Socjal popłaca

W najnowszym raporcie UNICEF-u w pierwszej piątce państw, które wykazują szczególną dbałość o rodzinę znalazły się trzy kraje skandynawskie, Estonia i Portugalia. Powstająca z kolan i prorodzinna Polska zajęła dopiero 23-cie miejsce spośród zbadanych 31 krajów UE i OECD.

Badania przeprowadziło Centrum Badawcze Innocenti, jednostka UNICEF-u. Eksperci analizowali precyzyjnie – jak głosi raport – „polityki przyjazne rodzinie”. Chodzi m.in. długość pełnopłatnego urlopu rodzicielskiego i dostęp do usług publicznych związanych z opieką nad dziećmi do sześciu lat. Autorzy raportu podkreślają, że polityki te służą wzmacnianiu więzi rodziców z dziećmi i mają kluczowe znaczenia dla „spójności społeczeństw”. Opublikowany 12 czerwca dokument nosi tytuł: „Czy najbogatsze kraje świata są przyjazne rodzinie? Polityka w krajach OECD i UE”.
Jeżeli chodzi o urlopy rodzicielskie prym wiedzie Estonia. Kraj ten oferuje matkom najdłuższy pełnopłatny urlop – 85 tygodni. Następne są Węgry – 72 tygodnie i Bułgaria – 61 tygodni. Polska w tej klasyfikacji uplasowała się na 13-tym miejscu – 42 tygodnie pełnopłatnego urlopu. Zaś USA są jedynym państwem (spośród badanych przez UNICEF), w którym nie ma żadnych regulacji dotyczących płatnych urlopów rodzicielskich.
W raporcie wskazuje się, iż wielu rodziców gotowych wrócić do pracy po urodzeniu się dziecka szuka możliwości opieki nad potomstwem, jednak nie mogą sobie na to pozwolić ze względu na wysoki koszt takich usług. W Wielkiej Brytanii najczęściej jako przyczynę rezygnacji z usług oferowanych przez placówki opieki nad dziećmi rodzicie podawali właśnie wysokie ceny. Tymczasem w Czechach, Danii i w Szwecji koszt stanowił problem jedynie dla jednego procenta rodziców, którzy deklarowali niezaspokojoną potrzebę opieki nad dzieckiem.
W raporcie UNICEF-u zawarto również wskazówki i rekomendacje, w jaki sposób kraje mogą być bardziej przyjazne rodzinie. Należy m.in.: ustawowo zapewnić rodzicom płatny urlop rodzicielski w wymiarze co najmniej pół roku, umożliwić dostęp do niedrogich placówek opieki na dziećmi, upewnić się, że matki mogą karmić piersią zarówno przed, jak i po powrocie do pracy dzięki zapewnieniu im wystarczająco długiego płatnego urlopu rodzicielskiego, zagwarantowaniu przerw w pracy oraz bezpiecznego i odpowiedniego miejsca do karmienia.
Tymczasem w Polsce samorządy zajmują się przyjmowaniem deklaracji „przeciwko seksualizacji dzieci”. UNICEF raczej tego nie doceni.

Widmo Odyna

Po niespodziewanej, przeczącej wszystkim aktualnie przyjętym trendom w polityce unijnej wizycie w Moskwie, prezydent Estonii Kersti Kaljuaid wykonała kolejny mocny gest. W ceremonii zaprzysiężenia nowego rządu w Tallinnie brała udział, ubrana w bluzę z napisem „Słowo jest wolne”. W kraju, gdzie funkcje prezydenta są głównie ceremonialne, niewiele więcej mogła zrobić, by zademonstrować, że niepokoi ją nowa koalicja prawicy ze skrajną prawicą.

Kaljuaid, z wykształcenia biolożka, potem pracująca jako menedżerka, dyrektorka elektrowni i ekspertka ekonomiczna, nie jest oczywiście człowiekiem lewicy. To modelowa konserwatywna liberałka, zwolenniczka wolnego rynku, akceptująca pewien zakres swobody w tzw. sprawach obyczajowych. A także polityczka zdecydowana działać dla dobra państwa estońskiego tak, jak konserwatywni, prozachodni liberałowie je rozumieją: utrzymać obecne granice i sojusze, nie dopuścić ani do radykalnego pogorszenia stosunków międzyetnicznych, ani do zapaści gospodarczej, która przełożyłaby się na społeczne niepokoje, ani do zakwestionowania europejskości Estonii na arenie międzynarodowej.
To wystarczyło, by z niepokojem przyjęła fakt, że w nowej koalicji obok partii jej bliskiej (konserwatywna Ojczyzna) i dla niej akceptowalnej (Partia Centrum) znalazła się Estońska Partia Konserwatywno-Ludowa, EKRE. Analitycy bardziej oględni lub bardziej powierzchowni mówią o niej: prawicowi populiści. Inni biją na alarm, piętnując dogadywanie się przez Centrum z faszystami. Kaljuaid bezpośrednich słów użyć nie mogła, przypomniała więc w specjalnym przemówieniu w parlamencie: tylko jeśli wolność prasy, wolność wypowiedzi, a także wolności osobiste zostaną zagwarantowane, ludzie będą odbierać Estonię jako miejsce w Europie, do którego warto przyjechać.
W wystąpieniach publicznych polityków EKRE atakowane były wszystkie wspomniane wolności. I nie tylko.

Make Estonia Great Again

„Liczba Murzynów (sic! – przyp. red.) w Tallinnie wzrosła ostatnio lawinowo” – z wypowiedzi tego typu, wygłaszanych alarmistycznym tonem, słynie Mart Helme, lider i twórca EKRE, były ambasador Estonii w Moskwie. W pierwszych parlamentarnych startach partii starczało to na wynik jednocyfrowy. W wyborach do Parlamentu Europejskiego w Estonii w 2014 r. było 4 proc. głosów, rok później, w wyborach parlamentarnych, 8,1 proc. głosów i 7 mandatów w Riigikogu (Zgromadzeniu Państowym). Ale w 2019 r. Estończycy byli znużeni marazmem pod rządami bezideowej koalicji Partii Centrum z socjaldemokratami (tylko z nazwy) i Ojczyzną. Podobnie jak rok wcześniej w wyborach na Łotwie, wiatr w żagle złapały partie głoszące zmianę. Sukces odniosła opozycyjna Partia Reform (28,9 proc.) i właśnie EKRE (trzecie miejsce i 18,8 proc.). W takim układzie dawne deklaracje Partii Centrum, że z ludźmi pokroju Marta Helmego się nie rozmawia, przestały się liczyć. „Kulturalna” prawica dogadała się z prawicą w stylu Trumpa – liderzy EKRE jasno wskazują, że właśnie on jest dla nich aktualnym wzorem do naśladowania.
Helme jest zawodowym dyplomatą, Trump przyszedł do polityki z biznesu, ale podobieństw jest więcej niż różnic. W otoczeniu prezydenta USA ogromną rolę gra jego zięć Jared Kushner i córka Ivanka – sen o „wielkiej Estonii” głosi cała rodzina Helme; deputowanym jest nie tylko Mart, ale od tego roku również jego druga żona Helle-Moonika oraz syn Martin z pierwszego małżeństwa. To były dziennikarz i bloger, jeszcze radykalniejszy w słowach i gestach od ojca.
Właśnie Martin w wywiadzie dla „Deutsche Welle”, prowadzonym przez topowego brytyjskiego dziennikarza Tima Sebastiana, niedwuznacznie dał do zrozumienia, że celem jego partii jest Estonia „biała” w każdym znaczeniu. Nie tylko bez ciemnoskórych, którym na jednym z wyborczych konwentykli Helme jr. kazał „wracać do siebie” – chociaż można przeżyć całe życie w Estonii i nie spotkać żadnego. Także bez ludności słowiańskiej, zarówno tej pozostałej po ZSRR, jak i nowych migrantów zarobkowych z Ukrainy („obcy a priori kulturowo”), bez mniejszości seksualnych, bez świadomych swoich praw kobiet i bez lewicy, która mogłaby podważać konserwatywne stosunki pracodawca – pracownik. Na podstawie innych wypowiedzi liderów EKRE można dopisać jeszcze jedno „bez” – bez Unii Europejskiej, bo to ona, głoszą nacjonaliści, narzuca Estonii niechcianych migrantów i zmusza do respektowania „zboczeńców”. Wyjściem z UE partia nie grozi, byłoby to wręcz groteskowe, ale nie kryje, że w europarlamencie przyłączy się do frakcji, którą chce montować premier Włoch Salvini. Żeby Estonia w unii została, ale nie miała z tego tytułu żadnych obowiązków.
Sebastian nie mógł wyjść ze zdziwienia, słuchając tych enuncjacji. Słowa o segregacji – niech każda nacja mieszka u siebie, bo to lepsze dla wszystkich, a przede wszystkim dla nas, Estończyków – podparte potrzebą silnego przywództwa i „zaprowadzenia porządku na ulicach” brzmią dziwnie znajomo. Podobnie jak straszenie przez Helmego młodszego rozbojami na ulicach Tallina i bandami „obcej” młodzieży, depczącej miejscowe tradycje. Dodajmy, że dane pochodzące z oficjalnych – estońskich i unijnych agend – absolutnie tego nie potwierdzają. Również imigracja, także ta kwotowa narzucona z Brukseli, jest w Estonii śladowa (to niecałe 200 osób na rok).
Ofensywa EKRE nie polegała jednak tylko na szczuciu na grupy, które nie stanowią więcej niż kilka procent estońskiego społeczeństwa.

Na zgliszczach po lewicy

Szowiniści sięgnęli po arsenał obietnic, które dla wolnorynkowych konserwatystów stanowiły tabu. Etnicznym Estończykom nie tylko tłumaczyli, że są gospodarzami w swoim kraju i dlatego muszą bronić się przed wyginięciem (dosłownym), ale i proponowali, co zrobić, by zatrzymać fatalne tendencje demograficzne. W ich programie znalazło się obniżenie podatku dochodowego płaconego przez małżeństwo o 5 proc. na każde wychowywane dziecko oraz ponoszenie przez państwo 25 proc. wydatków na wynajem przez rodzinę mieszkania. Mówiąc o szkolnictwie, nacjonaliści nie tylko wzywają do likwidacji szkół z językiem rosyjskim, ale i deklarują chęć ratowania małych wiejskich placówek oraz podwyższenia nauczycielskich wynagrodzeń. Zapowiedziom wprowadzenia całkowitego zakazu aborcji, by rodziło się więcej rodowitych Estończyków, towarzyszą sugestie, że Estończycy już narodzeni skorzystają z licznych ulg, m.in. państwo zagwarantuje im w każdym przypadku darmowe leczenie dentystyczne. A wolny rynek, chociaż jest jedynym modelem ekonomicznym, musi służyć ludziom – głosi EKRE.
Estończykom skutecznie wpojono, że lewica to totalitaryzm, rosyjska dominacja i czyste zło. Od lat mobilizowano społeczeństwo wokół jednostronnej polityki historycznej: przyzwalano na dyskretną obecność faszystowskich symboli i literatury w przestrzeni publicznej, równocześnie potępiając w czambuł, bez żadnych odcieni, lata przynależności do ZSRR. Własne, estońskie tradycje lewicy (a są one bogate i dotyczy to również lewicy rewolucyjnej) albo przemilczano, albo oczerniano, zrównując z wielkorosyjskim szowinizmem. Kandydaci do obrony i kontynuowania tych tradycji są w najgłębszej defensywie.
W tym samym czasie ponad 100 tys. mieszkańców maleńkiego kraju emigrowało z demokratycznej i wolnorynkowej Estonii, wybierając głównie położoną po drugiej stronie zatoki Finlandię z bardziej przyjaznym rynkiem pracy i trzykrotnie wyższymi średnimi zarobkami. To musiało w ostatecznym rozrachunku dać sukces partii, która z jednej strony konsekwentnie rozwija obowiązującą od początku lat 90. ideologię hurrapatriotyczno-nacjonalistyczną, a z drugiej strony wypełnia obiektywną lukę, sprawia wrażenie, że odpowiada na prawdziwe społeczne potrzeby.
Łatwiej jednak powiedzieć, że wolny rynek ma służyć ludziom, a edukacja musi być reformowana, niż to zrobić. Czy choćby przekonać do tego koalicjantów, obrotowych, ale jednak zakorzenionych w neoliberalnych paradygmatach. O tym, że partia nie brała zresztą tych haseł szczególnie poważnie, świadczy zresztą fakt, iż już po wejściu do rządu Helme senior przy kilku okazjach zaatakował „gospodarczych lewaków”. Nadmiernie wychylonych w lewo akcentów doszukał się m.in. w programie… Zjednoczenia Narodowego Marine Le Pen. Segregacjonistyczne aspekty programu EKRE zrealizować o wiele łatwiej.

Widmo „oczyszczenia”

Jest też kim to robić: wszak to młodzieżówka tej partii, Błękitne Przebudzenie, organizuje w Tallinnie coroczny marsz z pochodniami, pod hasłem „Estonia dla Estończyków”, 24 lutego. I to na wiecach EKRE pojawiali się członkowie paramilitarnej, powstałej w Skandynawii formacji o nazwie Żołnierze Odyna. Stawia ona sobie za cel „oczyszczanie” ulic z muzułmanów, bezdomnych, włóczęgów, imigrantów. Jej członkowie mają w wielu krajach, m.in. w Finlandii procesy o pobicia i zabójstwa. W Estonii chętnie sięgają do lokalnych tradycji skrajnej prawicy (przedwojenni Wabsowie, estońskie formacje kolaboracyjne podczas II wojny światowej). Helme jr. tłumaczył obecność tej formacji na wiecach EKRE jako nic nie znaczącą, przyjazną współpracę i ochotniczą pomoc.
Czy „przyjazna, ochotnicza pomoc” Żołnierzy Odyna mogłaby zostać udzielona np. przy realizacji innego marzenia panów Helme, czyli estonizacji rosyjskojęzycznego wschodu kraju? Na razie wiadomo, że i starszy, i młodszy lider EKRE nie wahali się opowiadać w wywiadach o potrzebie ewentualnych przesiedleń tamtejszej ludności, gdyby uparcie trwała nadal przy swoim języku i kulturze. Nieważne, jak bardzo podkreślałaby przy tym, że trwanie to nie ma politycznego wymiaru. I nieważne, jak starałaby się udowodnić, że jest lojalna wobec Estonii choćby dlatego, że transformacja gospodarcza uderzyła jak piorun w Narwę, Kohtla-Jarvi, Johvi i inne miasta wschodu Estonii, ale jeszcze większe spustoszenie wywołała w sąsiednim rosyjskim obwodzie pskowskim. Nacjonaliści z EKRE nie wchodzą w racjonalne wymiany argumentów, nie biorą pod uwagę statystyk pokazujących, że większość miejscowych Rosjan dawno nauczyła się estońskiego, a dla młodych dwujęzyczność to standard, lecz opowiadają o „lojalności krwi”.
Mały kraj na unijnych peryferiach niechcący okazał się lustrem szerszego problemu. Pokazał, jak w Europie najpierw wmówiono ludziom, że nie ma alternatywy dla wolnego rynku, pogwałcono zasadę, iż „nie ma wolności dla wrogów wolności”, a teraz establishment stanął bezradnie w obliczu sukcesów skrajnej prawicy. Na przemian, zależnie od potrzeb, wygłasza się pod adresem takich partii rytualne słowa potępienia i obłaskawia te formacje. W 2018 r. Juri Ratas zarzekał się, że nigdy nie będzie nawet rozmawiał z Martem Helme – rok później zgodził się oddać mu resort spraw wewnętrznych. Czyli powierzyć mu sprawy tych dokładnie społeczności, których skrajny nacjonalista najchętniej by się pozbył.

W prawo i jeszcze bardziej w prawo

Wybory parlamentarne w Estonii wygrała centroprawicowa Partia Reform, ale to nie jej politycy utworzą rząd. Aby zachować władzę, dotychczasowy premier Jüri Ratas z bezideowej w zasadzie Partii Centrum porozumiał się z konserwatystami oraz estońskimi nacjonalistami.

Do koalicji obok Partii Centrum weszła prawicowa, konserwatywna Ojczyzna (Isamaa) oraz Konserwatywna Partia Ludowa (EKRE), eurosceptyczna, antyimigrancka i nacjonalistyczna. To jej młodzieżówka, Błękitne Odrodzenie, organizowała w poprzednich latach w Tallinnie groźnie wyglądające marsze z pochodniami.
Jeszcze przed wyborami parlamentarnymi dotychczasowy premier Jüri Ratas zarzekał się, że z EKRE współpracował nie będzie. Zapewniał, iż jego partia nie będzie współdziałać z organizacją, która wyklucza określone rasy lub narodowości, a w wypowiedziach polityków EKRE faktycznie takie wykluczenie wybrzmiewało. Po wyborach sytuacja jednak się zmieniła. Partia Centrum nie zgodziła się wejść w koalicję ze zwycięską Partią Reform, a gdy ta z kolei nie porozumiała się z socjaldemokratami Ratas wykorzystał okazję, by pozostać u władzy.
Może się jednak okazać, że prawdziwi rozgrywający znajdą się na prawicy, nawet jeśli w umowie koalicyjnej nie zapisano ostatecznie licznych zbyt skrajnych propozycji nacjonalistów. O ile bowiem w estońskim parlamencie Partia Centrum ma 25 mandatów, to EKRE zdobyło zaledwie o 6 miejsc mniej, zaś Ojczyzna ma ich 12. Nacjonaliści otrzymali w rządzie m.in. kluczowy resort spraw wewnętrznych (obejmie go lider partii Mart Helme), a poza tym także ministerstwa finansów (to z kolei znajdzie się w rękach Martina Helme, syna przewodniczącego partii), środowiska, rolnictwa i handlu międzynarodowego. W rękach centrystów obok fotela premiera pozostają resorty edukacji, gospodarki, spraw regionalnych oraz spraw społecznych. Obronność, resort sprawiedliwości, sprawy zagraniczne, kultura i demografia przypadły Ojczyźnie.
Prezydent Estonii Kersti Kaljulaid wezwała wszystkie siły polityczne w kraju, by dały nowemu gabinetowi 100 dni spokoju i zaufania. Dla wielu komentatorów jednak wejście nacjonalistów do rządu jest powodem raczej do niepokoju. Zwłaszcza, gdy jeden z liderów partii (Martin Helme) mówi, że marzy mu się Estonia tylko biała, a wszelkim ciemnoskórym migrantom – których zresztą w kraju nie jest wielu – od razu pokazywałby drzwi. Inny zaś parlamentarzysta partii, Ruuben Kalep, znany dotąd z twierdzeń, iż tylko czysto estońska krew daje gwarancję lojalności wobec estońskiego państwa, a zasymilowanym obywatelom pochodzenia rosyjskiego i tak nie należy ufać, zaczął swoją pracę w tej kadencji od wykonania przy ślubowaniu gestu kojarzonego z estońskimi neonazistami.

Prezydentka Estonii w Moskwie

Politykę wszystkich mocarstw określa ich położenie geograficzne.
Napoleon BONAPARTE

18 kwietnia w Moskwie została otwarta po gruntownym remoncie ambasada Estonii. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie dwa fakty związane z tą datą. Otóż wyremontowana i będąca „jak nowa” ambasada tego nadbałtyckiego kraju i jednocześnie poradzieckiej republiki mieścić się będzie w historycznym budynku ambasady estońskiej, jaką otwarto w roku 1921, zaraz po powstaniu pierwszego w historii państwa estońskiego. Dla tego malutkiego narodu – zdominowanego przez wieki a to przez Szwedów, a to przez Rosję – takie symbole mają ogromne znaczenie tożsamościowe. Choć często graniczy to z przesadą i infantylizmem.
Drugim elementem, ważniejszym i mającym określony, dyplomatyczny i polityczny ciężar gatunkowy, jaki będzie miał wtedy miejsce w stolicy Rosji, jest wizyta prezydentki Estonii Kerstin Kaljuaid oraz jej spotkanie z prezydentem Władimirem Putinem. Ten fakt z kolei jest o tyle symbolicznym , iż ostatnie spotkanie przywódców obu krajów miało miejsce w 2011 r., kiedy to ówczesny prezydent Tooma Ilves spotkał się z Putinem w Petersburgu.
Zaszłości
Stosunki Estonii i Rosji – zresztą jak ze wszystkimi republikami nadbałtyckimi – są napięte i nie wolne od wzajemnych uszczypliwości czy nawet wrogości. Z jednej strony we wszystkich tych krajach chodzi o prawa mniejszości mówiącej językiem rosyjskim i często przyznającej się do kultury rosyjskiej i do tzw. „ruskiego mira” (pozostałość po ZSRR), a z drugiej są to zaszłości i konsekwencje historii: w czasach ZSRR tzw. Pribałtyka wchodziła w skład Związku Radzieckiego. W przypadku Estonii chodzi jeszcze także o terytorialny spór. Nieuregulowaną kwestią we wzajemnych stosunkach pozostaje sprawa traktatu granicznego podpisanego po wielu latach negocjacji w 2014 r. Traktat ten, który wyznacza także wschodnią granicę UE i NATO, dotychczas nie został ratyfikowany. Jedną z przyczyn był zapis w preambule, w której jest odwołanie do pokoju w Tartu z 1920 r., na mocy którego proklamowana w 1918 r. Republika Estońska miała większe terytorium. W ostatnim czasie ze strony rosyjskiej płynął również przekaz, że traktat nie będzie przyjęty „tak długo, jak Estonia nie zmieni swojego zachowania w stosunku do Rosji”. Jeszcze w grudniu 2018 r. rosyjski ambasador w Tallinie Aleksandr Pietrow mówił o obecnych stosunkach estońsko-rosyjskich (analogicznie jak o relacjach ze wszystkimi krajami UE, a przede wszystkim z członkami NATO, i Rosji), iż „nie należą do najlepszych”.
Zamieszanie wokół otwarcia ambasady estońskiej w Moskwie i chęć dokonania tego aktu przez Kaljuaid zaowocowało wymianą not z rosyjskim MSZ-tem, gdyż pobyt prezydentki Estonii w Moskwie i niespotkanie się z gospodarzem Kremla w dyplomatycznym wymiarze miałby wymiar sporego faux pas. Koniec końcem ze strony Estonii nadeszła prośba o spotkanie z Putinem, co Kreml ustami rzecznika prezydenta Rosji w marcu oficjalnie ogłosił.
Razem czy osobno
Decyzja Kaljuaid spotyka się z różnymi opiniami i ocenami, zwłaszcza w poradzieckich państwach bałtyckich: Litwie i Łotwie. Prezydentka Estonii co prawda zapowiedziała, iż w czasie wizyty na Kremlu poruszy sprawy konfliktów Rosji z Ukrainą i Gruzją (które są wynikiem ingerencji Moskwy w wewnętrzne sprawy Tbilisi i Kijowa) ale zastrzeżenia oraz krytyka ze strony poradzieckich sąsiadów Tallina pokazują, iż Estonia wybrała kurs na indywidualną – a nie wspólną – próbę uregulowania stosunków z Rosją.
Najlepiej ten klimat zdystansowania i lekko zawoalowanej krytyki działań Estonii oddają wypowiedzi litewskich polityków w debacie przed eurowyborami i wyborami prezydenckimi na Litwie planowanymi na maj br. Zarówno premier Saulius Skvernilis jak opozycyjni politycy (Ingrid Simonyte i Gintas Nauseda) podczas jednej z debat poddawali pod wątpliwość ewentualne efekty tej wizyty. Simonyte w ogóle mówi, iż nie widzi – jako kandydatka na urząd prezydenta Litwy – tematów o których Wilno (i poradzieckie republiki nadbałtyckie) mogłyby rozmawiać z Rosją.
Obecna prezydentka Estonii jeszcze nie tak dawno mówiła, iż sama obecność języka rosyjskiego w Estonii w takiej skali jak to ma aktualnie miejsce jest zagrożeniem dla bytu i kultury estońskiej. Dziś jak widać – i słychać z medialnych przekazów – wyraźnie osłabiła swój sąd w tej mierze nie podnosząc go w jakikolwiek sposób w rozmowach na Kremlu.
Kerstin Kaljuaid, prezydentka Estonii od 2016 roku, dwukrotnie żonata i matka czwórki dzieci, ekonomistka i dziennikarka (prowadziła w latach 2002-04 popularny program publicystyczny w Kuku Raadio), przedstawicielka Estonii w Europejskim Trybunale Obrachunkowym (2004-2016), uważana jest za klasyczną liberałkę (wcześniej nawet jako neo-liberałkę). Rozmowy z osobami, które znały ją z czasów pracy w Luksemburgu dają obraz osoby raczej skrytej, introwertycznej, Mało emocjonalnej. Zwracano mi też uwagę, że z biegiem lat można było u niej obserwować ewolucję poglądów w stronę zachodnio-europejskiej socjaldemokracji.
Kraj w kłopotach
Estonia przeżywa kłopoty gospodarcze, demograficzne, społeczne mimo efektywnych opinii tzw. niezależnych ekspertów „od wszystkiego” na jej temat. Kraj funkcjonuje głównie w oparciu o dotacje z Brukseli, rolnictwo – będące siłą w czasach radzieckich – praktycznie zostało spacyfikowane przez żywność z Zachodu. Podobnie ma się sprawa z przemysłem, zwłaszcza spożywczym (ale ten problem dotyczył wszystkich krajów dawnego RWPG które znalazły się w UE). W Estonii zwłaszcza to problemy związane z rybołówstwem i przetwórstwem z tym związanym: w czasach radzieckich ta republika produkowała znakomite wyroby rybne w wielkich ilościach. Dziś estońscy rybacy przegrali z kretesem konkurencję z zachodnimi kolegami na rynku unijnym. Poza tym Estonię tak jak i inne kraje tzw. Pribałtki dotyka potężna emigracja zarobkowa uszczuplająca populację kraju (tym samym rośnie procentowy udział rosyjskojęzycznej ludności – w Estonii to ok. 28 procent: Rosjanie, Ukraińcy, Białorusini). Po wybudowaniu przez Rosję portu w Ust-Łudze, najnowocześniejszego i największego pod względem przeładunków portu na Bałtyku (koszty przekroczyły 2,5 mld dolarów), będącego także końcem ropociągu BTS-2 Tallin (ale i inne poradzieckie porty nadbałtyckie) doznał potężnego uszczerbku z racji spadku przeładunków. Uszczupla to poważnie budżety tych krajów. Transport kolejowy z Azji to głównie kontenery wiezione przez Syberię i europejską część Rosji skierowany został aktualnie do Ust-Ługi. Kłopoty budżetów krajów nadbałtyckich wiążą się też z kontr-sankcjami jakie Rosja nakłada w ramach retorsji na kraje Unii Europejskiej. Transport towarów z Rosji przez Łotwę i Estonię niemalże zamarł.
I jak słusznie sądzili eksperci nie tylko w Moskwie o tych właśnie problemach chciała (i rozmawiała – lakoniczny komunikat z rozmów na Kremlu tego nie potwierdza) Kerstin Kaljuaid rozmawiać z Władimirem Putinem. Poza tym – jak sądzą inni komentatorzy – jest to sondowanie możliwości nowego otwarcia w kierunku normalizacji stosunków z Rosją przez kraje spoza tzw. „starej Unii” (zwłaszcza te które były w orbicie wpływów Związku Radzieckiego do chwili jego rozwiązania).
Dotyczy to zwłaszcza Niemiec, Francji i Włoch które na tym polu „jedno mówią a drugie robią”. O tym najlepiej świadczy, iż w dn. 18 kwietnia Władimir Putin przyjął na Kremlu kilkudziesięciu przedstawicieli największych firm i korporacji francuskich z Totalem, Renault i Credit Agricole na czele zainteresowanych inwestycjami w Rosji. Estonii przyświecać mogą więc głównie wspomniane sprawy gospodarcze i społeczeno-kulturowe. Polityka, mimo różnic w interesach i interpretacji różnorakich zjawisk opiera się na dialogu i dyplomacji. Nie na dąsach, pobrzękiwaniach szabelką, polityce historycznej w „polskim wydaniu” (nie tylko pisowskim) itp. infantylnych zachowaniach.
Wypada z wielkim zainteresowaniem śledzić przebieg i efekty wizyty Prezydentki Estonii w Moskwie. Może to zapowiadać odwilż w relacjach Wschodu i Zachodu Europy.

 

Wojenna histeria

Wydawało się, że po numerze, jaki odwalił niemiecki dziennikarz, anonsujący fałszywie wybuch wojny z Rosją, a potem tłumaczący się, że to żart, już nic nie powinno nas zaskakiwać. A jednak…

Niemiecki żurnalista zechciał swoje kłamstwa umieścić w Estonii. I tam właśnie Wielka Brytania wysłała dwa bataliony (21 i 23) złożone z rezerwistów wojsk specjalnych. Ich zadaniem jest śledzenie dyslokacji wojsk rosyjskich a także analizowanie ruchów przeciwnika, którym Zachód mianował Rosję. Bataliony, złożone z są z cywilów różnych zawodów, ale przechodzą szkolenie bardzo podobne do szkolenia profesjonalnych żołnierzy SAS.
Celem stacjonowania wspomnianych jednostek ma być, w przypadku ataku Rosji na kraje bałtyckie, pozostanie na tyłach przeciwnika i dostarczanie stamtąd informacji o wojskowym znaczeniu. Rezerwiści mieliby realizować podobne zadania, jak regularne jednostki SAS.
Oczekiwanie przez dowództwo brytyjskie, że agresja rosyjska zacznie się akurat od ataku na Estonię, zostały już dawno wyśmiane przez profesjonalistów, ale widać przywiązanie do idei niedalekiego ataku Rosji akurat na tym kierunku jest wciąż żywe. Uzupełnianie wojsk NATO kolejnymi formacjami, szczególnie wojskami specjalnymi wskazują, że w Wielkiej Brytanii bardzo potrzebują wzmocnienia wojennej histerii nie tylko wśród zwykłych mieszkańców, ale też wśród zawodowych wojskowych.