Polacy a Kaukaz

Już Adam Mickiewicz w swej pracy „Pierwsze wieki historii polskiej” pisał, że Polacy są potomkami Łazów, indoeuropejskiego ludu przybyłego z Kaukazu.

Kontakty handlowe naszego kraju z tym rejonem sięgają XIII wieku, a zainicjowali je zamieszkujący Polskę Ormianie. Szczyt wymiany handlowej przypadł na przełom XVII i XVIII wieku, gdy w Polsce nastała moda na kaukaskie stroje, broń i konie. Na przestrzeni wieków ukształtowały się trzy główne szlaki handlowe łączące Polskę z Kaukazem. Najważniejsze znaczenie miał tzw. szlak turecki. Prowadził on ze Lwowa przez Kamieniec Podolski; i dalej przez terytorium Anatolii do Tabryzu i innych miast Kaukazu. Drugi, tzw. czarnomorski, wiódł ze Lwowa i Kamieńca Podolskiego drogą lądową do tureckich portów na północnych wybrzeżach Morza Czarnego, a następnie drogą morską do portów na wybrzeżu zachodniej Gruzji i stamtąd drogą lądową do innych miast Kaukazu. Trzeci, tzw. tatarski, prowadził też ze Lwowa przez Dzikie Pola i stepy czarnomorskie do Perekopy, dalej przez Krym do zachodnich wybrzeży Kaukazu.
Poszukiwanie sojuszników w toczonych przez Polskę wojnach z Turcją spowodowało skierowanie na Kaukaz i dalej do Persji pierwszych polskich misji dyplomatycznych. Ciekawostką jest, ze Rzeczpospolita utworzyła swoje pierwsze stałe przedstawicielstwo dyplomatyczne w Persji już w XVI wieku, a w sąsiedniej Rosji dopiero… w drugiej połowie XVIII wieku!
Na Kaukaz docierali z naszego kraju także misjonarze katoliccy, którzy korzystając z poparcia polskich monarchów założyli tzw. misję perską. Zaowocowało to pierwszymi relacjami o Kaukazie. Najobszerniejszą spisał jezuita Tadeusz Krusiński na początku XVIII w. i stanowiła ona podstawowe kompendium wiedzy o Persji i Kaukazie w całej Europie aż do połowy XIX w.
Liczba Polaków na Kaukazie zaczęła gwałtownie rosnąć w końcu XVIII wieku. W wyniku rozbiorów wschodnia część Rzeczypospolitej znalazła się w Imperium Rosyjskim, a miliony Polaków – chcąc nie chcąc stały się poddanymi cara. Dla Rosji zaś Kaukaz był strategicznie ważny w jej potężnym konflikcie z Turcją o Bałkany, Krym, Azję Mniejszą…
Na Kaukaz trafiało wielu Polaków służących w carskiej armii. Byli to i generałowie, i oficerowie – a także prości żołnierze z poboru. Polacy byli topografami, podróżnikami, odkrywcami, lekarzami. Jedni jechali na Kaukaz dobrowolnie, zdobywając fortuny i stanowiska – inni byli zesłańcami lub ich potomkami.
Napiszę o kilkunastu rodakach związanych z Kaukazem.
Jednym z nich był urodzony w 1831 roku w Warszawie Ludwik Aleksander Młokosiewicz. Był wybitnym przyrodnikiem i leśnikiem. Po ukończeniu Aleksandryjskiego Korpusu Kadetów w Brześciu Litewskim został skierowany do służby wojskowej na Kaukazie. Był oficerem sztabu Tyfliskiego Pułku Grenadierów. Gromadził kolekcje biologiczne i zoologiczne. Po przejściu na emeryturę dołączył do wypraw swego rodaka Konstantego Branickiego do Persji i Turcji. Sprawozdania z wypraw były drukowane przez polskie i rosyjskie czasopisma. Zebrane eksponaty przesyłał do Gabinetu Zoologicznego w Warszawie i do Muzeum Branickich, a także do Rosyjskiego Towarzystwa Entomologicznego w Petersburgu – tym bardziej że jego prezesem od 1879 roku był Polak – Oktawiusz Radoszkowski. W 1898 roku w uznaniu zasług Rosyjskie Towarzystwo Geograficzne przyznało mu swój medal. W 1900 roku z asystentem Uniwersytetu Dorpackiego Bolesławem Hryniewieckim udał się do Kachetii. Odegrał dużą rolę w rozwoju hodowli i rolnictwa na Kaukazie, upowszechnił uprawę włóknodajnej rośliny ramii indyjskiej i hurmy wschodniej. Należał tam do pionierów uprawy herbaty, oliwek, cytryn i bawełny. Udomawiał kuropatwę górską, cietrzewia kaukaskiego oraz bażanta kolchidzkiego. Dzięki jego staraniom utworzono Rezerwat Łogodechski na Równinie Kachetyjskiej. Zmarł w 1909 roku w Dagestanie. Jego grób znajduje się w Lagodeczi (Gruzja), a na pięknej płycie kamiennej wygrawerowano jego portret i umieszczono napis w językach polskim, rosyjskim i gruzińskim: „Ludwik Młokosiewicz – Niestrudzony badacz fauny i flory Kaukazu”.
Na Kaukazie prowadzili prace topografowie Józef Chodźko i Hieronim Stebnicki. Zygmunt Łukawski w swojej książce pt. Ludność polska w Rosji napisał, że podobnie jak na Syberii i w Azji Środkowej, pierwsi badacze tego regionu rekrutowali się spośród zesłańców. Garnizony wojskowe były przepełnione żołnierzami z byłej Rzeczypospolitej, których tu przysyłano dla odbycia służby. Wielu pozostawało tu już na stałe. W gronie takich wojskowych znalazł się filomata, kolega uniwersytecki Mickiewicza – wspomniany wyżej Józef Chodźko (1800–1881), jeden z najwybitniejszych topografów polskich. Członek Towarzystwa Filomatów. W 1821 roku wstąpił do armii rosyjskiej.
W 1852 roku awansowany został na generała. W 1855 roku został naczelnikiem wszystkich topografów wojskowych na terytorium Kaukazu i przystąpił do wykonania triangulacji całego regionu. Pierwszą mapę Kaukazu Chodźko przedstawił osobiście carowi Aleksandrowi II na specjalnej audiencji. W 1868 roku odznaczony został wielkim złotym medalem Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego.
Jego następcą na stanowisku naczelnika topografów wojskowych Kaukazu został również Polak, wspomniany wcześniej Hieronim Stebnicki. Prócz prac topograficznych zajmował się również etnografią ludów kaukaskich. W 1859 roku oddelegowany do służby w Sztabie Generalnym. Od 1860 roku prowadził prace związane z triangulacją i wykonaniem map Kaukazu oraz rejonu Morza Kaspijskiego. Na głównym pasie Kaukazu pomierzył wszystkie większe szczyty od Elbrusu do Kazbeku. Pozostawił też opis triangulacyjny szczytów Kaukazu.
W Azji Mniejszej kierował pracami triangulacyjnymi i niwelizacyjnymi. Od 1866 roku szef Wojskowo-Topograficznego Oddziału w Sztabie Głównym Imperium Rosyjskiego, od 1867 roku szef Kaukaskiego Oddziału Wojskowo-Topograficznego. Tam przeprowadził wiele astronomicznych i gipsometrycznych pomiarów w południowej części podnóża Kaukazu i w Persji.
W latach 1870–1872 kierował wyprawą do Turkmenii, podczas której jako pierwszy opisał rzekę Amu-darię. Opracował wycinki map Azji Mniejszej, Persji, Kaukazu i zachodniej Turkmenii.
Po wojnie rosyjsko-tureckiej 1877–1878 rząd rosyjski zlecił mu wytyczenie nowej linii granicznej z Turcją. Projekt Stebnickiego stał się podstawą do rokowań na kongresie berlińskim. Służbę w armii zakończył w randze generała.
Od 1878 roku członek korespondent Petersburskiej Akademii Nauk. Członek Imperatorskiego Towarzystwa Geograficznego. W 1881 roku powiązał geodezyjnie Konstantynopol z innymi punktami geodezyjnymi i topograficznymi Europy, określił różnicę długości geograficznej między Konstantynopolem a Odessą. Od 1885 roku szef Zarządu Topograficznego Sztabu Generalnego. Pod jego kierownictwem były wykonane liczne prace geodezyjne, m.in. opracowanie uogólnienia prac rosyjskich geodetów dotyczące odległości między równoleżnikami 52 – 47 1/2 stopnia szerokości geograficznej północnej, skatalogowanie rosyjskiej sieci niwelacyjnej. W 1887 roku został przewodniczącym oddziału matematyki geograficznej Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego, a potem w tym samym roku zastępcą przewodniczącego Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego i przewodniczącym Komisji do spraw określenia sił ciężkości w Rosji. Dzięki tym obserwacjom siły ciężkości zostały określone dla europejskiej i azjatyckiej części Rosji.
Hieronim Stebnicki jest dla nas, Polaków, osobą ciekawą także z innego powodu: otóż przez swoją córkę (która wyszła za mąż także za Polaka) był on dziadkiem wybitnego fizyka niskich temperatur i laureata Nagrody Nobla z 1978 roku Piotra Kapicy.
Piotr Kapica był wnukiem topografa Hieronima Stebnickiego, ale słynne uzdrowiska na Kaukazie powstały głównie dzięki rekomendacjom innego polskiego uczonego z dziedziny topografii – profesora Stanisława Stefana Zaleskiego. Ukończył on medycynę i chemię na Uniwersytecie Warszawskim, a tytuł profesora uzyskał na uniwersytecie w Tomsku na Syberii. W 1895 roku skierowano go na Kaukaz do zbadania właściwości źródeł „Narzan”.
Zaleski bardzo wysoko ocenił ich jakość leczniczą i w swoim raporcie zarekomendował utworzenie uzdrowisk w określonych miejscowościach. Po zakończeniu pracy na Kaukazie przeniósł się w 1897 roku do Petersburga, prowadził tam wydział ogólnej chemii anatomicznej i fizjologicznej w Petersburskim Kobiecym Instytucie Medycznym. Jego praca pt. O nieodpowiedniości srebrnych kloszek tracheotomicznych napisana w nawiązaniu do choroby Fryderyka III, została przetłumaczona na prawie wszystkie języki europejskie. Liczba prac naukowych Zaleskiego, głównie o eksperymentach laboratoryjnych, sięga 100.
Znanym topografem w Rosji w XIX wieku był nasz rodak generał Edward Kowerski. Pod jego kierunkiem dokonano nowych topograficznych pomiarów Krymu. Był on również autorem specjalnej mapy państwa rosyjskiego, którą opracował na jubileusz pięćdziesięciolecia Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego, przypadający w 1895 roku. Przyjaźnił się z innym Polakiem, też generałem – Janem Borkowskim, członkiem Komitetu Technicznego Zarządu Intendentury Armii. Brał on udział w ekspedycji w okolice Nadwołża, mającej zbadać pozyskiwanie i logistykę zbóż w tej części Rosji. Za pracę na ten temat pt. Issledowanya chlebnoy torgowli Borkowski otrzymał od Towarzystwa Wolno-Ekonomicznego złoty medal. Przepracował wiele lat na stanowisku naczelnika biura statystycznego w Ministerstwie Komunikacji, był też redaktorem organu prasowego tego ministerstwa.
W nieco inny sposób swój wkład w rozwój Kaukazu wniósł Witold Zglenicki herbu Prus – znany jako ojciec nafty bakijskiej. Ten urodzony pod Kutnem Polak ukończył Instytut Górniczy w Petersburgu. W 1893 roku skierowano go do pracy do Baku. Pasjonował się geologią, wolny czas i fundusze inwestował w tę działalność. Opracował i podarował nafciarzom przyrząd do pomiarów prostopadłości wiercenia otworów górniczych. Zaprojektował też urządzenie do podmorskich wierceń i wydobycia ropy naftowej, stając się w tej dziedzinie absolutnym światowym pionierem. Wyznaczył podmorskie działki naftowe, określając ich zasobność, oraz ustalił złoża naturalne na tym terenie. Świetnie oceniła jego dokonania jedna z gazet: „Człowiek, który uczynił z Baku naftowe eldorado”. Szach Persji Muzaffar ad-Din za odkrycia geologiczne na terenie tego kraju wyróżnił go w 1900 roku Orderem Lwa i Słońca. Dzięki inżynierowi Zglenickiemu powstały w Baku wodociągi.
Dowiedziawszy się niespodziewanie o swojej śmiertelnej chorobie – cukrzycy, która w tamtym czasie była nieuleczalna, sporządził testament, zapisując na polską naukę (utworzenie specjalnego funduszu dla jej wsparcia) i inne cele charytatywne dochody ze swoich pól naftowych.
Zmarł w Baku, pochowany jest w Woli Kiełpińskiej koło Zegrza pod Warszawą. Niestety, jego testament został wykonany tylko po części z wolą zmarłego. Po przewrocie bolszewickim w Rosji pola naftowe należące do fundacji Zglenickiego zostały przez bolszewików wywłaszczone bez odszkodowania. W ten sposób przestał istnieć kapitał Polskiego Nobla.
Z pobytem Zglenickiego w Baku związana jest inna ciekawa historia. Otóż współfinansował on wraz z rodziną Rylskich budowę kościoła rzymskokatolickiego (pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny). Kościół ten stał się silnym ośrodkiem polskości. Bakijską Polonią kierował przybyły z Kijowa aptekarz January Wyszyński. Kilkadziesiąt lat później jego syn Andrzej Wyszyński zostanie generalnym prokuratorem Związku Radzieckiego, głównym narzędziem Stalina do oskarżania wrogów ludu.
Godnym następcą Zglenickiego w Baku był inżynier Paweł Potocki, specjalista przemysłu naftowego, szczególnie wydobycia ropy naftowej. Urodził się w polskiej rodzinie z Sankt-Petersburga. Ojciec, Mikołaj Potocki, był generałem infanterii i wykładał w Akademii Wojskowej w Petersburgu. Paweł przybył do Baku w 1910 roku, by podjąć pracę nad osuszeniem zatoki Bibi Ejbat, kontynuując dzieło nieżyjącego już Witolda Zglenickiego (zmarł w 1904), który – jak wcześniej pisałem – badał złoża naftowe w Azerbejdżanie i wskazał najbardziej perspektywiczne działki roponośne na lądzie i na Morzu Kaspijskim. W 1922 roku Potocki stworzył śmiały projekt osuszenia 27 hektarów morza, za który na konkursie w Moskwie otrzymał nagrodę. Wkrótce stworzył nowy projekt, na 79 hektarów, który również z powodzeniem był zrealizowany. Potocki był także wynalazcą pompy piaskowej do gaszenia płonącej ropy naftowej. Za swoje osiągnięcia został odznaczony najwyższą nagrodą w Związku Radzieckim – Orderem Lenina. Zgodnie ze swoją ostatnią wolą został pochowany na miejscu swojej pracy – na sztucznie utworzonym lądzie Bibi Ejbat, nad brzegiem Morza Kaspijskiego. Na jego katolickim grobie znajdują się tablice w trzech językach. Napis na nich głosi: „Paweł Potocki (1879–1932) – polski inżynier, osuszył zatokę Bibi Ejbat, umożliwiając pierwsze na świecie wydobycie ropy spod dna morza”.
Odkrywcą wielu nowych złóż ropy naftowej w Rosji był urodzony w 1873 roku w Petersburgu Kazimierz Kalicki. W 1899 roku ukończył tamtejszy Instytut Górniczy. Z dużym powodzeniem prowadził poszukiwania ropy naftowej w Dagestanie, na Archipelagu Bakijskim, w górach Kopet-dag. Później odkrył pokłady tego surowca w Ferganie i na terenie Uzbekistanu. Zmarł w 1941 roku w Leningradzie.
Wielkim kapitalistą naftowym w Baku był także inny Polak – Hipolit Rylski. Po zwolnieniu z zesłania syberyjskiego przybył do Baku i rozpoczął pracę jako zwykły dróżnik kolejowy. Z czasem dorobił się ponadmilionowej fortuny na operacjach naftowych i należał do najbogatszych ludzi w mieście.
Z Kaukazem związany był przyszły bohater wojny z Napoleonem – generał Eufemiusz Czaplic s.Ignacego. Urodzony w 1768 roku wstąpił jako kadet do wojska polskiego, ale już w 1783 roku przeniósł się do armii rosyjskiej. W 1796 roku zasłużył się w walkach z Persami, gdzie dowodził pułkami kozaków. Brał m.in. Derbent i Baku – i to jego za wybitne zasługi generał Zubow wysłał do carycy Katarzyny II z kluczami do zdobytego Baku. Ta awansowała go wówczas na pułkownika (18.07.1796). W 1801 roku car Aleksander I wziął go do swojej świty i awansował na generała. Czaplic był potem rosyjskim bohaterem wojen napoleońskich, uczestniczył w największych bitwach, bohater spod Austerlitz.
Generał Eufemiusz Czaplic był stryjem innego carskiego dowódcy – Justyniana Czaplica s.Adama, urodzonego w 1797 roku. Od 1840 roku służył on na Kaukazie, 7 kwietnia 1846 roku mianowany na generał-majora. Brał udział w wielu bojach, dowodził rosyjskimi wojskami w wielu walkach, za co został odznaczony m.in. orderem św.Stanisława I stopnia. To on zdusił powstanie Szamila w Dagestanie. W latach 1850-1856 dowodził dywizją, w 1865 roku awansowany na generała-lejtnanta. Zmarł w 1877 roku.
Józef Hauke-Bosak urodził się w 1790 roku w Warszawie. Jako pułkownik polskiego wojska wysłany został na front wojny rosyjsko-tureckiej 1828–1829. Po zakończeniu działań przywiózł do Warszawy zdobyte na Turkach przez Iwana Dybicza działa. W 1830 roku car Mikołaj I nadał mu tytuł hrabiego. Później osiadł w Petersburgu, pełniąc przy dworze kilka ważnych funkcji: adiutanta cesarza, generała majora orszaku carskiego i nauczyciela języka polskiego następcy tronu Aleksandra Nikołajewicza, późniejszego cara Aleksandra II.
Konsekwentnie Józef Ludwik Hauke-Bosak – syn Józefa Haukego – w 1855 roku został ordynansem cara Aleksandra II. Brał aktywny udział w walkach na Kaukazie, dosłużył się dwóch krzyży i złotej szabli za męstwo, zyskał przydomek „Lwa Kaukazu”. Po wybuchu powstania styczniowego (1863-1864), na prośbę dowódcy tego powstania RomualdaTraugutta, uczyniono go wojennym komendantem województw krakowskiego i sandomierskiego. Dowodził wojskami powstańczymi w bitwach pod Opatowem i Ociesękami, taktyką długich marszów wiązał siły rosyjskie. Po upadku powstania zdążył wyemigrować. Wyjechał do Francji, gdzie zdobył sławę bohatera, walcząc w wojnie prusko-francuskiej w korpusie Garibaldiego. Zginął w 1871 roku w bitwie pod Dijon. Trumnę okrytą biało-czerwoną flagą złożono na cmentarzu w Genewie.
W latach 40. XIX wieku kozackimi oddziałami armii rosyjskiej tłumiącej powstania kaukaskie dowodził generał Feliks Krukowski, który zginął w walce z Czeczenami w 1848 roku. W sumie w latach1834–1855 na Kaukazie służbę pełniło ok. 20tys. Polaków. Wierni carowi i polskiemu królowi, wielu z nich dosłużyło się wysokich stopni, niektórzy zajmowali się działalnością badawczą dotyczącą losów polskiego (ukraińskiego) kozactwa – przeniesionego częściowo przez carycę Katarzynę II na południe Rosji. Na przykład Konstanty Rakowski był „ojcem” historiografii Kubańskiego Wojska Kozackiego – wraz z innym Polakiem, Walentym Olszewskim. Z kolei Adam Pijanowski był pierwszym badaczem Stawropolskich Pułków Kozackich, a Rzewuski napisał pierwszą książkę o Kozakach terskich (tereckich). Oni oraz inni autorzy byli znawcami kozactwa i to do nich odwołuje się współczesna literatura naukowa.
Tajnym radcą stanu i naczelnym chirurgiem Armii Kaukaskiej był urodzony w 1826 roku pod Witebskiem Jan Minkiewicz. W 1848 roku ukończył studia medyczne na Uniwersytecie Moskiewskim. Po ich ukończeniu pracował jako ordynator w twierdzy w Dagestanie, napisał tam pracę po łacinie na temat febry. Otrzymał za nią doktorat. W czasie wojny krymskiej (1853) był naczelnym lekarzem szpitala w Sewastopolu. Od 1854 roku przebywał w Erewaniu, został naczelnym chirurgiem Armii Kaukaskiej. Zainteresował się wtedy medycyną tradycyjną ludów Kaukazu. Był wieloletnim prezesem Towarzystwa Lekarskiego Kaukaskiego. Po przejściu na emeryturę osiadł w Gruzji, w Tyflisie. Pozostawił ok. 150 prac w języku polskim, rosyjskim i niemieckim. Całe życie spędził w Rosji – zawsze uważając się za Polaka z Witebska. Kilkadziesiąt artykułów zamieścił w polskich pismach, działał aktywnie w polskiej wspólnocie katolickiej skupionej wokół kościoła św. Piotra i Pawła w Tyflisie. Zmarł w tym mieście w 1897 roku, pochowany został na cmentarzu katolickim w Sołołakach.
Na Kaukazie rozpoczął swoją karierę wojskową przyszły dowódca 200-tysięcznej armii Komuny Paryskiej – generał Jarosław Dąbrowski. Urodził się 13 listopada 1836 roku w Żytomierzu na Ukrainie, w szlacheckiej rodzinie herbu Radwan. W 1845 roku został wysłany do Korpusu Kadetów w Brześciu Litewskim. W 1853 roku przeniósł się do Korpusu Kadetów w Petersburgu, który ukończył w 1855 roku, uzyskując stopień chorążego. Następnie przez cztery lata służył w wojsku rosyjskim, walcząc z powstańcami czerkieskimi na Kaukazie. Za kampanię kaukaską został odznaczony, co otworzyło mu drogę do kariery wojskowej. W latach 1859–1861 studiował w Mikołajowskiej Akademii Sztabu Generalnego w Petersburgu. Po jej ukończeniu został skierowany do Warszawy, gdzie włączył się w przygotowywanie powstania polskiego przeciw Rosji. Został za to zesłany na Syberię, skąd uciekł do Francji, zostając wybitnym dowódcą. 5 maja 1871 roku został mianowany naczelnym wodzem całości wojsk Komuny Paryskiej. Ranny 23 maja roku na barykadzie przy ulicy Myrha w dzielnicy Montmartre, w czasie obrony 19. i 20. dzielnicy Paryża, zmarł tego samego dnia w szpitalu Lariboisière, w obecności doktora Henryka Gierszyńskiego. Został pochowany na cmentarzu Pére Lachaise, niedaleko grobu naszego innego wielkiego rodaka – Fryderyka Chopina.
Innym carskim dowódcą był urodzony w 1811 roku pod Witebskiem Lucjan Łukomski, syn Juliana. W 1841 roku za męstwo na Kaukazie został mianowany majorem. Jego kariera się rozwijała, w 1861 roku został generałem majorem. Odznaczony wieloma orderami, m.in. św. Stanisława I stopnia. Zmarł w 1867 roku.
Rosyjskim generałem-lejtnantem został Paweł Marceli Chrzanowski, urodzony w 1846 roku pod Piotrkowem. Ukończył Akademię Wojskowo-Prawną. Został mianowany sędzią wojskowym w Tyflisie (obecnie Tbilisi). Na Kaukazie poślubił Cecylię Gilewiczównę. Szybko awansował. Był wiceprezesem sądu w Taszkencie, a w 1895 podczas wojny z Chinami został prezesem sądu we Władywostoku. Gdy wysłużył pełną emeryturę oraz stopień generał-lejtnanta – wraz z żoną i czworgiem dzieci zamieszkał na stałe w Warszawie, gdzie utworzył najsłynniejszą wówczas i największą na ziemiach polskich szkołę średnią.
W 1916 roku na dowódce Kaukaskiej Dywizji Kawalerii wyznaczono generała-majora Aleksandra Karnickiego.Był on już wcześniej nagrodzony wieloma odznaczeniami, również zagranicznymi – z Chin, Japonii i Niemiec. Ostatnie rosyjskie odznaczenie – Order Wojenny Świętego Jerzego – przyznano mu w czerwcu 1917 r. Potem nastąpiło pożegnanie z armią rosyjską – jak wielu Polaków Karnicki zasilił szeregi I Korpusu Polskiego w Rosji. W lutym 1918 roku został zastępcą gen. Józefa Dowbora-Muśnickiego. Po rozwiązaniu I Korpusu gen. Karnickiemu powierzono dowództwo grupy w Armii Ochotniczej dowodzonej przez urodzonego w Polsce i przez Polkę generała Antona Denikina. W styczniu 1919 roku wrócił do Wojska Polskiego. Został generalnym inspektorem jazdy.
Po przeciwnej stronie frontu, czerwonej, stał inny Polak – generał – Michał Lewandowski. Jego ojciec Karol pochodził z chłopskiej rodziny z Królestwa Polskiego, wezwany do wojska służył w Tyflisie (Tbilisi), tam też urodził się mu syn. Gdy Michał dorósł, też został żołnierzem, walczył w latach 1914–1918 na frontach I wojny. Związał się z komunistami i piął po szczeblach kariery od dowódcy dywizji aż do stanowiska dowódcy w latach 1919–1921 w 11. Armii, a potem 9. Armii. Walczył z Korniłowem, a jego armia zajęła Azerbejdżan. Po wojnie był m.in. szefem Biura Politycznego Armii Czerwonej, delegatem do Rady Najwyższej ZSRR. W 1938 roku został skazany w ramach represji stalinowskich na karę śmierci, zrehabilitowany w 1956 roku.
Rosyjskim, a potem polskim generałem był także Filip Stanisław Dubiski urodzony w 1860 roku w Dubiszczach na Wołyniu. 1 września 1879 rozpoczął zawodową służbę w Gwardii Imperium Rosyjskiego – po ukończeniu nauki w 2 Konstantynowskiej Szkole Wojskowej w Petersburgu. Po 1896 przeniesiony został z gwardii do armii, w stopniu podpułkownika. Służył w jednostce piechoty w Puławach. Przeszedł kolejne szczeble dowódcze i sztabowe na Dalekim Wschodzie i na Kaukazie. 25 marca 1914 awansował na generała majora i objął dowództwo 2 brygady 39 Dywizji Piechoty. Odznaczył się na froncie tureckim i w operacji nad rzeką Eufrat. W 1916 sformował w Tyflisie 5 Kaukaską Dywizję Strzelecką i dowodził nią, a od 1917 I Korpusem na Froncie Kaukaskim. W 1917 został awansowany na generała lejtnanta. Po rewolucji październikowej powrócił do Polski.
23 grudnia 1918 przyjęty został do Wojska Polskiego, z zatwierdzeniem posiadanego stopnia generała porucznika. Od stycznia 1919, po wybuchu powstania wielkopolskiego, dowodził 1 Dywizją Strzelców Wielkopolskich. W czerwcu objął dowództwo Okręgu Zachodniego Wojsk Wielkopolskich.
Uczestnik wojny polsko-bolszewickiej. Zginął 28 września 1919 pod Bobrujskiem. Pochowany został na cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.
Za największego szpiega w historii Związku Radzieckiego uważany jest w Rosji agent amerykański Oleg Pieńkowski. Październik 1962 roku. Świat stoi na krawędzi wojny. Chruszczow rozmieszcza na Kubie rakiety jądrowe i ogłasza pełną gotowość wojsk do uderzenia na USA. Sowieci zestrzeliwują amerykański samolot szpiegowski. Kennedy nie odpowiada na te działania, tylko wprowadza blokadę Kuby, wydając rozkaz zatopienia wszystkich jednostek sowieckich, które zbliżą się do wyspy. Dokładnie wie, że Chruszczow blefuje, bo Związek Sowiecki nie ma wystarczającego potencjału do uderzenia. USA mają 17-krotną przewagę w liczbie rakiet jądrowych, 5 tys. amerykańskich pocisków atomowych przeciw 300 sowieckim. Wie to od najważniejszego szpiega amerykańskiego – pułkownika GRU Olega Pieńkowskiego, który od kwietnia 1961 roku do aresztowania go w październiku 1962 roku przekazał Amerykanom i Brytyjczykom 110 kaset błon fotograficznych – ponad 7,5 tys. stron fotografii najtajniejszych dokumentów.
Oleg Pieńkowski został aresztowany przez KGB 22 października 1962 roku. W pokazowym publicznym procesie, który miał miejsce w maju 1963 roku, udowodniono Pieńkowskiemu szpiegostwo. Skazany został na karę śmierci przez rozstrzelanie, a o wykonaniu wyroku doniesiono 17 maja 1963 roku.
Ojciec Olega Pieńkowskiego Włodzimierz był inżynierem wojskowym we Władykaukazie. Ale wyrósł w Warszawie, dokąd wysłał go „po nauki i polskie wychowanie” pochodzący z tego miasta jego z kolei ojciec – Florian Pieńkowski, Polak i patriota, pracujący jako sędzia w Stawropolu, dokąd go skierowano po studiach. Włodzimierz Pieńkowski ukończył Politechnikę Warszawską, został inżynierem wojskowym, służył we Władykaukazie. W czasie wojny domowej w 1918 roku był oficerem w wojsku białych, zginął na początku 1919 roku, cztery miesiące przed narodzinami syna.
Dyrektorem Kolei Władykaukaskiej i członkiem Zarządu Kolei Rządowych, rzeczywistym radcą stanu Rosji był urodzony w 1837 roku w Petersburgu Józef Malewski, syn Franciszka Hieronima Malewskiego, członka Towarzystwa Filomatów i wiceprezydenta Towarzystwa Filaretów. Józef ukończył Wydział Fizyczno-Matematyczny Uniwersytetu Petersburskiego oraz Instytut Inżynierów Komunikacji. Rozbudowywał linie kolejowe w całej Rosji. Po przejściu na emeryturę w 1883 roku wyjechał do Polski i osiadł w majątku Oryszew pod Sochaczewem. Tam zmarł w 1897 roku, został pochowany na cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.
Wybitnym inżynierem kolejowym, projektantem i budowniczym linii kolejowych, tunelów i mostów w Rosji był urodzony w 1875 roku w Warszawie Kazimierz Emil Elżanowski. W 1899 roku otrzymał dyplom Instytutu Inżynierów Komunikacji w Petersburgu. Kierował budową kolei Tyflis–Kars, tunelu dżadurskiego na Kaukazie, kolei z Samarkandy do Andiżanu i Taszkentu. Zaprojektował Kolej Siestrorecką oraz kierował budową uzdrowiska w Siestrorecku. Po powrocie do Petersburga został tam naczelnikiem kanalizacji i wodociągów. Od 1902 roku wykładał w Instytucie Politechnicznym w Petersburgu. W czasie rewolucji więziony przez bolszewików. W 1923 roku udało mu się wrócić do ojczyzny, gdzie pracował m.in. w dyrekcji Kolei Warszawskiej. Zmarł w 1932 roku w Radomiu, pochowany został na Powązkach w Warszawie.
Szczególnie ważną i trudną (pełną tuneli) Kolej Kaukaską, a także Gruzińską Drogę Wojenną zaprojektował zespół inżynierów pod kierownictwem zesłańca inż. Ferdynanda Rydzewskiego. Zwiedzając turystycznie Kaukaz można tam znaleźć liczne tablice z polskimi nazwiskami budowniczych.
Zasłużonym dla rosyjskiej nauki geografem i botanikiem był profesor Uniwersytetu Taszkenckiego Władysław Massalski. Urodził się w 1859 roku pod Wilnem, studiował na Uniwersytecie Petersburskim, gdzie w 1883 roku uzyskał stopień kandydata nauk. Został asystentem w katedrze botaniki. W 1885 roku Towarzystwo Geograficzne w Petersburgu wysłało go na Kaukaz, gdzie prowadził badania florystyczne i fizjograficzne. Oprócz badań geobotanicznych prowadził także studia klimatologiczne, etnograficzne i topograficzne. Wyniki jego badań były regularnie publikowane w „Izwiestiach” Towarzystwa, stał się badaczem znanym w Rosji. W 1887 roku został członkiem Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego. Aż trzykrotnie był odznaczony medalami przez to Towarzystwo. Blisko współpracował z innym Polakiem – generałem Józefem Żylińskim, po którym objął funkcję dyrektora departamentu melioracji w Ministerstwie Rolnictwa i Dóbr Państwowych Rosji. Zorganizował wtedy w latach 1890–1891 wyprawę do Turkiestanu dla zbadania stanu rolnictwa, w której wyniku napisał pracę Turkiestanskij kraj (1913) uznawaną za najlepsze opracowanie dotyczące tego regionu. Książka ta ukazała się w monumentalnej serii encyklopedycznej Rossija. Otrzymał za nią „wielki złoty medal Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego”, a w 1895 roku został wybrany na sekretarza tegoż Towarzystwa. W 1919 roku otrzymał nominację na profesora geografii na Uniwersytecie Taszkenckim. W 1922 roku zdecydował się wyjechać do ojczyzny, pracował początkowo w Ministerstwie Rolnictwa w Warszawie, potem w NIK-u. W latach 1926–1931 był prezesem Polskiego Towarzystwa Geograficznego. Zmarł w 1932 roku w Warszawie.
Wybitnym rosyjskim prawnikiem był profesor Uniwersytetu Charkowskiego Jan Sobestiański. Urodził się w 1856 roku w Tyflisie w polskiej rodzinie. Jego ojciec był znanym tam lekarzem. Po uzyskaniu w 1874 roku matury w miejscowym gimnazjum Jan rozpoczął studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Charkowskiego, które ukończył w 1878 roku. W 1893 roku został na tej uczelni profesorem zwyczajnym na katedrze historii prawa rosyjskiego. Badał prawo pierwotnych Słowian. Zapoczątkował badania nad nieuprawianą dotąd w Rosji dyscypliną, jaką była historia prawa słowiańskiego. Jako pierwszy ukazał funkcjonowanie instytucji odpowiedzialności zbiorowej u Słowian i innych narodów. Wykazał, że była ona właściwa nie tylko Słowianom. Jego młodszy brat Edmund, lekarz, po rewolucji pozostał w Rosji i w 1925 roku został dyrektorem Instytutu Położnictwa w Tyflisie. Sam Jan Sobestiański zmarł w grudniu 1895 roku w Charkowie.
Głównym architektem Piatigorska i Suchumi był Wilhelm Franciszek Kowalski, ur. w 1868 roku w Tyflisie.
Kompozytorem, profesorem i dyrektorem konserwatorium w Odessie był Witold Maliszewski. Urodził się w 1873 roku w Mohylowie n. Dniestrem. Młodość spędził w Tyflisie, jego ojciec był tam urzędnikiem w magistracie. Gry na fortepianie uczyła go matka Leonia z Kryńskich. W 1891 roku ukończył ze złotym medalem gimnazjum klasyczne w Tyflisie i wyjechał do Petersburga, gdzie równolegle studiował na Wydziale Matematyczno-Fizycznym tamtejszego uniwersytetu matematykę, a w Wojskowej Akademii Medycznej – medycynę. Po uzyskaniu dyplomu lekarskiego w 1898 roku rozpoczął studia muzyczne w petersburskim Konserwatorium. Kompozycji uczył się u Mikołaja Rymskiego-Korsakowa. W latach 1908– 1921 był profesorem i dyrektorem Konserwatorium w Odessie, dyrygował też tamtejszą orkiestrą. W 1921 roku wyjechał do ojczystej Polski i został zatrudniony jako profesor Konserwatorium Muzycznego w Warszawie. W 1934 roku wraz z Mieczysławem Idzikowskim założył Instytut Fryderyka Chopina. Był autorem bardzo wysoko cenionego podręcznika modulacji wydanego w języku rosyjskim (Moskwa 1915). Zmarł w lipcu 1939 roku pod Warszawą.
W stolicy Azerbejdżanu (Baku) znajduje się muzeum wybitnego muzyka wiolonczelistyMścisława Rostropowicza i jego ojca – także wiolonczelisty – Leopolda. Ojciec Leopolda (dziad Mścisława, a syn Hannibala Rostropowicza, który był przyjacielem Henryka Sienkiewicz) Witold Wojciech Rostropowicz urodził się w Skotnikach pod Sochaczewem w 1858 roku i również był muzykiem. To on wyjechał za pracą do Rosji, gdzie zmarł w 1913 roku w Woroneżu. A gdy światowej sławy rosyjski wiolonczelista Mścisław Rostropowicz odwiedził w 1997 roku rodzinne Skotniki pod (do dziś stoi tam dworek Rostropowiczów, a na miejscowym cmentarzu w Mikołajewie znajdują się rodzinne groby, w tym Hannibala Rostropowicza), opowiedział historię związaną z Dymitrem Szostakowiczem: Gdy Mścisław jako młodzian przybył na studia do Petersburga, to bardzo wspierał go Szostakowicz, wnuk powstańca styczniowego i zesłańca Bolesława Szostakowicza – powtarzając często: „My, Polacy, powinniśmy sobie pomagać”.
Polacy wraz z Rosjanami i miejscowymi ludami stwarzali i budowali współczesny Kaukaz. Pamiętajmy o tym i chciejmy, by narody Kaukazu i Rosjanie o tym pamiętali. By tak jednak było – to musimy o tym pamiętać przede wszystkim my – Polacy.

Na podstawie książki własnego autorstwa pt. „Jak budowaliśmy Rosję”, dostępnej w księgarniach, także internetowych.
Tekst ukazał się pierwotnie na łamach „Myśli polskiej”.

Kaukaz nie taki, jak się wydaje

Publikujemy list Ambasador Azerbejdżanu w Polsce pani dr Nargiz Gurbanovej.

Dzień dobry Państwu!
Zwracam się do Państwa w sprawie artykułów „Jak to na Kaukazie” i „Jak to na Kaukazie cz.II” z 30 grudnia 2020 i 5 lutego 2021 roku, w których autor nie tylko konsekwentnie prezentuje otwarte stronnicze stanowisko wobec Azerbejdżanu, ale także propaguje zniekształcone fakty historyczne i prawne, dotyczące niedawnego konfliktu między Armenią a Azerbejdżanem. Korzystając z prawa do odpowiedzi, chciałabym zwrócić uwagę czytelników na następujące, dobrze ugruntowane i znane fakty:

  1. Autor fałszywie stwierdza, że region Górskiego Karabachu został przekazany Radzieckiemu Azerbejdżanowi w 1921 roku. Prawda jest taka, że Kaukaskie Biuro Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Rosji decyzją z 5 lipca 1921 roku postanowiło „zatrzymać” Górny Karabach w składzie Azerbejdżańskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej i nadał mu autonomię z miastem Szusza (gdzie Azerbejdżanie zawsze stanowili absolutną większość) jako centrum administracyjne (załączono kopię tej decyzji). Decyzja z 5 lipca 1921 roku była ostateczna i wiążąca, co na przestrzeni lat było wielokrotnie potwierdzane przez ustawodawstwo Związku Radzieckiego i uznawane przez Armenię. W lipcu 1923 r. górzysta część Karabachu otrzymała status „obwodu autonomicznego” (GKOA) w składzie Azerbejdżańskiej SRR. Jednak granice administracyjne tej formacji zostały określone w taki sposób, że Ormianie stanowili tam większość. Jednocześnie tego przywileju było odmówiono ponad pół milionowi społeczności azerbejdżańskiej, mieszkającej w tym czasie w Armenii.
  2. Pod koniec 1987 roku Armenia otwarcie rościła sobie prawo do terytorium górsko-karabaskiego autonomicznego obwodu Azerbejdżanu. W przeciwieństwie do Konstytucji ZSRR, która gwarantowała integralność terytorialną i nienaruszalność granic sowieckich republik, podjęto szereg niezgodnych z prawem decyzji o zainicjowaniu procesu jego jednostronnej secesji od Azerbejdżanu. Roszczenia te były poprzedzone atakami na Azerbejdżanów zarówno w regionie Górskiego Karabachu, jak i w Armenii, w wyniku których ucierpiała ludność cywilna i doszło do powstania masowego potoku uchodźców azerbejdżańskich i przesiedleńców wewnętrznych. O nielegalności separatystycznego podmiotu, utworzonego przez Armenię na okupowanych terytoriach Azerbejdżanu wielokrotnie mówiono na arenie międzynarodowej. W swoich rezolucjach N 822, 853, 874, 884 z 1993 r. Rada Bezpieczeństwa ONZ potępiła użycie siły przeciwko Azerbejdżanowi oraz bombardowanie i okupację jego terytoriów oraz potwierdziła poszanowanie suwerenności i integralności terytorialnej Azerbejdżanu oraz nienaruszalność jego granic. Rada potwierdziła również, że Górski Karabach jest częścią Azerbejdżanu i zażądała natychmiastowego, całkowitego i bezwarunkowego wycofania wszystkich sił okupacyjnych z okupowanych terytoriów Azerbejdżanu.
  3. Być może wiecie Państwo, że we wrześniu ubiegłego roku Armenia zainicjowała kolejny akt agresji zbrojnej przeciwko Azerbejdżanowi i poddała atakom rakiet balistycznych i ostrzałom artyleryjskim ludnośc cywilną i infrastrukturę cywilną w miastach Gandża, Tartar, Mingaczewir, Naftalan, Bejlagan, Goranboj, Agstafa, Towuz, Gabala, Sijazan, Kurdamir, Khyzy, a niektóre z tych miast znajdują się setki kilometrów od strefy walk. W wyniku zbrojnej agresji Armenii zginęło łącznie 104 cywili, w tym 11 dzieci, a 414 cywilów zostało hospitalizowanych z poważnymi obrażeniami. 3410 domów prywatnych, 120 budynków mieszkalnych i 512 obiektów infrastruktury cywilnej zostało uszkodzone i unieruchomione w wyniku ataków zbrojnych. Chciałabym przypomnieć, że te czyny stanowią poważne naruszenie konwencji genewskich z 1949 r. i protokołów do nich i można je zakwalifikować jako zbrodnie wojenne (w załączeniu kilka zdjęć).
  4. W trakcie ostatniej wojny Armenia nie wahała się użyć przeciwko azerbejdżańskiej ludności cywilnej amunicji kasetowej i bomb fosforowych, zabronionych przez społeczność międzynarodową. Przypadki te zostały dokładnie udokumentowane przez „Amensty International and Human Rights Watch” w sprawozdaniach z 20 października 2020 r. i 30 października 2020 r. Szkoda, że autor wolał odwrócić wzrok od tych tak oczywistych faktów i wziął się za rozpowszechnianie fałszywej informacji.
  5. Armenia odniosła również sukces w rozpowszechnianiu fałszywych wiadomości o prawdziwej sytuacji w terenie podczas walk. Zgodnie z informacja, przedstawioną przez byłego szefa wojskowej służby kontrolnej Armenii, Movsesa Hakobyana, podczas działań wojennych, w ciągu 44 dni wojny, szerzyły się kłamstwa. „Jednym z zadań centrum informacyjnego było zmylenie wroga. Ale jest jeden standard – upychanie nie powinno przekraczać 30 proc. informacji. W Armenii kłamstwo wynosiło 100 proc. ” – powiedział.
  6. Autor bezzasadnie powołuje się na „najemników” rzekomo „rozmieszczonych przez Azerbejdżan” w strefie walk. Być może przegapił okazję, by powiedzieć sobie, że w listopadzie 2020 roku Azerbejdżan rozpowszechnił raport o wykorzystaniu najemników i zagranicznych bojowników terrorystycznych przez Armenię w jej niedawnej agresji przeciwko Azerbejdżanowi. Raport zawiera dowody rzeczowe (zdjęcia, dane osobowe, informacje o lotach itp.), dotyczące udziału cudzoziemców w zbrojnych grupach Armenii, nielegalnie rozmieszczonych na okupowanych terytoriach Azerbejdżanu. Ambasada jest gotowa podzielić się tym raportem z polskimi ekspertami.
  7. Chciałabym również przypomnieć, że ponad 2000 cywilów w Azerbejdżanie padło ofiarą licznych ataków terrorystycznych, przeprowadzonych przez ormiańskie grupy terrorystyczne na początku lat 90. Jeden z nich – najgorszej sławy międzynarodowy terrorysta Monte Melkonyan, który uczestniczył w ludobójstwie Azerbejdżanów 26 lutego 1992 roku w mieście Chodżały i chwalony przez władze Armenii. Otrzymał tytuł „bohatera narodowego” i pośmiertnie odznaczony najwyższymi nagrodami i odznaczeniami wojskowymi w Armenii. Szczegółowy opis udziału M. Melkoniana w ludobójstwie zawiera książka jego brata Markara Melkoniana „Droga mojego brata”. Inny terrorysta, Varoujan Garabedian, skazany za śmiertelny zamach bombowy na lotnisku Orly w Paryżu w 1983 roku, został później ułaskawiony i przewieziony do Armenii, gdzie został powitany jako bohater narodowy. Na jego cześć nazwano szóstą klasę szkoły w Erewaniu.
  8. W tym miesiącu społeczność międzynarodowa uhonorowało pamięć 613 niewinnych cywilów – w tym 106 kobiet, 63 dzieci i 70 osób starszych – bezlitośnie zabitych przez armeńskie siły zbrojne w mieście Chodżały w nocy 26 lutego 1992 roku. 1275 cywilów zostało wziętych do niewoli, a 150 nadal uważano za zaginiętych. 8 rodzin zostało całkowicie wymordowanych, 130 dzieci straciło jednego rodzica; a 25 dzieci straciło oboje rodziców. Ze szczególnym okrucieństwem zabito 56 osób. Ci niewinni ludzie zostali brutalnie zamordowani przez armeńskie siły zbrojne przy wsparciu 366. zmotoryzowanego pułku piechoty byłego Związku Radzieckiego, składającego się głównie z Ormian, tylko dlatego, że byli Azerami (w załączeniu kilka zdjęć).
    A) Chodżały zostało całkowicie otoczone przez armeńskie siły zbrojne od października 1991 r. Wszystkie autostrady, łączące Chodżały z resztą świata, zostały odgrodzone, a zasilanie zostało zawieszone od 2 stycznia 1992 r. Chodżały miało łączność z resztą Azerbejdżanu jedynie drogą powietrzną. Jednak komunikacja lotnicza została również zakłócona po zestrzeleniu cywilnego śmigłowca Mi-8 na trasie z Aghdam do Szuszy w dniu 28 stycznia 1992 r., co spowodowało śmierć trzech członków załogi i 41 pasażerów na pokładzie. W ten sposób Chodżały stało się odizolowanym miastem. Ponieważ brakowało dostaw, wkrótce zabrakło wody, prądu i żywności.
    B) Pomimo wszystkich trudności około 3000 z 7000 mieszkańców Chodżały wciąż było obecnych w tej mroźnej zimowej nocy, kiedy armeńskie siły zbrojne z pomocą 10 czołgów, 16 pojazdów opancerzonych, 9 bojowych wozów piechoty, 180 specjalistów wojskowych i liczni żołnierze zaatakowali i zajęli miasto. Ta noc stała się koszmarem dla bezbronnych mieszkańców Chodżały, którzy próbowali uciec i znaleźć schronienie w Agdam, najbliższej osadzie Azerbejdżanu, oddalonej o 16 kilometrów od Chodżały. Niestety wszystkie ich wysiłki były daremne. Mieszkańcy Chodżały zostali poddani potwornej masakrze. Uciekający ludzie wpadli w zasadzkę i albo zostali zabici przez ostrzał z armeńskich posterunków wojskowych, albo schwytani. Wiele kobiet i dzieci zmarło z powodu odmrożeń. Tylko nielicznym udało się dotrzeć do Aghdam, kontrolowanego wówczas przez Azerbejdżan.
    C) Masowe naruszenia praw człowieka, popełnione podczas zajęcia Chodżały, zostały potwierdzone przez niezależne raporty Centrum Praw Człowieka „Memoriał” i Human Rights Watch (dawniej – Helsinki Watch). Brutalność działań Armenii i powaga zbrodni, popełnionych na cywilnych azerbejdżańskich były na tak dużą skalę, że nie można ich było zignorować. Francuska gazeta „Le Monde” opisała te okrucieństwa w wydaniu z 14 marca 1992 roku. „Zagraniczni dziennikarze, którzy odwiedzili Aghdam, widzieli zwłoki kobiet i dzieci wśród zabitych w Chodżały, trzy zwłoki skalpowane z wyrwanymi paznokciami. To nie jest propaganda Azerbejdżanu, to rzeczywistość ”, – informowano w gazecie.
    D) W wyroku z dnia 22 kwietnia 2010 r. Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał masakrę ludności cywilnej Azerbejdżanu w mieście Chodżały za „akty szczególnej wagi, które mogą stanowić zbrodnie wojenne lub zbrodnie przeciwko ludzkości”.
    Pomimo bólu, cierpień i licznych ludzkich tragedii w czasie okupacji przez Armenię, mój kraj – Azerbejdżan – po trójstronnych oświadczeniach Prezydenta Azerbejdżanu, Prezydenta Federacji Rosyjskiej i Premiera Armenii z 10 listopada 2020 r. i 11 stycznia 2021 r. jest zdecydowany na reintegracje swoich obywateli pochodzenia ormiańskiego, zamieszkałych w okręgach regionu Górnego Karabachu w Azerbejdżanie w jego przestrzeń polityczną, społeczną i gospodarczą, gwarantując te same prawa i wolności wszystkim obywatelom Azerbejdżanu, niezależnie od ich przynależność etniczną i religijną, na równych i niedyskryminujących zasadach. Konstytucja Azerbejdżanu zapewnia solidną podstawę prawną w tym zakresie. Pokojowe współistnienie Azerów i Ormian, zamieszkujących terytoria, dotknięte konfliktem, oparte na wzajemnym poszanowaniu bezpieczeństwa, tożsamości etnicznej i religijnej, w ramach suwerenności i integralności terytorialnej Azerbejdżanu, powinno zostać ostatecznie zapewnione.
    Wchodzimy w nowy etap pokonfliktowy, etap odbudowy i odnowienia, etap przywracania pokojowego współistnienia. Pojawiają się nowe możliwości rozwoju i współpracy gospodarczej w regionie i poza nim. Wzywam naszych polskich partnerów do wykorzystania obiecujących nowych realiów.

Księga Wyjścia (69)

Ballada o Afryce.

Trudno w to uwierzyć, ale wbrew temu co sadziłem na początku, znacznie trudniej jest wrócić z Afryki, niż dostać się do zapomnianego i upadłego państwa w samym jej sercu – czyli Republiki Środkowoafrykańskiej.
Nieczęsto zdarzają się takie miesiące, ze zamiast konstatować codzienność, latam sobie po całym świecie. Na początku grudnia Kaukaz, Armenia Republika Arcacha (Górski Karabach), by pod koniec miesiąca i aż do styczniu zostać w Afryce. Sporo czasu spędziłem w powietrzu, przemieszczając się miedzy kontynentami. Szukając jedynie odpowiednich przesiadek. Z samolotu na samolot. Po powrocie z Azji, ledwo dotarłem do domu, pełen wrażeń z masywnego Kaukazu. Uwielbiam góry, dlatego zarówno masyw Karabachu jak i Południowy Kaukaz zrobiły na mnie piorunujące wrażenie.
Ale o tym będzie w drugiej części reportażu. Niespełna dziesięć dni po przylocie z Azji, dostałem kolejną propozycję. Tym razem wyjazd do Afryki, a konkretnie do samego jej serca, czyli Republiki Środkowoafrykańskiej, gdzie będą wybory i trzeba je obserwować. Chętnych specjalnie nie było, bo i święta i rejon bardzo niebezpieczny. Dla mnie jednak idealny.
Zgodziłem się bez specjalnej obaw i najmniejszego namysłu. Ucieszyłem jak cholera i – mimo trwającej tam wojny domowej – zacząłem przygotowania. Najpierw szczepienia od żółtej febry i badania Covid PCR.
Wszystko to dosyć dużo kosztowało. Szczepienie trzysta złotych, a badania PCR pięćset. Obiecali zwrócić, więc zadłużyłem się i czym prędzej zapisałem się na te zabiegi. Z żółta febrą był problem, są wprawdzie przychodnie medycyny podróży, ale nie przechowują szczepionek, zwykle zamawiają i trzeba czekać. Udało mi się znaleźć jeden punkt w Lublinie, gdzie dysponowali jedną, ostatnią ampułką tej szczepionki.
Lekarka namawiała mnie jeszcze na dziesiątki innych, kosztownych szczepień, ale nie mając kasy tylko ją zbywałem. Receptę na leki przeciw malarii wepchnąłem do kieszeni i zaraz „zgubiłem”.
Zaszczepili mnie 17 grudnia, szczepionka nabierała ważności po dziesięciu dniach. Lekarka wpisała, że dopiero będę mógł wjechać do RŚA 28 – a ja przecież wylatywałem 21 grudnia. Miałem już bilety.
Pomyślałem, że będę udawał idiotę, trochę liczyłem też, że nikt nie zwróci uwagi. I miałem rację. Podczas wszystkich lotów, granic, przesiadek – nikt nie chciał ode mnie żadnego zaświadczenia lekarskiego, czy tzw. „żółtej książeczki” ze szczepieniami.
Potem pakowanie, nie lada problem, w kraju zima – kurtki, swetry, ciepłe ubrania, żeby wysiąść na gorącej płycie lotniska w Bangui. Nie mogłem nadać do bagażu, bo zwyczajnie marzłbym w drodze, a w podręczny to trochę dużo. Zabrałem wiec wersję „lekka zima” z kurtką, która po zwinięciu mieści się w kieszeni, trochę swetrów, bluzę i na zasadzie „zobaczymy na miejscu” wyruszyłem w trasę.
Najpierw Paryż, tam przejście do strefy pozaunijnej. Początkowo tłum, ponieważ czekaliśmy do rana, to usadowiliśmy się w pobliżu palarni. Przed północą terminal był pusty, wszyscy już wylecieli, a w ogromnej hali było ledwie kilka osób, w tym Milenko – Macedończyk, który jak się okazało leciał razem z nami. Po ośmiu godzinach lotu, wreszcie wylądowaliśmy w stolicy Republiki Środkowoafrykańskiej. Zeszliśmy bezpośrednio z trapu na płytę.
Lotnisko, to ledwie kilka, zbitych z desek, baraków wieże kontrolne przypominały myśliwskie ambony. Ale przede wszystkim powietrze. Jego zapach i uderzenie gorąca.
Afryka pachnie, jest to niepowtarzalny aromat, nawet miły. Pierwszy raz byłem na tym kontynencie, mógłbym jednak wysiąść z zawiązanymi oczami i gdyby ktoś zapytał „gdzie jestem”, bez wahania odparłbym – Afryka.
Specyficzna woń rozżarzonej czerwonej ziemi pomieszana z zapachami lokalnej flory.
Na te charakterystyczną barwę, zwróciłem już uwagę, gdy samolot zniżył lot, zobaczyłem, że ziemia jest czerwona. Podobno dlatego, że jest w niej wysoki procent żelaza. Na płycie „lotniska” – chociaż trudno nazwać to w ten sposób, ale gdy już wyszliśmy z samolotu, ludzie kierowali się do baraku, gdzie była kontrola celna. Nas wypatrzyła pewna Afrykanka w odpowiednim stroju, trzymała tabliczkę z naszymi nazwiskami.
Wyciągnęła nas z kolejki i zaprowadziła na parking. Zabrała kwitki od bagażu i paszporty, żeby załatwić wizę. A my pojechaliśmy z kierowcą do hotelu. Całkiem ładny budynek, chociaż już widać było, że zaczynał brać go grzyb, farba się pryszczyła, a jak się później okazało, gdy zapominałem zostawić włączoną klimatyzacje, to robił się potworny zaduch. Budynek nowy, zaledwie rok, a już wyglądał na wieloletnie użytkowanie.
Tam faktycznie, o czym mówił mi znajomy, bardzo szybko starzeją się domy. Myślałem, że to najlepszy hotel w mieście, bo standard wysoki i naprawdę czysto, a okazało się, że takich hoteli jest więcej. Do naszego, na basen mogli przychodzić miejscowi i wykupując bilet pluskać się do woli. To jeszcze poprawiło mi nastrój, bo nie lubię tych hoteli „tylko dla”. Oczywiście był w Bangui i taki, ale tam zatrzymywały się delegacje innych państw europejskich, my zasiedliliśmy ten, gdzie były reprezentacje kilku głównych organizacji afrykańskich – Unii Afrykańskiej i Wspólnoty Gospodarczej Państw Afryki Środkowej.
To już zupełnie mnie uradowało. Po porządnym odpoczynku, rankiem następnego dnia pojechaliśmy oglądać komisje wyborcze i poznawać zasady głosowania, gdy w pewnym momencie nasz przewodnik – Kameruńczyk, potem zresztą świetny kolega, odebrał telefon.
Szybko nas pozbierał, powiedział, że rebelianci zajęli cześć miasta i musimy uciekać. Zapytał mnie czy mam broń. Zrobiłem wielkie oczy, wytłumaczyłem, że jak mógłbym mieć wsiadając do samolotu, podczas tych wszystkich kontroli. Podjechał więc najpierw do ogrodzonej murem i zasiekami twierdzy – w Bangui wszystko jest ogrodzone murem, zabrał Makarovy i pojechaliśmy do hotelu po rzeczy. Musieliśmy zabrać wszystko, bo nikt nie wiedział czy i kiedy tam wrócimy. Warunki polowe, trochę koszarowe, jak to w tego rodzaju twierdzy.
Chociaż „twierdza” to po prostu szumna nazwa większego budynku, w którym było dużo broni, amunicji I zasieki na murze.
Gdyby nie to, wyglądał jak zwykły, większy dom. Było kilka takich. Głownie urzędy czy ambasady. Nie wyglądały imponująco. Placówka kanadyjska, która była w samym centrum miasta, sprawiała wrażenie niechlujnej, zapuszczonej i częściowo odartej z tynku budowli.
Czekaliśmy kilka godzin, szykując się na to, że zamiast hotelu resztę dni spędzimy w tych cywilnych koszarach, ale po kilku godzinach dotarła wiadomość, że to był jedynie rajd rebeliantów na trzy dzielnice.
Wjechali na motocyklach strzelając gdzie popadnie, żandarmeria w panice odpowiedziała ogniem, gdy jednak przyjechało wojsko, to momentalnie wyparli najeźdźców. A my wróciliśmy spokojnie do hotelu.
Kolejne dni, to poznawanie topografii, kandydatów, systemu wyborczego i spotkanie z głównym doradcą obecnego prezydenta i jednocześnie kandydata na to stanowisko, czyli Faustina Archangela Taudèry.
Minister Albert Yalokè Mopkème przyjął nas w swoim mieszkaniu. Dom nie wyróżniał się od innych w okolicy. Niewielki, parterowy budynek, bez żadnych oznak luksusu. Ogrodzony murem, zamiast drutów kolczastych na jego szczycie było rozłożone potłuczone szkło. Stojące butelki tzw: „tulipany” chroniły obejście przed napastnikami. Poza jednym człowiekiem, nie widziałem też ochrony, może byli w głębi domu. Tuż pod bramą, podobnie jak pod hotelem rozłożył się niewielki biedabazarek.
Tam każdą wolną przestrzeń natychmiast zajmują sprzedawcy „wszystkiego”. Już po kilku dniach pobytu znałem wielu handlarzy spod naszej, hotelowej bramy.
Kolejne dni zleciały na zwiedzaniu komisji, w dniu wyborów polecieliśmy we trzech, plus pilot małą, jednosilnikową cesną w odległe zakątki kraju. Samolot był fantastyczny, tak mnie zauroczył, że po kolejnym lądowaniu – oczywiście na klepisku, bo lotnisk jako takich było niewiele, a z asfaltowymi pasami nie widziałem żadnego. Postanowiłem pogadać z pilotem, czy nie pozwoliłby mi przez chwilę sterować tym powietrznym „motorowerem”. Jak się okazało, nie było problemu, młody chłopak zgodził się bez namysłu. Szczęśliwy zaliczyłem pierwszy lot, potem jazdę przez dżunglę motocyklami. Po trzech na jednym.
Wybory dobiegły końca, wygrał dotychczasowy prezydent Faustin Taudéra. Początkowo komisja ogłosiła, że zdobył 53.9 procent głosów, jednak po protestach, które złożyli chyba wszyscy kandydaci odrzucono głosy z dwóch miast, ale i tak utrzymał przewagę 53.3.proc.
Na tym nasza rola się skończyła. Wylecieliśmy z Bangui siódmego stycznia. Jak już wspomniałem, znacznie trudniej wracać do kraju, niż gdzieś lecieć. Nawet jeśli lecę w niewiadomą, gubię na lotniskach, to w Afryce chciałoby się zostać. Ale czas minął, zygzakiem przez Kamerun, Etiopię do Londynu, tam okazało się, że skasowali wszystkie połączenia z Polską. Dwie doby w hotelu załatwionym dzięki pomocy i też przy pomocy znajomych udało się kupić bilet przez Dublin. Z Londynu do Dublina i Dublina do Polski. Dziesięć dni kwarantanny, akurat, żeby dojść do siebie. Prawdę mówiąc przespałem ten czas. Cała wyprawę, ze wszystkimi szczegółami, zrelacjonuję w fotoreportażu, który właśnie piszę. Dużo zdjęć, jeszcze więcej wrażeń. Po ostatnim odcinku z Kaukazu, będzie seria o Afryce. Do przeczytania.

Księga Wyjścia (68)

Ballada o łzach Kaukazu i afrykańskiej krwi.

No i znowu przypadek zmienił moje plany. Bylem przekonany, że tym razem napiszę felieton o wyznaczonym czasie, oddam w terminie i następnego dnia będzie już w kioskach.
Zaplanowałem sobie już nawet treść, w jakimś świątecznym klimaci, przepełniony życzeniowego myślenia – typu, oby ludzie żyli dostatnio, i szybko uwolnili od Covida. Żeby byli wolni od wojen, głodu, nędzy i bezdomności.
Myślałem, że może ewentualnie napiszę jakieś podsumowanie wydarzeń mijającego roku. Chciałem chociaż tym razem zrobić coś, tak jak wszyscy. Wprawdzie od lat nie obchodzę, ani świąt, ani sylwestra, to owczym pędem, śladami innych publicystów, naprawdę chciałem zrobić wyjątek, złożyć życzenia i obwieścić czytelnikom – wesołych świąt i szczęśliwego nowego roku.
Wszyscy przecież tak mówią (piszą), wiec wszyscy to powielają. Generalnie mało ich potem to obchodzi, ale są święta, wiec publicyści składają życzenia.
Przykleimy wiec wszyscy grymas z zakrzywionymi ku górze kącikami ust, kiedy ściskając się z bliższą i dalszą rodziną będziemy w myśleć – „cholerna ciotka, czy aby nie ma Covida? Albo: „Zarazi mnie ten wujo opłatkiem, czy on choć raz w życiu umył łapy?”. „I jeszcze z tą obleśną kuzynką trzeba się wyściskać”. Ale tego nie powiemy, grymas będzie trwał do końca spektaklu. Uśmiechamy się pomimo odruchu wymiotnego i potem jeszcze na pożegnanie utwierdzamy w przekonaniu, jak cudownie spędziliśmy wieczór, przybieramy pozę głębokiego zainteresowania losem kogoś, kim w normalnym dniu nawet byśmy sobie głowy nie zawracali. Są jednak święta, wiec odgrywamy ten coroczny teatr rodzinnych kłamstewek, familijnych oszustw i ogólnej hipokryzji.
W miarę wypitego alkoholu atmosfera będzie się oczywiście rozluźniać, rodzinne niesnaski znikną, a i ten Covid nie taki straszny – o czym przekona nas kolejny wypity kieliszek, pod toast typu „oby nam się”, „żeby ten nowy rok był lepszy” wszystko to przeplecione rozmowami, w których każdy się chwali każdemu usiłując jakkolwiek zaimponować czymkolwiek, najlepiej kasą, trzeba też obgadać nieobecnych, ustalić przyczyny nieobecności lub niepowodzenia. Bo mamy taką tendencję, że zawsze lepiej wiemy jak ma żyć ktoś inny, chociaż sami nie dajemy sobie rady w świecie.
Tak mniej więcej wygląda tradycyjna polska wigilia, Wielkanoc czy nowy rok. Rano oczywiście kac, postanowienia noworoczne tracą ważność już drugiego, góra trzeciego dnia stycznia. I całe święta.
Zdarzają się niekiedy rodzinne awantury czy skrywane waśnie, jeśli pojawi się impuls, który je wywoła, co w połączeniu z alkoholem daje mieszankę wybuchową.
Zwykle kończy się jedynie na „bijatyce” werbalnej, ale zdarzają się też rękoczyny. W tym roku może być ich więcej, stoły podzielą się na zwolenników teorii lansowanej przez znaną polską piosenkarkę i niektórych liderów politycznych, i tych którzy ufają wiedzy naukowców i stosują ich zalecenia pandemiczne.
Awantura potrwa chwilę, by w efekcie po kolejnej butelce doprowadzić do wspólnej konkluzji, że „Polaka nic nie ruszy”. Ogólna buźka i wszyscy się kochają, no to „się w ten głupi dziob”, „chluśnięciami bo usuniemy” itp. Trywialność, powtarzalność i hipokryzja takich imprez jest odrażająca. Dlatego znacznie bardziej cenię sobie święta spędzone samotnie, w zaciszu własnych czterech ścian niewielkiej kawalerki.
Nie mogę się powstrzymać, by nie opisać Wam jak wyglądają toasty na Kaukazie. Wspomniałem o tym w reportażu, ale tutaj nieco rozwinę ten fenomen. O ile w Polsce mężczyzna musi pić (chyba że zaszyty) kląć i skrywać wszelkie emocje czy uczucia, udawać obojętność na wzruszenia i opowiadać o kozackich wyczynach. To mężczyzna na Kaukazie podczas tych uroczystości opowiada publicznie co mu leży na sercu, co wzrusza. Tam uroczysta jest każda wspólna kolacja, wszyscy siadają do stołu, ważna jest rozmowa, nawet banalna, to jednak dzielą się wrażeniami, nie wstydzą uczuć a toast to cała ceremonia.
Można go wznosić czymkolwiek – absolutnie nie musi być to alkohol, może być sok, kawa, czy też zwykła woda. Gdy ktoś wstawał z naczyniem w dłoni, inni przerywali rozmowę i robili dokładnie to samo. Podczas toastu opowiadał co go do tego skłoniło, za co, za kogo, na jaką cześć czy z jakiej okazji go wznosi. Mówili długo.
Wszyscy w powadze i milczeniu uważnie słuchali, bywało, że mówiącemu pojawiały się w oczach łzy, zwłaszcza teraz, gdy przywoływali wspomnienia z ostatniej wojny w Arcachu (Gorski Karabach) mówili o swoich bliskich, których stracili, inni rownież zaczynali mieć „szklane oczy. Nikt nie ośmielił się przerwać, powiedzieć: „nie użalają się nad sobą”, „weź się w garść”, „nie bądź babą” czy nawet „będzie dobrze” nikt nie mówił nic, poza wznoszącym toast. Wszystko w mistycznej atmosferze, jakże rożne od naszych toastów – myślałem za każdym razem. Wypowiedziane głośno przez twardych i odważnych kaukaskich mężczyzn emocje i uczucia wcale nie ujmowały im męskości. Dlaczego wiec w naszej kulturze jest to niemal zakazane? Dlaczego wrażliwy facet mówiący głośno o swoich emocjach wrzucany jest do szufladki „słaby”? Tyle o pięknych toastach, Sadziłem, że święta spędzę na pisaniu artykułów z wojny i reportaży zarówno z życia mieszkańców kraju. Cieszyłem się nawet, ze w tak fajny sposób spędzę święta. Ledwo doszedłem do siebie po podróży, jeszcze do końca nie rozpakowałem plecaka, gdy znowu przypadek wywalił moje plany do góry nogami.
Zadzwonił telefon, a ja bez zastanowienia krzyknąłem w słuchawkę – pewnie, jadę!!!
Za kilkanaście godzin wylatuję więc do Afryki. Ucieszyłem się jeszcze bardziej, że czas ten spędzę odcięty od wszelkich wiadomości i telefonów z życzeniami.
Chyba, że będzie tam internet. Sytuacja wydaje się trochę surrealistyczna. Jeszcze nie zdążyłem dojść do siebie po powrocie z Armenii i Republiki Arcachu, gdy dotarła do mnie wiadomość, że jeśli chcę i nie mam innych planów to mogę poleciec do Bangi – stolicy Republiki Środkowoafrykańskiej.
Nawet gdybym miał jakieś plany, to taka oferta przebija wszystkie. Nie obyło się bez schodów, dowiedziałem się jak zawsze w ostatnim momencie czyli pięć dni przed odlotem, musiałem porobić odpowiednie szczepienie i badanie na Covid PCR.
A badania i szczepienia? Przy odpowiedniej determinacji można osiągnąć niemal wszystko. Załatwiłem to w dwa dni. Znalazłem tylko jeden ośrodek w województwie, który miał ostatnią taką szczepionkę. Natychmiast zarezerwowałem i następnego dnia byłem na miejscu.
Są oczywiście przychodnie medycyny podróży, gdzie takie szczepienia zrobią, tylko nikt nie przechowuje ich na zapas. Zwykle ,zwykle planuje się wcześniej takie wyjazdy. Przychodnia ma czas, by to sprowadzić. Pierwszy raz mieli kogoś, kto wpadł, powiedział, że musi bo zaraz leci. Popatrzyli trochę jak na idiotę. Lekarka próbowała nakłonić mnie jeszcze na kilka innych, dodatkowych szczepień, uznałem to jednak za stratę czasu i pieniędzy. Każda z nich, to przynajmniej kilkaset złotych.
Zredukowałem sobie ich liczbę do niezbędnego minimum przekroczenia granicy. Zrezygnowana lekarka wcisnęła mi jeszcze receptę na leki przeciw malarii, ale widząc jak niechlujnie wepchnąłem ją do kieszeni, zrezygnowana zaproponowała żebym chociaż spray od insektów i dała mi ulotkę, ale ograniczony budżet także podpowiedział mi, by wyrzucić ją w najbliższym koszu i zwyczajnie nie myśleć za dużo.
Tak więc z odrobiną szaleństwa – kierunek Republika Afryki Środkowej, gdzie 26 grudnia będą wybory. Mimo, że od lat trwa tam bardzo krwawy konflikt wewnętrzny, to praktycznie niewiele osób o tym wie. Znakomita większość rodaków, musi spojrzeć na mapę, by upewnić się, że faktycznie takie państwo istnieje. A istnieje, w samym środku tego kontynentu. Od lat trwa tam wojna domowa, ale jakoś niespecjalnie przykuwa to uwagę mediów. Może nie mają ropy? Chociaż podobno koncerny francuskie wciąż ją eksploatują. Ponoć są miejsca, których jeszcze nie skakał człowiek swoimi maszynami, a pod ziemią wszelakie dobra od złota, przez ropę i cholera wie co jeszcze.
Gdy mówiłem znajomym, że lecę do Republiki Środkowej Arfryki, pytali „ale której”. Oczywiście niemal każdy wymieni kilkanaście, państw afrykańskich. Od Maroko, przez Egipt, Etiopię, Czad, Nigerię, Kongo i wszelkie inne większe lub mniejsze atrakcje turystyczne. Ten niewielki, bo niespełna pięciomilionowy kraj okazuje się, że raczej nie jest powszechnie znanym miejscem.
Nie ma dostępu do oceanu, żadnego większego jeziora czy choćby Morza Śródziemnego, próżno szukać atrakcji, a trwająca od lat wojna domowa, która wykrwawia mieszkańców, skutecznie zniechęca biura podróży do wysyłania tam swoich rezydentów. Jest tam jedynie kilka niewielkich parków narodowych lokalna katedra Notre Dame i cała masa uzbrojonych, szalonych i żadnych władzy ludzi.
Natomiast państwa, które tak chętnie interweniują na całym świecie w przestrzeń bogatą w złoża, od ropy po złoto czy diamenty, tu nie widzą specjalnego interesu. Może te złoża nie są aż tak wielkie?
Wyzwolona w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku francuska kolonia, ma niepewne złoża, w obecnej sytuacji ryzykownym jest wysyłanie tam badaczy czy naukowców. Żeby światowe koncerny zechciały zwrócić uwagę na problem mieszkańców. Sam wewnętrzny konflikt, który wyniszczył ten rejon, musiałyby mieć gwarancję wyłącznego dostępu do złóż, ale ponieważ nie bardzo wiadomo jakie są te zasoby, lepiej zaangażować machinę światowej propagandy i wszystkie serwisy informacyjne w pewniejsze miejsca . Gdyby przynajmniej mieli białych misjonarzy.
Chyba już kiedyś pisałem, że ten świat niespecjalnie mi się podoba. Coś trzeba z tym zrobić. Zacznę od relacji z Bangui i konfliktu, chociaż i tak w meistrimie nikt tego nie zauważy. Jeśli tylko mi się uda, napiszę relację stamtąd.
Gdy to czytacie jestem już w Afryce. Do kolejnego przeczytania na łamach.

Testament Stalina

Abchazja to kraj, którego nie ma, bo tak postanowił towarzysz Stalin w 1931 roku. Większość świata nadal uważa decyzję Józefa Wissarionowicza za miarodajną, w czym Polska odgrywa prominentną rolę. – Słyszałem, że Zachód odrzuca stalinizm – mówi, nie bez pewnej ironii, minister spraw zagranicznych nielegalnej Republiki Abchazji, Daur Kove. – Dlaczego zatem uznajecie stalinizm w stosunku do naszego kraju?

Podróż do nieistniejącego kraju jest zawsze ciekawym przeżyciem. Jak na państwo-widmo Abchazja zdaje się dość żywotna, choć przepiękna nadmorska promenada w Suchum (Abchazi odrzucają nazwę „Suchumi” jako przejaw gruzińskiej przemocy symbolicznej) jest raczej opustoszała, sklepiki z pamiątkami pokryte kurzem, w nielicznych otwartych knajpach staruszkowie grają w tryktraka. Nad zrujnowaną konstrukcją portową – dziwacznym, nawiązującym do liniowca pasażerskiego betonowym kolosem, opartym na palach wbitych w morze – powiewa radosna abchaska flaga. Biało-zielone paski, oznaczające wspólnotę 7 chrześcijańskich i muzułmańskich regionów, w rogu biała dłoń na czerwonym polu, ponoć symbolizująca przyjaźń, choć przywodząca na myśl raczej białą rękawiczkę policjanta, zakazującego wjazdu. Skojarzenie nieprzypadkowe: Abchazja jest miejscem zakazanym od prawie 30 lat.
Toteż pytanie min. Kove jest tyleż ironiczne, co retoryczne. Abchazja – w odróżnieniu od, na przykład, Kosowa – pozostaje w rosyjskiej strefie wpływów, dlatego jedyne kraje, które uznają jej niepodległość to Rosja i jej sojusznicy: Wenezuela, Nikaragua, Syria i mikronezyjska wysepka Nauru oraz inne nielegały: Naddniestrze, Osetia i Górny Karabach. Kłopot w tym, że to szeroko pojęty Zachód wepchnął ten bitny górski naród w ramiona Rosji, bo tak sobie życzyły USA, które uznają roszczącą sobie prawo do tego terenu Gruzję za coś na kształt swojej kaukaskiej kolonii. Ostateczny akt związania Abchazji z Rosją – uznanie Republiki Abchazji przez Federację Rosyjską – nastąpił dopiero za czasów gruzińskiej prezydentury amerykańskiego agenta Micheila Saakaszwilego, w 2008 roku, po nieomal dwóch dekadach latach walki Abchazów o niepodległość od Gruzji.
Historia relacji pomiędzy Gruzją i Abchazją sięga VII wieku, kiedy to połączone siły książąt gruzińskich i abchaskich oraz sraczka pokonały arabskich najeźdźców. Jednak kluczowe dla tych, fatalnych dziś, stosunków wydarzenia miały miejsce u zarania ZSRR, kiedy to w 1921 roku Abchaska Socjalistyczna Republika Radziecka i Gruzińska Socjalistyczna Republika Radziecka – obie niezupełnie dobrowolnie, ale na równych prawach – podpisały umowę o utworzeniu Związku Radzieckiego. Chwilę później Abchazja weszła w skład Gruzińskiej SRR jako republika autonomiczna – licząc, że jako kraj kilkunastokrotnie mniejszy skorzysta na pośrednictwie potężnych wówczas w ZSRR Gruzinów w reprezentowaniu jej przed Moskwą. Ale zarówno abchaska konstytucja, jak i jej umowy z Gruzją, podkreślały jej odrębność i autonomię oraz prawo do wystąpienia z wszystkich tych związków w dowolnym czasie.
Towarzysz Stalin był innego zdania: w 1931 roku zlikwidował autonomię i włączył Abchazję wprost do Gruzińskiej SRR. Głównie dlatego, że ten malutki skrawek ziemi na wschodnim wybrzeżu Morza Czarnego, obdarzony górami wpadającymi do morza, wyróżnia się niezwykłym pięknem – co jest powodem, dla którego Stalin miał tu aż pięć dacz. Większość z nich można zwiedzać, a w jednej nawet przenocować – choć Abchazi, w odróżnieniu od wielu Rosjan, nie uznają dziś Stalina za postać godną kultu. Większą winą za stalinowski terror w tym zakątku ZSRR obarczają wszakże Ławrentija Berię – urodzonego w Abchazji Gruzina, w latach 30. szefa partii w Gruzji, a później szefa NKWD. To Beria zlecił zabójstwo przywódcy abchaskich komunistów, Nestora Łakoby, który w początkach lat 30. skutecznie przeciwstawiał się kolektywizacji abchaskiego rolnictwa i czystkom etnicznym. Po jego śmierci – ponoć został otruty podczas kolacji u matki Berii – na Abchazję spadł stalinowski terror, a także brutalna „gruzinizacja”, której historia uderzająco przypomina opowieści o bohaterskim oporze Polaków przed germanizacją pruską: łącznie z biciem dzieci, które mówiły w szkołach w swoim ojczystym języku. Abchaskie szkoły zostały zamknięte, dzieci były zmuszane do nauki po gruzińsku, narzucono gruzińską transkrypcję języka abchaskiego i zmiany nazw abchaskich miast na gruzińskie (między innymi stolica, Suchum, przemianowana została na „Suchumi”). Zabroniono nadawania dzieciom abchaskich imion, setki Abchazów, zwłaszcza inteligencji, aresztowano, wielu z nich rozstrzelano – a równocześnie na terenie Abchazji osiedlano tysiące Gruzinów.
Wszystkie te działania spotykały się z gwałtownym oporem i masowymi demonstracjami: w 1954, 1964, 1978, 1979 i wreszcie 1989, kiedy 30 tys. Abchazów zgromadzonych na polanie w Lichnach zażądało przywrócenia Abchazji statusu republiki związkowej. Jak pisze polski badacz Kaukazu, Wojciech Górecki, „żaden inny naród w ZSRR nie buntował się tak często”. Zdawać by się mogło, że powinno to zapewnić Abchazom jakąś dozę sympatii, przynajmniej ze strony tak żarliwie antyradzieckich elit III RP.
Tak się jednak nie stało. Polska, wraz resztą świata, bezkrytycznie zaakceptowała roszczenia Gruzji, nie zwracając uwagi na fakt, iż na przeszkodzie niepodległości Abchazji znowu – jak za czasów Stalina i Berii – stanęła pozycja Gruzinów w Moskwie. A dokładnie związki Jelcyna z Eduardem Szewardnadze, ostatnim ministrem spraw zagranicznych ZSRR, późniejszym „prozachodnim” prezydentem Gruzji. Jak wyjaśnił mi premier Abchazji, Valeri Bganba, „dawni towarzysze porozumieli się nad naszymi głowami”.
– Ja też byłem komunistą – dodał z pewną nostalgią, co naturalnie wzbudziło moją żarliwą sympatię – Ale po upadku socjalizmu przyszła pora na niepodległość, której świat nam odmówił.
Gwoli ścisłości: Abchazi nie czekali na łaskę świata. Pierwsze starcia zbrojne między Abchazami i Gruzinami wybuchły w 1989 roku w Suchum, w odpowiedzi na nacjonalistyczne tendencje pojawiające się w Gruzji u zarania rozpadu ZSRR. W ogłoszonym na marzec 1991 przez Gorbaczowa referendum większość Abchazów, przestraszona gruzińskimi zapowiedziami likwidacji ich autonomii, opowiedziała się za pozostaniem w ZSRR. Nastąpiło kilkanaście miesięcy wojny na ustawy i wzajemne deklaracje: Gruzja ogłaszała Abchazję swoją własnością, Abchazja ogłaszała niepodległość. W końcu, w 1993 roku, wojska gruzińskie wkroczyły do Abchazji – i dostały wpierdol.
Wojna była pełna obrotów akcji i bardzo krwawa, tym bardziej, że Abchazów wspierali raczej bezwzględni ochotnicy z antyrosyjskiej Konfederacji Górskich Narodów Kaukazu, powstałej inicjatywy prezydenta Czeczenii Dżochara Dudajewa (wśród walczących był Szamir Basajew), a także antygruzińscy czerwonoarmiejcy. Obie strony dopuszczały się zbrodni, obie nawzajem się o zbrodnie oskarżały. Obie zaopatrywały się w broń u rozpadającej się Armii Czerwonej, a polityczna pozycja Rosji w tym sporze była do tego stopnia niejasna, że zarówno Szewardnadze, jak i abchaski przywódca Władisław Ardżinba oskarżali Jelcyna o wspieranie drugiej strony.
Ten etap walk zakończyło porozumienie podpisane w kwietniu 1994 roku w Moskwie, pod auspicjami Rosji – przewidywało ono wprowadzenie na sporne tereny rosyjskich sił pokojowych z mandatem ONZ, a także powrót gruzińskich uchodźców do swoich abchaskich domów. Bynajmniej jednak nie oznaczało to końca konfliktu. Przez kilkanaście następnych lat wybuchały walki, wszczynane przez siły abchaskie lub gruzińskich partyzantów z amatorskich batalionów o niepokojących nazwach „Biały Legion” i „Leśni Bracia”. W międzyczasie Jelcyn zmienił zdanie i opowiedział się za przynależnością Abchazji do Gruzji – a żeby ją wymusić wprowadził blokadę ekonomiczną początkującej republiki, co wszakże nie przyniosło spodziewanych efektów. Jak pisze brytyjski badacz historii Związku Radzieckiego i czasów poradzieckich, Ben Fowkes, „Abchazi pozostali uparcie niezawiśli”.
Wraz ze zniszczeniami wojennymi, które do dziś widać na nieomal każdym abchaskim budynku, blokada doprowadziła abchaską gospodarkę do nędzy. Region, za czasów radzieckich stanowiący ulubioną destynację kuracjuszy z całego bloku wschodniego, słynący z palm, cytrusów, bajecznych widoków i szykownej infrastruktury, popadł w nędzę – co oczywiście jeszcze bardziej uzależniło go od Rosji. Kulminacją tego procesu było uznanie niepodległości Abchazji przez Rosję, które nastąpiło po konflikcie o Osetię, w 2008 roku.
Dziś Abchazja jest w zachodnich publikacjach określana mianem „de facto państwa”. Posiada władze wybierane w pluralistycznym procesie wyborczym (obecny prezydent, Raul Chadżymba, w sierpniu uzyskał reelekcję 1 procentem głosów), własny hymn, godło i sztandar – ale posługuje się rosyjskim rublem i rosyjskimi paszportami (abchaskie nie są uznawane w świecie), polega na rosyjskiej armii i rosyjskiej pomocy gospodarczej, a także na rosyjskich turystach. Po trzech dekadach otwartego, nierzadko krwawego konfliktu z Gruzją możliwość jakiejkolwiek unii między tymi państwami nie istnieje – jak powiedział nam szef MSZ, Daur Kove, „z Gruzją nie łączy nas nic poza granicą”.
Mimo tego, pod naciskiem Gruzji i jej sojuszników – w tym Polski – świat zachodni konsekwentnie ignoruje rzeczywistość. W 2015 roku Specjalny Przedstawiciel Unii Europejskiej w Regionie Kaukazu Południowego i ds. Kryzysu w Gruzji, ambasador Herbert Salber zlecił przygotowanie specjalnego raportu na temat przestrzegania praw człowieka w Abchazji. Inicjatywa zyskała aprobatę ONZ i OBWE. Raport miał zostać opublikowany i poddany szerokiej dyskusji – i stać się podstawą poważniejszego zaangażowaniu wspólnoty europejskiej i międzynarodowej w sytuację ludzi, dotkniętych konfliktem. Zadanie otrzymał były komisarz praw człowieka Rady Europy, były sekretarz generalny Amnesty International, szwedzki dyplomata Thomas Hammarberg, wraz z polską ekspertką od Kaukazu, Magdaleną Grono (dziś doradczynią Donalda Tuska w Radzie Europejskiej).
Dokument, który przygotowali, bynajmniej nie był korzystny dla Abchazji: potwierdzał rozliczne przykłady dyskryminacji Gruzinów, którzy powrócili do Abchazji po wojnie, ich trudności w odzyskaniu majątku i edukacji dzieci, ograniczenia praw obywatelskich i swobody przekraczania gruzińskiej granicy, co utrudnia im kontakt z rodzinami, a nawet pracę na swojej ziemi (wielu ma domy w Abchazji, ale ziemię w Gruzji). Mimo tego, władze Abchazji zaakceptowały raport. „Pomimo wielu dyskusyjnych stwierdzeń i zaleceń wnioski i oceny zawarte w raporcie były w przeważającej części neutralne i obiektywne” – oświadczył abchaski MSZ. Gruzja była jednak innego zdania.
Oburzyła ją nie treść raportu – a fakt, iż odnotowuje on stan faktyczny i zauważa, że Abchazja istnieje. Zdaniem gruzińskich władz, niewybaczalnym grzechem raportu jest używanie słowa „Abchazja” bez każdorazowego podkreślania, że jest ona częścią Gruzji. Gruzja żąda także, żeby traktowanie Gruzinów w Abchazji określać mianem „ludobójstwa”. Unia Europejska – a dokładnie Helga Schmid, sekretarz generalny Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych, czyli unijnego MSZ – zdecydowała o schowaniu raportu do biurka. Nieoficjalnie wiadomo, że głównym nalegającym na tę decyzję była Polska.
W odpowiedzi Thomas Hammarberg opublikował dokument poprzez szwedzką organizację praw człowieka, Międzynarodowe Centrum Olofa Palmego. „To ciekawe, że UE wycofuje się pod presją ze strony państwa, które nie jest nawet członkiem Unii. To nie jest dobry znak. Nie taka była umowa. Ministerstwo spraw zagranicznych w Tbilisi jest skamieliną z czasów Micheila Saakaszwilego. Obecny prezydent sugerował, że chce dokonać przeglądu całej kwestii Abchazji i rozpocząć debatę. Ludzie z ministerstwa spraw zagranicznych są ekstremistami” – ocenił szwedzki dyplomata.
To oczywiście wyjaśnia przyjaźń, jaką nieustająco darzy ich Polska, skwapliwie spełniająca ich życzenia. Ale obiektywnie rzecz biorąc, nieco głupio być realizatorem testamentu Józefa Stalina.

Wokół góry Ararat

Przełom roku obfituje zwykle we wszelkiego rodzaju plebiscyty, rankingi i tym podobne jasełka, mające stanowić symboliczne resume mijającego roku. W jednym z nich, organizowanym tradycyjnie przez redakcję brytyjskiego „The Economist” , 18 grudnia 2018 roku ogłoszono urbi et orbi, że „Krajem roku” wybrano Armenię, za – jak podano w uzasadnieniu werdyktu – „progres i duch postępu”. Konkurentami Armenii do tego zaszczytnego skądinąd tytułu były Malezja i Etiopia.

Lider Etiopii – Abija Ahmed – uwolnił więźniów politycznych, przywrócił wolność słowa i obiecał przeprowadzenie wolnych wyborów w 2020 roku. Zakończono także trwający od przeszło dwóch dekad konflikt z Erytreą, w efekcie czego otwarto granice i dostęp do morza. Przyznać trzeba, że sporo. Cóż takiego zatem zaszło w Armenii, co przebiło w oczach organizatorów plebiscytu wymienione wyżej osiągnięcia?

Lubię Ormian, w czym zapewne niepoślednią rolę odegrała moja młodzieńcza fascynacja osobowością IX Mistrza Świata w Szachach, Tigrana Petrosjana, toteż ubiegłoroczne wydarzenia w tym kraju śledziłem z dużym zainteresowaniem. Obok wszelkiego rodzaju informacji medialnych miałem także wsparcie w osobie kolegi, Ormianina od wielu lat mieszkającego w Polsce, który regularnie bywa w swojej Ojczyźnie i był dla mnie prawdziwą kopalnią wiedzy o tym co się tam dzieje. Informacje uzyskane z tego źródła skonfrontowane z nowościami wszelakich agencji ukazują dość interesujący i bynajmniej niejednoznaczny – w mojej ocenie – obraz wydarzeń w tej maleńkiej kaukaskiej republice.

Pierwszą jaskółką nadciągających problemów były dla ormiańskiego rządu, masowe protesty uliczne jakie miały miejsce w Erewanie 19 stycznia 2018 roku skierowane przeciwko drastycznym podwyżkom cen. Ten wybuch społecznego niezadowolenia jeszcze się jakoś „rozszedł po kościach” ale rządzący nie wyciągnęli dla siebie z tego groźnego pomruku społeczeństwa żadnych wniosków.
A było by się nad czym zadumać. Badania opinii publicznej od dawna wskazywały, że około 70 proc. obywateli wyraża niezadowolenie z poziomu życia oraz – uwaga! – praktycznej niezmienności władzy! Jednymi z wielu powodów owego pesymizmu było zapewne 18 proc. (oficjalne !) bezrobocie, groszowe pensje, masowa emigracja zarobkowa i poczucie całkowitej bezradności społeczeństwa, które niezależnie od rezultatów kolejnych wyborów próżno oczekiwało jakichkolwiek zmian. Oczywiście owa bezradność znakomicie ilustrowana przez Rosjan porzekadłem: „Gołosuj nie głosuj, wsio rawno połudzisz…”nie jest li tylko domeną maleńkiej Armenii. To na niej wyrosła właśnie kariera Donalda Trumpa, rosnąca popularność Alternatywy dla Niemiec u naszych zachodnich sąsiadów i trwające we Francji protesty „żółtych kamizelek”, że już o rządzącym nad Wisłą PiS-ie nie wspomnę. Wydawać by się mogło, że w tej sytuacji dla rządzących Armenią konieczność przeprowadzenia głębokich reform politycznych powinna być „oczywistą oczywistością”, ale…

„Wieczny” Sargsian

Od 2008 do 2018 roku prezydentem Armenii był Serż Sargsian. Pod koniec jego drugiej kadencji przeprowadzono reformę konstytucyjną, w efekcie której Armenia przeistoczyła się z republiki prezydenckiej w parlamentarną, gdzie realna władza przeszła w ręce premiera pozostawiając prezydentowi funkcje wyłącznie reprezentacyjne. Zapytacie pewnie Państwo: No i co z tego?! Pewnie nic, tyle że ogół obywateli odebrał jednoznacznie ową korektę jako przygotowanie „roszady” urzędującego (jeszcze) prezydenta na stołek premiera co zapewniło by mu kolejną – trzecią już – kadencję u steru nawy państwowej. Tymczasem chłop tak się już opatrzył szerokiej publice, że widziałaby ona odchodzącą głowę państwa raczej w roli szacownego emeryta.

Naturalnie sam zainteresowany publicznie kategorycznie dementował podobnie niecne spekulacje, odrzucając stanowczo ubieganie się o fotel premiera, w którym to niezłomnym postanowieniu wytrwał aż do… końca marca 2018. Na początku kwietnia – zapewne po długiej walce wewnętrznej – zmienił jednak zdanie. Drogą głębokich przemyśleń doszedł bowiem do wniosku, że objęcie teki premiera pozwoli mu wykorzystać przy pełnieniu tej funkcji doświadczenie jakie zdobył w czasie dwóch kadencji prezydenckich. Dla dobra narodu naturalnie. Innymi słowy „nie chcem ale muszem.” Jak postanowił tak zrobił i oto 12 kwietnia partia rządząca wystawiła jego kandydaturę na szefa rządu. Tego już było za wiele nawet dla najspokojniejszych obywateli – ludzie uznali, że z nich po prostu zakpiono i wyszli na ulicę. Pierwsze protesty rozpoczęły się 13 kwietnia przeciwko – jak określono – zawłaszczeniu władzy przez prezydenta. Jeszcze pewnie był czas na opamiętanie, ale obóz władzy z właściwą każdej władzy arogancją, brnął dalej i 17 kwietnia parlament wybrał Serża Sargsiana na premiera. Teraz na ulice wyszły w całym kraju już nie setki – jak dotychczas – ale tysiące ludzi, powodując paraliż państwa.

Rozpoczęły się starcia z policją, polała się pierwsza krew, a 22 kwietnia na Placu Republiki w Erewanie zebrało się (według różnych ocen) od 35 do 160 tysięcy ludzi. Rozpoczęły się protesty w drugim co do wielkości mieście Armenii – Giumri. Na północy kraju we wsiach Chnkojan i Lusachbiur, mieszkańcy zablokowali trasę Giumri – Wanadzor, 23 kwietnia do protestów dołączyli robotnicy fabryki w Wanadzor a w Erewanie wśród demonstrantów pojawili się ludzie w mundurach armii. Zapachniało wojną domową… W tej sytuacji Sargsian zrezygnował ze swojej misji mówiąc w złożonym oświadczeniu: „Nikoł Paszynian miał rację. Ja nie miałem racji. Powstałą sytuację można rozwiązać na kilka sposobów, ale nie będę się do nich uciekał. To nie dla mnie. Wypełniając wasze żądania rezygnuję z funkcji premiera. Życzę pokoju mojemu krajowi.”

„Barchanowa Rewolucja”

Liderem protestów był przewodniczący parlamentarnej partii „Ełk”, Nikoł Paszynian, który ogłosił rozpoczęcie „Barchanowej Rewolucji”. Indagowany przeze mnie na okoliczność owej postaci mój ormiański kolega, przedstawił go jako cieszącego się powszechnym szacunkiem byłego dziennikarza od wielu lat angażującego się w walkę ze skorumpowanym obozem władzy. To on stał na czele trwających prawie trzy miesiące protestów przeciwko podwyżkom cen energii elektrycznej, jakie ogarnęły Armenię w 2015 roku. Brał też udział w styczniowych protestach 2018 roku przeciwko podwyżkom cen. Na moje pytanie, czy wydarzenia w Armenii nie są aby mutacją kolejnej „kolorowej rewolucji”, zdecydowanie odrzucił taką możliwość. Ogół społeczeństwa choć odnosi się do Unii Europejskiej z sympatią to nie życzy sobie wejścia w skład tej organizacji, podobnie jak do NATO. Współpraca – tak,głębsza integracja – nie. Według mojego rozmówcy taką postawę prezentuje ogromna większość jego rodaków – uważam tą opinię za wiarygodną. Dalszy bieg wypadków ormiańskiej rewolucji stawia jednak cały szereg pytań pod adresem nowych władz w Erewanie tym bardziej, że w lwiej części składane deklaracje mają się nijak lub stoją w jaskrawej sprzeczności z podejmowanymi przez nie działaniami.

Najpierw słów kilka o dalszym przebiegu wypadków. Po rezygnacji Sargsiana z funkcji premiera, kolejnym żądaniem ulicy był wybór na to stanowisko jej nowego idola – Paszyniana – co sterroryzowany przez ryczący za oknem tłum parlament, posłusznie wykonał. Należałoby teraz się spodziewać przedstawienia przez nowego lidera jakiegoś programu naprawy państwa i poprawy bytu jego obywateli. Nic z tych rzeczy. Ormianom zaoferowano w zamian igrzysk ciąg dalszy wyciągając na światło dzienne kolejne afery i aferki obozu władzy, epatując w mediach informacjami o kolejnych aresztowaniach i wezwaniach do prokuratury byłych prominentów. Trochę mało jak na program rządzenia krajem nawet tak malutkim jak Armenia.

Podobne działania są nam znane z czasów pierwszych rządów PiS-u, gdzie codziennością były dokonywane w obecności kamer aresztowania kolejnych domniemanych aferzystów i towarzyszące im publiczne wypowiedzi ówczesnego ministra sprawiedliwości i innych prominentnych polityków obozu władzy o „porażających dowodach” ich winy. Co jak pamiętamy nie znalazło w ogromnej większości przypadków potwierdzenia w prowadzonych postępowaniach sądowych. Podobny polityczny klimat obserwujemy dziś – według mojej oceny – w Armenii. Na potwierdzenie kilka faktów.

Jak triumfalnie poinformowała nowa władza, w wyniku działań antykorupcyjnych budżet państwa zasiliła kwota stanowiąca równowartość 21 mln dolarów z tytułu niezapłaconych podatków. Nawet dla tak niewielkiego kraju jak Armenia nie jest to kwota rzucająca na kolana. Ponoć – jak podano – przeprowadzone kontrole wyjawiły nieprawidłowości na łączną kwotę 64 mld dram (ormiańska waluta ) co stanowi równowartość ok. 132 mln dolarów, też w sumie w pełni wyobrażalna kwota, co do rzetelności której, zgłosiłbym pewne zastrzeżenia. Powód? Spójrzmy na trzy pierwsze z brzegu przypadki nagłośnione w PRZYCHYLNYCH nowemu rządowi mediach.

Zaopatrującą Armenię w gaz spółkę Gazprom Armenia obwiniono o sprzedawanie zimą części surowca „na lewo” i nie opłacenie od owej sprzedaży należnych podatków. Istotnie zimą gazu wychodziło więcej, tyle że aby poznać tego przyczynę nie jest potrzebne prokuratorskie śledztwo, a elementarna wiedza z zakresu fizyki na poziomie szkoły podstawowej. Jak powszechnie wiadomo pod wpływem zimna ciała się kurczą przez co zimą na m3 wchodzi więcej gazu niż latem. Prawdziwość tego ormiańscy śledczy mogą empirycznie sprawdzić na sobie, wskakując – dajmy na to – nago do przerębla i obserwując jak to i owo im się kurczy. Tymczasem cena gazu nie uwzględnia owych wahań i jest kalkulowana tak, jakby jego temperatura była stała na poziomie +20 oC, a dodatkowy gaz jest po prostu spisywany w straty. Ta prawda objawiona zawarta w wyjaśnieniach dyrektora obwinionej spółki, Granta Tadewosjana, wprawiła zapewne rządowych inkwizytorów w osłupienie, gdyż na razie zrezygnowali z dalszej polemiki.

W górzystej Armenii 20 proc. energii elektrycznej generują 184 małe elektrownie wodne wytwarzające łącznie 365 MW. Nowe władze twierdzą, że w 150 z nich doszło do naruszeń prawa. Czy aby na pewno? A może po prostu znaleziono sposób na wywłaszczenie dotychczasowych właścicieli metodą doprowadzenia ich do bankructwa milionowymi karami po to, aby przekazać ich majątek w inne, „jedynie słuszne” ręce?

W mieście Alawerdi głównym chlebodawcą jest szczycący się już 249 letnią historią kombinat miedziowy w którym pracowały kolejne pokolenia jego mieszkańców. W październiku wstrzymano pracę kombinatu i miasto straciło jedyne zatrudnienie dla większości swoich mieszkańców. Przyczyna? Nowe kierownictwo resortu ochrony środowiska twierdzi, że w poprzednich latach przedsiębiorstwo wnosiło zaniżone opłaty na tą rzecz i teraz musi to wszystko dopłacić. Być może jestem chorobliwie podejrzliwy, ale z daleka śmierdzi mi to celowym doprowadzaniem kombinatu do upadłości po to, by za symbolicznego drama przekazać go w ręce wybranego – niekoniecznie ormiańskiego – inwestora.

Ciekawe przy tym, że nowe władze nie są zainteresowane przejęciem kombinatu przez kapitał chiński, który wyrażał nim zainteresowanie… Byłbyż to jeden z efektów listopadowej wizyty w Armenii przedstawicieli amerykańskich departamentów stanu i skarbu? Zasadność moich podejrzeń wyjaśni zapewne nieodległa przyszłość…

Czas wendetty

Inne posunięcia nowej władzy budzić muszą nie mniej kontrowersji. Oto jeszcze w czasie trwających protestów aktualny premier Armenii wielokrotnie oświadczał, że „winni wydarzeń 1 marca muszą stanąć przed sądem”. O jakie wydarzenia chodzi?

Otóż w 2008 roku,po ogłoszeniu wyników wyborów prezydenckich, 1 marca, miały miejsce masowe protesty zorganizowane przez sztab przegranego kandydata Lewona Ter-Petrosjana. Z kronikarskiego obowiązku podać muszę, że wśród organizatorów owych niepokojów społecznych był także Nikoł Paszynian, pełniący naonczas funkcje w jego sztabie wyborczym. Protesty przybrały niezwykle gwałtowny charakter i kiedy 30 policjantów znalazło się w szpitalach a przeszło 290 osób musiało skorzystać z pomocy medycznej, władze zdecydowały o użyciu przez służby porządkowe broni. Zginęło 10 osób, w tym 8 demonstrantów i 2 policjantów. Aresztowano 106 osób, ale większość z nich wkrótce zwolniono.

Paszynianowi postawiono zarzuty organizacji masowych zajść ulicznych i w wytoczonym mu w 2010 roku procesie skazano na 7 lat więzienia, nasz bohater wyszedł jednak na mocy ogłoszonej amnestii już w 2011 roku. Oczywiście z ludzkiego punktu widzenia można zrozumieć jego emocje, ale osobisty motyw w jego działaniach jako szefa państwa i wpływania na działania organów sprawiedliwości jest aż nadto widoczny. Warto pamiętać, że nikt nie może być sędzią we własnej sprawie.

Sympatyzuję z punktem widzenia adwokata byłego prezydenta Roberta Koczariana, oskarżonego „w sprawie 1 marca”, że aktualne władze w celach politycznej wendetty najpierw napisały scenariusz oskarżenia a teraz, pod ten scenariusz,starają się zebrać (wyprodukować?) dowody. I znowu na poparcie przytoczonej tezy podam kilka faktów.

Sąd na posiedzeniu 29 listopada 2018 przedłużył areszt właściciela TV H 2, biznesmena bliskiego Koczarianowi, Samuelowi Majrapetianowi. Pomimo apelu do władz, kierowników mediów i przedstawicieli inteligencji, nie zgodzono się na zmianę aresztu na kaucję pomimo, że ta forma zabezpieczenia jest w Armenii bardzo często stosowana. Czyżbyśmy mieli do czynienia z klasycznym aresztem wydobywczym?!

Pośród aresztowanych przy okazji różnych afer, znalazł się generał Manwel Grigorian, oskarżony o zabór mienia wojskowego znalezionego u niego podczas rewizji, który w 2008 roku był jednym z wiceministrów obrony. Generał trafił do aresztu i przebywał w nim pomimo opinii lekarzy sądowych, że przy tym stanie zdrowia (między innymi zaawansowana cukrzyca i rak ) zagraża to życiu aresztanta. Jego zwolnienie za kaucją pod koniec ub. roku, wiąże się z daną jakoby przez niego obietnicą złożenia zeznań obciążających byłego prezydenta.

Taką wersję mocno uprawdopodobnia fakt, że w gronie nowych doradców premiera pojawił się były naczelnik ormiańskiej służby wywiadu, Arszak Karapetian, który objął nowe stanowisko jak raz bezpośrednio po… złożeniu zeznań obciążających Koczariana! Dalej jednak będzie być może jeszcze ciekawiej.

Imaginujcie sobie Państwo, 17 grudnia 2018 minister sprawiedliwości Armenii, Artak Zejnalian, nagle zapragnął odwiedzić w więzieniu odsiadującego tam karę dożywocia Nairi Unaniana, herszta grupy, która 27 października 1999 roku wdarła się do gmachu ormiańskiego parlamentu zabijając kilku deputowanych. Na pytania dziennikarzy o czym rozmawiano, pan minister rezolutnie oświadczył, że poradził przestępcy aby… więcej zajmował się sportem! Rada ze wszech miar zasadna, zważywszy siedzący – jak by nie było – tryb życia, jaki od pewnego czasu prowadzi interlokutor pana ministra. Czy jednak WYŁĄCZNIE o tym rozmawiano? Jak Państwo sądzą, czy odsiadujący dożywocie przestępca mógłby w zamian za obietnicę skrócenie wyroku lub wyjścia na wolność, złożyć potrzebne władzy zeznania podyktowane mu przez – dajmy na to – niezależną Prokuraturę? Pewnie niedługo się o tym przekonamy…

Sąd wykonawczy

Naciski aktualnych władców Armenii na wymiar sprawiedliwości, aby właściwie sądził ich przeciwników (lub tych, których za takowych się tam uważa) powoli przybierają formy znane z najgorszych praktyk autorytarnych reżymów.

Oto na posiedzeniu Sądu mającego decydować o areszcie Koczariana pojawia się – ku niepomiernemu zdziwieniu jego adwokata – prokurator generalny! O tym, że nie była to bynajmniej jedyna forma nacisku na niezawisły wymiar sprawiedliwości przekonało zapewne Ormian zapoznanie się z treścią rozmów telefonicznych panów Artura Wanecjana zarabiającego na chleb jako dyrektor tamtejszej Służby Bezpieczeństwa z szefem Specjalnej Służby Śledczej – Sasunem Chaczatrianem, oraz tego ostatniego z N.Paszynianem, w których panowie bez krępacji omawiają sprawę aresztu R.Koczariana oraz sprawy karne „w sprawie 1 marca” wytoczone generałom Jurijowi Chaczaturowowi i Mikaelowi Arutiunianowi, byłemu ministrowi obrony narodowej.

W trakcie rozmowy szef ormiańskiej bezpieki mówi, że dzwonił do niego sędzia, któremu dał do zrozumienia, że byłego prezydenta NALEŻY aresztować. Owe taśmy dokumentujące – jak by nie było – niedopuszczalną w demokratycznym państwie ingerencję władzy wykonawczej w orzeczenia niezależnych (?!) sądów sprawiły, że wszczęte zostało śledztwo. Naturalnie – tak zgadli państwo! – przeciwko… autorom nagrań! Co więcej, N ikoł Paszynian nazwał opublikowanie w sieci tych taśm prawdy „niewypowiedzianą wojną przeciwko państwu”! Jak na kilkumiesięczne przebywanie u władzy to wręcz zapierająca dech w piersiach arogancja !

Zresztą na tym reakcja rozsierdzonej władzy się nie zakończyła. Bezpośrednio po ujawnionych w sieci pogaduszkach mających miejsce 11 września 2018r., już 17 września do kilku redakcji i organizacji pozarządowych wkroczyła policja w poszukiwaniu materiałów z ujawnionych nagrań. Wpadnięto na chwilę między innymi do redakcji portalu Erevan Today co jego redaktor naczelny – Sewak Akopian – skomentował następująco: „To pierwsza jaskółka kagańca jaki nowa władza szykuje dla nieprawomyślnych mediów. Paszynian podzielił społeczeństwo na „czarnych” i „białych” i wszyscy, którzy nie opowiadają się po stronie władzy lub – o zgrozo ! – ośmielają się ją krytykować, stają się wrogami, których będzie się prześladować. Być może nas połkną, ale dostaną niestrawności!” Nie wiedzieć czemu owe działania nowych wybrańców narodu bardzo nie spodobały się „Reporterom bez granic”, którzy ustami swego szefa na obszar Europy Wschodniej i Centralnej Azji dopatrzyli się w nich poważnego naruszenia zasad ochrony źródeł dziennikarskich gwarantowanych zarówno prawem Armenii jak i przez Europejski Sąd Praw Człowieka.
Zresztą wiele wskazuje na to, że także inne nawyki władzy Paszynian przyswaja sobie w błyskawicznym tempie.

Monarszy bankiet

25 listopada ubiegłego roku przez ormiańskie media przeszła fala krytyki w związku z wystawną organizacją w ekskluzywnej restauracji „Monarcha” 20 urodzin premierówny i zamknięcia przy tej okazji dla zwykłych śmiertelników ulicy Teriana, przy której znajduje się wspomniana restauracja. Krytyce prasowej dała odpór żona premiera – Anna Akopian – informując, że przyjęcie nie było bynajmniej wystawne gdyż wydatki z nim związane zamknęły się kwotą 1 mln dram (równowartość ok. 2 tysięcy dolarów). Faktycznie niewiele, zwłaszcza w kraju, w którym średnia miesięczna płaca to równowartość około 183 dolary…

Wróćmy jednak do dalszego przebiegu „Barchanowej Rewolucji” i prognozowanych geopolitycznych priorytetów nowej władzy. W październiku nowy premier postanowił poszerzyć skalę swego triumfu inicjując przyspieszone wybory parlamentarne. W tym celu zrezygnował z pełnionej funkcji i po dwukrotnej – nieudanej – próbie wyboru przez parlament nowego szefa rządu, zrealizował swój cel. Nie muszę dodawać, że w celu „prawidłowego” głosowania, na czas przeprowadzenia decydujących głosowań Paszynian wezwał przed budynek parlamentu swoich kolegów z barykad co skutecznie sterroryzowało deputowanych. Przyznacie Państwo, uroczy rodzaj demokracji …

Zaraz po tym ogłoszono datę wyborów na 09 grudnia 2018 r., a rozpoczęcie kampanii wyborczej na 26 listopada, co w praktyce uniemożliwiło przedstawienie uczestniczącym w nich siłom politycznym jakichkolwiek programów. Głosowano zatem siłą inercji na rewolucjonistów – w efekcie ugrupowanie Paszyniana „Mój krok” (cokolwiek to oznacza ) zdobyło 70,42 proc. głosów, a do parlamentu weszły jeszcze tylko „Kwitnąca Armenia” z poparciem 8,26 proc. głosów oraz „Światła Armenia”, na którą zagłosowało 6, 37 proc. wyborców. Tak oto w nowym parlamencie nie będzie żadnej opozycji!

W tej beczce miodu – dla zwycięzców naturalnie! – znalazła się wcale pokaźna łyżka dziegciu: frekwencja w owych przełomowych wyborach wyniosła marne 48,63 proc., co zadaje oczywisty kłam twierdzeniu rządzących o powszechnym poparciu nowych władz. Jak widać większość społeczeństwa przed ewentualnym udzieleniem swego poparcia postanowiła najpierw przyjrzeć się ich działalności w roli formacji rządzącej krajem. Przepchnięcie „kolanem” przedterminowych wyborów spowodowało, że w obozie zwycięzców pojawiły się pierwsze rysy. Oto „kolega z barykad” ikony nowego ruchu, Dawid Szachnazarian, z gorącego zwolennika premiera stał się jego surowym krytykiem. Uznał elekcję za błąd, gdyż wyborcy podejmowali decyzje pod wpływem jeszcze nie wystygłych emocji, które z reguły nie są dobrym doradcą. Jak by tam jednak nie było, rewolucjoniści zdobyli pełnię władzy ale także – niejako w pakiecie – pełnię odpowiedzialności za wszystkie podejmowane decyzje…

Odwracanie sojuszy

Czego można się spodziewać po nowym rządzie Armenii ? Aby odpowiedzieć na to pytanie spróbuję zestawić deklaracje pana premiera z realnymi podejmowanymi przez niego działaniami. I tak w ciągu pierwszych czterech miesięcy sprawowania władzy aż trzykrotnie (!) spotykał się on z prezydentem Rosji, podkreślając na każdym kroku wyśmienite stosunki łączące oba kraje. Tyle w sferze werbalnej, popatrzmy jak te gorące deklaracje mają się czynów.

W trwających na terytorium Gruzji od 1 do 15 sierpnia 2018 roku manewrach NATO o wdzięcznej nazwie „Nobil Partner” wzięli udział wojskowi z Armenii. Nie wiadomo jak pogodzić ów fakt z deklarowaniem wierności sojuszniczej wobec Rosji, którą Sojusz oficjalnie klasyfikuje jako wroga, w każdym razie nowy premier nie dostrzega w tym żadnych sprzeczności, podobnie jak we wspólnych ćwiczeniach (w ramach tychże manewrów) z wojskowymi z Azerbejdżanu, z którym Armenia jest de facto w stanie wojny, czy Turcji, nadal nie uznającej wymordowania w czasie I wojny światowej dwóch milionów Ormian za ludobójstwo.

Skutki precedensów takich zachowań z przeszłości nie były zachęcające, że przytoczę tylko przypadek uczestniczącego w 2004 roku w natowskim kursie języka angielskiego w Budapeszcie, ormiańskiego oficera Gurgena Margariana, zarąbanego toporem w czasie snu przez jego azerskiego kolegę, Ramila Szafarowa, przebywającego nota bene w dobrym zdrowiu w rodzinnym Baku.
Jednym z pierwszych posunięć nowej władzy było postawienie w stan oskarżenia w związku z osławioną „sprawą 1 marca”, generała Jurija Chaczaturowa, przedstawiciela Armenii w Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (ODKB) w randze Sekretarza Generalnego tej organizacji. Naturalnie w tym celu odwołano generała z pełnionego stanowiska, co spowodowało vacat na kluczowej dla Organizacji funkcji i wszystkie związane z tym perturbacje. Pozostali członkowie Układu postanowili – wobec nieprzewidywalności nowych władz ich (jeszcze?!) sojusznika, wybrać na to miejsce przedstawiciela Białorusi. Armenia nie zgadza się na takie rozwiązanie uważając, że to ona winna desygnować swego przedstawiciela na zwolnione miejsce. Całe zamieszanie jest moim zdaniem przejrzystą grą erewańskich władz na wycofanie się z dotychczasowych sojuszy, do czego sprokurowany przez nie – i podgrzewany – konflikt, jest dobrym pretekstem.

Ponieważ wyboru na wzmiankowane stanowisko strony Układu winny dokonać w drodze osiągniętego konsensusu (na który bynajmniej się nie zanosi) pojawia się wygodny pretekst do wyjścia z organizacji. Warto pamiętać, że w poprzednim parlamencie partia „Ełk” będąca bazą parlamentarną aktualnego premiera, postulowała powstanie komisji parlamentarnej d/s …wyjścia Armenii z ODKB. Ciekawym dopełnieniem opisanych powyżej zachowań, jest działająca od 30 lipca 2018 roku na ormiańskim FB strona, na której wzywa się do wyprowadzenia z terytorium Armenii 102 bazy wojsk Federacji Rosyjskiej. Ową stronę prowadzi ł – cóż za zbieg okoliczności! – niejaki Daniel Jonisjan, do niedawna zarabiający na chleb jako współpracownik Fundacji znanego nam skądinąd George’a Sorosa. Chłop ostatnio zmienił robotę i pracuje teraz dla nowego rządu jako koordynator reformy Kodeksu Wyborczego pod kierownictwem wicepremiera Ararata Mirsojana.

Warto może przy tym wspomnieć, że rzeczony A. Mirsojan w latach 2012-2013 był koordynatorem Międzynarodowej Fundacji Systemów Wyborczych będącej de facto agendą Departamentu Stanu. Obaj panowie wpisują się zresztą w szerszy nurt osób finansowanych przez zachodnie granty, które nowe władze powołują na ważne stanowiska w państwie, stopniowo zwiększając ich wpływ na politykę wewnętrzną.

Tyle samo co wspomniane już wcześniej przeze mnie deklaracje niezłomnego i szczerego uczucia łączącego bratnie narody Armenii i Rosji, padające co i rusz z ust ormiańskiego przywódcy, warte są inne jego publiczne oświadczenia dramatycznie rozjeżdżające się z realnymi działaniami.

Oto w trakcie ekspresowej kampanii wyborczej przed dopiero co odbytymi wyborami parlamentarnymi, urzędujący premier uchylił się od debaty z liderem Partii Republikańskiej, Wigenem Sarkisjanem. Niby nic takiego, ale podobne zachowanie bezpośrednio po złożeniu przez niego publicznej deklaracji, że „…debaty na żywo z udziałem politycznych liderów uczestniczących w wyborach powinny stać się tradycją” wiele mówi o jego wiarygodności jako polityka.

Zła wróżba

Zwycięskie ugrupowanie póki co buduje swój wizerunek wyłącznie na kryminalizacji działań poprzedników. Nawet pod mikroskopem trudno doszukać się jakiegokolwiek programu jeżeli naturalnie nie uzna się za takowy zapowiedzi nagłego progresu w ekonomice i podwojenia liczebności populacji w ciągu 20 lat, bez podania jakichkolwiek mogących by za tym przemawiać przesłanek. Zamiast realnych działań naprawczych nowe władze wymyśliły… opodatkowanie przekazów pieniężnych od ormiańskich gastarbaiterów do ich rodzin w Armenii, z którego to pomysłu – po nagłośnieniu go przez Republikanów i społecznego rezonansu jaki ta informacja wywołała – przyszło się z podwiniętą kitą wycofać.

Po rozmowach jakie 8 września 2018 r. przeprowadził w Moskwie nowy ormiański lider na temat udziału Armenii wspólnie z Rosją w misji humanitarnej w Syrii, występując 26 września ubiegłego roku na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ oświadczył: „ Istnienie społeczności ormiańskiej w Syrii jest egzystencjonalnie zagrożone z powodu ciągnącego się kryzysu. Armenia starała się wnosić swój wkład w jego rozwiązanie w formie pomocy humanitarnej. Jesteśmy gotowi rozszerzyć naszą pomoc humanitarną skierowaną dla rozwiązania najpilniejszych problemów naszej społeczności w Syrii. Jako kraj, który przeżył grozę ludobójstwa, rozumiemy jak ważnym jest zapewnienie bezpieczeństwa naszego narodu i gotowi jesteśmy zrobić wszystko dla jego obrony”. Planowano wysłanie stuosobowej ekipy złożonej ze specjalistów wojskowych i cywilnych pełniących misję wyłącznie poza strefą działań bojowych, głównie na terenie miasta Aleppo. Po tej dumnej deklaracji zapadła trwająca aż po dzień dzisiejszy cisza. O wysłaniu misji nikt już nie wspomina, choć licząca przed rozpoczęciem wojny 110 tysięcy osób społeczność ormiańska uważana za jedną z najlepiej zorganizowanych i zamożnych, znajduje się na skraju wyniszczenia. I wszystkich to nagle przestało obchodzić! Tymczasem – co ciekawe – nie przeszkadza to bynajmniej Armenii w uczestniczeniu (pod patronatem Wuja Sama jak by się kto pytał) w misjach wojskowych w Kosowie i Afganistanie… Daleki naturalnie jestem aby wiązać tą gwałtowną zmianę frontu z listopadową wizytą w Erewanie amerykańskiego Doradcy ds. Bezpieczeństwa Narodowego, Johna Boltona, ale cosik mi się widzi, że USA postanowiły umocnić swoją obecność na Kaukazie tworząc w Armenii przyczółek przeciwko Rosji i Iranowi. Naturalnie dla dobra mieszkających tam narodów…

Źle wróżę też sprawie Armenii w jej konflikcie z Azerbejdżanem dotyczącym spornego terytorium Górnego Karabachu. Oczywiście oficjalnie Paszynian zapowiada „nie oddanie ani guzika”, ale w moim odczuciu przygotowuje grunt pod rejteradę. Mogą o tym świadczyć zarówno wypowiedź jednego z bliskich współpracowników premiera, który określił zwycięstwo „Barchanowej Rewolucji” ważniejszym od zwycięstwa w konflikcie o Górny Karabach,jak i zaprzestanie egzekwowania przez Armenię ustaleń przyjętych przez strony konfliktu po rozmowach w Wiedniu i St. Petersburgu.
Nowy premier ogłosił społeczeństwu, że nie ma potrzeby trwania przy owych wynegocjowanych pozycjach, gdyż gwarancją ich przestrzegania są jego osobiste uzgodnienia z prezydentem Azerbejdżanu Ilchamem Alijewem. O tym, że takie przypuszczenia to w najlepszym razie prostoduszność, przekonuje oświadczenie azerskiego ministra spraw zagranicznych, Elmara Mamediarowa złożone przez niego 25 grudnia ubiegłego roku, w którym zauważył, że o ile wieloletnie rozmowy nie przyniosły żadnego rozwiązania problemu o tyle rozmowy z jego ormiańskim kolegą Zograbem Mnacakanianem oraz rozmowy liderów obu krajów w Duszanbe i St. Petersburgu pozwalają żywić nadzieję na postęp w sprawie – jak to określił – wyprowadzenia sił zbrojnych Armenii z „okupowanych terytoriów Azerbejdżanu”. Przejęzyczenie, czy nadmierna szczerość? W moim odczuciu – wygląda na to – najbliższa przyszłość nie rysuje się przed Ormianami zbyt optymistycznie.

Nowe władze co prawda nie ogłosiły żadnego programu tworzenia nowych miejsc pracy, ale za to zapowiedziały redukcje i likwidacje – na razie w administracji państwowej. Rzecz charakterystyczna jako pierwsze do likwidacji przeznaczono Ministerstwo Kultury…

Za jedyną optymistyczną przesłankę uznać można fakt, że społeczeństwo po okresie rewolucyjnej euforii zaczyna jakby uważniej patrzeć nowej władzy na ręce wyrazem czego napis wyświetlany 30 grudnia 2018 na gmachu MSZ Armenii: „Wolność dla Prezydenta!” Równolegle z żądaniem uwolnienia Koczariana wystąpili parlamentarzyści Górnego Karabachu…

Życząc Ormianom wszystkiego co najlepsze w Nowym Roku, dedykuję w tym miejscu także mądre słowa starego Żyda z Podkarpacia: „Jeżeli dwóch się kłóci, a jeden ma rzetelnych 55 procent racji, to bardzo dobrze i nie ma co się szarpać. A kto ma 60 procent racji ? To ślicznie, to wielkie szczęście i niech Panu Bogu dziękuje! A co by powiedzieć o 75 procent racji ? Mądrzy ludzie powiadają, że to bardzo podejrzane. No a co o 100 procent? Taki co mówi, że ma 100 procent racji, to paskudny gwałtownik, straszny rabuśnik, największy łajdak!”