Czy mogło pójść inaczej?

W roku 1989 stanęliśmy w obliczu możliwości zmiany systemu politycznego, a w ślad za tym gospodarczego. Ograniczenia ideologiczne minionego okresu przestały mieć znaczenie.

Mieliśmy w Polsce dorobek merytoryczny umożliwiający wprowadzenie racjonalnych rozwiązań gospodarczych. Pozwalał on zmienić gospodarkę socjalistyczną na kapitalistyczną, typu społecznej gospodarki rynkowej. Wystarczyło ten dorobek oczyścić z ograniczeń ideologicznych i wprowadzić w życie. Było to tym łatwiejsze, bo współautorem tworzenia tego dorobku był również Leszek Balcerowicz.
W 1989 r. rozpoczyna obrady okrągły stół, który kończy się podpisaniem porozumienia 5.04.1989 r. Następuje zmiana ustroju i rozpoczyna się transformacja. Po okrągłym stole zrealizowano hasło „Wasz Prezydent nasz Premier”. L. Balcerowiczowi powierzono przeprowadzenie transformacji. Dla wzmocnienia jego wpływu na decyzje gospodarcze, powierza mu się stanowiska wicepremiera i Ministra Finansów, a ponadto jeszcze Przewodniczącego Komitetu Ekonomicznego przy Radzie Ministrów.
Przystępując do transformacji, już na wstępie odstępuje od dotychczasowego dorobku opracowanych propozycji reform. Staje się realizatorem propozycji reform pochodzących z zewnątrz i finansowanych przez obce fundacje (staże Balcerowicza) i fundację Sorosa (propozycje J. Sachsa i D. Liptona), przy poparciu rodzimych elit.
Przyjęto skrajnie liberalny model gospodarki rynkowej. Co ciekawe, wbrew wcześniejszym założeniom. Bowiem przy okrągłym stole panowało przekonanie, że modelem realizowanym będzie model społecznej gospodarki rynkowej. Wyrazem tego była zapowiedź premiera Mazowieckiego w w expose w dn. 12 września 1989 r.: że misją formowanego przez niego rządu jest właśnie społeczna gospodarka rynkowa. Jednocześnie, propaganda zakłamywała, że nie było innych rozwiązań ani „trzeciej drogi”.
Powierzenie L. Balcerowiczowi przeprowadzenia transformacji gospodarczej było powszechnym zaskoczeniem. Przecież wśród reformatorów było wiele świetnych nazwisk, którzy nadawali ton w przygotowaniu reform. Weźmy choćby skład personalny Komisji Reformy Gospodarczej oraz wykaz „Uczestników prac nad propozycjami” reformy. Wśród nich był też Waldemar Kuczyński, który miał rozeznanie, a w końcu rekomendował premierowi T. Mazowieckiemu L. Balcerowicza. Od lat 60-tych premier Mazowiecki jako szef Klubu Inteligencji Katolickiej miał u boku prof. Stefana Kurowskiego (znanego opozycjonistę), który już w latach 80-tych wysuwał postulat prywatyzacji. Przewidywał upadek socjalizmu, szanse na zmianę ustroju i wprowadzanie nowego systemu – jak go nazwał, kapitalizmu rynkowego. Postulował wielopodmiotowość form własności.
Moja praca zawodowa dała mi okazję do zetknięcia się w praktyce z rzekomym mechanizmem gospodarki rynkowej wprowadzonej w wyniku transformacji.
Na początku lat 90-tych, po odejściu z firmy znanego później biznesmena A. Gudzowatego (gdzie byłem jego zastępcą) trafiłem do pracy w Ministerstwie Współpracy Gospodarczej z Zagranicą, do Zespołu ds. Prywatyzacji. Byłem przewodniczącym tego zespołu. Zespół ten zajmował się prywatyzacją central handlu zagranicznego. MWGzZ sprawowało nadzór nad tymi centralami (z racji większościowego pakietu udziałów). Tu zetknąłem się pośrednio z L. Balcerowiczem (już wicepremierem i Ministrem Finansów) i jego doradcami z tego okresu.
Procedura prywatyzacji central handlu zagranicznego była taka, że ów zespół opiniował i przyjmował projekty prywatyzacyjne, (wszelkie dokumenty; wyceny, tzw. raporty prywatyzacyjne itd) i przedkładał do akceptacji ministrowi WGzZ, a ten z kolei Ministrowi Przekształceń Własnościowych. W skład tego zespołu wchodzili również doradcy Ministra Finansów, wówczas Balcerowicza.
Tymi doradcami Balcerowicza nie byli obywatele polscy, lecz tzw. zagraniczni eksperci, których sprowadził głównie z USA (zapewne poznawał ich będąc tam na stypendiach). Byli to przeważnie polskojęzyczni synowie polskich emigrantów. W owym zespole był doradca o nazwisku Święcicki. Ów członek zespołu pilnował „prawidłowości” prywatyzacji ze strony Ministerstwa Finansów. Był też przedstawiciel Ministerstwa Przekształceń Własnościowych, który z kolei miał pilnować zgodności przedkładanej dokumentacji z przepisami: m.in. metody wyceny, kompletności dokumentów Zespół ten nie mógł przekazać dalej dokumentacji do podpisu Ministrowi WGzZ bez zgody owego doradcy Święcickiego z Ministerstwa Finansów.
Zespół dokonywał oceny dokumentacji prywatyzacyjnej, tj. analizy ekonomiczno-finansowej i prawnej danej centrali oraz oczywiście wyceny. To wszystko było opracowywane przez tzw. firmy konsultingowe, głównie zagraniczne. Ów doradca uznawał firmy obce za wiarygodne, bo według niego posiadały merytoryczne kompetencje do opracowania analiz i wycen central handlu zagraniznego, mimo iż nie znały ich specyfiki (takich CHZ nie było na zachodzie). Odnosił się zaś sceptycznie do materiałów opracowanych przez firmy polskie.
Jak wiadomo, takich obcych firm wylądowało w Warszawie bez liku. (tzw. „Brygady Marriotta” od nazwy hotelu, w którym mieszkali na koszt strony polskiej). Firmy te brały niewyobrażalne, jak na nasze stosunki rynkowe, wynagrodzenia za te opracowania. Trzeba było walczyć o to, by opracowania polskich firm były łaskawie przez owych doradców honorowane.
To pokazuje jakie mechanizmy „rynkowe” tu działały. Działała widzialna ręka rynku, bo polskie firmy na tym rynku usług konsultingowych, w drodze konkurencji nie mogły zdobyć zlecenia, mimo znacznie niższych cen i lepszej jakości opracowań. Podmiotem działającym na tym rynku było państwo, bo ono decydowało i płaciło wykonawcom. . Należy dodać, że te „renomowane” firmy nie mając rozeznania i nie znając specyfiki naszych podmiotów gospodarczych, wynajmowały polskich specjalistów (Polacy byli „murzynami” w tych firmach).
Jako przewodniczący Zespołu Prywatyzacji wywołałem incydent z dwoma takimi „renomowanymi” firmami: Coopers and Lybrand i Baltic Accountans and Consultants. Obnażyłem ich słabość merytoryczną – podważyłem wycenę Elektrimu i centrali Dal. Wycenę tej ostatniej zdołałem przeforsować do poprawki. Wywołało to oburzenie: jak niekompetentny urzędnik śmie odrzucać i kwestionować opracowania renomowanych firm.
Szef oddziału Coopers and Lybrand na Polskę niejaki Anthony Reczek z Londynu groził mi sądem: że zaskarży za zniesławienie firmy. Kiedy mu pokazałem ewidentne błędy w wycenie Elektrimu, odstąpił od tego zamiaru (obawiał się że ta ocena ujrzy światło dzienne w sądzie i obnaży merytoryczne niekompetencje obcych firm konsultingowych). Natomiast firma BAC i centrala Dal długo spierały się ze mną, aż do chwili gdy przestałem pracować w zespole.
Będąc w tym zespole byłem świadkiem rozdrapywania przez nomenklaturę Navimoru, Budimexu i innych central. Poznałem, jaką „technologią” się to robi. Napisałem notatkę na ten temat dla wiceministra nadzorującego prywatyzację central handlu zagranicznego. Obnażyłem, w jaki sposób doszło do tego, że do prywatyzacji Navimoru została tylko „czapka” (pracownicy) bez majątku i kontraktów. Majątek z kontraktami przeszedł do kilkunastu spółek z przewagą kapitału osób fizycznych. Przedstawiciel MWGzZ przez „pomyłkę” i „niezrozumienie” zagłosował na Zgromadzeniu Wspólników (oczywiście bez żadnych konsekwencji) za takim rozgrabieniem.
Navimor został państwowy, z udziałami MWGzZ, ale bez aktywów (majątku i kontroktów). Formalnie była to prywatyzacja CHZ Navimor, faktycznie sprywatyzowano sam szyld bez majątku. Już przed formalną prywatyzacją Navimor był sprywatyzowany, jego majątek i aktywa (kontrakty) znalazły się w prywatnych rękach miejscowej nomenklatury (częściowo starej – i tej nowej powstałej po 1989 r. ).
Prezes Budimex’u zastosował inną technologię przejęcia w prywatne ręce tej firmy – którą dokładnie poznałem, ponieważ zawiązki zawodowe zorientowały się w procederze i przychodziły do mnie do ministerstwa ze skargami i prośbą o interwencję.
Prezes sprywatyzował i zrobił na „szaro” związki zawodowe zupełnie legalnie. Technologia polegała na tym, że prezes likwidował oddziały, czynił je samodzielnymi, co związkom odpowiadało bo pozbywały się uciążliwej centrali, były samorządne i samodzielne. Z oddziałów tworzył spółki-córki. W „córkach” udziałowcami były wybrane osoby fizyczne (oczywiście nie spółki pracownicze) i „matka” – centrala Budimexu. Później Budimex w całości został sprzedany (sprywatyzowany) z korzyścią dla udziałowców, tych osób fizycznych, hiszpańskiej firmie Ferroval, wraz z „córkami”, gdzie udziały miały osoby fizyczne i państwową centralą. Ferroval budowała Okęcie Terminal II, której to budowie towarzyszył wielki skandal opisywany w mediach.
Następnym miejscem mojej pracy było PHZ Cenzin (handel bronią), gdzie pełniłem funkcję członka zarządu ds. ekonomiczno-finansowych w latach 1991-1993. Tam znowu zderzyłem się z działaniem rynku powstałym w wyniku transformacji. Mechanizmy te odkryłem dzięki krytykowanemu tzw. Raportowi Macierewicza z weryfikacji Wojskowych Służb Iinformacyjnych (kiedyś dostępny w internecie, wydany w formie powielonej. Aneks do tego raportu do dziś nie został ujawniony).
Raport ten umożliwił zrozumienie tego co działo się wokół PHZ Cenzin. Wtedy właśnie tworzyła się struktura tzw. mafii paliwowej. Miało to związek z Cenzinem, ponieważ Cenzin tracąc rynek ZSRR handlu bronią, poszukiwał pod presją właściciela (MWGzZ) innej intratnej działalności. Mniejszościowymi udziałowcami były zakłady zbrojeniowe. Intratną działalnością był zaś handel paliwami. Stąd Cenzin ubiegał się o koncesję na obrót paliwami. Koncesję wydawało właśnie MWGzZ, które z racji większościowego udziału sprawowało nadzór nad Cenzinem. MWzGZ nie udzielił jednk swojej firmie owej koncesji!. Wówczas otrzymali ją inni, właśnie spółki z mafii paliwowej. Gdyby nie raport Macierewicza do dziś nie mógłbym zrozumieć, dlaczego wówczas Cenzin nie otrzymał koncesji.
Natomiast zarząd Cenzinu został natychmiast odwołany i oskarżony o działanie na szkodę spółki, ponieważ już zaangażował się w pozyskanie terminala paliwowego licząc, że taką koncesję otrzyma. Nowy zarząd objęli przedstawiciele służb spejalnych. Prezes – nawet pod zmienionym nazwiskiem.
Kolejnym zderzeniem jakie miałem z „mechanizmami rynkowymi” wprowadzonymi przez L Balcerowicza, były doświadczenia jako biegłego sądowego w sprawach gospodarczych. Dowiedziałem się o realnych mechanizmach mafijnych w gospodarce, jak również o działaniach sadów. Doświadczenia stąd wynikające pokazują ogrom patologii rynkowych i ich mechanizmy (opisałem to w publikacjach z kolejnych Konferencji Biegłych Sądowych z zakresu ekonomii, finansów, organizacji i zarządzania, w raportach z lat 2003-2005 wydawanych przez Stowarzyszenie Rzeczoznawców Ekonomicznych). Przedstawiam tam mechanizmy kapitalizmu oligarchicznego jako źródło patologii w życiu gospodarczym oraz powiązania struktur państwa z ludźmi biznesu (czytaj nomenklaturą) i ze światem przestępczym.

F-35 na koronawirusa

Państwo znalazło się niespodziewanie w opałach. Coraz więcej osób chorych, coraz wyraźniejsze słabości służby zdrowia – widać że państwo ma poważny problem. Ludziom zaś trwożne myśli zaprzątają głowę – co z pracą, z czego żyć? O to prof. Grzegorza Kołodkę z Akademi Leona Koźmińskiego, b. wicepremiera i ministra finansów spytał Marek Barański.

Koszty będą olbrzymie. Jeszcze ich nie znamy, podobnie jest w innych państwach świata. Już można, jak sądzę szacować, że w stosunku do planowanego przez rząd budżetu na rok 2020 pojawi się dodatkowy deficyt (mówię „dodatkowy”, bo „deficyt zerowy”, to była mrzonka obecnego rządu). Szacować go można od 6 do 8 procent. 3-4 proc. To jest skutek dodatkowych wydatków w związku z walką o ludzkie zdrowie i życie, z ochroną miejsc pracy, a także nakładów na podtrzymywanie przedsiębiorstw zwłaszcza małych i średnich, które nie są w stanie poradzić sobie same.
Drugie 3-4 proc, to jest ubytek dochodów budżetu państwa z tytułu zaniechania poboru składek na ZUS i ubytków w podatku VAT-u, bo przecież mniej wydajemy w tych czasach.
W polskich realiach „dziura” może wynieść 140 – 190 mld zł.
Skąd wziąć te pieniądze?
Są trzy są kanały ich pozyskania. Pierwszy – drukowanie pieniędzy. Bardzo dobrze, że NBP skupuje na rynku wtórnym obligacje wyemitowanie przez państwo i to jest właśnie nic innego, jak to, co ludzie nazywają drukowaniem pieniędzy. Nie ma obawy, że nadmiernie wzrośnie dług publiczny, bo on jest daleko od granicy wyznaczanej przez prawo polskie i unijne ograniczające jego skalę w stosunku do PKB.
Drugi kanał – o nim na razie się nie dyskutuje, ale to jest tylko kwestia czasu, to podniesienie podatków. Oczywiście tym, którzy będą mieli, z czego płacić, a nie biednym. Trzeba bezwzględnie odejść od fatalnych rozwiązań preferujących najlepiej wynagradzane warstwy pracowników i wszystkie dochody indywidualne skonsolidować i obłożyć je podatkiem progresywnym. Należy odejść od różnego rodzaju kontraktów menadżerskich, czy pseudo indywidualnej działalności gospodarczej, prowadzonej tylko po to, żeby płacić podatek liniowy i unikać tejże progresji.
I trzeci kanał. Chcę mocno podkreślić, że jeśli mamy troszczyć się o bezpieczeństwo społeczeństwa i ludzi, co tak bardzo podkreślają uczestnicy każdych wyborów, łącznie z obecnymi – prezydenckimi, to niech politycy i parlamentarzyści wykażą się minimalnym rozsądkiem i odwagą i zamrożą co najmniej na pięć lat tzw. wydatki obronne. Nie będziemy przecież walczyć z koronawirusem przy pomocy myśliwców F-35, nakręcając przy okazji koniunkturą amerykańskim protektorom. To lizusostwo pro-amerykańskie powinno się skończyć. Bezpieczeństwo Polski spokojnie może być zachowane przy zamrożeniu wydatków na obecnym nominalnym poziomie, a cały przewidywany przyrost powinien być skierowany na dofinansowanie profilaktyki i lecznictwa, nie tylko w obecnej walce z epidemią.
I po drugie – na sensowną, wzmacniającą spójność społeczną i nie sprzeczną z troską o efektywność gospodarczą, opiekę społeczną. Nie muszę dodawać, że przy okazji, jednym pociągnięciem pióra, skreśliłbym też z planów budowę megalomańskiego lotniska za dziesiątki miliardów złotych.
No to jest pole do popisu dla lewicy. Postulat podatku progresywnego jest stałym punktem ich programów politycznych.
Lewica, jeśli nie zgłosi przy tej okazji wniosku o zamrożenie wydatków zbrojeniowych i przesunięcie ich na obronę położenia społecznego i standardu życia ludności szczególnie zagrożonej, będącej w trudnej sytuacji materialnej, utraci moralne prawo do nazywania się lewicą. Powinna być w awangardzie zabiegów o racjonalizację sytemu fiskalnego i o prospołeczne i zarazem proefektywnościowe ukierunkowanie interwencyjnych działań rządu w tym niezwykle skomplikowanym czasie.
Skomplikowanym od strony budżetowej, ale i politycznej…
Jest oczywiste, że wybory prezydenckie, nie odbędą się 10 maja. Zapewnienia rządzących i spory z opozycją, to funta kłaków warta kolorystyka polityczna.
Należy sobie jednak uzmysłowić, że przesunięcie wyborów prezydenckich będzie niezwykle kosztowne. W następnych kwartałach sytuacja gospodarcza w Polsce będzie się pogarszać. Będą rosły napięcia społeczne, spadać będzie również poparcie dla obecnej władzy, łącznie z obecnym prezydentem. Rząd PiS, aby utrzymać swoją popularność i szanse na reelekcję A. Dudy, nie będzie szczędził pieniędzy – oczywiście pod hasłem walki z koronawirusem i z jego następstwami. Miejmy świadomość, że przez cały czas będzie także trwał gigantyczny nacisk z jednaj strony przez populistów, którzy pod pretekstem obrony najsłabszych będą domagali się gigantycznych pieniędzy na pomoc społeczną, nawet tam, gdzie można sobie poradzić bez ekstra zabiegów.
Z drugiej zaś strony możni tego świata, pod hasłem obrony miejsc pracy i ochrony przedsiębiorców, już rozpoczęli swój skok na kasę. Ile to będzie kosztowało, jeszcze nie wiemy, ale dużo.

Refleksje „pożytecznego idioty”

Niektórzy, a może nawet większość uważa ten znany od wielu lat zwrot jako nieprzychylny osobie, która sama tak się określa. Zwrot ten robi karierę wtedy, gdy ktoś z obywateli – piszę w kontekście naszej Polski – popiera jakąś myśl polityczną i nie tylko. Zawsze można też tak nazwać osobę, która ma odmienne poglądy od adwersarza.

Piszę ten artykuł w odpowiedzi na zachęty Redaktora Piotra Gadzinowskiego , który skrzętnie wykorzystuje takie teksty w coraz lepiej redagowanej gazecie „Dziennik Trybuna”.

Pora się więc przedstawić – nazywam się Bogdan Płusa , jestem rodowitym łodzianinem drugiego pokolenia. Pochodzę z rodziny robotniczej i jestem typowym przedstawicielem umiejętnego wykorzystania szansy awansu społecznego , pierwszym z mej rodziny , który wieczorowo ukończył studia wyższe na Wydziale Prawai Administracji Uniwersytetu Łódzkiego z tytułem magistra administracji. Z zawodu jestem zegarmistrzem , całą swą drogę zawodową realizowałem w Łódzkiej Fabryce Zegarów. a podwyższając swe kwalifikacje zawodowe osiągnąłem tytuł mistrza mechanika precyzyjnego .

Co się stało , że podwyższenie swych kwalifikacji osiągnąłem w późniejszym wieku ? Otóż jak każdy zdrowy , młody człowiek przez 15 lat byłem czynnym sportowcem – piłkarzem , lekkoatletą o kolarzem. Wspólnie ze znakomitymi kolarzami – mistrzami Polski Józefem Staroniem , Wojciechem Kowalskim, Władysławem Kierczyńskim zostaliśmy w 1968 r Wicemistrzami Łodzi (lata 60 i 70 to dominacja łódzkich kolarzy w Polsce)w najcięższej konkurencji kolarskiej– wyścigu drużynowym na 100 km.
W międzyczasie moja droga życiowa – polityczna – była typową dla ówczesnego modelu awansu społecznego. Działalność w ZHP w szkołach , działalność w KMW w wojsku , działalność w ZMS w zakładzie pracy. Oczywiście całość mej kariery była śledzona przez wielu działaczy , co wiązało się ze wstąpieniem w 1969 r do PZPR.Czy tego typu drogę życiową można uznać za idiotyczną pożyteczność?

Ten krótki zarys życiorysu był potrzebny celem uzasadnienia dalszych wywodów.

Jestem pod wrażeniem wielu artykułów, jakie ukazują się w „Dzienniku Trybuna” i o nich chcę podzielić się refleksjami.

Redaktorowi Gadzinowskiemu chce się stworzyć zespół redaktorski na wysokim poziomie intelektualnym. Trzeba uznać jego niesamowitą wolę i za to mu chwała . Czy ten wysiłek intelektualny można uznać za pożyteczny idiotyzm?

Są ludzie o określonych życiorysach , dzielą się swoimi refleksjami na łamach „Dziennika Trybuna”. Są one związane z życiem w urządzonej na nowo polskiej rzeczywistości po 1945 roku , po niesamowitej rewolucji społeczno- politycznej , po klęsce II Rzeczpospolitej we wrześniu 1939 r. Miliony niepiśmiennych , bezrobotnych, biednych , bez dachu nad głową uwierzyło że Polska może być lepsza.

Czy ci , którzy nie patrzyli ,że ledwie wyszli z niewoli Niemiec Hitlerowskich a już wg innych zostali zniewoleni , tylko chwycili za łopaty i najpierw odgruzowywali zniszczone miasta i wioski polskie a potem je pieczołowicie odrestaurowali – to też pożyteczni idioci ? A co z tymi , którzy od podstaw stworzyli polski przemysł stoczniowy , polski przemysł motoryzacyjny , stanęli przy krosnach i przędzarkach , tworząc przemysł włókienniczy. Też byli pożytecznymi idiotami ?

Niedawno przy Rektoracie mojej uczelni odsłonięto popiersie Profesora Tadeusza Kotarbińskiego , pierwszego Rektora i organizatora Łódzkiej Uczelni , nie patrzącego, kto jest przy władzy Czy jego też można nazwać pożytecznym tdiotą ? Hańba temu, kto by śmiał tak go nazwać!
Co tu dalej przytaczać, jak ci, co tak nazywają miliony bezimiennych twórców Polski Ludowej , dziś w swoim Tygodniku „Gazeta Polska”(9/2020) piórem Tomasza Sakiewicza pozwalają sobie zaapelować następującymi słowami: ”Przypomnę, jaka jest skala zasięgu naszego środowiska . Ostatnie numery „GP” kupowało około 25 tys. osób, numery „Codziennej” kilkanaście tysięcy , .Portal Niezależna .pl czyta stale około 2,5miliona osób , portal Telewizji Republika – około miliona stałych użytkowników , samą Telewizję codziennie ogląda od kilkudziesięciu do stu kilkudziesięciu tysięcy widzów. W skali miesiąca nawet półtora mln osób włącza TV Republika. Media społecznościowe związane z naszym środowiskiem czyta kilka milionów ludzi . Dla przykładumoje konto na Twitterze obserwuje około 90 tys. osób(zachęcam , by było ich więcej)……W Polsce i na świecie działa prawie 500 klubów „Gazety Polskiej”……I dzisiaj musimy apelować , by ludzie poszli głosować. By się zaangażowali…..(koniec cytatu).
Nie pokuszę się o to, aby wymienionych zaliczyć do pożytecznych idiotów.
A teraz parę uwag do artykułów zamieszczonych w „Dzienniku Trybuna”. Jako pierwszy – pozwolę sobie skomentować artykuł Krzysztofa Janika „Lewica Kaczyńskiego”.

Panie Krzysztofie – to nie jest brednia. Pójdę dalej w ocenie. To jest zwycięstwo dyktatury proletariatu , to jest zwycięstwo klasy robotniczej , która tak walczyła , że aż się wyzwoliła od pracy.NSZZ ”SOLIDARNOŚĆ” urosła do symbolu przewodniej siły narodu , organizatora życia publicznego i twórcy dobrobytu. Jak by Pan , panie Krzysztofie posłuchał , jakie z tego tytułu brednie wypowiada się na ryneczkach łódzkich , jak ludzie chwalą sobie , że teraz wszystkiego jest pełno , jak nasza PZPR nie potrafiła zaspokoić podstawowych potrzeb codziennego używania, a ten kapitalizm to zapewnił , a nasi prpminentni działacze szybko się przesiedli na stanowiska kapitalistów, to pewnie nic z nieba nie spadło. Cały czas tłumaczyliśmy społeczeństwu, co to są nasze wartości lewicowe, a nasz naród tego nie słuchał. A tu Kaczyński raptem zaczął te wartości wprowadzać w życie i naród to przyjął.

To czemu my tego nie zrobiliśmy? Czy znów wraca jak mantra powiedzonko „pożyteczni idioci”? Zawsze mieliśmy jakieś pokrętne wytłumaczenia – a Kaczyński nie tłumaczy , tylko wdraża. Czemu on się nie boi o budżet? On po prostu realizuje to , co się należy społeczeństwu. Nie jest to z mojego punktu widzenia gloryfikacja rządów PIS , bardzo daleki jestem od tego.

Tłumaczenie całości polityki socjalnej i jej niedostatków było wieczną przywarą każdej ekipy władz PRL. Pan do nich należał. Przechowuję w swej bibliotece jak jakąś relikwię NOWE DROGI Sprawozdanie z prac Komisji KC PZPR powołanej dla wyjaśnienia przyczyn i przebiegu konfliktów społecznych w dziejach Polski Ludowej.

Każda władza lewicowa powinna być przepytana ze znajomości przyczyn naszych niepowodzeń przed wpisaniem na listy kandydatów do władz partyjnych Lewicy Polskiej a potem do władz państwowych , do Sejmu , do Senatu, na radnych , prezydentów , burmistrzów , wójtów i dyrektorów oraz prezesów spółek państwowych. Nie wyciągnęliśmy żadnych wniosków z kryzysów , które sami powodowaliśmy. A naród był cierpliwy do sierpnia 1980 r. i pokazał nam „czerwoną kartkę”, nakazał zejść z murawy boiska.
Nasi działacze ekonomiczni , piszący w „Dzienniku Trybuna” pięknie punktują prof. Leszka Balcerowicza za szok 1989 r.

Jednym z nich jest niedoceniany prof. Grzegorz Kołodko. Wiele artykułów w „Dzienniku Trybuna” ma swe odniesienie do instrumentów ekonomicznych , używanych przez niego w trakcie jego wpływu na rządzenie krajem.
Mamy tylu mądrych ludzi , którzy nie zasługują na negatywne oceny i potwarz ‘pożytecznego idioty” Zacznijmy wykorzystywać łamy „Dziennika Trybuna” do dawania odporu takim osądom. Wzorem słów Jacka Kuronia „nie palmy komitetów , tylko je twórzmy.”

Jestem jednym z założycieli Łódzkiego Klubu Miłośników Prasy Lewicowej. Niech to będzie nasz wkład w informowanie Polaków o prawdziwości naszych działań społecznych tworzących historię . Jest tyle wspaniałych życiorysów działaczy polskiej lewicy , że tylko je upowszechniać. Za ulotki i gazetki wsadzano do więzienia , dziś się dostaje medale za walkę z komuną. My w swych ulotkach upowszechniajmy naszych cichych bohaterów. Oni nie potrzebują medali. Dobre słowo i upowszechnienie dobroci działania jest największym podziękowaniem.

Kołodko w „Zdaniu”

Sympatyczną i pouczającą praktyką „Zdania” są wywiady Trzech na jednego polegające na kierowaniu przez trzech redaktorów dociekliwych pytań do znanej i ważnej osobistości.

Tym razem, w bieżącym numerze 3-4 (182-183) 2019 adresatem pytań jest prof. dr hab. Grzegorz Kołodko- w przeszłości wicepremier i minister finansów w trzech rządach- a obecnie-najbardziej znany w świecie i najczęściej cytowany polski ekonomista.
W czasie niedawnego spotkania w warszawskim Klubie Księgarza redaktorzy, współpracownicy i czytelnicy „Zdania” mieli możność wysłuchania dodatkowych komentarzy prof. Kołodki i zadawania kolejnych pytań.
Dla wielu czytelników szczególnie interesująca była charakterystyka różnicy pomiędzy planem Balcerowicza a polityką gospodarczą formułowaną i realizowaną przez prof. Kołodkę. Na łamach „Zdania” prof. Kołodko stwierdza: „Zmierzaliśmy konsekwentnie w kierunku urynkowienia gospodarki, podkreślając imperatyw nadania jej charakteru społecznego. Bardzo mocno jako ekonomista-teoretyk, ale wówczas już praktyk, podkreślałem aspekt instytucjonalny, przedtem lekceważony. Z jednej strony chcieliśmy inaczej rozłożyć koszty transformacji, zarazem je minimalizując, z drugiej natomiast też inaczej, bo sprawiedliwiej dzielić jej coraz obficiej pojawiające się owoce. I to nie była tylko retoryka, skoro rzecznicy grup interesów związanych z neoliberalnym nurtem, z „Gazetą Wyborczą” na czele, napadali na nas bez przerwy. Naruszyliśmy bowiem ich interesy. Neoliberalizm, najkrócej ujmując, to system i polityka gospodarcza, która poprzez określoną deregulację i manipulacje fiskalne sprzyja wzbogaceniu nielicznych kosztem większości. Linia Strategii dla Polski natomiast tworzyła przyczółki społecznej gospodarki rynkowej. Temu służyły nasze reformy dochodowe i fiskalne, komercjalizacja przedsiębiorstw państwowych, konsolidacja sektora bankowego, sterowane otwieranie się na zewnętrzne kontakty finansowe i handlowe. A więc robiliśmy to zasadniczo inaczej niż nasi neoliberalni koledzy.”
Obecnie po powrocie lewicy do parlamentu potrzebne jest wypracowanie polityki gospodarczej odpowiadającej potrzebom społecznym oraz aktualnym realiom integracji europejskiej i globalizacji. Sądzę,że bardzo pomocny w tym wypracowywaniu będzie cytowany wywiad oraz książki prof. Kołodki.

10 fundamentalnych pytań do prof. Grzegorza Kołodki

W nowej serii pt. „10 pytań do…” Filip Lamański rozmawia z prof. Grzegorzem W. Kołodko, który opowiada m.in. o tym w którym kierunku zmierza nasz świat, jak powinny wyglądać relacje między Chinami i USA oraz czy ludzkość poradzi sobie z kryzysem klimatycznym?

Dokąd zmierza świat?

G.W.K. Hmm… Starałem się odpowiedzieć na to pytanie całą książką, 448 stron, zatytułowaną „Dokąd zmierza świat. Ekonomia polityczna przyszłości”, ale tak najkrócej to do epoki chaosu. Każda epoka jednakże mija, przejdzie zatem i ten okres zamętu, choć zajmie to wiele dziesięcioleci. Narastać będą napięcia, sytuacja będzie nieustannie konfliktogenna, ale wielkich otwartych konfliktów może udać się uniknąć. Nadzieja w tym, że piętrzące się przed ludzkością i współczesną cywilizacją problemy – łącznie z ich potężną piątką, czyli zmianami klimatycznymi, wyczerpywaniem się nieodnawialnych zasobów Ziemi, masowymi migracjami ludności, nierównościami warunków życia oraz konfliktami zbrojnymi – są rozwiązywalne. Rozwiązywalne wszak nie oznacza, że będę rozwiązane.

Czy narastające nacjonalizmy, o których pisze Pan w swoich książkach, mogą zatrzymać globalizację?

Nie. Narastające nacjonalizmy – tak te stare, jak w Indiach czy Rosji, jak i te nowe, skierowane przeciwko globalizacji – oraz populizm to złe odpowiedzi na neoliberalizm i niesprawiedliwą odsłonę globalizacji. Nie walczy się złem ze złem, jedną głupotą z inną. Nasza szansa na znośną, a może nawet dużo lepszą przyszłość musi polegać na globalizacji inkluzyjnej, sprawiedliwiej dzielącej efekty zintegrowanego rozwoju gospodarczego. O tym właśnie mówi Nowy Pragmatyzm. Nacjonalizmy i populizmy – i ten prawicowy, współcześnie silniejszy, i ten lewacki – dodatkowo komplikują funkcjonowanie światowej gospodarki i hamują proces globalizacji, ale ze względu na globalne łańcuchy dostaw, siłę transferów kapitałowych, umiędzynarodowienie produkcji i handlu, potęgę transnarodowych firm, a także ze względów kulturowych (podróże, wymiana kulturalna, kontakty międzyludzkie) globalizacji nie zatrzymają. W długim okresie jest to proces nieodwracalny. I dobrze, gdyż jego korzystne strony przeważają nad ułomnościami.

Czy Chiny będą w stanie przeciwstawić się w dłuższej perspektywie USA i czy czeka nas zmiana światowego hegemona?

I o tym napisałem książkę – o połowę krótszą, bo dokładnie 224 strony – pod prowokacyjnym tytułem „Czy Chiny zbawią świat?”. Otóż nie zbawią, ale odegrają niepomierną rolę w tym, by się nie wywrócił. Chiny nie zepchną też Stanów Zjednoczonych na drugi tor i nie staną się światowym hegemonem, ale nieuchronnie będą coraz potężniejsze. Świat jest pojemny i da się w nim pomieścić więcej niż jedną superpotegę. Rozpętanie przez USA wojny handlowej to brak rozsądku, a nakręcanie przezeń spirali zbrojeń i nowej zimnej wojny to szaleństwo. Chinom nie należy się antagonistycznie przeciwstawiać, ale trzeba z nimi po partnersku się układać; nie tylko w sprawach dwustronnych, lecz także globalnych, odnoszących się do mechanizmów pokojowego rozwoju całego świata.

Czy czeka nas po raz kolejny polaryzacja świata, jak to miało miejsce w czasie I Zimnej Wojny?

Niekoniecznie. Nieracjonalne zachowania obecnej administracji amerykańskiej miną wraz z prezydenturą Donalda Trumpa, Unia Europejska postępuje rozsądnie, Indie, Rosja i inni globalni gracze oraz regionalne potęgi, takie jak Pakistan, Turcja, Nigeria, Brazylia, Meksyk, nie są zainteresowane zimną wojną, bo bynajmniej nie sprzyja to ich gospodarczemu rozwojowi. Oczywiście, kluczowe są i będą stosunki chińsko-amerykańskie i dlatego z uwagą trzeba obserwować ich ewolucję, a nade wszystko sprzyjać łagodzeniu napięć i poszukiwaniu nowych sposobów sterowania współzależną, wewnętrznie sprzężoną w wyniku globalizacji gospodarką XXI wieku. Ogromne przy tym znaczenie ma ułożenie się wielostronnych stosunków chińsko-rosyjskich. Obecna zimna wojna (nazwałem ją kiedyś II zimną wojną, zob. „Nowy pragmatyzm z chińską charakterystyką”, ledwie się rozkręca, ale bynajmniej nie musi trwać podobnie długo, jak ta poprzednia (o której teraz już możemy mówić I zimna wojna).

Zmiany w europejskiej demografii mogą wymagać od nas „sprowadzenia” rąk do pracy z innych kontynentów. Czy jesteśmy skazani na imigrację?

Tak. Trwać będą wewnątrz europejskie wędrówki ludów (więcej rodaków do kraju wróci niż stąd wyjedzie), jak i zwłaszcza imigracja do Europy. To jedno z największych wyzwań, przed jakimi stoimy, zresztą nie tylko w naszej części świata. Nieuchronna jest zarówno większa tolerancja, otwarcie i wielokulturowość, jak i zasadniczo zwiększona pomoc rozwojowa (finansowa, edukacyjna, polityczna) dla krajów biedniejszych, uwikłanych w konflikty etniczne i zbrojne oraz dewastowanych przez zmiany klimatyczne.

Z drugiej strony rosnące koszty pracy w Europie i Azji mogą doprowadzić do „przeniesienia przemysłu” do krajów afrykańskich. Czy Afryka może być dla Zachodu tym, czym dotychczas były Chiny?

Nie. Ze względów klimatycznych i kulturowych. Tylko część produkcji tam trafi. Już to się dzieje w niektórych krajach – tak subsaharyjskich, jak Lesotho, Tanzania, Kenia czy Etiopia, jak i arabskich, jak Egipt, Tunezja, Algieria czy Maroko – podobnie jak przejmowanie niektórych sektorów wytwórczych i usługowych przez uboższe azjatyckie kraje (a więc i z tańszą siłą roboczą), jak Wietnam, Bangladesz, Pakistan czy Myanmar. Nie przesadzajmy z tym „przenoszeniem przemysłu”, gdyż występują tu znaczące ograniczenia, zwłaszcza w gałęziach bardziej nasyconych zaawansowaną technologią. One muszą być ulokowane w klastrach zasobnych w wykwalifikowaną siłę roboczą, z odpowiednią infrastrukturą i otoczeniem instytucjonalnym. Nie da się przenieść przemysłu elektronicznego z Shenzhen do Lagos, ale da się alokować fabrykę konfekcji z przedmieść Chengdu na peryferie Dar es Salam. Co zaś do Afryki, to powoli i tam autonomicznie rozwijać będą się rozmaite rodzaje przemysłów przetwórczych; już to się dzieje. Jednakże Afryka to nie będą „drugie Chiny”.

Czy ciągły wzrost gospodarczy ma szanse mieć miejsce w długiej perspektywie, mając na uwadze wyczerpujące się zasoby i coraz większa degradację Ziemi?

Bynajmniej. Trzeba odejść od ekonomii i polityki nieustannego wzrostu gospodarczego. Jak pokazuje to Nowy Pragmatyzm, jesteśmy już w poPKBowskiej rzeczywistości, co wymaga poPKBowskiej teorii ekonomii i opartej na niej poPKBowskiej polityki zintegrowanego, czyli potrójnie – ekonomicznie, ekologicznie i społecznie – zrównoważonego rozwoju. W przyszłości coraz większą uwagę trzeba będzie zwracać na imperatyw równowagi, relatywnie mniej natomiast przeć na szybki ilościowy wzrost produkcji. W skali świata wymaga to zróżnicowanego tempa wzrostu. Trzeba zachować dostateczną przestrzeń ekologiczną do szybkiego wzrostu gospodarczego narodów na dorobku, co zarazem wymaga kontrolowanego – i trwałego – jego spowolnienia w krajach, które już się dorobiły. W innym przypadku światowa gospodarka napotka nie tylko bariery surowcowe i ekologiczne, lecz także społeczne i polityczne. To droga do megakryzysu – czy też, jak to określiłem w „Wędrującym świecie”, Jeszcze Większego Kryzysu, JWK – który z dzisiejszej perspektywy jest jeszcze wciąż możliwy do uniknięcia. Nałożenie się na siebie eskalujących faz kryzysów ekonomicznego, demograficznego i klimatycznego to kataklizm.

Jak Pan widzi przyszłość UE i strefy euro? Czy ten projekt będzie dalej się rozwijał, czy może z czasem dojdzie do jego rozpadu? Czy Polska, Czechy, Węgry, Szwecja i Dania w końcu dołączą do strefy euro, czy będą twardo stać na straży niezależności walutowej i odkładać ten proces?

Z realistycznym optymizmem. Unia Europejska poszerzy się o kraje bałkańskie, z czasem może także o Norwegię i Islandię. Nie wejdzie w jej skład ani Turcja, ani Ukraina i z zupełnie innych przyczyn również Szwajcaria. Integracja europejska będzie pogłębiać się na wszystkich płaszczyznach – gospodarczej, kulturowej, społecznej i politycznej – ale będzie to wspólnota narodów, a nie unia w pełnym tego słowa znaczeniu. Mało będzie federacji, dużo koordynacji. Zgrzytać będzie nieustannie, od czasu do czasu przeżywać będziemy rozmaite kryzysy – bardzo poważne też – których rozumne przezwyciężanie będzie z czasem wzmacniać integrację. Unia Europejska, to wiodące w skali świata ugrupowanie zrzeszające ponad pół miliarda ludzi, będzie skutecznie konkurować zarówno ze Stanami Zjednoczonymi, jak i z Chinami, stanowiąc trzeci główny filar globalnego układu.
Oczywiście, w odróżnieniu od rozpadu USA, do którego dojść nie może, nie można wykluczyć rozpadu UE, ale jest to wariant na tyle mało prawdopodobny, że w scenariuszach na przyszłość można go spokojnie nie brać pod uwagę. Większe natomiast – choć wciąż bardzo znikome – jest prawdopodobieństwo rozkładu strefy wspólnej waluty euro. Uważam jednak, że nie tylko przetrwa ono okres obecnych trudności, ale wyjdzie z nich wzmocnione. Z czasem udział euro w zasobach światowych rezerw walutowych będzie rósł (skądinąd podobnie jak chińskiego juana, a w obu przypadkach kosztem amerykańskiego dolara). Przez czas jakiś jeszcze – warunkowany raz to politycznie, kiedy indziej ekonomicznie – niektóre kraje członkowskie UE będą pozostawały poza obszarem euro, ale w końcu doń przystąpią. Chorwacja już niedługo, nieco później Bułgaria, później kolejne kraje, w tym Polska w drugiej połowie dekady 2020. Sądzę, że też Dania – jedyny kraj (poza Wielką Brytanią opuszczającą Unię) na mocy traktatowej mogący pozostawać poza unią walutową – dołączy do tego grona. Za kilkanaście lat Unia Europejska może liczyć ponad 30 członków i wszystkie one będą miały w obiegu euro. Mogą, nie muszą.
W przypadku krajów małych i średnich nie ma lepszego sposobu na stawianie czoła wyzwaniom globalizacji – maksymalizacji płynących zeń korzyści i minimalizacji nieodzownie towarzyszących jej kosztów – jak regionalna integracja opierająca się na instytucjach społecznej gospodarki rynkowej.

Jakie rozwiązać te wszystkie problemy Wędrującego Świata, z którymi już musimy się mierzyć lub przyjdzie nam się mierzyć w niedalekiej przyszłości?

Jeden z rozdziałów „Wędrującego świata” zaczynam maksymą: „Dojść do idealnego świata nie sposób, ale iść trzeba.” Otóż wszystkich problemów rozwiązać się nie da, ale niejeden jak najbardziej. Sztuka polityki – także tej ponadnarodowej, a w przypadku wielkich tego świata wręcz globalnej – polega z jednej strony na wykorzystywaniu nadarzających się okazji, a z drugiej na unikaniu przeradzania się sytuacji konfliktowych w otwarte konflikty – od gospodarczych do zbrojnych. Największe wyzwanie, przed jakim stoi ludzkość w XXI wieku, to reinstytucjonalizacja globalizacji. Skoro ta jest nieodwracalna, to już wyłoniona współzależna gospodarka światowa wymaga odpowiedniego sterowania. Nie rządzenia czy kierowania, ale właśnie sterowania. Po angielsku powiedziałbym, że chodzi o global governance.
Rozpętana przez amerykańskiego prezydenta wojna handlowa i podsycanie nowej zimnej wojny to zaprzeczenie tego, na czym nam musi zależeć, jeśli naprawdę mamy na uwadze dobrą przyszłość całej cywilizcji. Gra powinna iść o global publico bono. Świat potrzebuje nowego ładu, a tymczasem nieudaczni politycy tu i tam serwują mu nowy chaos. Negocjacje, przeformułowanie ponadnarodowych reguł gry i ich przestrzeganie, tworzenie przyczółków globalnej spójności społecznej, ratowanie liberalnej demokracji przed kryzysem, który sama sobie zafundowała flirtowaniem z cynicznym neoliberalizmem, oraz zdroworozsądkowe ograniczanie nacjonalizmów i populizmów – to droga na przyszłość. Na gruncie ekonomicznym trzeba opierać się na Nowym Pragmatyzmie. On też świata nie zbawi, ale trochę pomóc mu może.

Jak Pan wyobraża sobie świat i ludzkość za 100 lat? Czy poradzimy sobie z postępującą dewastacją środowiska naturalnego oraz globalnym ociepleniem?

To będzie lepszy świat niż też nam dany. Za 100 lat będzie nas 10 miliardów i choć już teraz moglibyśmy wyeliminować ubóstwo, to i wtedy jeszcze jakiś miliard będzie żył w biedzie i nędzy. Wciąż w niektórych miejscach ludzi będzie za mało i może nie starczać rąk (a raczej) głów do pracy, gdzie indziej nieustannie będzie ich zbyt wiele. Z postępującą dewastacją środowiska naturalnego oraz globalnym ociepleniem sobie poradzimy; ludzkość nie popełni masowego samobójstwa. Pomoże nam w tym technologia i polityka polegająca na globalnym sterowaniu masowymi działaniami. Niezbywalne są przy tym stosowne przemiany kulturowe zmierzające do coraz większej dozy spójności społecznej i wypierania mentalności w stylu „moja chata z kraja”.

Neoliberalne utopie głoszące, że rynek samodzielnie rozwiąże i te problemy, należy wreszcie wyrzucić na śmietnik historii. Następne 100 lat (i później też) to okres nieustannych poszukiwań i doskonalenia twórczej synergii potęg rynku i regulacji, tym razem już ponadpaństwowej, a w niektórych sferach wręcz ogólnoświatowej. To nie jest łatwe, ale jest to możliwe. I choć podkreślam, że ani rynek nie wyklucza nieuczciwości, ani demokracja nie eliminuje głupoty, to wiem, iż w przyszłości jednego i drugiego może być mniej. Oby!

Prof. Grzegorz W. Kołodko, najczęściej na świecie cytowany polski ekonomista, członek Europejskiej Akademii Nauk, wykładowca Akademii Leona Koźmińskiego, czterokrotnie wicepremier i minister finansów w latach 1994-97 i 2002-03. Autor ekonomicznych bestsellerów