Giełda płacze ze szczęścia

W USA bardzo popularna stała się ostatnio scena z wieczornego serwisu informacyjnego telewizji CNBC: prowadzący audycję Jim Cramer pokazuje grafikę pod tytułem: ,,Najlepszy tydzień na giełdzie od 1938 roku”, gdy w tym samym na pasku informacyjnym przesuwa się wiadomość, że w ciągu ostatnich trzech tygodni pracę straciło 16 milionów Amerykanów. Nic chyba lepiej od tego nie obrazuje tragizmu sytuacji społeczno – gospodarczej, w jakiej znajdują się obecnie Stany Zjednoczone.

Śledząc jedynie wiadomości z Wall Street, można by w ogóle nie zauważyć, że jakikolwiek kryzys czy spowolnienie gospodarcze miały w ostatnim czasie miejsce. Indeksy giełdowe szybują, najbogatsi ostatnio jeszcze się wzbogacili, a największe firmy notują świetne wyniki finansowe. Idąc za forsowaną przez lata neoliberalną ideologią, zgodnie z którą ,,przypływ podnosi wszystkie łodzie”, należałoby założyć, że teraz pewnie całe amerykańskie społeczeństwo szybko się bogaci i przeżywa okres wyjątkowej prosperity. Tymczasem choćby krótkie spojrzenie na amerykańską Main Street bardzo brutalnie burzy tę wizję. Bezrobocie bije kolejne rekordy (sięga już 16 proc.), dziesiątki milionów ludzi nie mają pracy i grozi im eksmisja, a miliony kolejny godzą się na wyzysk i przedmiotowe traktowanie żyjąc w ciągłym strachu, że z dnia na dzień mogą utracić źródło utrzymania i dach nad głową. Nastawiona jedynie na zysk służba zdrowia w obliczu pandemii już od dawna całkowicie sobie nie radzi – dziennie przybywa 50 – 60 tys. nowych zakażeń koronawirusem, a ofiar śmiertelnych jest już ponad 170 tys., z czego oczywiście najwięcej wśród osób biednych. Skąd w obecnej sytuacji aż tak wielki rozdźwięk między sytuacją na giełdzie a realiami społecznymi?
Jest to przede wszystkim efekt formy, jaką miały pakiety pomocowe dla gospodarki przyjęte przez tamtejsze władze. W Europie większość państw skopiowała niemiecki model pomocy, wypróbowany jeszcze w trakcie kryzysu z 2008 roku. Nosi on nazwę ,,Kurzarbeit” i polega na umowie rządu z firmami (szczególnie małymi i średnimi), że w zamian za państwowe dopłaty do pensji pracowników, te zobowiązują ich nie zwalniać. Nie jest to model idealny, ale pozwala on w dużym stopniu ograniczyć skalę zwolnień, upadków firm i spadku popytu. Firmy nie muszą zwijać się z rynku, a pracownicy mają pewność zachowania źródeł utrzymania, popyt i podaż nie zmieniają się więc tak gwałtownie. W Stanach Zjednoczonych tymczasem ogłoszono co prawda rekordowy program pomocowy (6 bln. dolarów, czyli aż 30 proc. amerykańskiego PKB), jednak jego konstrukcja była zupełnie inna. Ogromna większość tych środków została oddana do dyspozycji FED (amerykańskiemu bankowi centralnemu), który jako główną (i praktycznie jedyną) metodę walki z kryzysem wybrał skupywanie papierów dłużnych wielkich firm i korporacji (,,zbyt wielkich, by pozwolić im upaść”), aby te nie wpadły w finansowe tarapaty. Rzecz jasna robił to bez stawiania im żadnych wymagań w kwestii ochrony miejsc pracy czy praw pracowników. I tak np. w środku pandemii FED uratował Boeinga potężnym zastrzykiem gotówki (skupując obligacje i bony kredytowe), a po kilku dniach firma ta zwolniła ponad 10 proc. załogi. Dodatkowo, kiedy wielkie korporacje zorientowały się, że będzie taki gigantyczny wykup, wyemitowały jeszcze więcej papierów dłużnych.
Tym sposobem praktycznie całe fundusze przeznaczone na pakiet pomocowy dla gospodarki trafiły do megakorporacji. Amerykańskie władze zrobiły im bardzo hojny prezent, jednocześnie nie wymagając nic w zamian. Niewyobrażalna wielkość tego prezentu pozwoliła wielkim firmom praktycznie uniezależnić się od jakichkolwiek praw rynkowych. Tu dochodzimy do sedna sprawy. W normalnych warunkach, bogactwo i wyniki firm są choć trochę powiązane z tym, że ludzie mają pracę, dostają pensje i mogą kupować ich produkty czy usługi. Nie mogą więc być one całkowicie ślepe na sytuację społeczną. Jednak teraz, po tak ogromnym darmowym zastrzyku gotówki dla wielkich, ich indeksy giełdowe ,,uwolniły się” realiów i kondycji większości społeczeństwa. 10 proc. najbogatszych Amerykanów posiada aż 84 proc. wszystkich akcji i to praktycznie wyłącznie do nich trafiły miliardy dolarów rządowych funduszy. Miliardy, które pozwoliły im już całkowicie odsunąć od siebie choćby najmniejsze troski o resztę społeczeństwa. Przerażające efekty tej ślepoty widać dzisiaj w USA na każdym kroku.
Kiedy jednak przyjrzymy się, kto stoi za takimi, a nie innymi działaniami władz Stanów Zjednoczonych w obliczu kryzysu, sytuacja staje się o wiele bardziej zrozumiała. Osobą odpowiedzialną za kształt amerykańskiego programu pomocowego i rozdział funduszy był Steve Mnuchin, szef departamentu skarbu. Początki zawrotnej kariery tego pana sięgają roku 2008 i ówczesnego kryzysu gospodarczego. Wtedy to, w odpowiedzi na krach na rynku nieruchomości rząd USA, ogłosił słynny pakiet pomocy dla banków – TARP. Gwarantował w nim, że jeśli klient nie będzie w stanie spłacić kredytu, rząd i Rezerwa Federalna oddadzą bankowi praktycznie całą pożyczoną kwotę. W tym właśnie momencie pojawił się ze swoim ,,pomysłem na biznes” Steve Mnuchin. Wykupił kalifornijski bank Indy Mac, obciążony dziesiątkami tysięcy ,,ryzykownych” hipotek, i zaczął te kredyty hipoteczne unieważniać z byle powodu. Szczególnie głośna była sprawa 90 – letniej kobiety, która pomyliła się przy racie o 27 centów (sic!), więc Mnuchin uznał ją za ,,niezdolną do spłaty kredytu”, na skutek czego została wyrzucona na bruk, jej dom bank Steve’a zlicytował i jeszcze wziął pieniądze od państwa, rekompensujące ,,niespłacony kredyt”. Takich i podobnych sytuacji były tysiące, Mnuchin był bowiem specjalistą w wynajdywaniu dziesiątek drobnych sposobów, żeby jak najwięcej ludzi wyrzucić z domów i tym sposobem się wzbogacić. Dorobił się na tym nielegalnym procederze wielkiej fortuny i wszedł do elity finansowej Wall Street. Mimo powszechnej wiedzy o źródle jego bogactwa, nigdy nie poniósł odpowiedzialności (kalifornijska prokuratura w niejasnych okolicznościach odmówiła wszczęcia śledztwa), a teraz nawet otrzymał tekę sekretarza skarbu w administracji Trumpa. Z taką przeszłością naprawdę ciężko, by Steve Mnuchin mógł być kimkolwiek innym niż tylko reprezentantem i rzecznikiem interesów swoich kolegów – miliarderów z Wall Street. Za to w tej roli, jak pokazuje jego projekt ,,pomocy dla gospodarki”, sprawdza się znakomicie.
Po internecie krąży taka zagadka: ,,Co jest w dobrym guście jak jesteś bogaty, a w złym guście jak jesteś biedny? Branie pieniędzy od państwa”. Dzisiejsze Stany Zjednoczone są tego karykaturalnym obrazem. Ci sami neoliberałowie z Wall Street, który publiczną służbę zdrowia odrzucają jako ,,marksistowski totalitaryzm” i panicznie protestują przeciwko przedłużeniu zasiłków dla bezrobotnych, nie mają żadnych oporów, by żądać dla siebie od państwa miliardowych ,,pakietów pomocowych”. Widać przy tym ich prawdziwą twarz i cele. Amerykańskiej finansowej oligarchii nie wystarcza już bowiem państwo, które ,,tylko” daje wielkie ulgi podatkowe i ,,nie zabiera”. Stworzonym przez swojego przedstawiciela ,,pakietem pomocowym” pokazali, że chcą aparatu państwowego podporządkowanego wyłącznie ich interesom i zdolnego nawet zabrać biednym, by tylko stale wypychać ich niemające dna kieszenie. A społeczeństwo? Niech niewidoczne z wysokich wież Manhattanu dalej haruje za grosze i bije się o ochłapy wierząc, że mamy w USA ,,demokrację”.

Dwa oblicza kwietnia na rynkach finansowych

W którą stronę poprowadzi nas pandemia koronawirusa? Odmrażanie gospodarek niekoniecznie musi być początkiem długotrwałego okresu wzrostów.
Kwiecień był bardzo zróżnicowanym miesiącem na rynkach. Co w pierwszej kolejności przykuwa uwagę, to generowane przez niektóre indeksy akcji, wysokie stopy zwrotu. W zależności od rynku, są one najwyższe w ostatnich 20-30 latach, bądź znajdują się w ścisłej czołówce miesięcznych wyników.
Przykładowo, ostatni tak dobry miesiąc dla indeksu Standard&Poor’s 500 (największych amerykańskich firm notowanych na giełdach) miał miejsce w grudniu 1991 r., gdy w kinach królował film „Milczenie Owiec” Jonathana Demme.
Teraz był to jednak przede wszystkim miesiąc spółek IT (informatycznych). Netflix i Amazon na rynku amerykańskim, czy CD Project, Playway i Ten Square Games na rodzimym, ustanowiły historyczne szczyty. Do grona rekordowych spółek na krajowym rynku zaliczyć należy również Dino.
Stopa zwrotu z części wymienionych spółek przekroczyła 40 proc. licząc tylko sam kwiecień. Co ciekawe, dobrze radziły sobie również inne aktywa, jak złoto, które zyskało ponad 8 proc.
Najbardziej jaskrawą wartością były jednak tygodniowe dane z amerykańskiego rynku pracy, gdzie przedział tygodniowych odczytów z poziomu 200-300 tysięcy wniosków przeniósł się na poziom 3-6,5 mln nowych wniosków o zasiłek – co nie miało miejsca nigdy wcześniej w historii publikacji tych danych.
Szereg innych publikacji makroekonomicznych również wskazywał na postępujące spowolnienie, jak chociażby wstępne odczyty kwietniowych indeksów aktywności gospodarczej PMI. Wrażenie robią w szczególności dane z Francji, gdzie wartość łącznego wskaźnika dla sektora usług i przemysłu spadła do poziomu 11,2 pkt., w tym dla sektora usług do 10,4 pkt. – dla porównania, wartość tego wskaźnika z lutego tego roku wynosiła 52,5 pkt.
Podobnie wyglądała sytuacja w większości krajów strefy euro, zaś wskaźniki wskazywały na historycznie niskie poziomy, bądź w najlepszym wypadku wieloletnie minima. Liczba chorych na COVID-19 wzrosła zaś w ciągu miesiąca z niespełna 800 tys. do ponad 3 mln przypadków.
Nietrudno o wrażenie, że te dwa obrazy kwietnia nie współgrają ze sobą. Warto oczywiście pamiętać, że wysokie wzrosty indeksów giełdowych nastąpiły po bezprecedensowych spadkach w marcu, ale w dalszym ciągu czuje się pewien dysonans.
Oczywiście powodem wzrostów indeksów giełdowych były najpierw, ogłaszane stopniowo, kolejne pakiety pomocowe, zarówno fiskalne, jak i monetarne – oraz sam fakt, że reakcja władz w odróżnieniu od poprzednich kryzysów, była niemal natychmiastowa. Dodatkowym wsparciem były kolejne informacje o stopniowym otwieraniu poszczególnych gospodarek, które postępuje we wszystkich regionach świata.
Trudno jednak nie mieć wrażenia, że entuzjazm uczestników rynku, w zestawieniu z wciąż trudnym do oszacowania rejestrem szkód gospodarczych i tym, że w większości krajów pandemia w dalszym ciągu nie została skutecznie opanowana, nie jest do końca spójny. Fakt jest taki, że inwestorzy wyceniają już szybkie odbicie gospodarcze po otworzeniu poszczególnych gospodarek. Można jednak sądzić, że nie doceniają trudności, które gospodarki mogą napotkać po drodze.
Prawdopodobnie tak silne załamanie indeksów, jakie miało miejsce w marcu, już nie nastąpi. Nie oznacza to jednak, biorąc pod uwagę poziom obecnych wycen i spadek prognozowanych zysków (dużo wyższy niż jeszcze dwa miesiące temu), drugiej fali korekty – gdy okaże się, że zarówno nawyki konsumentów, jak i tempo wychodzenia z kryzysu nie jest tak szybkie, jak niektórzy by sobie tego życzyli.
Ponadto, kolejnym niewycenianym scenariuszem jest przywracanie części restrykcji w niektórych przypadkach, co już pokazuje przykład Chin. Wszystko to zebrane razem pozwala stwierdzić, że najbliższe miesiące na pewno będą ciekawe.

Wirus zjada gospodarkę

Część osób straci swoje źródła utrzymania, może czekać nas także fala bankructw. Skutki społeczne będą zapewne ogromne.

Początek 2020 roku zostanie zapamiętany jako okres globalnej walki z wirusem, który przez swoją zjadliwość i praktycznie nieskrępowaną mobilność ludzkości rozprzestrzenił się na niespotykaną dotąd skalę. Można szacować, że w najbliższych dniach liczba osób zainfekowanych przekroczy zapewne 200 tys. osób na całym świecie.

W skali całej populacji może się to wydawać niewiele, ale praktycznie wszystkie rządy na świecie podejmują działania, by ta liczba nie zwiększyła się w znaczący sposób. Oznacza to jednak bezprecedensowe skutki dla przyjętego dotychczas modelu życia, jak i całej gospodarki.

Walka z pandemią

Bezpośrednim skutkiem walki z pandemią jest i będzie bezprecedensowy w ostatnich latach spadek międzynarodowej wymiany gospodarczej. Z uwagi na zamknięcie granic, centrów handlowych, restauracji, obiektów kulturalnych w najbliższych miesiącach drastycznie spadnie konsumpcja prywatna.

Część sektorów gospodarczych, jak branża rozrywkowa, restauracyjna, a przede wszystkim branża turystyczna i transportowa musi przygotować się na gwałtowne spowolnienie. Na chwilę obecną poza Azją, gdzie drakońskie ograniczenia w mobilności mieszkańców zaczęły przynosić wymierne skutki, trudno jest mówić o wygranej z wirusem, za wcześnie więc jest szacować całą skalę problemu.

Pandemia COVID-19 ma swoją genezę w Chinach, gdzie do dziś mieszka najwięcej osób dotkniętych chorobą. Podjęte przez rząd chiński działania zapobiegawcze wyłączyły jednak dużą część chińskich mocy produkcyjnych, co będzie miało bezprecedensowy wpływ na globalne łańcuchy dostaw. Cześć komponentów, jak zaawansowana elektronika czy odzież są produkowane w dużej mierze właśnie w Azji Południowo – Wschodniej. Przedsiębiorstwa z innych regionów świata, też już dotknięte skutkami pandemii, będą musiały sobie poradzić bez tych czynników produkcji. Sytuacja w znaczący sposób spowolni więc globalną gospodarkę, przynajmniej w pierwszym półroczu bieżącego roku.

Na krajowym gruncie

Najwcześniej wpływ koronawirusa dotknął w Polsce branże eventową (imprez i spotkań) oraz turystyczną. Zamknięcie galerii handlowych spowolni cały sektor sprzedaży detalicznej. Odczują to zarówno poszczególne przedsiębiorstwa, jak i krajowy budżet, który zostanie pozbawiony znaczącej wartości wpływów podatkowych.

Wszystko będzie zależało od czasu trwania pandemii, ale należy przygotować się na krótkotrwałe spowolnienie gospodarcze, bądź nawet krótkoterminową recesję. Skutki społeczne będą zapewne ogromne, część osób straci swoje źródła utrzymania, może czekać nas także fala bankructw części przedsiębiorstw.

W najbardziej czytelny sposób wpływ pandemii widać, jeśli spojrzymy na giełdowe indeksy. Indeks WIG20 spadł do poziomów obserwowalnych ostatnio podczas kryzysu finansowego z 2008 r. Dzienny spadek indeksu potrafił osiągnąć wartość ponad 13 proc. Niewiele lepiej zachowywały się indeksy globalne, konsumując cały wzrost wygenerowany w ostatnich dwóch latach.

Działania wspomagające

W najbliższych miesiącach możemy spodziewać się bezprecedensowych działań ze strony polityki monetarnej i fiskalnej. Stopy procentowe niemal na pewno zostaną obniżone, wprowadzona zostanie stymulacja monetarna.

Jeszcze mocniejszy efekt zobaczymy ze strony polityki fiskalnej, gdzie rządy będą musiały przeciwdziałać negatywnym skutkom dla gospodarki. Prawdopodobnie poluzowane zostaną kryteria fiskalne dotyczące zadłużenia. Wprowadzone zostaną obniżki podatków oraz subwencje dla najsilniej dotkniętych kryzysem sektorów gospodarczych.

Być może rozwój zasięgu wirusa będzie katalizatorem dla odważniejszych zmian w strukturze międzynarodowych stosunków gospodarczych, jak i w samym sposobie pracy. Tak jak epidemia dżumy z XIV w., która poza ogromnym spustoszeniem demograficznym Europy Zachodniej, stała za zmianą stosowanych od lat czynników produkcji, rozwojem manufaktur i wzrostem zamożności europejskiego społeczeństwa w kolejnych wiekach.

W obecnej sytuacji głównym problemem, oczywiście znanym od dawna, jest koncentracja niektórych środków produkcji w Chinach. Pomimo świadomości problemu, wcześniej brakowało impulsów do zdecydowanych zmian. Być może obecny model globalizacji gospodarki za kilka lat będzie wyglądać zupełnie inaczej. Niektóre projekty już się toczą.

Kolejnym czynnikiem może być intensyfikacja istniejących trendów, jak dalszy rozwój handlu na odległość, w coraz bardziej zaawansowanych formach, czy zmiana systemu pracy ludzi (wzrost znaczenia pracy zdalnej, stworzenie nowych efektywnych rozwiązań wspierających te trendy). Możliwości można wymieniać w nieskończoność. Jest też w tym duża szansa dla Polski, jeśli oczywiście odpowiednio szybko poradzimy sobie ze skutkami pandemii.

Szansa dla rynku

Po ostatnich przecenach wiele spółek na krajowej giełdzie stało się śmiesznie tanich. Nie sugeruję oczywiście wchodzenie na ślepo na rynek, gdyż nie wiemy, jak długo potrwają spadki. Jednak taki niski poziom wycen jest idealnym momentem na stopniowy wzrost  zaangażowania w akcje, z myślą o perspektywie 3 do 5 lat. Wybierać należy branże, które dostały rykoszetem przy globalnej wyprzedaży.

Co robić obecnie?. Przede wszystkim zachować spokój. Nawet jeśli dotkną nas skutki pandemii, nie musi to oznaczać najgorszego scenariusza. Jeśli zostaliśmy zmuszenia do pozostania w domu, można ten czas wykorzystać na własny rozwój oraz poświęcić go rodzinie.

W dłuższym terminie gospodarki odbiją, a dynamiczny wzrost zawsze daje więcej szans niż zagrożeń. Nawet jeśli obecnie jest trudno, należy to ze spokojem przeczekać i z optymizmem patrzyć w przyszłość. Być może będzie ona inna niż przed pojawieniem się epidemii COVID-19, ale wierzę, że przyniesie ona nie tylko złe, ale też dużo dobrych zmian.

Bezpieczne przystanie mogą poczekać?

Jeśli epidemia koronawirusa zostanie opanowana, jak oczekuje WHO, to po kilku dniach, w najgorszym razie tygodniach, wszystko na rynkach wróci do stanu sprzed wybuchu choroby.

Można powiedzieć, że miłe złego początki. Styczeń na rynkach finansowych rozpoczął się w szampańskich nastrojach.
Nawet zawirowania na Bliskim Wschodzie (zabójstwo generała Kasima Sulejmaniego przez USA) oraz odwet Iranu, doprowadziły jedynie do chwilowego zahamowania zwyżek indeksów, oraz do równie chwilowego wzrostu ceny ropy i złota. Wszystko sygnalizowało jednak zbliżający się spadek indeksów.
Korektę hamowało podpisanie 15 stycznia wstępnej umowy USA – Chiny (tzw. umowy pierwszej fazy). Obozowi byków pomogło też to, że rozpoczął się sezon publikacji raportów kwartalnych przez amerykańskie spółki. Jednak w drugiej połowie stycznia pojawił się pretekst (może zamienić się w powód) – indeksy zanurkowały z powodu epidemii koronawirusa, która z chińskiego Wuhan rozprzestrzeniała się powoli na cały świat.
WHO (Światowa Organizacja Zdrowia) wahała się do końca stycznia czy ogłosić międzynarodowy alert, a choroba doprowadzała do ofiar zbliżonych do powikłań pogrypowych.
W końcu alert został ogłoszony, ale w bardzo dyplomatyczny sposób (niewątpliwie pod naciskiem Chin).
WHO oświadczyło, że decyzja nie stanowi wotum nieufności w stosunku do Chin i „nadal wierzy w zdolność Chin do zahamowania wybuchu choroby”. Poza tym jest przeciwna ograniczeniom w podróży
i handlu z Chinami z powodu koronawirusa.
Mimo to, przedsięwzięte w Chinach środki ostrożności, odcięcie całych miast od reszty kraju, oraz media eskalujące zagrożenie, prowadziły do wniosku: choroba zaszkodzi i tak słabnącemu wzrostowi gospodarczemu w Chinach. Jak wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich, cała Azja, a powoli i cały świat, jest chinocentryczna, więc pogorszenie stanu gospodarki w Chinach uderzy też w globalny wzrost gospodarczy.
Nic dziwnego, że pojawiła się chęć ucieczki do bezpiecznych przystani. Drożały obligacje, złoto, dolar,
a taniały surowce (miedź i ropa) oraz waluty krajów rozwijających się (w tym oczywiście i złotego).
Oczywiście odczuła to też Giełda Papierów Wartościowych, gdzie indeks WIG20 nurkował. Jednak akcje mniejszych spółek (mWIG40 i sWIG80) zachowywały się nieźle i nadal pozostały w trendzie wzrostowym.
W końcu stycznia, z ostatnim jego dniem dokonał się też Brexit, ale to dla rynków było już wydarzenie bez znaczenia. Zacznie mieć znaczenie pod koniec roku, kiedy to trzeba będzie zakończyć dyskusje na temat umowy o handlu między UE i UK – zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich. Na razie nie ma powodu, żeby się tym przejmować, bo w gospodarce i handlu wszystko pozostaje po staremu.
W Polsce GUS opublikował dane o wzroście gospodarczym w 2019 roku. Okazało się, że PKB wzrósł o 4 proc., z czego wynikałoby, że w 4 kwartale wzrost mógł być niższy od 3 proc.
Najbardziej zaskakiwał bardzo słaby wzrost konsumpcji (3,2 – 3,6 proc. rok do roku) – wydaje się, że popyt wynikający z zalewu transferów socjalnych wyczerpuje się. Jeśli doda się do tego duży wzrost inflacji, to można zacząć podejrzewać, że gospodarka znajduje się blisko skraju stagflacji.
Oczywiście pojedynczy raport o niczym nie świadczy, ale będziemy teraz z napięciem czekali na pierwsze dane z 2020 roku.
Ważne jest teraz to, co będzie się działo w najbliższej przyszłości. Jeśli epidemia koronawirusa zostanie opanowana, jak tego oczekuje WHO, to po kilku dniach, w najgorszym razie tygodniach, wszystko na rynkach wróci do stanu sprzed wybuchu choroby.
Jeśli choroba zmieniłaby się w pandemię, to okaże się, że mamy do czynienia z „czarnym łabędziem”, czyli nieoczekiwanym wydarzeniem, które zmienia nastroje na rynkach finansowych na dłużej.
Ten drugi, zły scenariusz, doprowadziłby do poważnego osłabienia wzrostu gospodarczego na skalę globalną, dużych spadków indeksów, dalszego osłabienia walut rynków rozwijających się i wzrostu siły przyciągania aktywów z kategorii bezpieczna przystań (złoto, dolar, obligacje). Na razie wydaje się, że prawdopodobieństwo zrealizowania tego złego scenariusza jest jednak niewielkie.

Optymizm nie do końca zrozumiały

Mimo nienajlepszych danych makroekonomicznych, poprawiły się nastroje na globalnych rynkach finansowych.

Ostatni okres zdominowany był przez poprawę nastrojów na globalnych rynkach.
Październik i początek listopada przyniosły nowe rekordy wszech czasów na indeksach w USA, zmieniły globalny trend rentowności obligacji (z ujemnego na wzrostowy), umocniły dolara i obniżyły cenę złota, podnosząc ceny miedzi i ropy. Podsumowując te ruchy, można powiedzieć, że wszystkie one pokazywały znaczną poprawę nastrojów inwestorów.

Na zachodzie bez zmian

Powodów tej poprawy nastrojów nie znajdziemy w danych makroekonomicznych, bo one nadal były słabe.
W strefie euro sytuacja się nie zmieniła. Europejski Bank Centralny nie zmienił parametrów polityki monetarnej i nikt nie spodziewał się, że będzie inaczej. Prezes ECB, Mario Draghi, pożegnał się ze stanowiskiem, a od listopada rządzi tam już Christine Lagarde.
Nie należy odczekiwać, że nowa pani prezes zmieni znacznie kierunek polityki ECB.
Na froncie politycznym okazało się, że parlament brytyjski zmusił premiera Borisa Johnsona do zrezygnowania z pomysłu opuszczenia Unii Europejskiej z dniem 31 października. Data Brexitu została znowu przesunięta (na 31 stycznia 2020 roku).
Poza tym 12 grudnia 2019 dojdzie w Wlk. Brytanii do wcześniejszych wyborów parlamentarnych. Wybory mogą doprowadzić do kolejnych zawirowań, ale na razie rynki się tym nie przejmują.

Wzrost, ale niewielki

W Polsce wybory parlamentarne nie miały wpływu na zachowanie rynków finansowych – tego zresztą oczekiwano.
Jak wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich, sytuacja makroekonomiczna wyglądała u nas nadal bardzo słabo. Indeks PMI dla sektora przemysłowego nadal (od października 2018) lokuje się poniżej poziomu 50 pkt. (ten poziom oddziela rozwój od recesji). Ostatnio wręcz zanurkował do poziomu 45,6 pkt.
Co prawda produkcja przemysłowa wzrosła we wrześniu o 5,6 proc. r/r (po sierpniowym spadku), ale trzeba pamiętać, że we wrześniu tego roku był jeden dzień roboczy więcej niż we wrześniu 2018 roku, czyli, że wzrost był tak naprawdę niewielki.
Mimo tego wszystkiego, na fali globalnego optymizmu, złoty zyskiwał. Zyskiwały też (umiarkowanie) indeksy giełdowe. Już w październiku powstała na wykresach EUR/PLN i CHF/PLN formacja tzw. podwójnego szczytu, która zapowiadała spadki tych kursów odpowiednio do 4,24 i 3,84 PLN. Ten spadek został już zrealizowany, a ciąg dalszy zależy od ruchów kursu EUR/USD (nadal jest w trendzie spadkowym) – im silniejszy dolar tym gorzej dla złotego.

PPK mogą oznaczać ryzyko

Mówiąc o Polsce trzeba wspomnieć o programie Pracowniczych Planów Kapitałowych.
Coraz więcej pojawia się komentarzy mających przekonać do uczestnictwa w PPK. Radzę do tych komentarzy podchodzić z dużą dozą krytycyzmu.
Jeden z moich ulubionych komentarzy (oszczędzę autora i nie podam nazwiska) jest ten, w którym prognozę zysków w PPK opiera się na zachowaniu rynków w okresie 2010 – 2019 uznając to, co działo się w latach 2007 – 2009 za „anomalię”.
Rozumiem, że „anomalią” była też potężna przecena w latach 2000 – 2002 (w USA blisko 50% spadku indeksów), czy w Japonii w latach 1990 – 2003 (spadek o 80 proc.?
To nie były jednak żadne „anomalie” tylko cykliczne kryzysy. Nie twierdzę, że inwestowanie w PPK przyniesie straty – ale twierdzę, że ludzie powinni mieć świadomość, że inwestują, a inwestowanie zawsze jest obciążane ryzykiem.

Z Chinami zgoda?

Jeśli chodzi o USA, to miesięczne dane z rynku pracy były tam doskonałe – ale nie z makroekonomicznego punktu widzenia. Zatrudnienie wzrosło mocniej niż tego oczekiwano (chociaż nadal wzrost był niewielki), a dane z poprzedniego miesiąca zweryfikowano w górę.
Inwestorzy uznali, że te dane pokazują, że w gospodarce nie jest źle, a jednocześnie nie powstrzymają Rezerwy Federalnej przed obniżaniem stóp procentowych. I rzeczywiście Fed znowu stopy obniżył (z przedziału 1,75 – 2,00 proc. na 1,50 – 1,75 proc.).
Jednocześnie Jerome Powell, szef Fed dał sygnał, że stopy są na właściwym poziomie, z czego wynikało, że kolejnych obniżek nie należy na razie oczekiwać. To ostatnie też zostało dobrze przyjęte przez rynki, bo inwestorzy ocenili, że Fed nie obawia się spowolnienia gospodarczego.
Już te decyzje Rezerwy Federalnej mogły podnieść indeksy, ale na pierwszym miejscu nadal były stosunki USA – Chiny.
Na tym polu przez ostatnie tygodnie bez przerwy napływały dobre informacje. Twierdzono, że prezydent Donald Trump i przewodniczący Xi Jinping są w ciągłym kontakcie, a wstępna umowa handlowa zostanie wkrótce zawarta.
Zbliżamy się do końca roku, co zazwyczaj prowadzi do wzrostu indeksów giełdowych (coroczne windows dressing – dosłownie „dekorowanie witryny”, a w przenośni „mydlenie oczu” przez fundusze inwestycyjne).
Co może przeszkodzić w kreowaniu tego procesu? Jedynie nagłe pogorszenie na linii USA – Chiny, a po 12 grudnia niekorzystny dla rynków wynik wyborów w Wlk. Brytanii. Nie są to jednak, jak się wydaje, poważne zagrożenia.

Giełdowy marzec będzie ciekawy

Odbicie na globalnych rynkach akcji, rozpoczęte pod koniec grudnia, w lutym wciąż trwało – ale niekoniecznie u nas.

Wzrosty nie były już tak dynamiczne jak w poprzednich miesiącach, ale zarówno rynek amerykański, Europa Zachodnia, Japonia jak i azjatyckie rynki wschodzące, stabilnie zyskiwały na wartości.
Inaczej wyglądała sytuacja w Warszawie, gdzie WIG 20 w skali całego miesiąca nieznacznie stracił – co może nie byłoby bardzo znaczące, gdyby nie porównanie nie tyle nawet do rynków rozwiniętych, co do przyzwoicie zachowującego się indeksu rynków wschodzących.
Początek lutego nie zapowiadał takiego przebiegu sytuacji. Indeks przekroczył ostatnio barierę 2400 punków, osiągając 12 miesięczne maksimum. Zabrakło jednak siły, by dłużej pozostać nad tą granicą – i indeks opadł. Częściowo wpływ na to miała nieco słabsza dyspozycja banków, spowodowana podwyższeniem składki na Bankowy Fundusz Gwarancyjny oraz przygotowywaną ustawą o kredytach frankowych. Trudno jednak wskazać jakiś konkretny „twardy” czynnik, który miałby wpływać negatywnie akurat na zachowanie dużych spółek. Nie można specjalnie o to posądzić trwającego w lutym sezonu podawania wyników, które co prawda są dość zróżnicowane – ale w przypadku spółek z WIG20 nie mieliśmy do czynienia z dużymi negatywnymi zaskoczeniami.
Co istotne: równolegle, małe i średnie spółki mają za sobą bardzo dobry miesiąc. Również publikowane w lutym dane makroekonomiczne były sprzyjające dla polskich akcji. Wysoka dynamika produkcji przemysłowej w styczniu przeczy negatywnym odczytom wskaźnika koniunktury PMI dla przemysłu. Podobnie wygląda dynamika sprzedaży detalicznej.
Równocześnie, odczyty wskaźnika PMI w strefie euro były raczej optymistyczne, po ostatnich kilku miesiącach gorszych danych. Wyjątek stanowiły Niemcy, gdzie wskaźnik dla przemysłu według wstępnych danych w dalszym ciągu utrzymywał się na niebezpiecznie niskich poziomach.
Chmury zbierają się jednak nad polskim rynkiem akcji, w szczególności w przypadku dużych spółek. Patrząc na perspektywy rynku w dłuższym terminie, główne nadzieje są wiązane z wprowadzeniem Pracowniczych Planów Kapitałowych oraz nową strategią dla rynku kapitałowego.
Dla polskich spółek najistotniejszy może okazać się kolejny spadek zamówień eksportowych, co biorąc pod uwagę strukturę krajowego eksportu powinno stanowić istotny znak ostrzegawczy. W przypadku perspektyw krajowej gospodarki ważny może okazać się też nowy pakiet stymulacji fiskalnej, ogłoszony na ostatniej konwencji partii rządzącej. To kolejne obciążenie budżetowe, ale w przypadku jego realizacji może wspierać wynik spółek, których powodzenie w dużej mierze zależy od wielkości wydatków krajowych konsumentów.
Jak wyglądają perspektywy na kolejne tygodnie? Rynki akcji, patrząc globalnie, mają za sobą już dwa miesiące wzrostów. Trudno jednak pozostawać bezkrytycznym optymistą. Grudniowe spadki nie były przypadkiem, który już się nie powtórzy. Scenariusz podwyższonej wahliwości rynków rozwiniętych w 2019 roku w dalszym ciągu pozostaje realny.
Spójrzmy na ostatnie tygodnie w Stanach Zjednoczonych. Rynki rosły dzięki zmianie w polityce rezerwy federalnej FED, który chwilowo zamroził podwyżki stóp i planuje ograniczyć program QT (zmniejszanie sumy bilansowej FED). Jest to oczywiście pozytywny czynnik dla rynków akcji. Drugim powodem wzrostów były nadzieje na ograniczenie sporu na linii USA – Chiny. Wprawdzie jesteśmy w miejscu, w którym porozumienia w dalszym ciągu nie ma, ale graniczny termin 1 marca został przeniesiony w czasie. W USA zbliża się rok wyborczy, więc Donald Trump będzie chciał odnotować sukces w negocjacjach z Chinami. Zawarcie porozumienia nie zatrzyma globalnego spowolnienia gospodarczego, może jednak złagodzić jego skutki. Podsumowując, na pewno czeka nas ciekawy miesiąc.