał Jaruzelski osobiście zakluczył prymasa Glempa w ciemnicy i trzymał go tam o chlebie i wodzie. Do Klarysewa na rozmowy przywozili prymasa karetką i pod kroplówką, żeby nie zemdlał przed generałem z głodu. Biskup Orszulik natomiast tylko dlatego trzymał się prosto podczas obrad „okrągłego Stołu” i nie spadał pod stół w Magdalence, że go bezpieka, jak Birkuta przed biciem rekordu w układaniu cegieł, dokarmiała specjalną szynką zza „żółtych firanek”…
Za największymi podążają dziarsko kurs-galopkiem liczne zastępy redaktorów Semko-podobnych, pomniejszych, lokalnych. I oni robią wszystko, żeby zaznaczyć swoją obecność we wspólnym froncie obrony Polski przed ręką podniesioną na kościół i „dobrą zmianę” przy okazji też.
Miałem okazję wysłuchać jednej z tysięcy rozmów, które na finiszu kampanii wyborczej odbywają się w setkach rozgłośni. Ta akurat odbywała się w rozgłośni państwowej, w publicznym radiu szczecińskim. Audycję prowadził sam szef, niejaki Przemysław Szymańczyk. Chyba neofita pisizmu, gdyż nastał w roku 2016, a wcześniej pracował w TVN. Gościem był prof. Bogusław Liberadzki, wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego, lider listy KE w okręgu zachodniopomorskim i lubuskim, polityk SLD. Jest profesorem SGH, jego specjalnością jest transport i ekonomika transportu. Była więc na przykład okazja, żeby porozmawiać o zapowiedzianej przez rząd reaktywacji publicznego transportu – skąd na to pieniądze, czy zaplanowane przez rząd wystarczą, czy jest szansa na fundusze europejskie na ten cel, co profesor by zrobił, żeby je skierować do Polski, gdyby ponownie został europarlamentarzystą?… Furda tam!
Redaktor zaczął od cytatu z Manueli Gretkowskiej: „Katolicy są godni współczucia i ubolewania”.
Manuela Gretkowska reprezentuje Kongres Kobiet, który wchodzi w skład Koalicji Europejskiej.
Pan redaktor Szymańczyk nie mówi, dlaczego ona to powiedziała, w jakich okolicznościach, tylko wali na odlew: – Czy uważa pan, że ja, jako katolik, jestem godny współczucia i ubolewania?…
– Patrzę panu prosto w oczy, dodał, co znaczyło, że oczekuje absolutnej szczerości.
Co sobie profesor pomyślał, to jego, co odpowiedział, to drugie – znany jest przecież z tolerancji, skłonności koncyliacyjnych, gotowości do rozmowy i niechęci do kłótni. Poza tym był w gościach.
Redaktor jednak był jak zaprogramowany – rozmowa toczyła się, gdy film Sekielskich obejrzały już miliony:
– Skąd ten wątek antyreligijny u wielu polityków związanych z Koalicją Europejską lub podmiotami, które stanowią KE?
– Czym innym jest kościół hierarchiczny, czy innym kościół powszechny, a czym innym jeszcze religia jako taka, odpowiada grzecznie profesor, dodając, że on w filmie wątków antyreligijnych nie widzi. A hierarchowie… no cóż. Trzeba zrobić wszystko, żeby to się nie powtórzyło.
Redaktor jednak, jakby trzymając w ręku jakąś książeczkę ze złotymi myślami prezesa, nie ustępuje:
– Toczy się gra o korzenie. Mamy do czynienia z ofensywą antyreligijną…
Na dowód przytacza wypowiedź Tuska sprzed kilku lat, że nie będzie klękać przed biskupami, dodaje tęczę wokół Maryi…
– I tak w całej Europie!
Pada przykład Fryburga, gdzie katolicką procesję otaczały wrzeszczące lesbijki i geje, którzy dopuściliby się rękoczynów, gdyby nie policja…
– Czy tak ma wyglądać współczesny model tolerancji europejskiej, czy pan jako przedstawiciel frakcji socjalistycznej podziela tego rodzaju model? Za chwilę zgodnie z doktryną marksizmu-leninizmu będziemy musieli wyznawać wiarę wyłącznie w domu, krzyże i kościoły będą musiały być zamknięte, bądź zniknąć z przestrzeni publicznej, zresztą tak się dzieje w Francji i częściowo w Niemczech, kościoły są zamykane, zamieniane w magazyny… Słowo daję, tak ten Szymańczyk, redaktor, nadawał przez radio… Profesor długo wychodził ze zdumienia, choć nie ustawał w dobrotliwości, pytając uprzejmie na przykład: – a co wspólnego ma film Sekielskich z marksizmem-leninizmem?…
Redaktor się zreflektował i przeszedł do nawozów sztucznych osobliwie fosforanowych.
– Pani pośle, zaczął znienacka, 24 października 2017 roku głosowano w europarlamencie nad limitami kadmu w nawozach fosforanowych… Pan nie głosował, bo był w Emiratach Arabskich…
Jakby się kto pytał, te nawozy, to złoty interes Rosjan, w podtekście pytania czai się więc kolejna PiS-owska fobia o „nabijaniu kabzy Putinowi”…
Na końcu okazało się, że to nie było jedno głosowanie, tylko trzy, że PE osiągnął kompromis i że…
Redaktor skończył jednak audycję, bo już „wystarczająco nad panem posłem się pastwiłem”…
A nad słuchaczami? Słuchacze, to pies? Nic dziwnego, że publiczne radio szura antenami po dnie słuchalności, grzęznąc co chwilę w mule z bełkotu.

Prawda najprawdziwsza

Ciągle jeszcze wolne media uwierają prezesa Kaczyńskiego niczym cierń w bucie. Gdyby nie one, media rządowe czyli dawniej publiczne radio i telewizja bez przeszkód krzewiłyby prawdę wg PiS, choć jest ona bardzo nieprawdziwa.
Media niezależne podają swoja wersję wydarzeń, też często subiektywną, ale i tak bardziej obiektywną niż magma informacyjna wydalana przez dziennikarzopropagandzistów w PiS-owskich mediach. Walka informacyjna zaostrza się i nie media rządowe są w niej górą. Widać to po wynikach oglądalności i słuchalności. Stacja radiowa RMF FM, będąca własnością zagranicznego kapitału me słuchalność wyższą niż wszystkie programy publicznego radia razem wzięte. Słuchalność radia publicznego leci na łeb na szyję, a to oznacza, że słuchacze mają dość rządowej propagandy. Podobnie spada oglądalność publicznej telewizji. I nawet nie wiem jak Kurski by się natężał to ciężaru kłamstwa nie udźwignie, taki to ciężar.
W punktach sprzedaży zalegają stosy Gazety Polskiej, a kupowany jest tabloid Fakt wydawany przez niemieckiego właściciela. Podobny jemu treścią, z krajowym kapitałem, tabloid Superekspres, puszczający oko do PiS, pozostaje daleko w tyle. PiS-owskie czasopisma żywią się reklamami spółek skarbu państwa, a ich propagandowy personel pławi się w luksusach. Ten przepływ czytelników, słuchaczy i oglądaczy w kierunku mediów niezależnych jest dla PiS groźny. Pokazuje on, że do obywateli dociera świadomość, że są, za pomocą rządowej propagandy, manipulowani i stymulowani. Ta świadomość narasta powoli, ale narasta.
Obywatel zadaje sobie pytanie. Skoro PiS mówi tylko prawdę, a reszta to kłamcy to dlaczego ta prawda jest coraz częściej kwestionowana i budzi coraz więcej pytań i do owych kłamców czyli mediów nie PiS-owskich obywatel zwraca się w poszukiwaniu prawdy.
Nie oznacza to, że media niezależne promieniują sama prawdą. Do tego im także daleko, ale bliżej niż PiS-owi i jego propagandowym służbom.

Dzięki!

Pragnę szczerze podzielić się radością, jaka towarzyszy człowiekowi, którego praca zostaje dostrzeżona i doceniona.

 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Rzeczpospolitej Polskiej poinformowało mnie, iż chętnie widziałoby moją kandydaturę w tegorocznej edycji przyznawania nagrody im. Bolesława Prusa – w kategorii „Zielonego Prusa” – czyli wyróżnienia dla młodych dziennikarzy. Zapytano, czy nie miałabym nic przeciwko zgłoszeniu takiej kandydatury.
Podkreślam, że sama propozycja to dla mnie wielkie wyróżnienie, niezależnie od tego, jaką decyzję podejmie Kapituła i do kogo „Prusy” powędrują. Swoją pracę staram się wykonywać zawsze rzetelnie i z jak największym zaangażowaniem. Fakt, że Stowarzyszenie patrzy na nią okiem życzliwym i doceniającym, stanowi największą motywację i potwierdzenie tego, że zawód dziennikarza ma sens pomimo wielu bolączek, z którymi musi się mierzyć w erze cyfryzacji i nowych mediów.
O tychże bolączkach rozmawialiśmy zresztą podczas 4-dniowych warsztatów, które Dziennikarze RP zorganizowali razem z Ogólnopolskim Porozumieniem Związków Zawodowych.
Nagrody im. Bolesława Prusa, od wielu lat są prestiżowym wyróżnieniem dziennikarzy, którzy poziomem i dorobkiem swej twórczości zasługują na to najwyższe uznanie.
Kandydatów do nagród mogą zgłaszać: kolegia redakcyjne prasy, radia, telewizji, prasowych portali internetowych, agencji prasowych i klubów twórczych stowarzyszeń dziennikarskich, Prezydium ZG SDRP, zarządy oddziałów SDRP, inne organizacje i stowarzyszenia dziennikarskie oraz indywidualnie dziennikarze.

Głos lewicy

Śmieszne oświadczenie

„Prezes Kaczyński oświadczył, że do polityki nie idzie się dla pieniędzy i pracujący w spółkach skarbu państwa i zarabiający krocie, nie będą mogli kandydować do samorządów. Owi, PiS-owscy krezusi, nie są przygłupami i nie zrezygnują z zarabiania np. 100 tys. miesięcznie, by zostać burmistrzem i zarabiać 8 tys. brutto. Oni nawet są gotowi dopłacić do kasy PiS te 8 tys. złotych miesięcznie, co wielu teraz czyni, by prezes dał im spokój. Oczywiście, że w PiS idzie się do polityki dla pieniędzy. Daruję sobie wymienianie ludzi z PiS, którzy politykę potraktowali jako środek do przejścia do biznesu i zarabiania dużych pieniędzy. Pozapolityczną drogą nigdy by im się to nie udało.
Komunikat prezesa rozumiem następująco: nie kandydują ci, którzy pracują we wspomnianych spółkach. A czy prawo do startu mają PiS-owscy radni, dorabiający sobie w owych spółkach w radach nadzorczych? Formalnie członkowie rad nadzorczych nie są pracownikami spółek, są ich ogranem nadzorczym, za co otrzymują uposażenie w formie zleceń.
Kandydaci na radnych nie będą powiązani ze spółkami, ale kiedy nimi zostaną mogą zacząć tam zarabiać. Najwyżej zrezygnują z mandatu radnego i w ich miejsce wejdzie kolejny z listy PiS.. I tak karuzela się będzie kręcić, by napełnić kieszenie swoim. W takim KGHM np. jest już piąty z kolei zarząd w ciągu trzech lat rządów PiS. Na same odprawy dla zwalnianych wydano grube miliony. I o to chodzi, by napełnić kieszenie swoim. Rok pracy i milionowa odprawa oznacza bogate życie przez lata. To złodziejstwo PiS klajstruje walką z przestępcami VAT-owskimi.
Z takiego politycznego nadzoru nad spółkami PiS nie zrezygnuje. Zaplecze kadrowe partii to właśnie ci radni. Oni, jak mniemam, są i będą w przyszłości nadal sprawować nadzór polityczny, bo raczej nie merytoryczny, nad spółkami. Będą zatem mogli startować w wyborach samorządowych i nadal zarabiać dziesiątki i setki tysięcy złotych rocznie. Będą także zapleczem kadrowym oczekującym na synekury w spółkach. Nie przypadkiem prezes wygłosił tak enigmatyczne oświadczenie i tyle go widziano. Wolał na wyżej wymienione wątpliwości nie odpowiadać i nie nawijać makaronu na uszy dziennikarzom” – napisał Czesław Cyrul na Facebooku.

 

Rzecz o Hartmanie

Miało być o „wolnych sądach”, ale będzie o prof. Hartmanie, faktycznie bowiem te sprawy się wiążą ze sobą. Pozostają dwiema z wielu stron medalu przyznanego Polsce w 2015 r. A może wcześniej – w 1989 r.? Istota rzeczy dotyczy bowiem rozczarowań i cierpień, jakich warstwa inteligencka doświadcza rzekomo ze strony rozpasanego plebsu, a które w rzeczywistości zadaje sama sobie metodą zaniedbań i pielęgnacji własnej ślepoty.
Nic dziwnego, że felieton Jana Hartmana pt. „Ja, prostak” na stronach „Polityki” odbił się echem i falą memów. Po jego lekturze długo można zbierać szczękę z podłogi. Można wyjść, żeby ochłonąć podczas wieczornego letniego spaceru, można klepać na fejsie mem za memem… Przede wszystkim jednak warto wysilić kluczowe ośrodki korowe, by terminowi „inteligencja” przywrócić znaczenie – jak się wydaje – dawno już porzucone przez prof. Hartmana i resztę postaci z tej bajki: inteligencja jako zdolność ogarnięcia rzeczywistości i poradzenia sobie z nią.
Czy inteligencja jako quasi-klasa, relikt pełnego kapitalizmu, miała z tą rzeczywistością coś wspólnego? Jej ciche a boleściwe konanie w czasach kapitalizmu gnijącego dość wymownie sugeruje, że nie bardzo. Rzeczywistość społeczna pozostaje dla polskich inteligentów niezgłębioną, mroczną tajemnicą, niszczącą spokój ich ducha niczym tłum Januszy i Grażyn napierający na nich w autobusie.
Eksplozje awersji do ludzi prostych obyczajów i prostych zawodów, którymi raczy nas rodzima profesura m.in. w postaciach Magdaleny Środy i Jana Hartmana, znajdują do tej pory dwojaki (choć tylko pozornie) finał. Hartman, zdradzony, pokonany i upokorzony przez dziejowe widmo egalitaryzmu, zwyczajnie kapituluje przed „chamem”, sam „ulegając pokusie wtórnej prymitywizacji”. Środa na pozór jeszcze walczy, jeszcze „biega przez dwa dni”, jeszcze daje epicki odpór tym, co „ciągle tylko stoją”, a czegoś od niej chcą. Faktycznie jednak styl, w jakim to osiąga, w gonitwie „wtórnej prymitywizacji” plasuje ją na pozycji o kilka długości przed Hartmanem. Chcieli, nie chcieli – ciemna masa, kłębiąca się bardziej w ich głowach niż na polskich ulicach, pochłonęła ich wysublimowane jestestwo. Przegrali” – pisze publicysta Paweł Jaworski na łamach strajk.eu.

Jak pisać o PiS

Od dłuższego czasu w mediach lewicowych, liberalnych, centrowych i niektórych zaliczanych do prawicy, obserwujemy lawinę tekstów piętnujących poczynania PiS-u i jego sprzymierzeńców.

 

Nie kwestionując słuszności opisów skandalicznych nadużyć nie sposób jednak nie zwrócić uwagi na widoczny w tej nawale brak zastanowienia. Należy bowiem domyślać się, że podstawą pełnego zapału i wytrwałości wysiłku publicystów jest przekonanie, iż wykazywanie błędów spowoduje naprawienie sytuacji grożącej katastrofą, że doprowadzi władze do opamiętania, a przede wszystkim wywoła otrzeźwienie społeczeństwa aprobującego utrzymującą większość parlamentarną grupę demagogów. I w tym momencie zdumiewa, że walczący z dewiacją w ogóle nie zdają sobie sprawy z tego, że być może, zło, które pokazują i usiłują naprawić, są to jedynie objawy choroby, której istoty owi krytycy nie dostrzegają. A przecież za tym przemawia np. fakt, iż wspomniane piętnowanie błędów jest nieskuteczne.
Oskarżające PiS osoby zapamiętałe są w tej działalności do tego stopnia, że zapominają o obowiązku rozważenia swoich własnych błędów, do których niekiedy półgębkiem przyznają się nie próbując jednak poznać ich istoty. Przecież zawsze popadnięcie w zależność od złych i głupich wynika z bierności tych, którzy potrafią rządzić mądrze, a oczywiste dla każdej rozsądnej osoby rozważenie takiej możliwości narzuca się tym bardziej, że po dwu latach rządów PiS nie można mieć wątpliwości, iż wspomniana walka na argumenty nie daje rezultatu zwłaszcza wobec wyraźnego u autorów przekonania o braku pozytywnej alternatywy politycznej. Podobnie nieskuteczność „walki z demagogią” osądza np. prof. Cas Mudde w krótkim artykule „Realnym problemem nie jest populizm”. Należy więc, nie zaprzestając wskazywania błędów władzy, zastanowić się wreszcie, jakie mogą być inne przyczyny zła i jak je należy naprawiać? Zarazem, w odpowiedzi na ten swój apel przedstawiam własne w omawianej sprawie zdanie: rzeczywistą przyczyną fatalnego stanu porządków w naszym kraju jest powszechny marazm umysłowy oraz kulturalny i jakiekolwiek działania pomijające konieczność ożywienia umysłów a także naprawy obyczajów są daremne. A oto, jakie są dowody na to, że uśpienie umysłów i dekadencja kulturalna mają miejsce w naszym kraju.
Co do intelektu sprawa jest prosta. Zanik zdolności rozumowania, jeżeli jest powszechny, powinien, z natury rzeczy, uwidocznić się przede wszystkim w środowisku elity umysłowej. Otóż wyraźnym przejawem dowodzącym złego stanu tej części społeczeństwa jest zanik dialogu, wiadomo bowiem, że myślenie nie istnieje bez pytań, wątpliwości i sporów. I właśnie brak tych podstawowych przejawów myśli jest uderzający w ośrodkach głównie tych nastawionych na poświęconą polityce i zagadnieniom społecznym tzw. poważną publicystykę jak np. Przegląd Socjalistyczny, Krytyka Polityczna, Kultura Liberalna, internetowa witryna Towarzystwa Kultury Świeckiej im. Tadeusza Kotarbińskiego i in. Nie ma tam dyskusji, jedyne uwagi krytyczne dotyczą obozu władzy i stanowią niejako uzgodniony rytuał legitymujący przynależność do „swoich” na równi z obowiązującym niedostrzeganiem błędów popełnianych we własnym gronie. Gdy przyjrzymy się czy tym periodykom, czy publicystyce powstającej w ramach inicjatyw takich jak Kongres Kultury, Kongres Obywatelski itp. widzimy same jedynie monologi i kazania autorów niezdolnych zauważyć tekstów ani tych, które w jakiejś mierze zaprzeczają ich tezom, ani zgodnych. Szczególnie zaś zdumiewa brak w całym środowisku obejmującym autorów, redakcje i czytelników zaniepokojenia tym, że nawet najbardziej udramatyzowane wystąpienia nie wywołują odzewu.
Z kolei mówiąc o upadku kultury również należy skupić się na elicie. I tu powstaje problem wymagający obszernych wyjaśnień.. Powszechnie uważamy, że podstawowym przejawem kultury są: dbałość o poprawność mowy i unikanie – co błędnie utożsamiamy z empatią – agresji, a pod tym względem znaczna część elit jest bez zarzutu. Liczne są bowiem osoby i publikatory, które dbają o formę tekstu i nie używają „brzydkich” wyrazów, a krytykę skrzętnie ukrywają w ogólnikowych, bezosobowych wzmiankach, a więc, na podstawie wspomnianego „powszechnego uważania”, spełniają wbrew moim zarzutom warunki do uznania ich za kulturalne bez jakiegokolwiek „marazmu”.
W moim jednak przekonaniu podstawą kultury jest uznanie wartości umysłu każdego spotkanego człowieka, a wspomniane temperowanie mowy i uprzejmość świadczą o kulturze jedynie, gdy powstają jako produkt poszanowania godności innej osoby. Przecież znamy z doświadczenia ludzi dbających o poprawne wysławianie się i zręcznie zachowujących uznane formy postępowania, którzy jednak są bezwzględnymi egoistami. Mówimy o takich: cywilizowany cham.
Owo „uznanie wartości umysłu” polega na zrozumieniu, iż świat myśli każdej spotkanej osoby ma wartość niezależnie od tego, czy jest on bogatszy od mojego, czy uboższy. Że w każdym wypadku poznając go otrzymujemy szansę rozszerzenia swojej wiedzy, swoich zdolności, a także poznania błędów swojego własnego rozumowania. A także owo „uznanie wartości” narzuca – nasuwający nieraz wątpliwość – obowiązek dążenia do naprawy zauważonych u tego drugiego błędów, temperowany oczywiście świadomością zarówno ograniczoności własnego sądu jak i ludzkiej skłonności do emocjonalnego reagowania na krytykę. Jeżeli bowiem szczerze uznajemy jakiś przedmiot za wartościowy, nie pozostajemy obojętni wobec zauważonej na nim skazy, dbając zarazem, by cennego obiektu nie uszkodzić.
I jeszcze jedno: najpełniej „uznanie wartości” realizuje się w dialogu, którego idealną postać opisuje formuła: minimum 50 proc. słuchania drugiej strony, minimum 30 proc. mówienia o jej sądach i maximum 20 proc. przedstawiania własnego widzimisię. Mistrzem w tej sztuce był ponoć Sokrates, który ograniczał się do pytań i rozważania racji rozmówcy naprowadzając go tym do własnego poprawnego wnioskowania.
Po takich wyjaśnieniach mogę mówić o marazmie kulturalnym polskich elit i – wynikającym z niego – całej reszty społeczeństwa. Zanikła bowiem zdolność uznania godności innego człowieka, co zresztą jest faktem znanym (np. Małgorzata Anna Maciejewska „O zbędności elit, a zwłaszcza buców”). Dowody na to są liczne. Tak więc czasopisma i autorzy przejawiają solipsystyczny brak zainteresowania poglądami zarówno czytelników jak i wyrażonymi w innych niż swoje artykułach czy esejach. Większość poświęconych sprawom społecznym, politycznym i kulturalnym czasopism i witryn internetowych nie reagują nawet na najbardziej udramatyzowane diagnozy i postulaty publikowane w mediach, a zarazem („Przegląd Socjalistyczny”, „Centrum im. Daszyńskiego” i in.) w ogóle nie ukazują opinii czytelników, podczas gdy inne (np. „Kultura Liberalna”, „Lewica.pl”) dopuszczają co prawda czytelników do głosu w postaci komentarzy, jednak demonstracyjnie okazują lekceważenie przedstawianym opiniom. Uderza brak choćby śladu zainteresowania treścią uwag odbiorców przedstawianych treści ani ze strony autorek/autorów, ani redakcji, ani postronnych obserwatorów. Ciekawy kazus mamy w przypadku „Zdania” wydawanego przez stowarzyszenie „Kuźnica”, gdzie jedynym przejawem zainteresowania czytelnikami jest apel o dodatkowe wpłaty.
Ten brak zainteresowania głoszonymi wokół nas sądami przedstawiony jako objaw marazmu kulturalnego wymieniałem poprzednio jako objaw bezczynności umysłu. To połączenie nie jest bynajmniej przypadkiem, gdyż wzajemne powiązanie ze sobą kultury i dbałości o sprawne myślenie uważam za oczywistość dotyczącą wszystkich. Czy mamy do czynienia z osobnikiem obdarzonym wybitnymi zdolnościami, czy z posiadającym skromny zasób wrodzonych możliwości rozumowych, zaniedbanie rozwoju dokonującego się w trakcie poznawania poglądów innych ludzi powoduje degradację osobowości przejawiającą się uśpieniem umysłu i niedorozwojem kulturowym.
Tak wygląda uproszczone dowodzenie marazmu powiązanych ze sobą kultury i intelektu. Ale czy rzeczywiście ten marazm może w sposób istotny spowodować rozpanoszenie się demagogii i związany z nią regres społeczności? Sądzę, że wynika to choćby ze znanego powiedzenia: „gdy rozum śpi, budzą się upiory”. A zatem przedstawiona (w ogromnym skrócie) analiza, po pierwsze pozwala poznać proces, który doprowadził do tego upadku, oraz po drugie umożliwia podjęcie próby określenia działań naprawczych. W obu wypadkach chodzi mianowicie przede wszystkim o dialog w skali całego społeczeństwa rozumiany jako wzajemne porozumiewanie i poznawanie. Marazm więc wynika z zaniedbania takiej właśnie wymiany myśli inicjowanej i formowanej przez część społeczeństwa dysponująca autorytetem (twórcy i propagatorzy kultury oraz nauki), a podstawę odbudowy winno stanowić odrobienie tego zaniedbania.
Jako podsumowanie stawiam apel o rozważenie przedstawionej tezy, iż kultura i intelekt mas stanowią istotny czynnik formujący stosunki społeczne i polityczne, oraz o poważną dyskusję nad szeroko pojętym dialogiem rozumianym jako narzędzie niezbędne dla formowania myśli oraz obyczajów.

Dziennikarska inicjatywa

– Chcemy jasnych zasad we współpracy z redakcjami. Dziś jest tak, że każda dziennikarka i dziennikarz jest traktowany inaczej – mówi Bartosz Józefiak, reportażysta, jeden z założycieli środowiskowej komisji dziennikarek i dziennikarzy przy Inicjatywie Pracowniczej.

 

Pracownice i pracownicy mediów chcą wspólnymi siłami zmierzyć się z problemami, będącymi efektem niestabilnych form zatrudnienia i wynagradzania. „Dziennikarze przygotowujący swoje materiały przez kilka tygodni zarabiają na nich kilkaset złotych. Za każdy tekst rozliczani są umową o dzieło. Pracodawcy nie opłacają więc składek emerytalnych. Dziennikarzom nie przysługuje nawet ubezpieczenie zdrowotne dostępne dla osób na umowach – zleceniach. Bardzo niewiele redakcji otwartych jest na przyjmowanie pracowników na etat. Co gorsza, sposób wypłacania wierszówek jest niejasny. Autor przed publikacją rzadko kiedy wie, jak zostanie wyceniony jego tekst. Pracodawcy nie podają do publicznej wiadomości jasnych reguł wynagradzania. Zdarza się więc, że dwoje autorów pracujących dla tej samej redakcji otrzymuje za swoje teksty dwie zupełnie różne kwoty” – czytamy w manifeście inaugurującym działalność komisji, który ukazał się na stronie Inicjatywy Pracowniczej.

Kolejny problemem, na który zwracają uwagę dziennikarze, którzy wstąpili do związku zawodowego są terminy wypłaty wynagrodzeń. W niektórych redakcjach dziennikarz otrzymuje pieniądze za zamówiony tekst nawet po kilku miesiącach, czasem nawet po roku od jego napisania. – Dziś zdarza się, że reporter może napisać tekst w styczniu, a pieniądze zobaczy w marcu, kwietniu lub za dwa lata – w zależności od tego, kiedy materiał ukaże się w gazecie – wskazuje Bartosz Józefiak. Jaki jest cel działania komisji? W oświadczeniu czytamy o konieczności „ucywilizowania zasad współpracy z redakcjami”. Jedynym z największych kuriozów jest odbieranie autorom praw autorskich do ich publikacji. W efekcie dziennikarze i reportażyści otrzymują wynagrodzenie tylko raz, podczas gdy ich teksty są następnie reprodukowane w wydaniach papierowych czy w innych tytułach. – Dzisiaj autor, który chciałby wydać książkę ze swoimi tekstami, musi je odkupić od redakcji. Jego własność intelektualna właściwie nie jest jego – zwraca uwagę Bartosz Józefiak.

Członkami komisji są również dziennikarze zatrudnieni na stałe w redakcjach gazet i portali. Ich również dotyka problem erozji standardów płacowych. – Nie możemy dopuścić do ich dalszego obniżania, bo wartościowe dziennikarstwo dostanie zawału. Jeśli redakcje chcą mieć dobrze przygotowane materiały, muszą za nie dobrze płacić. O tym wszystkim chcemy rozmawiać z wydawcami i osobami decyzyjnymi w redakcjach – zapowiada Bartosz Józefiak.