Świat gratuluje Lewemu Złotego Buta

W miniony wtorek Robert Lewandowski odebrał jako pierwszy polski piłkarz w historii „Złotego Buta”, nagrodę dla najskuteczniejszego strzelca lig europejskich. Ceremonia odbyła się w muzeum Bayernu na Allianz Arena w Monachium. Światowe media przy tej okazji przypomniały o dokonaniach polskiego napastnika.

Nagroda „Złotego Buta” jest przyznawana od sezonu 1967/68 (początkowo przez dziennik „L’Equipe” jako „Soulier d’Or”, co po francusku oznacza właśnie „złoty but”), a otrzymuje ją najlepszy strzelec spośród wszystkich najwyższych europejskich lig zrzeszonych w UEFA. Lewandowski zdobywając tę nagrodę ucieszył zarówno rodaków, bo jest pierwszym polskim piłkarzem który zdobył „Złotego Buta”, ale także Niemców, bowiem przed nim nagrodę tę dla Bundesligi zdobył 49 lat temu, w sezonie 1971/72, legendarny Gerd Mueller.
Wśród osobistości z futbolowego świata, gratulujących Lewandowskiemu zdobycia „Złotego Buta”, był Juergen Klopp, jego trener z czasów gry w Borussii Dortmund, obecnie prowadzący drużynę Liverpoolu. „Kiedy usłyszałem, że zdobyłeś tę nagrodę, zastanawiałem się, dlaczego musiałeś tak długo na to czekać. Wszyscy widzieliśmy przecież, że jesteś wyjątkowym napastnikiem. Pamiętam naszą wspólną przygodę w Borussii Dortmund, gdy dopiero wchodziłeś do niemieckiego futbolu. Jestem dumny z tego, że mogliśmy razem pracować. Jestem dumny, że strzeliłeś tyle bramek w poprzednim sezonie. Zdobycie 41 bramek to absolutnie kosmiczne osiągnięcie. Wszystkiego najlepszego, mam nadzieję, że będziesz kontynuował swoją strzelecką passę. Do zobaczenia, najlepiej w finale Ligi Mistrzów z udziałem Bayernu i Liverpoolu” – powiedział Klopp.
Gratulacje laureatowi złożyli też m.in. prezydent FIFA Gianni Infantino, selekcjoner reprezentacji Niemiec Hansi Flick, pod wodzą którego Lewandowski w poprzednim sezonie strzelił 41 goli w Bundeslidze i wygrał klasyfikację strzelców lig europejskich. Uznanie wyraził oczywiście także nowy prezes PZPN Cezary Kulesza, publikując na Twitterze swoje oficjalne gratulacje: „Wzór do naśladowania i inspiracja dla młodych zawodników. Wielkie gratulacje, jesteśmy dumni!”.
Generalnie jednak z uznaniem dla Lewandowskiego zaczyna ostatnio dziać się mniej więcej to samo, co dzieje się uznaniem dla jego wielkich konkurentów – Leo Messiego i Cristiano Ronaldo. Niby nikt nie kwestionuje ich gwiazdorskich statusów i nie kwestionuje dokonań, ale nietrudno zauważyć, że media i chyba także kibice są już trochę znużeni ich mistrzostwem i długą dominacją. W Polsce przed pojawieniem się Lewandowskiego nikt nawet w najśmielszych marzeniach nie zakładał, że polski piłkarz może zostać królem strzelców Bundesligi, królem strzelców Ligi Mistrzów, zdobyć „Złotego Buta” czy wreszcie zostać uznany za najlepszego gracza sezonu w Europie i na świecie. A „Lewy” wszystkie te splendory już skompletował, niektóre, jak tytuł króla strzelców niemieckiej ekstraklasy, nawet wielokrotnie. Chyba nam te jego dokonania trochę spowszedniały i być może to jest powód, że wtorkowa ceremonia wręczenia mu „Złotego Buta” w Polsce nie była takim wydarzeniem, jakim powinna być.
Lewandowski w wieku 33 lat ma w dorobku 25 trofeów, m.in. zwycięstwo w Lidze Mistrzów, Klubowych Mistrzostwach Świata, Superpucharze Europy, dziewięć tytułów mistrza Niemiec, sześć tytułów króla strzelców Bundesligi, tytuły króla strzelców Ligi Mistrzów, eliminacji mistrzostw Europy, eliminacji mistrzostw świata, ale też króla strzelców polskiej ekstraklasy, rekord w liczbie występów w reprezentacji Polski (125) i liczbie strzelonych goli (72).
„Lewy” już stał się kolejną legendą w historii Bayernu Monachium, ale wciąż nie ma jeszcze na koncie sukcesu z reprezentacją Polski. Przed nim dwie ostatnie być może okazje na zmianę tego stanu rzeczy – przyszłoroczne mistrzostwa świata w Katarze, a za trzy lata mistrzostwa Europy w Niemczech. Fizycznie i mentalnie Lewandowski z pewnością będzie w stanie sprostać wymogom gry w biało-czerwonych barwach, bo sam zakłada, że najwyższy sportowy poziom zamierza utrzymać jeszcze przez co najmniej cztery sezony. Nie można jednak wykluczyć, że w razie jakiegoś niepowodzenia w Polsce nie pojawią się głosy, że „panu już dziękujemy” i jakiś nowy Brzęczek ogłosi, że kadrę trzeba oprzeć na młodych
zawodnikach.

Przerwany mecz Brazylii z Argentyną

Zaplanowany w miniony czwartek mecz na szczycie w południowoamerykańskich eliminacjach MŚ 2022 pomiędzy Brazylią i Argentyną został przerwany z powodu interwencji brazylijskich służb sanitarno-epidemiologicznych, które nie chciały się zgodzić na udział w meczu czterech graczy Argentyny, których podejrzewano o złamanie obostrzeń związanych z pandemią koronawirusa.

W efekcie, piłkarze Argentyny musieli opuścić plac gry. Stało się to już po rozpoczęciu spotkania, ale awantura zaczęła si jeszcze przed meczem, gdy brazylijskie służby epidemiologiczne zażądały deportowania czterech zawodników kadry Argentyny na co dzień występujących w klubach angielskiej Premier League. Argentyńska federacja piłkarska postawiła jednak sprawę jasno oświadczając, że jeśli ta czwórka graczy nie zostanie dopuszczona do gry, to cały zespół odmówi wzięcia udziału w meczu. Działacze południowoamerykańskiej konfederacji piłki nożnej (CONMEBOL) namawiali Brazylijczyków na polubowne zakończenie tej sprawy i wydawało się, że taka sytuacja zaistniała. Ale gdy mecz się rozpoczął, na boisko weszła grupa pracowników brazylijskiej Narodowej Agencji Nadzoru Zdrowotnego (Anvisa) w towarzystwie funkcjonariuszy policji i mecz został przerwany. W negocjacje z urzędnikami wdali się nawet Leo Messi i Neymar, lecz nic to nie dało. Zgodnie z przepisami epidemicznymi obowiązującymi aktualnie w Brazylii wszystkie osoby, które w ciągu ostatnich 14 dni przebywały na terenie Wielkiej Brytanii, po przybyciu do Brazylii muszą się poddać 14-dniowej kwarantannie. Przepis ten w drużynie argentyńskiej dotyczył tylko Emiliano Martineza i Emiego Buendię (obaj grają w Aston Villi) oraz Giovanniego Lo Celso i Cristiana Romero z Tottenhamu Hotspur. Z tej czwórki tylko Buendia nie znalazł się w podstawowym składzie argentyńskiej reprezentacji. Według urzędników Anvisy, cała czwórka przy wjeździe do Brazylii zataiła w formularzach zgłoszeniowym fakt przebywania w ciągu ostatnich dwóch tygodni w Wielkiej Brytanii.
W efekcie zespół Argentyny zszedł z boiska, a spotkanie zostało przełożone na inny termin. Piłkarskie federacje obu krajów wyraziły ubolewanie z powodu przerwania tak ważnego spotkania. Prezydent FIFA Giannni Infantino zaś stwierdził: „Widzieliśmy, co stało się z meczem Brazylii i Argentyny, dwóch z najwspanialszych drużyn Ameryki Południowej. Niektórzy oficjele, policja, urzędnicy bezpieczeństwa weszli na boisko po kilku minutach gry, aby zabrać kilku piłkarzy. To szaleństwo, ale musimy poradzić sobie z tymi wyzwaniami, tymi problemami, które pojawiają się na szczycie kryzysu COVID”.
Reprezentacja Brazylii z kompletem 21 punktów jest liderem eliminacji w Ameryce Południowej, drugie miejsce zajmuje Argentyna (15 pkt), a kolejne Ekwador (13 pkt), Urugwaj (12 pkt) i Kolumbia (10 pkt).
Z tej strefy bezpośrednio do MŚ awansują cztery najlepsze drużyny kwalifikacji, a piąta zagra w barażu.

Lewy przyłożył pieczątkę

Dwa dni po odebraniu z rąk przewodniczącego FIFA Gianniego Infantino nagrody dla piłkarza roku (FIFA the Best 2020), Robert Lewandowski potwierdził, że trafiła ona w godne ręce. Polak strzelił dwa gole w meczu na szczycie niemieckiej ligi z Bayerem Leverkusen i przesądził o wygranej Bayernu Monachium. „Lewy” po 14. kolejkach ma na koncie 17 goli i jest liderem klasyfikacji strzelców.

W czwartek Robert Lewandowski przeżył najpiękniejszy wieczór w swojej piłkarskiej karierze, odbierając z rąk przewodniczącego FIFA Gianniego Infantino nagrodę, ale triumf w plebiscycie „FIFA the Best” nie zwolnił go z piłkarskich obowiązków. A Bayern miał jeszcze w sobotę do rozegrania ostatni w tym roku ligowy mecz, z Bayerem Leverkusen, którego stawką była pozycja lidera po rundzie jesiennej. „Aptekarzom” do utrzymania pierwszej lokaty wystarczyło wywalczyć remis, bo przed ostatnią w tym roku 14. ligową kolejką byli na szczycie tabeli z przewagą jednego punktu nad trzecim Bayernem.
Występujący w roli gospodarzy gracze ekipy z Leverkusen objęli prowadzenie już po kwadrancie gry, gdy po rzucie rożnym Czech Patrick Schick potężnie uderzył piłkę z woleja, nie dając Mauelowi Neuerowi żadnych szans na skuteczną obronę. Kilkanaście minut później ten sam zawodnik ponownie pokonał bramkach bawarskiej jedenastki, lecz tym razem mistrzów Niemiec uratowali sędziowie VAR, dopatrując się słusznie pozycji spalonej. Zanim gracze obu zespołów udali się do szatni na przerwę, ekipę gospodarzy po raz pierwszy skarcił najlepszy w tym roku piłkarz na świecie.
Tuż przed końcem pierwszej połowy „Lewemu” wystarczył moment nieuwagi defensorów Bayeru. Zostawili go niepilnowanego w polu karnym, więc gdy wrzucona z prawego skrzydła przez Thomasa Muellera piłka przeleciała nad zderzającymi się na piątym metrze bramkarzem i stoperem „Aptekarzy” i spadła na głowę Lewandowskiego, ten bez najmniejszego problemu skierował ją do pustej bramki.
Po zmianie stron przewaga Bayernu była już bardzo wyraźna, ale ekipa Hansiego Flicka długo nie potrafiła znaleźć sposobu na zdobycie zwycięskiej bramki. Dopiero w ostatniej minucie doliczonego czasu gry decydujący cios zadał „Aptekarzom” Lewandowski, dla którego było to 17. ligowe trafienie w tym sezonie.
Końcówka roku była dla wymęczonych intensywnym sezonem piłkarzy Bayernu męczarnią. Owszem, wygrywali mecze lub remisowali – 2:1 z Bayerem Leverkusen, 2:1 z Wolfsburgiem w środku tego tygodnia, wcześniej 1:1 z Unionem Berlin, 3:3 z RB Lipsk, 3:1 z VfB Stuttgart, 1:1 z Werderem Brema, 3:2 z Borussią Dortmund i 2:1 z FC Koeln, ale nie były to wyniki na miarę potencjału najlepszej w tym roku klubowej drużyny na świecie. Punkty często zapewniały im gole strzelane dopiero w końcówkach spotkań.
Ostatecznie jednak odparli atak konkurencji i na krótką świąteczną przerwę (Bundesliga wznowi rozgrywki już na początku stycznia) udali się w roli lidera Bundesligi. A ich najskuteczniejszy i najlepszy piłkarz, od minionego czwartku najlepszy także na świecie, czyli Robert Lewandowski, kolejny rok z rzędu jest na czele klasyfikacji strzelców. Polak po 14. kolejach Bundesligi ma na koncie 17. goli, które strzelił w 13 występach (opuścił mecz z FV Koeln) i o siedem trafień wyprzedza drugiego w klasyfikacji Norwega Erlinga Haalanda z Borussii Dortmund. Kolejni na liście strzelców, Andre Silva z Eintrachtu Frankfurt i Wout Weghorst z VfL Wolfsburg mają w dorobku po 9 bramek, a piąty w zestawieniu Andre Kramarić z Hoffenheim osiem. Łączny dorobek Lewandowskiego w Bundeslidze to 253 trafienia, co daje mu w klasyfikacji wszech czasów niemieckiej ekstraklasy trzecią lokatę, za legendami Bundesligi Gerdem Muellerem (365 goli) i Klausem Fischerem (268).
„Lewy” trafiał do siatki w trzech ostatnich meczach Bayernu. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że jego pięć goli to wszystkie strzelone przez Bayern w tych spotkaniach. Bramka z Unionem Berlin dała remis 1:1, potem Polak dwukrotnie pokonał bramkarza VfL Wolfsburg (2:1), a na koniec dorzucił dwa gole w spotkan iu „Aptekarzami”. W sumie te jego pięć trafień zapewniło bawarskiej jedenastce siedem ligowych punktów, dzięki którym broniąca tytułu mistrza Niemiec drużyna kończy rok jako lider Bundesligi z dwupunktową przewagą nad Bayerem i RB Lipsk.
Lewandowski jednak jak na wielkiego mistrza przystało, nie eksponuje własnego wkładu w sukces, tylko skromnie lokuje się między pozostałymi graczami zespołu i podkreśla także ich zasługi. „Cóż to był za rok! Chcemy dalej iść tą drogą. Dziś wielokrotnie źle zagrywaliśmy, ale walczyliśmy do samego końca. W ostatniej akcji po prostu spróbowałem szczęścia i udało się. Ale wielkie słowa uznania należą się całej naszej drużynie” – powiedział na pomeczowej konferencji prasowej. Nic dziwnego, że Niemcy nie tylko go doceniają, ale też zaczęli się nim chlubić.

FIFA twardo broni swojego szefa

FIFA wkroczyła na wojenną ścieżkę ze szwajcarskim wymiarem sprawiedliwości w obronie swojego szefa, Gianniego Infantino, przeciwko któremu prokuratura w tym kraju w ubiegłym tygodniu wszczęła postępowania karne. Władze światowej federacji piłkarskiej uznały stawiane mu zarzutu za „absurdalne”.

W miniony czwartek szwajcarski prokurator specjalny Stefan Keller wszczął postępowanie przeciwko prezydentowi FIFA, Gianniemu Infantino. Przedmiotem dochodzenia są „podejrzane kontakty” Infantino z prokuratorem generalnym Szwajcarii, Michaelem Lauberem w latach 2016-2017. Lauber w tym okresie nadzorował śledztwo w sprawie afery korupcyjnej, która wybuchła w maju 2015 roku i zmiotła ze stanowiska m.in. ówczesnego przewodniczącego FIFA Josepha Blattera. „Nie ma najmniejszych podstaw formalnych dla tego śledztwa. Jest w nim coś groteskowego i absurdalnego. Jesteśmy w stu procentach przekonani, że prezydentowi FIFA nigdy nie zostanie postawiony zarzut karny” – zapewnił w miniony poniedziałek zastępca sekretarza generalnego FIFA, Alasdair Bell. Ale Lauber podał się do dymisji.

Boniek stawia się FIFA

Międzynarodowa Rada Piłkarska (IFAB) zaakceptowała propozycję FIFA tymczasowej zmiany przepisów gry w piłkę nożną umożliwiającej dokonywanie pięciu zmian w oficjalnych meczach. Modyfikacja ma obowiązywać tylko do końca tego roku i, niestety, jest dobrowolna. U nas nie spodobała się prezesowi PZPN Zbigniewowi Bońkowi, więc nie zostanie wprowadzona.

W związku z kryzysem wywołanym koronawirusem oraz spowodowanymi przez obostrzenia wprowadzone przez rządy w celu opanowania pandemii, uległy zburzeniu terminarze tegorocznych rozgrywek. Niektóre ligi, jak francuska, belgijska i holenderska, postanowiły zakończyć przerwany w marcu sezon, ale w Niemczech zamierzają wznowić rozgrywki od 16 maja. Także w Polsce trwają już przygotowania do restartu rozgrywek. Do rozegrania pozostało mnóstwo spotkań, a czasu jest niewiele. Piłkarze nie zakosztują w tym roku wakacji między sezonami i będą musieli zasuwać niemal bez przerwy aż do grudnia. I właśnie obawy o skutki tej eksploatacji skłoniły działaczy FIFA, z jej szefem Giannim Infantino na czele, do wprowadzenia większej liczby zmian w meczach. Zgodę na tymczasową, bo tylko do końca 2020 roku, modyfikację przepisu wydała Międzynarodowa Rada Futbolu (IFAB), która ustala i nadzoruje przepisy gry w piłkę nożną. Na dodatek zastosowano tu zasadę dobrowolności, czyli nowy przepis mogą wykorzystać tylko ci, którzy chcą, a decydować mają o tym organizatorzy rozgrywek w każdym kraju.
Nie jest to złe rozwiązanie i warto zastanowić się nie tylko nad pozostawieniem tego przepisu na stałe, ale może nawet nad zwiększeniem limitu zmian. Pandemia zrujnowała przecież nie tylko terminarz piłkarski, lecz także finanse klubów i federacji. A nikt na dobrą sprawę jeszcze nie wie, jak długo ten kryzys potrwa i czy w ogóle uda się wrócić do realiów panujących przed atakiem koronawirusa. Dlatego warto rozważyć bardziej ekonomiczne warianty wykorzystywania piłkarzy znajdujących się w kadrach zespołów ligowych i reprezentacyjnych. Bo czy naprawdę dla widzów piłkarskich widowisk liczba zmian ma jakieś znaczenie? Jak się tak nad tym głębiej zastanowić, to chyba jedyną przeszkodą w ich zaakceptowaniu jest nasze przyzwyczajenie. Wiadomo, to niby druga natura człowieka, ale jeśli przełamiemy ten wewnętrzny opór, zaczniemy dostrzegać w większej liczbie zmian nowe możliwości uatrakcyjnienia gry w piłkę nożną. Jeśli w kadrze meczowej trenerzy mają do dyspozycji 23 zawodników, a w meczu mogą wykorzystać maksymalnie 14, to dziewięciu pozostałych zalicza co tydzień „pusty przebieg”. Wśród rzeszy rezerwowych są przecież gracze, którzy czasem przez cały sezon ani razu nie pojawiają się na boisku. To nic innego jak marnotrawstwo pieniędzy, bo przecież ci piłkarze pobierają wynagrodzenie, bywa, że nawet całkiem spore, bo wśród grzejących ławy zawodników trafiają się nawet kupieni za dziesiątki milionów euro. A zatem zamiast krytykować FIFA i IFAB za „łamanie tradycji”, lepiej skorzystać z okazji i sprawdzić jakie możliwości w zarządzaniu zespołem daje trenerowi zwiększenie limitu zmian.
Niestety, wygląda na to, że w Polsce szkoleniowcy z tej możliwości nie skorzystają, bo inicjatywa FIFA nie spodobała się prezesowi PZPN. Zbigniew Boniek mógł ją oprotestować w bezpośredniej rozmowie z przewodniczącym światowej federacji Giannim Infantino, z którym się przecież od lat dobrze zna, ale z jakiegoś powodu wolał to zrobić publicznie – najpierw za pośrednictwem Twittera, a potem w wypowiedziach dla polskich i włoskich mediów. „Nie wprowadzimy tego do polskiego futbolu. Osoby, które podjęły decyzję o takiej zmianie, nie wiedzą chyba jak wygląda mecz piłkarski. To presja z zewnątrz spowodowała takie populistyczne ruchy” – stwierdził Boniek na łamach gazety „Tutto Mercato”. I tak wyjaśnił, dlaczego jest przeciwny: „W 1982 roku w mistrzostwach świata w ciągu miesiąca zagraliśmy siedem spotkań. To były mecze w pełnym słońcu, na najwyższym poziomie, co trzy dni. Wtedy mieliśmy do dyspozycji tylko dwie zmiany, a teraz się wiele zmieniło. Treningi są bardziej zaawansowane, są inne możliwości. Musimy pamiętać o tym, że w futbolu wygrywają zawsze ci, co są lepiej przygotowani, sprawniejsi i biegają więcej. A ta decyzja sprawia, że to będzie miało mniejsze znaczenie”. No cóż, byłby to może i miażdżący argument, ale wystarczy obejrzeć powtórki meczów z tamtego mundialu, żeby jednak przyznać rację FIFA i IFAB.

FIFA ma pomysły na wyjście z kryzysu

Przewodniczący FIFA Gianni Infantino ujawnił pomysły na przezwyciężenie kryzysu, w jaki pogrąża się piłka nożna z powodu epidemii koronawirusa. Sternik światowego futbolu proponuje rozważenie szeregu reform, których założenia wyłożył je w wywiadzie udzielonym włoskiemu dziennikowi „La Gazzetta dello Sport”.

Infantino zapewnił, że żadne rozgrywki nie zostaną wznowione dopóki istnieje zagrożenie dla zdrowia zawodników i kibiców. Nie wykluczył jednak sytuacji, iż w tym roku nie będzie praktycznie letniej przerwy między sezonami. Z powodu zawieszenia rozgrywek kluby notują ogromne straty, dlatego dla ratowania ich finansów trzeba będzie zastosować nadzwyczajne rozwiązania.
„Być może trzeba będzie wprowadzić reformy rozgrywek, zmniejszyć liczbę drużyn i organizować mniej turniejów, by piłkarze grali mniej meczów i nie narażali zdrowia z powodu nadmiernej eksploatacji ich organizmów” – rozważa Infantino. W jego przypadku to są to wręcz rewolucyjne tezy, bo przecież do tej pory to on był głównym motorem zmian zwiększających obciążenia najlepszym piłkarzom – przecież optował za powiększeniem liczby uczestników mistrzostw świata mężczyzn z 32 do 48 drużyn, co nastąpi począwszy od mundialu w 2026 roku w USA, Kanadziei Meksyku oraz powiększenia liczby drużyn w finałach mistrzostw świata kobiet, w których od 2023 roku mają grać 32 reprezentacje, a nie jak dotąd 24.
Szwajcarski działacz forsował też rozbudowę Klubowych Mistrzostw Świata, których przyszłoroczna edycja miała liczyć 24 zespoły, zamiast ośmiu jak wcześniej. Początek pierwszej edycji planowany był na 17 czerwca 2021 roku, ale z powodu przełożenia mistrzostw Europy oraz Copa America już wiadomo, że ten turniej w tym terminie się nie odbędzie, a nowego jeszcze nie ustalono.
Najważniejszą sprawą jest jednak uporanie się ze skutkami pandemii koronawirusa. Infantino przyznał, że FIFA w porozumieniu z federacjami regionalnymi pracuje teraz intensywnie nad opracowaniem regulacji pozwalających na korzystne dla piłkarzy i klubów modyfikowanie kontraktów, tak aby interesy obu stron były zabezpieczone w sytuacji, gdy z powodu epidemii rozgrywki trzeba będzie dokończyć po 30 czerwca, czyli po terminie w którym wygasają umowy. „To będą tymczasowe zmiany przepisów dotyczących statusu zawodników i transferów, pewnie nie dla wszystkich korzystne, ale nie ma wyboru. Każda ze stron będzie musiała coś poświęcić dla dobra sprawy” – przekonuje prezydent światowej federacji piłkarskiej.
Infantino uspokaja jednak, że póki co FIFA jest w doskonałej kondycji finansowej i dzięki temu będzie w stanie nieść pomoc klubom i krajowym federacjom najbardziej poszkodowanym przez pandemię.

FIFA gotowa odwołać marcowe mecze

Prezydent FIFA Gianni Infantino przyznał, że rozszerzająca się na świecie epidemia koronawirusa może przeszkodzić w przeprowadzaniu zaplanowanych na marzec meczom międzypaństwowym. Sternik światowego futbolu wyraził jednak nadzieję, że tegoroczne mistrzostwa Europy oraz igrzyska olimpijskie odbędą się w wyznaczonych terminach.

Pod koniec marca ma odbyć się wiele międzynarodowych spotkań piłkarskich, w tym baraże o udział w mistrzostwach Europy. Infantino zapytany, czy światowa federacja rozważa ich odwołanie lub przeniesienie na inny termin, odpowiedział: „W tej chwili nie można wykluczyć takiego rozwiązania. Mam nadzieję, że nie będziemy musieli podejmować takiej decyzji. Wydaje mi się, że wprowadzenie globalnego zakazu będzie trudne, ponieważ w każdym kraju sytuacja jest inna. Ale zdrowie ludzi jest znacznie ważniejsze niż jakikolwiek mecz piłkarski, dlatego jeśli epidemia koronawirusa nie zostanie opanowana, a na razie nic na to nie wskazuje, to jeśli mecze będą musiały zostać przełożone lub rozegrane bez widzów, taka decyzję z pewnością podejmiemy” – zapewnił przewodniczący FIFA. W tym miesiącu reprezentacja Polski ma rozegrać dwa towarzyskie spotkania – 27 marca we Wrocławiu z Finlandią i 31 marca w Chorzowie z Ukrainą.
Mistrzostwa Europy mają się rozpocząć 12 czerwca, a ich gospodarzami będzie aż 12 krajów. To oznacza liczne podróże dla kibiców i drużyn, co w przypadku epidemii może przyczyniać sie do jej rozszerzenia. Infantino chyba jednak liczy, że do czerwca problem zniknie. „Myślę, że Euro 2020 odbędzie się w zgodnie z planem, w czerwcu. Wcześniej mamy wiele meczów międzynarodowych, z wieloma podróżami, więc myślę, że monitorujące sytuację osoby odpowiedzialne w rządach poszczególnych krajów i w instytucjach międzynarodowych będą w stanie odpowiedzialnie ocenić sytuację i określić co jest dopuszczalne, a co nie. Na razie nie ma co panikować, ale też nie wolno nam lekceważyć zagrożeń” – podsumował przewodniczący Infantino.
Warto przypomnieć, że czerwcu w Brazylii, gdzie wykryto już pierwsze przypadki koronawirusa, w czerwcu ma się odbyć turniej Copa America, a w sierpniu w Japonii, także dotkniętej już mocno epidemią, igrzyska olimpijskie. Infantino przyznał jednak, że nie komunikował się jeszcze w tej sprawie z Międzynarodowym Komitetem Olimpijskim.

Platini odbębnił karę

W poniedziałek 7 października zakończyła się kara czteroletniej dyskwalifikacji nałożona na byłego prezydenta UEFA Michela Platiniego. 64-letni francuski działacz już zapowiedział wielki powrót.

Platini odzyskał prawo do pracy w strukturach światowego futbolu i ogłosił, że zamierza powalczyć w najbliższych wyborach o fotel przewodniczącego FIFA, zajmowany obecnie przez Szwajcara włoskiego pochodzenia Gianniego Infantino. Już miesiąc przed upływem terminu kary Michel Platini przypomniał światu o swoim istnieniu udzielając po długiej przerwie kilku wywiadów. Mówił w nich, że padł ofiarą spisku „kilku kretynów”, ale nie zasugerował, że wśród nich widzi też obecnego sternika FIFA, który w latach 2009-2016, czyli w okresie gdy Platini pełnił funkcję prezydenta UEFA, był w europejskiej federacji sekretarzem generalnym.

Gwoli przypomnienia – Platini, jeszcze jako prezydent UEFA i jeden z wiceprzewodniczących FIFA, został zawieszony przez Komisję Etyki FIFA wraz z przewodniczącym organizacji Josephem Blatterem. Jednego (Blattera) oskarżono o wręczenie, a drugiego (Platiniego) o przyjecie łapówki w wysokości dwóch milionów franków szwajcarskich. Wszelkie odwołania nie poskutkowały i obaj musieli odcierpieć karę.Platini ma jednak poczucie, że został skrzywdzony i pała żądzą odwetu.
Dał temu wyraz w wywiadzie udzielonym francuskiemu „Le Monde”. „Niczego sobie nie zakazuję, choćby starań o przejęcie steru w FIFA. To byłaby piękna forma rewanżu za to, co mnie ze strony niektórych ludzi w tej organizacji spotkało. Wiele osób nie unikało ze mną kontaktów, tak że przez ten czas w ogóle nie czułem się zawieszony”. 64-letni Platini był szefem UEFA w latach 2007-2015. Uważa się go za jednego z najwybitniejszych piłkarzy w historii futbolu.

 

Infantino nadal przewodniczącym

Na Kongresie FIFA w Paryżu Szwajcar Gianni Infantino został ponownie wybrany na przewodniczącego FIFA. Był jedynym kandydatem na to stanowisko, więc delegaci, także z federacji europejskich, które nie akceptują niektórych jego pomysłów, zaakceptowali jego kandydaturę przez aklamację.

Na kongresie w Paryżu Infantino zjednał sobie przychylność elektorów przedstawionym raportem finansowym. „Przypomnijcie sobie, jaka była sytuacja przed trzema laty i trzema miesiącami, gdy wybieraliście mnie po raz pierwszy. Nie we wszystkim przez ten czas byłem perfekcyjny, popełniłem błędy, ale mogę dzisiaj śmiało powiedzieć, że kryzys w naszej organizacji został zażegnany. Nikt już nie mówi o korupcji, że trzeba wszystko zmienić i zacząć od nowa. Przestaliśmy być postrzegani jako organizacja niemal na poły kryminalna, a znowu ludzie na nas patrzą jak na organizację, która rozwija światowy futbol. To miałem na myśli, zapowiadając, że musimy przywrócić FIFA futbolowi, bo taka jest jej misja” – podkreślił Infantino w swoim przemówieniu, wygłoszonym po angielsku, francusku, niemiecku i hiszpańsku. Znajomość tylu języków jest także jego niezaprzeczalnym atutem. Do delegatów bardziej przemawiały jednak cytowane przez Infantino kwoty. A miał się czym chwalić, bo jeszcze nigdy sytuacja finansowa FIFA nie była tak dobra.

Z raportu finansowego dowiadujemy się, że w latach 2015-2018 przychody Międzynarodowej Federacji Piłkarskiej wyniosły 5,7 mld euro, co jest wynikiem lepszym o ponad miliard euro od budżetu jaki obiecywał przed trzema laty, gdy został wybrany na przewodniczącego aresztowaniu wielu członków stowarzyszenia za korupcję i odsunięciu od władzy ówczesnego szefa organizacji Josepha Blattera. Kluczowe w tym zestawieniu są wyniki finansowe po ubiegłorocznym mundialu w Rosji, gdy okazało się, że wbrew obawom FIFA osiągnęło przychody na poziomie 1,8 mld euro, co jest wynikiem, jak zapewniał szef komisji finansów organizacji Alejandro Dominguez, o 65 procent lepszym od zakładanego. Dzięki temu największa i najbogatsza organizacja sportowa na świecie może pochwalić się dzisiaj rezerwami finansowymi na poziomie 2,75 mld euro, o 1,75 mld wyższymi od tych, jakie trzy lata temu odziedziczył Infantino po dojściu do władzy.

Przewodniczący FIFA mimo okazywanego mu poparcia ma w światowej federacji wielu przeciwników, głównie w UEFA, co jest o tyle dziwne, że Infantino był przecież przez wiele lat sekretarzem generalnym Europejskiej Unii Piłkarskiej i prawą ręką Michela Platiniego. Odsunięty na boczny tor Francuz w październiku tego roku będzie mógł znów działać w futbolu, bo wtedy zakończy się jego czteroletnia dyskwalifikacja, w przededniu paryskiego kongresu FIFA ostro krytykował Infantino twierdząc wprost, że „nie jest wiarygodny i nie ma żadnej legitymacji, aby reprezentować futbol”.

Były prezydent UEFA, odsunięty od władzy pod zarzutem udziału w korupcji, w swojej krytyce dawnego podwładnego nie jest odosobniony – w Europie obecny szef FIFA podpadł przeforsowaniem przeniesienia terminu mistrzostw świata w Katarze (2022) na listopad i grudzień, a teraz kością niezgody jest proponowana przez Szwajcara nowa formuła Klubowych Mistrzostw Świata, które od 2021 roku mają być rozgrywane z udziałem 24 zespołów, co UEFA słusznie uważa za konkurencję dla swojej Ligi Mistrzów. Infantino próbował złamać opór obiecując przychody z KMŚ na poziomie 50 miliardów dolarów, ale nie sprecyzował w jakim przedziale czasowym ten turniej miały je wygenerować.

Drugą kadencję Infantino zaczął zatem od aklamacji, ale wątpliwe by tak samo łatwo wygrał wybory po raz trzeci. Po budzących już dzisiaj wiele negatywnych emocji mistrzostwach świata w Katarze pozycja Szwajcara może ulec poważnemu osłabieniu, a wtedy z całą pewnością w wyborczych szrankach pojawią się groźni konkurenci.

 

UEFA bogata jak nigdy

Na kongresie UEFA w Rzymie wybrano obecnego przewodniczącego tej organizacji Aleksandra Cefferina na kolejną kadencję. Słoweniec był jedynym kandydatem. Dostał pełne poparcie, bo zapełnia kasę jak nikt przed nim.

Podczas kongresu przedstawiono nowy budżet europejskiej federacji na sezon 2019-2020. Jeśli zostanie w pełni zrealizowany, do kasy UEFA wpłynie rekordowa kwota 5,72 miliardów euro. Oznacza to wzrost w porównaniu z budżetem na sezon 2018-2019 o 48 procent. Wpływy w 57 procentach pochodzić będą z rozgrywek klubowych, a w 43 procentach z Euro 2020, które wyjątkowo zorganizowane zostaną w 12 krajach.

UEFA staje się coraz bogatsza głównie dzięki wpływom ze sprzedaży praw telewizyjnych. Stanowią one 73 procent zysków organizacji. Najwięcej pieniędzy zapewniają rozgrywki Ligi Mistrzów. Po obecnym sezonie UEFA otrzyma środki z nowego kontraktu telewizyjnego, który przysporzy jej 2,85 mld euro. Dla porównania, poprzednia umowa gwarantowała piłkarskiemu molochowi 2,13 mld euro. Wpływy ze sprzedaży praw medialnych do Ligi Europy wzrosną symbolicznie. W sezonie 2017-2018 było to 372 mln euro, a w prognozowanym sezonie 2018-2019 UEFA dostanie z tego tytułu 381 mln euro.

Dobre wyniki finansowe europejskiej federacji piłkarskiej to w głównej mierze zasługa sprawnie działającej maszyny urzędniczej, stworzonej i kierowanej przez Aleksandra Cefferina. Dlatego też 51-letni Słoweniec, z zawodu prawnik, w czwartkowych wyborach na prezesa UEFA nie miał żadnego przeciwnika i był jednym kandydatem na to stanowisko. Podobna sytuacja szykuje się też w FIFA, bo obecny przewodniczący Gianni Infantino jest jedynym kandydatem w wyborach.