Większość nie chce wyjechać

Przedsiębiorcy mają nadzieję, że imigranci zarobkowi z Ukrainy zostaną w Polsce na długo. Inaczej trzeba by podnosić płace naszym pracownikom.

75 proc. zatrudnionych w Polsce pracowników z Ukrainy chce zostać w naszym kraju – głównie z powodu zadowolenia z obecnej pracy oraz obecności w naszym kraju ich rodzin oraz przyjaciół.
Migrację w celach zarobkowych planuje więc tylko co czwarty Ukrainiec, najczęściej do Niemiec lub do Czech. Największą motywacją do opuszczenia Polski jest, co oczywiste, chęć uzyskania wyższego wynagrodzenia.

Liczy się tania siła robocza

W świetle planowanych przez polskich sąsiadów ułatwień dla pracowników z Ukrainy, a także zmniejszonej liczby napływających do Polski obywateli tego kraju, agencja Manpower zapytała zatrudnionych w Polsce Ukraińców o ich plany zawodowe. Raport „Plany migracyjne pracowników z Ukrainy” powstał na podstawie badania, w którym wzięło udział 744 pracowników z Ukrainy w przedziale wiekowym 18–60 lat.
Jak pokazuje raport, w tej 25-procentowej grupie planującej wyjazd z Polski do innego kraju w celach zarobkowych, zdecydowaną większość stanowią mężczyźni (68 proc.), osoby z wykształceniem wyższym (44 proc.), osiągające miesięczny dochód netto w wysokości 2 000–2 999 zł (także 68 proc.) oraz mieszkające w Polsce do sześciu miesięcy (32 proc.).
Główną przyczyną migracji jest chęć uzyskania wyższego wynagrodzenia, potrzeba pracy w kraju o wyższym standardzie życia, a także podjęcie zatrudnienia zgodnego z ich kompetencjami. Po wyjeździe z Polski najwięcej osób chce pracować w sektorze produkcji przemysłowej, logistyce, budownictwie i w branży technik informatycznych.
– Migracja obywateli Ukrainy z Polski do innych krajów obejmie w znacznym stopniu branżę motoryzacyjną, artykułów gospodarstwa domowego, informatyczną oraz spożywczą. Oznacza to, ze problemy z niedoborem pracowników odnotują polskie przedsiębiorstwa, które zatrudniają pracowników fizycznych, a szczególnie pracowników produkcji, magazynierów, pakowaczy czy operatorów wózków widłowych – wyjaśnia Karolina Rząsa z Manpower.

Nasi miłośnicy wielokulturowości

Sposobem przedsiębiorców w naszym kraju na wypełnienie przewidywanej luki kadrowej jest zatrudnianie kandydatów z Dalekiego Wschodu i Azji. Polski rynek pracy otwiera się na pracowników z Nepalu, Indii, Bangladeszu i Filipin.
– Wielu przedsiębiorców docenia pracę osób z zagranicy, mając świadomość, że kluczem do sukcesu organizacji jest wielokulturowość – twierdzi Karolina Rząsa. Jak dodaje, Polska jest dla wszystkich, którzy pomagają rozwijać gospodarkę i pozytywnie wpływają na rozwój przedsiębiorstw.
Ważnym wnioskiem płynącym z raportu jest to, że aż 75 proc. badanych chce nadal pracować w Polsce. To istotna wiadomość, szczególnie w nawiązaniu do danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych oraz Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej świadczących o zmniejszonym napływie obywateli Ukrainy do Polski.
Chęć pozostania w Polsce to przede wszystkim efekt satysfakcji z obecnej pracy, obecność w naszym kraju ich członków rodziny i przyjaciół, a także bliskość kulturowa naszych krajów. Badani wspominali również o niskiej barierze językowej oraz bliskości geograficznej naszych krajów.
Z raportu wynika więc, że Ukraińcom pracuje się i żyje w Polsce naprawdę dobrze i większość z nich wiąże z naszym krajem długofalowe plany.

Obcokrajowcom można płacić mniej

– Jak dotąd, polscy pracodawcy wciąż cierpią na brak zasobów do pracy. Czas pokaże, czy sytuacja zmieni się w kolejnych miesiącach w związku z niepokojącymi danymi płynącymi z niemieckiej gospodarki, od której jesteśmy w znacznym stopniu uzależnieni. Wszystko to sprawia, że część firm już wieszczy, że rok 2019 będzie czasem optymalizacji i oszczędności. To w konsekwencji może wygenerować mniej inwestycji, zmniejszyć dynamikę rynku pracy. Nie wydaje się jednak, by w sposób zasadniczy zmniejszyły się potrzeby pracodawców co do zatrudnienia – dodaje Tomasz Walenczak z Manpower.
Pracownicy z Ukrainy planujący opuścić Polskę zostali również zapytani o to, co mogłoby ich zatrzymać nad Wisłą. Wśród najczęściej wskazywanych zachęt znalazły się wzrost wynagrodzenia, łatwiejsze uzyskanie pozwolenia na pobyt stały w Polsce oraz wprowadzenie zmian prawnych, które pozwolą im na dłuższy pobyt w naszym kraju celem poszukiwania pracy.
– Obecnie firmy w Polsce powinny potraktować zatrudnianie obcokrajowców jako naturalne, jeśli chcą podtrzymać efektywność i dynamikę rozwoju, a w niektórych branżach wręcz swój biznesowy byt. Pracodawcy coraz częściej więc tworząc strategie zatrudnienia, przestają dokonywać podziałów na pracowników z Polski i obcokrajowców, a bardziej oceniają łącznie potencjał danego rynku. Zamknięcie się polskich firm na pracowników z zagranicy w wielu branżach doprowadziłoby nawet do katastrofy, nie tylko związanej z brakiem realizacji celów, lecz także niejednokrotnie z funkcjonowaniem w ogóle – dodaje Tomasz Walenczak.

O tych, którzy robią legalnie

Oficjalny wizerunek obcokrajowców pracujących w Polsce nie obejmuje milionów osób, zatrudnionych w szarej strefie.

Zakład Ubezpieczeń Społecznych opublikował opracowanie dotyczące imigrantów zarobkowych w Polsce (tych, którzy płacą składki). Wynika z niego, że imigranci zarabiają mniej niż obywatele naszego kraju i jest wśród nich niezwykle niskie bezrobocie. Dane Międzynarodowego Funduszu Walutowego pokazują zaś pozytywny wpływ imigrantów na polski produkt krajowy brutto.
Według wspomnianego opracowania ZUS („Cudzoziemcy w polskim systemie ubezpieczeń społecznych”) w Polsce na koniec trzeciego kwartału 2018 r. zgłoszonych do ubezpieczenia rentowego i emerytalnego było 569 tys. pracowników z zagranicy.

Nieco mniej od nas

W porównaniu z rokiem 2014 nastąpił przyrost o ok. 445 tys. osób. Największa zmiana dotyczyła obywateli Ukrainy. W niecałe cztery lata liczba płacących składki zwiększyła się z blisko 50 tys. do 425 tys., czyli ponad ośmiokrotnie.
Większość imigrantów przybywających do Polski to ludzie młodzi. W wieku 19-44 lata jest aż 430 tys. osób, czyli 75 proc. populacji, która przyjechała do naszego kraju. Mają oni przed sobą wiele lat aktywności zawodowej, a jeżeli pozostaną w Polsce, mogą tu zakładać rodziny. Odsetek kobiet, które przyjechały do Polski w wieku 20-24 lata, jest ponad dwukrotnie większy niż w całej populacji.
Według ZUS-u przeciętna miesięczna podstawa wymiaru składek imigrantów zarobkowych na ubezpieczenie emerytalne i rentowe wynosiła w dziewięciu miesiącach 2018 r. – 2,8 tys. zł, a w przypadku ogółu ubezpieczonych – 3,6 tys. zł. Wynagrodzenia mogą więc być o nieco ponad 20 proc. niższe wśród imigrantów niż wśród obywateli Polski.

Nie przyjeżdżają na bezrobocie

Ciekawostką z raportu ZUS może być także liczba bezrobotnych imigrantów. Na koniec września ubiegłego roku było to 1345 osób w porównaniu do niespełna 570 tys. zatrudnionych. Z tego wynika, że stopa bezrobocia wynosi wśród nich ok. 0,24 proc. W Polsce stopa bezrobocia dla osób w wieku 25-49 lata (czyli w takim wieku, jakim jest większość przyjezdnych) według danych Eurostatu wynosiła 3,5 proc. w trzecim kwartale ubiegłego roku.
Silny napływ imigrantów w ostatnich latach ma korzystny wpływ na polską gospodarkę – uważa Cinkciarz.pl. Dla przykładu, według opublikowanego w lutym bieżącego rokiu raportu MFW o Polsce, wzrost zatrudnienia w 2017 r. wyniósł 1,4 proc., ale gdy dodamy do tego napływ osób z Ukrainy (ich jest u nas najwięcej), to liczba pracujących w krajowej gospodarce zwiększyła się o 2,8 proc., czyli dwukrotnie więcej niż z udziałem samych Polaków.

MFW o Ukraińcach

MFW zaznacza, że Ukraińców do Polski przyciągają znacznie wyższe niż nad Dnieprem wynagrodzenia. W parytecie siły nabywczej (czyli porównaniu wynagrodzeń oraz kosztów życia w obu krajach) w Polsce są one trzy razy większe niż na Ukrainie.
MFW podkreśla, że napływ pracowników z zagranicy do Polski wspiera także konsumpcję, mimo że większa część wynagrodzenia jest przesyłana za granicę.
Biorąc pod uwagę dane MFW i Głównego Urzędu Statystycznego, dodatni wpływ migracji na wzrost polskiego PKB w każdym z ostatnich trzech lat można szacować na ok. 0,5 punktu procentowego. Ten trend może się szybko zatrzymać, gdyż najnowsze dane ZUS opublikowane niedawno przez Polską Agencję Prasową pokazują, że na koniec ubiegłego roku doszło do pierwszego spadku (o 20 tys.) liczby Ukraińców odprowadzających składki w Polsce.

Nasi ukraińscy bracia

Widzisz ich codziennie, być może już tak skutecznie wtopili się w tłum, że nie zwracasz na nich uwagi. Tymczasem oni walczą o każdy dzień.

Pani Valeria uciekła z Ukrainy, wraz z ośmioletnim synem. Uciekła przed wojną, czyli jest uchodźcą. Tu, w Polsce nie stworzono jej i dziecku żadnych warunków. Musiała przejściowo umieścić syna w domu dziecka. Kiedy po jakimś czasie chciała go odebrać powiedziano jej, że złamała jakieś przepisy imigracyjne i ma sama, bez dziecka wracać na Ukrainę, a polskie władze dziecko jej przyślą. Rusłan jest lekarzem, ale pracuje na budowach, bo w Polsce lekarzom z Ukrainy bardzo trudno nostryfikować dyplomy. Chociaż lekarzy u nas brakuje bo emigrują na Zachód. Ukraińscy też bo tam o uznanie ich kwalifikacji zawodowych jest o wiele łatwiej niż u nas. Kolega Rusłana miał kłopoty z przedłużeniem prawa pobytu w Polsce i został deportowany na Ukrainę. Tymczasem władze imigracyjne wezwały go na kolejne przesłuchanie w ramach wszczętej procedury przedłużenia prawa pobytu. Nie stawił się bo zdążyliśmy go już deportować.
Kiedyś na Dworcu Zachodnim podsłuchałem rozmowę dwóch Ukrainek, które pracowały w naszym kraju jako pomoce domowe. Jedna zwierzała się drugiej, że „państwo” kazali jej prać dżinsy ręcznie, żeby mnie zużywać pralki. Milion co najmniej gości z Ukrainy pracuje na nasz dobrobyt. A zachowujemy się jakby ich nie było. Traktujemy ich jak niechcianych przybyszów mimo że bez nich polska gospodarka straci impet, przestanie rosnąć w dotychczasowym tempie, a w niektórych dziedzinach produkcja może zacząć zanikać. Tymczasem sąsiedzi zza zachodniej granicy szykują się do przyjęcia setek tysięcy ukraińskich pracowników. I bardzo duża ich część to, ci którzy są już w Polsce. Niemcy kuszą ich ubezpieczeniem, opieką medyczną, wyższymi płacami.
Bardzo często zdarza mi się udzielać porad prawnych pracownikom z Ukrainy, którzy nie mogą się pogodzić nie tylko z dyskryminacją, ale i z łamaniem przepisów prawa pracy. Kiedy na budowie pracodawca zalega z wypłatą pierwsi schodzą z niej Ukraińcy, a Polacy nie wiadomo na co czekają. Nasi goście ze Wschodu są bardziej asertywni, pracują solidnie i wydajnie, ale nie pozwalają sobą pomiatać. Powinniśmy brać z nich przykład, a nie narzekać czy boczyć się na to, że nie dają sobie w kaszę dmuchać. A przede wszystkim zrobić co w naszej mocy, żeby jak największa ich część znalazła powody by pozostać i pracować w Polsce.

Co dzień 6 utopionych

W 2018 r. w Morzu Śródziemnym utonęło 2275 uchodźców, co daje średnią w postaci sześciu ofiar dziennie – wynika z dokumentu opublikowanego przez Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw uchodźców (UNHCR).

W 2018 r. do Europy dotarło w sumie 139,3 tys. uchodźców, najwięcej do Hiszpanii (65,4 tys.), Grecji (50,5) i Włoch (23,4). To liczby migrantów, którzy dostali się na kontynent zarówno drogą morską, jak i lądową. Jak podaje Euractiv, Do Hiszpanii docierają uchodźcy przede wszystkim z Maroka, Gwinei i Mali, do Włoch – z Tunezji i Erytrei, natomiast do Grecji – z Afganistanu i Syrii.
Z danych UNHCR wynika, że liczba uchodźców decydujących się na przeprawę przez Morze Śródziemne jest 10 razy mniejsza niż w 205, kiedy liczba ta dobiła do miliona. W 208 roku było to 116,6 tys. osób, a w 207 – 172, 3 tys. Za to rośnie niestety liczba ofiar i to w zastraszającym tempie. Coraz więcej uchodźców przypłaca tę podróż życiem. W 2018 r. dotyczyło to jednej osoby na 51.

„Zarówno do Grecji, jak i Hiszpanii, dotarło więcej uchodźców niż w roku ubiegłym. Odsetek ten drastycznie, bo o 80 proc., zmniejszył się w przypadku Włoch, co jest naturalną konsekwencją polityki włoskiego rządu, który sprzeciwia się przyjmowaniu uchodźców. Z danych wynika też, że najwięcej uchodźców ginie lub jest uznanych za zaginionych, próbując się dostać właśnie do tego kraju. W 2018 r. było to 1312 osób, prawie dwukrotnie mniej niż w roku ubiegłym, ale i tak więcej niż w przypadku Hiszpanii (777 przypadków śmierci) lub Grecji (187 takich przypadków)” – pisze Euractiv.

W ostatnim czasie zmieniły się też szlaki migracyjne – głównie w związku ze zwiększoną aktywnością libijskiej straży przygranicznej. 85 proc. uchodźców zatrzymanych na tym obszarze trafia do tamtejszych obozów, które znane są jako „piekło uchodźców”. Migranci starają się więc tę strefę omijać. Trasa z Libii do Europy jest najbardziej niebezpiecznym szlakiem migracyjnym. W 2017 r. ginęła na tym szlaku jedna osoba na 38, a rok później – już co czternasta.

Raport obala również tezę forsowaną przez szefa włoskiego MSW, że zamknięte porty oznaczają mniej przemytników ludzi. Po prostu dostosowują oni swoje „oferty”. „Na rynku” jak się okazuje, pojawiły się „promocje”: „Przyprowadź trzy osoby, które zapłacą za swoją podróż – ty będziesz podróżował za darmo”, albo: „Przewieziemy cię do Libii za darmo – potem odpracujesz”. Pod takimi hasłami reklamują się teraz przemytnicy.

„Dla wielu ludzi przekraczanie morza jest tylko ostatnim etapem podróży, która przebiegała przez obszary objęte wojną, pustynie, oznaczała narażanie się na porwania i tortury dla okupu oraz zagrożenie ze strony handlarzy ludźmi. UNHCR wzywa państwa, aby zaprzestały odsyłania tysięcy ludzi, uniemożliwiając im możliwości szukania azylu” – czytamy w raporcie. Matteo Salvini raczej tych słów nie weźmie sobie do serca.

Historia pewnego pożaru

Przedwojenne domy z czerwonej niegdyś, dziś już tylko przybrudzonej cegły, kruszejące budynki dawnej robotniczej, przyportowej dzielnicy Elbląga. Kilka parterowych magazynów, parę zaniedbanych podwórek, błotnisty w deszczu, półdziki parking i wyróżniająca się na tym tle siedziba okazałego, niedawno odnowionego Seminarium Duchownego. Kwartał między ulicami Bożego Ciała a Stoczniową. To tu w przedświąteczny piątek 21 grudnia doszło do pożaru, w którym poszkodowani zostali pracujący w elbląskich firmach imigranci z Ukrainy i Gruzji.

 

W styczniowe przedpołudnie zacina przejmujący, ostry wiatr od Zalewu Wiślanego – mijam pędzące na sygnale wozy bojowe Straży Pożarnej. Tym razem nie jadą jednak do pożaru, ale ratować nadrzeczne bulwary przed zalaniem oraz zabezpieczać zrywane przez wichurę elementy dachu z lokalnego kościoła. Inaczej było jednak tydzień temu. Wtedy aż dziewięć zastępów elbląskich strażaków przyjechało walczyć z pożarem dwupiętrowego budynku, który w ostatnich miesiącach stał się domem dla kilkudziesięciu pracowników ze wschodu.

Pożar wybuchł na pierwszym piętrze starego, pamiętającego jeszcze przedwojennych właścicieli budynku. Powodem było najprawdopodobniej zwarcie instalacji elektrycznej w gniazdku, gdzie mieszkańcy ładowali swoje telefony. Ogień strawił całe pierwsze piętro i gdyby nie szybka interwencja straży pożarnej, to najpewniej cały dom poszedłby z dymem.

– Większość z mężczyzn, którzy mieszkali w budynku przy ul. Bożego Ciała, uciekała przed pożarem tylko w tym, co mieli na sobie – w piżamach i klapkach na nogach, niektórzy w samej bieliźnie – mówi kapitan Wojciech Bednarz z elbląskiej Państwowej Straży Pożarnej, dowódca III zmiany, która akurat wtedy pełniła służbę. Stracili nie tylko rzeczy osobiste, ale również ubrania, niektórzy również dokumenty i pieniądze. Dostaliśmy informację o jedenastu osobach, którym udało się o własnych siłach opuścić budynek. Jeden z mężczyzn został odcięty przez ogień, zmuszony był
do skoku z okna drugiego piętra. Szczęśliwie poza drobnymi potłuczeniami nic poważniejszego mu się nie stało. Oczywiście musieliśmy sprawdzić te informacje i tak samodzielnie, podejmując stosowną akcję na miejscu, na szczęście okazały się one prawdziwe – referuje mi spokojnie strażak zajęty akurat obserwacją podnośnika, na którym jego koledzy mocują się właśnie z zerwanym przez wichurę dachem nieodległego kościoła.

Podobnie jak interwencja straży pożarnej, tak pomoc dla poszkodowanych przyszła szybko.

Na pierwszych kilka nocy pomieszczeń pogorzelcom użyczyło Seminarium Duchowne w Elblągu, gdzie spędzili również wigilię. Niektóre lokalne media donosiły, że władze miejskie w okresie świątecznym zlekceważyły sytuację i dramat pogorzelców. Okazuje się to jednak nieprawdą.

– Po świętach zostali zakwaterowani w jednym z hosteli w Elblągu. Pracownicy Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej również rozmawiali z pogorzelcami. Dziesięciu osobom (w tym jednemu małżeństwu) zostały już wypłacone zasiłki – informuje Łukasz Mierzejewski z biura prasowego elbląskiego ratusza.

Informacje te potwierdzają pracownicy miejskiego referatu bezpieczeństwa, z którymi rozmawiałem o zaoferowanej poszkodowanym niemal natychmiast pomocy. Szybko zainterweniowały najwyższe, ratuszowe czynniki. Potwierdza to także Mirosława Marjańska z elbląskiego MOPS-u. – W ramach naszych urzędowych możliwości wsparliśmy poszkodowanych specjalnymi zasiłkami
w kwocie 1.5 tys. zł, w jednym przypadku była to kwota 2.5 tys. zł – mówi urzędniczka.

A co z pozostałymi pogorzelcami, których – jak ustaliłem – było w sumie niemal dwadzieścia osób?

Okazuje się, że i do nich trafiła pomoc.

Tę najpilniejszą zaoferowali sami mieszkańcy Elbląga.

Skrzyknąwszy się na internetowych forach i w mediach społecznościowych dostarczyli ją niemal natychmiast na własną rękę.

Ochotnicy i ludzie dobrej woli przez kilka świątecznych dni przywozili wodę, żywność, ubrania, do dziś wpłacają również datki na specjalnie uruchomione konto dla ofiar pożaru.

Piotr Gęsicki, właściciel firmy budowlanej zatrudniającej większość z poszkodowanych, wyjaśnia mi, że również osoby, którym ze względów formalnych zapomóg nie mogły udzielić miejskie władze taką pomoc otrzymały i jeszcze otrzymają.

– Brak tzw. karty pobytu, której wyrobić nie zdążyli jeszcze wszyscy pracownicy, jest przyczyną, dla której zapomogi będą jeszcze rozdysponowane. Procedura ich wyrobienia zajmuje nawet do pół roku a niektórzy z nich przyjechali do Polski zaledwie kilka dni przed zdarzeniem. Zasiłki wypłacam więc z własnych środków, część kwoty otrzymają również pogorzelcy z datków wpłaconych przez elblążan – deklaruje.

Pytam o Ukraińca poszkodowanego podczas skoku z okna płonącego budynku.

– Ten pracownik jest w tej chwili na zwolnieniu lekarskim. Doznał niegroźnych obrażeń i lekkiej kontuzji kręgosłupa, przez trzy miesiące będzie na chorobowym. Zadeklarował, że chce wrócić na ten czas do domu, na Ukrainę.

Jeśli będzie chciał wrócić do pracy, to miejsce na niego będzie czekać – mówi pracodawca.

Już sam kieruję się jeszcze do pobliskiej przybudówki, w której przebywają Gruzini, również poszkodowani w pożarze. Drzwi otwiera mi zwalisty Gieorgij, rezolutny starszy Gruzin, który jako jedyny zna kilka słów po polsku. W środku jest ciepło, sucho, towarzystwo zasiada akurat do obiadu. Po krótkim przywitaniu i wyjaśnieniu celu wizyty przechodzimy na rosyjski (warto było jednak uczyć się w peerelowskiej szkole) i dowiaduję się, że – wbrew wcześniejszym doniesieniom lokalnej prasy – pomoc dotarła również i do nich. Dostali ubrania, żywność, dotarły też pierwsze pieniądze, które rozdysponowali już między sobą sami, w zależności od tego, kto najbardziej ucierpiał w pożarze. Są bardzo wdzięczni Polakom (koniecznie kazali podziękować pani Iwonie) za okazane serce i natychmiastową pomoc. Gieorgij mówi, że w najbliższych dniach ma jeszcze zostać przyłączony gaz, który został odcięty podczas akcji gaśniczej.

– Potrzebujecie jeszcze czegoś, chcielibyście coś przekazać władzom, mieszkańcom? – pytam.

– Pan powiedz Polakom, że my są bardzo wdzięczni za wszystko i całą okazaną pomoc. Mamy co jeść, dach nad głową i robotę, dalej już sobie damy radę. Balszoj spasiba i wsiewo charoszewo s nowym godam! – śmieje się podając rękę na odchodnym.

Żegnam się, wychodzę i Polakom zatem przekazuję – warto jednak być człowiekiem i nie taki emigrant straszny, jak go w internecie hejterzy malują.

PS. Konstrukcja budynku nie została naruszona w pożarze. Piotr Gęsicki deklaruje, że będzie chciał jak najszybciej budynek wyremontować i przywrócić go do użytku pracownikom. Większość ukraińskich pogorzelców, którzy głównie zamieszkiwali spalony budynek, została zakwaterowana w okolicznych mieszkaniach i domach. Mówią, że warunki mają nawet lepsze, niż przed pożarem. Na razie nie wybierają się też do Niemiec, które od kilku dni przyjmują również ukraińskich pracowników.

Policji nie uchodźcom

Szef resortu spraw wewnętrznych Włoch stwierdził, że jego ministerstwo planuje zaoszczędzić około pół miliarda euro na wydatkach przeznaczonych do tej pory przyjmowanie migrantów. Woli przekazać tę sumę policji.

 

– Jeśli chodzi o moje ministerstwo liczę na to, że oszczędzę co najmniej pół miliarda euro w bieżących wydatkach na przyjmowanie migrantów i imigrację – powiedział dziennikarzom po zakończeniu wieczornego posiedzenia rządu w Rzymie. – Z tego pół miliarda euro około 380 milionów euro pójdzie na zatrudnienie nowych pracowników w siłach porządkowych.

Poczynienie takich oszczędności jest możliwe dzięki temu, że w 2018 do Włoch przybyło aż o 80 proc. mniej migrantów niż w ubiegłym roku. Włoskie porty, między innymi na Sycylii i Kalabrii, nadal pozostają zamknięte dla statków organizacji pozarządowych, które zabierały z pontonów i łódek tysiące uchodźców.

Tymczasem Salvini zaproszony jest na zjazd ministrów spraw wewnętrznych krajów członkowskich UE, który odbędzie się w Luksemburgu w najbliższy piątek i będzie dotyczyć nowej propozycji „obowiązkowej solidarności” w sprawie przyjmowania migrantów. Tym razem nie chodzi jednak o kwoty przyjętych: teraz stolice państw członkowskich wspólnoty będą mieć możliwość „wykupienia się” z rozdzielnika poprzez realizowanie „innych działań”, które miałyby ulżyć najbardziej obciążonym krajom. Będą mieć do wyboru: relokacja, wpłata pieniędzy, wysłanie pograniczników lub sprzętu, czasowe przyjmowanie migrantów i przekazywanie ich dalej do innych krajów UE po kilku miesiącach. Taką koncepcję rozważano już w 2016 roku, jednak jednym z największych jej przeciwników były m.in. Włochy. Dziś ów stary pomysł odgrzewa prezydencja austriacka w UE, domagając się jednak przy tym poszerzenia mandatu od głów poszczególnych państw i rządów. Czyli w praktyce może okazać się fikcją.

Głos prawicy

Straszą imigrantami

Twitterowa wymiana na prawicy:
„Nie ma i nie będzie żadnego projektu rządu Prawa i Sprawiedliwości dotyczącego masowego ściągania imigrantów” – napisał na Twitterze europoseł Tomasz Poręba. Tym samym odniósł się do pytania, który zadał mu jeden z wyborców.
Polskie firmy muszą mierzyć się z wielkim problemem niedoboru kadr. Lekarstwem na to ma być ściąganie pracowników z obcych krajów. Dotychczas najwięcej osób przybyło do nas z Ukrainy. Wkrótce popularne mogą być także inne rejony świata gdzie polskie firmy będą rekrutować kadry.
Sytuacja z napływem osób do pracy z obcych nam kulturowo krajów zaniepokoiła jednego z wyborców Prawa i Sprawiedliwości o pseudonimie „Iniak”. Skierował on więc tweeta do europosła Tomasza Poręby.
„Dostał Pan 8 głosów z mojej rodziny w wyborach do Europarlamentu, jest Pan jednym z wyróżniających się in+ europosłów. Jednakże wobec projektu #PiS masowego ściągania imigrantów oddam głos na każdego kto zagwarantuje mi program #StopImigracji Pan mi tego nie gwarantuje!
Do wpisu odniósł się sam zainteresowany:
„Nie ma i nie będzie żadnego projektu rządu @pisorgpl dotyczącego masowego ściągania imigrantów. Bezpieczeństwo Polaków przede wszystkim. To mogę Panu @iniak zagwarantować :-)”
Do dyskusji włączył się także wicemarszałek Sejmu Joachim Brudziński.
„Jak mawia klasyk: „to oczywista oczywistość”!”

 

Straszą też kobietami

– Dziś mamy sytuację, gdy środowiska lewicowo-liberalne poczuły wiatr w żagle. Uznały, że konflikt polityczny w Polsce można wykorzystać nie tylko do sprzeciwu wobec PiS, ale też do uderzenia w patriotyzm, tradycję, także niestety w chrześcijańską tożsamość Polski – mówi portalowi DoRzeczy.pl Marek Jurek, eurodeputowany Prawicy Rzeczypospolitej, były marszałek Sejmu. – Sytuacja przypominać zaczyna lata 30., gdy komuniści zaczęli swój program przystrajać w szaty „antyfaszyzmu”. To były czasy, gdy w Polsce komuniści nagle odkryli, że PPS jest partią socjalfaszystowską. Dziś mamy sytuację, gdy środowiska lewicowo-liberalne poczuły wiatr w żagle. Uznały, że konflikt polityczny w Polsce można wykorzystać nie tylko do sprzeciwu wobec PiS, ale też do uderzenia w patriotyzm, tradycję, także niestety w chrześcijańską tożsamość Polski. To również powinno dać do myślenia władzy, która nie myśli o tym, że najbardziej twórcze i budujące tożsamość naszego porządku prawnego instytucje, czy prawa – prawo ochrony życia, Instytut Pamięci Narodowej, terminy ochronne na sprzedaż ziemi.

Co wydarzyło się w Chemnitz?

Kilkuset aktywistów prawicowych ugrupowań ekstremistycznych pod pomnikiem Karola Marksa wykrzykiwało hasła antyimigranckie. To brzmi jak żart, jednak wydarzyło się naprawdę w niemieckim Chemnitz (dawniej Karl-Marx-Stadt), gdzie od niedzieli do poniedziałku trwały uliczne burdy zorganizowane przez ksenofobicznych podżegaczy. Zawiodła policja, która w kilku momentach straciła kontrolę nad wydarzeniami. Nie zawiedli mieszkańcy, którzy tłumnie wystąpili przeciwko neofaszystom.

 

Pretekstem do rozpoczęcia zamieszek była tragedia jaka wydarzyła się w niedzielę na miejskim festynie. 35-letni Niemiec został kilkukrotnie dźgnięty nożem w trakcie bójki, do której doszło w niedzielę między – jak to określiła policja – maksymalnie dziesięcioma ludźmi „różnych narodowości”. Mężczyzna zmarł w szpitalu kilka godzin później. Trzy inne osoby zostały ranne. W poniedziałek aresztowano w tej sprawie, pod zarzutem morderstwa 21-letniego Irakijczyka i 22-letniego Syryjczyka.

Informacja o zdarzeniu błyskawicznie obiegła media społecznościowe, a aktywiści miejscowej skrajnej prawicy wykorzystali tragiczny incydent do rozpoczęcia ksenofobicznych awantur. Na wezwanie działaczy neonazistowskiej NPD, antyimigranckiej Pegidy i majacej deputowanych w Bundestagu partii Alternatywa dla Niemiec na placu pod monumentem Karola Marksa zebrało się ok. 800 osób. W centrum miasta doszło do ataków na przypadkowych przechodniów, których jedyna winą była etniczna odmienność. Na wiecu kolejni mówcy domagali się zamknięcia granic Republiki Federalnej oraz wydalenia imigrantów z kraju.

Kanclerz Angela Merkel potępiła zamieszki, obiecując jednocześnie rzetelne śledztwo w sprawie zajścia podczas festynu. Zdecydowane słowa padły również z ust rzecznika rządu Steffena Seiberta. – Dla tego, co widzieliśmy wczoraj w niektórych miejscach w Chemnitz i co zostało nagrane na wideo nie ma miejsca w naszym państwie prawa – powiedział dodając, że władze RFN nie będę tolerować rewanżystowskich napaści na ludzi, którzy „wyglądają inaczej”, lub są innego pochodzenia.

Niestety, wśród niemieckich polityków pojawiły się również wypowiedzi nawołujące do przemocy. „Gdy państwo nie może już chronić obywateli, ludzie wychodzą na ulice i bronią się sami” – napisał na Twitterze Markuss Frohnmaier, deputowany Alternatywy dla Niemiec.

W poniedziałek doszło do eskalacji niepokojów. Na placu w Chemnitz zebrało się około tysiąca osób wykrzykujących nienawistne oraz nacjonalistyczne hasła. Skandowali m.in. „dość przestępczości cudzoziemców” oraz „to my jesteśmy narodem”.

Jak podaje „Deutsche Welle”, oprócz Alternatywy dla Niemiec, główną siłą animujacą protesty była skrajnie prawicowa grupa kibiców jednej z lokalnych drużyn piłkarskich. Dziennik „Freie Presse” precyzuje, że jeden ze przywódców nazioli zaapelował w social mediach, by „pokazać, kto ma w mieście coś do powiedzenia”. W efekcie doszlo do starć z policją, ranny został jeden funkcjonariusz. Według opinii niemieckich komentatorów, policjantów było jednak za mało, nie byli odpowiednio przygotowani do ulicznych starć na taką skalę.

Odpowiednio zareagowali natomiast mieszkańcy saksońskiego miasta, który w sile ponad dwóch tysięcy zorganizowali spontaniczną demonstracje „Chemnitz Wolne od Nazistów”. Uczestnicy tego zgromadzenia protestowali przeciwko wykorzystywaniu tragedii do ksenofobicznego szczucia oraz wysyłali jasne komunikaty w stronę ekstremistów: „jest nas więcej”, „jesteśmy głośniejsi”, „wynocha z naszego miasta”.

Niemiecka prasa, zarówno regionalna, jak i krajowa, jednoznacznie potępiła ksenofobiczna przemoc i pochwaliła odpowiedzialną reakcje mieszkańców. „Niszczcie zło w zarodku!” czytamy w „Mindener Tageblatt”. „Na ulicach Chemnitz zaszło coś więcej niż tylko niewinny wstęp do czegoś znacznie groźniejszego. Wzeszło na nich ziarno, rozsiewane od lat przez populistów. Ci zaś ryją coraz głębiej. Ziarna gniewu, celowo przez nich wysiewane, aby wzbudzić niczym niepohamowaną wściekłość wśród innych, wydały obfity plon. To, co wymyślili w zaciszu, zaczyna dawać wyniki. Na ulicy, a więc tam, gdzie wszystko się rozstrzyga. Kto opanuje ulice, do tego będzie wkrótce należał cały kraj. W takiej sytuacji zazwyczaj wystarczają słowa wzywające do opamiętania się, ale czasem państwo prawa musi okazać całą siłę, którą ma do dyspozycji”.

„Die Welt” natomiast zauważa, że zamieszki miały miejsce w mieście, które kandyduje do tytułu „kulturalnej stolicy Europy”. Jako winnych erupcji nienawiści dziennik wskazuje ugrupowania skrajnie prawicowe. „Partia AfD, ruch PEGIDA i partia NPD zaciekle rywalizują teraz w Chemnitz o monopol na interpretację zaszłych wydarzeń i o to, kto zmobilizuje najwięcej demonstrantów” – czytamy w „Die Welt”.

Głos zabrała również socjaldemokratyczna burmistrz Barbara Ludwig: „Jestem przerażona tymi wydarzeniami” – powiedziała w wywiadzie dla rozgłośni MDR.

Odyseja „Aquariusa”

„Ten statek nigdy nie zobaczy włoskiego portu!” – odgrażał się jeszcze w sobotę Matteo Salvini. I rzeczywiście, „Aquarius” nadal szuka wśród europejskich państw chętnego, by przygarnąć uchodźców uratowanych u wybrzeży Libii.

 

Jest ich 141, w tym 67 dzieci bez opieki. Większość pochodzi z Erytrei i Somalii. Wielu z nich skarżyło się załodze, że byli przetrzymywani w obozach przejściowych w niehumanitarnych, urągających ludzkiej godności warunkach.

– Kiedy wkraczasz na terytorium Libii, zabierają ci paszport i drą go na kawałki na twoich oczach – relacjonował jeden z uratowanych Lekarzom Bez Granic. – Kiedy znajdziesz się w strefie granicznej i jedne drzwi już się za tobą zamknęły, a kolejne nie chcą się otworzyć, twoją jedyną drogą, aby wydostać się z tego więzienia, jest morze.

Migranci zostali uratowani w piątek i sobotę. Część z nich spędziła na morzu już 35 godzin. „Aquarius” zgarnął ich z dwóch łódek – od SOS Mediterranee i Lekarzy bez Granic. Następnie w sobotę 11 sierpnia próbował przebić do brzegu we Włoszech ale szef MSW Włoch powtórzył swój manewr z czerwca i kolejny raz nie wpuścił „Aquariusa”, każąc mu szukać innego portu.

W rozmowie z dziennikarzami RAI Stwierdził, że „Aquarius” jest własnością niemieckiego armatora i pływa pod banderą Gibraltaru. Potwierdził to na Twitterze minister ds. transportu Danilo Toninelli – i zasugerował w związku z tym, by statek przybił do portu w Libii lub Wielkiej Brytanii.

Ale Libia jest wykluczona. Szefowa SOS Mediterranee Sophie Beau powiedziała dla France Info, że „bezpieczny port to taki, w którym ludzie mogą uzyskać schronienie. Absolutnie nie gwarantuje tego Libia”.

Obecnie statek znajduje się niedaleko Lampedusy, gdzie czeka, aż któryś z unijnych krajów podejmie wreszcie decyzję. Przyjęcie uchodźców zaproponowała dziś Rada Miejska Barcelony, ale nie wyraził na to zgody rząd Hiszpanii, twierdząc, iż „nie jest to najbezpieczniejszy port”. Władze miasta stwierdziły, że w razie potrzeby ponowią ofertę. Sytuacja jest rozwojowa.

Włochy umywają ręce

Strażnicy wystosowali apel do statków ratujących migrantów, aby nie wzywać ich w przypadku sytuacji kryzysowej u wybrzeży Libii, a kierować się do tamtejszych władz. U wybrzeży Włoch aktualnie krążą dwa statki z 300 uratowanymi ludźmi na pokładzie. Jednak Włochy prezentują stanowisko tak twarde, jak w przypadku pamiętnego „Aquariusa”.

 

Włoska straż wzięła sobie do serca stwierdzenie Matteo Salviniego, że „Włochy umywają ręce” i „nie stać ich na utrzymywanie setek tysięcy migrantów”. Do jednostek organizacji pozarządowych pływających po Morzu Śródziemnym rozesłano „techniczno-operacyjny” okólnik, w którym włoska straż napisała: „w przypadku operacji niesienia pomocy na wodach Libii kompetentne są władze tego kraju i to z nimi należy kontaktować się w pierwszej kolejności”. Tym samym włoska straż morska ogłosiła, że nie będzie w celach interwencyjnych wpływać na wody libijskie, jak miało to miejsce do tej pory.

Od piątku tymczasem na odcinku pomiędzy Maltą i Libią stoi holenderski statek Lifeline, który uratował 200 uchodźców – głównie kobiety w ciąży i dzieci. Ani Włochy, ani Malta nie chcą mu wydać zgody na zawinięcie do portu (Salvini stwierdził, że to Malta pownna w końcu otworzyć swoje porty). Migranci potrzebują absolutnie wszystkiego: leków, kocy, jedzenia.

Tyle samo – 2 ciężkie dni – czeka już duński „Alexander Maersk” przed portem w Pozzallo na Sycylii – ma na pokładzie 110 osób.
W sobotę po południu również u wybrzeży Hiszpanii kutry patrolowe Guardia Civil uratowały koło 600 migrantów (głównie kobiety z dziećmi), które usiłowały przedostać się z Afryki Subsaharyjskiej na tratwach. Tu nie było problemu z udzieleniem pomocy. Od czasu, kiedy Włochy odesłaly „Aquariusa” z kwitkiem, Hiszpania udzieliła pomocy około 1000 osób.