Księga Wyjścia (9)

Ballada transcendentalna

Tym razem może mniej z fizyki, ale oczywiście bez magii się nie obejdzie. Bo jakże trzeźwieć odrzucając wyobraźnię i fantazję. Ważne, by odpowiednio je ukierunkować. Zresztą nie da się pisać o Kazimierzu Dolnym – magicznym miejscu, pomijając ten jego atrybut. Ale po kolei…

Gdy alkoholik ci coś ukradnie i zapytasz o ów przedmiot, wzruszy ramionami i powie, że nic o tym nie wie. Natomiast jeśli narkoman coś ci podwędzi, to oprócz tego, że się wyprze, pomoże ci szukać, wmawiając że z pewnością gdzieś zapodziałeś. To prawda stara jak świat, ale wciąż się
na to nabieram.
Mam nie lada problem z zaufaniem. Nie chodzi o to, że jestem nieufny, wręcz przeciwnie – nie mylić z naiwnością. U większości ludzi na zaufanie trzeba zapracować, w moim przypadku rzecz ma się zgoła odwrotnie. Każdy z poznanych, polubionych i nieodstręczających osób, które poznaję dostaje z góry praktycznie nieograniczony kredyt zaufania. I naprawdę musi się napocić, by je stracić. Z kilkoma wyjątkami, ale o nich później. Teraz dokończę wątek „zaufania na dzień dobry” i jak je stracić, bo jak już napisałem wcale nie trzeba robić nic, by mieć go do woli. Trochę jak w piosence Bułata Okudżawy:
Pierwsze kłamstwo, myślisz, ech zażartował ktoś.
Drugie kłamstwo – gorzki śmiech, śmiechu nigdy dość.
A to trzecie, gdy już przejdzie przez twój próg,
Głębiej rani cię niż na wojnie wróg.
Ktoś mi powiedział, że wśród narkomanów nie ma przyjaciół, trudno było mi w to uwierzyć i mimo wszystko nawiązywałem relacje. Schemat był dokładnie taki jak w piosence Okudżawy, pewnie dalej bym znosił drobne kłamstwa i próby wyłudzenia drobnych kwot, gdyby nie podniesiony głos z pretensją i jakimś żądaniem. Nie usprawiedliwia tego, że ten ktoś był naćpany, może dlatego nie dostał w zęby. Są rzeczy, których organicznie nie znoszę: krzyk, agresja i niezasłużone oskarżenia. To kasuje nie tylko przyjaźń, ale wszelkie relacje. I nie chcę mieć z kimś takim nic wspólnego.
Z pewnością każdy z Was drodzy czytelnicy spotkał się z ludźmi, którzy ledwo poznani mówili jacy to są słowni, jak dadzą sobie za przyjaciół obciąć rękę, nigdy nie oszukują, zawsze rozliczają się z powierzonej kasy, a lojalność to ich drugie imię. Oczywiście nie zdradzają tajemnic, a wszystko co powiesz zatrzymują dla siebie. Sztandarowym zwrotem jest „ja ci to załatwię”. Oczywiście z tego załatwienia nic nie wychodzi, a to co powiesz w tajemnicy jeszcze tego samego dnia zna całe miasto. Przerabiałem to zarówno na detoxie, jak i w normalnym, miejskim życiu.
Tacy ludzie są zwykle bardzo wylewni i co chwilę podkreślają, że temu lub tamtemu coś załatwili, a jeśli faktycznie w czymś już raz pomogli, to będą co chwilę pytać – pamiętasz, nie było problemu – nawet jeśli tylko poczęstowali papierosem. Gdy spotykam takich ludzi, to zwykle „biorę nogi za pas”, to znaczy zbywam ich i bez podania przyczyny zrywam znajomość. To o nich pisałem kiedyś w wierszu „nie znoszę kiedy ktoś się zbliża, by szeptem mnie uderzyć w twarz”. Oni zazwyczaj mówią szeptem, maksymalnie zbliżając się do naszej twarzy, co jest o tyle nieprzyjemne, że zazwyczaj mają bardzo nieświeży oddech. Poza tym, ten szept jest podejrzanie konfidencjonalny, tak jakby bali się, że ktoś usłyszy i zdementuje ten złoty pomnik na cokole cnót.
W poradni substytucyjnej – co było zaskoczeniem – dostałem specjalną legitymację (fot), która upoważnia mnie do legalnego posiadania określonych tam medykamentów. Zapewne niejeden diler chętnie kupiłby ode mnie ten świstek, ale jak wspomniałem zamierzam trzeźwieć, nie kombinować.
Nie ma nic gorszego dla nałogowca jak święta. Zwłaszcza w małym mieście i mam na myśli nałogowca, którego dochody są tak niskie, że nie stać go na to, by zrobić zapasy. To tylko trzy dni, ale wierzcie mi, jeśli ktoś jest uzależniony od opiatów typu Kodeina, Morfina, Metadon czy Heroina – ciężko to zniesie. Jeszcze gorzej z benzodiazepinami typu Clonazepam, Relanium i tysiące innych dostępnych na rynku. Ci biedacy, jeśli nie mają zapasu, to przeżyją koszmar, a jeśli święta potrwałyby tydzień, to po siedmiu dniach, ten sam żywy, pełen energii człowiek byłby nie do poznania.
Najgorzej jest ostatniego dnia, bo pierwsze dwa dni są jeszcze w miarę znośne, ale w lany poniedziałek już znaczna część moich znajomych nie będzie w stanie podnieść się z łóżka, we wtorek będzie to w ogóle niemożliwe – pozostanie liczyć, że ktoś za znajomych pomoże, przynosząc coś do domu. Wówczas też zwykła porcja nie wystarczy, trzeba władować w siebie dwa trzy razy tyle co zwykle.
Pomijając jednak świąteczne problemy nałogowców, wrócę do głównego tematu, czyli „księgi wyjścia”. Zacząłem od stabilizacji, czyli jak już pisałem, zrobiłem rewolucję w mieszkaniu, co sprawiło, że czuję się jakbym kupił nowe, ponownie zacząłem handlować sztuką w Kazimierzu Dolnym. W 2001 roku wynająłem niewielki lokal u zbiegu ulic Lubelskiej i Krzywe Koło – niektórzy mówią „Magiczne Krzywe Koło”. Tych galerii miałem jeszcze kilka, niemniej ta utrzymywała się do końca. Pomimo wysokich kazimierskich czynszów i gdy ponownie poczułem zew drogi, z innych zrezygnowałem, a tę galerię przejął ojciec.
Ocalił ją, a jego atrakcyjność sprawiła, że wielokrotnie filmowcy użyczali go, by zrobić zdjęcia do jakiegoś filmu. Tak więc galeria była już żydowskim sklepikiem, miejscem gdzie kilka lat przed śmiercią Stanisław Mikulski w mundurze niemieckiego oficera przechadzał się, by następnie wsiąść do samochodu. W tym czasie poproszono mnie o zamknięcie i oklejono wszystko co kojarzyło się ze współczesnością odpowiednimi plakatami. A kilka lat temu galeria za sprawą filmowców-magików stała się gabinetem weterynaryjnym do jakiegoś serialu z Piotrem Fronczewskim i Mateuszem Damięckim. To oczywiście wiązało się z pewnymi przeróbkami. Ekipa filmowa zajęła się wszystkim, łącznie z montażem i demontażem. Atrakcyjnych budynków jest w tym miasteczku cała masa, podobnie jak i galerii – kiedyś liczyłem i wyszło mi, że około setki.
Produkcja filmu polega na tym, że – podobnie jak w sandomierskim „Ojcu Mateuszu” – na miejscu nagrywa się jedynie niezbędne ujęcia, a cała reszta powstaje w Warszawie. Nakręcili więc na zapas ten gabinet, który ponoć do tej pory im służy. Nie wiem, bo nie oglądam telewizji.
Zawsze to jednak jakaś niezapomniana przygoda. I pomimo mojej ponad półrocznej pracy w TVP, zupełnie inna w reżyserii, charakterze i całej tej otoczce. Przez jakiś czas byłem współautorem cyklu filmów dokumentalnych, mam więc porównanie. Przy dokumencie musieliśmy się wyrobić w kilku, a przy serialu trudno policzyć ilość zaangażowanych osób. Inny budżet, inny pr oducent i inne nazwiska. Z pewnością oglądalność filmów dokumentalnych o czyścicielach kamienic cieszy się mniejszym zainteresowaniem, niż telenowela z weterynarzem w tle.
Wróciłem więc do dawnego zajęcia. I jak na razie dobrze mi z tym. Zająłem się też zdrowiem, a zwłaszcza nadrabiam zaległości stomatologiczne. Po ostatniej wizycie u pani stomatolog, mimo że minął tydzień, wciąż skręcam się z bólu. W pewnym momencie był tak ogromny, że musiałem pójść do szpitala, gdzie dali mi zastrzyk. A inna dentystka podjęła się ambitnego zadania rekonstrukcji mojego uzębienia. Efekt barwnego życia, które wcale nie było kolorowe.
Wracając jednak do magii, Kazimierz Dolny ma to do siebie, że jest ona wyczuwalna na każdym kroku. Począwszy od Cyganek na Rynku (gdybym napisał Romki, dostałbym od nich po łbie), próbowałem kiedyś je uświadomić, ale skończyło się na tym, że jedna z nich powiedziała: „Ja jestem Cyganka i jestem z tego dumna”. Cóż mogłem odpowiedzieć.
W trakcie pisania tego felietonu, przypomniało mi się, że napisaliśmy kiedyś ze Zbyszkiem Nitą magiczno-surrealistyczno-abstrakcyjny dramat pt. „Delirium w Kazimierzu”. Ponieważ powstał z pominięciem wydawnictwa, nie ma ISBN. Ot, napisaliśmy, drukarnia wydrukowała i nie bardzo wiedzieliśmy co z tym zrobić, nazwaliśmy to więc wyrób książkopodobny. Zalega więc kilkaset egzemplarzy, których chętnie się pozbędziemy za cenę „co łaska” plus koszt wysyłki. Kontakt przez telefon, redakcję, fb lub maila.
A oto fragment, który jest jednocześnie wstępem:
„Tutaj się wszystko zaczyna i kończy. W Kazimierzu Dolnym. Świat, wszechświat, czarne dziury, historia, teraźniejszość i to co wkrótce się wydarzy. Wszystko dzieje się tu i teraz. W sobotę. Udowadnia to ponad wszelką wątpliwość, i pomimo negatywnej opinii garstki radykalnych historyków, niniejszy apokryf*.
Zaczęło się, gdy na kazimierskim rynku nie było jeszcze studni, w Kazimierzu nie było rynku, między Górą Trzech Krzyży a Wisłą nie było Kazimierza. Góry Trzech Krzyży też nie było, bo chrześcijaństwa nikt jeszcze nie wymyślił. Zamiast Wisły stało puste koryto, w którym zawiązywała się miejscowa koalicja.
W sadzie za Kamienicą Celejowską siedziała dziewczyna i płakała wniebogłosy. Przechodzący nieopodal, znany wszystkim mieszkaniec Dołów Hipolit Pyton, ulitował się nad nieszczęsną. Podszedł do niej i powiedział: Nie płacz Ewka, masz jabola…**
Gdy tylko światowe agencje podały tę informację do publicznej wiadomości, a następnie potwierdziła to CNN, nie zważając na czyhające niebezpieczeństwa***, postanowiliśmy
przyjechać”.
„* Apokryf – tekst niepewnego pochodzenia, wątpliwej autentyczności. Dotyczy utworów o fałszywym pochodzeniu.
** Jabol – Dawny napój owocowy, wytwarzany przez tubylców z miejscowych produktów w nieodległych Kluczkowicach – obecnie nazywany bączkiem, mózgojebem itp. Wśród samic tego gatunku panowało przekonanie, że udział w produkcji tej cieczy mają siły nieczyste. Podejrzenie to potwierdzała duża zawartość siarki. Wyniki dostępne w centrum…
*** Niebezpieczeństwa – Marskość wątroby, ciężka i przewlekła choroba psychiczna, narażenie życia lub zdrowia z powodu niezrozumienia treści przez prawdziwego patriotę. Utknięcie w Kazimierzu na zawsze”.
Do przeczytania za tydzień

Księga Wyjścia (4)

Ballada o trzech obrazach

Zrobiłem jedną z głupszych rzeczy. Zobowiązałem się, że będę już omijał temat uzależnień. Trudno jednak całkowicie go przemilczeć, gdy zamiarem jest pisanie o trzeźwieniu. Nawet w komentarzach, które piszecie pod felietonami, życząc mi wytrwałości, siły, zachęcając do walki, zawsze temat nałogów gdzieś się przewinie. Trudno prowadzić walkę milcząc o wrogu. Możemy jednak pozostawić go w cieniu, gdzieś na trzecim planie, bo głównym bohaterem jest walka, czyli trzeźwienie – wieczna droga. A celem każdego wagabundy jest właśnie droga.
Według jednej z teorii Heraklita o jedności przeciwieństw, droga w dół i w górę jest jedna. Trudno nie przyznać mu racji, tyle że w dół się spada, można się też sturlać, do góry jest gorzej. I nie chodzi już o niedogodności wspinaczki, tylko labirynt, którego nie widać podczas zejścia. Ale dość tych metafor.
Od kiedy wyszedłem ze szpitala moje dni wyglądają jednakowo, taka kalka. Wpadłem w rytm monotonii i o dziwo zaczęło mi się to podobać. Odkrywam coś, o czym dawno już zapomniałem – powtarzalny spokój.
Ta przewidywalność zwyczajnie mnie zachwyciła. Zatrzymałem się na chwilę i łapię oddech. Zaczynam dzień od kawy i suboxonu, potem śniadanie i koniecznie budyń. Wiem, że brzmi to idiotycznie, ale naprawdę zacząłem jeść śniadania i całkiem na poważnie rozważam zakup kapci. Już nie chodzi o wygodę, ale pewien symbol.
Potem jadę do Kazimierza przygotować się do nadchodzącego sezonu. O tej porze roku miasteczko świeci pustkami, mam więc czas, by ponownie wdrożyć się w sprzedaż obrazów i rzeźb. W stałym rytmie i bez pośpiechu. Wyjątkiem jest jedynie środa, to ostatni dzień kiedy powinienem napisać felieton. Najpóźniej w czwartek muszę go wysłać do redakcji. Wzrasta wtedy adrenalina, harmonijnie uporządkowane myśli nagle znikają i za każdym razem mam w głowie chaos. W tym fachu doświadczenie się nie sumuje, każdy tekst jest pierwszy – to słowa Ryszarda Kapuścińskiego – bardzo prawdziwe, jeśli się pisze naprawdę, nie zaś kalką schematyczną, lub za pomocą funkcji kopiuj – wklej, zmieniając jedynie drobne szczegóły.
Michał Anioł Buonarroti powiedział: „rzeźba jest w kamieniu, wystarczy odrzucić to, co zbędne”. Z pisaniem tekstów jest dokładnie tak samo. Jedyną różnicą jest brak owego kamienia i tu trzeba wyręczyć naturę, samemu tworząc ten „kamień”. Czyli przelać na papier wszystko co wydaje się ważne, a potem wystarczy odrzucić to co się jedynie wydawało ważne. Istotne, by odróżnić jedno od drugiego. Skojarzenie pisania tekstów z rzeźbą nie jest przypadkowe, w ten sposób płynnie przejdę do mojego nowego zajęcia, czyli handlu sztuką w Kazimierzu Dolnym.
W poprzednim odcinku dosyć szczegółowo opisałem dlaczego i skąd ten wybór. W każdym razie nie bacząc na idiotyczną mądrość ludową, że nie wchodzi się dwukrotnie do tej samej rzeki – nie będę rozpisywał się o Heraklicie i właściwym sensie, przerobionej na głupie przysłowie jego sentencji, ponownie i z pełną premedytacją wkroczyłem dokładnie do tej samej rzeki – metaforycznie oczywiście. Opowiem Wam jak wyglądała ta „kąpiel” za pierwszym razem. Czyli osiemnaście lat temu.
Podobnie jak teraz, nie mając pomysłu na życie postanowiłem zrobić eksperyment i spróbować sprzedawać rzeźby i obrazy. Byłem totalnie spłukany i każdy kto miał sto złotych, wydawał mi się bogaczem, dlatego trudno było uwierzyć, że są ludzie, którzy potrafią wydać kilkaset lub kilka tysięcy złotych żeby kupić obraz.
Bez specjalnego przekonania zrobiłem niewielki stelaż i postanowiłem rozstawić się z nim na Dużym Rynku. Sprzedających było wówczas wielu i wcale nie było łatwo się wcisnąć. Przydały się dosyć twarde łokcie, które wtedy jeszcze dosyć nieźle sobie radziły i tym sposobem umieściłem swoją skromną ekspozycję pomiędzy całą masą innych obrazów. Kilkudziesięciu malarzy, setki obrazów i ja ze skromnym stojakiem, na którym miałem ich chyba osiem i ze trzy rzeźby.
Pierwsze tygodnie nie napawały optymizmem, od czasu do czasu udało się coś sprzedać, kasa ta jednak szła na placowe i wszelkie koszty związane z moim przedsięwzięciem. Ale przynajmniej zacząłem jakoś trwać, teraz szło o to, by przetrwać. Zastanawiałem się jak to jest, że niektórzy sprzedają obrazy niemalże jak świeże bułki, a ja ledwo wyrabiam na koszty. Rozumiałem całą złożoność i specyfikę tej branży, niejednokrotnie słyszałem pytanie: a ten widoczek, to ręcznie malowany? Dlatego nie byłem zdziwiony, że beznadziejne – według mnie oczywiście – landszafty cieszą się powodzeniem. Wydawało mi się to jednak nieproporcjonalne i nie mówię o sobie, bo było wówczas na Rynku bardzo wielu świetnych malarzy, którzy przegrywali z czymś w rodzaju dawnej fototapety niechlujnie wsadzonej w ramy. Siedziałem tak na prażącym słońcu od rana do nocy i cieszyłem się, gdy przynajmniej ktokolwiek podszedł i zainteresował się tym co sprzedawałem. Latem Rynek zamienia się w rozgrzaną patelnię, bez odrobiny cienia.
Prażące niemiłosiernie promienie słoneczne, nagle mnie oświeciły: przecież ci co sprzedają, to zwykli, doświadczeni handlarze, którzy potrafią dobrać miejsce i odpowiednio wyeksponować towar. Postanowiłem ich przebić, pewnego dnia przyjechałem jeszcze przed świtem, zaopatrzony w niezbędne narzędzia i w kilkadziesiąt minut z przygotowanych wcześniej listew zmontowałem największy w historii rynkowego handlu, stelaż. Był tak duży, że nie mogłem przywieźć gotowego, tylko musiałem zbudować go na miejscu. Miałem już ze sobą nie kilka, a kilkadziesiąt obrazów. Pamiętam wściekłość innych sprzedawców i malarzy, gdy zobaczyli moją konstrukcję, której już nie można było nazwać stelażem. Uśmiechem kwitowałem „dobre” rady typu, że wiatr będzie mi zrzucał obrazy, że na pewno zapłacę potrójne placowe itp. Chciałem im zrobić psikusa i się udało.
Wciąż specjalnie nie dawałem wiary w sens i powodzenie tego co robię, ale nie miałem innego zajęcia. Nie mogłem wiedzieć, że będzie to moment zwrotny, zarówno w moim myśleniu, jak i dalszej działalności na tej niwie.
Gdy tylko Kazimierz zaczął się budzić i pojawili pierwsi turyści, wokół mojego stoiska zaczął gromadzić się tłum. Byli to na razie jednak tylko „oglądacze”, ale już sam fakt, świadczył, że odniosłem jakiś tam sukces. Wszystko co się wydarzyło później zupełnie odmieniło moje spojrzenie na ten rodzaj działalności. Podszedł do mnie niepozorny mężczyzna, wskazał na obraz i zapytał o cenę – pięćset złotych odpowiedziałem – A ten? Zapytał wskazując na drugi – trzysta rzuciłem sądząc, że gość chce tylko poznać ceny, albo szuka taniej pamiątki z Kazimierza. Chwilę się przyglądał i zapytał o jeszcze jeden, akurat z tych droższych – siedemset odrzekłem bez większego entuzjazmu i pomyślałem, że już przegina. Szczęka mi opadła, gdy powiedział – to te trzy poproszę. Pakowałem drżącymi rękami, nie mogłem uwierzyć w tak udaną transakcję. To był właśnie ten przełom.
To nieprawdopodobne, jak dużo zawdzięczam gigantycznej konstrukcji i odpowiedniej ekspozycji. Nie pamiętam czy tego dnia sprzedałem coś jeszcze, czy już nie – być może – ale ten mężczyzna zapadł mi w pamięć do dzisiaj (minęło osiemnaście lat). Uwierzyłem wtedy, że da się na tym zarobić, że są ludzie, których stać na obrazy i że potrafię im je sprzedać.
Dotychczas, podobnie jak inni rozstawiałem się na Rynku jedynie w weekendy, ale ponieważ od poniedziałku do piątku również nie miałem zajęcia, poza opieką nad szczeniakiem, którego kupiłem od znajomego miłośnika taniego wina za butelkę tegoż, zacząłem jeździć z obrazami codziennie. Pies oczywiście wiernie jeździł ze mną. Kolejne odkrycie i kolejne zdziwienie – nie tylko weekendy, ale i w powszednie dni sprzedawałem obrazy. Wprawdzie ludzi było znacznie mniej, ale sprzedaż większa. Dopiero później odkryłem, że ci co przyjeżdżają kupić obraz, unikają tłumów.
Tamte złote czasy już minęły, obrazy sprzedają się znacznie gorzej, ale zapotrzebowanie wciąż istnieje. Wchodząc ponownie do tej samej rzeki, miałem przygotowaną już łódkę w postaci doświadczenia i galerię, którą udało mi się osiemnaście lat temu wynająć. Całe szczęście, że ojcu chciało się ją prowadzić, gdy ponownie ruszyłem w świat. Ale on też jest uparty i choć bywały lata, że musiał do tego dokładać, to przetrwał ten trudny okres. Obrazy to towar luksusowy i stan zamożności społeczeństwa ma ogromny wpływ na obroty wszystkich kazimierskich galerii. Niezależnie od koniunktury, obrazy zawsze cieszyły się większą popularnością niż rzeźby.
Osobiście zamiast pędzla wolałem dłuto, a wszystko to za sprawą jednego człowieka, którego poznałem jeszcze w dzieciństwie.
W niewielkiej, dwuizbowej chatce, która jeszcze w latach osiemdziesiątych znajdowała się na rubieżach Puław, zainstalował się pewien artysta. Ludwik Sandecki – genialny, lecz nigdy nieodkryty rzeźbiarz Nawet w Internecie nie można znaleźć o nim żadnej wzmianki (jest ktoś o tym samym imieniu i nazwisku i także rzeźbiarz, ale ze Szczecina).
Chcąc się czegoś o nim dowiedzieć, trzeba poszukać wśród prac dyplomowych studentów różnych uczelni plastycznych, lub przeczytać następny odcinek „Księgi wyjścia”. To właśnie u niego stawiałem pierwsze kroki i poznawałem tajniki rzeźby, on wszczepił mi sentyment do drewna. Będąc jeszcze w podstawówce biegałem tam, siadałem naprzeciwko i zabierałem się za pracę. Gdy widział, że jestem bliski odcięcia sobie palca lub ręki, interweniował, gdy pokazywałem mu „skończoną” rzeźbę, on brał ją do ręki i zawsze znalazł całą masę tego, co należy odrzucić. W kilku ruchach, z siermiężnego „dzieła” ucznia, potrafił zrobić prawdziwe dzieło mistrza. Od komercyjnego włóczęgi, po wysublimowane formy z wyeksponowanym słojem. Ludwik był artystą przez duże ART.
Wraz z rozwojem miasta, jego kurna chata znalazła się nagle w ścisłym centrum. Wyglądała trochę jak skansen wciśnięty pomiędzy luksusowe rezydencje. Przegrała jednak z rosnącą ceną gruntów i atrakcyjnością miejsca. Ludwik zmarł na raka kilka lat po tym jak z jego „oazy” zrobiono willę.
Co ten tekst ma wspólnego z zapowiadanym trzeźwieniem? Samo pisanie już spełnia te kryteria.